Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Komnaty Boga - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 sierpnia 2026
E-book: EPUB,
39,99 zł
Audiobook
39,99 zł
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Komnaty Boga - ebook

W świecie roku 2075 technologia jest wszechobecna, ale nie przyniosła nikomu zbawienia. Karol Zapolsky, zaledwie dwudziestotrzyletni świadek upadku starego porządku, opowiada historię walki o przetrwanie. To opowieść o nim samym oraz o tych, których kochał i nienawidził. Pośród billboardowej nowoczesności wciąż straszą te same, archaiczne demony: głód, bieda i bezwzględna przemoc systemowa uzbrojona w najnowocześniejsze osiągnięcia techniki. Czy w świecie zakutym w „mokrą czerń” jest jeszcze miejsce na iskrę marzeń? Poruszająca powieść z gatunku techno-optimistic dystopia, w której filozoficzne pytania o naturę inteligencji i wiary spotykają się z brutalną prozą życia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398114707
Rozmiar pliku: 6,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rok 2075

Przyszłość jest jak rtęć na szkle
w pędzącym samochodzie. Równie zaskakująca jak i banalnie przewidywalna.

Teraz jest nam dobrze, a ja nie powiem nigdy więcej, że umarłem na obojętność i nie ma we mnie życia. Zapomniałem wszystkie myśli, a brama ze skrzydeł do szczęścia – zakuta mokrą czernią, bez wiary w iskrę marzeń. Teraz jest nam dobrze. Nasze pokolenie nie musi się już buntować, walczyć o życie swoje i swoich bliskich. Pozostały tylko cienie potwornych wspomnień, ponure dokumenty cierpień milionów istot ludzkich. Nazywam się Karol Zapolsky i jeśli tylko Bóg mi na to pozwoli, zanim skończę dwadzieścia trzy lata – dokładnie za jedenaście dni, 11 września 2075 roku – opowiem tym z was, którzy chcą grzebać się w ponurej przeszłości, jak przeżyłem.

Moje przyjście na świat zbiegło się z całym ciągiem fatalnych wydarzeń i myślę, że niewielu Jasnowidzących mogło w swoich wizjach objąć to wyobraźnią. Moja matka, Maria Zapolska, skrzętnie ukrywając arystokratyczne korzenie, została uznana za buntowniczkę systemu i postanowiła kosztem własnego życia urodzić syna. Przed Zamortem ciąże bez certyfikatu genowego były administracyjnie niewłaściwe, więc kobieta nie mogła liczyć na pomoc Medicu.
W archaicznych warunkach „nova” kobieta miała bardzo małe szanse na przeżycie rozwiązania. System mieszczański, precyzyjnie nastawiony na niszczenie wszelkich przejawów spontantu, perfekcyjnie regulował sprawy narodzin. W imię racji społecznej – tak zwanego właściwego ukierunkowania rozwoju – służby, wykorzystując zaawansowane technologie, zapewniały ciągłą kontrolę genetyczno-prokreacyjną. Wszyscy uznani za renegatów systemu spychani byli na margines decyzyjny.

Maria ukrywała się w podgórskiej osadzie w Sudetach u swojej dawnej przyjaciółki, Weroniki. Weronika Markowska-Ruth – trzydziestoparoletnia, piękna kobieta – żyła w trudnej do opisania traumie i letargicznej wręcz symbiozie z naturą. Po tym, jak w pożarze domu straciła dzieci i męża, każda chwila od tamtej tragedii była dla niej symbolem nieustającej kaźni i dramatu istnienia. Postanowiła resztką świadomości, że nie musi już nikomu udowadniać swojego bytu – ani tego, czy jeszcze oddycha, czy tylko łapie, jak tonący, resztki powietrza wraz ze spienioną, lodowatą wodą.

Weronika, pijąc wodę z górskiego strumienia i żywiąc się tym, co dostała od ludzi, mieszkała w niszczejącym domu na końcu wsi. Dom, który przed tragedią służył jej nieistniejącej już rodzinie jako miejsce weekendowych wypadów, pozostał tylko zimnym, kamiennym dokumentem przeszłości, oddając ostatnią posługę oszalałej kobiecie. Weronika godzinami w misterny sposób oczyszczała wyrwane korzenie ściętych drzew. Cały ogród przed domem zawalony był jej upiorną twórczością. Korzenie wyglądały jak drobne ręce, powykręcane z przerażenia, chcące zasłonić nieistniejące już twarze. W takim otoczeniu moja matka, Maria, spędziła ostatnie sześć miesięcy życia. Weronikę znała jeszcze ze studiów. Były dobrymi przyjaciółkami – zawsze trzymały się razem, razem uczyły się i bawiły, aż do czasu, gdy w ich życiu pojawił się Piotr Jarema. Ich przyjaźń umarła; teraz obie, niczym w transie, walczyły już tylko o niego. Piotr kończył wtedy studia muzyczne na kierunku kompozycji i w momencie, kiedy w jego życiu pojawiły się – niczym dwie piękne istoty – Maria i Weronika, w szalonym tempie tworzył symfonię, jak zwykł mówić: dzieło całego życia. Jak się później okazało – jedyną, a do tego nigdy nie usłyszał, jak brzmi w całości i jakie niesie emocje. Zanim zakończył życie, z pełną desperacją walczył o wykonanie koncertowe. Napisał jeszcze dwie wzruszające ballady na fortepian i wiolonczelę, które miały zamykać całe dzieło; przygotował się i czekał na cud.

Gdzieś w innym miejscu koniec lat 30 XXI wieku, Maria rozmawia z Weroniką.

– Dlaczego on to zrobił? Naprawdę nie mogę tego zrozumieć.

– Wiesz, Mario, nie ty jedna, ale myślę, że tutaj nie chodziło tylko o nas. To ta jego muzyka go zabiła. A ten jego list na pożegnanie? Pamiętasz, o czym pisał? – odpowiedziała z oburzeniem Weronika.

– Weroniko, przecież on z nas szydził! Przekazał to wprost i dosadnie: „Żegnajcie, niedoskonałe potwory”. O kim on myślał, jeśli nie o nas? Wszystko jasne. A ta jego symfonia... Czy tobie też próbował wytłumaczyć, dlaczego druga część dotyczy przyszłości? – Maria próbowała drążyć temat.

– Powiedział tylko, że jeśli ktoś to zrozumie, to zwariuje tak jak on.

– Na razie zrozumiałam tylko tyle, że obie byłyśmy naiwne i ślepe. Dzięki niemu wiem, że jestem sama, mogę liczyć tylko na siebie i nie mam zamiaru litować się nad sobą ani nad kimkolwiek innym. Miłość jest taka śmieszna... Nie pozostawia po sobie nic oprócz wstrętu – oburzyła się Maria.

– Może masz rację, ale ja go kochałam. Ty także. Teraz nie wiem, co dalej. Boję się żyć pośród tych wszystkich wyrachowanych potworów, a do tego jeszcze ty, Mario, jesteś po ich stronie.

– Ja po ich stronie? Nigdy! Weroniko, jestem wolna i żaden facet nie będzie robił ze mnie szmaty. Nie, o nie! Było, minęło. „Żegnajcie, niedoskonałe potwory!” – a w czym on niby był taki doskonały? Byle jaki dupek zrobi ci to samo, a może nawet dużo lepiej. Otwórz oczy, dziewczyno! I tak mamy szczęście, że zrobił z nas tylko dziwki, a nie narkomańskie szmaty. Jazda po prochach to ma być ekstaza? Obie byłyśmy w bagnie po uszy.

– Mario – oponowała Weronika – nie chcę tego słuchać, boli mnie to wszystko. Postanowiłam wyjechać jak najdalej stąd i zapomnieć o wszystkim. Mam szansę pracować w Instytucie Genomiki w Seattle. Być może będę kontynuować studia i jednocześnie prowadzić badania u boku samego profesora Jana Maciejczyka. Jestem już po wszystkich virtual-testach i czekam na akcept Rady Postępu. Sześć lat później Weronika Markowska-Ruth stała się współautorką ogromnego sukcesu naukowego w dziedzinie badań nad genetyką pokoleniową. Udało się odczytać tak zwany łańcuch pokoleń – po wyizolowaniu genów energetycznych zaczęto identyfikować konkretne osoby z przeszłości. Dzięki komputerom molekwantowym można było tworzyć przestrzenne symulacje rozwoju osobowości. To było prawdziwe szaleństwo i ekstaza badawcza. W projektorach nazwanych na cześć patronki uczelni, świętej Anny, »Hollyann«, odzyskiwały swoje wirtualne ciała postacie z przeszłości. Na bazie odpowiedniego genera, taka nazwa się przyjęła dla genów energetycznych, odtwarzano swoich przodków nawet z bardzo odległej przeszłości. Można było prześledzić cały ich rozwój – od prokreacji aż po początek kolejnego pokolenia. W generach zapisane było dosłownie wszystko: stan zdrowotny i emocjonalny,
a dokładniej – cienie i ułamki takich informacji. Pełna matryca i paleta nastrojów wewnętrznych powiązana z linią czasu. Oczywiście z uwagi na ogromną złożoność pomiarów i małą dokładność aparatury badawczej, było w tym bardzo dużo fantastycznej symulacji komputerowej opartej na specjalistycznych algorytmach. Jednakże finalnie, w połączeniu z realiami i różnego rodzaju danymi historycznymi, dawało to spektakularny efekt odczytywania archiwum myśli. Niektórzy naukowcy ogłosili wówczas światu, że czują się tak, jakby dotarli do Komnat Boga.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij