Kolor z Przestworzy - ebook
Na zachodnich wzgórzach Arkham znajduje się miejsce, którego okoliczni mieszkańcy unikają od dziesięcioleci. Nazywają je „spaloną równiną" – pas wyjałowionej ziemi, gdzie nic nie rośnie, woda ma dziwny posmak, a powietrze wydaje się zbyt ciężkie. Kiedy geodeta przybywa tam w przededniu budowy nowego zbiornika wodnego, trafia na starego Ammiego Pierce'a, który jako jedyny pamięta, co naprawdę wydarzyło się na farmie Gardnerów. Lovecraft napisał kiedyś, że to jego ulubione własne opowiadanie, i trudno się dziwić. „Kolor z Przestworzy" nie straszy potworami z mackami ani prastarymi bogami – straszy czymś znacznie gorszym: poczuciem, że istnieją zjawiska, których nasz język po prostu nie umie opisać. Kolor, którego nie ma na żadnej palecie. Skażenie, które nie figuruje w żadnym podręczniku. I rodzina, która zbyt długo mieszkała za blisko studni.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914290 |
| Rozmiar pliku: | 508 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dawni mieszkańcy odeszli, a obcy nie chcą tam mieszkać. Próbowali Francuzi z Kanady, próbowali Włosi, przybyli i odeszli Polacy. Nie chodzi o nic, co można by zobaczyć, usłyszeć czy dotknąć – chodzi o coś, co się tylko przeczuwa. Miejsce to nie służy wyobraźni i nie zsyła spokojnych snów. To pewnie dlatego obcy się tam nie zatrzymują, bo stary Ammi Pierce nigdy nie opowiadał im o tym, co pamięta z owych osobliwych dni. Ammi, któremu od lat nieco w głowie się miesza, jest jedynym, który tam pozostał i który jeszcze mówi o tych dziwnych dniach; ośmiela się to czynić, bo jego dom stoi blisko otwartych pól i uczęszczanych dróg w pobliżu Arkham.
Niegdyś wiodła przez wzgórza i doliny droga, biegnąca prosto tamtędy, gdzie dziś rozciąga się spalone pustkowie; lecz ludzie przestali z niej korzystać i wytyczono nową, łukiem skręcającą daleko na południe. Ślady starej drogi można jeszcze odnaleźć pośród chwastów powracającej dziczy i niektóre z nich pozostaną zapewne nawet wtedy, gdy połowa kotlin zostanie zalana wodami nowego zbiornika. Wówczas mroczne lasy zostaną wycięte, a spalone pustkowie pogrąży się w drzemce daleko pod błękitnymi wodami, których powierzchnia odbijać będzie niebo i marszczyć się w słońcu. A tajemnice owych dziwnych dni połączą się z tajemnicami głębin; z ukrytą wiedzą prastarego oceanu i całą zagadką pierwotnej ziemi.
Kiedy udałem się w te wzgórza i doliny, by przeprowadzić pomiary pod nowy zbiornik wodny, powiedziano mi, że miejsce to jest przeklęte. Mówiono mi tak w Arkham, a ponieważ jest to bardzo stare miasto, pełne legend o czarownicach, sądziłem, iż owo zło musi być czymś, co babki przez stulecia szeptały dzieciom do ucha. Nazwa „przeklęte pustkowie” wydała mi się osobliwa i nazbyt teatralna, zachodziłem więc w głowę, jak też przedostała się do folkloru purytańskiego ludu. Potem jednak ujrzałem na własne oczy ów mroczny gąszcz parowów i zboczy ciągnący się ku zachodowi i przestałem się dziwić czemukolwiek prócz pradawnej tajemnicy tego miejsca. Choć świeciło słońce, miejsce to spowijał cień. Drzewa rosły zbyt gęsto, a ich pnie były zbyt potężne jak na zwyczajny nowoangielski las. W mrocznych alejach pomiędzy nimi panowała zbyt głęboka cisza, a ziemia była zbyt miękka od wilgotnego mchu i sklepionych warstw nieskończonych lat rozkładu.
Na otwartych polanach, głównie wzdłuż dawnego traktu, sterczały niewielkie gospodarstwa; czasem z zabudowaniami jeszcze nietkniętymi, czasem z jednym lub dwoma budynkami, a niekiedy już tylko z samotnym kominem albo szybko zarastającą piwnicą. Królowały tam chwasty i ciernie, a w poszyciu szeleściło coś dzikiego i ukradkowego. Nad wszystkim zawisła mgła niepokoju i osaczenia; jakiś nalot nierzeczywistości i groteski, jak gdyby naruszono w tym krajobrazie istotny element perspektywy czy światłocienia. Nie dziwiłem się, że obcy nie chcieli tu pozostawać, gdyż nie była to okolica, w której można byłoby spać. Zbyt przypominała pejzaż pędzla Salvatora Rosy; zbyt przypominała któryś z zakazanych drzeworytów z opowieści grozy.
Lecz nawet to wszystko nie było tak złe jak przeklęte pustkowie. Rozpoznałem je w tej samej chwili, gdy natknąłem się na nie w głębi rozległej doliny; bo żadna inna nazwa nie pasowałaby do takiego miejsca, ani żadne inne miejsce do takiej nazwy. Wyglądało to tak, jakby poeta ukuł to określenie po ujrzeniu właśnie tej okolicy. Patrząc na nie, pomyślałem, że musi to być następstwo pożaru; lecz dlaczego nic nowego nie wyrosło nigdy na tych pięciu akrach szarej pustki, rozwartych ku niebu niczym wielka plama wyżarta kwasem pośród lasów i pól? Pustkowie leżało głównie na północ od starego traktu, lecz nieco zachodziło i na drugą jego stronę. Czułem dziwną niechęć przed zbliżeniem się, a uczyniłem to w końcu tylko dlatego, że moja sprawa wiodła mnie przez nie i dalej. Na owej szerokiej połaci nie rosło nic; był tam jedynie drobny szary pył czy popiół, którego, zdawało się, żaden wiatr nigdy nie wzbijał. Drzewa w pobliżu były chore i karłowate, a wiele martwych pni stało lub leżało gnijących wokół skraju tego obszaru. Idąc pospiesznym krokiem, ujrzałem po prawej rozsypane cegły i kamienie starego komina oraz piwnicy, a także ziejący czarny otwór opuszczonej studni, której stęchłe wyziewy płatały dziwne figle z barwami słonecznego światła. Nawet długa, ciemna wspinaczka przez las za nim wydawała się w porównaniu czymś pożądanym i przestałem się dziwić trwożnym szeptom mieszkańców Arkham. Nigdzie w pobliżu nie było ani innego domu, ani ruin; nawet w dawnych czasach miejsce to musiało być samotne i oddalone od ludzi. A o zmierzchu, lękając się ponownego przechodzenia obok tego złowieszczego skrawka, wróciłem do miasta okrężną drogą, krętym gościńcem od południa. Mgliście pragnąłem, by zebrały się jakieś chmury, gdyż w głąb mej duszy wkradła się osobliwa trwoga przed głębokimi przestworzami niebios w górze.