Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Komnata sekretów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
E-book: EPUB, MOBI
49,99 zł
Audiobook
49,99 zł
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Komnata sekretów - ebook

Bursztyn kryje w sobie wiele tajemnic. Niektóre warto w nim zostawić na zawsze.
Paulina Marzec, dziennikarka portalu Znana Polska, spotyka na pogrzebie swojej babci jej dawnego znajomego. Kiedy następnego dnia ginie on w wypadku, na jaw wychodzi, że łączyła go z babcią tajemnica, której wyjawienie może pomóc w odzyskaniu jednego z najcenniejszych zabytków świata. Paulina postanawia odnaleźć zaginiony skarb. Niestety, będzie miała mocną konkurencję: francuską kustoszkę, rosyjskiego kolekcjonera dzieł sztuki, niemieckiego biznesmena, ambitnego polskiego polityka i… swojego kolegę z pracy. Kto z nich jako pierwszy rozwiąże bursztynową zagadkę? Komnata sekretów to kolejna komedia kryminalna Alka Rogozińskiego, mistrza łączenia klasycznych intryg detektywistycznych z dużą dawką czarnego humoru.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-174-2
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OŚWIADCZENIE

Przy tej powieści chciałbym z wyjątkową mocą oświadczyć, że WSZYSTKO, co znajdziecie na kolejnych kartach, jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Piszę to, zanim jakaś mafia mnie porwie i zacznie ze mnie wyciągać, co naprawdę wiem o Bursztynowej Komnacie. Oczywiście, w książce znajdują się jakieś odniesienia do rzeczywistości (jak postać Ericha Kocha czy badania archeologiczne w Mamerkach i Dziemianach), ale nie zmienia to faktu, że akcja jest jedynie fikcją literacką. Koch nie miał potomstwa, a w Mamerkach i Dziemianach nie odnaleziono nawet wspomnienia po Komnacie. Proszę więc ewentualnych poszukiwaczy skarbów, żeby nie uwzględniali w swoich planach przesłuchiwania mnie. Bo też jestem ciemny jak tabaka w rogu i trochę nad tym boleję, bo pięć milionów dolarów (czyli procent od znaleźnego w przypadku tego zabytku) jak najbardziej by mi się przydało.

A teraz życzę Wam dobrej zabawy!

AlekPOSTACI

Paulina Marzec – dziennikarka portalu Znana Polska, usiłująca napisać artykuł, mimo że cały świat uparł się jej w tym przeszkadzać.

Kamil Barszczewski – narzeczony Pauliny, kustosz, zauroczony pięknymi rzeczami, tak starymi, jak i nowymi.

Halina Kujawiec – babcia Pauliny, urocza starsza pani, mająca mocno nietypowy sposób na odreagowanie stresów dnia codziennego.

Jan Kujawiec – mąż Haliny, opędzający się nieskutecznie od nachalnej myśli, że gdyby czterdzieści lat wcześniej zamiast powiedzieć jej „tak” na ślubnym kobiercu, po prostu ją zamordował, to już od dobrych dwóch dekad byłby na wolności i nie miał zatruwanego przez nią życia.

Arkadiusz Fojdel – dziadek Pauliny (tyle że z drugiej gałęzi rodziny), uważający, że jego wnuczka stanowczo nie powinna drążyć rodzinnych sekretów.

Gertruda Różaniec – ciotka Pauliny, nieokazująca nigdy żadnych uczuć.

Feliks Różaniec – mąż Gertrudy, nie do końca przekonany, że jego żona powinna udawać, że w jej rodzinie nigdy nie było żadnych tajemnic.

Marek Plich – redakcyjny kolega Pauliny, konkurujący z nią o premię za artykuł miesiąca i awans.

Artur Gadomski – szef portalu Znana Polska, niezdający sobie sprawy, że zachęcanie pracowników do lepszej roboty może narazić ich na poważne nieprzyjemności.

Olgierd Łuczak – jeden z ostatnich ludzi znających prawdę o tajemnicy, na której złamały sobie zęby tysiące poszukiwaczy skarbów.

Michał Fajkowski – świeżo upieczony ambitny wiceminister kultury, pragnący wyrobić sobie wielkie zasługi, dzięki którym stałby się bohaterem mediów i zyskał ogólnokrajową rozpoznawalność.

Leszek Mirecki – historyk sztuki, który w tym, co się działo dokoła niego, dostrzegł szansę na interes życia.

Helmut Koch – niemiecki biznesmen, owładnięty ideą odzyskania czegoś, co według niego powinno być własnością jego rodaków.

Siergiej Pugaczow – rosyjski oligarcha, przekonany, że prezentów się nie oddaje i należą one zawsze do tego, kto został nimi obdarowany.

Claire-Marie Moreau – francuska kustoszka i seksbomba, z miejsca serdecznie znienawidzona przez Paulinę za nachalne (według niej) podrywanie jej narzeczonego.

Klaudia Hutniak – diwa polskiej estrady, szukająca wymówek, aby nie nagrywać nowej piosenki.

Kasjopeja Mędrzycka – szefowa warszawskiego półświatka, żałująca, że nie zrobiła za młodu magisterki z historii sztuki, bo obecnie bardzo by się jej to przydało.

Oraz gościnnie:

Julia Kamińska – szefowa Rady Ministrów, desperacko szukająca czegoś, co mogłaby przedstawić jako sukces swojego rządu.

Krzysztof Darski – inspektor policji, plujący sobie w brodę, że od urodzenia skrupulatniej nie uczył się historii, bo by mu się to teraz bardzo przydało.PROLOG

Światło w piwnicy było mocno lichawe. Działała tu tylko jedna marna jarzeniówka, w dodatku co parę sekund tracąca moc i wydająca z siebie brzęczenie godne muchy złapanej w pajęczą sieć.

Paulina Marzec pomyślała, że jeśli to wszystko okaże się mistyfikacją albo żartem, to pora najwyższa zakończyć przygodę, która trwała już na tyle długo, że powoli zaczęła ją nużyć. Trzeba wrócić do zwykłego życia i wybić sobie z głowy jakieś mityczne skarby sprzed setek lat. I to takie, które prawdopodobnie dawno już trafił szlag.

– To tutaj – oznajmił nagle jej towarzysz.

Nie zapytała, skąd ma klucze. Ani dlaczego otwiera przed nią drzwi, które według dokumentów miały nie istnieć. Była na tyle wyrobioną dziennikarką, aby wiedzieć, że czasem nie zadaje się pytań, tylko po prostu patrzy.

Poza tym ten człowiek miał do niej zaufanie. Inaczej by jej tu nie przyprowadził. A czyjeś zaufanie, nawet w podejrzanych okolicznościach, zawsze działało na Paulinę uspokajająco. Ludzie, którzy zamierzają zrobić komuś krzywdę, nie dzielą się z nim sekretami.

Zeszli kilka stopni niżej. Powietrze zmieniło zapach – było w nim coś starego, suchego, jakby czas przez lata gromadził się tu warstwami, jedna na drugiej. Mężczyzna przesunął dłonią po ścianie i pchnął kolejne drzwi.

Paulina stanęła jak wryta i poczuła, że brakuje jej tchu.

Przestrzeń, która roztaczała się przed nią, była ogromna, o wiele większa, niż kiedykolwiek sobie wyobrażała. A to, co się w niej znajdowało, zasługiwało tylko na jedno określenie: imponujące.

Marzec pomyślała, że powinna zrobić zdjęcie. Potem dotarło do niej, że żadna fotografia nie byłaby w stanie oddać tego, co miała przed oczami. Aparaty radziły sobie z rzeczywistością. To zaś należało do zupełnie innej kategorii. Było cudem. Magią. Czymś nierzeczywistym.

Nie potrafiłaby nawet dokładnie opisać tego, co widziała. Nie znalazłaby dostatecznie dobrych słów, aby oddać maestrię tych wszystkich kształtów, faktur, detali, składających się w jedną wielką, zamkniętą całość, która wydawała się pulsować, być żywą materią, choć w istocie rzeczy stanowiła kamień. A raczej nieskończoność kamieni.

– To… – zaczęła i urwała.

Słowa wydawały się nieprzyzwoite. Zbyt małe. Zbyt pospolite.

Mężczyzna przyglądał się jej uważnie, z lekkim uśmiechem, który można było uznać za satysfakcję albo ostrzeżenie. Paulina jednak widziała w nim coś innego: ulgę. Jakby wreszcie mógł komuś pokazać to, co musiał skrywać przez wiele lat. Jakby czekał właśnie na kogoś takiego jak ona. Uprzejmym gestem zaprosił ją, aby weszła do środka.

Zrobiła jeden krok. Potem drugi. Miała wrażenie, że jeśli mrugnie, wszystko zniknie, a ona zostanie sama w brzydkiej piwnicy z brzęczącą lampą i poczuciem, że właśnie straciła jedyną szansę w życiu.

– Ludzie szukali tego latami – szepnęła, wciąż rozglądając się w zachwycie. – Niektórzy poświęcili na to wszystko, co mieli.

– Czasem zbyt wiele… – dopowiedział jej towarzysz.

Pokiwała głową, podziwiając jednocześnie kolejne elementy wnętrza. Już wiedziała, że żaden artykuł nie będzie w stanie oddać tego, co czuła. Była zakochana w tym widoku. Nie myślała o tym, co przeżyła, o Kamilu, Claire-Marie, Marku ani nawet o swoich babciach, od których cała ta historia się rozpoczęła. Po prostu rozkoszowała się widokiem, który przez lata zachwycał królów i biedaków, złoczyńców i ludzi szlachetnych, tych, którzy podziwiali go przez przypadek, i tych, którzy poświęcili wiele, aby móc go zobaczyć. Była pewna, że nikogo nigdy nie rozczarował.

– Dziękuję – wyszeptała, jakby bojąc się, że przez podniesienie głosu spostponuje to miejsce. – Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

Zapadła cisza. Mężczyzna westchnął. Ciężko, z wyraźnym żalem.

– Ale wiesz – rzekł powoli – że skoro to zobaczyłaś, to teraz musisz… umrzeć?ROZDZIAŁ I

Dwa tygodnie wcześniej

Paulina po cichutku weszła do swojej sypialni i nieco się zdziwiła. Była pewna, że rezydująca w owym pomieszczeniu od kilku dni jej babcia ucina sobie właśnie drzemkę, jak to zawsze miała w zwyczaju po obiedzie. Tymczasem starsza pani siedziała przy laptopie i ze złośliwym, a zarazem pełnym niezrozumiałej satysfakcji grymasem na twarzy wgapiała się w ekran, przesuwając palcami po klawiaturze. Zdumiona jej miną Marzec bezszelestnie zbliżyła się do niej, stanęła za jej plecami, przebiegła wzrokiem po ekranie, po czym wytrzeszczyła oczy.

– Można wiedzieć, co ty wyrabiasz?! – zapytała z niebotyczną zgrozą.

Halina Kujawiec drgnęła nerwowo, po czym popatrzyła na wnuczkę z wyrzutem.

– Czego straszysz ludzi?! – fuknęła na nią. – O mało co nie dostałam zawału!

– Ale… – Paulina nie mogła oderwać wzroku od laptopa. – Co…? Jak…? Co ty robisz?

– Jak to co? – zdziwiła się babcia. – Hejtuję sobie.

– Że co?!

– No bo zadzwonił ten ramol z sanatorium…

Paulina doskonale wiedziała, że Halina ma na myśli jej dziadka, a swojego męża. Przy czym użyte przez nią słowo „ramol” było jednym z łagodniejszych, jakimi go określała.

– …z pretensją, że napchałam mu za dużo rzeczy do walizki i teraz nie umie się spakować na powrót. I od razu mnie wkurwił! – kontynuowała babcia z zawziętą miną. – Musiałam się uspokoić. A hejtowanie ostatnio idealnie działa mi na nerwy. Człowiek sobie trochę głupotek popisze i od razu mu lepiej.

Marzec, która często w czasie przeglądania mediów społecznościowych zastanawiała się, kim, do licha ciężkiego, są osoby publikujące pod postami wredne komentarze, nigdy by nie zgadła, że jedną z nich ma pod nosem. Było to o tyle zaskakujące, że zawsze uważała babcię za osobę łagodną, pogodną i pozytywnie nastawioną do życia tudzież do tych ludzi, którzy nie byli jej mężem.

– Głupotek? – Popatrzyła na nią z wyrzutem. – I niby o kim napisałaś, że jest… – zerknęła na ekran – …otyłą, starzejącą się satanistyczną wiedźmą, która zamiast śpiewać, wyje, jakby ją ktoś obżynał ze skóry tępym nożem?

– O Steczkowskiej – przyznała Halina bez cienia zażenowania.

Paulina zastanowiła się, czy jej babcia nie zaczyna wykazywać objawów demencji.

– Z której strony Steczkowska wydaje ci się otyła? – zapytała ostrożnie, zastanawiając się, czy lepiej będzie odesłać babcię na badania do Tworek czy Choroszczy oraz gdzie w Warszawie jest najlepszy okulista.

– No, może trochę przesadziłam… – przyznała Kujawiec, acz bez cienia skruchy.

– Trochę?! – Marzec przewróciła oczami. – A w ogóle… czemu to robisz?!

– Wszystkie to robimy! – Starsza pani wzruszyła ramionami. – Danusia! Mirunia! I Grazia!

Dziennikarka doskonale znała trzy najlepsze przyjaciółki swojej babci i zawsze uważała je za prostolinijne, życzliwe, choć i nieco nierozgarnięte kumoszki. Teraz okazywało się, że wraz z Haliną tworzyły szajkę hejterską, w pełni konkurencyjną dla politycznych fabryk trolli. Jakoś nadal nie mieściło jej się to w głowie.

– Musiałam i tak coś napisać, bo miałam zaległości – poinformowała ją z wyraźnym żalem w głosie babcia. – Danusia zdążyła już dzisiaj dopisać komentarze do Szpaka, Stuhra, Szczepkowskiej i tej dziewczyny z „Tańca z Gwiazdami”, która wygląda jak chłopak. Nigdy nie umiem zapamiętać jej nazwiska.

– Katarzyna Zillmann – podpowiedziała odruchowo Paulina.

– O, właśnie! – ucieszyła się Kujawiec. – Wiedziałam, że jakieś niemieckie! Mirunia dała komenty pod Kayah, Cichopkami i obojgiem młodych Damięckich…

– Komenty? – jęknęła Marzec.

– No co? Źle mówię? – Babcia popatrzyła na nią ze zdziwieniem. – Musisz się, kochanie, zapdejtować. Jak najszybciej! No, a Grazia przeleciała się po Jandzie, Rodowicz i żonie Zenka. I tylko ja się lenię!

– Czy wy się wszystkie dobrze czujecie? – Paulina poczuła, że nie za bardzo wie, jak ma rozmawiać z babcią. Tak jakby nagle wylądowała w alternatywnej rzeczywistości niczym Alicja po drugiej stronie lustra.

– A czemu miałybyśmy się czuć źle? – zdumiała się Halina, a widząc dwa znaki zapytania w oczach wnuczki, wzruszyła ramionami. – Oj, daj spokój. Ci celebryci i tak tego nie czytają, tylko się cieszą, że mają takie duże zasięgi. A człowiek napisze, że Szpak wygląda w swoich ciuchach, jakby uciekł z psychiatryka, Cichopek to chodzący samoopalacz, a Rodowicz zeżarła resztę jabłka, którym Ewa skusiła Adama w raju, i od razu mu lepiej!

Paulina potarła dłońmi skronie, czując, że za chwilę będzie miała atak migreny.

– Ale przecież to jest zwykłe hejterstwo! – rzekła z rozpaczą. – Zło!

– Złem jest dodawanie ananasa do pizzy, rodzynek do sernika albo Karolaka do każdego filmu – warknęła Halina. – A my sobie po prostu ratujemy nerwy. Człowiek spuści parę w internecie i potem nie czuje już takiej potrzeby w realu. Mówię ci, że sama powinnaś spróbować!

– Kiedy ja tych artystów lubię! – zaprotestowała Paulina. – Niektórych nawet bardzo.

– A uważasz, że my nie?! – zdziwiła się Kujawiec.

Marzec poczuła, że z każdą chwilą zamiast więcej, rozumie z tego wszystkiego coraz mniej.

– To po co to robicie? – zapytała nieco bezradnie.

– Bo oni mają duże zasięgi i zawsze można wejść tam z kimś w dyskusję… Czy też… Jak to się nazywa? – Halina zmarszczyła brwi. – O, wiem! W interakcję! Powymieniać się uwagami, pohejtować wzajemnie… Pod tym komentarzem Grazi o jabłku Rodowicz jakiś facet napisał, że jabłonkę, z której zostało ono zerwane, osobiście posadziła Edyta Górniak. Grazia mu to lajknęła czy tam dała uśmieszek, a on odezwał się do niej na privie, zaczęli gadać, a potem poszli na potańcówkę. Grazia mówi, że po raz pierwszy od stanu wojennego wyczuła podczas tańca, że ktoś ma erekcję. Bo jej świętej pamięci małżonek nawet gdy ją miał, to nie dało się jej zauważyć. Ani w tańcu, ani w sypialni! Cud, że dorobili się córki. Choć ja myślę, że ona jest sąsiada. Dlatego ma zeza. On też miał, a wiadomo, że to się dziedziczy.

Paulina chciała zatkać sobie uszy, ale poczuła, że ma problem z koordynacją poszczególnych części ciała i przelotnie zastanowiła się, czy nie zostanie jej tak na zawsze. Jeszcze przez chwilę stała bez ruchu, próbując poukładać sobie w głowie wszystko to, co właśnie usłyszała: hejterską działalność babci, erekcję na potańcówce, zeza dziedziczonego po sąsiedzie oraz fakt, że świat najwyraźniej przestał trzymać się jakichkolwiek znanych jej zasad. W końcu odchrząknęła.

– Babciu… – zaczęła ostrożnie.

Halina niechętnie oderwała wzrok od ekranu, bo właśnie miała zamiar dopisać coś złośliwego à propos tancerzy Steczkowskiej, a konkretnie szpilek, w których tańczyli wokół artystki, i obawiała się, że owa riposta może jej umknąć. A szkoda by było, bo w końcu to skandal, że rosłe chłopy poruszają się w kobiecym obuwiu z większą gracją niż ona sama. Koniec świata! No, tak być po prostu nie może!

– Co tam? – mruknęła niechętnie. – Tylko szybko, bo jak skończę ze Steczkowską, to muszę zripostować jakiegoś typa, który twierdzi, że Rodowicz wygląda świetnie jak na swój wiek. Trzeba reagować na takich, zanim się namnożą.

– Przyszłam zapytać o babcię Anię…

Palce Haliny znieruchomiały nad klawiaturą. Przez moment wyglądała, jakby komputer nagle przestał być dla niej interesujący. Powoli zamknęła laptop i westchnęła ciężko.

– Co tu pytać… – rzekła cicho. – Nikt się nie spodziewał, że biedaczka tak szybko się zawinie z tego padołu. Wydawała się tryskać zdrowiem. Jeszcze w zeszłym miesiącu pokazywała mi z dumą swoje wyniki badań. Ale z drugiej strony nikt nigdy nie wie, kiedy nadejdzie jego godzina. Czasem nawet młodzi ludzie odchodzą z dnia na dzień. A ona dożyła w sumie pięknego wieku.

– To prawda – przyznała Paulina, łapiąc się na myśli, że nie ma pojęcia, ile dokładnie lat liczyła sobie jej druga babcia w chwili, kiedy przyszła po nią kostucha. – Ale ja nie o tym chciałam poro…

– Ja na pewno tyle nie przeżyję – westchnęła ciężko Halina, nie dając jej dokończyć zdania. – Ten ramol doprowadzi mnie do grobu szybciej, niż się wszystkim wydaje. Jak zostanie sam i będzie musiał sobie prać brudne gacie, to może mnie wreszcie doceni.

Paulina wiedziała, że jej babcia wygaduje takie kocopoły przy każdej okazji, choć prawda była taka, że mąż kochał ją nad życie i robił wszystko, aby miała każdy dzień usłany różami, czego Halina zdawała się nie zauważać. A może i zauważała, tyle że wieczne robienie z niego raroga, a z siebie pokrzywdzonej sierotki Marysi weszło jej już w krew.

– Trzeba będzie zająć się pogrzebem – kontynuowała ponuro.

– Dziadek… – zaczęła jej wnuczka, ale babcia znów nie pozwoliła jej rozwinąć myśli.

– Wiem, że zadzwonił do zakładu pogrzebowego – rzekła, machając przy tym lekceważąco ręką – i uważa, że ma wszystko z głowy. A przecież te zakłady działają taśmowo. Sru-fru, każdy pogrzeb na jedno kopyto. Jakby twoi rodzice tu byli, to by się tym zajęli, ale oni jak zwykle mają jakieś swoje tajne misje, brak zasięgu, poświęcenie dla ojczyzny i świata. Przylecą na sam pogrzeb i od razu po nim wrócą tam, gdzie teraz są. Ech… – Machnęła ręką, przyzwyczajona do tego od lat, że jej syn i synowa, pracujący w jakichś bliżej nieznanych służbach, o których słowa nie chcieli jej nigdy powiedzieć, znikają na długie miesiące i nigdy nie chcą wyjaśnić, co i gdzie robią. – I znowu to ja muszę wszystkiego dopilnować. Ustalić, co ma powiedzieć ksiądz, wybrać odpowiedni strój i trumnę. W końcu to ja rozmawiałam z Anią o tym, jak ma wyglądać, kiedy odejdzie. Co prawda, mówiła to też Arkowi – imię drugiego dziadka Pauliny Halina wymówiła z lekką pogardą – ale to taki sam tetryk jak ten mój. Pewnie dawno zapomniał i nic im nie przekazał. Jeszcze pozwoli ją pochować w czerni!

– Co złego jest w czerni? – zdumiała się Paulina, z góry współczując księdzu, który dostanie od babci przemowę i będzie gromiony wzrokiem za każde odstępstwo od niej, łącznie z prawidłowym akcentowaniem pauz wynikających z przecinków.

– Ania jej nie znosiła – wyjaśniła Kujawiec. – Czerń ją postarzała. Wyglądała w niej jak strzyga bagienna. Prosiła, żeby ubrać ją w granat albo w bordo, tak żeby nie przestraszyła Świętego Piotra, jak już dotrze do bram Królestwa Niebieskiego.

– Naprawdę obie uważałyście, że Święty Piotr nie ma nic lepszego do roboty niż patrzenie na to, czy jakiś kolor was postarza po śmierci? – Paulina nie mogła powstrzymać się przed ironią.

– Chłop to zawsze chłop – pouczyła ją Halina tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Poza tym skoro już dałam słowo Ani, że się tym zajmę, to zamierzam go dotrzymać. Jeszcze by mnie straszyła, jakbym tego nie zrobiła.

Marzec przez chwilę wspominała drugą ze swoich babć. W sumie nie miała o niej wyrobionej opinii. Z Haliną od zawsze były za pan brat. Jeździły razem na wakacje, wygłupiały się, bez problemu znajdowały wspólny język. Anna za to trzymała ją na dystans, nie okazując przesadnej serdeczności. Była rzeczowa, chłodna i wyzuta z jakichkolwiek emocji. Jak robot. Odkąd tylko pamiętała, Paulina zawsze uważała, że Anna jest nieszczęśliwa. Było to o tyle dziwne, że zdrowie jej dopisywało, miała kochającego męża, stanowczo nie klepała biedy, a do tego upływ lat nie zostawiał na niej zbyt wyraźnego śladu. Czegóż można chcieć więcej? A jednak…

– Wiesz o niej więcej – rzekła z lekką skruchą. – Mam wrażenie, że mało ją znałam…

– Z Anną nigdy nic nie było wiadomo. – Kujawiec wzruszyła ramionami. – Była tajemnicza. Zawsze coś przemilczała. Nawet jak się ją pytało wprost, to lawirowała.

– Chcesz powiedzieć, że coś przed wszystkimi ukrywała?

– Miałam wrażenie, że w przeszłości spotkało ją coś bardzo przykrego – przyznała starsza pani. – Kilka razy usiłowałam z niej to wyciągnąć, oczywiście po to, żeby jej pomóc się z tym uporać…

„O-czy-wiś-cie”, pomyślała złośliwie Paulina, starając się z całych sił zapanować nad mimiką i nie okazać, co myśli o wścibstwie Haliny, z którego jej babcia słynęła wśród wszystkich, którzy ją znali.

– …ale nie chciała nic wyznać nawet po kilku lampkach wina – dokończyła z żalem starsza pani. – Chyba uważała mnie za plotkarę. Jakbym nie umiała trzymać języka za zębami! A to niesprawiedliwe, bo ja potrafię. Oczywiście, jak trzeba.

Paulina całą siłą woli powstrzymała się, żeby nie dopowiedzieć, że według Haliny potrzeba takowa nigdy jeszcze się nie objawiła. Przenigdy.

– I myślisz, że nikomu się nie zwierzała? – zapytała w zamian.

Kujawiec skrzywiła się lekko.

– Tylko jedna osoba może coś wiedzieć – przyznała niechętnie.

– Kto?

– Arek…

– No tak – westchnęła Paulina z rozczarowaniem.

Jeśli znała kogoś bardziej małomównego i chłodnego niż Anna, to niewątpliwie był to jej mąż. Pod tym względem dobrali się jak w korcu maku. Marzec zastanawiała się nawet, czy patentu na udane małżeństwo jej dziadkowie nie zaczerpnęli z filmów epoki kina niemego.

– Jeśli ktokolwiek znał jej sekrety, to on. Tyle że z niego wyciągnąć je jeszcze trudniej… – mruknęła Halina z niechęcią. – Dwie mimozy. Cała ta rodzina jest taka.

– Rozumiem, że z niego też próbowałaś coś wyciągnąć – domyśliła się Paulina.

Halina spojrzała na nią uważnie, dłużej niż dotąd.

– Arek zawsze powtarzał, że pewnych rzeczy nie należy ruszać – odparła w końcu. – Zwłaszcza rodzinnych.

– Ale babcia nie żyje. Jej tajemnice już chyba przestały mieć znaczenie…

– Oj, dziecko! – parsknęła Kujawiec. – Są takie sekrety, które dopiero po czyjejś śmierci zaczynają być najbardziej niebezpieczne.

Z niewiadomych przyczyn Paulina poczuła nagle znajome mrowienie na karku. To samo, które w kwestiach zawodowych zawsze oznaczało dobry temat. A w prywatnych komplikacje.

– Ty coś wiesz? – zapytała, patrząc przenikliwie na babcię.

Ta pokręciła głową i wydała z siebie kilka cmoknięć.

– Tylko jakieś półsłówka, rzucane niby to przez przypadek dziwaczne uwagi, nic, czego dałoby się chwycić – przyznała wreszcie. – Jeden jedyny raz Ani wyrwało się, że kiedyś powie mi coś, w co sama nie uwierzę. Ale potem nigdy już do tego nie wróciła. A jak ja o tym wspominałam, sprawiała takie wrażenie, jakby nie wiedziała, o czym mówię.

– No cóż… Trzeba będzie kiedyś spróbować pogadać z dziadkiem – rzekła Paulina w zamyśleniu. – Może teraz, po śmierci babci, będzie bardziej skłonny do zwierzeń.

Halina nie wyglądała na przekonaną.

– Zrobisz, jak zechcesz. Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałam. Moim zdaniem nic z niego nie wyciągniesz.

Marzec ruszyła w stronę drzwi, a gdy już miała wyjść z pokoju, usłyszała jeszcze za sobą:

– I kochanie…

– Tak? – Spojrzała na babcię pytająco.

– Jakbyś się czegoś dowiedziała… – Halina zawahała się ułamek sekundy – …to pamiętaj, że ja też bym chciała to poznać. A teraz z łaski swojej przypomnij mi, jak się nazywała żona tego, co ma czerwone kłaki i setkę dzieci. Ta, co tak strasznie fałszowała w Opolu. Chyba jak jakiś owoc… Cytryna?

– Nie w Opolu, tylko w Sopocie – poprawiła ją Paulina. – Mandaryna. A co?

– Bo chcę napisać, że ta młoda aktorka, która gra we wszystkim i śpiewa, już prawie osiągnęła jej poziom wokalny – wyjaśniła beztrosko Kujawiec – i do kompletu brakuje jej tylko męża, który robi dzieci wszystkim wokół częściej niż dobre piosenki…

Jej wnuczka przewróciła oczami.

– Zobaczysz, że źle skończysz – ostrzegła babcię, doskonale wiedząc, w ilu i których literach jej szanowna przodkini będzie miała owe słowa.ROZDZIAŁ II

Kościół na Bielanach był stary, nieco zaniedbany i zdecydowanie niedogrzany. Czuć tu było przede wszystkim zbutwiałą wilgoć, kadzidła i coś kojarzącego się z miętą, a co Halina od razu zidentyfikowała jako płyn do zmywania naczyń Ludwik.

– Jak nic dostanę tu zapalenia płuc i wykituję – westchnęła, sadowiąc się w ławce obok Pauliny. – Gdzie jest niby napisane, że w kościele ma być zimno jak w psiarni?! Jakbym kopnęła w kalendarz, to pamiętaj, że chcę mieć pogrzeb świecki. I zostać skremowana, żeby mnie robactwo nie wtranżalało po śmierci. Brzydzę się karaluchami za życia, to tym bardziej po śmierci nie chcę z nimi obcować. – Rozejrzała się dokoła mocno krytycznym wzrokiem. – Widziałaś ciotkę Melę? Jestem prawie pewna, że te róże, które przyniosła, zaiwaniła z jakiegoś klombu. Zawsze miała węża w kieszeni. Jak zrobiła stypę po śmierci wujka Stefana, to jedzenie przypominało obiad w przytułku. Brakowało tylko zakonnic nalewających zupę z kotła. A ciotka Zofia? Ta to ma nie po kolei w głowie! Poobwieszała się tak świecidełkami, że wygląda jak choinka. Brakuje jej tylko czuba na łbie. Chociaż nie. Jej mąż to niezły czub. Czyli ma komplet!

– Babciu… – westchnęła Marzec z rezygnacją, zastanawiając się jednocześnie, czy cokolwiek w całej tej ceremonii podpasowałoby nieboszczce, i dochodząc do wniosku, że nic. No, może poza trumną. Ta była bowiem prosta, elegancka i bez zbędnych ozdób. Z niej babcia na pewno byłaby zadowolona. Z całej jednak reszty, na czele z odprawiającym mszę, wyraźnie roztargnionym i błądzącym myślami gdzieś w niebiosach księdzem, zdecydowanie nie.

– Moi drodzy, zebraliśmy się dziś tutaj, aby pożegnać naszą drogą… – Proboszcz parafii, do której należała Anna, na chwilę zawiesił głos i zerknął ukradkiem na leżącą przed nim kartkę, a następnie próbował porozumieć się wzrokiem ze służącym mu do mszy kościelnym, który tego nie zauważył, bo właśnie zaliczał kolejny poziom angielskiego w Duolingo. – Naszą drogą… Zmarłą… Niedawno… Kilka dni temu…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij