Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kompania bez Imienia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Kompania bez Imienia - ebook

Kompania bez Imienia przyjmie każdego. Rekrutuje i szkoli morderców, gwałcicieli i oszustów, których świat uznał za straconych. Nikt nie wierzy tu w bohaterstwo, tylko w dobrze wykonane rozkazy. Przemoc jest narzędziem, okrucieństwo ma swoją funkcję, a każdy dzień przeżyty do zmroku uznaje się za umiarkowany sukces. Są skuteczni i zrobią wszystko… jeśli tylko kogoś na nich stać. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-915-2
Rozmiar pliku: 4,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Opowiedz nam historię

18. DZIEŃ LATA, 9132 R. MIARY UNICKIEJ. KRWAWE ŁĄKI, LAREF

Dzieci krzyczały, radośnie zbierając się wokół ogniska. Dorośli uśmiechali się pobłażliwie, przyglądając się im od czasu do czasu.

— Opowiedz nam historię! — zawołała kilkuletnia dziewczynka, ciągnąc za rękaw przepoconej koszuli zmęczonego staruszka.

— Jestem dziś zmęczony — odpowiedział, lecz dziecko nie dawało za wygraną.

— No to tylko jedną!

— Ale…

— Jedną!

Do dziewczynki natychmiast dołączyły pozostałe dzieci. Jedne próbowały robić groźne miny, inne patrzyły zapłakanymi oczami. Staruszek nie ustępował. Naprawdę był tego dnia zmęczony. Lato przyszło ciężkie, upalne jak na tę część świata. Owszem, przeżył już bardziej dokuczliwe słońce i stąpał po bardziej spalonej ziemi, ale wtedy był młodszy — nie musiał dbać o plony, martwić się o zwierzęta ani o dobro rodziny.

— Pjosze — poprosił cicho trzyletni chłopiec o pucołowatej buzi i ogromnych oczach zielonych jak soczysta trawa porastająca polany Sur Amar.

Staruszek westchnął. Do tego dzieciaka miał słabość. Ta zieleń i dziecięca czystość przypominały mu najlepsze lata życia. Dziś jednak przywodziły też na myśl, jak bardzo się postarzał.

— Nie dziś… jutro albo…

— Tylko jedną? — zapytał z nadzieją młody chłopak, podając staruszkowi miskę rozwodnionej zupy. — Proszę, dziadku.

To był cios poniżej pasa. Jak miał odmówić ukochanemu wnukowi? Staruszek posłał gniewne spojrzenie siedzącemu nieopodal synowi i pogroził mu palcem. Tamten wzruszył ramionami i roześmiał się wesoło.

— Wnukowi odmówisz? — zapytał, unosząc brwi.

— _Tehor klak nur_ — zaklął cicho starzec, wiedząc, że nikt z obecnych nie włada językiem kibar.

Syn roześmiał się jeszcze donośniej, lecz nic nie odpowiedział. Staruszek niechętnie przeniósł spojrzenie na wnuka. Chłopak był już w wieku, w którym powinien powoli rozglądać się za żoną, a nie słuchać bajęd przy ognisku.

— Nie jesteś na to wszystko za stary? — zapytał szorstko.

— A czy mój ojciec jest? Albo Krzywy Pat? Oni też cię uważnie słuchają. Wszyscy cię słuchają. Mama i siostra też. Nawet Stara Lenka.

— Nie jestem taka stara, ty wiejski ciulu! — wrzasnęła wymieniona kobieta, groźnie wymachując laską.

— Też jesteś ze wsi, Lenka, więc nie obrażaj mi chłopaka — odparł staruszek, kręcąc głową i przewracając oczami.

Stara Lenka prychnęła i wróciła do zaplatania warkocza swojej praprawnuczce.

— To opowiesz? — zapytał ponownie chłopak.

Starzec westchnął ciężko, lecz w końcu skinął głową. Dzieci zapiszczały z zachwytem i szybko usiadły jak najbliżej. Dorośli również przyciszyli rozmowy albo całkiem je przerwali, choć każdy znał te opowieści na pamięć. Nie chodziło jednak o to, _co_ było mówione, lecz _jak_. Słowa pozwalały im na chwilę zapomnieć, kim są i gdzie się znajdują, zobaczyć oczami wyobraźni krainy, do których nigdy nie dotrą, stać się tym, kim nigdy nie będą. Przez moment mogli wszystko. Tylko to się liczyło.

— Nie dacie starcowi odpocząć — warknął, po czym odchrząknął, splunął w bok i westchnął ciężko. Wreszcie zaczął opowiadać. — Byłem wtedy młody i głupi, ale gdybym taki nie był, nigdy bym się nie zaciągnął…Nazywali nas Kompanią bez Imienia

157. DZIEŃ LATA, 9080 R. MIARY UNICKIEJ. OKOLICE YATHA, GIDHA.

Nazywali ich Kompanią bez Imienia, bo nigdy nie mieli oficjalnej nazwy. Nie potrzebowali jej, tak jak ich Dowódca nie potrzebował żadnych tytułów. Gdy gdzieś docierali, wszyscy i tak wiedzieli, kim są. Gdy się zatrzymywali, mało było głupców gotowych zakłócić ich spokój albo odmówić spełnienia grzecznej prośby.

Gdy pierwszy raz o nich usłyszał, uznał to za plotki. Gdy usłyszał o nich drugi raz, nie mógł uwierzyć w ich rzekome dokonania. Gdy trzeci raz dotarło do niego, co podobno zrobili, zrozumiał, że chce do nich dołączyć. Nie. Właściwie nie chce. On musi do nich dołączyć i przekonać się na własnej skórze, czy choć część z tych legend jest prawdą.

Był zwyczajnym chłopakiem ze wsi. Niezbyt bystrym, niezbyt przystojnym, niezbyt wygadanym. Przeciętnym pod każdym względem i całkiem pewnym, że nic się w tym nie zmieni. Miał wspaniałą matkę i ojca pijaka, który regularnie go bił. Nie tylko jego zresztą bił. Bił ich wszystkich. Matkę, jego i siódemkę rodzeństwa. Był sukinsynem, a nikt we wsi nie odważył się zrobić z nim porządku. Wszyscy się go bali.

I właściwie od niego wszystko się zaczęło.

Agresywny, pijany i gotowy do wszczęcia kolejnej burdy, wytoczył się z domu, uprzednio uderzywszy płaczącą matkę i niemal wybijając kolejny ząb najmłodszej córce. Stanął na ulicy i zastąpił drogę obcej kobiecie w dziwnej zbroi. Spojrzała na niego obojętnie. Nie spodobało mu się to, ale jego zdanie nie miało znaczenia. Chwilę później leżał martwy w kałuży własnej krwi. Kobieta była szybka i brutalna. Wycierając ostrze noża o koszulę dogorywającego drania, oznajmiła obojętnie, że werbuje do Kompanii. Nic więcej. Żadnych wyjaśnień. Zero.

A jednak wszyscy wiedzieli. Wszyscy, także on.

Jeszcze tego samego dnia, mimo błagań matki, zaciągnął się, uciekając od swojej przeciętności. Tego dnia wyrzekł się również swojego imienia, którego teraz już nawet nie pamiętał. W Kompanii dostał nowe. Lepsze. Mniej… przeciętne. To zapamiętał. I to zostanie z nim do samego końca.

Gdy nadejdzie jego czas, na płycie nagrobnej wyryją je wielkimi literami:

_„Kasel niech płaszczem swym otoczy Nudziarza”._

Ale nie o to teraz chodzi. Czas przejść do rzeczy.

Kompania dzieliła się na drużyny, a każda z nich podróżowała oddzielnie. Był to dziwny system, ale w jakiś pokrętny sposób działał wystarczająco dobrze, by utrzymywać go od lat. Największą renomą cieszyła się oczywiście drużyna samego Dowódcy. Dowódcy, którego imię brzmiało… Dowódca.

Nudziarz miał jednocześnie zaszczyt i pecha trafić właśnie do tej elitarnej bandy morderców. Szkoliła go sama Skórka — morderczyni jego ojca, prawa ręka Dowódcy i najcichsza kobieta, jaką kiedykolwiek spotkał. Stanowiła miłe przeciwieństwo podróżującego z nimi Czarnego Maga.

— O czym tak myślisz, Nudziarz? — zapytał Kołek, ich drużynowy kucharz.

— Zamyśliłem się… — zaczął odpowiadać, gdy oberwał drewnianą łychą w głowę.

— To, kurwa, widzę, ale nie widzę obranych pierek.

— Ziemniaków — poprawił go odruchowo Nudziarz i natychmiast dostał kolejne uderzenie.

— Moja matula mówiła na to pierki, moja babula mówiła na to pierki i ja też, ty pieprzony matkojebco, będę mówił na to pierki. A teraz, ty cholerny owcojebco, ruszaj się i obieraj to gówno, bo nic dziś na kolację nie będzie, jak nie dostanę pełnego gara tych… Dzień dobry, panie Dowódco!

Nudziarz nie musiał się nawet rozglądać. Usłyszał zmianę tonu i zrozumiał wszystko. Rzucił nóż i ziemniaka, zerwał się na równe nogi i zasalutował. Dowódca spojrzał na nich obojętnie, skinął głową i chwilę później zniknął w swoim namiocie.

— Ten to wie, jak zabić rozmowę — mruknął kucharz, drapiąc się nerwowo po głowie. Nagle krzyknął: — Obrałeś mi te pierki, ty cholerny siostrojebco?!

— Nie spałem z nikim z mojej rodziny i nie…

Urwał, bo znowu oberwał łychą. Dziś nie był dzień na kłócenie się z kucharzem. W zasadzie nigdy nim nie był, dziś szczególnie.

— Co wy tak mordy prujecie od rana? — dobiegł ich zaspany głos.

Obaj zbledli i spojrzeli po sobie niepewnie, nie wiedząc, czy lepiej się odwrócić, czy od razu brać nogi za pas.

— Zadałam wam pytanie, wy niedojebani koneserzy własnych rodzin.

Jak na komendę obrócili się na pięcie i zasalutowali. Przed nimi stała niska postać owinięta wieloma warstwami czarnych szmat. Głęboki kaptur niemal całkowicie skrywał twarz, tak jak strój ukrywał resztę ciała. Sławna na cały świat Czarny Mag we własnej osobie; niech wszyscy bogowie wszystkich religii mają w opiece tego, kto odważy się użyć żeńskiej formy jej tytułu.

— Melduję posłusznie, że jest już popołudnie — odpowiedział kucharz.

Słodkawy, duszący zapach otaczający Maga był słaby, lecz wyraźny. Oznaczał jedno: jej umysł nie był stabilny. W takie dni nic nie było pewne, a nikt bezpieczny. Każde słowo, każdy oddech stawały się chorą loterią.

Czekali. Długo. Albo tylko im się tak dłużyło.

W końcu Czarny Mag wzruszyła ramionami i ruszyła dalej. Dopiero gdy zniknęła w namiocie Dowódcy, obaj odetchnęli.

— Zawsze wiedziałem, że nie zginę od noża ani miecza — mruknął Kołek. — Ja się kiedyś po prostu przekręcę ze strachu. Znajdziecie mnie zasranego przy garach, trzymającego się za serce.

— Raczej zasranego na śmierć po twoim kolejnym kuchennym eksperymencie — odparł Nudziarz, uchylając się przed kolejną łychą.

To był ostatni raz, gdy z nim rozmawiał. Nie zabił go strach. Zabiła go spadająca z nieba krowa, a właściwie jej nadpalona, tylna część. Konał jeszcze trzy godziny, nim Skórka skróciła jego cierpienie. Ale nie ma co wyprzedzać faktów.

Rano, tuż po ćwiczeniach, wszyscy mieli zebrać się przed namiotem Dowódcy. Minął tydzień od ostatniej roboty. Wystarczająco długo, by zaczęło im się nudzić, lecz nie dość długo, by zatęsknili za brudzeniem rąk. Powietrze nie było więc przesycone chorą ekscytacją. Nie słychać było szeptanych zakładów ani zgadywanek.

Minuty mijały. Dowódca zwykle nie kazał im czekać tak długo. Zanim jednak niepokój zdążył narosnąć, poły namiotu się rozsunęły.

— Dzień dobry, moje panienki! — zawołał dźwięczny głos Czarnego Maga.

Bez słowa zasalutowali. Jeśli Czarny Mag nazywała cię panienką, to byłeś pierdoloną panienką i tyle w temacie, mówiono każdemu nowemu rekrutowi, bo w końcu nie była to kwestia doboru słów, lecz samego życia bądź śmierci. Właśnie dlatego wszystkie paskudne, brodate i niedomyte panienki wyprężyły teraz dumnie pierś, nie mówiąc ani słowa.

— Widzę, że dziś też nie jesteśmy dość odważni, by mnie poprawić? — zadrwiła, wbijając w nich spojrzenie.

No cóż. Skoro nie byli dość odważni, to nie byli i tyle w tym temacie. Dlatego milczeli. Kobieta, znudzona, w końcu wzruszyła ramionami.

— Szkoda. Mam teorię do sprawdzenia i liczyłam na przymusowego ochotnika.

Skinęli głowami. Ostatni, który próbował jej wytłumaczyć, że nie istnieje coś takiego jak przymusowy ochotnik, został nim bardzo szybko. Jego krzyki było słychać jeszcze w sąsiedniej wiosce.

— Jesteście uparci, widzę. No trudno. Znajdę w końcu kogoś, ale może po robocie. Jak wiecie, nie zabraliśmy was tu dziś po to, żebyście się nawdychali własnego smrodu. Wczoraj mieliśmy gościa, a ten gość miał mieszek z wystarczającą ilością kosztowności, żeby nas zainteresować. Nastąpiło coś, co nazywam zasadą trzech „P”. Posłuchaliśmy, ponegocjowaliśmy, podpisaliśmy kontrakt. Robota nie wydaje się szczególnie trudna, ale cuchnie na kilometr. Idiota by się zorientował, że to pułapka, a wiecie, co robimy z pułapkami?

Pokazała palcem na jednego z niedawno zrekrutowanych chłopaków, którego imię czas wymazał z pamięci Nudziarza.

— Ignorujemy? — odpowiedział niepewnie biedny głupiec.

Czarny Mag uśmiechnęła się szeroko, a gdy tylko białe zęby błysnęły pod kapturem, chłopak popuścił ze strachu.

— No, no, no. Chyba mam pierwszego kandydata na swojego przymusowego ochotnika. Zawal coś przy robocie, a dostaniesz fuchę swojego życia, dzieciaku. — Po tych słowach klasnęła w dłonie i głośniej dodała: — Pułapki rozbrajamy, wy skretyniałe maminsynki!

— Ty w nie zawsze włazisz — powiedział siedzący na pobliskim drzewie chowaniec maga.

Wielkie bydlę wyglądało, jakby ktoś stado kruków wystrzelił z katapulty prosto w mur, a potem zeskrobał i nadał temu imię. Biedny drań był nieśmiertelny, jak długo żyła jego pani, więc brzemię, jakie stanowiła jego fizyczna powłoka, miało mu ciążyć jeszcze całkiem długo.

— Ja w nie nie włażę, tylko je taranuję, bo i tak nie stanowią dla mnie zagrożenia, a to szybsze niż tracenie czasu na neutralizowanie czegoś tak prostackiego.

— Też bym tak mówił, jakbym we wszystkie właził.

Uśmiech na twarzy Maga przygasł lekko. Chowaniec zaskrzeczał, po czym pokręcił łebkiem.

— Już zamykam dziób.

— Też tak myślę. — Odwróciła wzrok od karykatury żywej istoty i znów skupiła się na żołnierzach. — Rozdzielamy się na trzy grupy. Kapi dowodzi pierwszą, Wszarz drugą, a Mustang trzecią. Rozdzielcie się sensownie i po równo, a potem naszych szczęśliwych wybrańców zapraszam do namiotu po szczegóły ściśle tajnej operacji zniweczenia planów naszych wrogów.

Wszyscy przytaknęli skwapliwie. Chwilę później Mag zniknęła w swoim namiocie. Nudziarz, nie zastanawiając się długo, zgłosił się do drużyny Mustanga. Akurat podchodził do mężczyzny, gdy usłyszał, jak ten mówi do Młotka:

— Sprawa jest poważna.

— Dlaczego tak myślisz?

— Spuścili jej parę ze łba. Musi być źle, skoro Dowódca potrzebuje jej na chodzie.

A tak. Nudziarz nie zwrócił na to uwagi, ale faktycznie zniknął gdzieś ten charakterystyczny, słodkawy odorek. Zawsze znikał, gdy Mag była potrzebna w pełni swych sił umysłowych. Nazywali to spuszczaniem pary, ale nikt dokładnie nie wiedział, o co w tym chodzi. Po prostu co jakiś czas Mag szła się odmeldować do Dowódcy, a potem wychodziła zupełnie inna. Niektórzy mieli na to swoje teorie obejmujące pewne części ciała jej i Dowódcy, ale mało kto dawał temu wiarę. Nikt nie był dość głupi, by chcieć brać sobie do łóżka samego Czarnego Maga. Nie ze względu na jej temperament, ale na to, co skrywały jej szaty — fragmenty cudzych ciał, które kazała sobie regularnie wykopywać i nazywała swoimi „częściami zapasowymi”.

— Może to tylko profilaktycznie…?

— Może profilaktycznie idź wsadź kutasa w mrowisko.

— Nie musisz być od razu taki…

Rozmowa została przerwana. Poły namiotu Dowódcy uchyliły się, a ze środka wyszła Skórka. Był to sygnał, którego nikomu nie trzeba było tłumaczyć. Wybrana trójka ruszyła natychmiast odmeldować.

***

157. DZIEŃ LATA, 9080 R. MIARY UNICKIEJ. OKOLICE YATHA, GIDHA.

Nudziarz nie wiedział, co dzieje się w namiocie. Nie wiedział też, co dzieje się dookoła, ale miał pewność, że coś się dzieje. Na pobliskim wzgórzu widać było ludzi. Coś robili, wyglądali na wojsko. Po drugiej stronie, niezbyt udolnie, skradali się czyiś zwiadowcy. Może właściwie robili to udolnie, ale Czarny Mag rozstawiła czujki daleko, więc nie mieli szans umknąć przed jej wzrokiem. Z trzeciej strony panowała podejrzana cisza, zbyt głęboka jak na jego gust. Z czwartej mieli klif opadający prosto do wzburzonego morza. Dobre miejsce na budowę zamku, słabe do bronienia się przed siłami liczniejszymi od własnych.

Ta myśl była niepokojąca. Męczyła nie tylko Nudziarza.

— Śmierć od miecza albo utonięcie — szepnął Ząbek, śmiejąc się nerwowo.

Nikt nie miał takiego zgryzu jak on. Nikt. Można było mieć krzywe zęby, ale to przekraczało wszelkie oczekiwania.

— Nie będzie tak źle. Mamy w końcu Czarnego Maga.

— O tak, bardzo mnie uspokoiłeś — parsknął Ząbek. — Czarny Mag zadba o Dowódcę i Skórkę. Reszty ratować nie będzie, jeśli nie dostanie rozkazu. Dlaczego w ogóle rozbiliśmy tu obóz?

— Dowódca wie, co robi.

— Albo nie wie, ale dobrze udaje.

Nudziarz poczuł dreszcz. Takich rzeczy się nie mówiło.

— Wie, co robi — syknął Klemens, który pojawił się obok nich niemal bezgłośnie. — A jak chcesz żyć, to stul mordę i nie pieprz takich farmazonów. On ma uszy wszędzie. Nie jesteś z nami dość długo, żeby wiedzieć, co potrafi.

— A ty wiesz? — warknął Ząbek.

Nudziarz wstrzymał oddech.

— Wiem — wycedził Klemens, chwytając Ząbka za fraki i przyciągając go tak blisko, że niemal stykali się czołami. — I modlę się, żeby nie zobaczyć tego ponownie. Byłem pod Krus Deremis. Pod Ousterus. Pod Nissanuss. Wiem, skąd Czarny Mag ma swoje nici i czym one są. Wiem, do czego się szykują. I wiem jeszcze jedno. Od dwóch dni nie widziałem Braci. Coś się szykuje. Coś dużego. A ja jestem na to za stary.

Ząbek uniósł dłonie w geście poddania.

— Tworzy swoje nici, splatając energię śmierci, cierpienia i bólu — odezwał się starzec, którego Czarny Mag nazwała Igorem. — Na jeden witek potrzeba około setki bolesnych zgonów. Im dłużej konają i im bardziej się boją, tym lepiej. Masowe rzezie nie mogą trwać bez końca, dlatego każda nić jest oszczędzana. Bez nich Kompania byłaby słabsza.

Uśmiechnął się zimno dodając po chwili:

— Z jednym masz rację. Priorytetem jest Dowódca, Skórka i Bracia. Reszta jest opcjonalna. Dla niej jesteście tylko mobilnym źródłem surowców. Niczym więcej.

Klemens przytaknął niechętnie. Cokolwiek widział, czegokolwiek był świadkiem ten brzydki sukinsyn, musiało robić wrażenie. Nudziarz odnotował w pamięci, by o to nie pytać. Lubił swoje kości takimi, jakie były: w jednym kawałku.

Starzec odszedł, a Klemens puścił Ząbka i pozwolił mu od siebie uciec. Nudziarz sam też szybko się oddalił. Tak było bezpieczniej.

Narada w namiocie nie trwała tak długo, jak spodziewali się tego inni, jednak wystarczająco, żeby Nudziarz policzył wszystkich znajdujących się w obozie. Drużyny liczyły sobie na ogół piętnaście osób, czasem dwadzieścia. Tak było zawsze po podziale. Potem, gdy Dowódca rozsyłał je w różnych kierunkach, zaczynały werbować. Zdarzało się, że gdy wracały, liczyły sobie i kilka setek. Tak mówili mu inni, ale on sam widział najwyżej setkę. Obecny stan drużyny Dowódcy wynosił piętnastu żołnierzy i trzydziestu rekrutów, którzy dopiero zaczynali szkolenie. Niezbyt optymistyczna informacja. Przynajmniej podzielili się po równo. Dwa tygodnie temu było ich prawie osiemdziesięciu, ale sporo ze szkolonych nie przeżyło ostatniego zlecenia. Nudziarza to nie dziwiło. Dziwiło go za to, że sam jakoś zawsze dawał radę to wszystko przetrwać.

— Kiedyś szczęście mnie opuści — mruknął.

Nie żałował, że się zaciągnął. Żałował kilku rzeczy, które potem zrobił, ale samego wyrwania się z domu? Nigdy. Lubił takie życie, lubił walkę i świadomość, że o niczym nie musi decydować, bo zawsze ktoś inny wyda mu odpowiedni rozkaz. Przerażała go jednak wizja końca z poderżniętym gardłem i tego, że nic po sobie nie zostawi. Z Kompanii bez Imienia się nie odchodziło. Tu nikt nie przechodził na emeryturę ani nie zostawał zwolniony na stałe do domu. Tu się zaciągało, tu się żyło, tu się umierało. Ci, którzy tego nie rozumieli, którzy próbowali zdezerterować… No cóż. Bracia zawsze w końcu ich znajdywali. Zawsze.

Z ponurych myśli wyrwał ich przenikliwy gwizd. Taki dźwięk potrafił wydobyć tylko Kapi. Narada dobiegła końca, zadania rozdzielono, a teraz każdy z wyznaczonych liderów miał zadbać o to, żeby jego ludzie nie potykali się o własne nogi. Przy takiej ilości rekrutów nie będzie to łatwe.

Nudziarz znalazł Mustanga. Inni też już zaczęli się gromadzić dookoła. Chwilę później Mustang ich przeliczył, a potem poprowadził kawałek za obóz, żeby mogli spokojnie porozmawiać, nie przekrzykując się z innymi liderami.

— Mamy rozkazy — zaczął zmęczonym głosem. — Ślepi nie jesteście, więc wiecie, że coś się dzieje. Oficjalnie zapłacono nam za wystawienie się i stoczenie walnej bitwy z przeciwnikami księcia władającego tymi ziemiami, czy kogo oni tam mają.

— _Ksi _Artus. Artus jest _ksi _tego _trento_ — odezwał się cicho jeden z młodszych rekrutów, którego niedawno zwerbowali w okolicy.

Mustang spojrzał niechętnie na chłopaka, po czym wzruszył ramionami.

— Nieważne, jak ich tam sobie nazywacie. Facet nie jest lubiany i ma wrogów, którzy zebrali wojsko, żeby go obalić. My mamy to wojsko pokonać i utrzymać faceta na tronie.

— My nie mamy tronów. W naszej kulturze…

— Jeszcze słowo, a osobiście zaszyję ci usta, a pierdolona szwaczka ze mnie jest słaba — warknął, łapiąc chłopaka za fraki.

Ten, wystraszony nie na żarty, momentalnie umilkł.

— Odpuść Mustang i gadaj szybciej. Srać mi się chce — oznajmił z rozbrajającą szczerością Kikut, drapiąc się po brodzie damską ręką doszytą mu przez Czarnego Maga.

O dziwo podziałało. Mustang rozluźnił uchwyt i wrócił do mówienia.

— Podobno tamci mają jakieś dwa tysiące wystawionych do walki, w tym dwieście to elitarna kawaleria.

— Trochę dużo jak na bunt — zauważył Nudziarz.

— Trochę mi się tu nic nie zgadza. Szefostwu też. Dwa tysiące to przesadzona liczba. Bracia mówią, że jest tam około tysiąca pięciuset. Nie ma też żadnej kawalerii. Większość z nich prawdopodobnie nigdy nie walczyła, bo nie potrafią nawet trzymać broni. Po coś jednak ich wystawiono. Podobno mają oddział saperów. Być może to wielka zasłona dymna dla ukrycia ich obecności, ale raczej mają jeszcze jakiegoś asa w rękawie. Ktoś dojechał w zamkniętym powozie. Obstawiamy maga. Powóz jest zabezpieczony i maskuje pole magiczne. Czarny Mag nie potrafi określić, co jest w środku. Może być to blef, ale Dowódca potraktował sprawę poważnie. Kapi ma się tym zająć. Rzekomą konnicę wziął na siebie Wszarz. My obstawiamy trzeci front, więc naszym zadaniem jest zająć się ukrytymi saperami. Tyle ogółem, a szczegółem to czekam na raport. Bracia wybrali się na mały rekonesans, Mag wypuściła swoje kruki. Jak się czegoś dowiedzą i zechcą nam o tym powiedzieć, to dopiero wtedy wkroczymy do akcji. Na ten moment rozdzielam role i chcę, żebyście przygotowali sobie sprzęt. Złapcie coś do jedzenia, prześpijcie się czy co tam chcecie. Oficjalnie zaczynamy o wschodzie słońca.

— To samobójstwo — powiedział nagle jeden z rekrutów, którego imienia nikt nie raczył zapamiętać. — Jak mamy pokonać dwa tysiące…

— Tysiąc pięćset.

— ...przeszkolonych…

— Wątpię.

— …żołnierzy…

— Raczej przebranych chłopów.

— …uzbrojonych i gotowych do walki na otwartym terenie? Do tego mając jeszcze za plecami klif i pewną śmierć?

W tym momencie podniósł nieśmiało rękę chłopak, którego Mustang wcześniej skutecznie uciszył. Tym razem dostał pozwolenie na zabranie głosu.

— _Ksi_ Artus ma pięciuset żołnierzy. _Ksi_ Ursel około siedmiuset, a _Ksi _Ashan czterystu. Razem daje to tysiąc sześćset, ale skoro ktoś chce obalić Artusa, to jego sił raczej nie powinniśmy w to wliczać. Ursel nienawidzi Artusa, ale Ashan jest w stanie wojny z Herosel, więc nie przysłałby tu nikogo. Zostaje siedmiuset. Nasze prawo zabrania przyuczania się do władania bronią bez zezwolenia pana ziem, więc nie mamy zbyt wielu band do wynajęcia. To nie są moi ludzie, albo jeśli są, to nie umieją walczyć.

Mustang pokiwał głową, analizując słowa chłopaka, po czym klepnął go lekko po ramieniu.

— Widzisz? Jak chcesz, to umiesz gadać z sensem. Czyli to wieśniacy…

— Albo porządnie przeszkoleni najemnicy — powiedział Nudziarz z niepokojem, patrząc na słabo ukrywające się siły domniemanego wroga.

— Lepiej, żebyś nie miał racji, bo ci łeb upierdolę — warknął Kikut.

Nudziarz westchnął ciężko, nic więcej nie mówiąc. To, że był przeciętny, nie oznaczało, że był głupi.

— No ale nawet jeśli to tylko chłopi, to przecież nas jest tylko garstka. Zaleją nas… — Zaczął znów ten drugi rekrut.

Mustang przewrócił oczami.

— To wszystko. Rozejść się — warknął, ręką dając dyskretnie sygnał, by pełnoprawni członkowie drużyny zostali.

Wszyscy ruszyli w swoje strony, ale piątka dziwnym trafem nie odeszła zbyt daleko. Udając, że rozmawiają o dziwkach i nowym sprzęcie, przystanęli na skraju obozu. Mustang podszedł chwilę później.

— Marnie to widzę — powiedział cicho Kikut, głośniej rzucając jakąś uwagę na temat usług oralnych oferowanych w pobliskim mieście.

— Zaleją nas masą — dodał Nudziarz.

— Dowódca ma plan — powiedział cicho Mustang szeptem. — Dostaniemy wsparcie.

— Jakie?

— Dokładnie nie wiem, ale ściągają posiłki. Nie mówicie młodym. Do końca ma to wyglądać tak, jakby udało im się nas zaskoczyć.

Przytaknęli, a potem uważnie wysłuchali, czego naprawdę oczekiwał od nich Dowódca.

Nim wstało słońce, Skórka skutecznie wyciągnęła ich z łóżek. Jak zwykle zrobiła to, nie używając choćby jednego słowa. Jeśli ta kobieta mówiła, to tylko wtedy, gdy musiała i tylko tyle, ile musiała. A szkoda. Nudziarz zawsze uważał, że ma piękny głos. Mimo wszystko ciepły, miły dla ucha, ostry, choć delikatny. Prawda była taka, że podziwiał ją nie tylko za głos. Była przeciwieństwem wszystkich kobiet, z jakimi miał do czynienia. Wysoka, szczupła, dobrze zbudowana. Pod względem fizycznym była doskonałym żołnierzem. Ostre rysy twarzy i skupione spojrzenie dodawały jej charakteru, a włosy związane w gruby, długi warkocz ciekawie kontrastowały z wygolonymi bokami. Do tego ta zbroja… Nigdy takiej nie widział. Wyglądała dziko, a jednocześnie fascynująco. Podkreślała jej gibkie ruchy. Szkoda, że zakładała ją tak rzadko.

— Widziałeś to? — spytał Mustang, podchodząc do Nudziarza. — Skórka ma zbroję na sobie. Będzie się działo.

— Dobrze w niej wygląda — odpowiedział rozmarzonym głosem Nudziarz.

— Człowieku, to facet w przebraniu. Nie ma cycków, nie ma bioder, nie ma tyłka. Same mięśnie i fiksacja na punkcie noży.

— Jest dzika i piękna.

Wszyscy wiedzieli, że Nudziarz podkochuje się w Skórce. Wszyscy. Nawet Czarny Mag docinała mu z tego powodu. Skórka też wiedziała, ale nigdy nie poruszyła tego tematu. Nie traktowała Nudziarza ani trochę inaczej. Było jej to tak obojętne, że aż przykro było na niego patrzeć, ale cóż. Serce nie sługa, jak to mawiała jego matka, robiąc okłady na podbite przez męża oko. Może to było we krwi? Masochizm i potrzeba bycia krzywdzonym? Tego nie wiedział, ale wiedział za to doskonale, że Skórka nie była kobietą dla niego. Nie przeszkadzało mu to jednak śnić na jawie o niej w ustronnym miejscu.

— Nudziarz, pajacu, zaczynasz się ślinić. Przestań się na nią gapić — upomniał go cicho Mustang.

— Co jest, matkojebcy? — spytał Kikut. Podszedł do dwóch mężczyzn; w ręku miał kubek parującego napoju, który podobno był jakąś imitacją kawy. — Nudziarz znowu się spuścił w porty, bo Skórka jest w zbroi?

— Mówi, że jest dzika i piękna — Mustang nie krył drwiny w głosie.

Kikut przez chwilę przyglądał się Nudziarzowi z niedowierzaniem, po czym pokręcił głową.

— Tak, jest dzika. To fakt. Tylko że ona nie jest dzika jak dzikie klacze, które łapiesz, ujeżdżasz i bierzesz pod siodło. Ona jest dzika jak pierdolony pożar lasu, jak jebany sztorm na morzu albo cholerne trzęsienie ziemi. Ona jest zniszczeniem.

— Tak — zgodził się Nudziarz. — Właśnie o tym mówię. Jest piękna.

— Jak go nie zabiją w starciu, to ja to zrobię — warknął Kikut, patrząc z obrzydzeniem na kolegę.

— Wyświadczysz mi przysługę. Wstawię się potem za tobą — zapewnił Mustang, po czym poszedł zebrać resztę swoich ludzi.

Skórka weszła do namiotu Dowódcy. Nudziarz westchnął z rozczarowaniem, a potem z zazdrością patrzył, jak Mustang i pozostali idą wysłuchać raportów Braci.

Ile by dał, żeby być tam w środku…

Trzy grupy pomaszerowały w trzech różnych kierunkach. Miało być ich po piętnastu, ale w nocy kilku spanikowało i próbowało zdezerterować. Ich ciała sterczały teraz nabite na pale przy namiocie Czarnego Maga. Nim Bracia je tam dostarczyli, wyłupali im oczy, odcięli języki, a potem wypalili na czołach piętno dezerterów. Kompania była rodziną, a ta rodzina nie wybaczała zdrady. Czego nie zrobili Bracia, dokończyła Czarny Mag, a potem wystawiła na widok pozostałych. Oficjalnie ku przestrodze, ale nieoficjalnie, by pochwalić się swoim dziełem.

— Idioci — powiedział Mustang, patrząc na to, co zostało z tych młodych chłopaków.

Może to i lepiej, pomyślał Nudziarz. Przynajmniej nigdy nie staną się tacy jak my.

— Daleko jeszcze? — spytał Kikut.

— Do czego? — warknął Mustang. — Do wroga? W chuja daleko, jak sam widzisz. Do pierwszego wybuchającego gówna? Nie wiem. Bo pewnie jest, kurwa, zakopane.

Kikut prychnął.

— Tu jest za dużo skał. Musieliby się wkuwać, a to byśmy zauważyli. Jedyne wgłębienie, gdzie mogliby coś zrobić pod osłoną nocy i tak, żebyśmy się nie połapali, jest za następnym wzniesieniem. Pewnie zamontowali tam…

— Jak to wiesz, to po chuj mnie pytasz?

Nudziarz nie był do końca pewny, dlaczego sam zgłosił się do Mustanga, wiedząc, że on, Kikut i Krzywa Nóżka są obecnie jedynymi saperami w ich drużynie.

— No chyba że mają tam jednak maga. Mogli wtedy wystrzelić z procy te czarne kulki, co wybuchają dopiero, jak coś żywego na nie nadepnie.

— Śmierć wroga, czy jak to się tam nazywa? — spytał Mustang.

— No o tym.

— To drogie jest — stwierdził Kikut. — Nie sądzę, żeby chcieli w to inwestować. To się kupuje, jak naprawdę chcesz wygrać wojnę. Na starcie z grubymi rybami i takie tam.

— A znasz rybę grubszą od Dowódcy? — spytał Krzywa Nóżka.

— No nie — przyznał Kikut, po czym krzyknął do pozostałych: — Wypatrywać wgłębień w ziemi i nie deptać żadnych czarnych kulek.

Wszyscy zaczęli nerwowo patrzeć pod nogi. Pewnie byłoby im łatwiej, gdyby ta cholerna trawa nie sięgała im kolan.

Rozkazy były proste: iść przed siebie, a gdy Czarny Mag zacznie działać, natychmiast wycofać się do obozu. Nic trudnego. Był tylko jeden, mały problem. Lada moment wejdą prosto pod ostrza wrogich mieczy, a Czarny Mag dalej nic nie zrobiła.

— K… k… k… kulka! — krzyknął któryś z rekrutów.

Mustang, Krzywa Nóżka, Kikut i Nudziarz natychmiast uklęknęli tam, gdzie stali, i spróbowali osłonić głowy najlepiej, jak potrafili. Ktoś, chyba Mustang, wrzasnął jeszcze, żeby nikt się nie ruszał.

Oczywiście nie posłuchali.

Ktoś się poruszył, rzucił do ucieczki, a potem nadepnął na kulkę. Wybuch nie był duży, ale wystarczająco silny, by zabić trzech stojących najbliżej. Kikut oberwał kamieniem. Padł nieprzytomny na ziemię. Mustang podszedł do niego ostrożnie, ale chwilę później wstał, kręcąc głową.

Czterech. Została ich dziewiątka.

— Nikt się nie rusza — warknął Krzywa Nóżka, po czym padł martwy, gdy grot strzały wbił mu się w tył głowy.

Mustang zawył wściekle. Instynkt kazał uciekać, ale rozkazy były jasne. Wydobył miecz. Nudziarz zrobił to samo. Rekruci zaczęli uciekać, i tylko przypieczętowali swój los. Ładunków było więcej. Ci, którzy przeżyli, zamarli, wpatrując się z niedowierzaniem w starszych żołnierzy.

— Przed. Siebie. Marsz — wycedził przez zęby Mustang.

Ruszyli.

Łucznicy nie sili się z celowaniem. Po co marnować strzały, skoro można zaczekać? W końcu jakim zagrożeniem może być siódemka głupich żołnierzy? Nawet jeśli są dobrzy, przecież w końcu się zmęczą.

— Kurwa, kurwa, kurwa… — szeptał Nudziarz.

Ani przez chwilę nie wątpił w plan Dowódcy. Sukinsyn zawsze wiedział, co robił. Problem z jego planami był jednak taki, że dla niektórych okazywały się sukcesem trochę za późno.

— Kasel, jeśli płaszczem swym masz mnie dziś otoczyć… — zaczął cicho recytować modlitwę wpojoną przez matkę.

— ODWRÓT! — ryknął Mustang.

Nudziarz poderwał głowę i zobaczył kłębowisko czarnych nici.

Czarny Mag weszła do gry.

Nagle usłyszał histeryczny śmiech ulgi. To on się śmiał. Śmiał się, biegnąc, ile tylko miał sił w nogach, nie dbając ani trochę o porozrzucane kulki. Przypomniał sobie o nich, gdy usłyszał kolejny wybuch za swoimi plecami.

Oby nie Mustang, pomyślał, spoglądając przez ramię.

— Kurwa — jęknął, widząc upadające kawałki ciała i rozpoznając mundur.

Stracili wszystkich saperów. Dowódca nie będzie zadowolony. To nie był jednak jego problem. Jego problemem było to, że Mustang wisiał mu pieniądze, i to niemałe. Wiedział, że sukinsyn w końcu wymiga się od spłaty.

— Co się dzieje?! — krzyknął nagle jakiś cudem ocalały rekrut.

Nudziarz poderwał głowę i zobaczył formującą się ogromną bramę. To nasze posiłki, pomyślał z zimną satysfakcją. Och, co tu się będzie działo, gdy tylko pojawi się wsparcie i…

Potężna kula ognia uderzyła w formujące się przejście i zniszczyła je.

— Co? — spytał z niedowierzaniem Nudziarz, niemal stając w miejscu.

Nikt nigdy nie zniszczył dzieła Czarnego Maga. Sukinsyny sprowadzili tu samego mistrza magii z Atoli, pomyślał z goryczą, przyspieszając.

Gdy wpadł do obozu, zobaczył, że łącznie została ich może piętnastka.

— Jest źle — szepnął sam do siebie.

— Nawet nie wiesz, jak bardzo — odezwał się stojący za jego plecami Wszarz.

Nudziarz spojrzał na kompana i zobaczył, że ten nie ma jednego oka. Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, usłyszał mrożący krew w żyłach śmiech Czarnego Maga.

No cóż. Przynajmniej ona bawiła się tu całkiem dobrze.

Coś nagle uderzyło Nudziarza w tym obrazie. Nie to, że przeżyła ich tylko garstka ani nie zniszczenie dzieła Czarnego Maga. Nie, było to coś zupełnie innego. Dowódca i Skórka stali tuż za Magiem w pełnych zbrojach. Nudziarz nigdy, absolutnie nigdy nie widział ich stojących w ten sposób. Gdy do tej trójki dołączyli jeszcze Bracia w swoich białych strojach i maskach, mających podobno przypominać pyski lisów, Nudziarz zrozumiał, że oto będzie świadkiem jednego z tych osławionych, wielkich starć Kompanii bez Imienia. Na jego oczach wydarzy się coś, co z całą pewnością przejdzie do historii, i niech mu wszyscy bogowie świadkami, nie cieszyła go ta myśl ani trochę.

— Mamy go — warknęła Czarny Mag.

Obnażyła zęby. Nikt nie musiał tego widzieć, było to słychać w jej głosie. Jeszcze trochę i zacznie warczeć jak dzika bestia, pomyśleli nawet niektórzy. Zanim jednak do tego doszło, niebo rozświetliła łuna potężnego ognia.

— Co się dzieje? — spytał spokojnie Dowódca.

— Przyzywa sferę ognia. Będzie próbował nas nią spalić.

— Wiesz, kto to?

— Nie muszę zaprzątać sobie głowy imionami trupów — szczeknęła w odpowiedzi, po czym wysyczała: — Cisza. Muszę się skupić.

Dowódca zmierzył ją zimnym spojrzeniem, ale nie powiedział nic. Czarny Mag była ich największym atutem. Była też obłąkanym, rządnym krwi wynaturzeniem, ale jak długo utrzymywała ich przy życiu, tak długo nikt nie mówił tego otwarcie.

Skórka spojrzała na Braci. Ci spojrzeli na nią. Gdy Dowódca skinął głową, jeden z nich odezwał się cicho:

— Mag z Atoli. Podobno absolwent Najwyższej Akademii Magii. W ubiegłym roku otrzymał tytuł Mistrza Magii Ognia. Jeden z silniejszych w swojej dziedzinie. Pretenduje do tytułu samego Mistrza Mocy.

Nudziarz poczuł, jak po plecach spływa mu strużka zimnego potu. Mag z Atoli. Mistrz Magii Ognia. Pretendent do tytułu przyznawanego najpotężniejszym z najpotężniejszych. Gorzej trafić nie mogli.

— Nie patrz tak — warknął stojący obok Wszarz. — Biedny pajac nie ma z nią szans. Zamiast bać się o wynik starcia, bój się, żeby nie przerobiła nas w te swoje nici.

Nudziarz spojrzał na w towarzysza broni i nic nie powiedział. Może chciał uwierzyć w jego słowa. Może nie chciał się kłócić. A może po prostu wiedział, że to wszystko prawda. Tylko Słuchająca Wiatru znała ich los.

Ogromna sfera ognia zaczęła się materializować w połowie drogi między nimi a wrogim magiem.

— Jeszcze chwila — powiedziała Czarny Mag z fascynacją.

Dowódca uniósł prawą rękę. Palce wskazujący i środkowy miał wyprostowane, resztę luźno przygięte. Celował w niebo, ale to miało się zaraz zmienić.

— Już — syknęła Czarny Mag.

Dłoń opadła. Bracia natychmiast ruszyli.

— Do obozu dotarli ostatni ocalali żołnierze i rekruci — zameldowała Skórka.

Dowódca spojrzał na niewielką, okrwawioną grupkę.

— Możesz zaczynać — powiedział spokojnie.

Mag zasalutowała prześmiewczo, po czym z dzikim okrzykiem radości zrobiła to, o czym opowiadały tylko legendy, puściła w ruch swoje nici.

Dla Nudziarza wszystko stało się jednocześnie, choć przecież było to niemożliwe. Po prostu nie miał dość bystrego oka, by dostrzec właściwą kolejność, albo strach aż tak bardzo wpłynął na jego postrzeganie świata. Myślał, że czas złagodzi lęk, jaki wtedy poczuł, i że wszystko w końcu poukłada się w jego głowie, ale tak się nigdy nie stało. Nawet na stare lata przyszło mu o tym śnić, a w każdym z tych snów wszystko znów działo się w tej samej chwili. Wszystko.

Niebo zapłonęło żywym, pulsującym ogniem, lecz niemal natychmiast przecięło go kłębowisko czarnych nici płynących z dłoni Czarnego Maga. Gdy tylko nici dotknęły ognia, ten zaczął je trawić, a one, wchłaniać jego moc. Przez krótką chwilę starcie wydawało się wyrównane, lecz wtedy nici zaczęły się mnożyć, a ogień przygasać. Jedno mrugnięcie później ognia już nie było.

Jego miejsce zajęło światło.

Wyglądało to tak, jakby właśnie dochodziło do potężnej implozji zasysającej wszystko dookoła, lecz nici pozostały niewzruszone. Płynęły prosto do samego środka, gdzie cięły bezlitośnie i… wchłaniały. Tak. Po latach tyle chociaż Nudziarz zrozumiał, Czarny Mag absorbowała moc tamtego.

Światło zgasło, a wraz z nim umarł drugi mag. Nie zabiło go samo starcie z Czarnym Magiem, lecz podstępny cios sztyletem. Bracia byli szybcy i cisi. Tyle wystarczyło.

Implozja przerodziła się w eksplozję, wyrzucając na zewnątrz wszystko, co wcześniej zostało wessane. Zwęglone odłamki poszybowały we wszystkich kierunkach. Kawałek spalonej krowy poleciał prosto w Czarnego Maga, lecz w ostatniej chwili jedna z nici pocięła zwierzę w powietrzu i jego fragmenty minęły drobną postać, nie czyniąc jej żadnej krzywdy.

Inni nie mogli powiedzieć tego samego. Zwłaszcza Kołek.

Kiedy mag umarł, Czarny Mag przystąpiła do tego, do czego od początku dążyła. Nacierające wojska wroga były zbyt liczne, by można było sprawnie przeprowadzić odwrót, a panika tylko pogarszała sytuację. Gdy nici zaczęły ciąć ciała biednych głupców, ich wrzaski wypełniły uszy Nudziarza, prześladując go potem przez długie lata. Wtedy dotarło do niego znaczenie słów Igora. Ona naprawdę pozwalała, by nowe nici rodziły się z cierpienia, bólu i śmierci. Gdy jedne wygasały, na ich miejsce pojawiały się kolejne. I kolejne. Bez końca. Było ich tak wiele, że zniknęło niebo i zniknęło wszystko dookoła. Zostały tylko czerń, wrzaski konających oraz głuchy świst wirujących, śmiercionośnych narzędzi wynaturzonej istoty zwanej Czarnym Magiem.

Ile to trwało? Całą wieczność. Całą wieczność, podczas której Nudziarz nie był w stanie wypuścić powietrza z płuc i zaczerpnąć kolejnego oddechu. Gdy umarł ostatni wrogi żołnierz i narodziła się ostatnia potworna nić, Czarny Mag przyzwała swoje narzędzia do siebie, po czym jakimś cudem zwinęła je w niewielki kłębek i ukryła między połami swojej dziwnej szaty.

— Niech wszystkich bogów wszystkich religii szlag pierdolony trafi — jęknął cicho Wrzód.

Nudziarz zamrugał, nie wierząc własnym oczom. Przed nimi nie było nic poza trupami. Nie, tego nawet nie można było nazwać trupami. To było zmasakrowane mięso. Nic więcej. Tylko mięso, pomyślał, padając na kolana i wymiotując raz za razem, aż nie miał już ani czego zwrócić, ani siły, by utrzymać się na rękach. Ledwie przytomny osunął się na ziemię, wciąż czując, jak ciało szarpie mu kolejnymi skurczami.

Czyjś but trącił go lekko w bok.

— Nie było tak źle, panienko — powiedziała Czarny Mag, szeroko się uśmiechając.

Z tej pozycji widział jej twarz skrytą pod kapturem. Była ładna, choć toporna w swojej prostocie. Wiejska dziewczyna, jakich pełno. Podobna do jego matki, albo może bardziej do drugiej siostry…

Skurcz żołądka wrócił gwałtownie. Zaczęło nim szarpać jeszcze mocniej. To była twarz dziewczyny, która kilka dni wcześniej sprzedała mu ser, gdy zatrzymali się w jednej z okolicznych wiosek.

— Jaki wrażliwy… — zadrwiła Czarny Mag, przymykając oczy niczym zadowolony kocur grzejący się na słońcu.

Nie patrzył na nią. Nie chciał widzieć, jak bardzo ta mina nie pasuje do twarzy potwora.

Ktoś podszedł i przystanął przy nim. Czarny Mag umilkła, znudzona widokiem jego cierpienia. Chwilę później odeszła, mówiąc coś do kogoś, lecz Nudziarz nie dosłyszał ani słowa. Pewnie do Wrzoda, żeby poszedł z nią do namiotu po nowe oko.

— Wstawaj z ziemi, żołnierzu.

Prosty rozkaz, wypowiedziany cichym głosem, który tak skrycie kochał.

Jęknął. Ze wszystkich osób to właśnie musiała być ona?

Oddychając ciężko, zmusił się, by chociaż uklęknąć i spojrzeć jej w oczy. Skórka stała cierpliwie. Nie tego się spodziewała. Jęcząc cicho, zaczął się podnosić. Gdy spojrzał w te obojętne, znudzone, może nawet lekko rozczarowane, oczy, jeden raz w życiu okazał się dość bystry i dość szybki.

Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążyłby. Zamiast tego szeroko otworzył oczy.

To jej wystarczyło.

Błyskawicznie odwróciła się na pięcie. Nawet nie wiedział, kiedy dobyła noży ani jak zdołała ciąć, lecz zabójca, który pojawił się znikąd za jej plecami, padł martwy.

W obozie zapadła doskonała cisza.

Dowódca, który właśnie wchodził do swojego namiotu, rzucił intruzowi krótkie, obojętne spojrzenie i zawrócił. Dowódca niemal nigdy nie zawracał.

Podszedł powoli do ciała, spojrzał na Skórkę. Ona spojrzała na niego. O nic nie spytał. Ona nic nie powiedziała. A jednak jej wzrok przesunął się ku Nudziarzowi, a chwilę później to samo zrobił Dowódca.

Nudziarz natychmiast zapomniał o mdłościach. Ba, zapomniał nawet, jak się oddycha.

— Dziękuję — powiedział Dowódca.

Nie ufając własnemu głosowi, Nudziarz zasalutował niemrawo.

Czarny Mag wyszła z namiotu, zobaczyła ciało i lekko zmarszczyła brwi. Słysząc słowa Dowódcy, spojrzała ponownie na Nudziarza.

— No proszę — mruknęła, po czym podeszła bliżej, klepnęła go po ramieniu i zwróciła się do Skórki: — Mam cię opatrzyć?

— Zrób to — polecił Dowódca.

Dopiero teraz Nudziarz zauważył, że z lewej ręki kobiety płynie krew. Osłoniła się odruchowo przed ciosem. Rana nie była głęboka, ale jeśli ostrze było zatrute…

Zwymiotował ponownie. Na szczęście nie na niczyje buty.

— Zabawny z niego idiota — zaśmiała się cicho Czarny Mag, znów trącając go lekko nogą. — Jak już ci się znudzi rzyganie, to przyczołgaj się do mnie, kretynie.

Nie odpowiedział.

Chwilę później stracił przytomność.

Nudziarz obudził się obolały, ale opatrzony. Leżał na pryczy w jednym z namiotów przekształconych w tymczasowy szpital polowy. Obok niego siedział i rozmawiał z kimś Wrzód. Pusty oczodół nie był już pusty, tkwiło w nim zielone oko, ostro kontrastujące z jego własnym, szarym.

— …sukinsyn wyczekał, aż Bracia będą poza obozem. Prawie mu się udało ją zajść. I tak pewnie by nie przeżył walki z nią, ale gdyby ten pierwszy cios wyprowadził dobrze… To chyba pierwszy raz, kiedy widziałem, żeby ktoś ją zaszedł — mówił ten drugi, stojący obok Wrzoda.

— To oko tego rekruta, co rzeźbił? — spytał słabym głosem Nudziarz.

Wrzód przerwał rozmowę i spojrzał na niego niechętnie.

— Chyba tak, ale nie dopytywałem. A teraz wstawaj na tych swoich koślawych nóżkach. Jak trzeba, zaprzyj się o mnie i zapierdalamy dziarsko do namiotu Dowódcy. Góra chce cię widzieć.

Wstał więc. Chwiejąc się i zataczając, podtrzymywany przez Wrzoda i tego drugiego, którego nie był w stanie rozpoznać po tym, jak Czarny Mag pozszywała mu twarz, dotarł wreszcie do namiotu Dowódcy.

Próbował się wyprostować i zasalutować, lecz Dowódca, nie odrywając wzroku od czytanego raportu, nakazał gestem dłoni posadzić go od razu na przygotowanym krzesełku. Oczywiście Skórka była tuż obok. Jak zawsze. Nudziarz westchnął na jej widok, a potem pozwolił sercu boleśnie się zacisnąć, widząc w jej oczach tę samą, odwieczną obojętność. Nie liczył na nic z jej strony nawet po tym, co się stało, ale… mimo wszystko… choć trochę…

— Zostać. Będziecie świadkami — padł zwięzły rozkaz.

Wrzód i Kapi, którego Nudziarz rozpoznał dopiero teraz po charakterystycznym cmoknięciu, zostali, nie zadając żadnych pytań.

Dowódca odłożył wreszcie dokument, uniósł wzrok i spojrzał Nudziarzowi prosto w oczy.

— W ramach podziękowania za twoją czujność daję ci możliwość poproszenia o jedną rzecz. Jeśli tylko będzie to możliwe, dostaniesz to, czego chcesz.

Wrzód i Kapi wciągnęli głośno powietrze. Nudziarz zachłysnął się własną śliną. Kaszląc i dusząc się, próbował pojąć to, co właśnie usłyszał.

Dowódca czekał.

— Ja…

Zaczął niepewnie, lecz widząc spokój w zimnych oczach sukinsyna siedzącego za biurkiem, urwał. Spojrzał na Skórkę. Ledwie zauważalnym skinieniem głowy pośpieszyła go, by mówił.

Zirytowany jej obojętnością, wyczekującym spojrzeniem Dowódcy, a przede wszystkim własnym niedowierzaniem w szczęście, którego przecież nigdy nie miał, wyrzucił z siebie słowa, których potem wielokrotnie żałował.

— Proszę zwolnić mnie ze służby i pozwolić przejść na emeryturę, panie Dowódco.

W namiocie zapadła głucha cisza.

Nudziarz był pewien, że zaraz skończy z poderżniętym gardłem. Nic takiego się jednak nie stało. Dowódca wrócił do dokumentów, przejrzał pobieżnie dwa, po czym sięgnął po trzeci. Skreślił kilka słów, przybił pieczęć i podał go Skórce. Ta złożyła swój podpis, po czym przekazała dokument Nudziarzowi.

— Jesteś wolny. Masz tydzień na dojście do siebie i uregulowanie zaległych spraw z innymi żołnierzami. Potem opuścisz obóz — powiedział spokojnie Dowódca.

Jesteś wolny, powtórzył w myślach Nudziarz, wpatrując się w dokument poświadczający zwolnienie go ze służby i rozwiązanie kontraktu z Kompanią bez Imienia.

— Wyjść — rozkazał Dowódca chwilę później, salutując.

Nudziarz odpowiedział salutem, czując się dziwnie wzruszonym. O Dowódcy można było wiele powiedzieć, ale nie to, że łamał raz dane obietnice.

Tydzień później Nudziarz opuścił Kompanię bez Imienia i ruszył prosto do miejsca, którego kiedyś tak bardzo nienawidził.

Wracał do Krwawych Łąk.

Do swojego domu.Dziennik: ptaki

_Poświęcone obserwacji miesiące, a właściwie już lata, przynoszą wreszcie efekty. Udało się potwierdzić, że Czarnego Maga nie ma w tej parszywej kompanii najemników. Od lat. Oficjalnie Dowódca podtrzymuje wersję, że jest na urlopie, jednak nic nie wskazuje na to, aby z tego urlopu miała kiedykolwiek wrócić. Iluzję jej ciągłego wsparcia mają zapewnić kursujące dniem i nocą ptaki przenoszące rozkazy. Jest ich wiele, jednak to tylko ptaki. Dzięki nim Dowódca wie, co się dzieje w poszczególnych oddziałach i jest w stanie kontrolować nie tylko gdzie są jego żołnierze, ale też w jakim są stanie. Muszę przyznać, iż to proste rozwiązanie zrobiło na mnie wrażenie. Nie tylko ma ono wymiar czysto praktyczny, ale też propagandowy, bowiem wiele osób — w tym samych żołnierzy kompanii — wierzy, że są to nie tylko bezmyślne zwierzęta, ale same awatary Czarnego Maga bądź, w najlepszym wypadku, jej własne chowańce._

_Trudno mi uwierzyć w te brednie, jednak moje plany nie pozostawiają miejsca na żadne błędy, więc w najbliższym czasie planuję osobiście zająć się tą kwestią i sprawdzić, czy faktycznie jest w nich coś magicznego. Do tego czasu ograniczę się jednak do faktów._

_Mimo licznych prób nie udało mi się ustalić, jak licznym stadem dysponuje Dowódca. Nie umiem też powiedzieć, kto zajmuje się ich szkoleniem, więc dopuszczam możliwość, że w grę wchodzi jednak jakaś forma magii. Kompania werbuje, kogo się da i gdzie się da. Na ten moment nie udało mi się potwierdzić, aby nawiązali lub przymusili do współpracy innych magów, ale wśród zaprzysiężonych leczących jest kilku, których można w przypływie dobrego nastroju nazwać szamanami. Ich moc jest słaba, jednak obecna i wyczuwalna. Echo dwóch z nich daje mi podstawy, by przypuszczać, że byliby w stanie w jakiś sposób narzucić pochwyconym ptakom swoją wolę. Na pewno nie jest to złożona forma kontroli, ale być może chodzi o wpojenie potrzeby przemieszczania się od jednego obiektu do drugiego. Ten rodzaj zaklęcia nie jest trudny i mógłby zostać opanowany nawet przez kogoś ich pokroju, jeśli urodzili się z odrobiną prawdziwej mocy._

_To wyjaśniałoby, jak ptaki zawsze odnajdują właściwą drogę. Mogę jedynie domniemywać, że Dowódca i dowodzący drużynami mogą być w posiadaniu artefaktów przyciągających zaklęte zwierzęta. Do czasu pochwycenia jednego z nich nie jestem jednak w stanie zweryfikować swojej hipotezy._

_Kolejną kwestią do sprawdzenia będzie możliwość ich zabicia. Doniesiono mi, że są one podobno nieśmiertelne, jak sama Czarny Mag. Nie wierzę w to ani trochę. Ani w ich nieśmiertelność, ani w jej. Potrzeba udowodnienia tego sprawia, że staję się niecierpliwy._

_Spokój. Muszę zachować spokój i rozwagę. Na tym etapie nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek błędy._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij