Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Koniec Antraktu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 września 2026
35,90
3590 pkt
punktów Virtualo

Koniec Antraktu - ebook

Świat, w którym zamiast nocy występują zaćmienia, poprzedni cesarz zakazał posiadania ostrzy, a błogosławieni przez enkeli przywódcy muszą być artystami. Stulecie pokoju zwane Antraktem dobiega końca. Mirogod wraz z bratem wykorzystują szansę na wędrówkę po kontynencie i dołączają do trupy teatralnej Anastazji. Na jej prośbę Mirogod zapisuje wydarzenia z podróży, co po czasie pozwoli mu na refleksje nad podjętymi decyzjami. Komu powinien wybaczyć? Kto mniej by ucierpiał, gdyby się nie zgodzili? Dlaczego Siunattu z tęczówką przeciętą krwawą kreską stanowił większą tajemnicę niż sama Anastazja? Nad tymi pytaniami rozmyślał narrator, kiedy siadał do pisania ostatnich stron.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 632 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

PROLOG „Afisz”

CZĘŚĆ I „Casting”

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

„ANTRAKT”

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

CZĘŚĆ II „Tournée”

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

CZĘŚĆ III „Improwizacja”

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

CZĘŚĆ IV „Grand Finale”

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

EPILOG „Recenzja”

KANTONY

POSŁOWIE

Nota o autorcePROLOG „AFISZ”

Zaraz wychodzimy na scenę – zagramy spektakl, który wyreżyserowałaś. O występ poprosili nas mieszkańcy kantonu, do którego koniec końców nie udało nam się dotrzeć na trasie. Dlatego zagramy w trochę innym składzie, niż początkowo zaplanowałaś; wiele się do tego czasu wydarzyło. I właśnie o tym ci opowiem na następnych stronach, z których nieliczne wypłowiały od słońca (doskonale pamiętam te dni spędzone w stolicy). Nie zdziw się, jak niektóre kartki będą kleiły ci się do rąk, to pewnie Nityananda jadł coś słodkiego, gdy czytał; na innych tusz zakryły odciski palców Joakima, to te w kolorze cynamonowej ziemi – musiał być akurat w trakcie plewienia; gdzieś znajdziesz zasuszone kwiaty – to Tina nie potrafiła się powstrzymać od włożenia ich tam; kilka stron jest pofalowanych, bo zamokły od wina, gdy niechcący wylała je na mnie Hasita; gdzie indziej będą liście i kłaczki włóczki – przywiał je wiatr, kiedy pisałem na balkonie, przy cichym stukocie drutów w dłoniach Brendisa, tkającego koc (wiem, że zaglądał mi wtedy przez ramię). Założyłbym się, że Timéo także podglądał te zapiski, ale postarał się, żeby nie zostawić po sobie śladów, jak to on, z przyzwyczajenia ukrywał swoją tożsamość. Poza tym, spomiędzy niegdyś zamokłych stron wypadną włosy z kociej sierści, popiół z cygara i ziarenka piasku. Ze wszystkich jedynie Kajmir poszanował moją pisaninę. I chociaż pisałem ze względu na ciebie, byś mogła nas sobie przypomnieć, to właśnie jemu dedykuję tę książkę.ROZDZIAŁ 1

Nie spotkałbym cię, gdyby wąż nie ukąsił mojego brata. Jednak od momentu, w którym zauroczony Kajmir podglądał tańczącą Hasitę (to był jej pomysł, ale do tego jeszcze wrócę), do chwili mojej pierwszej wymiany spojrzeń z tobą wydarzyło się dosyć sporo. Wybacz więc, że nie zacznę tej opowieści od przedstawienia twojej osoby, choć mógłbym wyruszyć od twojego początku. Tego czasu, gdy jako nastolatka ścigałaś się z wiatrem na pustkowiu Tundry. To był jedyny okres, w którym decyzje, jakie podejmowałaś, nie obarczał ciężar odpowiedzialności za kogoś więcej niż ty sama.

Kusi mnie, żeby od tego zacząć. Nawet taka była moja pierwotna intencja, ale kiedy próbowałem prześledzić chronologię tych zdarzeń, nie mogłem dojść do tego, które było tą pierwszą chmurą na niebie. Twoja podróż po kontynencie w celu narysowania mapy naszego ograniczonego czterema morzami świata? Napisanie pierwszego dramatu, którego nigdy nie wystawiłaś na scenie, bo inspiracja, jaka cię ogarnęła przy jego tworzeniu, przywołała do ciebie jednego z enkeli, który pobłogosławił cię na Siunattu? A może pierwszym obłokiem na niebie twojej historii było uprawomocnienie kary śmierci za poprzedniego cesarza?

Gdybym zaczął od tego, trochę mijałoby się to z celem tej powieści.

Dlatego też, pozwól, że jednak zacznę od chwili, gdy w wiecznym półmroku jutrzenki bagien Močiare, obudził mnie dźwięk odholowywanej łódki. Zdziwiło mnie to, bo zwykle krzątanie się Kajmira nie kłopotało mojego snu, pełnego chlupotania delikatnych fal o brzegi czółna. We mgle nie dostrzegłem brata, więc wyszedłem zaspany na zewnątrz, gdzie przywiązywaliśmy nasz środek transportu. Cały kanton Močiare był jednym wielkim mokradłem, przetykanym lasami namorzynowymi i bagnistymi wyspami. Centrum miasta zbudowano na palach, jak każdy dom, również ten nasz na peryferiach.

Kątem oka dostrzegłem jaskrawe ubrania Kajmira zawieszone na ścianie, wyróżniające się wśród wszechobecnej mgły śmiało wchodzącej do mieszkania. Zachowywała się, jakby była podróżnikiem, sprawdzającym, czy warto tu przysiąść i odpocząć. W naszej skromnej chatce zawsze jest dla ciebie miejsce, pomyślałem. W końcu to przecież manifestacja mocy aniołów tej krainy, która mnie przyjęła; byłem im winny wdzięczność. Zawsze odnosiłem się do tych spraw z większą wiarą niż Kajmir, który, co prawda, był dosyć religijny, ale nie wydawał się głęboko przekonany o tym, w co nauczono nas wierzyć.

Zakrawa więc na ironię, że to ja przestraszyłem się, gdy w otwartym przejściu wpadłem na ducha. Chwilowy strach przewiał się przez moje ciało, aż zrozumiałem, że to mój brat, tylko że w szarym, kamuflującym go stroju. Skąd go wytrzasnął?

„Bracie, co ty masz na sobie?”, zamigałem.

– Mir, mój drogi, dlaczego się obudziłeś? – Kajmir jęknął i zamknął oczy. Kiedy to robił, unikał konfrontacji ze mną, bo koniec końców mogłem przekazywać swoją dezaprobatę jedynie mimiką i gestami. Cierpliwie zaczekałem, aż znowu na mnie spojrzy. A może po prostu nie chciał na mnie patrzeć, bo nie wyglądałem dobrze po pracy ze zwłokami, którym przeprowadzałem pogrzeby na Mrocznym Morzu. (Tak to było, jak w kantonie nie cenili edukacji, tylko znajomości. Kończyło się w brudnej, niechcianej robocie. Plus taki, że płacili sowicie, więc mój młodszy brat nie musiał pracować i mógł zajmować się poezją.)

Miałem nadzieję, że moja podniesiona brew przekaże Kajmirowi to, co myślę. Żeby wymigać się od odpowiedzi, spróbował zrobić słodkie oczy wydry, ale wyszło mu to raczej jak u bobra. Westchnął i zwrócił wzrok ku górze – wyglądało to tak, jakby pytał się swojego lśniącego loka nad czołem, co ma zrobić z tym utrapieniem, jakim byłem w tamtym momencie ja.

– A jak myślisz? Idę zobaczyć piękną Hasitę – żachnął się. Zwróciłem uwagę, że nie powiedział „zobaczyć się z”, tylko samo „zobaczyć”. Już zacząłem konkludować, ale mnie uprzedził, bo dostrzegł na mojej twarzy rosnące oburzenie.

– To nie był mój pomysł, naprawdę! Nie podglądałbym Hasity bez jej zgody. Nie jestem taki. – Załamał ręce. Zaraz wskazał na swój strój, szary jak cienie mgły wszędzie wokół. – To dlatego, że nie powinienem oglądać, jak tańczy, jeśli nie jestem z jej rodziny, przecież wiesz, takie mają tam u siebie zasady. Gdybym był kobietą, to co innego, ale łatwiej się zakamuflować, niż udawać istotę pełną gracji.

Pomyślałem, że z mężczyzn, których do tej pory spotkałem, Kajmir miał jej najwięcej, tej niewymuszonej gracji. Nie ruszyłem tematu złamania tradycji naszych sąsiadów z kantonu Oesis, to ich sprawa, choć zdziwił mnie brak uporu Hasity w tej kwestii. Czyżby jednak naprawdę była zakochana w moim bracie?

„To nie jest dobry pomysł”, zamigałem zamiast tego. W naszym regionie bagien, mokradeł i lasów namorzynowych ubieranie się w jaskrawe stroje nie tylko miało kulturowe znaczenie, wywodzące się z tego, że we mgle tak łatwiej się zauważyć, ale też stanowiło to ochronę przed jadowitymi stworzeniami mieszkającymi tu od wieków. Jaskrawe kolory dawały im sygnał, że też jesteśmy trujący i trzeba trzymać się od nas z dala. Co poniekąd jest prawdą, jakby spojrzeć na to z innej niż biologicznej perspektywy.

– Wiem, Mir. Ale ona robi to dla mnie – podkreślił. – Nie mogłem odmówić.

„A ostrzegłeś ją, jakie mogą być tego konsekwencje?”

– Yhm… nie?

Zmarszczyłem brwi w udawanym gniewie, bo tak naprawdę wiedziałem, że mu tego nie wyperswaduję. Grałem rolę starszego brata. On udawał niewinnego; obojgu nam świetnie wychodziło. Myślę, że kiedy nas później poznałaś, też to dostrzegłaś. Dlatego pozwoliłaś nam dołączyć do twojej grupy teatralnej.

– Słuchaj, piękna Hasita jest najlepszą tancerką w kantonie, muszę ją zobaczyć występującą choć raz – kontynuował tłumaczenie się, choć nie musiał szukać usprawiedliwienia, a przynajmniej nie ze względu na mnie. Naszych rodziców pochowaliśmy pięć lat księżycowych temu, więc nie musiał dawać wymówek nikomu. W naszym kantonie umieralność była raczej wysoka, zaplecze medyczne mieliśmy marne. Ale co się dziwić, skoro mało kto chciał tu mieszkać. Wszystko przez Strumień – granicę wzdłuż brzegu mokradeł, przez którą dało się przejść tylko na naszą stronę, wyjść już nie. Stało się tak, gdy jeden ze Siunattu mocą enkeli stworzył więzienie na kantonie sąsiadującym z Močiare, a dokładniej na półwyspie otoczonym klifami. Granica zamknęła również nas. I tak zostaliśmy uwięzieni, choć nie byliśmy zbrodniarzami. Taka była przynajmniej narracja – to zdarzyło się trzy pokolenia temu, więc ja tego nie pamiętam z własnego doświadczenia, rzecz jasna.

Machnąłem ręką, na co Kajmirowi zabłysły ciemne źrenice jak nieboskłon na Mrocznym Morzu, pełen gwiazd. Te oczy czarne jak otchłanie wód zlewające się z mrokiem wiecznie bezsłonecznego nieba. Pamiętam, że dało się odróżnić sklepienie od tafli tylko dlatego, że na jednym świeciły gwiazdy, a drugie, choć bez fal, nie odbijało niczego. Wspomnienie tego widoku sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz złego przeczucia.

Kiedy więc Kajmir odpływał, obiecując, że następnym razem da mi fory, gdy będziemy rywalizować grą na bębnach, sprawdziłem, czy mamy surowicę na te trujące gatunki węży, które znamy. Rzuciłem mu jeszcze skrzynkę z pełnym zapasem, ale i tak przeczuwałem, że to nie wystarczy. Jak się okazało, miałem rację, bo wąż, który go ukąsił, nie był żadnym znanym nam gatunkiem. Przepłynął przez granicę Strumienia, której nie powinien był nawet zechcieć przekroczyć.

Do naszego kantonu, jak wspominałem, dało się jedynie wejść, wyjść już nie, więc Močiare nie było zachęcającym kierunkiem podróży. Aczkolwiek osobiście znałem dwie osoby, które zrobiły to z własnej woli.

Gdybyśmy nagle znudzeni wieczną mgłą i jutrzenką zapragnęli przejść do kantonu Oesis, gdzie mieszkała Hasita, stalibyśmy się posągami z lodu. Było ich parę przy ujściu Strumienia w korzeniowym lesie. Te sylwetki we mgle wydawały się nam nieludzkie, jak biesy.

Dlatego tak beznadziejnie rysowała się przyszłość Kajmira i Hasity, po przeciwnych stronach Strumienia. Raz jeden Kajmir zaproponował tancerce przejście przez granicę i wspólne zamieszkanie, jak to zrobił kiedyś nasz tata. Dwa razy takie rzeczy się zwykle nie zdarzają. Mimo to Kajmir ogarnięty mitologiczną wizją kochanki gotowej na wszystko, byle dostać się do ukochanego, zasugerował jej tę opcję.

– Kajmirze – zwróciła się do niego; nagle stała się bardziej poważna, niż to wydawało się możliwe. Siedzieli naprzeciw siebie, Kajmir i Hasita, oddzieleni milczącym lodowym nurtem i różnicą uczuć. – Nie proponuj mi tego nigdy więcej. Jesteś cudownym człowiekiem, ale nie opuszczę dla ciebie rodziny. Jakkolwiek by mnie nie irytowała.

Tak przynajmniej to opisał. Później zrozumiałem, że Hasita wręcz przeciwnie, dążyła do opuszczenia rodzinnego grona, ale zdecydowanie nie z Kajmirem.

To było w czasie, gdy jeszcze nie znali się na tyle, żeby zaproponowała mu oglądanie, jak tańczy. Szczerze, sam chciałem zobaczyć jej talent, bo Kajmir nie mówił na wyrost, gdy stwierdził, że jest najlepsza w kantonie. O tym powiedziałaś mi ty, jakiś czas potem. Ja wcześniej znałem wersję jej brata bliźniaka, Nityanandy. Stanowił przeciwieństwo stale poważnej siostry. Jako mężczyzna mógł ćwiczyć taniec przy nas, przy mnie i Kajmirze, więc robił to chętnie, bo kochał tę formę sztuki. Szczególnie gdy graliśmy na bębnach: Kajmir na dafie, ja na darabuce. Dźwięki niosły się przez mroźną granicę, aż miałem wrażenie, że popęka lód; ostatnio naprawdę widziałem pęknięcia przy ujściu.

– Naprawdę szkoda, że nie możecie zobaczyć tańca siostrzyczki – powiedział Nityananda ze śmiechem, odsuwając spocone włosy z twarzy i ocierając czoło podczas jednej z naszych sesji taneczno-muzycznych. – Jest o monsun lepsza ode mnie!

Nie twierdzę, że nie pragnąłem doświadczyć emocji, jakie mogła wzbudzić poezja ruchu w wykonaniu Hasity. Trochę więc zazdrościłem Kajmirowi, gdy ubrany w szarość zniknął we mgle, podekscytowany prywatnym pokazem. I chociaż byłem zmęczony po pracy, nie dałem rady zasnąć ponownie. Choć to był przeznaczony właśnie na to czas – te kilka godzin zaćmienia. Księżyc zasłaniał nieruchomą tarczę słoneczną, z naszego kantonu widoczną jako rozproszony blask we mgle na horyzoncie.

Niespokojny usiadłem w otwartym ganku nad chlupoczącą wodą. Mgła przestała być gościem, stała się zwiastunem zmian. Wiła się wokół drzew, szepcząc im wieści, których mnie nie chciały przekazać. Zerknąłem na klepsydrę wodną w kącie chaty. Strofowałem się, że trening Hasity może trwać długo, szczególnie jeśli robi to dla Kajmira (dalej w to wątpiłem). Takie wytłumaczenie mnie nie przekonywało. Poczucie odizolowania we mgle zaczynało być nie do zniesienia, podobnie jak plusk fal rozbijanych przez korzenie drzew namorzynowych na południu. Działały jak falochron dla echa sztormów odległego Szalejącego Morza.

W tym jednostajnym rytmie nagle usłyszałem delikatny, niemiarowy chlupot wioseł. Natychmiast wskoczyłem do drugiej łodzi i podpłynąłem w stronę dźwięków. Dostrzegłem brata, a raczej domyśliłem się, że to on. Ledwo wiosłował. Odepchnąłem się od pni wystających z wody, by przyspieszyć. Kajmir, słysząc, że się zbliżam, pozwolił sobie opaść z sił. Zamiast manewrować łodzią, użyłem fragmentów drzew, żeby szybciej przedostać się do jego czółna. Woda wlała się do środka łodzi, gdy zachybotałem nią, łapiąc równowagę.

– Mir, bracie… – zaczął Kajmir.

Wziąłem jego twarz w dłonie. Nie mógł skupić wzroku; na czole perlił mu się pot, choć skóra była lodowata w dotyku. Obejrzałem go całego, dopiero wtedy zobaczyłem ranę od ukąszenia na łydce i parę innych od strzykawek.

– Mały skurczybyk, to nie był żaden z naszych gatunków – wyszeptał z lekkim uśmiechem, kiedy mnie łzy zbierały się w polu widzenia.

A więc gad musiał przypłynąć zza granicy. Moje podejrzenia były prawdziwe, zwierzęta zaczęły przepływać Strumień w obie strony.

Zanim sformułowałem właściwe myśli, już działałem. Sięgnąłem po wiosła, skierowałem się równolegle do granicy brzegu Strumienia, by dotrzeć do jego ujścia. Stopniał w pewnych miejscach, co zauważałem od jakiegoś czasu. Dlaczego nie płynąłem do centrum kantonu? Bo skoro to nie był żaden ze znanych nam gatunków – a wraz z Kajmirem znaliśmy się na tym doskonale, dzięki jego, to znaczy naszym, rodzicom (dbajcie o ich dusze, anioły) – to nikt z Močiare by nam nie pomógł. A po drugie, centrum znajdowało się dalej niż nasi sąsiedzi zza granicy.

Kajmir zaczął zasypiać, więc trąciłem go nogą.

„Hasita wie, co się stało? Widziałeś ją?”. Kajmir zrozumiał, choć wykonałem gesty niepoprawnie, bo jedną ręką, puszczając wiosło. Podniósł kącik ust, zadowolony ze mnie, bo użyłem określenia „piękna” zamiast literować imię Hasity.

– Kiedy mnie dopadł, trujący skubaniec, nawet nie krzyknąłem, żeby się nie zdradzić. – Zamknął oczy, wspominając, a ja zakląłem w duchu. – Piękna Hasita nie była sama. To nie był trening, tylko pokaz dla członków jej szczęśliwej społeczności, przed jakimś ważnym występem. Zdążyłem zobaczyć…

Wstrząsnęły nim dreszcze. Spróbowałem przyspieszyć. Zza mgły wyłaniał się odpływ Strumienia, lodowe posągi w plątaninie korzeni, zwiastujące śmierć. Nie mogłem przepłynąć naokoło, przez Mroczne Morze albo Szalejące Morze, bo jedno utrzymywało na powierzchni tylko martwe ciała, a bałwany drugiego od razu by nas przewróciły. Mój brat umierał, a ja szukałem tego, co nie pojawiało się przez dziesiątki lat – szczeliny w granicy.

Kapryśna mgła zechciała pomóc i rozwiała się, pozwalając mi ujrzeć ten właściwy fragment. Rzeczywiście na drugą stronę prowadziła zygzakowata ścieżka płynącej wody w kolorze błękitu, inna od tej u nas, z odcieniem ametystu. Raz zerknąłem na Kajmira, oddychał z trudem, przestał się uśmiechać i to dopiero uświadomiło mi prawdziwą powagę sytuacji. Dotarło do mnie, że naprawdę może nie minąć zaćmienie, a będę musiał grzebać własnego brata, jak wielu innych, których oddawałem Mrocznemu Morzu zdawałoby się kilka chwil temu.

– Już spisałeś mnie na straty, że wieziesz mnie na cmentarz? – spróbował zażartować Kajmir, zapewne odczytując moje emocje doskonale, jak zwykle, i chcąc mnie pocieszyć. Nawet nie zamigałem „głupek”, tylko skierowałem czółno między lodowe kry, plątaninę korzeni i nieruchome postaci na nich.

Dlaczego się na to odważyłem? Nie wiem, to był impuls chwili. Byłem tak skupiony na tym, żeby nie dotknąć lodu, że chyba wyobraziłem sobie, jak Kajmir mówi zduszonym, przestraszonym głosem:

– Mirze, jeśli chciałbym mieć posąg swojej dumnej osoby, to tylko z moim dafem, w trakcie gry, co ty wyprawiasz? – Później majaczył coś o pięknej Hasicie.

W ujściu Strumień był szeroki, a szczelina miała zakręty. Włosy na rękach, na brodzie, pokrywały mi się szronem, loki Kajmira też. Szarpały nim dreszcze, ale wtedy nie wiedziałem już, czy z zimna, czy od trucizny.

Mgły zmieniły się w mżawkę, a ja nadal płynąłem. Musiałem odrzucić jedno z wioseł, bo dotknęło lodu i zmieniło się w mroźny balast. Nie widziałem końca tej podróży, ujście rzeki nie było tak wąskie jak przy granicy z kantonem Oesis. Mięśnie zaczęły mi sztywnieć z zimna; robiąc niezgrabne ruchy, straciłem kolejne wiosło, tak jak poprzednie. Wziąłem drżący oddech i, po modlitwie do aniołów, zanurzyłem ręce w wodzie, by nimi manewrować łodzią dalej, nieznośnie powoli. Półmrok jutrzenki rozjaśniał się, choć niebo pokrywały jednolicie popielate chmury. Przez ułamek sekundy zerknąłem w górę na przestrzeń pod obłokami, dawno jej nie widziałem, zwykle otaczany przez kołdrę mgły. Kiedy ponownie zwróciłem wzrok w dół, ujrzałem zbawienny brzeg. Za granicą rosły inne gatunki drzew, takie o gęstych koronach splecionych ze sobą, a na nich ktoś zawiesił lampiony. To one tak rozjaśniały półmrok. W ich wnętrzach latały świetliki. Zastanowiłem się, czy jednak przypadkiem nie umarliśmy obaj po drodze. To nie był teren rodaków Hasity, to był kanton Lac, jego skraj.

Przestaliśmy płynąć, bo dobiłem do lądu pokrytego mchem z kwiatami w kolorze lapis lazuli. Próbowałem wziąć Kajmira w ramiona, ale nie czułem już rąk, a on był ciężki jak trup, bo zwiotczały mu mięśnie. W którymś momencie zacząłem bezgłośnie płakać.

Zmokliśmy od mżawki. Krew z ran na nodze Kajmira nie przestawała płynąć. Wstałem, sam nie wiedząc, co mam robić, i przeszedłem jedynie parę kroków, mając wrażenie, że przekraczam mile. Wtedy przede mną pojawiła się smukła postać w czarnym, skórzanym płaszczu z nałożonym kapturem. Tak zawsze wyobrażałem sobie śmierć, pływającą na Mrocznym Morzu wśród łodzi ze zwłokami.ROZDZIAŁ 2

Śmierć patrzyła na mnie z otwartymi ustami.

Odruchowo chciałem zamigać, ale jak miałem to zrobić zesztywniałymi od zimnej wody palcami? Spojrzałem błagalnie. Postać nie poruszyła się, nawet nie drgnęła. Upodobniła się tym do posągów.

– Paniczu Timéo, pomóżmy im, proszę. – Usłyszałem łagodny głos, lekko zachrypnięty, dochodzący z cieni po mojej lewej. Stamtąd wyszedł spod konarów mężczyzna, starszy ode mnie, lekko przygrabiony. Zdjął kaptur. Timéo, ten, co stał nieruchomo, sapnął z wrażenia na ten gest.

– Za żadne skarby nie wracam na jezioro – mruknął pod nosem, przez co wizja jego jako śmierci wyparowała jak mgła. Mimo wyrażonego sprzeciwu podszedł i pomógł temu starszemu podnieść Kajmira.

Poszedłem za nimi, chwiejąc się na nogach. Oni będą wiedzieli, co robić, pomyślałem z ulgą. Jeśli byli z Lac, to musieli być medykami albo znali jakiegoś lekarza.

Przeszliśmy kawałek dalej, przez ścieżkę między gęstymi konarami bez liści, lśniącymi od mżawki. Świetliki latały w miejscach, gdzie było sucho, pod najgrubszymi spleceniami gałęzi.

Nieznajomi stanęli na brzegu ogromnego jeziora, które zarysowywało się za konarami. Ciche, puste, z konturami zabudowań w oddali.

Timéo powiedział coś w swoim języku do towarzysza. Wcześniej odezwał się w mowie powszechnej, tej, której używa się do rozmów z kimś spoza własnego kantonu. Timéo kłócił się przez chwilę z tym, co zdjął kaptur, przy czym wskazał ruchem głowy na mnie. Spojrzeli na moje jaskrawe ubrania, całkiem przemoczone. Z ich stylizowanych, skórzanych płaszczy woda skapywała, nie wsiąkając w materiał.

Jakby dopiero teraz to zauważył, starszy mężczyzna zakomenderował, żeby położyć Kajmira na brzegu, zdjął płaszcz i chciał mi go przekazać. Pod spodem miał kolejne warstwy obcisłej odzieży, przez co ujrzałem jego wystające obojczyki, żebra i kości ramienia. Na anioły, może to jednak śmierć, przewiało mi się przez myśl. Pokręciłem głową, więc z wahaniem założył płaszcz z powrotem. Wskazałem na brata, dalej nieudolnie próbując coś zamigać, ale zdołali chyba zrozumieć tylko, że jestem niemową.

– Musi pan zrobić, co powiem – zwrócił się do mnie ten starszy. – Zanurzyć swojego towarzysza w tej wodzie, a potem wyjść. My nie możemy tego zrobić, bo ta woda nas zabije.

To brzmiało jak absurd, ale znałem historie o leczniczo-śmiercionośnych właściwościach wód z kantonu Lac. Nie wiedziałem tylko, w jaki sposób na nas zadziała.

Zrozumiałem wcześniejszy gest zdjęcia przy mnie kaptura, więc postanowiłem odwdzięczyć się tym samym i zaufać.

Przytuliłem nieprzytomnego Kajmira, obejmując go niezdarnie i zanurzyłem się z nim po pas w wodzie. Spodziewałem się zimna, ale woda była letnia, nawet ciepła, w porównaniu do lodowatego Strumienia. Zanurzając brata, cały czas patrzyłem na jego twarz, bez uśmiechu ledwie podobnej do niego. Moje serce zabiło mocniej, gdy zaczęły mu na cerę wracać rumieńce. Kiedy wyszedłem z powrotem na brzeg, Kajmir otworzył oczy i wziął głęboki wdech, zaciskając swoje silne dłonie na moich przedramionach.

– Mir, drogi bracie, czy umarłem? Nic mnie nie boli. – Oszołomiony rozejrzał się po polance, na której się znaleźliśmy.

Odwróciłem się do nieznajomych i podziękowałem, przykładając dłonie do serca i pochylając głowę. Zaskoczony poruszyłem placami – były całkowicie sprawne. Zesztywnienie znikło. W ogóle czułem się wypoczęty i nie był to skutek adrenaliny.

Ten bez kaptura kucał i przyglądał się nam obojgu, z ulgą na twarzy pokrytej pierwszymi zmarszczkami. Zwróciłem uwagę na jego jasne włosy, przycięte niedokładnie przy skórze. Na nadmiernie wychudzoną sylwetkę. Może jednak w kantonie Lac nie żyło się tak idealnie, jak opowiadali na wykładach.

Mężczyzna wymienił spojrzenia z Timéo. Powiedzieli kilka zdań w niezrozumiałej dla mnie mowie. Domyśliłem się, że to lacański.

– Jak przedostaliście się przez granicę Strumienia? – zwrócił się do mnie Timéo. Głos miał wysoki, jakby nie przeszedł mutacji. Dźwięczny, aż chciało się poprosić, żeby coś zaśpiewał.

– Czy to wy nam pomogliście? – Kajmir wstał zręcznie z ziemi i ukłonił się jak na aplauz po występie z dafem. – Dziękuję w imieniu swoim, czyli Kajmira, oraz w imieniu mojego niemego brata, Mirogoda. Wyłoniliście się z mgły, jakby anioły was przysłały.

Timéo skrzywił się na słowa o aniołach. Albo na fakt, że Kajmir zignorował jego pytanie.

– Cieszy mnie twoje wyzdrowienie, panie Kajmirze – odparł na to ten bez kaptura. – Jestem Brendis, a mój przyjaciel, wybaczcie za jego maniery, to panicz Timéo.

Timéo oburzył się na towarzysza. Wtedy nie wiedziałem za co, ale chodziło o tożsamość Brendisa, którą powinien był raczej ukrywać. Mieli odmienne zdania na ten temat. No a poza tym, nie zgadzali się co do zwracania się do niego per „pan”. I jeszcze w kilku innych kwestiach, ale zostawmy to na później.

Brendis kontynuował, jakby nie dostrzegł złości młodzika.

– Te wody, do których weszliście, mają właściwość uzdrowić każdą chorobę i ranę, którą umiałaby uzdrowić markiza Eléa, ale pewnie to wiedzieliście, skoro tu go przyprowadziłeś – powiedział do mnie. – Wiesz więc zapewne, że można ich dotknąć tylko raz w życiu. Za drugim razem taka osoba umrze.

Przez jedną krótką chwilę miałem nadzieję, że może uzdrowiła się również moja krtań. Niestety, dalej byłem niemową.

– To stąd ten tyci skurkowaniec pochodził – wyszeptał do siebie Kajmir. Brendis uniósł lekko brwi, bo nie dosłyszał dokładnie, co powiedział mój brat. Albo właśnie usłyszał.

– Dlatego ja z paniczem Timéo nie mogliśmy zrobić tego sami – dodał jeszcze Brendis.

– Pytałem was, jak zdołaliście przekroczyć Strumień? – powtórzył swoje pytanie Timéo. Kajmir zaczął przyglądać się mojemu ciału w poszukiwaniu obrażeń, jakby dopiero teraz zorientował się, że przeżyliśmy niemożliwe. – Ujrzałem was na brzegu. W dodatku widać, że nie jesteście stąd, świadczy o tym wasz ubiór i nieznajomość języka. Chyba że umiecie świetnie udawać.

W porę trąciłem Kajmira, żeby czasem nie palnął czegoś na temat mojego grania. Dalej upewniał się, że żadna część mojego ciała nie zmieniła się w lód.

– Dlaczego przypłynąłeś akurat tutaj, żeby ratować brata? Wiedziałeś, że znajdziesz tu lekarstwo? – Lacańczyk nie odpuszczał.

Tylko kiwnąłem głową na potwierdzenie. Słyszałem opowieści, chociaż nie wiedziałem dokładnie, jak to działało. Markiza Eléa dopilnowała, żeby jej zdolności i utopia kantonu Lac stanowiły tajemnicę.

Brendis, cały czas kucając, chwycił nogawkę spodni Timéo.

– Odpuść im, proszę, paniczu.

Timéo prychnął, ale wypełnił prośbę. Ostatni raz się nam przyjrzał spod kaptura i odwrócił.

Brendis wyprostował się, podpierając dłonie na udach.

– Powinniście chyba zdecydować, czy chcecie wracać do siebie i którędy, panowie. Na waszym miejscu wykorzystałbym tę niezwykłą okoliczność. Wyjście z więzienia, jakiegokolwiek, to dar nowego życia. – Ton jego głosu, gdy to mówił, sprawił, że serce zakłuło mnie, jakby wbił się w nie cierń. – Może się jeszcze spotkamy, panowie.

– Oby nie – burknął Timéo.

Kajmir, dostrzegłszy moje nagłe przygnębienie, objął mnie ramieniem. Pocieszał mnie, kiedy to nie ja prawie umarłem. Zalało mnie poczucie winy.

– Kochany bracie, czy ty wiesz, co to oznacza? Jeśli nie wrócimy do Močiare?

„Że już nie zagramy na dafie i darabuce?”.

Kajmir zamyślił się.

– To też, ale możemy skądś wytrzasnąć nowe. – Za chwilę uśmiechnął się swoim najszerszym uśmiechem. Wypełniła mnie wdzięczność. – Ale teraz, skoro udało nam się żywym przejść na drugą stronę Strumienia, co tak na marginesie będziesz mi musiał wytłumaczyć, draniu jeden, to oznacza, że będę mógł dotknąć pięknej Hasity!

Cóż, otóż nie. Nie pozwoliła mu się dotknąć, jak do niej dotarliśmy.ROZDZIAŁ 3

– Co wyście narobili? – Hasita stała w drzwiach, trzymając ręce na biodrach. Z tyłu jej brat Nityananda chwycił się za brzuch, pokładając się ze śmiechu.

Staliśmy na błotnistej ulicy, całkiem przemoczeni. Kanton Oesis miał to do siebie, że księżyc podczas zaćmienia słońca przyciągał chmury, z których spadały monsunowe deszcze. Tutaj ani mżawka, ani mgła nie wisiały w powietrzu, ale niebo dźwigało obłoki jak namoczone gąbki.

Na szczęście krople deszczu były autentycznie ciepłe. Jak prysznic, którego nie posiadaliśmy w naszym mieszkaniu na mokradłach.

Mimo wszystko, miałem już serdecznie dość takiej ilości wody. Monsun lał się z nieba na naszą dwójkę, na mnie i Kajmira. Trzeba Hasicie przyznać, że nie zaskoczyła się naszym widokiem, tak jak Timéo pół zaćmienia temu. Zanim znaleźliśmy dom Hasity w plątaninie uliczek, zakamarków i ślepych zaułków, pytając się, gdzie mieszka najlepsza tancerka w kantonie, zdążyliśmy najpierw nawyrzekać się na przedpołudniowe słońce, którego nie znaliśmy z doświadczenia, a potem prawie utopić się w nagłym monsunie. Kolory mojej koszuli i spodni wyblakły i zmatowiały, a Kajmira podarły się jak zwykłe łachmany. Nic dziwnego, że mieszkańcy Oesis chodzili praktycznie nago.

Wyglądaliśmy jak siedem nieszczęść. I w sumie nimi byliśmy. Prawie umarliśmy, zdecydowaliśmy się nie wracać, a więc straciliśmy dom, nasze bębny, pracę („i tak miałeś dość żegnania tych nieszczęsnych ludzi, przyznaj, drogi bracie”), byliśmy głodni, bez dobytku, a na dodatek Hasita nie pozwoliła Kajmirowi się dotknąć. Nie dziwię się.

– Piękna Hasito…

– Nie wyskakuj mi tu z komplementami, Kaj.

– …to wszystko przez tego parszywego węża, ukąsił mnie, bo byłem ubrany na szaro, jak mi kazałaś, więc jesteś za to trochę odpowiedzialna – tłumaczył Kajmir, a Hasita zrobiła się czerwona na twarzy, gdy Nityananda przestał się śmiać i zrobił zaskoczoną minę. – Potem mój kochany brat wyruszył mi na ratunek, przebijając się przez Strumień, przekonując mieszkańców Lac, że warto mnie uzdrowić dla moich talentów. Przebyliśmy całą drogę przez skwar i ulewę, by do ciebie dotrzeć. I prosić cię o schronienie.

– Tak było? – spytała mnie.

„Mniej więcej”, mogłem zamigać, bo rodzeństwo tancerzy znało już moje gesty.

– Siostra, serio? Pozwoliłaś mu oglądać swój występ?

– Cicho, pewnie i tak nie zdążył nic zobaczyć, prawda?

Kajmir zająknął się pod miażdżącym spojrzeniem Hasity. Pokręcił przecząco głową.

– No widzisz. – Zmieniła cel swojego przyszpilającego wzroku na Nityę. Uniósł ręce w geście kapitulacji.

– Jak uważasz.

Hasita wzięła głęboki wdech. Czekaliśmy na wyrok, jak mokre wydry. Przyjrzała się nam i złagodniała. Odrobinę.

– Dobrze, zasada gościnności nakazuje, bym dała wam schronienie przynajmniej na jakiś czas. Chociaż anioły mi świadkami, że więcej przybłędów do domu nie wpuszczę.

Mogła tak mówić, bo to rzeczywiście był jej dom jako najstarszej z potomków. Urodziła się wcześniej od Nityi o pół klepsydry. Oczywiście reszta rodziny mieszkała niedaleko, więc domyśliłem się, że jak tylko przejdzie monsun, to do niej zawitają, dowiedziawszy się z plotek o naszym przybyciu. Podejrzewałem nawet, że chwilę wcześniej drogę do mieszkanka Hasity wskazali nam jej rodzice.

Obawiałem się, jakie będą mieć konsekwencje plotki o naszym przejściu przez granicę. Jeszcze dojdzie do tego, że ludzie uznają, iż to ja mam takie zdolności, żeby zrywać moce trwające tu prawie od wieku. Jeśli uznają mnie za Siunattu, będę miał przechlapane.

– Macie na coś ochotę? – Hasita cofnęła się, żeby nas przepuścić. – Młody, zrób czaju.

Nitya zasalutował i ruszył do kuchni.

– Albo czekaj, ja zrobię. Ty idź po jakieś ciuchy dla nich.

Nitya zasalutował ponownie i obrócił się na pięcie, wykręcając się w eleganckim piruecie. Zrobił tym na złość siostrze.

– Nie popisuj się!

Oboje z Kajmirem staliśmy jak służący, czekający na reprymendę.

– Dalej, siadajcie. – Wskazała nam poduszki na podłodze wygładzonej tak, żeby nie było żadnych drzazg, bo chodziło się tu boso. Wszędzie. Mieszkańcy Oesis nie ubierali butów. Zresztą, mało co ubierali na siebie. Ze względu na pogodę – albo było parno, albo lało jak z cebra. I ze względu na kulturę tańczenia – łatwiej wykonywać skomplikowane choreografie bez tkanin przeszkadzających w ruchach. Chyba że umiało się to robić jak Hasita, która wymachiwała długim szalem, jakimś cudem ani razu się w niego nie zaplątując.

Usiedliśmy na poduchach, wcześniej rozbierając się do bielizny, żeby nie pomoczyć siedzisk. Kajmir trochę się zawstydził, ale Hasita nie zwracała na to uwagi, przyzwyczajona do widoków odkrytego ciała. Nitya dał nam po parze spodni nad kolana i dopasowane kamizelki, identyczne jak jego.

– Opowiedzcie mi to jeszcze raz. Ale tym razem jak było naprawdę – zarządziła Hasita, mieszając napar na piecu. Wnętrze jej mieszkania nie miało ścian przedziałowych, podobnie jak u nas. Kuchnia, salon, sypialnia stanowiły wspólnie jedno dosyć obszerne pomieszczenie na wszystko.

Kajmir chciał zaprotestować, ale Hasita uciszyła go wzrokiem.

– Mir, opowiadaj. Kaj, będziesz tłumaczył co trudniejsze gesty. I nie próbuj przekręcać, bo poznam, kiedy udajesz, też jestem świetną aktorką.

A więc opowiedziałem. Na szczęście palce mi odtajały dzięki wodzie jeziora Lac, więc mogłem być bardziej szczegółowy. Muszę przyznać Kajmirowi, że nie ominął niczego w tłumaczeniu.

W trakcie mojego relacjonowania Nitya usiadł przy nas i przysłuchiwał się w skupieniu, dmuchając na czaj. Hasita piła gorący napój bez cienia oznaki, że parzy ją w język. Dokładnie w tym momencie, kiedy skończyłem opisywać wydarzenia, usłyszeliśmy pukanie do ściany, bo ich domy nie miały drzwi. Monsun się zakończył, przestało padać, jedynie z dachów okolicznych chat ściśniętych obok siebie kapały ostatnie ciepłe krople.

– Jest tam kto? Hasita? Nityananda? – Usłyszeliśmy kobiecy głos. Hasita przewróciła oczami, a Nitya uśmiechnął się do siostry. Dopił czaj jednym haustem, skrzywił się teatralnie i odwrócił do wyjścia, gdzie stanęła korpulentna kobieta. A za nią głowy wystawiły trzy kolejne. Co jedna to młodsza.

– Witaj, mamuś. Ciociu Deepo, Jyoti, Kanti, widzę, że przybyła cała rodzinka. – Nitya wstał, żeby się przywitać.

– Przyszłyście idealnie na czaj – dodała beznamiętnie Hasita, nie ruszając się z miejsca.

– Och, nie, nie, my tylko przyszłyśmy, żeby zobaczyć, czy wszystko u was w porządku – odezwała się ciotka Deepa. – Nie będziemy ci wypijać czaju, prawda Usro?

– Hasito, przygotuj od razu siedem kubków – zignorowała ciotkę matka Nityi i Hasity, Usra. Już wiedziałem, skąd Hasita ma zwyczaj rozkazywania bratu. – I dwa nalej teraz, Mehul i Barsaat wolą ostudzone, przybędą za chwilę.

Hasita z matką zmierzyły się wzrokiem, a my zastygliśmy, jak świat na moment przed monsunem. Nie chciałbym znaleźć się pomiędzy linią ich spojrzeń, zostałbym z dziurą w ciele.

– Has, ja ci pomogę. – Napięcie przerwała najmłodsza, Kanti, przeciskając się w futrynie.

– Dziękuję. – Hasita nadal utrzymywała wzrok matki. – Wyjmij kubki i nalej do dwóch czaju, co został w garnku, ja zrobię porcję nowego.

Hasita zarzuciła czarnymi włosami upiętymi w luźny kucyk. Wstała z gracją, odrobinę zbyt ostentacyjnie taneczną. Matka pokręciła głową.

– Nityanando, przedstaw nas gościom. Wbrew temu, co mówiła Deepa, przyszłyśmy wypić czaj i wysłuchać historii twoich nowych znajomych, bo doszły nas słuchy, że jeden z nich wrócił z zaświatów, a drugi złamał moc Strumienia.

Kajmir spojrzał na mnie, nie ruszając głową w moją stronę. Odczytałem jego myśli, bo miałem identyczne. Czy oni nie wiedzą o Kajmirze i Hasicie? Mi przeszło przez myśl jeszcze, że plotki o nas robią się pewnie coraz dziwaczniejsze.

Nitya stanął pomiędzy nami i dotknął naszych ramion.

– Dobrze, mamuś, oczywiście. Oto Kajmir, nasz zombie, a tu Mirogod, nasz magik. – Kiwnąłem głową, a Kajmir uśmiechnął się swoim najurokliwszym uśmiechem. – Oto nasza mama, Usra. Jej siostra, a nasza ciotka, Deepa oraz jej córki, a nasze kuzynki, starsza Jyoti i młodsza Kanti.

Usra skinęła głową zadowolona z przedstawienia, Deepa dygnęła; Jyoti zarumieniła się, gdy uśmiech Kajmira został jej zadedykowany, a Kanti pomachała do nas z kubkiem w dłoni nad parującym garnkiem.

– Siadajcie. – Nitya wyciągnął skądś kolejne poduchy. Deepa chwilę odmawiała, ale w końcu usiadła. Zrobiło się tłoczno, nagle przestrzenny pokój stał się duszny.

„Poznasz całą rodzinę”, zamigałem do Kajmira. W jego oczach dostrzegłem przerażenie. Nie bał się tak nawet wtedy, gdy umierał.

– Świetnie. – Usra usadowiła się na poduszce, całkiem ją zasłaniając swoimi rozmiarami. – A teraz chcę usłyszeć całą historię.

Kajmir nabrał powietrza, żeby zacząć.

– Zacznij od momentu, jak poznałeś moją córkę Hasitę.

Z Kajmira uszło całe powietrze. Czyli jednak.

– Mamo. To nie twoja sprawa – odezwała się niskim głosem Hasita. Mieszała gorące mleko, a mała Kanti wyskrobywała miód z dna słoika.

– Jak to nie moja sprawa? Jesteś moją córką.

– Nie po to tu przyszłyśmy, siostro – przypomniała ciotka Deepa, patrząc w podłogę.

– Skoro tak, to zacznij od momentu, kiedy mieliście przekroczyć granicę. Chyba że umarłeś wcześniej.

– Tak dla jasności, matko Usro, nie umarłem.

– Trzepnęłabym cię w te loki, gdybyś się tak nie uśmiechał. Matką mnie jeszcze nie nazywaj. Pozwolenia nie dostałeś.

– Oczywiście, pani…?

– Możesz mi mówić po prostu po imieniu.

– Usro. A więc…

– Zaczekaj, Kaj. Żebyś nie musiał opowiadać trzeci raz, najpierw niech dojdzie do nas męska część rodzinki. – Zatrzymał go Nitya.

Kajmir otarł pot z czoła, zgadzając się. Młodziutka Kanti w warkoczach zaczęła rozdawać kubki. Dostałem drugi, nawet nie skończywszy tego pierwszego. Kajmir odebrał swój z wdzięcznością.

– Dziękuję, urocza Kanti.

Jyoti odebrała swoją porcję czaju od Hasity i zerknęła z chłodną zazdrością na uśmiech Kajmira, którym obdarował jej młodszą siostrę. Nitya odmówił dolewki, a Deepa wzięła kubek dopiero po drugiej próbie namówienia jej, żeby się poczęstowała. Nastała chwila błogiej ciszy, kiedy wszyscy mogli skosztować po łyku gorącego czaju. Ciotka Deepa zamoczyła wargi, ale nie napiła się, zamiast tego skorzystała z okazji, że Usra miała pełne usta.

– Dobrze, to zanim zaczniecie opowiadać, chciałabym spytać, czy…

– Córcia? Synek? Jesteście? – Przerwał jej gromki głos akompaniujący pukaniu do ściany. Do pokoju wszedł bokiem potężnie zbudowany mężczyzna.

– Tatuś, poznaj proszę Mirogoda i Kajmira – rozpoczął Nitya, ponownie wstając, żeby się przywitać. Wskazał na nas mężczyźnie z kręcącą się od wilgoci brodą. – To mój tata, Mehul.

– Podoba mi się twa broda, młody – powiedział do mnie, głaszcząc własny zarost. Już wiedziałem, po kim Hasita ma zwyczaj zwracania się do kogoś „młody”. Podziękowałem po migowemu.

– Nie wiem, co znaczą te twoje gesty, ale masz silne przedramiona, ćwiczysz?

– To od ciężkiej pracy – wytłumaczył Kajmir. Miałem ochotę go kopnąć, żeby zaraz nie powiedział, że od dźwigania zwłok, choć po części była to prawda. Na szczęście do pomieszczenia weszła kolejna osoba.

– Ten gest znaczył „dziękuję” – odparł nowoprzybyły z kozią bródką, który podszedł do Deepy i pocałował ją w usta (choć chwilę się opierała), a Jyoti, siedzącą obok, w czubek głowy. Kanti podbiegła do niego i ją też przywitał tak samo.

– Tatku, specjalnie dla ciebie i wujka Mehula ostudziłyśmy czaj – powiedziała uradowana mała Kanti.

– Ale z niej słodka dziewczynka – szepnął do mnie zachwycony Kajmir. Sztywnie usadowiona Jyoti zacisnęła usta w wąską kreskę.

– Prawda? Moja córeńka – zgodził się ten z kozią bródką i potarmosił dziewczynce włosy.

– To nasz wuj, mąż Deepy, Barsaat – przedstawił go nam Nitya.

– Już starczy tego witania się – zakomenderowała Usra, odkładając kubek z hałasem. Pusty. Tak, po kimś Hasita musiała mieć nieczuły przełyk.

– Hola, hola, żona. A ze mną to się nie przywitasz? – podparł się pod boki potężnie zbudowny Mehul. – Czym ci podpadłem?

– Nie starasz się ostatnio. Siostra ma już trójkę, a ja tylko raz byłam w ciąży.

Usra spojrzała zalotnie na męża. Deepa otworzyła szeroko oczy, Jyoti się zarumieniła. Hasita i Nitya popatrzyli na siebie z politowaniem. Mehul i Barsaat zaśmiali się identycznie. Bliźniacy? Dopiero wtedy zwróciłem na to uwagę. Z wyglądu różnili się objętością mięśni, ale cała reszta, to znaczy styl bycia, mieli identyczny.

– Może chcesz kolejnego syna, co? – Barsaat połaskotał żonę nosem w szyję, bródka dotknęła obojczyka. Deepa odpędziła go mało przekonująco.

– Dwie siostry mi wystarczą, tatku. – Do zatłoczonej kuchni wszedł ostatni z rodziny, czym zwrócił na siebie uwagę wszystkich w pomieszczeniu. Specjalnie zapozował w wejściu, błyskając bransoletkami, kolczykami i naszyjnikami. Za nim weszłaś ty, ale większość cię nie zauważyła, skupiona na nowoprzybyłym gościu. (Jedynie urocza Kanti, mała czujna obserwatorka, nalała ci czaju. Położyłaś palec na ustach, a dziewczynka uśmiechnęła się konspiracyjnie.)

– To nasz kuzyn, Iravat – szepnął Nitya, zasłaniając usta dłonią. – Drugi najlepszy tancerz w tym kantonie.

„To nie ty jesteś drugi?”, zamigałem. Nitya uśmiechnął się półgębkiem, łapiąc, o co mi chodziło. W jego wyrazie twarzy było coś takiego, co powiedziało mi, że lepiej nie ruszać tego wątku. Kątem oka zauważyłem, że Barsaat, który wcześniej przetłumaczył moje podziękowanie za komplement, przyglądał mi się. Ale nie odezwał się ani słowem.

– Biorąc pod uwagę, że przybyliście do mojego domu bez uprzedzenia – zaczęła Hasita, podchodząc do Iravata, który cmoknął ją w policzek. Wręczyła mu kubek z czajem, a on odebrał go zręcznie. Miałem wrażenie, że nawet w tak prostym geście oboje potrafili przemycić taniec. Kajmir zachłannie śledził każdy ich ruch. – Pozwólcie, że ja zdecyduję, o czym będziemy rozmawiać.

Usra nie kwestionowała, zaczepiana przez męża. Deepa miała ochotę coś powiedzieć, ale jej uwagę także zajmował małżonek.

– Moi pierwsi goście są zmęczeni i już raz opowiedzieli mi i Nityi swoje przygody, więc nie będę ich zmuszać, żeby robili to ponownie. Jako że zostaną tutaj na dłuższy czas, będziecie mogli na spokojnie wysłuchać ich wersji zdarzeń przy innej okazji. Mam do was prośbę, żebyście nie rozpowiadali tego, co od nich usłyszycie całemu Oesis, przynajmniej od teraz, bo wiem, że skoro tu jesteście, i tak wie już cała okolica. Nie mam ochoty przyjmować tutaj kolejnych obcych, niezależnie od tego, co nakazuje nam maniera gościnności.

Hasita chodziła między siedzącymi, mówiąc dalej. Była panią tego domu. We wzroku każdego z osobna dało się ujrzeć stosunek, jaki do niej mieli. Mehul, ojciec, patrzył z dumą. Usra oddawała córce pole uwagi, ale jedynie na moment, jakby z łaski. Nitya patrzył z miłością, jaką może dać tylko brat bliźniak, znający ducha siostry jak własnego. W oczach Jyoti kryła się zawiść za zasłoną obojętności. U Kanti przeciwnie, była to bezinteresowna dobroć, a nie uwielbienie, jakiego się spodziewałem. Wuj, Barsaat, przyglądał się bratanicy z czułością. Ciotka Deepa walczyła w sobie z respektem, jaki w niej budziło zachowanie Hasity, tak podobnej do despotycznej Usry, czy tego chciała, czy nie. Kuzyn Iravat patrzył jak na wspólniczkę zbrodni, jakby on jeden znał jej tajemnice. Kajmir też tak zinterpretował jego wzrok i poczułem, jak się jeży, żeby mu ten wyraz wyższości zetrzeć z twarzy.

„Bracie, uspokój się, to jej kuzyn”, zamigałem ukradkowo, tak, żeby Barsaat nie mógł odczytać.

„Właśnie, nawet Nitya tak na nią nie patrzy”.

„Bo młody nie musi udawać, że zna pogodę jej duszy”.

Kajmir zastanowił się nad tymi słowami.

„Młody?”

Wzruszyłem ramionami. Tak było szybciej niż literować imiona.

„A jak nazwałbyś resztę?”

Pomyślałem chwilę, rzucając okiem na zebranych, wpatrzonych w Hasitę. Przestaliśmy słuchać, co mówili, bo przeszli na swój dialekt, albo przez przypadek, albo specjalnie (oficjalnie we wszystkich kantonach, jeśli w rozmowie uczestniczył ktoś spoza danego kantonu, rozmawiało się w mowie powszechnej, czyli w stołecznym dialekcie miyakijskim).

„Despotyczna, zazdrosna, urocza, uległa, silny, czujny, próżny”.

„Ale kto jest kim?”

„Zgadnij”.

Kajmir przeleciał wzrokiem po siedzących. Dyskutowali na jakiś temat, atmosfera się zmieniła, ale nie wiedzieliśmy, o co chodzi.

„A jak nazwałbyś mnie?”

Och, Kajmirze. Ciebie znałem na tyle długo, że nie umiałem przypisać ci jednego przymiotnika.

„Brat. Jesteś moim bratem”. Odpowiedziałem z całym przekonaniem. Bez grania. Choć Kajmir nie był moim krewnym, a jego rodzice nie byli moimi. Jednak wychowali mnie jak syna, bo moja biologiczna matka nie mogła mnie wychowywać albo nie chciała. Kim był mój ojciec? Czy moja matka mówiła coś rodzicom Kajmira, zanim mnie im oddała? Czy oboje moi biologiczni rodzice jeszcze żyli? Nie wiedziałem. Para z Močiare przygarnęła mnie, a później urodził się mój brat.

Kajmir wzruszył się głęboko. Zrozumiał, co chciałem mu przekazać. Poczułem na sobie czyjś przenikliwy wzrok. Wtedy odwzajemniłem twoje spojrzenie z kąta pomieszczenia. Spokojne, wnikliwe, mądre. Kajmir coś do mnie zamigał, ale ja przestałem zwracać uwagę na cokolwiek, oprócz twoich oczu, w których mieściła się cała Tundra. Jej kolory, pustka, zimno, wolność, samotność, duma, pewność siebie.

– Chwila, stop, chcecie mi powiedzieć, że celem waszego przyjścia tutaj było sprawdzenie, czy nie było u mnie w gościach uwolnionego z więzienia Urwaldu mordercy, który grasuje w okolicy od poprzedniego monsunu? – dotarło do mnie pytanie zdezorientowanej Hasity.

– O to chciałam spytać od chwili, gdy tu weszłyśmy i zrobiłabym to, gdyby nie Usra – pożaliła się ciotka Deepa.

– Skąd możecie wiedzieć, że to nie plotki, jak z naszymi gośćmi, zombie i magikiem? – spytał Nitya, na wpół poważnie i na wpół żartobliwie. Nikt nie miał na to dobrej odpowiedzi. Wtedy Hasita cię dostrzegła, jak siedzisz z jedną nogą ugiętą, a drugą wyprostowaną, oparta plecami o ścianę.

– Anastazjo, od kiedy tutaj jesteś? – Hasita stanęła jak wryta w ziemię.

Rozmowy w dialekcie ustały. Twoją obecnością nie byli zdziwieni jedynie Kanti i Barsaat, dziewczynka po nim miała ten dar obserwacji.

To pytanie dotyczyło nie tylko tego domu, ale i kantonu. Zwróciłaś się w stronę Hasity. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie oddychałem. Na skórze wyszła mi gęsia skórka.

– Spokojnie, Kanti się mną zajęła. – Uniosłaś wypity w połowie kubek czaju. Niektórzy sukcesywnie unikali patrzenia na ciebie, jak Usra, Jyoti czy Iravat. Reszta omijała cię wzrokiem, jakby nie chcieli przyznać przed samymi sobą, że tam siedzisz, oparta o ścianę.

Hasita skrzyżowała ręce na piersi, patrząc na ciebie z wyrzutem.

– Dlaczego nie powiadomiłaś mnie wcześniej?

– Nie przejmuj się, widziałam twój występ, podobnie jak Kajmir.

Mój brat zastygł, podobnie jak i cała reszta obecnych. A po chwili rozpętała się ulewa pytań.

– Jak mogłaś pozwolić, żeby obcy, w dodatku mężczyzna, widział, jak tańczysz?

– Czy to prawda, córko?

– Zhańbiłaś się, on nie jest z rodziny!

– Czyj to był pomysł? Twój?

Hasita zamknęła oczy. Podejrzewam, że modliła się o to, żebyśmy wszyscy stopnieli w następnym monsunie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij