Kongijskie piekło - ebook
Wyprawa polskiego podróżnika Mariusza Majewskiego do Demokratycznej Republiki Konga nagle zmieniła się w koszmar. Zatrzymany bez powodu przez kongijskich żołnierzy został aresztowany, a następnie trafił do więzienia Makala, jednego z najcięższych zakładów penitencjarnych w całej Afryce. Brak wody, głód, choroby, bezprawie, brutalna przemoc i śmierć były tam codziennością. Bezpodstawnie oskarżony o szpiegostwo i sabotaż oczekiwał na wyrok, którym mogła być kara śmierci. Uwolniony dzięki zabiegom dyplomatycznym i nagłośnieniu sprawy przez media wrócił do kraju, ale więzienne przeżycia okazały się tak ciężkie, że dopiero półtora roku później był w stanie się nimi podzielić. Swoją historię opowiedział dziennikarzowi Jarosławowi Kocembie, co pozwoliło odtworzyć zapis tamtych dramatycznych wydarzeń.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8343-654-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
O historii Mariusza Majewskiego po raz pierwszy usłyszałem w taki sam sposób, jak większość Polaków – z mediów. Dwudziestego ósmego maja 2024 roku, gdy wracał już do Polski z więzienia w Demokratycznej Republice Konga, portale internetowe zalane zostały sensacyjnymi nagłówkami: _Miał spędzić resztę życia w kongijskim więzieniu_, _Powrót do kraju był cudem_ czy _Szef MSZ rozmawiał z Polakiem uwolnionym po niesłusznym skazaniu w Kongu_. Zwiodły mnie elektryzujące hasła i rzuciłem się na te artykuły. I przeżyłem rozczarowanie. Nie dowiedziałem się z nich niemal niczego poza suchymi faktami: Mariusz Majewski jest podróżnikiem, podczas wyprawy po Demokratycznej Republice Konga niesłusznie uznano go za szpiega, osadzono w więzieniu, skazano na dożywocie, ale po nieco ponad stu dniach od zatrzymania wypuszczono i przetransportowano do Polski. Gdzieniegdzie znajdowałem też krótki opis głównego bohatera tej historii. Majewski to pierwszy Polak, który przed ukończeniem czterdziestego roku życia postawił stopę we wszystkich stu dziewięćdziesięciu trzech krajach członkowskich ONZ. Podróżuje tak dużo, że Ziemię okrążyłby już osiemdziesiąt trzy razy, a dziewięć razy doleciałby na Księżyc. Ma na swoim koncie niemal dwa tysiące lotów samolotem, w którym spędził łącznie sześć i pół miesiąca. W rankingu Most Traveled People, dokumentującym osiągnięcia podróżników z całego świata, zajmuje dziesiąte miejsce pod względem liczby odwiedzonych terytoriów na całym globie. Obraz ten uzupełniały pojedyncze zdania samego Majewskiego o tym, że przeżył „koszmar”, „piekło” i „cieszy się z powrotu do domu”.
Na czym w zasadzie polegało to piekło? Co przeżył w więzieniu? W jaki sposób machina afrykańskiego państwa zrobiła z niego szpiega? W mojej głowie rodziło się mnóstwo tego typu pytań, na które nie znajdowałem odpowiedzi. A podświadomie czułem, że w tym, co spotkało mężczyznę, jest głębia, duża historia czająca się pod hasłami obfitującymi w mroczne epitety.
Nie potrafiłem zrozumieć, jakim cudem nikt po tę historię nie sięga, dlaczego dziennikarze jej szczegółowo nie opisują, poprzestając na pojedynczych zdaniach – w gruncie rzeczy pustych i równie dobrze pasujących do wielu innych koszmarnych zdarzeń, jak pożar w bloku mieszkalnym czy karambol na autostradzie. W końcu uznałem, że nie ma sensu się nad tym zastanawiać, tylko samemu zaproponować Majewskiemu solidne wyciągnięcie na wierzch jego doświadczeń z serca Afryki – z kraju, w którego głąb zapuścił się Marlow¹ z _Jądra ciemności_ Josepha Conrada.
Zdobyłem do niego kontakt, zadzwoniłem, przedstawiłem swoją propozycję szerokiego opisania jego przeżyć i… zrozumiałem, dlaczego nigdzie ich nie znalazłem. „Mogę panu udzielić krótkiego komentarza, ale nie jestem jeszcze w stanie długo o tym mówić. Jest za wcześnie” – usłyszałem. Dotarło do mnie, że to samo słyszeli inni dziennikarze czy pisarze, którzy do niego dzwonili w tej sprawie. „Muszę być cierpliwy, wrócę ze swoją propozycją za kilka miesięcy” – powiedziałem sobie. Nie robiłem sobie zbyt wielkich nadziei, niemniej późną jesienią skontaktowałem się z Majewskim raz jeszcze. I wtedy, po trwającym pół dnia namyśle, usłyszałem: „Z chęcią”.
Umówiliśmy termin spotkania, a ja zacząłem się zastanawiać, jak ono powinno przebiegać. Przede wszystkim szybko pojąłem, że spotkań będzie musiało być więcej niż jedno, bo chcemy przecież przegadać trzy i pół miesiąca życia. Postanowiłem jednak, że w trakcie naszej pierwszej rozmowy musimy omówić całą wyprawę – od przylotu Mariusza do DRK² aż do jego powrotu do Polski. Bez szczegółów, rzecz jasna, niuansów, wymagających namysłu, czasu czy kierowania próśb do innych osób – zaangażowanych w uwolnienie Mariusza – o potwierdzenie lub przypomnienie pewnych faktów. Tym wszystkim chciałem się zająć później, a za pierwszym razem zależało mi jedynie na wysłuchaniu całej historii, bez zadawania niezliczonych pytań, z okazjonalnym kierowaniem rozmowy na właściwe tory i dopytywaniem o kluczowe informacje. Najważniejsze było pozwolić mu mówić. Ten zamysł pojawił się w mojej głowie przede wszystkim dlatego, że na początku chciałem mieć pełen obraz całej historii, by wiedzieć, za co tak naprawdę się biorę.
Nie spodziewałem się, że dzięki temu nasze pierwsze spotkanie będzie aż tak wyjątkowe. Mój rozmówca wykorzystał je bowiem jako szansę na zmierzenie się z najtrudniejszymi chwilami swojego życia. Przez to, że z tej rozmowy zdjęliśmy ramy wywiadu czy innej dziennikarskiej roboty, kipiało w niej od emocji, była naturalna, szczera. Ale i niezwykle trudna. I to dla obu stron.
Nasze pierwsze spotkanie uznałem za na tyle ważne, że przytoczyłem je w tej książce i uczyniłem z niego ramę, w której umieściłem historię Mariusza Majewskiego w DRK. Rzecz jasna jego wypowiedzi uzupełniłem o szczegóły z wielu kolejnych spotkań i ogromnej liczby późniejszych rozmów telefonicznych. Jednak emocjonalny ton opowieści, rodząca się relacja między nami, pojawiająca się serdeczność, ale także i napięcie są wierne tylko mojej pierwszej wizycie u Mariusza w domu.
Podczas pracy nad książką nieopisana okazała się pomoc partnerki Mariusza, Marioli, która przez znaczną część jego pobytu w więzieniu była z nim w kontakcie telefonicznym. Dzięki niej mogliśmy chociażby ustalić chronologię wydarzeń. Z tą bowiem Mariusz miał często duży problem. Jego pamięć okazała się szalenie dokładna, jeśli chodzi o opisy miejsc, ludzi, ich słowa, wszystko to, co widział i robił, jednak mieszała mu się kolejność niektórych zdarzeń. W związku z tym w książce często pojawia się sformułowanie „kilka dni później” – może i niezbyt dokładne, ale dzięki niemu zostawialiśmy sobie margines błędu, wskazując, że równie dobrze mogło to się wydarzyć dwa, trzy, a może i pięć dni później.
Szalenie ważną osobą, dzięki której mogliśmy dokładnie odwzorować linię zdarzeń dotyczących zabiegów dyplomatycznych i procesu sądowego, jest Jakub Głowaczewski – negocjator działający w imieniu polskiego rządu, który został wysłany do Kinszasy³, by na miejscu rozmawiać z kongijskimi władzami i starać się o uwolnienie Mariusza. Jego relacje stanowiły dla nas punkt odniesienia przy wyjaśnianiu motywów oraz sposobu myślenia śledczych i rządzących w DRK.
W tym miejscu chciałbym wspomnieć, że zanim dotarłem do Jakuba Głowaczewskiego, poznałem wiele wersji wyjaśniających to, dlaczego Mariusza przetrzymywano i dzięki czemu lub komu w końcu został wypuszczony na wolność. Przeraziłem się, bo uznałem, że nie znajdę obiektywnego wytłumaczenia tej kwestii, które mógłbym z czystym sumieniem przedstawić. W końcu jednak udało mi się dotrzeć bezpośrednio do negocjatora, który miał dla mnie jasne odpowiedzi. Jego wersja jest zupełnie inna niż chociażby cioci Mariusza, Renaty, bardzo zaangażowanej w jego uwolnienie. Twierdzi ona, że skontaktowała się z wpływową osobą w Afryce, a ta uzgodniła z naczelnikiem więzienia w Kinszasie wypuszczenie jej siostrzeńca.
Postanowiłem jednak zaufać Jakubowi. Przede wszystkim dlatego, że działał on na rzecz uwolnienia Mariusza w oficjalny sposób, w imieniu polskiego rządu. Jest zawodowcem, wcześniej już wielokrotnie pomagał Polakom więzionym na całym świecie. Poza tym był w stałym kontakcie zarówno z Ministerstwem Spraw Zagranicznych w Polsce, które nadzorowało sprawę Mariusza, jak i z kongijskimi śledczymi, z którymi rozmawiał, będąc na miejscu w Kinszasie.
W książce jego imię i nazwisko są niezmienione. Zmieniono natomiast dane niemal wszystkich pozostałych osób, które Mariusz Majewski spotkał na swojej drodze w Demokratycznej Republice Konga, czyli przede wszystkim więźniów. Sprawa naszego rodaka była w tym kraju niezwykle głośna, zajmowali się nią przedstawiciele najwyższych władz w Kinszasie. Nie chcieliśmy, by po publikacji książki osoby, które go wspierały i na co dzień żyją w autorytarnym państwie, stały się obiektem szykan jego służb. Na wszelki też wypadek – mimo anonimizacji – części ich zachowań, które szczególnie mogłyby się nie spodobać władzy, nie opisaliśmy.
Jarosław KocembaROZDZIAŁ I
Jadę przez zatłoczone ulice Warszawy w ścianie wody. Nie widzę dalej niż na kilkadziesiąt metrów, chociaż jest środek dnia. Deszcz wali w karoserię mojego samochodu z taką siłą, że mam wrażenie, jakbym był na placu budowy, ledwo dobiega do mnie stłumiona muzyka z radia. Długo utrzymywała się złota polska jesień, lecz kilka dni temu została brutalnie przegnana. Stało się zimno, chmury zasłoniły słońce, wieje porywisty wiatr, a dzisiaj jeszcze dodatkowo przyszła ulewa. „Klap-klap, klap-klap, klap-klap” – zużyte wycieraczki, które obiecywałem sobie wymienić już jakieś kilkanaście razy, ledwo dają radę i zamiast zgarniać wodę, rozpryskują ją po szybie. Zastanawiam się, czy będę mógł zaparkować tuż przed domem Mariusza Majewskiego, czy czeka mnie spacer, po którym zaprezentuję się przed nim kompletnie przemoczony. Zależy mi, by zrobić dobre pierwsze wrażenie na kimś, kogo będę musiał mieć odwagę pytać o życie w piekle.
Docieram na warszawskie Włochy. Przede mną dwa rzędy ciągnących się domków jednorodzinnych i rozdzielająca je jezdnia, po której toczę się powolutku, wypatrując odpowiedniego adresu. Uf, jest miejsce przed samym domem! Parkuję, ale nie wysiadam od razu. Najpierw telefonuję. „Panie Mariuszu, ja już jestem. Dzwonić domofonem?” – pytam, uprzedzając swoje przyjście, by jak najkrócej stać na deszczu. „Furtka jest otwarta, proszę wejść do środka” – słyszę.
Furtkę pokrywa bujny bluszcz, muszę się pochylić, by nie zahaczyć o niego głową i wejść na teren posesji. Robię to możliwie sprawnie, potem jeszcze kilka długich, szybkich kroków i już stoję przed sporym piętrowym domem jednorodzinnym z lekko spiczastym dachem. Jestem tylko trochę mokry, mogło być dużo gorzej. Drzwi. Otwieram.
– Pogoda jest tak straszna, a mimo to pan jest punktualny, nic tylko pogratulować. – Mariusz Majewski uśmiecha się do mnie od ucha do ucha.
– Jarosław Kocemba, dzień dobry – przedstawiam się i podajemy sobie ręce. – To fart panie Mariuszu, jakoś udało mi się przejechać, ale cała Warszawa stoi, jeden wielki korek – opowiadam.
„Ależ paskudna jest dzisiaj pogoda”, „Ta Warszawa jest wciąż zakorkowana”, „Dobrze, że tutaj jest dużo miejsca do zaparkowania” – wymieniamy się tego typu bezpiecznymi spostrzeżeniami. Gdy w korytarzu zdejmuję buty i kurtkę, przypatruję się mojemu rozmówcy. Ma około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, jest szczupły, łysy, ma niebieskie oczy i kilka tatuaży na rękach. Wiem, że ma pięćdziesiąt trzy lata, ale wygląda na o dziesięć mniej. Jest niezwykle uprzejmy i od razu skraca dystans. Wymieniliśmy raptem kilka zdań, a ja już mam wrażenie, jakbyśmy dobrze się znali. Proponuje mówić sobie po imieniu. Dużo się uśmiecha, co mnie zaskakuje, bo nie tak w mojej wyobraźni wyglądał ktoś, kto przeżył męczarnie kongijskiego więzienia. _Z drugiej strony, czego ja się spodziewałem… Że przywita mnie zapłakany?_ – myślę.
– Dziękuję, że zgodziłeś się porozmawiać – mówię, sugerując przejście do tego, po co się spotkaliśmy.
– Myślę, że już dojrzałem do opowiedzenia komuś tej historii. A poza tym może dobrze mi to zrobi – Mariusz odpowiada mi zaskakująco poważnie. Wpatruje się we mnie chwilę, mam wrażenie, jakby teraz to on analizował mnie. W końcu klepie się dłońmi w uda i wskazuje ręką na kanapę w salonie. – Zapraszam, zapraszam, tam będzie nam wygodnie.
Siadamy naprzeciwko siebie. Rozglądam się wokół. To duży i ładny, ale zwyczajny salon, nie ma w nim afrykańskich masek, azteckich figur czy map porozwieszanych na ścianach, niczego, co podpowiadała mi wyobraźnia, gdy myślałem o wnętrzu domu podróżnika. Kremowe ściany gdzieniegdzie urozmaicone obrazami – głównie sztuką nowoczesną i impresjonistycznymi pejzażami. Jedna ze ścian jest niemal cała przeszklona, znajdują się na niej drzwi wychodzące na taras. Poza tym są regały zawalone książkami, telewizor i znajdująca się na środku niebieska kanapa w kształcie litery C, na której usiedliśmy.
– Nikomu tej historii jeszcze nie opowiedziałeś? – dopytuję, wyciągając poduszkę zza swoich pleców.
– W kilku zdaniach paru dziennikarzom. No i byłem w _Dzień Dobry TVN_ – chichocze. – Ale nie licząc mojego psychologa, nikt tak naprawdę nie wie, co tam przeżyłem.
– Mogę się tylko domyślać, że musiało to być piekło – mówię cicho.
Znów się we mnie wpatruje, po czym parska śmiechem.
– Tak samo powiedziałem Kongijczykowi w celi, gdy wspomniał, że sporo wycierpiał ze strony Rwandyjczyków.
– I co ci odpowiedział?
– Że nie mogę sobie tego wyobrazić – szczerze się do mnie uśmiecha.
Nie czuję się urażony. Wiem, że ma rację.
– Marioli i dzieciaków nie ma. Możemy więc rozmawiać zupełnie swobodnie – dodaje.
– Marioli? Twojej żony, rozumiem?
– Nie, nie mamy ślubu, ale już od wielu lat jesteśmy razem.
– Da się łączyć życie podróżnika z życiem rodzinnym? – pytam, by chwilę jeszcze bezpiecznie porozmawiać o czymś innym niż wyprawa do Demokratycznej Republiki Konga.
– To cholernie trudna sprawa – znów parska śmiechem. – Powiem ci tak: niemal wszyscy podróżnicy, których znam, są samotni. Zresztą moje małżeństwo kiedyś przez tę pasję też się rozpadło – mówi Mariusz, któremu wyraźnie ulżyło, że jeszcze nie przechodzę do sedna naszego spotkania.
– Przeszkadzało jej, że ciągle nie było cię w domu?
– Na początku nie, ale wtedy jeszcze podróżowaliśmy razem. I to jak! Kilka razy okrążyliśmy ziemię, włóczyliśmy się po całej Azji, Chinach, Indiach. Nawet pojawienie się naszych dzieci przez jakiś czas niczego nie zmieniło. W 2012 roku pojechaliśmy z nimi do Korei Północnej. Wtedy mi się wydawało, że jesteśmy tacy sami i zawsze będziemy razem żyć w ten sposób. Cóż, myliłem się. Magda w końcu zaczęła spędzać więcej czasu z dziećmi w Polsce. Ale ja nie miałem dość. Postawiłem sobie za cel zostać pierwszym Polakiem przed czterdziestką, który postawi stopę we wszystkich krajach świata. Myślałem, że wtedy poczuję się spełniony, zwolnię i częściej będę w domu. Cel udało mi się zrealizować, ale nie poczułem się nasycony. Odkryłem kluby podróżnicze, klasyfikujące dokonania podróżników nie pod względem liczby odwiedzonych państw, lecz tak zwanych terytoriów. Kluby samodzielnie ustalają ich listę, dzieląc każdy kraj na kilka, a nawet kilkanaście terytoriów. W ten sposób liczba wyznaczonych lokacji do zdobycia w niektórych klubach sięga kilku tysięcy. Rozumiesz, co to dla mnie oznaczało? Tysiące nowych celów. Wierz mi, wpadłem w obsesję. Wracając samolotem z jednej podróży, obmyślałem już plan następnej. W Polsce bywałem coraz rzadziej, a jak już byłem, to myślami raczej nieobecny. Magda sygnalizowała mi, że jest zmęczona moją ciągłą nieobecnością, wiecznymi powrotami i wyjazdami, samotnym zajmowaniem się dziećmi. Nie słuchałem. W końcu, gdy wróciłem z wyprawy po północnej Rosji, zastałem pusty dom. Po pięciu latach małżeństwa moja żona wniosła pozew o rozwód. Nie miałem pretensji i próbowałem ją zrozumieć, bo przecież drogi ludzi czasami po prostu się rozchodzą. Nie spodziewałem się jednak tego, co miało się wydarzyć. Najpierw zostałem pozbawiony normalnego kontaktu z dziećmi, potem w sądzie pojawił się wniosek o ograniczenie mojej władzy rodzicielskiej. To był cios. Musiałem udowodnić, że mam prawo być ojcem.
– Udało ci się to?
– Tak. Regularnie się z nimi spotykam, ale to była długa walka. Nasz rozwód trwał jedenaście lat. Dzieci zdążyły dorosnąć.
Mariusz widzi zdumienie na mojej twarzy. Po chwili milczenia macha ręką i dodaje:
– To jest temat na inną rozmowę…
– Racja. Ale czy po tym, jak wniosła pozew o rozwód, opamiętałeś się i zacząłeś rzadziej podróżować?
– Daj spokój, wręcz przeciwnie. Wpadłem w najintensywniejszy wir podróżowania w moim życiu. Kolejne kraje, terytoria, lotniska. Bez przerwy w samolocie, coraz szybciej, coraz więcej. W ten sposób, niemal nie wracając do domu, podróżowałem po świecie przez ponad rok. Zresztą, czy mogę powiedzieć, że miałem wtedy dom? Jasne, miałem mieszkanie w Warszawie, ale nie było w nim życia, więc traktowałem je raczej jako hotel. Pewnie funkcjonowałbym tak jeszcze dłużej, gdyby nie kończące mi się pieniądze. Znam takich ludzi, milionerów uzależnionych od podróżowania, którzy latami nie wracają do czegoś, co kiedyś nazywali domem. Mnie nie brakowało zdrowia, ale pieniędzy już tak. Musiałem się trochę uspokoić, wciąż podróżowałem bardzo dużo, ale zacząłem regularnie wracać do Polski. Chciałem wtedy wejść w nowy związek. Spotykałem się z różnymi kobietami. Miałem u nich powodzenie, bo moje opowieści z całego świata wydawały im się ekscytujące. Jednak gdy poznawały to życie od środka, opuszczały mnie. Nie miałem do nich o to żalu, powoli godziłem się z tym, że nie jest mi dane posiadanie rodziny, a nawet stworzenie trwałego związku – opowiada Mariusz, gdy podchodzi do mnie duży golden retriever i najpierw prosi o głaskanie, a w końcu mości się obok mnie na kanapie.
– Ale jednak masz rodzinę – mówię.
– Tak, w 2014 roku poznałem Mariolę. Zakochałem się. Wiesz, jak to jest, ludzie często przesadzają, opowiadając o miłości, bo chcą tworzyć swoje własne filmy romantyczne, ale w naszym przypadku to naprawdę była miłość od pierwszego wejrzenia. Od razu wiedziałem, że Mariola jest osobą, z którą chcę spędzić resztę życia. Chociaż zaakceptowała moją pasję, wiedziałem, że nasz związek nie przetrwa, jeśli będę zachowywał się tak, jak do tej pory. Byłem gotów się zmienić i zrobiłem to. Zacząłem wyjeżdżać znacznie rzadziej, a odkąd na świat przyszli nasi dwaj synowie, jeszcze więcej czasu spędzam w Polsce. Oczywiście, wciąż podróżuję w sposób, który dla większości ludzi wydaje się szalony. Zwykle między powrotem a kolejnym wyjazdem jestem w domu nie dłużej niż dwa tygodnie, czasami krócej. Niemniej i tak znacznie się pod tym względem ograniczyłem. Wpadłem jednak w niebezpieczną pułapkę, z której na początku nie zdawałem sobie sprawy – mówi, po czym wydaje mi się, że gubi wątek. – Tak naprawdę wiedziałem o niej od początku, ale oszukiwałem się, że jej nie dostrzegam – dodaje w końcu, po czym wstaje na chwilę i zabiera z tarasu zostawione tam jakieś drobne narzędzia.
Usłyszeliśmy w oddali grzmoty. Wzmógł się wiatr, rozpętała się burza.
– Co to za pułapka? – dopytuję, gdy z powrotem siada naprzeciwko mnie.
– Jak wspominałem, zanim poznałem Mariolę, postawiłem stopę we wszystkich krajach świata. Z tym, że w tych najmniej bezpiecznych byłem tylko przez chwilę, czasem tylko na lotnisku albo przejazdem. Dokładniej eksplorowałem kraje, w których ryzyko, że coś mi się stanie, było nieduże. Wraz z upływem lat kończyły mi się jednak bezpieczne miejsca na świecie, których nie widziałem. Żeby poznawać nowe, musiałem zapuszczać się w coraz to mroczniejsze zakamarki globu. Częstotliwość moich wyjazdów więc spadała, ale rosło ich ryzyko. Z roku na rok coraz bardziej. Ostatnią moją podróżą przed Demokratyczną Republiką Konga była wyprawa po Nigerii, owładniętej atakami terrorystów z Boko Haram⁴. A wcześniej eksplorowałem pogrążony w biedzie stan Bahia w Brazylii, gdzie dochodzi do rekordowej na tle kraju liczby zabójstw. Nie o wszystkim Marioli mówiłem. Czasami dopiero po powrocie albo już będąc na miejscu, zdradzałem, dokąd poleciałem. Często też nie wspominałem o wydawanych przez instytucje rządowe komunikatach przestrzegających przed podróżą. Poza tym…
– Czy tak było też w przypadku Demokratycznej Republiki Konga? – przerywam mu, bo czuję, że podświadomie wciąż odkłada temat naszego spotkania.
Patrzy na mnie nieco zakłopotany.
– Tak, tak też było w przypadku DRK – odpowiada spokojnie, ale widzę, że maskuje przejęcie. – Powiedziałem, że wybieram się tam, ale nie mówiłem o ostrzeżeniach polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych przed podróżowaniem tam, chociaż o nich wiedziałem – mówi ciszej, po czym nagle znów głośniej: – Ale zrozum, te ostrzeżenia często są wydawane na wyrost. Wielokrotnie orientowałem się po przybyciu do kraju określanego jako niebezpieczny, że taki nie jest. Liczyłem, że w przypadku DRK będzie podobnie – podkreśla, jakby się przede mną tłumaczył. – Zresztą nie chciałem dolewać oliwy do ognia, bo Mariola i tak była na mnie zła za tę podróż. Już Nigeria kosztowała ją wiele stresu, a myśl, że znów ma przeżywać to samo, po prostu ją załamywała. Niezależnie od komunikatów MSZ wiedziała, że Kongo to kraj targany wojną z Rwandą. A tłumaczenie, że byłem już w krajach ogarniętych wojną i potrafiłem tam o siebie zadbać, i tak by jej nie uspokoiło. Ostatnie dni przed moim wylotem były między nami trudne. Oddaliliśmy się od siebie i mało ze sobą rozmawialiśmy. Zwykle, gdy wychodzę z domu, zaczynając podróż, czule się żegnamy, a tym razem wyszedłem niemal bez słowa, jakbym szedł po zakupy do sklepu. „Pa” – na tyle było mnie stać. Myślałem jednak: _Za dwa tygodnie będę z powrotem, na spokojnie wtedy porozmawiamy_. – Mariusz przerywa, łapie się za głowę, nie widzę jego twarzy. Ten sam człowiek, który przed chwilą żartował, wydaje się przytłoczony jakimś niewidzialnym ciężarem. Chcę przerwać tę ciszę i coś powiedzieć, ale mnie uprzedza. – Później, ledwo żywy w więzieniu, codziennie żałowałem takiego pożegnania – mówi cicho, podnosząc wzrok z podłogi i patrząc na mnie.ROZDZIAŁ II
Burza rozpętała się na dobre. Dochodzące do nas z daleka grzmoty co jakiś czas przerywają naszą rozmowę.
– Prognozy nie pokazywały aż tak złej pogody – mówię.
Mariusz nic nie odpowiada, delikatnie kiwa głową. Wsłuchujemy się w deszcz walący o parapet. Gdy rozmowa nieuchronnie zbliża się do pytań o początek wyprawy, jego zachowanie się zmienia. Już się nie uśmiecha, wygląda na zdenerwowanego, jak ktoś, kto zaraz ma skoczyć z wysoka do lodowatej wody.
– Swoją drogą da się dolecieć z Polski do DRK bezpośrednio? – rzucam pytanie niby od niechcenia, by rozładować atmosferę.
– Nie. Ja najpierw poleciałem z Warszawy do Brukseli, stamtąd do etiopskiej stolicy Addis Abeby. Tam znów przesiadłem się na lot do Entebbe⁵ w Ugandzie i dopiero później miałem bezpośredni samolot do Kinszasy – wylicza automatycznie.
– Może przejdźmy już do wydarzeń w DRK – staram się zabrzmieć zwyczajnie, chociaż słyszę swój zmieniony, nienaturalny głos.
Cisza. Długa cisza. Nalewam sobie wody, by czymś się zająć, bo czuję się niezręcznie.
– Rzeczywiście prognozy nie były aż tak złe. – Mariusz przemawia w końcu, nawiązując do moich poprzednich słów. – W Demokratycznej Republice Konga nie tylko prognozy są mylące, ale też to, co pokazuje termometr – dodaje.
Nic nie mówię, tylko potakuję.
– Temperatury odczuwalne są tam zupełnie inne od tych na termometrach⁶. Często są wyższe nawet o dziesięć stopni Celsjusza. Jest potwornie duszno i parno. Powietrze wydaje się gęste, ciężkie i tak bardzo lepkie, że masz wrażenie, jakby żar oblepiał każdą część twojego ciała. Czujesz się jak w łaźni parowej. Pot pojawia się na tobie momentalnie i nie odparowuje, pojawiają się problemy z oddychaniem, a przejście nawet kilkuset metrów, gdy nie ma cienia, to spory wysiłek – tłumaczy, a ja mam wrażenie, że znów próbuje odejść od wydarzeń w DRK, w związku z czym jestem bliski zapytania, czy na pewno chce opowiedzieć mi swoją historię. Ale on znowu mnie uprzedza.
– Tak też było, gdy piętnastego lutego 2024 roku przybyłem do Konga – mówi głośno, dobitnie, dając mi znać, że chce tę historię zacząć. – Dlatego te trzydzieści parę stopni Celsjusza, które wtedy były, nie miały nic wspólnego z tym, co możesz znać chociażby z Hiszpanii czy Włoch. Po wyjściu z samolotu w Kinszasie uderzenie tego specyficznego, dusznego i kleistego żaru było dla mnie wręcz szokujące. Jakby słońce nagle spadło z nieba, zatrzymało się tuż obok mojego policzka, a później rozpłynęło się po całym ciele. Oczywiście byłem wcześniej w innych podobnych afrykańskich krajach, ale jeśli urodziłeś się i wychowałeś w Europie Środkowej, to nie jesteś w stanie się do tego specyficznego skwaru przyzwyczaić. Myśli natychmiast zaczynają krążyć wokół wody. Pierwsze, co zrobiłem po odprawie paszportowej, to jeszcze na lotnisku kupiłem jej zapas. Woda. Wierz mi, zupełnie inaczej smakuje w takim żarze. Kilka godzin po wylądowaniu miałem lot do Lubumbashi⁷. Musiałem wyjść na zewnątrz i przedostać się do innego terminala. Miałem do przejścia nie więcej niż kilkaset metrów, ale to wystarczyło, by przypomnieć sobie, jak niezwykłym gościem jestem w Afryce, czyli białym.
Od razu na początku podbiegł do mnie podekscytowany chłopak, który zaczął szarpać mnie za rękę i wskazał na taksówkę, krzycząc mi wprost do ucha: „_Taxi, taxi, come with me!_”⁸. Za chwilę było przy mnie kilku kolejnych chłopców, a potem też dorośli mężczyźni i kobiety. W połowie drogi byłem już okrążony przez chmarę ludzi. Wszyscy się przepychali, by dostać się jak najbliżej mnie i wykrzyczeć mi prawie w twarz propozycje podwózki, noclegu czy wymiany waluty. Każdemu na początku próbowałem odmówić osobiście, ale to nic nie dawało, nikt nie odpuszczał. Ostatnie metry pokonywałem, przeciskając się między wrzeszczącymi na mnie ludźmi. Po wejściu do budynku większość została na zewnątrz. Kilku jednak weszło za mną i wciąż mnie nagabywało. Ostatecznie schowałem się przed nimi w lotniskowej restauracji, z której byli już przeganiani przez ochronę.
Oczywiście nie wszędzie w DRK jest się zaczepianym aż tak intensywnie. Biały jest co prawda regularnie zatrzymywany przez ludzi proszących go o pieniądze albo oferujących najróżniejsze rzeczy do kupienia, ale nie ciągnie się za nim ludzka chmara. Zapewne przed lotniskiem byli ci, którzy z wyczekiwania na pojawienie się białych i z wyciągania od nich pieniędzy uczynili swój sposób na zarobek. Do czarnych, którzy przemieszczali się między terminalami, nie podbiegał bowiem nikt. To w Afryce się nie zmienia od wielu lat. Biały wciąż tam jest utożsamiany z luksusem i bogactwem.
Przeczekałem kilka godzin w restauracji i wsiadłem do samolotu. Po wylądowaniu, z zarzuconym na ramię plecakiem i z wodą w ręku, od razu ruszyłem do miasta. Lubumbashi należy do najważniejszych w kraju ośrodków przemysłu wydobywczego minerałów, przez to jest siedzibą wielu firm z tego sektora. Dzięki temu centrum miasta ma przyzwoitą infrastrukturę, jest zadbane i dobrze skomunikowane. Prezentuje się o niebo lepiej od Kinszasy. Przynajmniej tak to wygląda w centrum, dalej już jest gorzej, ale tam się nie zapuszczałem.
Trochę połaziłem, a potem postanowiłem pójść do jakiejś knajpy, by poznać ludzi, pogadać, poczuć klimat miasta. Usiadłem w restauracji średniej klasy z punktu widzenia europejskiego, co w DRK oznacza, że było to miejsce przeznaczone tylko dla najbogatszych. Zjadłem obiad, a później przysiadłem się przy barze do młodej, szykownie ubranej i atrakcyjnej kobiety i towarzyszącego jej eleganckiego mężczyzny w średnim wieku. Dziewczyna mówiła świetnie po angielsku, co w Kongu, gdzie językiem urzędowym jest francuski, zdarza się nieczęsto. Opowiedziała mi, że jest modelką i regularnie lata na sesje do Europy i Stanów Zjednoczonych. Sprawiała wrażenie niezwykle pewnej siebie, ale jednocześnie uprzejmej. Widać było, że jest doskonale obyta w towarzystwie. Jej partner był zupełnie inny. Miałem wrażenie, że koniecznie chce mi uzmysłowić, jak bardzo jest bogaty. „_Rolex, you see?_”⁹ – mówił, wymachując mi paskudnym zegarkiem przed twarzą. Dziewczyna wyglądała na zmieszaną jego zachowaniem, ale on się tym nie przejmował. Skupił się na przechwałkach, opowiadał, że ma willę w DRK i drugą w Kenii; w Paryżu wcale nie było dla niego drogo i na Avenue Montaigne kupił sobie garnitur. Chwalił się samochodem, którego marki nie pamiętam, sylwestrem w Monako, wakacjami w Dubaju i mnóstwem innych rzeczy podkreślających jego status bogacza. Mówił o tym wszystkim, ale nie wspominał, w jaki sposób zarabia na tak wystawne życie. Wydało mi się to dziwne i bałem się, że zareaguje nerwowo, gdy go o to zapytam, ale on się uśmiechnął, puścił mi delikatnie oczko i po francusku rzucił: „_Diamants_”¹⁰. Zdawało mi się, jakby nie miał problemu z odpowiedzią, ale nic więcej w tej sprawie nie powiedział, a że o wszystkich innych mógł gadać bez końca, uznałem, że lepiej będzie nie ciągnąć go za język.
Teraz oczywiście wiem, jak głupio zrobiłem, wchodząc do miejsca, gdzie nie mogłem poznać zwykłych Kongijczyków. Ci ludzie nie mieli nic wspólnego z realnym życiem w tym kraju.
– To chyba nie do końca tak – przerywam Mariuszowi. – Paradoksalnie miałeś okazję zetknąć się z ważną częścią rzeczywistości dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga.
– Rzeczywistość tego kraju to nie są ludzie, którzy jadają w restauracjach, bo ci to raczej margines marginesów.
– Jasne, rozumiem. Chodzi mi po prostu o to, że ten facet był najprawdopodobniej handlarzem diamentów. A handel nimi, jak i również innymi minerałami, to ważna część gospodarki tego kraju. Bogactwa, które ma pod ziemią, są zresztą dla niego zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, bo sprowadzają na Kongo ciągłe konflikty, a nawet wojny¹¹. Mów jednak, co było dalej.
– Wyszedłem z knajpy i poszedłem do hotelu się przespać. Rano miałem już lot powrotny do Kinszasy. Ale niebezpośredni. Samolot po drodze lądował w miastach: Goma, Kalemie, Kisangani. To może wydawać ci się zaskakujące, ale w DRK krajowe połączenie lotnicze z kilkoma międzylądowaniami to standard, ponieważ sprawna podróż między miastami drogą lądową to przeprawa przez mękę. Niemal nie ma asfaltowych dróg, brakuje połączeń kolejowych czy autobusowych, więc niewielka grupa uprzywilejowanych osób, którą na to stać, przemieszcza się między miastami, wsiadając do samolotów.
Ja na tym skorzystałem, bo zależało mi na postawieniu stopy na nowych terytoriach, uznawanych w jednym z klubów podróżniczych. W żadnym z miast, w których miałem międzylądowanie, nie wyszedłem nawet z lotniska, ale do odhaczenia wizyty nie było mi to potrzebne.
Po powrocie do Kinszasy od razu zadzwoniłem do Marioli. To była serdeczna rozmowa, mimo że w Polsce rozstawaliśmy się w napiętej atmosferze. Opowiedziała mi, jak minął jej dzień, co robią dzieci i jakie ma plany na jutro. Ja niemal tylko słuchałem, na koniec poprosiłem jedynie, by pozdrowiła dzieci, i obiecałem, że następnego dnia się odezwę. Źle się stało, bo nie powiedziałem jej, gdzie obecnie jestem. Dla większości osób będących w podróży to podstawowa informacja, którą warto przekazać. Dla mnie jednak podróż trwa nieustannie, nawet w obrębie jednego wyjazdu. Zmiana miejsca z dnia na dzień stała się czymś naturalnym, na tyle oczywistym, że nie widziałem potrzeby o niej mówić. Teraz wiem, jaki byłem głupi – stwierdza Mariusz i po krótkiej pauzie dodaje: – Przez to, że nie powiedziałem wtedy, gdzie jestem i dokąd jadę, Mariola miała później problemy podczas poszukiwań.
– Dojdziemy do tego. Czy po powrocie do Kinszasy zwiedziłeś miasto?
– Nie, Kinszasa miała być tylko moją bazą wypadową. Tam miałem hotel i stamtąd planowałem wyruszać do różnych miejsc w kraju. Po powrocie z Lubumbashi nie zdążyłem się w nim jednak zakwaterować, ponieważ jak najszybciej chciałem wyruszyć samochodem do prowincji Kwango, której granica jest oddalona od stolicy o sto sześćdziesiąt kilometrów.
– Co cię tam interesowało?
– Nic konkretnego, podobnie zresztą jak w całej Demokratycznej Republice Konga. Turystycznie nie jest to ciekawy kraj.
Przez chwilę mam wrażenie, że się przesłyszałem.
– Mówisz, że nie jest to ciekawy kraj, a mimo to ryzykowałeś swoim zdrowiem i życiem, jadąc do niego?
– Dla mnie był ciekawy, bo go wcześniej nie eksplorowałem. Byłem tam kiedyś tylko raz, ale przejazdem.
– No dobrze, ale w takim razie po co aż tak ryzykować, skoro nie ma w nim nic do zobaczenia?
Mariusz lekko się uśmiecha.
– Pomyśl o himalaistach, ryzykujących swoim życiem podczas wspinaczki na tak ekstremalnie trudną górę, jak Nanga Parbat¹². Gdy docierają na szczyt, widoczność często jest zerowa. Nie są jednak rozczarowani, bo nie weszli na ośmiotysięcznik dla widoków, tylko po to, by postawić stopę na szczycie. To jest dla nich cel sam w sobie. Ze mną jest tak samo. Pcham się często do niebezpiecznych miejsc albo tam, gdzie nie ma nic ciekawego do zobaczenia, ale samo postawienie stopy w nowej przestrzeni jest moją nagrodą.
Czasem żałuję, że nie urodziłem się kilkaset lat temu, gdy mapy były pokryte białymi plamami. Wtedy docierałbym do nowych krain jako pierwszy. Teraz pozostało mi jedynie bić różnego rodzaju rekordy podróżnicze. Dają mi satysfakcję, ale to nie to samo… Zostawmy to jednak i wróćmy do Konga.
Po telefonie do Marioli poszedłem na lotnisko, gdzie była jedyna wypożyczalnia samochodów w mieście, jaką udało mi się znaleźć wcześniej w internecie. Obsługujący ją miły starszy pan nie dowierzał, gdy powiedziałem, że chcę po prostu „podróżować”. „_T’es sûr?_”¹³ – zapytał, jakby sądząc, że się przejęzyczyłem i użyłem złego słowa. Cóż mi pozostało? Nie tłumaczyłem się, nie przekonywałem go, zadeklarowałem tylko, że do końca dnia zwrócę samochód.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Marlow – narrator i główny bohater _Jądra ciemności_ Josepha Conrada, marynarz odbywający podróż w głąb Afryki, będącą zarówno wyprawą geograficzną, jak i symbolicznym zejściem w mrok ludzkiej natury.
2.
W dalszej części książki Demokratyczna Republika Konga najczęściej jest zapisywana skrótem „DRK”, ale zamiennie w niektórych przypadkach będzie też używana skrócona forma nazwy, czyli po prostu „Kongo”.
3.
Kinszasa jest stolicą Demokratycznej Republiki Konga.
4.
Boko Haram (oficjalnie: Dżma’atu Ahlis Sunna Lidda’Awati Wal-Dżihad) – islamistyczna organizacja terrorystyczna powstała w 2002 r. w północno-wschodniej Nigerii. Jej potoczna nazwa oznacza „zachodnia edukacja jest grzechem”. Odpowiada za tysiące zamachów, masowe mordy ludności cywilnej oraz porwania, w tym uprowadzenia kobiet i dzieci. Działa także w sąsiednich państwach regionu (Czad, Niger, Kamerun). Uznawana za jedną z najbrutalniejszych organizacji terrorystycznych świata; figuruje na listach organizacji terrorystycznych m.in. ONZ, USA i Unii Europejskiej.
5.
Entebbe – miasto w środkowej Ugandzie, położone nad Jeziorem Wiktorii – największym w Afryce. Niegdyś stolica kraju i do dziś siedziba głównego międzynarodowego lotniska.
6.
Ze względu na położenie geograficzne w Demokratycznej Republice Konga panuje klimat tropikalny, a sporą część kraju pokrywają równikowe lasy deszczowe. To sprawia, że DRK jest jednym z najwilgotniejszych miejsc na Ziemi.
7.
Lubumbashi leżące w prowincji Górna Katanga w południowo-wschodniej części kraju jest drugim co do wielkości miastem w DRK.
8.
_Taxi, come with me!_ (ang.) – Taksówka, chodź ze mną!
9.
_Rolex, you see?_ (ang.) – Rolex, widzisz?
10.
_Diamants_ (fr.) – Diamenty
11.
Raport na temat znaczenia wydobycia minerałów dla sytuacji w DRK został opublikowany przez Genocide Watch 9.06.2025 r.: Grace Harris, Ebonie Kibalya, Lea Gruber, _Special Report: Conflict Mineral in DR Congo_, https://www.genocidewatch.com/single-post/special-report-conflict-minerals-in-the-drc, dostęp do tego i wszystkich pozostałych źródeł on-line w publikacji: 6.03.2026.
12.
Śmiertelność na Nanga Parbat (8126 m n.p.m.) wynosi 20,7 proc. (dane ze stycznia 2025), zob.: Carlos Eduardo Gonzalez, _Los ochomiles más letales_, https://alpinismonline.com/los-ochomiles-mas-letales/.
13.
_T’es sûr?_ (fr.) – Jesteś pewny?
14.
W zachodnich prowincjach DRK, m.in. w Kwango, w czerwcu 2022 r. rozpoczęła się rebelia grupy Mobondo, która doprowadziła do starć z siłami rządowymi, masowych przesiedleń ludności i poważnego kryzysu bezpieczeństwa. Zob.: Peer Schouten, _Le poids du silence: comment la révolte des Mobondo bouleverse l’ouest de la RDC_, https://pure.diis.dk/ws/portalfiles/portal/28390577/2025_Mobondo_\ Rapport_FR.pdf.
15.
_Soldats_ (fr.) – Żołnierze
16.
_bandes armées_ (fr.) – uzbrojone bojówki
17.
_Polonais_ (fr.) – Polak
18.
Lingala – język z grupy bantu używany głównie w Demokratycznej Republice Konga i w Republice Konga; w DRK jest jednym z języków narodowych i pełni funkcję lingua franca w administracji, wojsku i komunikacji międzyetnicznej.
19.
_L’eau_ (fr.) – Woda
20.
_C’est un Polonais_ (fr.) – To Polak