Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kongijskie piekło - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
2803 pkt
punktów Virtualo

Kongijskie piekło - ebook

Wyprawa polskiego podróżnika Mariusza Majewskiego do Demokratycznej Republiki Konga nagle zmieniła się w koszmar. Zatrzymany bez powodu przez kongijskich żołnierzy został aresztowany, a następnie trafił do więzienia Makala, jednego z najcięższych zakładów penitencjarnych w całej Afryce. Brak wody, głód, choroby, bezprawie, brutalna przemoc i śmierć były tam codziennością. Bezpodstawnie oskarżony o szpiegostwo i sabotaż oczekiwał na wyrok, którym mogła być kara śmierci. Uwolniony dzięki zabiegom dyplomatycznym i nagłośnieniu sprawy przez media wrócił do kraju, ale więzienne przeżycia okazały się tak ciężkie, że dopiero półtora roku później był w stanie się nimi podzielić. Swoją historię opowiedział dziennikarzowi Jarosławowi Kocembie, co pozwoliło odtworzyć zapis tamtych dramatycznych wydarzeń.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-654-8
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

O histo­rii Mariu­sza Majew­skiego po raz pierw­szy usły­sza­łem w taki sam spo­sób, jak więk­szość Pola­ków – z mediów. Dwu­dzie­stego ósmego maja 2024 roku, gdy wra­cał już do Pol­ski z wię­zie­nia w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga, por­tale inter­ne­towe zalane zostały sen­sa­cyj­nymi nagłów­kami: _Miał spę­dzić resztę życia w kon­gij­skim wię­zie­niu_, _Powrót do kraju był cudem_ czy _Szef MSZ roz­ma­wiał z Pola­kiem uwol­nio­nym po nie­słusz­nym ska­za­niu w Kongu_. Zwio­dły mnie elek­try­zu­jące hasła i rzu­ci­łem się na te arty­kuły. I prze­ży­łem roz­cza­ro­wa­nie. Nie dowie­dzia­łem się z nich nie­mal niczego poza suchymi fak­tami: Mariusz Majew­ski jest podróż­ni­kiem, pod­czas wyprawy po Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga nie­słusz­nie uznano go za szpiega, osa­dzono w wię­zie­niu, ska­zano na doży­wo­cie, ale po nieco ponad stu dniach od zatrzy­ma­nia wypusz­czono i prze­trans­por­to­wano do Pol­ski. Gdzie­nie­gdzie znaj­do­wa­łem też krótki opis głów­nego boha­tera tej histo­rii. Majew­ski to pierw­szy Polak, który przed ukoń­cze­niem czter­dzie­stego roku życia posta­wił stopę we wszyst­kich stu dzie­więć­dzie­się­ciu trzech kra­jach człon­kow­skich ONZ. Podró­żuje tak dużo, że Zie­mię okrą­żyłby już osiem­dzie­siąt trzy razy, a dzie­więć razy dole­ciałby na Księ­życ. Ma na swoim kon­cie nie­mal dwa tysiące lotów samo­lo­tem, w któ­rym spę­dził łącz­nie sześć i pół mie­siąca. W ran­kingu Most Tra­ve­led People, doku­men­tu­ją­cym osią­gnię­cia podróż­ni­ków z całego świata, zaj­muje dzie­siąte miej­sce pod wzglę­dem liczby odwie­dzo­nych tery­to­riów na całym glo­bie. Obraz ten uzu­peł­niały poje­dyn­cze zda­nia samego Majew­skiego o tym, że prze­żył „kosz­mar”, „pie­kło” i „cie­szy się z powrotu do domu”.

Na czym w zasa­dzie pole­gało to pie­kło? Co prze­żył w wię­zie­niu? W jaki spo­sób machina afry­kań­skiego pań­stwa zro­biła z niego szpiega? W mojej gło­wie rodziło się mnó­stwo tego typu pytań, na które nie znaj­do­wa­łem odpo­wie­dzi. A pod­świa­do­mie czu­łem, że w tym, co spo­tkało męż­czy­znę, jest głę­bia, duża histo­ria cza­jąca się pod hasłami obfi­tu­ją­cymi w mroczne epi­tety.

Nie potra­fi­łem zro­zu­mieć, jakim cudem nikt po tę histo­rię nie sięga, dla­czego dzien­ni­ka­rze jej szcze­gó­łowo nie opi­sują, poprze­sta­jąc na poje­dyn­czych zda­niach – w grun­cie rze­czy pustych i rów­nie dobrze pasu­ją­cych do wielu innych kosz­mar­nych zda­rzeń, jak pożar w bloku miesz­kal­nym czy karam­bol na auto­stra­dzie. W końcu uzna­łem, że nie ma sensu się nad tym zasta­na­wiać, tylko samemu zapro­po­no­wać Majew­skiemu solidne wycią­gnię­cie na wierzch jego doświad­czeń z serca Afryki – z kraju, w któ­rego głąb zapu­ścił się Mar­low¹ z _Jądra ciem­no­ści_ Jose­pha Con­rada.

Zdo­by­łem do niego kon­takt, zadzwo­ni­łem, przed­sta­wi­łem swoją pro­po­zy­cję sze­ro­kiego opi­sa­nia jego prze­żyć i… zro­zu­mia­łem, dla­czego ni­gdzie ich nie zna­la­złem. „Mogę panu udzie­lić krót­kiego komen­ta­rza, ale nie jestem jesz­cze w sta­nie długo o tym mówić. Jest za wcze­śnie” – usły­sza­łem. Dotarło do mnie, że to samo sły­szeli inni dzien­ni­ka­rze czy pisa­rze, któ­rzy do niego dzwo­nili w tej spra­wie. „Muszę być cier­pliwy, wrócę ze swoją pro­po­zy­cją za kilka mie­sięcy” – powie­dzia­łem sobie. Nie robi­łem sobie zbyt wiel­kich nadziei, nie­mniej późną jesie­nią skon­taktowałem się z Majew­skim raz jesz­cze. I wtedy, po trwa­ją­cym pół dnia namy­śle, usły­sza­łem: „Z chę­cią”.

Umó­wi­li­śmy ter­min spo­tka­nia, a ja zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak ono powinno prze­bie­gać. Przede wszyst­kim szybko poją­łem, że spo­tkań będzie musiało być wię­cej niż jedno, bo chcemy prze­cież prze­ga­dać trzy i pół mie­siąca życia. Posta­no­wi­łem jed­nak, że w trak­cie naszej pierw­szej roz­mowy musimy omó­wić całą wyprawę – od przy­lotu Mariu­sza do DRK² aż do jego powrotu do Pol­ski. Bez szcze­gó­łów, rzecz jasna, niu­an­sów, wyma­ga­ją­cych namy­słu, czasu czy kie­ro­wa­nia próśb do innych osób – zaan­ga­żo­wa­nych w uwol­nie­nie Mariu­sza – o potwier­dze­nie lub przy­po­mnie­nie pew­nych fak­tów. Tym wszyst­kim chcia­łem się zająć póź­niej, a za pierw­szym razem zale­żało mi jedy­nie na wysłu­cha­niu całej histo­rii, bez zada­wa­nia nie­zli­czo­nych pytań, z oka­zjo­nal­nym kie­ro­wa­niem roz­mowy na wła­ściwe tory i dopy­ty­wa­niem o klu­czowe infor­ma­cje. Naj­waż­niej­sze było pozwo­lić mu mówić. Ten zamysł poja­wił się w mojej gło­wie przede wszyst­kim dla­tego, że na początku chcia­łem mieć pełen obraz całej histo­rii, by wie­dzieć, za co tak naprawdę się biorę.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że dzięki temu nasze pierw­sze spo­tka­nie będzie aż tak wyjąt­kowe. Mój roz­mówca wyko­rzy­stał je bowiem jako szansę na zmie­rze­nie się z naj­trud­niej­szymi chwi­lami swo­jego życia. Przez to, że z tej roz­mowy zdję­li­śmy ramy wywiadu czy innej dzien­ni­kar­skiej roboty, kipiało w niej od emo­cji, była natu­ralna, szczera. Ale i nie­zwy­kle trudna. I to dla obu stron.

Nasze pierw­sze spo­tka­nie uzna­łem za na tyle ważne, że przy­to­czy­łem je w tej książce i uczy­ni­łem z niego ramę, w któ­rej umie­ści­łem histo­rię Mariu­sza Majew­skiego w DRK. Rzecz jasna jego wypo­wie­dzi uzu­peł­ni­łem o szcze­góły z wielu kolej­nych spo­tkań i ogrom­nej liczby póź­niej­szych roz­mów tele­fo­nicz­nych. Jed­nak emo­cjo­nalny ton opo­wie­ści, rodząca się rela­cja mię­dzy nami, poja­wia­jąca się ser­decz­ność, ale także i napię­cie są wierne tylko mojej pierw­szej wizy­cie u Mariu­sza w domu.

Pod­czas pracy nad książką nie­opi­sana oka­zała się pomoc part­nerki Mariu­sza, Marioli, która przez znaczną część jego pobytu w wię­zie­niu była z nim w kon­tak­cie tele­fo­nicz­nym. Dzięki niej mogli­śmy cho­ciażby usta­lić chro­no­lo­gię wyda­rzeń. Z tą bowiem Mariusz miał czę­sto duży pro­blem. Jego pamięć oka­zała się sza­le­nie dokładna, jeśli cho­dzi o opisy miejsc, ludzi, ich słowa, wszystko to, co widział i robił, jed­nak mie­szała mu się kolej­ność nie­któ­rych zda­rzeń. W związku z tym w książce czę­sto poja­wia się sfor­mu­ło­wa­nie „kilka dni póź­niej” – może i nie­zbyt dokładne, ale dzięki niemu zosta­wia­li­śmy sobie mar­gi­nes błędu, wska­zu­jąc, że rów­nie dobrze mogło to się wyda­rzyć dwa, trzy, a może i pięć dni póź­niej.

Sza­le­nie ważną osobą, dzięki któ­rej mogli­śmy dokład­nie odwzo­ro­wać linię zda­rzeń doty­czą­cych zabie­gów dyplo­ma­tycz­nych i pro­cesu sądo­wego, jest Jakub Gło­wa­czew­ski – nego­cja­tor dzia­ła­jący w imie­niu pol­skiego rządu, który został wysłany do Kin­szasy³, by na miej­scu roz­ma­wiać z kon­gij­skimi wła­dzami i sta­rać się o uwol­nie­nie Mariu­sza. Jego rela­cje sta­no­wiły dla nas punkt odnie­sie­nia przy wyja­śnia­niu moty­wów oraz spo­sobu myśle­nia śled­czych i rzą­dzą­cych w DRK.

W tym miej­scu chciał­bym wspo­mnieć, że zanim dotar­łem do Jakuba Gło­wa­czew­skiego, pozna­łem wiele wer­sji wyja­śnia­ją­cych to, dla­czego Mariu­sza prze­trzy­my­wano i dzięki czemu lub komu w końcu został wypusz­czony na wol­ność. Prze­ra­zi­łem się, bo uzna­łem, że nie znajdę obiek­tyw­nego wytłu­ma­cze­nia tej kwe­stii, które mógł­bym z czy­stym sumie­niem przed­sta­wić. W końcu jed­nak udało mi się dotrzeć bez­po­śred­nio do nego­cja­tora, który miał dla mnie jasne odpo­wie­dzi. Jego wer­sja jest zupeł­nie inna niż cho­ciażby cioci Mariu­sza, Renaty, bar­dzo zaan­ga­żo­wa­nej w jego uwol­nie­nie. Twier­dzi ona, że skon­tak­to­wała się z wpły­wową osobą w Afryce, a ta uzgod­niła z naczel­ni­kiem wię­zie­nia w Kin­sza­sie wypusz­cze­nie jej sio­strzeńca.

Posta­no­wi­łem jed­nak zaufać Jaku­bowi. Przede wszyst­kim dla­tego, że dzia­łał on na rzecz uwol­nie­nia Mariu­sza w ofi­cjalny spo­sób, w imie­niu pol­skiego rządu. Jest zawo­dow­cem, wcze­śniej już wie­lo­krot­nie poma­gał Pola­kom wię­zio­nym na całym świe­cie. Poza tym był w sta­łym kon­tak­cie zarówno z Mini­ster­stwem Spraw Zagra­nicz­nych w Pol­sce, które nad­zo­ro­wało sprawę Mariu­sza, jak i z kon­gij­skimi śled­czymi, z któ­rymi roz­ma­wiał, będąc na miej­scu w Kin­sza­sie.

W książce jego imię i nazwi­sko są nie­zmie­nione. Zmie­niono nato­miast dane nie­mal wszyst­kich pozo­sta­łych osób, które Mariusz Majew­ski spo­tkał na swo­jej dro­dze w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga, czyli przede wszyst­kim więź­niów. Sprawa naszego rodaka była w tym kraju nie­zwy­kle gło­śna, zaj­mo­wali się nią przed­sta­wi­ciele naj­wyż­szych władz w Kin­sza­sie. Nie chcie­li­śmy, by po publi­ka­cji książki osoby, które go wspie­rały i na co dzień żyją w auto­ry­tar­nym pań­stwie, stały się obiek­tem szy­kan jego służb. Na wszelki też wypa­dek – mimo ano­ni­mi­za­cji – czę­ści ich zacho­wań, które szcze­gól­nie mogłyby się nie spodo­bać wła­dzy, nie opi­sa­li­śmy.

Jaro­sław KocembaROZDZIAŁ I

Jadę przez zatło­czone ulice War­szawy w ścia­nie wody. Nie widzę dalej niż na kil­ka­dzie­siąt metrów, cho­ciaż jest śro­dek dnia. Deszcz wali w karo­se­rię mojego samo­chodu z taką siłą, że mam wra­że­nie, jak­bym był na placu budowy, ledwo dobiega do mnie stłu­miona muzyka z radia. Długo utrzy­my­wała się złota pol­ska jesień, lecz kilka dni temu została bru­tal­nie prze­gnana. Stało się zimno, chmury zasło­niły słońce, wieje pory­wi­sty wiatr, a dzi­siaj jesz­cze dodat­kowo przy­szła ulewa. „Klap-klap, klap-klap, klap-klap” – zużyte wycie­raczki, które obie­cy­wa­łem sobie wymie­nić już jakieś kil­ka­na­ście razy, ledwo dają radę i zamiast zgar­niać wodę, roz­pry­skują ją po szy­bie. Zasta­na­wiam się, czy będę mógł zapar­ko­wać tuż przed domem Mariu­sza Majew­skiego, czy czeka mnie spa­cer, po któ­rym zapre­zen­tuję się przed nim kom­plet­nie prze­mo­czony. Zależy mi, by zro­bić dobre pierw­sze wra­że­nie na kimś, kogo będę musiał mieć odwagę pytać o życie w pie­kle.

Docie­ram na war­szaw­skie Wło­chy. Przede mną dwa rzędy cią­gną­cych się dom­ków jed­no­ro­dzin­nych i roz­dzie­la­jąca je jezd­nia, po któ­rej toczę się powo­lutku, wypa­tru­jąc odpo­wied­niego adresu. Uf, jest miej­sce przed samym domem! Par­kuję, ale nie wysia­dam od razu. Naj­pierw tele­fo­nuję. „Panie Mariu­szu, ja już jestem. Dzwo­nić domo­fo­nem?” – pytam, uprze­dza­jąc swoje przyj­ście, by jak naj­kró­cej stać na desz­czu. „Furtka jest otwarta, pro­szę wejść do środka” – sły­szę.

Furtkę pokrywa bujny bluszcz, muszę się pochy­lić, by nie zaha­czyć o niego głową i wejść na teren pose­sji. Robię to moż­li­wie spraw­nie, potem jesz­cze kilka dłu­gich, szyb­kich kro­ków i już stoję przed spo­rym pię­tro­wym domem jed­no­ro­dzin­nym z lekko spi­cza­stym dachem. Jestem tylko tro­chę mokry, mogło być dużo gorzej. Drzwi. Otwie­ram.

– Pogoda jest tak straszna, a mimo to pan jest punk­tu­alny, nic tylko pogra­tu­lo­wać. – Mariusz Majew­ski uśmie­cha się do mnie od ucha do ucha.

– Jaro­sław Kocemba, dzień dobry – przed­sta­wiam się i poda­jemy sobie ręce. – To fart panie Mariu­szu, jakoś udało mi się prze­je­chać, ale cała War­szawa stoi, jeden wielki korek – opo­wia­dam.

„Ależ paskudna jest dzi­siaj pogoda”, „Ta War­szawa jest wciąż zakor­ko­wana”, „Dobrze, że tutaj jest dużo miej­sca do zapar­ko­wa­nia” – wymie­niamy się tego typu bez­piecz­nymi spo­strze­że­niami. Gdy w kory­ta­rzu zdej­muję buty i kurtkę, przy­pa­truję się mojemu roz­mówcy. Ma około stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu, jest szczu­pły, łysy, ma nie­bie­skie oczy i kilka tatu­aży na rękach. Wiem, że ma pięć­dzie­siąt trzy lata, ale wygląda na o dzie­sięć mniej. Jest nie­zwy­kle uprzejmy i od razu skraca dystans. Wymie­ni­li­śmy rap­tem kilka zdań, a ja już mam wra­że­nie, jak­by­śmy dobrze się znali. Pro­po­nuje mówić sobie po imie­niu. Dużo się uśmie­cha, co mnie zaska­kuje, bo nie tak w mojej wyobraźni wyglą­dał ktoś, kto prze­żył męczar­nie kon­gij­skiego wię­zie­nia. _Z dru­giej strony, czego ja się spo­dzie­wa­łem… Że przy­wita mnie zapła­kany?_ – myślę.

– Dzię­kuję, że zgo­dzi­łeś się poroz­ma­wiać – mówię, suge­ru­jąc przej­ście do tego, po co się spo­tka­li­śmy.

– Myślę, że już doj­rza­łem do opo­wie­dze­nia komuś tej histo­rii. A poza tym może dobrze mi to zrobi – Mariusz odpo­wiada mi zaska­ku­jąco poważ­nie. Wpa­truje się we mnie chwilę, mam wra­że­nie, jakby teraz to on ana­li­zo­wał mnie. W końcu kle­pie się dłońmi w uda i wska­zuje ręką na kanapę w salo­nie. – Zapra­szam, zapra­szam, tam będzie nam wygod­nie.

Sia­damy naprze­ciwko sie­bie. Roz­glą­dam się wokół. To duży i ładny, ale zwy­czajny salon, nie ma w nim afry­kań­skich masek, aztec­kich figur czy map poroz­wie­sza­nych na ścia­nach, niczego, co pod­po­wia­dała mi wyobraź­nia, gdy myśla­łem o wnę­trzu domu podróż­nika. Kre­mowe ściany gdzie­nie­gdzie uroz­ma­icone obra­zami – głów­nie sztuką nowo­cze­sną i impre­sjo­ni­stycz­nymi pej­za­żami. Jedna ze ścian jest nie­mal cała prze­szklona, znaj­dują się na niej drzwi wycho­dzące na taras. Poza tym są regały zawa­lone książ­kami, tele­wi­zor i znaj­dująca się na środku nie­bie­ska kanapa w kształ­cie litery C, na któ­rej usie­dli­śmy.

– Nikomu tej histo­rii jesz­cze nie opo­wie­dzia­łeś? – dopy­tuję, wycią­ga­jąc poduszkę zza swo­ich ple­ców.

– W kilku zda­niach paru dzien­ni­ka­rzom. No i byłem w _Dzień Dobry TVN_ – chi­cho­cze. – Ale nie licząc mojego psy­cho­loga, nikt tak naprawdę nie wie, co tam prze­ży­łem.

– Mogę się tylko domy­ślać, że musiało to być pie­kło – mówię cicho.

Znów się we mnie wpa­truje, po czym par­ska śmie­chem.

– Tak samo powie­dzia­łem Kon­gij­czy­kowi w celi, gdy wspo­mniał, że sporo wycier­piał ze strony Rwan­dyj­czy­ków.

– I co ci odpo­wie­dział?

– Że nie mogę sobie tego wyobra­zić – szcze­rze się do mnie uśmie­cha.

Nie czuję się ura­żony. Wiem, że ma rację.

– Marioli i dzie­cia­ków nie ma. Możemy więc roz­ma­wiać zupeł­nie swo­bod­nie – dodaje.

– Marioli? Two­jej żony, rozu­miem?

– Nie, nie mamy ślubu, ale już od wielu lat jeste­śmy razem.

– Da się łączyć życie podróż­nika z życiem rodzin­nym? – pytam, by chwilę jesz­cze bez­piecz­nie poroz­ma­wiać o czymś innym niż wyprawa do Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga.

– To cho­ler­nie trudna sprawa – znów par­ska śmie­chem. – Powiem ci tak: nie­mal wszy­scy podróż­nicy, któ­rych znam, są samotni. Zresztą moje mał­żeń­stwo kie­dyś przez tę pasję też się roz­pa­dło – mówi Mariusz, któ­remu wyraź­nie ulżyło, że jesz­cze nie prze­cho­dzę do sedna naszego spo­tka­nia.

– Prze­szka­dzało jej, że cią­gle nie było cię w domu?

– Na początku nie, ale wtedy jesz­cze podró­żo­wa­li­śmy razem. I to jak! Kilka razy okrą­ży­li­śmy zie­mię, włó­czy­li­śmy się po całej Azji, Chi­nach, Indiach. Nawet poja­wie­nie się naszych dzieci przez jakiś czas niczego nie zmie­niło. W 2012 roku poje­cha­li­śmy z nimi do Korei Pół­noc­nej. Wtedy mi się wyda­wało, że jeste­śmy tacy sami i zawsze będziemy razem żyć w ten spo­sób. Cóż, myli­łem się. Magda w końcu zaczęła spę­dzać wię­cej czasu z dziećmi w Pol­sce. Ale ja nie mia­łem dość. Posta­wi­łem sobie za cel zostać pierw­szym Pola­kiem przed czter­dziestką, który postawi stopę we wszyst­kich kra­jach świata. Myśla­łem, że wtedy poczuję się speł­niony, zwol­nię i czę­ściej będę w domu. Cel udało mi się zre­ali­zo­wać, ale nie poczu­łem się nasy­cony. Odkry­łem kluby podróż­ni­cze, kla­sy­fi­ku­jące doko­na­nia podróż­ni­ków nie pod wzglę­dem liczby odwie­dzo­nych państw, lecz tak zwa­nych tery­to­riów. Kluby samo­dziel­nie usta­lają ich listę, dzie­ląc każdy kraj na kilka, a nawet kil­ka­na­ście tery­to­riów. W ten spo­sób liczba wyzna­czo­nych loka­cji do zdo­by­cia w nie­któ­rych klu­bach sięga kilku tysięcy. Rozu­miesz, co to dla mnie ozna­czało? Tysiące nowych celów. Wierz mi, wpa­dłem w obse­sję. Wra­ca­jąc samo­lo­tem z jed­nej podróży, obmy­śla­łem już plan następ­nej. W Pol­sce bywa­łem coraz rza­dziej, a jak już byłem, to myślami raczej nie­obecny. Magda sygna­li­zo­wała mi, że jest zmę­czona moją cią­głą nie­obec­no­ścią, wiecz­nymi powro­tami i wyjaz­dami, samot­nym zaj­mo­wa­niem się dziećmi. Nie słu­cha­łem. W końcu, gdy wró­ci­łem z wyprawy po pół­noc­nej Rosji, zasta­łem pusty dom. Po pię­ciu latach mał­żeń­stwa moja żona wnio­sła pozew o roz­wód. Nie mia­łem pre­ten­sji i pró­bo­wa­łem ją zro­zu­mieć, bo prze­cież drogi ludzi cza­sami po pro­stu się roz­cho­dzą. Nie spo­dzie­wa­łem się jed­nak tego, co miało się wyda­rzyć. Naj­pierw zosta­łem pozba­wiony nor­mal­nego kon­taktu z dziećmi, potem w sądzie poja­wił się wnio­sek o ogra­ni­cze­nie mojej wła­dzy rodzi­ciel­skiej. To był cios. Musia­łem udo­wod­nić, że mam prawo być ojcem.

– Udało ci się to?

– Tak. Regu­lar­nie się z nimi spo­ty­kam, ale to była długa walka. Nasz roz­wód trwał jede­na­ście lat. Dzieci zdą­żyły doro­snąć.

Mariusz widzi zdu­mie­nie na mojej twa­rzy. Po chwili mil­cze­nia macha ręką i dodaje:

– To jest temat na inną roz­mowę…

– Racja. Ale czy po tym, jak wnio­sła pozew o roz­wód, opa­mię­ta­łeś się i zaczą­łeś rza­dziej podró­żo­wać?

– Daj spo­kój, wręcz prze­ciw­nie. Wpa­dłem w naj­in­ten­syw­niej­szy wir podró­żo­wa­nia w moim życiu. Kolejne kraje, tery­to­ria, lot­ni­ska. Bez prze­rwy w samo­lo­cie, coraz szyb­ciej, coraz wię­cej. W ten spo­sób, nie­mal nie wra­ca­jąc do domu, podró­żo­wa­łem po świe­cie przez ponad rok. Zresztą, czy mogę powie­dzieć, że mia­łem wtedy dom? Jasne, mia­łem miesz­ka­nie w War­sza­wie, ale nie było w nim życia, więc trak­to­wa­łem je raczej jako hotel. Pew­nie funk­cjo­no­wał­bym tak jesz­cze dłu­żej, gdyby nie koń­czące mi się pie­nią­dze. Znam takich ludzi, milio­ne­rów uza­leż­nio­nych od podró­żo­wa­nia, któ­rzy latami nie wra­cają do cze­goś, co kie­dyś nazy­wali domem. Mnie nie bra­ko­wało zdro­wia, ale pie­nię­dzy już tak. Musia­łem się tro­chę uspo­koić, wciąż podró­żo­wa­łem bar­dzo dużo, ale zaczą­łem regu­lar­nie wra­cać do Pol­ski. Chcia­łem wtedy wejść w nowy zwią­zek. Spo­ty­ka­łem się z róż­nymi kobie­tami. Mia­łem u nich powo­dze­nie, bo moje opo­wie­ści z całego świata wyda­wały im się eks­cy­tu­jące. Jed­nak gdy pozna­wały to życie od środka, opusz­czały mnie. Nie mia­łem do nich o to żalu, powoli godzi­łem się z tym, że nie jest mi dane posia­da­nie rodziny, a nawet stwo­rze­nie trwa­łego związku – opo­wiada Mariusz, gdy pod­cho­dzi do mnie duży gol­den retrie­ver i naj­pierw prosi o gła­ska­nie, a w końcu mości się obok mnie na kana­pie.

– Ale jed­nak masz rodzinę – mówię.

– Tak, w 2014 roku pozna­łem Mariolę. Zako­cha­łem się. Wiesz, jak to jest, ludzie czę­sto prze­sa­dzają, opo­wia­da­jąc o miło­ści, bo chcą two­rzyć swoje wła­sne filmy roman­tyczne, ale w naszym przy­padku to naprawdę była miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Od razu wie­dzia­łem, że Mariola jest osobą, z którą chcę spę­dzić resztę życia. Cho­ciaż zaak­cep­to­wała moją pasję, wie­dzia­łem, że nasz zwią­zek nie prze­trwa, jeśli będę zacho­wy­wał się tak, jak do tej pory. Byłem gotów się zmie­nić i zro­bi­łem to. Zaczą­łem wyjeż­dżać znacz­nie rza­dziej, a odkąd na świat przy­szli nasi dwaj syno­wie, jesz­cze wię­cej czasu spę­dzam w Pol­sce. Oczy­wi­ście, wciąż podró­żuję w spo­sób, który dla więk­szo­ści ludzi wydaje się sza­lony. Zwy­kle mię­dzy powro­tem a kolej­nym wyjaz­dem jestem w domu nie dłu­żej niż dwa tygo­dnie, cza­sami kró­cej. Nie­mniej i tak znacz­nie się pod tym wzglę­dem ogra­ni­czy­łem. Wpa­dłem jed­nak w nie­bez­pieczną pułapkę, z któ­rej na początku nie zda­wa­łem sobie sprawy – mówi, po czym wydaje mi się, że gubi wątek. – Tak naprawdę wie­dzia­łem o niej od początku, ale oszu­ki­wa­łem się, że jej nie dostrze­gam – dodaje w końcu, po czym wstaje na chwilę i zabiera z tarasu zosta­wione tam jakieś drobne narzę­dzia.

Usły­sze­li­śmy w oddali grzmoty. Wzmógł się wiatr, roz­pę­tała się burza.

– Co to za pułapka? – dopy­tuję, gdy z powro­tem siada naprze­ciwko mnie.

– Jak wspo­mi­na­łem, zanim pozna­łem Mariolę, posta­wi­łem stopę we wszyst­kich kra­jach świata. Z tym, że w tych naj­mniej bez­piecz­nych byłem tylko przez chwilę, cza­sem tylko na lot­ni­sku albo prze­jaz­dem. Dokład­niej eks­plo­ro­wa­łem kraje, w któ­rych ryzyko, że coś mi się sta­nie, było nie­duże. Wraz z upły­wem lat koń­czyły mi się jed­nak bez­pieczne miej­sca na świe­cie, któ­rych nie widzia­łem. Żeby pozna­wać nowe, musia­łem zapusz­czać się w coraz to mrocz­niej­sze zaka­marki globu. Czę­sto­tli­wość moich wyjaz­dów więc spa­dała, ale rosło ich ryzyko. Z roku na rok coraz bar­dziej. Ostat­nią moją podróżą przed Demo­kra­tyczną Repu­bliką Konga była wyprawa po Nige­rii, owład­nię­tej ata­kami ter­ro­ry­stów z Boko Haram⁴. A wcze­śniej eks­plo­ro­wa­łem pogrą­żony w bie­dzie stan Bahia w Bra­zy­lii, gdzie docho­dzi do rekor­do­wej na tle kraju liczby zabójstw. Nie o wszyst­kim Marioli mówi­łem. Cza­sami dopiero po powro­cie albo już będąc na miej­scu, zdra­dza­łem, dokąd pole­cia­łem. Czę­sto też nie wspo­mi­na­łem o wyda­wa­nych przez insty­tu­cje rzą­dowe komu­ni­ka­tach prze­strze­ga­ją­cych przed podróżą. Poza tym…

– Czy tak było też w przy­padku Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga? – prze­ry­wam mu, bo czuję, że pod­świa­do­mie wciąż odkłada temat naszego spo­tka­nia.

Patrzy na mnie nieco zakło­po­tany.

– Tak, tak też było w przy­padku DRK – odpo­wiada spo­koj­nie, ale widzę, że maskuje prze­ję­cie. – Powie­dzia­łem, że wybie­ram się tam, ale nie mówi­łem o ostrze­że­niach pol­skiego Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych przed podró­żo­wa­niem tam, cho­ciaż o nich wie­dzia­łem – mówi ciszej, po czym nagle znów gło­śniej: – Ale zro­zum, te ostrze­że­nia czę­sto są wyda­wane na wyrost. Wie­lo­krot­nie orien­to­wa­łem się po przy­by­ciu do kraju okre­śla­nego jako nie­bez­pieczny, że taki nie jest. Liczy­łem, że w przy­padku DRK będzie podob­nie – pod­kre­śla, jakby się przede mną tłu­ma­czył. – Zresztą nie chcia­łem dole­wać oliwy do ognia, bo Mariola i tak była na mnie zła za tę podróż. Już Nige­ria kosz­to­wała ją wiele stresu, a myśl, że znów ma prze­ży­wać to samo, po pro­stu ją zała­my­wała. Nie­za­leż­nie od komu­ni­ka­tów MSZ wie­działa, że Kongo to kraj tar­gany wojną z Rwandą. A tłu­ma­cze­nie, że byłem już w kra­jach ogar­nię­tych wojną i potra­fi­łem tam o sie­bie zadbać, i tak by jej nie uspo­ko­iło. Ostat­nie dni przed moim wylo­tem były mię­dzy nami trudne. Odda­li­li­śmy się od sie­bie i mało ze sobą roz­ma­wia­li­śmy. Zwy­kle, gdy wycho­dzę z domu, zaczy­na­jąc podróż, czule się żegnamy, a tym razem wysze­dłem nie­mal bez słowa, jak­bym szedł po zakupy do sklepu. „Pa” – na tyle było mnie stać. Myśla­łem jed­nak: _Za dwa tygo­dnie będę z powro­tem, na spo­koj­nie wtedy poroz­ma­wiamy_. – Mariusz prze­rywa, łapie się za głowę, nie widzę jego twa­rzy. Ten sam czło­wiek, który przed chwilą żar­to­wał, wydaje się przy­tło­czony jakimś nie­wi­dzial­nym cię­ża­rem. Chcę prze­rwać tę ciszę i coś powie­dzieć, ale mnie uprze­dza. – Póź­niej, ledwo żywy w wię­zie­niu, codzien­nie żało­wa­łem takiego poże­gna­nia – mówi cicho, pod­no­sząc wzrok z pod­łogi i patrząc na mnie.ROZDZIAŁ II

Burza roz­pę­tała się na dobre. Docho­dzące do nas z daleka grzmoty co jakiś czas prze­ry­wają naszą roz­mowę.

– Pro­gnozy nie poka­zy­wały aż tak złej pogody – mówię.

Mariusz nic nie odpo­wiada, deli­kat­nie kiwa głową. Wsłu­chu­jemy się w deszcz walący o para­pet. Gdy roz­mowa nie­uchron­nie zbliża się do pytań o począ­tek wyprawy, jego zacho­wa­nie się zmie­nia. Już się nie uśmie­cha, wygląda na zde­ner­wo­wa­nego, jak ktoś, kto zaraz ma sko­czyć z wysoka do lodo­wa­tej wody.

– Swoją drogą da się dole­cieć z Pol­ski do DRK bez­po­śred­nio? – rzu­cam pyta­nie niby od nie­chce­nia, by roz­ła­do­wać atmos­ferę.

– Nie. Ja naj­pierw pole­cia­łem z War­szawy do Bruk­seli, stam­tąd do etiop­skiej sto­licy Addis Abeby. Tam znów prze­sia­dłem się na lot do Entebbe⁵ w Ugan­dzie i dopiero póź­niej mia­łem bez­po­średni samo­lot do Kin­szasy – wyli­cza auto­ma­tycz­nie.

– Może przejdźmy już do wyda­rzeń w DRK – sta­ram się zabrzmieć zwy­czaj­nie, cho­ciaż sły­szę swój zmie­niony, nie­na­tu­ralny głos.

Cisza. Długa cisza. Nale­wam sobie wody, by czymś się zająć, bo czuję się nie­zręcz­nie.

– Rze­czy­wi­ście pro­gnozy nie były aż tak złe. – Mariusz prze­ma­wia w końcu, nawią­zu­jąc do moich poprzed­nich słów. – W Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga nie tylko pro­gnozy są mylące, ale też to, co poka­zuje ter­mo­metr – dodaje.

Nic nie mówię, tylko pota­kuję.

– Tem­pe­ra­tury odczu­walne są tam zupeł­nie inne od tych na ter­mo­me­trach⁶. Czę­sto są wyż­sze nawet o dzie­sięć stopni Cel­sju­sza. Jest potwor­nie duszno i parno. Powie­trze wydaje się gęste, cięż­kie i tak bar­dzo lep­kie, że masz wra­że­nie, jakby żar oble­piał każdą część two­jego ciała. Czu­jesz się jak w łaźni paro­wej. Pot poja­wia się na tobie momen­tal­nie i nie odpa­ro­wuje, poja­wiają się pro­blemy z oddy­cha­niem, a przej­ście nawet kil­ku­set metrów, gdy nie ma cie­nia, to spory wysi­łek – tłu­ma­czy, a ja mam wra­że­nie, że znów pró­buje odejść od wyda­rzeń w DRK, w związku z czym jestem bli­ski zapy­ta­nia, czy na pewno chce opo­wie­dzieć mi swoją histo­rię. Ale on znowu mnie uprze­dza.

– Tak też było, gdy pięt­na­stego lutego 2024 roku przy­by­łem do Konga – mówi gło­śno, dobit­nie, dając mi znać, że chce tę histo­rię zacząć. – Dla­tego te trzy­dzie­ści parę stopni Cel­sju­sza, które wtedy były, nie miały nic wspól­nego z tym, co możesz znać cho­ciażby z Hisz­pa­nii czy Włoch. Po wyj­ściu z samo­lotu w Kin­sza­sie ude­rze­nie tego spe­cy­ficz­nego, dusz­nego i kle­istego żaru było dla mnie wręcz szo­ku­jące. Jakby słońce nagle spa­dło z nieba, zatrzy­mało się tuż obok mojego policzka, a póź­niej roz­pły­nęło się po całym ciele. Oczy­wi­ście byłem wcze­śniej w innych podob­nych afry­kań­skich kra­jach, ale jeśli uro­dzi­łeś się i wycho­wa­łeś w Euro­pie Środ­ko­wej, to nie jesteś w sta­nie się do tego spe­cy­ficz­nego skwaru przy­zwy­czaić. Myśli natych­miast zaczy­nają krą­żyć wokół wody. Pierw­sze, co zro­bi­łem po odpra­wie pasz­por­to­wej, to jesz­cze na lot­ni­sku kupi­łem jej zapas. Woda. Wierz mi, zupeł­nie ina­czej sma­kuje w takim żarze. Kilka godzin po wylą­do­wa­niu mia­łem lot do Lubum­ba­shi⁷. Musia­łem wyjść na zewnątrz i prze­do­stać się do innego ter­mi­nala. Mia­łem do przej­ścia nie wię­cej niż kil­ka­set metrów, ale to wystar­czyło, by przy­po­mnieć sobie, jak nie­zwy­kłym gościem jestem w Afryce, czyli bia­łym.

Od razu na początku pod­biegł do mnie pod­eks­cy­to­wany chło­pak, który zaczął szar­pać mnie za rękę i wska­zał na tak­sówkę, krzy­cząc mi wprost do ucha: „_Taxi, taxi, come with me!_”⁸. Za chwilę było przy mnie kilku kolej­nych chłop­ców, a potem też doro­śli męż­czyźni i kobiety. W poło­wie drogi byłem już okrą­żony przez chmarę ludzi. Wszy­scy się prze­py­chali, by dostać się jak naj­bli­żej mnie i wykrzy­czeć mi pra­wie w twarz pro­po­zy­cje pod­wózki, noc­legu czy wymiany waluty. Każ­demu na początku pró­bo­wa­łem odmó­wić oso­bi­ście, ale to nic nie dawało, nikt nie odpusz­czał. Ostat­nie metry poko­ny­wa­łem, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy wrzesz­czą­cymi na mnie ludźmi. Po wej­ściu do budynku więk­szość została na zewnątrz. Kilku jed­nak weszło za mną i wciąż mnie naga­by­wało. Osta­tecz­nie scho­wa­łem się przed nimi w lot­ni­sko­wej restau­ra­cji, z któ­rej byli już prze­ga­niani przez ochronę.

Oczy­wi­ście nie wszę­dzie w DRK jest się zacze­pia­nym aż tak inten­syw­nie. Biały jest co prawda regu­lar­nie zatrzy­my­wany przez ludzi pro­szą­cych go o pie­nią­dze albo ofe­ru­ją­cych naj­róż­niej­sze rze­czy do kupie­nia, ale nie cią­gnie się za nim ludzka chmara. Zapewne przed lot­ni­skiem byli ci, któ­rzy z wycze­ki­wa­nia na poja­wie­nie się bia­łych i z wycią­ga­nia od nich pie­nię­dzy uczy­nili swój spo­sób na zaro­bek. Do czar­nych, któ­rzy prze­miesz­czali się mię­dzy ter­mi­na­lami, nie pod­bie­gał bowiem nikt. To w Afryce się nie zmie­nia od wielu lat. Biały wciąż tam jest utoż­sa­miany z luk­su­sem i bogac­twem.

Prze­cze­ka­łem kilka godzin w restau­ra­cji i wsia­dłem do samo­lotu. Po wylą­do­wa­niu, z zarzu­co­nym na ramię ple­ca­kiem i z wodą w ręku, od razu ruszy­łem do mia­sta. Lubum­ba­shi należy do naj­waż­niej­szych w kraju ośrod­ków prze­my­słu wydo­byw­czego mine­ra­łów, przez to jest sie­dzibą wielu firm z tego sek­tora. Dzięki temu cen­trum mia­sta ma przy­zwo­itą infra­struk­turę, jest zadbane i dobrze sko­mu­ni­ko­wane. Pre­zen­tuje się o niebo lepiej od Kin­szasy. Przy­naj­mniej tak to wygląda w cen­trum, dalej już jest gorzej, ale tam się nie zapusz­cza­łem.

Tro­chę poła­zi­łem, a potem posta­no­wi­łem pójść do jakiejś knajpy, by poznać ludzi, poga­dać, poczuć kli­mat mia­sta. Usia­dłem w restau­ra­cji śred­niej klasy z punktu widze­nia euro­pej­skiego, co w DRK ozna­cza, że było to miej­sce prze­zna­czone tylko dla naj­bo­gat­szych. Zja­dłem obiad, a póź­niej przy­sia­dłem się przy barze do mło­dej, szy­kow­nie ubra­nej i atrak­cyj­nej kobiety i towa­rzy­szą­cego jej ele­ganc­kiego męż­czy­zny w śred­nim wieku. Dziew­czyna mówiła świet­nie po angiel­sku, co w Kongu, gdzie języ­kiem urzę­do­wym jest fran­cu­ski, zda­rza się nie­czę­sto. Opo­wie­działa mi, że jest modelką i regu­lar­nie lata na sesje do Europy i Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Spra­wiała wra­że­nie nie­zwy­kle pew­nej sie­bie, ale jed­no­cze­śnie uprzej­mej. Widać było, że jest dosko­nale obyta w towa­rzy­stwie. Jej part­ner był zupeł­nie inny. Mia­łem wra­że­nie, że koniecz­nie chce mi uzmy­sło­wić, jak bar­dzo jest bogaty. „_Rolex, you see?_”⁹ – mówił, wyma­chu­jąc mi paskud­nym zegar­kiem przed twa­rzą. Dziew­czyna wyglą­dała na zmie­szaną jego zacho­wa­niem, ale on się tym nie przej­mo­wał. Sku­pił się na prze­chwał­kach, opo­wia­dał, że ma willę w DRK i drugą w Kenii; w Paryżu wcale nie było dla niego drogo i na Ave­nue Mon­ta­igne kupił sobie gar­ni­tur. Chwa­lił się samo­cho­dem, któ­rego marki nie pamię­tam, syl­we­strem w Monako, waka­cjami w Dubaju i mnó­stwem innych rze­czy pod­kre­śla­ją­cych jego sta­tus boga­cza. Mówił o tym wszyst­kim, ale nie wspo­mi­nał, w jaki spo­sób zara­bia na tak wystawne życie. Wydało mi się to dziwne i bałem się, że zare­aguje ner­wowo, gdy go o to zapy­tam, ale on się uśmiech­nął, puścił mi deli­kat­nie oczko i po fran­cu­sku rzu­cił: „_Dia­mants_”¹⁰. Zda­wało mi się, jakby nie miał pro­blemu z odpo­wie­dzią, ale nic wię­cej w tej spra­wie nie powie­dział, a że o wszyst­kich innych mógł gadać bez końca, uzna­łem, że lepiej będzie nie cią­gnąć go za język.

Teraz oczy­wi­ście wiem, jak głu­pio zro­bi­łem, wcho­dząc do miej­sca, gdzie nie mogłem poznać zwy­kłych Kon­gij­czy­ków. Ci ludzie nie mieli nic wspól­nego z real­nym życiem w tym kraju.

– To chyba nie do końca tak – prze­ry­wam Mariu­szowi. – Para­dok­sal­nie mia­łeś oka­zję zetknąć się z ważną czę­ścią rze­czy­wi­sto­ści dzi­siej­szej Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga.

– Rze­czy­wi­stość tego kraju to nie są ludzie, któ­rzy jadają w restau­ra­cjach, bo ci to raczej mar­gi­nes mar­gi­nesów.

– Jasne, rozu­miem. Cho­dzi mi po pro­stu o to, że ten facet był naj­praw­do­po­dob­niej han­dla­rzem dia­men­tów. A han­del nimi, jak i rów­nież innymi mine­ra­łami, to ważna część gospo­darki tego kraju. Bogac­twa, które ma pod zie­mią, są zresztą dla niego zarówno bło­go­sła­wień­stwem, jak i prze­kleń­stwem, bo spro­wa­dzają na Kongo cią­głe kon­flikty, a nawet wojny¹¹. Mów jed­nak, co było dalej.

– Wysze­dłem z knajpy i posze­dłem do hotelu się prze­spać. Rano mia­łem już lot powrotny do Kin­szasy. Ale nie­bez­po­średni. Samo­lot po dro­dze lądo­wał w mia­stach: Goma, Kale­mie, Kisan­gani. To może wyda­wać ci się zaska­ku­jące, ale w DRK kra­jowe połą­cze­nie lot­ni­cze z kil­koma mię­dzy­lą­do­wa­niami to stan­dard, ponie­waż sprawna podróż mię­dzy mia­stami drogą lądową to prze­prawa przez mękę. Nie­mal nie ma asfal­to­wych dróg, bra­kuje połą­czeń kole­jo­wych czy auto­bu­so­wych, więc nie­wielka grupa uprzy­wi­le­jo­wa­nych osób, którą na to stać, prze­miesz­cza się mię­dzy mia­stami, wsia­da­jąc do samo­lo­tów.

Ja na tym sko­rzy­sta­łem, bo zale­żało mi na posta­wie­niu stopy na nowych tery­to­riach, uzna­wa­nych w jed­nym z klu­bów podróż­ni­czych. W żad­nym z miast, w któ­rych mia­łem mię­dzy­lą­do­wa­nie, nie wysze­dłem nawet z lot­ni­ska, ale do odha­cze­nia wizyty nie było mi to potrzebne.

Po powro­cie do Kin­szasy od razu zadzwo­ni­łem do Marioli. To była ser­deczna roz­mowa, mimo że w Pol­sce roz­sta­wa­li­śmy się w napię­tej atmos­fe­rze. Opo­wie­działa mi, jak minął jej dzień, co robią dzieci i jakie ma plany na jutro. Ja nie­mal tylko słu­cha­łem, na koniec popro­si­łem jedy­nie, by pozdro­wiła dzieci, i obie­ca­łem, że następ­nego dnia się ode­zwę. Źle się stało, bo nie powie­dzia­łem jej, gdzie obec­nie jestem. Dla więk­szo­ści osób będą­cych w podróży to pod­sta­wowa infor­ma­cja, którą warto prze­ka­zać. Dla mnie jed­nak podróż trwa nie­ustan­nie, nawet w obrę­bie jed­nego wyjazdu. Zmiana miej­sca z dnia na dzień stała się czymś natu­ral­nym, na tyle oczy­wi­stym, że nie widzia­łem potrzeby o niej mówić. Teraz wiem, jaki byłem głupi – stwier­dza Mariusz i po krót­kiej pau­zie dodaje: – Przez to, że nie powie­dzia­łem wtedy, gdzie jestem i dokąd jadę, Mariola miała póź­niej pro­blemy pod­czas poszu­ki­wań.

– Doj­dziemy do tego. Czy po powro­cie do Kin­szasy zwie­dzi­łeś mia­sto?

– Nie, Kin­szasa miała być tylko moją bazą wypa­dową. Tam mia­łem hotel i stam­tąd pla­no­wa­łem wyru­szać do róż­nych miejsc w kraju. Po powro­cie z Lubum­ba­shi nie zdą­ży­łem się w nim jed­nak zakwa­te­ro­wać, ponie­waż jak naj­szyb­ciej chcia­łem wyru­szyć samo­cho­dem do pro­win­cji Kwango, któ­rej gra­nica jest odda­lona od sto­licy o sto sześć­dzie­siąt kilo­me­trów.

– Co cię tam inte­re­so­wało?

– Nic kon­kret­nego, podob­nie zresztą jak w całej Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga. Tury­stycz­nie nie jest to cie­kawy kraj.

Przez chwilę mam wra­że­nie, że się prze­sły­sza­łem.

– Mówisz, że nie jest to cie­kawy kraj, a mimo to ryzy­ko­wa­łeś swoim zdro­wiem i życiem, jadąc do niego?

– Dla mnie był cie­kawy, bo go wcze­śniej nie eks­plo­ro­wa­łem. Byłem tam kie­dyś tylko raz, ale prze­jaz­dem.

– No dobrze, ale w takim razie po co aż tak ryzy­ko­wać, skoro nie ma w nim nic do zoba­cze­nia?

Mariusz lekko się uśmie­cha.

– Pomyśl o hima­la­istach, ryzy­ku­ją­cych swoim życiem pod­czas wspi­naczki na tak eks­tre­mal­nie trudną górę, jak Nanga Par­bat¹². Gdy docie­rają na szczyt, widocz­ność czę­sto jest zerowa. Nie są jed­nak roz­cza­ro­wani, bo nie weszli na ośmio­ty­sięcz­nik dla wido­ków, tylko po to, by posta­wić stopę na szczy­cie. To jest dla nich cel sam w sobie. Ze mną jest tak samo. Pcham się czę­sto do nie­bez­piecz­nych miejsc albo tam, gdzie nie ma nic cie­ka­wego do zoba­cze­nia, ale samo posta­wie­nie stopy w nowej prze­strzeni jest moją nagrodą.

Cza­sem żałuję, że nie uro­dzi­łem się kil­ka­set lat temu, gdy mapy były pokryte bia­łymi pla­mami. Wtedy docie­rał­bym do nowych krain jako pierw­szy. Teraz pozo­stało mi jedy­nie bić róż­nego rodzaju rekordy podróż­ni­cze. Dają mi satys­fak­cję, ale to nie to samo… Zostawmy to jed­nak i wróćmy do Konga.

Po tele­fo­nie do Marioli posze­dłem na lot­ni­sko, gdzie była jedyna wypo­ży­czal­nia samo­cho­dów w mie­ście, jaką udało mi się zna­leźć wcze­śniej w inter­ne­cie. Obsłu­gu­jący ją miły star­szy pan nie dowie­rzał, gdy powie­dzia­łem, że chcę po pro­stu „podró­żo­wać”. „_T’es sûr?_”¹³ – zapy­tał, jakby sądząc, że się prze­ję­zy­czy­łem i uży­łem złego słowa. Cóż mi pozo­stało? Nie tłu­ma­czy­łem się, nie prze­ko­ny­wa­łem go, zade­kla­ro­wa­łem tylko, że do końca dnia zwrócę samo­chód.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Mar­low – nar­ra­tor i główny boha­ter _Jądra ciem­no­ści_ Jose­pha Con­rada, mary­narz odby­wa­jący podróż w głąb Afryki, będącą zarówno wyprawą geo­gra­ficzną, jak i sym­bo­licz­nym zej­ściem w mrok ludz­kiej natury.

2.

W dal­szej czę­ści książki Demo­kra­tyczna Repu­blika Konga najczę­ściej jest zapi­sy­wana skró­tem „DRK”, ale zamien­nie w nie­któ­rych przy­pad­kach będzie też uży­wana skró­cona forma nazwy, czyli po pro­stu „Kongo”.

3.

Kin­szasa jest sto­licą Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga.

4.

Boko Haram (ofi­cjal­nie: Dżma’atu Ahlis Sunna Lidda’Awati Wal-Dżi­had) – isla­mi­styczna orga­ni­za­cja ter­ro­ry­styczna powstała w 2002 r. w pół­nocno-wschod­niej Nige­rii. Jej potoczna nazwa ozna­cza „zachod­nia edu­ka­cja jest grze­chem”. Odpo­wiada za tysiące zama­chów, masowe mordy lud­no­ści cywil­nej oraz porwa­nia, w tym upro­wa­dze­nia kobiet i dzieci. Działa także w sąsied­nich pań­stwach regionu (Czad, Niger, Kame­run). Uzna­wana za jedną z naj­bru­tal­niej­szych orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych świata; figu­ruje na listach orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych m.in. ONZ, USA i Unii Euro­pej­skiej.

5.

Entebbe – mia­sto w środ­ko­wej Ugan­dzie, poło­żone nad Jezio­rem Wik­to­rii – naj­więk­szym w Afryce. Nie­gdyś sto­lica kraju i do dziś sie­dziba głów­nego mię­dzy­na­ro­do­wego lot­ni­ska.

6.

Ze względu na poło­że­nie geo­gra­ficzne w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga panuje kli­mat tro­pi­kalny, a sporą część kraju pokry­wają rów­ni­kowe lasy desz­czowe. To spra­wia, że DRK jest jed­nym z naj­wil­got­niej­szych miejsc na Ziemi.

7.

Lubum­ba­shi leżące w pro­win­cji Górna Katanga w połu­dniowo-wschod­niej czę­ści kraju jest dru­gim co do wiel­ko­ści mia­stem w DRK.

8.

_Taxi, come with me!_ (ang.) – Tak­sówka, chodź ze mną!

9.

_Rolex, you see?_ (ang.) – Rolex, widzisz?

10.

_Dia­mants_ (fr.) – Dia­menty

11.

Raport na temat zna­cze­nia wydo­by­cia mine­ra­łów dla sytu­acji w DRK został opu­bli­ko­wany przez Geno­cide Watch 9.06.2025 r.: Grace Har­ris, Ebo­nie Kiba­lya, Lea Gru­ber, _Spe­cial Report: Con­flict Mine­ral in DR Congo_, https://www.geno­ci­de­watch.com/sin­gle-post/spe­cial-report-con­flict-mine­rals-in-the-drc, dostęp do tego i wszyst­kich pozo­sta­łych źró­deł on-line w publi­ka­cji: 6.03.2026.

12.

Śmier­tel­ność na Nanga Par­bat (8126 m n.p.m.) wynosi 20,7 proc. (dane ze stycz­nia 2025), zob.: Car­los Edu­ardo Gon­za­lez, _Los ocho­mi­les más leta­les_, https://alpi­ni­smon­line.com/los-ocho­mi­les-mas-leta­les/.

13.

_T’es sûr?_ (fr.) – Jesteś pewny?

14.

W zachod­nich pro­win­cjach DRK, m.in. w Kwango, w czerwcu 2022 r. roz­po­częła się rebe­lia grupy Mobondo, która dopro­wa­dziła do starć z siłami rzą­do­wymi, maso­wych prze­sie­dleń lud­no­ści i poważ­nego kry­zysu bez­pie­czeń­stwa. Zob.: Peer Scho­uten, _Le poids du silence: com­ment la révolte des Mobondo boule­verse l’ouest de la RDC_, https://pure.diis.dk/ws/por­tal­fi­les/por­tal/28390577/2025_Mobondo_\ Rapport_FR.pdf.

15.

_Sol­dats_ (fr.) – Żoł­nie­rze

16.

_ban­des armées_ (fr.) – uzbro­jone bojówki

17.

_Polo­nais_ (fr.) – Polak

18.

Lin­gala – język z grupy bantu uży­wany głów­nie w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga i w Repu­blice Konga; w DRK jest jed­nym z języ­ków naro­do­wych i pełni funk­cję lin­gua franca w admi­ni­stra­cji, woj­sku i komu­ni­ka­cji mię­dzy­et­nicz­nej.

19.

_L’eau_ (fr.) – Woda

20.

_C’est un Polo­nais_ (fr.) – To Polak
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij