Konkurencje - ebook
Ta książka dokumentuje to, co można nazwać „marginesem marginesu” sportu. To opis dyscyplin, które nie mają szans na olimpijskie uznanie, które nie znajdą się w programach studiów wychowania fizycznego, które nie pojawią się w popołudniowych transmisjach telewizyjnych. To opis konkurencji, których samo istnienie podważa wszystko, co wiemy o granicach ludzkiej aktywności. Ale jest też czymś więcej — jest próbą odpowiedzi na pytanie: dlaczego ludzie to robią? Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-839-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Drogi Czytelniku,
Trzymasz w rękach książkę, której — przyznaję to z pełną świadomością — nie powinienem był napisać. Przez trzydzieści lat mojej kariery akademickiej, przez dziesiątki publikacji naukowych, monografii i podręczników z zakresu teorii sportu, kultury fizycznej i socjologii aktywności ruchowej, starałem się zachowywać postawę obiektywnego badacza. Obserwowałem, analizowałem, wyciągałem wnioski. Nigdy nie angażowałem się emocjonalnie. Nigdy nie pozwalałem, by zdumienie wzięło górę nad akademickim dystansem.
Ta książka jest dowodem mojej porażki — i jednocześnie, ośmielam się twierdzić, największym sukcesem mojej kariery pisarskiej.
Wszystko zaczęło się trzy lata temu, podczas konferencji naukowej w Zurychu poświęconej przyszłości sportów ekstremalnych. Jeden z prelegentów — młody badacz z Uniwersytetu w Auckland — pokazał krótki filmik przedstawiający ludzi jadących na rowerach po dnie Morza Bałtyckiego. Sala zareagowała śmiechem, uznając to za żart, za prowokację artystyczną, za cokolwiek poza prawdą. Ale młody badacz nie żartował. I ja — siedząc w trzecim rzędzie, z notatnikiem na kolanach — poczułem, jak ziemia usuwa mi się spod stóp. Zdałem sobie sprawę, że gdzieś na świecie ludzie robią rzeczy, o których nie śniło się naszym teoriom, naszym podręcznikom, naszym definicjom tego, czym jest sport i czym może być.
Od tego momentu moje życie zawodowe uległo fundamentalnej zmianie. Porzuciłem bezpieczne tematy akademickie — porównawcze analizy systemów szkolenia olimpijskiego, ekonomiczne aspekty profesjonalizacji sportu, psychologiczne uwarunkowania motywacji sportowców — i ruszyłem w świat, by dokumentować to, co nazwałem „marginesem marginesu” sportu. Te dyscypliny, które nie mają szans na olimpijskie uznanie, które nie znajdą się w programach studiów wychowania fizycznego, które nie pojawią się w popołudniowych transmisjach telewizyjnych. Te dyscypliny, których samo istnienie podważa wszystko, co wiemy o granicach ludzkiej aktywności.
Przez trzy lata podróżowałem po czterech kontynentach. Rozmawiałem z setkami ludzi — zawodnikami, organizatorami, lekarzami, psychologami, prawnikami, a czasem po prostu ze świadkami, którzy widzieli rzeczy, w które trudno uwierzyć. Byłem w miejscach, o których istnieniu nie wiedziałem — w gigantycznych ulach wypełnionych milionami pszczół, w stalowych rurach, przez które prześlizgują się naoliwieni zawodnicy, przy kominach elektrociepłowni, z których wyłaniali się ludzie pokryci sadzą i recytujący Psalmy od tyłu. Widziałem rzeczy, które — gdybym nie sfotografował ich własnym aparatem — sam bym uznał za zmyślone.
Ta książka jest owocem tych podróży. Ale jest też czymś więcej — jest próbą odpowiedzi na pytanie, które zadawałem sobie każdego dnia: dlaczego? Dlaczego ludzie to robią? Dlaczego ktoś decyduje się spędzić tydzień zamknięty w ulu z pszczołami, by na końcu wynieść kilkanaście kilogramów miodu? Dlaczego ktoś pozwala, by odcięto mu skalp i ukryto go gdzieś w województwie, zmuszając go do poszukiwań własnego owłosienia? Dlaczego ktoś wspina się przez sto pięćdziesiąt metrów kłębiącego dymu, by na szczycie recytować starożytne teksty w odwrotnej kolejności?
Odpowiedzi, które znalazłem, są różne — tak różne, jak sami zawodnicy. Są tacy, którzy szukają adrenaliny, ekstremalnych wrażeń, poczucia życia na krawędzi. Są tacy, którzy uciekają od czegoś — od nudy, od rutyny, od poczucia, że normalność ich dusi. Są tacy, którzy szukają wspólnoty — grupy ludzi, którzy rozumieją to, czego nie rozumie nikt inny. Są tacy, którzy szukają transcendencji — doświadczeń granicznych, które przekształcają, które zmieniają perspektywę, które pozwalają zobaczyć świat w nowy sposób.
Ale jest też odpowiedź głębsza, którą dostrzegałem u niemal wszystkich, z którymi rozmawiałem: pragnienie autentyczności. W świecie coraz bardziej zorganizowanym, zinstytucjonalizowanym, zmediatyzowanym — w świecie, gdzie każdy aspekt życia podlega regulacjom, normom, oczekiwaniom — te szokujące konkurencje oferują coś niezwykle cennego: przestrzeń poza systemem. Miejsce, gdzie liczy się tylko to, co robisz, nie to, kim jesteś. Gdzie twoje ciało i twoja wola są jedynymi miernikami sukcesu. Gdzie — paradoksalnie — w najbardziej ekstremalnych warunkach ludzie odnajdują coś, co można nazwać wolnością.
Muszę w tym miejscu poczynić istotne zastrzeżenie. Ta książka nie jest zachętą do uczestnictwa w opisanych dyscyplinach. Wiele z nich jest niebezpiecznych — niektóre śmiertelnie. W trakcie mojej pracy dokumentacyjnej spotkałem się ze śmiercią: jeden z bohaterów rozdziału o skokach w głąb — Paweł Grzelak — przeżył coś, co medycyna uznawała za niemożliwe, ale inni nie mieli tyle szczęścia. Jedna z zawodniczek gimnastyki na linie z obciążeniem cementowym spadła z wysokości czterdziestu metrów. Jeden z uczestników wyścigu rowerowego po dnie Bałtyku utracił dostęp do powietrza i już nie wypłynął. Te śmierci są częścią historii, którą opowiadam, i nie zamierzam ich ukrywać ani romantyzować.
Jednocześnie — i tu muszę być szczery — ta książka nie jest również oskarżeniem. Przez lata mojej kariery akademickiej przyzwyczaiłem się do postawy normatywnej: to jest dobre, tamto jest złe, sport powinien być taki, a nie inny. Praca nad tą książką nauczyła mnie pokory. Nauczyła mnie, że ludzie mają prawo do podejmowania decyzji, które inni uważają za szalone, pod warunkiem że są świadomi konsekwencji. Nauczyła mnie, że granica między odwagą a głupotą jest często kwestią perspektywy. Nauczyła mnie, że moja rola jako badacza nie polega na osądzaniu, lecz na dokumentowaniu i rozumieniu.
Struktura książki odzwierciedla różnorodność świata, który dokumentuję. Każdy rozdział jest samodzielną całością — portretem jednej dyscypliny, jednej społeczności, jednego rodzaju szaleństwa. Możesz czytać rozdziały po kolei, budując sobie obraz coraz dziwniejszego uniwersum. Możesz też otwierać książkę losowo, zanurzając się w pojedyncze historie. Niektóre rozdziały są zabawne — przynajmniej na powierzchni. Inne są mroczne, niepokojące, trudne do strawienia. Jest jeden rozdział, którego — po długim namyśle — nie napisałem, zastępując go wyjaśnieniem mojej odmowy, bo istnieją granice, których nie jestem gotów przekroczyć nawet jako dokumentalista.
Słowo o stylu. Czytelnik przyzwyczajony do moich akademickich publikacji może być zaskoczony tonem tej książki — swobodniejszym, bardziej osobistym, momentami wręcz zabawnym, choć humorem, który można nazwać wisielczym. To był świadomy wybór. Historie, które opowiadam, są zbyt dziwne, zbyt surrealistyczne, by opisywać je suchym językiem naukowego raportu. Wymagają narracji, która odzwierciedla ich absurdalność, ich dramatyzm, ich — tak, użyję tego słowa — piękno. Bo w tym szaleństwie jest piękno. W determinacji ludzi, którzy czołgają się przez Afrykę, bo są za wysocy, by biegać. W spokoju kobiety, która strzela do własnego brzucha, bo szuka czegoś poza słowami. W brzęczeniu milionów pszczół, wśród których ktoś postanowił zamieszkać przez tydzień. To piękno chciałem uchwycić.
Kończąc tę przedmowę, chcę wyrazić wdzięczność. Przede wszystkim — bohaterom tej książki, którzy zgodzili się opowiedzieć swoje historie, często narażając się na niezrozumienie i krytykę. Ich otwartość, szczerość i gotowość do dzielenia się doświadczeniami były fundamentem tej pracy. Dziękuję również mojemu wydawcy, który — mimo początkowych wątpliwości — uwierzył, że ta książka znajdzie czytelników. Dziękuję mojej żonie Hannie, która przez trzy lata znosiła moje nieobecności, moje obsesje i moje opowieści przy kolacji o rzeczach, które — jak sama mówiła — „psują apetyt, ale rozbudzają ciekawość”. Dziękuję wreszcie Tobie, Czytelniku, że sięgnąłeś po tę książkę. Że zdecydowałeś się zajrzeć za kurtynę tego, co oficjalna kultura sportowa woli ignorować.
Mam nadzieję, że ta podróż przez świat szokujących konkurencji sportowych będzie dla Ciebie równie transformująca, jak była dla mnie. Nie oczekuję, że po lekturze zapragniesz wskoczyć do szybu kopalnianego, wejść do ula z pszczołami czy pojechać rowerem po dnie Bałtyku. Ale mam nadzieję, że spojrzysz inaczej na ludzi, którzy to robią. Że zobaczysz w nich nie wariatów, lecz poszukiwaczy — poszukiwaczy czegoś, co jest fundamentalnie ludzkie, choć wyraża się w formach, które większość z nas uznaje za nieludzkie.
Na koniec zostawiam Cię z pytaniem, które sam sobie zadawałem każdego dnia tej trzyletniej podróży: co Ty byś zrobił, gdyby nie było granic? Gdyby nie było przepisów, norm, oczekiwań, strachu? Gdzie leży Twoja granica — ta prawdziwa, nie ta narzucona przez społeczeństwo?Rozdział 1: Grzbiet i brzuch
I. ZANIM PADŁ PIERWSZY STRZAŁ STARTERA
Są historie, które opowiadają się same. Wystarczy postawić kamerę, włączyć dyktafon, usiąść wygodnie i pozwolić, by rzeczywistość prześcignęła najśmielsze scenariusze. Są też takie, przy których rzeczywistość nie tyle prześciga scenariusze, ile łapie je za kołnierz, wywraca do góry nogami, a potem jeszcze dla pewności topi w lodowatej wodzie Zatoki Gdańskiej. Historia, którą zamierzam opowiedzieć w tym rozdziale, należy bezsprzecznie do tej drugiej kategorii. Jest to bowiem relacja z wydarzenia, którego nikt nie przewidział, nikt nie chciał, a które mimo to odbyło się z pełną pompą, transmisją telewizyjną na żywo i akredytacją prasową dla stu siedemnastu dziennikarzy z dwudziestu trzech krajów. Wydarzenie, po którym Międzynarodowa Federacja Pływacka (FINA, obecnie World Aquatics) musiała powołać specjalną komisję regulaminową, a trzech sędziów złożyło rezygnację, twierdząc, że — cytuję — „nie po to kończyli kursy sędziowskie, żeby musieć rozstrzygać, czy plecy jednego człowieka są jednocześnie brzuchem drugiego, czy może raczej odwrotnie, a w każdym razie to jakiś absurd i idę na emeryturę”.
Ale od początku.
Pomysł, by bliźniaki syjamskie zrośnięte plecami mogły uczestniczyć w oficjalnych zawodach pływackich na dystansie z Gdyni na Hel, narodził się — jak wiele przełomowych idei ludzkości — przy piwie. Dokładniej: przy czterech piwach, trzech kawach i jednym kieliszku Jägermeistra, który został zamówiony przez pomyłkę, ale wypity już całkiem celowo. Było to w gdyńskim pubie „Kotwica i Kompas” przy ulicy Świętojańskiej, w martwą niedzielę lutową roku, którego lepiej nie precyzować, bo adwokaci kilku zainteresowanych stron nadal prowadzą korespondencję na temat praw do wizerunku.
Przy stoliku siedzieli: Janusz Pętelka, ówczesny wiceprzewodniczący Komisji Dyscyplin Wodnych Polskiego Związku Pływackiego; dr Beata Szmaragd-Wilczyńska, specjalistka od medycyny sportowej z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego; Ryszard „Rychu” Bałtyk, legendarny trener pływacki z Sopotu, który wyszkolił trzech olimpijczyków i jednego mistrza Europy; oraz — i tu dochodzimy do sedna — Igor i Oleg Pietrowiczowie, dwudziestosześcioletni bracia, obywatele polscy, urodzeni w Kaliningradzie, zrośnięci plecami w okolicy łopatek i dolnego odcinka kręgosłupa, obaj znakomici pływacy amatorzy.
„To był zwykły wieczór” — opowiadał mi później Pętelka, patrząc w okno swojego biura z widokiem na marinę. „Gadaliśmy o sezonie, o sponsorach, o tym, że brakuje nam wydarzenia, które przyciągnie media. Rychu jak zwykle narzekał, że pływanie jest niedoceniane, że piłka nożna żre cały budżet. I wtedy Igor — a może Oleg, nigdy nie wiem, który jest który, bo jak stoją przodem do mnie, to widzę tylko jednego — powiedział: _A gdybyśmy tak przepłynęli na Hel?_ Pomyślałem, że żartuje. Potem pomyślałem, że nie żartuje. Potem zamówiłem następne piwo.”
Dystans z Gdyni na Hel, mierzony najkrótszą drogą morską, wynosi około osiemnastu kilometrów. To nie jest trasa dla amatorów. Zimna woda Bałtyku, zmienne prądy, falowanie, które potrafi zaskoczyć nawet doświadczonych żeglarzy, a do tego meduzy, które w sezonie letnim potrafią zamienić każdy kilometr w sesję akupunktury prowadzoną przez sadystycznego terapeutę. Przepłynięcie tego dystansu jest wyzwaniem godnym najlepszych maratończyków wodnych. Przepłynięcie go stylem grzbietowym to zadanie, które większość trenerów pływackich uznałaby za szaleństwo. Przepłynięcie go stylem grzbietowym, będąc jednocześnie jedną połową pary bliźniaków syjamskich zrośniętych plecami — cóż, na to nie ma jeszcze właściwego słowa w żadnym znanym mi języku, choć język fiński podobno jest w trakcie tworzenia odpowiedniego złożenia.
II. ANATOMIA PARADOKSU, CZYLI KTO TU WŁAŚCIWIE LEŻY NA GRZBIECIE
Żeby w pełni zrozumieć dramat, który rozegrał się na wodach Zatoki Gdańskiej, trzeba najpierw pojąć fundamentalną kwestię anatomiczną. Bliźniaki syjamskie zrośnięte plecami — w terminologii medycznej określane jako _thoracopagus dorsalis_ lub, w zależności od dokładnego miejsca zrostu, _rachipagus_ — stanowią niezwykle rzadki przypadek bliźniactwa nierozdzielonego. Statystyki mówią, że bliźniaki syjamskie jako takie rodzą się raz na około siedemdziesiąt pięć do stu tysięcy porodów, przy czym jedynie niewielki odsetek przeżywa. Przypadki zrostu grzbietowego stanowią zaledwie dwa do czterech procent wszystkich przypadków bliźniąt nierozdzielonych, co czyni Igora i Olega Pietrowiczów biologicznym fenomenem porównywalnym rzadkością z kwiatem raflezji Arnolda, tyle że znacznie lepiej pachnącym i zdecydowanie bardziej towarzyskim.
Kluczowy paradoks jest następujący: Igor i Oleg są zrośnięci plecami. Oznacza to, że stoją — a raczej, dla potrzeb naszej historii, leżą — tyłem do siebie. Kiedy jeden z nich kładzie się na plecach, drugi automatycznie leży na brzuchu. Kiedy Igor unosi twarz ku niebu, Oleg wtyka nos w piasek, materac, podłogę lub — w omawianym przypadku — w słoną wodę Bałtyku. Nie istnieje konfiguracja, w której obaj jednocześnie mogliby leżeć na plecach. Fizyka na to nie pozwala. Geometria euklidesowa protestuje. Nawet geometria nieeuklidesowa kręci głową z niedowierzaniem.
„To jest naprawdę proste” — tłumaczył mi Oleg (albo Igor, przysięgam, że przez telefon nie da się ich rozróżnić) podczas naszej rozmowy na kilka tygodni przed zawodami. „Jeden z nas zawsze patrzy w niebo, a drugi zawsze patrzy w dół. Całe nasze życie jest jednym wielkim kompromisem. Kto dziś leży na plecach w łóżku, a kto na brzuchu. Kto ogląda gwiazdy, a kto liczy mrówki na chodniku. Kto pływa na grzbiecie, a kto…” — tu nastąpiła pauza — „no właśnie.”
No właśnie.
Regulamin pływania na grzbiecie, definiowany przez World Aquatics w dokumencie określanym jako _FINA Swimming Rules_ (artykuł SW 6), stanowi jasno i jednoznacznie: przez cały czas trwania wyścigu, z wyjątkiem momentu nawrotu, zawodnik musi znajdować się na plecach. Definicja „na plecach” oznacza, że linia barków nie może przekroczyć dziewięćdziesięciu stopni od pozycji horyzontalnej w kierunku pozycji na piersiach. Innymi słowy — nie możesz się przewrócić na brzuch, bo to już nie jest styl grzbietowy, tylko twój osobisty styl kompromitacji. Sędzia unosi czerwoną flagę, zapisuje twój numer w protokole, a ty zbierasz się do domu, mokry i zawstydzony.
Teraz odnieśmy to do Igora i Olega. Gdy Igor płynie na grzbiecie — twarzą do nieba, ramiona wykonują naprzemienne ruchy w tył, nogi kopią — Oleg siłą rzeczy jest zwrócony twarzą do dna morskiego. Oleg, patrząc na to z perspektywy regulaminowej, płynie na brzuchu. Innymi słowy: Oleg nie płynie stylem grzbietowym. Oleg pływa czymś, co najbardziej przypomina styl dowolny w wariancie „rozgwiazda przytwierdzona do nurkującego kolegi”. A to oznacza — i tu dochodzimy do piekielnego detalu, który sprawił, że trzech sędziów przeszło na emeryturę — automatyczną dyskwalifikację.
Ale kogo dyskwalifikować? Olega? Olega, który jest fizycznie nierozerwalnie połączony z Igorem? Czy dyskwalifikacja Olega oznacza automatycznie dyskwalifikację Igora? Czy można zdyskwalifikować połowę zawodnika? Czy Igor i Oleg to w ogóle jeden zawodnik, czy dwóch? Pytania te, pozornie absurdalne, stały się przedmiotem wielotygodniowej debaty regulaminowej, która zaangażowała prawników sportowych, bioetyków, filozofów umysłu oraz jednego bardzo zdezorientowanego urzędnika z Ministerstwa Sportu, który został wciągnięty w sprawę, bo miał nieszczęście odebrać telefon w piątek po południu.
III. LOSOWANIE, CZYLI ROSYJSKA RULETKA W WERSJI AKWATYCZNEJ
Organizatorzy zawodów — a trzeba im oddać sprawiedliwość, próbowali podejść do sprawy z maksymalną powagą i transparentnością — zdecydowali, że jedynym sprawiedliwym rozwiązaniem będzie losowanie. Przed startem wyścigu, w obecności notariusza, komisji sędziowskiej i kamer telewizyjnych, miało zostać rozstrzygnięte fundamentalne pytanie: który z braci Pietrowiczów płynie na grzbiecie (czyli twarzą do góry), a który — pod wodą, twarzą w dół.
Losowanie odbyło się na molo w Gdyni, w sobotę rano, trzydziestego pierwszego sierpnia, przy temperaturze powietrza osiemnaście stopni Celsjusza i temperaturze wody czternaście. Frekwencja publiczności przerosła najśmielsze oczekiwania — według szacunków policji na molo i nabrzeżu zgromadziło się około czterech tysięcy ludzi, co biorąc pod uwagę, że pływanie w Polsce cieszy się popularnością porównywalną z krykietem w Mongolii, było wynikiem wręcz sensacyjnym. Obecne były ekipy trzech stacji telewizyjnych, dwóch radiowych, siedmiu portali internetowych i jednego podcastu prowadzonego przez emerytowanego sędziego pływackiego z Olsztyna, który relacjonował wydarzenia pod pseudonimem „Delfin Sprawiedliwości”.
Notariusz, pani mecenas Grażyna Fijałkowska z Kancelarii Notarialnej przy ulicy Starowiejskiej, stanęła za pulpitem ustawionym na prowizorycznej scenie i wyjaśniła procedurę. W zamkniętej kopercie znajdowały się dwie kartki — na jednej napis „GRZBIET”, na drugiej „NURT”. Słowo „nurt” zostało wybrane zamiast bardziej dosadnego „dno” po interwencji psychologa sportowego, który uznał, że „dno” mogłoby mieć negatywne konotacje motywacyjne. Trudno się z nim nie zgodzić.
Igor — ten z małym znamieniem nad lewą brwią, co pozwalało go odróżnić od Olega przynajmniej wtedy, gdy stał przodem — podszedł do koperty pierwszy. Przez chwilę jego ręka zawisła w powietrzu. Tłum zamilkł. Mewy przestały krzyczeć. Nawet wiatr, ten wieczny, wszechobecny bałtycki wiatr, zdawał się wstrzymać oddech.
Igor wyciągnął kartkę. Rozwinął ją powoli. Przeczytał.
„NURT” — ogłosiła pani notariusz do mikrofonu.
Co oznaczało, że Igor płynie pod wodą. Igor płynie twarzą w dół. Igor — z perspektywy regulaminu pływania na grzbiecie — płynie na brzuchu. Igor jest zdyskwalifikowany, zanim jeszcze zamoczył palec u nogi.
Oleg — ten bez znamienia, stojący tyłem do publiczności, bo tak już jest, gdy jesteś zrośnięty plecami z bratem, który stoi przodem — uniósł obie ręce w geście triumfu. Ten gest, uchwycony przez fotografa Polskiej Agencji Prasowej, obiegł później internet pod hasztagiem #OlegNaGrzbiecie i przez trzy dni był jednym z najpopularniejszych zdjęć w polskich mediach społecznościowych, ustępując jedynie fotografii kota z Katowic, który nauczył się otwierać lodówkę.
„Czułem ulgę” — powiedział mi później Oleg w rozmowie telefonicznej. „Ale też czułem, jak Igor się spina. Dosłownie — czułem to plecami. Nasze mięśnie grzbietowe są połączone, więc kiedy on jest zestresowany, ja mam skurcze w łopatkach. To tak, jakby twój współlokator zawsze był w tym samym pokoju, tyle że tym pokojem jest twoje ciało.”
Igor przyjął wynik losowania z godnością. Przynajmniej tak wyglądało to z zewnątrz. Później, w szatni — a raczej w specjalnie przygotowanym namiocie, bo standardowe szatnie nie są projektowane z myślą o osobach chodzących tyłem do siebie — podobno rzucił ręcznikiem o ziemię i powiedział coś, co tłumacz przysięgły odmówił zapisać, twierdząc, że „to nie był język, to była erupcja”.
„Niech pan spróbuje” — mówił mi Igor, i w jego głosie brzmiała gorycz, która nie wyblakła nawet po miesiącach. „Niech pan spróbuje pogodzić się z tym, że jest pan zdyskwalifikowany jeszcze przed startem. Że to nie kwestia pańskiego wysiłku, pańskiego treningu, pańskich umiejętności. Że jest pan zdyskwalifikowany, bo leży pan w złym kierunku. Bo regulamin mówi, że musi pan leżeć na plecach, ale pan nie ma pleców — pańskie plecy to jednocześnie plecy kogoś innego, i ta geometria jest piękna i tragiczna zarazem, jak cała nasza egzystencja, czyż nie?”
Muszę przyznać, że w tym momencie rozmowy zabrakło mi słów. Zrobiłem to, co robi każdy doświadczony dziennikarz, gdy nie wie, co powiedzieć — pokiwałem głową i powiedziałem: „Hmm, tak, rozumiem.” Nie rozumiałem. Ale chciałem zrozumieć. I dlatego piszę tę książkę.
IV. START, CZYLI JAK WCHODZĄ DO WODY LUDZIE, KTÓRZY NIE MOGĄ SIĘ ZE SOBĄ ZGODZIĆ CO DO KIERUNKU
Start wyścigu zaplanowano na godzinę ósmą rano. Temperatura wody wynosiła czternaście i pół stopnia Celsjusza — wystarczająco, by pływać, niewystarczająco, by czuć palce u stóp po pierwszym kwadransie. Organizatorzy zapewnili łódź asekuracyjną z ratownikami, łódź sędziowską, łódź medialną z kamerami oraz — na wyraźne żądanie dr Szmaragd-Wilczyńskiej — łódź medyczną z defibrylatorem, zapasem kocy termicznych i dwoma termoforami, co okazało się przedmiotem wesołości ekipy telewizyjnej, ale całkiem racjonalnym środkiem ostrożności, biorąc pod uwagę, że jeden z zawodników miał spędzić kilka godzin z twarzą zanurzoną w Bałtyku.
Tu muszę się zatrzymać i wyjaśnić kwestię, która zapewne nurtuje czytelnika od kilku akapitów: jak to możliwe, że Igor miał pływać z twarzą pod wodą i nie utonąć? Odpowiedź jest zarazem prosta i absurdalna, co zresztą doskonale wpisuje się w charakter całego przedsięwzięcia. Otóż Igor został wyposażony w profesjonalną rurkę do nurkowania — snorkel — zamontowaną w specjalnie zaprojektowanym kasku pływackim, który pozwalał mu oddychać nawet w pozycji twarzą w dół. Rurka, wyprodukowana na zamówienie przez firmę z Władysławowa specjalizującą się w sprzęcie do freedivingu, była dłuższa niż standardowa, zakrzywiona pod kątem pozwalającym na swobodne wystawanie ponad powierzchnię wody nawet wtedy, gdy twarz Igora znajdowała się kilkanaście centymetrów pod powierzchnią.
„Wyglądał jak peryskop w radzieckiej łodzi podwodnej” — skomentował Rychu Bałtyk, stojąc na pomoście z kubkiem parującej herbaty i wyrazem twarzy człowieka, który nie jest pewien, czy właśnie uczestniczy w historii sportu, czy w zbiorowej halucynacji.
Procedura startowa sama w sobie była widowiskiem wartym ceny biletu (gdyby bilety były — wstęp był wolny, choć kilku przedsiębiorczych handlarzy sprzedawało na molo domowej roboty koszulki z napisem „Byłem na Grzbieto-Nurku 2024” po dwadzieścia pięć złotych za sztukę, co — nawiasem mówiąc — stanowiło naruszenie praw do nazwy imprezy, ale nikogo to specjalnie nie obchodziło).
Igor i Oleg podeszli do krawędzi pomostu. Raczej: Oleg podszedł, a Igor poszedł tyłem, co jest ich standardowym sposobem poruszania się i co po latach praktyki opanowali do perfekcji — Oleg prowadzi, Igor podąża, komunikując się za pomocą systemu subtelnych naciągnięć mięśni grzbietowych, które — jak mi wyjaśnili — działają lepiej niż jakikolwiek system werbalny. „To jest jak telepatia, tylko boli” — podsumował kiedyś Igor w wywiadzie dla lokalnej gazety.
Stojąc na krawędzi pomostu, obaj wyglądali — muszę to napisać, choć zdaję sobie sprawę z ryzykowności tego porównania — jak mitologiczna istota. Dwugłowe stworzenie o czterech rękach i czterech nogach, patrzące jednocześnie w przód i w tył, gotowe rzucić się w zimną wodę Bałtyku w imię czegoś, co jedni nazywali sportem, inni szaleństwem, a jeszcze inni — czysto teoretycznym problemem regulaminowym, który wymknął się spod kontroli i zamienił w widowisko.
Starter — pan Zbigniew Kruk, emerytowany kapitan żeglugi wielkiej, zaproszony na tę funkcję, ponieważ posiadał zarówno odpowiedni pistolet startowy, jak i odpowiednio donośny głos — uniósł broń.
„Na miejsca!” — zagrzmiał. Bracia stanęli na krawędzi. „Gotowi!” — Igor naciągnął gogle. Oleg poprawił czepek. „Start!”
Huk wystrzału poniósł się nad zatoką. Mewy zerwały się z falochronu. Cztery tysiące ludzi wstrzymało oddech.
I wtedy Igor i Oleg skoczyli.
Albo raczej — Oleg skoczył, a Igor został skokiem pociągnięty, co sprawiło, że ich wejście do wody nie przypominało klasycznego skoku startowego, lecz raczej kontrolowany upadek dwóch osób, z których jedna chce lecieć przodem, a druga tyłem, a obie są do siebie przyczepione w sposób, który nie pozwala na żaden kompromis w kwestii aerodynamiki.
Plask. Fontanna zimnej bałtyckiej wody. Owacja tłumu.
Płynęli.
V. OSIEMNAŚCIE KILOMETRÓW PARADOKSU — RELACJA Z TRASY
Pierwsze dwa kilometry przebiegły — przepłynęły? — stosunkowo spokojnie. Oleg, leżąc na plecach (co było poprawne regulaminowo), wykonywał klasyczne ruchy stylu grzbietowego: naprzemienne machanie ramionami, kopanie nogami, twarz zwrócona ku błękitnemu niebu, na którym akurat nie było ani jednej chmury, jakby samo niebo chciało być dobrze widoczne dla tego z braci, który miał przywilej na nie patrzeć.
Igor, leżąc twarzą w dół (co regulaminowo stanowiło katastrofę), oddychał przez swoją rurkę-peryskop i starał się nie myśleć o tym, że pod nim jest jedenaście metrów wody, a pod wodą — piaszczyste dno, kamienie, wodorosty, i zapewne kilka krabów, które patrzyły na niego z wyrazem głębokiego zdziwienia na swoich skorupiastych mordkach.
„Widziałem meduzy” — opowiadał mi później Igor. „Patrzyły na mnie. To znaczy, nie wiem, czy meduzy mają oczy, ale miałem wrażenie, że patrzą. I że oceniają. Jakby myślały: _Co ten człowiek tu robi, twarzą w dół, na środku Zatoki Gdańskiej?_ Chciałem im odpowiedzieć, ale miałem rurkę w ustach.”
Tempo, jakie bracia narzucili, było zaskakująco dobre. Trener Bałtyk, obserwujący ich z łodzi asekuracyjnej przez lornetkę, mierzył czas na stoperze i kręcił głową z mieszaniną niedowierzania i — jak mi później wyznał — autentycznego podziwu. „Płynęli dwadzieścia cztery minuty na kilometr” — mówił mi. „To nie jest rekord świata, ale niech pan weźmie pod uwagę okoliczności. Jeden z nich nie widzi, gdzie płynie. Drugi widzi, ale patrzy w niebo, więc też nie bardzo wie, gdzie płynie. Obaj muszą koordynować ruchy czterech rąk i czterech nóg, które należą do dwóch różnych mózgów. To jest jak próba prowadzenia samochodu z dwoma kierownicami, z których jedna obraca się w lewo, gdy druga obraca się w prawo.”
Koordynacja ruchów była zresztą osobnym wyzwaniem, które wymagało lat treningu. Bracia Pietrowiczowie pływali razem od dzieciństwa — nie mieli zresztą wyboru — i z biegiem lat wypracowali unikalną technikę, którą dr Szmaragd-Wilczyńska opisała w artykule naukowym jako „synchroniczną asynchroniczność bilateralną”, co brzmi jak nazwa zespołu jazzowego, ale w rzeczywistości oznacza, że obaj wykonują ruchy jednocześnie, ale w przeciwnych kierunkach, co — dzięki symetrii ich zrostu — daje w efekcie zaskakująco efektywną propulsję.
Problemy zaczęły się na szóstym kilometrze. Wiatr, który rano był łagodny, zaczął się wzmagać. Fale, dotychczas łagodne jak oddech śpiącego dziecka, nabrały charakteru raczej kaszlu palacza. Rurka Igora zaczęła nabierać wody przy każdej większej fali, co zmuszało go do przerywania oddychania i odkrztuszania słonej wody w sposób, który — jak ujął to operator kamery z łodzi medialnej — „brzmiał jak ktoś próbujący zagrać na tubie pod prysznicem”.
Na dziewiątym kilometrze — w połowie dystansu — nastąpił incydent, który przeszedł do historii tego wydarzenia jako „Wielka Debata Sędziowska Na Falach”. Sędzia główny, pan Wacław Trzcina, sześćdziesięcioletni weteran pływalni z Gdańska o twarzy wyrytej w granicie wieloletniego obcowania z chlorem, ogłosił przez megafon z łodzi sędziowskiej, że oficjalnie rejestruje naruszenie regulaminu przez Igora Pietrowicza.
„Zawodnik numer dwa, Igor Pietrowicz, pływa na piersiach, co stanowi naruszenie artykułu SW 6 punkt 4 regulaminu pływania na grzbiecie!” — zagrzmiał przez megafon, a jego głos poniósł się po zatoce, odbił od fal i wrócił echem, które brzmiało jak szyderstwo samego Bałtyku.
Z łodzi asekuracyjnej odpowiedział mu trener Bałtyk, również przez megafon, bo na otwartym morzu normalna rozmowa jest równie skuteczna jak szepty w huraganie: „Igor nie pływa na piersiach! Igor nie pływa w ogóle! Igor jest biernym uczestnikiem przemieszczania się, za które odpowiedzialny jest wyłącznie Oleg, który pływa na grzbiecie zgodnie z regulaminem!”
„Ale Igor jest w wodzie!” — odparł sędzia Trzcina.
„Igor jest zawsze w wodzie, kiedy Oleg jest w wodzie! Nie da się ich rozdzielić! To jest medyczny fakt!”
„Regulamin nie przewiduje medycznych faktów! Regulamin przewiduje styl grzbietowy!”
Ta wymiana zdań trwała jedenaście minut i została w całości zarejestrowana przez mikrofony łodzi medialnej. Nagranie, opublikowane później na YouTube pod tytułem „Sędzia vs. Trener — Debata Filozoficzna na Bałtyku”, zgromadziło w ciągu tygodnia ponad dwa miliony wyświetleń i stało się przedmiotem analizy na trzech wydziałach filozofii w polskich uniwersytetach, gdzie wykorzystywano je jako przykład problemu tożsamości osobowej w kontekście etyki sportowej.
W końcu sędzia Trzcina podjął decyzję. Sięgnął do kieszeni kamizelki ratunkowej, wyciągnął czerwoną flagę i pomachał nią w powietrzu z miną człowieka, który wykonuje swój obowiązek, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że obowiązek ten jest tak absurdalny, jak absurdalna jest cała sytuacja.
„Igor Pietrowicz — dyskwalifikacja!”
Słowo to poniosło się po wodzie. Igor, płynący twarzą w dół, usłyszał je przez swoją rurkę, która pełniła funkcję nie tylko oddechową, ale — odkrył to właśnie teraz — również akustyczną, zbierając dźwięki z powierzchni jak miniaturowa antena. Przez chwilę nic się nie wydarzyło. Potem Igor uniósł prawą rękę — tę, która nie była zajęta próbą utrzymania się na powierzchni — i wykonał gest, który w każdej kulturze świata oznacza mniej więcej to samo, a którego nie będę tu opisywał ze względu na czytelników niepełnoletnich, choć podejrzewam, że wszyscy doskonale wiedzą, o jaki gest chodzi.
„Wiedziałem, że to nastąpi” — mówił mi Igor. „Wiedziałem od momentu losowania. Od momentu, gdy wyciągnąłem tę przeklętą kartkę z napisem NURT. Wiedziałem, że zostanę zdyskwalifikowany, bo regulamin jest ślepy na moją sytuację. Regulamin widzi plecy i brzuch, ale nie widzi, że moje plecy to jednocześnie plecy Olega, i że nie jestem w stanie leżeć na swoich plecach, bo na moich plecach leży mój brat. To jest jak z tym kotem Schrödingera — jestem jednocześnie na grzbiecie i na brzuchu, dopóki ktoś nie zdecyduje, że patrzy akurat na mnie, a nie na Olega.”
Porównanie do kota Schrödingera było celne, choć fizyk kwantowy zapewne miałby do niego kilka zastrzeżeń. Niemniej Igor — zdyskwalifikowany, lecz fizycznie nadal obecny w wyścigu, bo nie sposób usunąć z wody połowy pary bliźniaków syjamskich bez usunięcia całości — kontynuował „niepływanie”, podczas gdy Oleg kontynuował pływanie, i obaj kontynuowali poruszanie się w kierunku Helu, co postawiło sędziego Trzcinę przed kolejnym pytaniem: czy wynik Olega jest ważny, skoro połowa jego ciała (to znaczy brat, z którym dzieli ciało) jest zdyskwalifikowana?
Ten problem regulaminowy nie został rozstrzygnięty na wodzie. Został odłożony — jak wiele nierozwiązywalnych problemów w historii ludzkości — „do wyjaśnienia po zakończeniu konkurencji”.
VI. FINISZ NA HELU, CZYLI KONIEC, KTÓRY JEST DOPIERO POCZĄTKIEM
Bracia Pietrowiczowie dopłynęli na Hel o godzinie szesnastej dwanaście, po ośmiu godzinach i dwunastu minutach pływania. Była to jednocześnie chwila triumfu i tragedii, farsy i dramatu, sportowego osiągnięcia i regulaminowej katastrofy. Na plaży w Helu czekało na nich około tysiąca ludzi, w tym burmistrz miasta z szarfą, ekipa TVN24, trzech blogerów sportowych, emerytowany sędzia pływacki z Olsztyna (ten od podcastu „Delfin Sprawiedliwości”) oraz pani Janina, osiemdziesięcioletnia mieszkanka Helu, która przyszła, bo myślała, że to regaty.
Oleg wyszedł z wody pierwszy — to znaczy, wyszedł przodem, a Igor wyszedł tyłem, co jest ich standardową procedurą wychodzenia z wszelkich zbiorników wodnych, klatek schodowych i sklepów. Oleg uniósł ręce w geście zwycięstwa. Igor, mokry, zmęczony, z odciskiem od rurki na twarzy, patrzył w przeciwnym kierunku — na morze, które właśnie pokonali, i na łódź sędziowską, z której sędzia Trzcina nadal machał czerwoną flagą, jakby nie był pewien, czy ktoś zauważył jego decyzję sprzed kilku godzin.
„Dotknąłem dna” — powiedział Igor do mikrofonów, i nie było jasne, czy mówi metaforycznie, czy dosłownie (bo przy wchodzeniu na płyciznę istotnie musiał dotknąć dna stopami, choć szedł na nich tyłem, podczas gdy Oleg szedł przodem, a obaj szli w tym samym kierunku, choć patrzyli w przeciwne strony, co jest chyba najlepszą metaforą ich całego życia, jaką jestem w stanie wymyślić).
Komisja sędziowska zebrała się następnego dnia w sali konferencyjnej hotelu w Helu. Obrady trwały siedem godzin. Protokół, który udało mi się uzyskać dzięki uprzejmości jednego z członków komisji (pod warunkiem zachowania anonimowości — „nazwijmy mnie Pan X”, poprosił, choć jego tożsamość jest sekretem poliszynela w środowisku pływackim), liczy trzydzieści cztery strony i zawiera fragmenty, które zasługują na osobną publikację.
Fragment kluczowy brzmi następująco: „Komisja stwierdza, że zawodnik Igor Pietrowicz, płynąc w pozycji na piersiach, naruszył artykuł SW 6 punkt 4 regulaminu pływania na grzbiecie i zostaje zdyskwalifikowany. Jednocześnie komisja stwierdza, że zawodnik Oleg Pietrowicz płynął zgodnie z regulaminem, w pozycji na grzbiecie, przez cały dystans. Komisja nie jest jednak w stanie jednoznacznie rozstrzygnąć, czy wynik Olega Pietrowicza może być uznany za oficjalny, biorąc pod uwagę, że zawodnik ten jest fizycznie i biologicznie nierozerwalnie połączony z zawodnikiem zdyskwalifikowanym, co stanowi sytuację bez precedensu w historii pływania sportowego. Komisja rekomenduje przekazanie sprawy do World Aquatics celem opracowania odpowiednich przepisów.”
World Aquatics do dziś nie opracowało odpowiednich przepisów. Zapytanie, które wysłałem do biura prasowego federacji, spotkało się z odpowiedzią, którą można streścić jako uprzejme, ale stanowcze: „Nie komentujemy spraw będących przedmiotem wewnętrznych analiz regulaminowych.” Co w tłumaczeniu z biurokratycznego na ludzki oznacza: „Nie mamy pojęcia, co z tym zrobić, i mamy nadzieję, że jeśli wystarczająco długo będziemy milczeć, wszyscy o tym zapomną.”
Nie zapomną. Nie pozwolę im zapomnieć. Po to jest ta książka.
VII. EPILOG, CZYLI CO ZOSTAJE PO ODPŁYWIE
Igor i Oleg Pietrowiczowie wrócili do swojego mieszkania w Sopocie — trzecie piętro, winda, widok na morze z jednego okna i na parking z drugiego, co oznacza, że jeden z braci zawsze patrzy na Bałtyk, a drugi na dacię logan sąsiada z parteru. Wrócili jako bohaterowie internetu, ofiary regulaminu i pionierzy czegoś, co nie ma jeszcze nazwy, ale co kiedyś — jestem o tym przekonany — będzie miało własną kategorię w encyklopedii sportu.
Igor nadal twierdzi, że jego dyskwalifikacja była niesprawiedliwa. „Nie wybrałem sobie pozycji na brzuchu” — mówi. „Wybrało mi ją losowanie. A przed losowaniem wybrała mi ją biologia. A przed biologią wybrał mi ją los. Jestem zdyskwalifikowany przez ontologię, nie przez regulamin.”
Oleg jest bardziej pragmatyczny. „Ważne, że dopłynęliśmy” — mówi. „Ważne, że jeden z nas płynął na grzbiecie. Ważne, że udowodniliśmy, iż to możliwe. A regulamin? Regulaminy się zmienia. Ciało — nie.”
Sędzia Trzcina przeszedł na emeryturę dwa tygodnie po zawodach. Na pytanie, czy podjąłby tę samą decyzję jeszcze raz, odpowiedział: „Podjąłbym. Regulamin jest regulaminem. Ale gdybym mógł cofnąć czas, nie odebrałbym telefonu, gdy dzwonili z pytaniem, czy nie chciałbym posędziować.”
Trener Bałtyk wrócił do szkolenia młodzieży na sopockiej pływalni. Na ścianie jego gabinetu, obok dyplomów i medali jego wychowanków, wisi zdjęcie Igora i Olega wychodzących z wody w Helu. Pod zdjęciem, odręcznym pismem Bałtyka, dopisane jest jedno zdanie: „Każdy medal ma dwie strony. Niektórzy ludzie też.”
Pani notariusz Fijałkowska odmówiła komentarza, powołując się na tajemnicę zawodową, choć trudno powiedzieć, jaką tajemnicę może skrywać losowanie przeprowadzone na oczach czterech tysięcy ludzi i trzech kamer telewizyjnych. Podejrzewam, że po prostu nie chciała rozmawiać.
A „Delfin Sprawiedliwości” — emerytowany sędzia z Olsztyna — nagrał czterdziestominutowy odcinek podcastu zatytułowany „Grzbiet, brzuch i egzystencjalny kryzys regulaminu”, który stał się najchętniej słuchanym odcinkiem w historii jego kanału (poprzedni rekord należał do odcinka o kontrowersyjnym nawrocie na pływalni w Elblągu w 2019 roku, co daje pewne pojęcie o skali popularności podcastów o pływaniu w Polsce).
Ja siedzę przy biurku, piszę te słowa i zastanawiam się nad jednym pytaniem, które nie daje mi spokoju od tamtego sierpniowego dnia na molo w Gdyni. Pytanie brzmi: czy sport jest dla człowieka, czy człowiek dla sportu? Czy regulamin ma służyć ludziom, czy ludzie mają się dopasowywać do regulaminu? I co zrobić, gdy człowiek — a raczej dwóch ludzi w jednym, nierozerwalnym uścisku biologii — nie pasuje do żadnej istniejącej kategorii, żadnej rubryki w formularzu, żadnego artykułu w regulaminie?
Nie znam odpowiedzi. Ale znam dwóch braci, którzy przepłynęli osiemnaście kilometrów zimnego Bałtyku, jeden twarzą do nieba, drugi twarzą do dna, obaj razem, obaj nierozerwalnie, obaj w tym samym wyścigu, choć regulamin uznał, że jeden z nich w ogóle nie powinien tam być.
W następnym rozdziale opowiem o locie wewnątrz balonu. Ale to jest, jak mówi klasyk, zupełnie inna historia.
Choć — ostrzegam — równie mokra.