Konkurent - ebook
Teraz rozstrzygnie się wszystko, co zaczęło się w „Wizjonerze”.
Trzyletni Łukasz znika z piaskownicy, a cała Polska wstrzymuje oddech. Uruchomiony zostaje child alert, media nagłaśniają każdy szczegół sprawy, a rodzina chłopca pogrąża się w rozpaczy. Wszystko wskazuje na porwanie, ale kolejne tropy prowadzą do prawdy o wiele bardziej mrocznej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Śledztwo łączy się z tajemnicą bloga Pana Dociekliwego, która od dawna dręczyła Aleksandra i Agatę. W końcu poznają autora mrocznych wpisów – odkrycie szokuje, ale przynosi też ulgę.
Aleksander mierzy się z pytaniami o przyszłość, Agata musi podjąć decyzje, które mogą zmienić jej życie na zawsze, a prokurator Nabożny – dokonać wyborów w życiu osobistym. Sprawa porwania staje się dla całej trójki punktem zwrotnym – zawodowo i prywatnie.
To ostatnie śledztwo Aleksandra i Agaty – i wielki finał serii, w którym łączą się wszystkie wątki. Zakończenie cyklu zaskoczy nawet najbardziej uważnych czytelników.
Diana Brzezińska – pisarka, prawniczka, mediatorka, asystentka w Katedrze Studiów nad Bezpieczeństwem INoPiB Uniwersytetu Szczecińskiego. Autorka, która sprzedała już 100 000 egzemplarzy książek. Miłośniczka wszelkich zagadnień kryminalistycznych, dobrej literatury i jazdy konnej. Od lat biega po sądach, budynkach prokuratur, komisariatach i zakładach karnych, zgłębiając niezliczone śledztwa i badając popełnione w Polsce zabójstwa.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8399-525-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Zgłaszający: Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Pasikowski… Potrzebuję zgłosić zaginięcie._
_Operator: Postaram się panu pomóc. Proszę powiedzieć, co się dzieje._
_Zgłaszający: No więc… poszedłem na chwilę do samochodu, bo alarm się włączył. Myślałem, że znowu ktoś chce go ukraść, i wtedy, wtedy już go nie było. Naprawdę poszedłem do samochodu tylko na chwilę. Nie sądziłem, że…_
_Operator: Co się stało? Ktoś ukradł panu samochód?_
_Zgłaszający: Nie, dziecko… Dziecka nie ma._
_Operator: Czy dziecko było w tym samochodzie?_
_Zgłaszający: Było na placu zabaw._
_Operator: Dobrze. Jeszcze raz, spokojnie. Co się stało?_
_Zgłaszający: Byłem z nim w parku, na placu zabaw. Bawił się, ja usłyszałem dźwięk alarmu w samochodzie. Pobiegłem sprawdzić, co się stało. Dwa tygodnie temu ktoś chciał go ukraść. Naprawdę poszedłem tylko na chwilę. Nie było mnie może pięć minut. I jak wróciłem, to go nie było. Przeszukałem cały plac zabaw, pytałem innych rodziców, ale nikt go nie widział. Nie ma go._
_Operator: Kim pan jest dla tego dziecka?_
_Zgłaszający: Ojcem, mój syn zniknął._
_Operator: Ile syn ma lat?_
_Zgłaszający: Trzy, prawie cztery lata._
_Operator: Jak nazywa się syn?_
_Zgłaszający: Łukasz… Łukasz Pasikowski._
_Operator: Jak wygląda?_
_Zgłaszający: Około metra wzrostu, blondynek, niebieskie oczy._
_Operator: Czy dziecko miało na sobie coś charakterystycznego?_
_Zgłaszający: Bluzę ze Stitchem, takim niebieskim potworkiem._
_Operator: Gdzie pan jest?_
_Zgłaszający: W parku Brodowskim, na placu zabaw._
_Operator: I dziecka nigdzie nie ma, tak?_
_Zgłaszający: Tak, pytałem wszystkich, nikt go nie widział. Żona będzie zdruzgotana._
_Operator: Czy to możliwe, że dziecko jest w innej części parku?_
_Zgłaszający: Nie słucha mnie pan! Dziecka tu nie ma. Szukałem go. Ktoś musiał go zabrać. Nie ma innej opcji. Inaczej bym go znalazł._
_Operator: Dobrze, wysyłam patrol na miejsce. Proszę zostać na placu zabaw i czekać na patrol. Będzie za mniej więcej pięć minut._
_Zgłaszający: Czekam._Rozdział 1
Plac zabaw na terenie parku Brodowskiego przyciągał wiele dzieci i rodziców. Była to jedna z lepszych miejskich inwestycji. Piaskownica, drabinki, ślizgawki, huśtawki, mnóstwo zabaw wzmacniających dziecięcą kreatywność i wywołujących uśmiech. Popularnością cieszyła się zwłaszcza tyrolka, do której ustawiały się długie kolejki. Wokół słychać było śmiechy i radosne okrzyki. Popołudniami i w weekendy zjawiały się tu tłumy.
Dziś spośród wszystkich obecnych wyróżniał się mężczyzna w drogiej marynarce, pod krawatem i w ciemnych jeansach. Szedł powolnym krokiem. Rozglądał się tak, jakby kogoś zgubił, przyglądał się zwłaszcza dzieciom, czym wywoływał obawy u innych rodziców. Dopiero po jakimś czasie zaczął krzyczeć i biegać wokół. Wołał: „Łukasz, Łukasz, gdzie jesteś?!”. Wydawał się bardzo zdenerwowany. Niektórzy odwracali się w jego kierunku, obserwowali go uważnie, ale nikt mu nie odpowiadał. Na chwilę zatrzymał się przy piaskownicy.
– Przepraszam – zwrócił się do jednej z kobiet. – Nie widziała pani może chłopca? Niewysoki trzylatek, był w bluzie ze Stitchem. Tym takim niebieskim stworkiem. Blondynek, niebieskie oczy.
Mężczyzna podsunął telefon ze zdjęciem dziecka. Kobieta instynktownie spojrzała na swojego syna. Siedział w piaskownicy i uderzał łopatką w dno wiaderka. Dopiero później zerknęła na zdjęcie.
– Gdzieś mi mignął tutaj dzisiaj, ale nie wiem, gdzie jest. Nie zwracałam na niego specjalnej uwagi – przyznała kobieta. – A pan to…?
– Jestem jego ojcem. Nazywam się Tomasz Pasikowski. Głupio mi, ale straciłem go z oczu. To było dosłownie na chwilę. Naprawdę, nie było mnie może kilka minut – tłumaczył się mężczyzna. – Wstyd mi. Teraz nigdzie go nie ma.
– Na pewno gdzieś tu jest – zapewniła kobieta. – Ciężko kogoś wypatrzyć wśród tych wszystkich dzieciaków.
– Dokładnie tak – przyznał Pasikowski. – Ostatnim razem widziałem go przy piaskownicy, ale to bardzo ruchliwy dzieciak.
– Pewnie odszedł kawałek dalej – powiedziała kobieta. – Proszę się nie martwić i sprawdzić.
– Tak… przecież musi gdzieś tu być – mruknął Pasikowski. – Em… pani?
– Anna.
– Anno, pomogłabyś mi?
– Naturalnie, jak? – odparła.
– Mógłbym przesłać ci zdjęcie swojego syna i podać swój numer telefonu? – zapytał. – Pójdę go szukać dalej, mogłabyś tu popytać i się rozejrzeć, a w razie czego dać mi znać?
– Ależ tak, naturalnie!
– Dziękuję, dziękuję za wszystko.
Pasikowski przesłał kobiecie zdjęcie. Później rozglądał się dalej, zagadywał do bardzo wielu rodziców w okolicy, wszystkim pokazywał zdjęcie syna i podawał swój numer telefonu. Każdego prosił o pomoc w odnalezieniu dziecka. Zdobył uwagę wszystkich. Ludzie rozeszli się po okolicy i zaczęli szukać jego syna. Wokół rozbrzmiewało wołanie: „Łukasz!”. Do poszukiwań przyłączyli się nie tylko rodzice, ale również biegacze i osoby, które spacerowały z psami.
Tymczasem Pasikowski obszedł wokół większą część parku. Poluźnił krawat i odpiął kilka guzików koszuli. Cenne minuty mijały, a jego syna w dalszym ciągu nigdzie nie było.
– Tomaszu!
Podeszła do niego kobieta o imieniu Anna, z którą wcześniej rozmawiał. Trzymała za rękę swoje dziecko.
– Znalazłeś małego? – zapytała.
– Nie, jeszcze nie.
Kobieta przytknęła dłoń do ust. Wyglądała na przestraszoną. Niemal natychmiast mocniej ścisnęła dłoń syna.
– Wszyscy go szukają, na pewno go zaraz znajdziemy – pocieszyła mężczyznę. – Gdzieś musi być.
– Wiesz co? Wsiądę do samochodu i pojeżdżę po okolicy – powiedział Pasikowski. – Możliwe, że odszedł gdzieś dalej i się zgubił. Miał ze sobą balon, może mu odleciał i teraz próbuje go dogonić.
– Myślisz, że tak daleko odszedł? – zapytała.
– Po prostu to zrobię – odparł. – Muszę coś zrobić. Jeśli wyszedł z parku, tak szybciej go znajdę.
– To chyba dobry pomysł.
– Mogę dalej liczyć na twoją pomoc? – spytał. – Przepraszam, ale proszę o pomoc dosłownie wszystkich. Muszę, muszę go znaleźć. Nie ma innej opcji.
– Tak, naturalnie – zapewniła. – Będziemy go tutaj dalej szukać. Jedź, w razie czego zadzwonię.
Tomasz Pasikowski szybko podziękował, po czym pobiegł w kierunku swojego samochodu, wsiadł do niego i ruszył wokół parku. Anna westchnęła. Spojrzała na syna, który był skupiony na grze na telefonie. Współczuła nieznanemu mężczyźnie. Nie wyobrażała sobie, jak by się czuła, gdyby to dotyczyło jej syna.
– Przepraszam, co się stało? Słyszałem o jakimś zaginionym dziecku – zagadnął ją jakiś mężczyzna, pokazując policyjną odznakę. – Komisarz Rafał Królikowski. Naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Miejskiej Policji w Szczecinie.
– Policja! Całe szczęście – stwierdziła Anna. – Jest tu taki pan Tomasz Pasikowski. Syn mu zniknął. Szuka go tutaj jakieś pół godziny, prosi każdego o pomoc. Ja też staram się pomóc, ale tego dziecka nigdzie nie ma.
– Gdzie on teraz jest?
– Poszedł do samochodu, chciał się przejechać wokół i sprawdzić, czy chłopiec nie wyszedł z parku – wyjaśniła. – Powiedział, że jego syn miał balonik, który mógł mu uciec, a mały pobiegł za nim.
– Rozumiem – powiedział naczelnik. – A pani widziała tego dzieciaka?
– Gdzieś mi dzisiaj mignął, miał taką charakterystyczną bluzę ze Stitchem. Mój syn uwielbia tego stworka, więc zwróciłam uwagę. Ale nie wiem, gdzie jest teraz. Nie obserwowałam go.
Kobieta wyciągnęła telefon z kieszeni i pokazała policjantowi zdjęcie Łukasza Pasikowskiego.
– Pomogę szukać – zapewnił naczelnik. – To nie jest taki duży teren, wszyscy rodzice się zaangażowali. Na pewno zaraz go znajdziemy.
– Oby! – stwierdziła Anna. – Bardzo współczuję Tomaszowi. Nie wiem, jak bym się czuła na jego miejscu.
– Myślę, że zaraz go znajdziemy. A jeśli nie, to trzeba będzie zadzwonić pod numer alarmowy. Moi ludzie przyjadą z psami, to na pewno pomoże.
– To brzmi jak plan, naprawdę dobrze, że pan tu jest.
Niespełna pół godziny później Tomasz Pasikowski ponownie zaparkował swoją białą teslę w okolicy parku. Ruszył w kierunku placu zabaw, wciąż słyszał wołanie innych osób: „Łukasz, Łukasz!”. Zobaczył Annę, która stała ze swoim synem przy wejściu do parku. Ewidentnie na niego czekała.
– I jak? – spytała.
– Nie znalazłem go – odpowiedział Pasikowski. – Nikt nie widział go w okolicy.
– Zadzwoń na alarmowy – poradziła.
– I co im powiem? Że dziecko mi zginęło? Powiedzą, że mam go szukać.
– Szukałeś go i nie znalazłeś. Jest tu jakiś ważny policjant. Kazał zadzwonić na numer alarmowy, jeśli twój syn się nie znajdzie. Obiecał pomoc. Dzwoń. Przecież mogli go porwać.
– Porwać? – powtórzył głucho Pasikowski. – Tak myślisz?
– No tak, czy nie widzisz, ile tu jest ludzi? – spytała Anna. – Różni się kręcą, pewnie nawet nie wszyscy mają dzieci.
– Jezu… Żona mnie zabije. Będzie zdruzgotana.
– Po prostu dzwoń, no już… – poleciła. – Przyjadą policjanci, popytają, wezmą ze sobą psy i go znajdą.
Mężczyzna pokiwał głową. Odszedł kilka kroków dalej, tam, gdzie było nieco ciszej. Wyciągnął z kieszeni telefon. Chwilę się wahał, ale w końcu wybrał numer alarmowy. Robił to po raz pierwszy w życiu.
– Operator numeru 112, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry. Nazywam się Tomasz Pasikowski… Chcę zgłosić zaginięcie.Rozdział 2
Skibińska siedziała na ławce przed sklepem wielobranżowym przy ulicy Owocowej. W dłoniach trzymała hot doga, którego popijała wodą. W tym roku obiecała sobie, że będzie bardziej o siebie dbała. Pierwszym krokiem do tego było pamiętanie o nawadnianiu się. Pomógł jej w tym syn, który zakupił butelkę z filtrem i z grawerunkiem przedstawiającym kota w policyjnej czapce. Chciał, żeby zawsze pamiętała o Panu Cappucinie, który czekał na nią w domu. Cieszyła się przerwą w pracy i promieniami wiosennego słońca. Pogoda ostatnio naprawdę dopisywała.
– Zarzuci pani komisarz jakimś groszakiem? – spytał mężczyzna w podziurawionej kurtce. – Żona hajs zabrała… Znaczy na dzieciaki wydała. I teraz na wódeczkę z kumplami brakuje.
– Tylko pogratulować żonie – odparła Skibińska. – Dobrze, że kurator przynajmniej jej poukładał w głowie.
– No, pani komisarz kochana, to przez panią te zmiany – kontynuował mężczyzna. – I jak będzie?
– Idź pan, zanim zgarnę za picie w miejscu publicznym – ostrzegła policjantka.
– Najpierw musiałbym mieć co pić.
Mężczyzna z niezadowoleniem machnął ręką i oddalił się w kierunku bloków przy ulicy Owocowej. Skibińska pokręciła głową. Cieszyła się, że pomogli tej rodzinie, przynajmniej połowicznie. Przydzielono jej kuratora, żona poszła na odwyk i zaczęła dbać o dzieci. Tylko ojca było ciężko zreformować. Skibińska zdecydowanie wolała jednak takie sprawy. Czuła wewnętrzny spokój. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy nie trafiło im się żadne „ultrapriorytetowe śledztwo”, zero zabójstw, jedynie kilka usiłowań, ciężkie pobicia albo włamania, ewentualnie rozbój. Sprawy były proste, typowe. Wymagały jedynie dobrej pracy śledczej, zabezpieczenia dowodów, kilku przesłuchań, i tyle – kończyły się wniesieniem aktu oskarżenia. Mieli czas na wypełnienie papierów i powoli wychodzili z zaległości. Ten odpoczynek był jej potrzebny. Miała więcej czasu dla syna, odbudowywała relację z Nabożnym i przede wszystkim nie miała kontaktu z Lewisem i jego teoriami na temat blogowych wpisów. Stres niemal całkowicie zniknął z jej życia.
– Czemu wybraliśmy hot dogi zamiast dobrego chińskiego żarcia? – spytał Prochot.
Policjant usiadł obok niej. W ręce trzymał już trzeciego hot doga.
– Jak mam się tym najeść? – drążył.
– Trzeba było wziąć pickę albo burgera.
– Słuchaj…
– Mamy przesłuchanie za pół godziny, a ja się chciałam nacieszyć słońcem – wyjaśniła Skibińska. – Żabka i hot dogi były najbliżej.
– Nacieszyć słońcem – mruknął policjant. – Jak to w ogóle brzmi?
– Jak cudowny spokój, którym ostatnio możemy się delektować.
Prochot wymierzył w nią oskarżycielsko hot doga.
– Nie waż mi się nawet! Zawsze kiedy policjant tak mówi, to Wielki Brat słucha, myśli, że się nudzimy, i zsyła nam robotę.
– Co?
– To znany policyjny przesąd – dodał Prochot. – Musisz natychmiast odwołać te słowa i…
Skibińska przyglądała się partnerowi przez chwilę z powagą, później jednak się roześmiała.
– Pewnie… Śmiej się z przesądów, śmiej – mruknął. – Tylko się nie zdziw, jak dzisiaj dostaniemy zgłoszenie.
Kobieta przestała się śmiać i wyrzuciła papierek po hot dogu do kosza. Otrzepała ręce.
– Naprawdę ostatnio jest dobrze. To miasto totalnie znormalniało i wreszcie mam czas na życie osobiste. W sobotę byłam na meczu Kacpra. Strzelił trzy bramki!
– Słowo się rzekło – odparł Prochot. – Ciesz się, póki możesz.
– Czasami praca z tobą jest niedorzeczna.
– Wy, młodzi, nie ogarniacie policyjnych tradycji i przesądów – stwierdził z niesmakiem.
– Powiedział gość, który jeszcze miesiąc temu próbował w każdym zdaniu wtrącać co najmniej jedno młodzieżowe słowo – skwitowała. – A właśnie, co się z nimi stało?
– Młodzież przestała wymyślać nowe teksty albo przestała się nimi dzielić – odparł. – Powoli przestaję nadążać, ale kilka dobrych tekściorów zostanie ze mną na zawsze. Na przykład: „co tu się odjaniepawla?”. Pasuje w zasadzie do każdego dnia naszej pracy.
– Tu pełna zgoda.
Prochot pochłaniał kolejnego hot doga, zapijając go ogromnymi ilościami coca-coli zero. Po poważnej rozmowie z żoną zdecydował się ograniczyć cukier, jednak z kofeiną miał problemy. Był zdania, że on i kofeina to jedno. Dokończył hot doga i odetchnął zadowolony. Wreszcie poczuł się syty. Dopiero wtedy ponownie zerknął na swoją partnerkę. Siedziała z przymkniętymi oczami i cieszyła się słońcem.
– A co z Nabożnym? – spytał.
– Powoli… ale wszystko zmierza ku lepszemu.
– Polubił się z Panem Cappucinem?
– Cino jest jego fanem, odkąd Rafał przemyca mu najbardziej śmierdzące kocie smaczki. Przysięgam ci, śmierdzą jak coś zdechłego. A kotu oczywiście w to graj.
– Jego też budzi o trzeciej w nocy?
– I to jest właśnie najbardziej intrygujące – przyznała. – Kiedy śpię sama, Cino o trzeciej nad ranem odgrywa koncert życia. Kiedy nocuje u mnie Kacper albo Rafał, dopiero o siódmej zaczyna słodko mruczeć. Powoli wszyscy przestają wierzyć w moją wersję wydarzeń.
– Spryciarz z tego kota – zachichotał Prochot.
– A żebyś wiedział!
Skibińska podniosła się z ławki, chciała coś powiedzieć, ale rozdzwonił się telefon jej partnera. Znała ten dźwięk. Mężczyzna niechętnie wyciągnął z kieszeni komórkę, pokazał jej ekran. Kontakt nazywał się „Stary”.Rozdział 3
Prokurator Rafał Nabożny odetchnął świeżym górskim powietrzem. Siedział na tarasie domu, który należał do jego rodziców. Kilka lat temu zainwestowali wszystkie oszczędności, kupili ogromną działkę w okolicach Szklarskiej Poręby, a następnie wybudowali dom dla siebie i trzy drewniane domki, które teraz wynajmowali turystom. Do najbliższego szlaku mieli zaledwie kilometr, a z działki cudowny widok na góry. Jego matka była na emeryturze, a ojciec nadal pracował zdalnie. Nabożny początkowo miał wątpliwości, czy ich przeprowadzka to dobry pomysł, ale spełniali swoje marzenia. On z kolei zyskał wspaniałą bazę wypadową. Obiecał im, że będzie często się pojawiał. Uwielbiał chodzić po górach, wypróbowywać nowe szlaki. Jednak rzeczywistość szybko wszystko zweryfikowała. Praca utrudniała mu wyrwanie się gdziekolwiek. Ostatecznie to rodzice częściej odwiedzali go w Szczecinie.
– O, tu jesteś! – powiedziała Izabela Nabożna. – A ja wszędzie cię szukam. Śniadanie już gotowe.
– Zaraz zejdę, mamo – zapewnił. – Chciałem jeszcze popatrzeć na góry, zanim wyjadę.
Izabela Nabożna była kobietą z klasą. W tym roku kończyła sześćdziesiąt lat i bardzo dbała o swój wygląd. Dochodziła dopiero ósma rano, a ona już była umalowana i uczesana. Miała na sobie różową koszulę, na którą niedbale narzuciła sztruksową kurtkę, i jeansy. Usiadła na kanapie obok niego.
– Rafał, możesz zostać, ile chcesz. Byłeś tylko cztery dni. Wytrzymamy z tobą jeszcze trochę – przypomniała synowi. – Marysia z mężem i dzieciakami spędzili u nas ostatnio półtora tygodnia. Dzieciaki twojej siostry to dopiero potrafią dać popalić. Byłam gotowa oddać wszystko, żeby już pojechali. Moje wnuki zdecydowanie mają ADHD, wszędzie ich pełno i cały czas chcą chodzić po górach. Ty jesteś znośniejszy.
Mężczyzna roześmiał się i objął matkę ramieniem. Oboje wpatrywali się w zachwycający górski widok.
– Chciałbym, ale praca wzywa – mruknął. – Mam wolne tylko do jutra. Niestety z samego rana zaczynam wokandą o dziewiątej u upierdliwego sędziego. Wypadałoby chociaż przejrzeć te sprawy.
– Jasne, jasne, wpadaj, kiedy chcesz – zapewniła go matka. – Tak w ogóle to… Może przedstawisz nam tę swoją Agatę?
– Mamo…
– No wiem, wiem… mówiłeś, że nie wiesz, co z tego będzie, nie śpieszycie się i takie tam – przerwała mu. – Ale ja widzę, jak oczy ci błyszczą, kiedy o niej mówisz. Naprawdę ci na niej zależy.
Nabożny nie odezwał się, ale pokiwał głową. Zawsze starał się trzymać matkę z daleka od swojego życia prywatnego. Szanowała to i nigdy się nie wtrącała, przynajmniej jeśli chodzi o kobiety, z którymi się spotykał. Zawsze była ich ciekawa i potrafiła go pociągnąć za język. Mówił jej znacznie więcej, niż chciał.
– Powinnaś być prokuratorem – mruknął. – Wyciągnęłaś już ze mnie wystarczająco dużo.
– Chciałam zaproponować, żebyś z nią tutaj przyjechał. Zamieszkacie w jednym z domków, spędzicie dobrze czas, a my ją poznamy – powiedziała Izabela. – Co ty na to?
– Mam nadzieję, że kiedyś się uda, ale jeszcze nie teraz, dobra?
Nabożna uśmiechnęła się z satysfakcją.
– Dobra, chodź na to śniadanie – ponagliła go. – Bo ojciec nam z głodu umrze.Rozdział 4
Atmosfera w nieoznakowanym radiowozie była napięta. Prochot jechał w kierunku parku Brodowskiego. Był całkowicie skupiony na drodze. Szybko wymijał napotkane samochody, znacząco przekraczając ograniczenia prędkości. Zrezygnował jednak z syreny. Nie wiedzieli, co się dokładnie stało, a nie chcieli sprawcy dawać żadnego znaku swojej obecności.
– Od kiedy zajmujemy się porwaniami dla okupu? – spytała Skibińska. – I to w dodatku dzieci.
– Cytując starego: „od dzisiaj to wasza robota”. Formalnie zawdzięczamy to tobie. Zacznij szanować stare przesądy. Trzeba było nie mówić o spokoju, bo…
– Skup się, Prochot – przerwała mu. – Znanemu deweloperowi zaginęło dziecko…
– Prawdopodobnie zostało uprowadzone – poprawił ją Prochot. – Możliwe, że dla okupu. Sama to wywnioskowałaś.
– Zmierzam do tego, że to będzie głośna, medialna sprawa. Cholernie głośna, będą o tym trąbić w ogólnopolskich mediach. Powinna to wziąć wojewódzka.
– Wojewódzka ostatnio nie ma szczęścia, to nam są przydzielane głośne sprawy. Oni rzeźbą gospodarcze, karuzele VAT-owskie i takie tam finansowe. To ważna robota, ale nie prezentuje się dobrze w mediach. Kogo interesuje okradanie państwa? – odparł Prochot. – Z kolei my w miejskiej mamy niezawodny zespół do zadań specjalnych, którego członkiem jest nasza gwiazda, doktor Aleksander Lewis.
– Chętnie go oddam.
– Nawet z dopłatą. O! Wiem, w miesięcznej równowartości chińskiego żarcia – dodał policjant. – I to takiego z dobrej knajpki.
Skibińska uśmiechnęła się nieznacznie. Nic jednak nie było w stanie jej rozluźnić. Zawsze, gdy chodziło o dziecko, serce biło jej mocniej, a żołądek nieprzyjemnie się zaciskał. Nie umiała powstrzymać wyobraźni. Obawiała się, że to może spotkać jej syna.
– Wiemy cokolwiek sensownego? – spytała.
– Oprócz tego, że nasze przesłuchanie i w ogóle te naglące sprawy przejął ktoś inny, to nie bardzo. Dobrze, że chociaż jakieś wsparcie dostaliśmy. To zawsze miła odmiana.
– Cudownie – skwitowała Skibińska.
– A, i naczelnik Królikowski jest na miejscu zdarzenia – dodał Prochot. – W sensie na placu zabaw.
– A co on, do diabła, robił na placu zabaw? Nie mów tylko, że znowu próbuje biegać. Ostatnim razem zaangażował cały nasz wydział. Musiałam biec w półmaratonie. Jezu…
– Przesadzasz, to spoko było. Trochę ruchu dla zdrowia, wspólne przebieżki. Nawet miło.
– Żartujesz sobie?
– Nie, ale możesz wyluzować – uspokoił ją Prochot.
– Ty się wyłgałeś, a ja musiałam biec.
– No i po co wypominasz? – burknął. – Królikowski jest po prostu dobrym dziadkiem. Zabiera wnuki na plac zabaw.
Skibińska odetchnęła z ulgą. Do tej pory pamiętała swoje przygotowania do półmaratonu. Lubiła biegać, ale dystanse powyżej dziesięciu kilometrów ją nudziły i stawały się mordęgą. Nie tylko dla ciała, ale i umysłu.
– Musimy tylko znaleźć dzieciaka – kontynuował policjant. – Nikt nie musi przy tym biegać.
– No to na luzie…
– Jak na rozpiętej bluzie? – dokończył Prochot.
– Ech, skończ z tymi powiedzonkami!
– Zatęsknisz za nimi, jak przejdę na emeryturę. Zobaczysz. Dostaniesz jakiegoś nudnego partnera, bez polotu ani…
– Jesteśmy na miejscu – przerwała mu Skibińska. – A do emerytury masz jeszcze kilka lat. Zdążysz mnie tak wkurzyć, że nie będę tęsknić.Rozdział 5
Plac zabaw wyglądał inaczej niż zwykle. Brakowało na nim życia, dziecięcego śmiechu, harców. Wokół roiło się od policjantów, którzy rozmawiali ze spanikowanymi rodzicami, przytulającymi swoje dzieci. Atmosfera była grobowa. Szczególną uwagę zwracał jeden z mężczyzn. Miał na sobie elegancką marynarkę, był pod krawatem. Siedział na ławce ze zwieszoną głową. Obok niego stał naczelnik Królikowski, zdawało się, że próbował mu coś wytłumaczyć.
– Idziemy się zorientować, o co chodzi? – rzucił Prochot.
– No chyba musimy od tego zacząć – przyznała policjantka. – W tej części parku, o ile pamiętam, nie ma monitoringu. Można tu dojść lub dojechać od strony osiedla domków jednorodzinnych, nie każdy ma kamerę.
– Zapowiada się świetnie – skwitował Prochot. – Akurat dla ekipy specjalnej.
– Brakuje tylko mediów.
– Daj im jeszcze pół godziny. Zrobią konferencję prasową z prawdziwego zdarzenia. Wierzę w nich.
Skibińska wywróciła oczami. Wspólnie podeszli do Królikowskiego, dał im znak ręką, żeby się nie odzywali. Dokończył rozmowę z mężczyzną i dopiero wtedy odszedł z nimi na bok. Wyglądał na zmartwionego.
– Co mamy? – spytał Prochot.
– Pasikowski utrzymuje, że przyszedł na plac zabaw razem z synem, wracali z przedszkola. Kiedy dzieciak bawił się w piaskownicy, Pasikowskiemu wydawało się, że w jego samochodzie włączył się alarm. Wściekły po prostu tam pobiegł, dziecko zostawił samo na placu zabaw. Tłumaczył się tym, że dwa tygodnie temu próbowali buchnąć mu auto, więc zareagował instynktownie. Samochód jest zaparkowany zaraz przy wejściu do parku. Biała tesla. Sprawdził, że nic się nie stało, i wrócił – wyjaśniał Królikowski. – Nie było go może pięć minut, dziecko zniknęło. Twierdził, że miało ze sobą balonik, podobno mogło go wypuścić i za nim pobiec. Pasikowski chodził po całym parku, okolicy, pytał ludzi, czy go nie widzieli, ale nie miał szczęścia. Jedna z matek doradziła mu zadzwonienie na 112. Ja byłem w pobliżu, zaangażowałem się i przejąłem dowodzenie do czasu waszego przyjazdu. Pasikowski zaraz zostanie zabrany na komendę, tam będzie na was czekał.
– Mamy jakieś zdanie o tym ojcu? – spytał Prochot.
– Dziwny z niego typ – przyznał naczelnik. – Ale w sumie zginęło mu dziecko, każda reakcja jest dopuszczalna.
– Gdzie matka? – zapytała Skibińska.
– Była w delegacji w Poznaniu, na jakiejś konferencji. Właśnie wraca do miasta, najszybciej, jak się da – odpowiedział Królikowski. – Zostawiła dziecko z ojcem dopiero trzeci raz.
– Współczuję jej. Żadna matka nie zasłużyła na telefon z taką informacją – przyznała policjantka. – Dobra, na jakim jesteśmy etapie?
– Szukamy monitoringu z okolicy, to priorytet. Ci z Niebuszewa kończą przesłuchiwać rodziców, ale jak na razie żadne z nich nie widziało niczego przydatnego w sprawie ewentualnego porwania dziecka. Puściłem też zdjęcie małego do wszystkich patroli i rozglądamy się po okolicy. Czekamy na psa, żeby przeszukał teren. Powiadomiłem Lewisa. Działamy, zanim zlecą się tu te hieny medialne – wyjaśnił Królikowski. – Co do samochodu, któryś z rodziców, idąc na plac zabaw, widział migające światła w białej tesli. Potwierdziła to jeszcze jedna kobieta. Mieszka w okolicy, akurat wchodziła do domu, kiedy zauważyła migające reflektory w aucie. Trwało to chwilę. Żadne z nich nie zareagowało. Nie słyszeli alarmu, ale przyznali, że w okolicy było głośno. W oddali przejeżdżała karetka pogotowia albo radiowóz, tamten sygnał był dominujący.
– No dobra, to my się tutaj trochę rozejrzymy – powiedział Prochot. – A potem pojedziemy na komendę.
– Ja idę do domu, informujcie mnie – polecił naczelnik. – Znajdźcie szybko tego dzieciaka. Nagłośnią to tak bardzo, że dosłownie wszyscy będą nam patrzeć na ręce.
Królikowski minął ich, rzucając jeszcze krótkie: „Powodzenia”, i skierował się do najbliższego wyjścia. Prochot razem ze Skibińską ruszyli w stronę samochodu Pasikowskiego. Biała tesla wyróżniała się wśród innych aut.
– Nie klei mi się coś w tej wersji – przyznała policjantka. – Biała tesla zwraca na siebie uwagę. Dwoje ludzi widziało światła reflektorów, ale żadne nie pomyślało, żeby zareagować. Nie widzieli, aby ktoś się obok niej kręcił, nie słyszeli alarmu. Zauważyli tylko światła reflektorów. Nikt niczego nie podejrzewał oprócz Pasikowskiego, który był na placu zabaw, skąd nawet nie widać samochodu.
– Informację o włączeniu alarmu miał z aplikacji – wyjaśnił Prochot. – To plac zabaw, mogło być tutaj dosyć głośno.
– Czyli zobaczył powiadomienie w aplikacji, zostawił dziecko i ruszył do samochodu, żeby sprawdzić, czy z nim wszystko w porządku – mruknęła Skibińska. – Trochę nieodpowiedzialnie jak na ojca.
– Zareagował instynktownie. Chcieli mu już buchnąć auto. Ma traumę czy coś.
– I zostawia syna, żeby sprawdzić, co z samochodem?
– Może ma kochankę i poszedł odebrać telefon od niej? – rzucił Prochot. – Nie chciał, żeby syn coś podsłuchał.
– Lepiej, żeby monitoring obejmował cokolwiek, inaczej będzie turbo ciężko.
Policjanci stali w pobliżu białej tesli. Z tego miejsca plac zabaw był widoczny, trudno jednak było rozróżnić poszczególne osoby.
– Nie ma szans, żeby widział stąd swojego syna – stwierdziła Skibińska. – Zobaczył, co z samochodem, a później wrócił na plac zabaw. Dopiero wtedy zaczął szukać chłopca. Nie zajęło mu to pięciu minut, raczej coś koło piętnastu.
– Albo facet jest totalnie nieodpowiedzialny, roztrzepany i przewrażliwiony na punkcie swojego samochodu…
– Albo coś kręci – dokończyła.
Powoli zaczęli kierować się z powrotem w stronę piaskownicy. Z oddali widzieli już policjanta z psem tropiącym. Skibińska zerknęła na zegarek. Od momentu zaginięcia dziecka minęły czterdzieści dwie minuty. Liczyła się każda sekunda. Pierwsze dwadzieścia cztery godziny od zaginięcia były kluczowe dla powodzenia poszukiwań. Dzieci znikały z różnych powodów. Czasami się po prostu zgubiły w tłumie, oddaliły od rodzica, który nie zwracał na nie uwagi, a potem nie potrafiły wrócić, lub chowały się w ramach żartu, wtedy było najprościej je znaleźć. Znacznie częściej jednak ktoś zabierał dziecko ze sobą. Cel takiego działania był zagadką. Mogło chodzić o wykorzystanie seksualne, przywłaszczenie dziecka, handel jego ciałem albo uzyskanie okupu.
– Siemka – rzucił policjant z psem.
W dłoni trzymał worek strunowy, w który zapakowana była błękitna dziecięca kurtka. Obok niego siedział owczarek niemiecki. Uszy miał czujnie postawione do góry, co chwilę zerkał na swojego właściciela, a następnie omiatał wzrokiem okolicę.
– Miło cię znowu widzieć – powiedział Prochot. – Szkoda tylko, że w takich okolicznościach.
– Proponowałem piwo, ale nigdy nie masz czasu – stwierdził policjant.
– Sorry, coś mi wypadło – przyznał Prochot. – Zrewanżuję się.
Skibińska odchrząknęła, zwracając na siebie ich uwagę.
– Czesia coś znalazła?
– Czekałem na was – odparł policjant. – Czesia lubi mieć widownię.
Prochot pogłaskał psa, który wyraził umiarkowane zainteresowanie. Zdawało się, że jest w trybie pracy. Był całkowicie skupiony na swoim przewodniku. Tak jakby nic innego dla niego nie istniało. Policjant przysunął do nosa psa kurtkę należącą do dziecka. Następnie rzucił: „Szukaj”. Owczarek niemal natychmiast poderwał się, przytknął nos do ziemi i ruszył w kierunku piaskownicy.
– Macie coś? – zagadnął policjant.
– Dopiero orientujemy się w sytuacji – przyznał Prochot. – Ale wątpię, żebyśmy mieli dużo materiału.
– Przydałoby się, żeby Czesia nam coś podpowiedziała – dodała Skibińska.
– Bez obaw, Czesia to zawodowiec – zapewnił z dumą policjant. – Jest niezawodna, w przeciwieństwie do nas.
Owczarek zaprowadził ich do piaskownicy, następnie do drabinek, a później puścił się biegiem do miejsca, gdzie był parking. Dokładnie w tym miejscu trop się urywał. Czesia usiadła i spojrzała na swojego pana, czekając na nagrodę.
– Nic więcej nie zdziałamy – poinformował policjant. – Musieli dzieciaka zapakować w samochód i odjechać.
– Nie ma innej opcji? – spytała Skibińska.
– Na pewno nie odeszli pieszo – doprecyzował policjant. – Inaczej Czesia miałaby trop.
– Pokonanie tej drogi szybkim krokiem zajęło nam jakieś piętnaście minut – zauważył Prochot. – Jeśli ktoś obserwował dziecko, to kiedy ojciec poszedł do swojej tesli, mógł je zabrać i po prostu tutaj dobiec, ojciec wrócił na plac zabaw, ktoś zapakował dziecko do samochodu i z nim odjechał.
– Tylko czemu dziecko z tym kimś poszło? – spytała Skibińska. – Nie krzyczało, nie wołało pomocy, nie wierciło się i nie zostało siłą zabrane z parku, inaczej ktoś na pewno zwróciłby na to uwagę.
– Dziecko zna porywacza? – rzucił Prochot.
Policjantka milczała dłuższą chwilę. Zdawało się, że to jedyny sensowny wniosek. Rozejrzała się wokół. Stało tutaj kilka samochodów oraz domków jednorodzinnych. Spokojna uliczka – gdyby dziecko krzyczało, prawdopodobnie ktoś by to zauważył. Z samej ciekawości wyjrzałby z okna.
– Przyślijmy tutaj tych z Niebuszewa – powiedziała. – Niech pogadają z okolicznymi mieszkańcami i zerkną, czy gdzieś nie ma monitoringu.
– Przejdziesz się wokół samochodów? – spytał Prochot policjanta z psem.
– Pewnie, ale jeśli ktoś porwał dziecko, to już dawno z nim odjechał – skwitował ten.
Podsunął ponownie psu kurtkę dziecka i wydał odpowiednią komendę. Owczarek niemiecki przeszukiwał wszystkie samochody pozostawione na parkingu. Ostatecznie zatrzymał się jedynie przy białej tesli.
– To nam nic nie daje. – Skibińska westchnęła. – Ojciec przyjechał tu z dzieckiem, stąd zapach.
Czesia zaczęła niespodziewanie warczeć. Obok nich przejechał samochód jednej z ogólnopolskich stacji telewizyjnych.
– Hieny nadciągają – mruknął policjant. – Zmywamy się z Czesią.
– Jasne, dobra robota – powiedział Prochot.
Kolega ruszył z powrotem w kierunku placu zabaw. Czesia szła tuż przy jego nodze, z wysoko uniesionym ogonem.
– Dzwoń do Nabożnego.
– Czemu? – odparła Skibińska.
– Gość lubi medialne sprawy, konferencje prasowe i jest w zespole – przypomniał Prochot. – Jestem pewny, że chce tutaj być.Rozdział 6
Zaparkował BMW tuż przed głównym wejściem do Komendy Miejskiej Policji w Szczecinie. Nie było go tutaj od czasu rozwiązania sprawy Marcela Gromskiego – minął prawie miesiąc. Nie sądził, że tak bardzo będzie mu tego brakowało. Potrzebował ciekawej sprawy, którą mógłby się zająć. Była to również świetna okazja, by znowu zbliżyć się do Skibińskiej i przekonać ją do pomysłu przyjrzenia się właścicielowi podejrzanego bloga. Nie podobało mu się to, że jego autor milczał. Przeczuwał, że mężczyzna naprawdę chce zrealizować swój plan zabójstwa.
Lewis odsunął ciężkie drzwi i wszedł do budynku komendy, przywitał się krótko z portierem i od razu skierował do sali odpraw. Przez przeszklone drzwi dostrzegł Prochota i Skibińską. Byli pogrążeni w rozmowie. Mimowolnie się uśmiechnął.
– Tęskniliście?
Momentalnie odwrócili się w jego kierunku. W oczach Skibińskiej dostrzegł błysk. Wiedział, że sama tego nie przyzna, ale czekała na spotkanie z nim. Lubiła z nim pracować, zwłaszcza gdy wzajemnie się nakręcali, omawiając sprawę po nocach.
– Każdy dzień bez ciebie pełen był słońca, radości i nie obfitował w nierozwiązywalne sprawy zabójstw – mruknęła.
– Brzmi jak prawdziwa nuda – odparł psycholog. – To o co chodzi z tym porwaniem? Zarzycki niewiele mi powiedział.
– Bo sami niewiele wiemy – stwierdził Prochot. – Dziecko pod opieką nieodpowiedzialnego ojca zniknęło na terenie placu zabaw. Sprawca zabrał dziecko, nakłonił lub samo do niego przyszło, w każdym razie zostało zapakowane do samochodu i sprawca z nim odjechał.
Na stole leżał szczegółowy plan parku i placu zabaw. Zaznaczono na nim miejsca rozlokowania kamer monitoringu, miejsce zaparkowania samochodu ojca dziecka oraz punkt, w którym pies zgubił trop. Ołówkiem Prochot dopisał szacunkowy czas niezbędny do pokonania odległości pomiędzy nimi a centrum placu zabaw.
– Żaden z rodziców nie widział niczego przydatnego – dodała Skibińska. – Łukasz Pasikowski miał na sobie bluzę z takim niebieskim stworkiem, niczym się nie wyróżniał. Nikt nie widział, aby przewrócił się i płakał, żeby ktoś do niego podbiegł, podniósł go i zabrał, nie darł się wniebogłosy. Nic.
– A jak ojciec stracił go z oczu? – spytał Lewis.
– To jest właśnie ciekawe – przyznał Prochot. – Zobacz, tu masz piaskownicę, gdzie miał się bawić Łukasz. – Palcem wskazał odpowiednie miejsce na planie. – Ojciec twierdzi, że w jego samochodzie włączył się alarm. Wiedział to z aplikacji mobilnej. Nie było go podobno pięć minut.
– Pasikowski jeździ białą teslą, ten samochód zwraca uwagę – dodała Skibińska. – Mimo to żaden z okolicznych mieszkańców ani rodziców na placu zabaw nie słyszał alarmu. Nie widział, żeby ktoś kręcił się obok samochodu. Widzieli tylko migające reflektory, co szybko ustało. Słyszeli też karetkę, która przejeżdżała w pobliżu. Mówili, że ogólnie w okolicy było głośno.
– W dodatku przejście od piaskownicy do samochodu w dwie strony zajęłoby mu co najmniej dziesięć minut, powiedziałbym nawet: piętnaście – wyjaśnił Prochot, a następnie palcem wskazał konkretne punkty zaznaczone na planie.
– Kłamie? Bagatelizuje sytuację? Umniejsza swoją winę? – rzucił Lewis. – Czy może wcale go tam nie było?
– Możemy sprawdzić podczas eksperymentu procesowego, czy ktokolwiek mógł usłyszeć alarm z tesli, będąc na placu zabaw lub w okolicy – powiedziała Skibińska. – Tak czy tak Czesia podjęła trop od piaskownicy i dotarła do parkingu, potem dzieciak rozpłynął się w powietrzu. Sprawdziliśmy wszystkie samochody, ale zasygnalizowała zapach dziecka tylko przy samochodzie jego ojca.
– Powinienem pytać, kim jest Czesia?
– Cudownym owczarkiem, którego nos jest nieomylny – odparł policjant. – Nie dostąpiłeś jeszcze zaszczytu jej poznania.
Lewis wywrócił oczami. Później przyglądał się punktom na planie. Na pierwszy rzut oka w sprawie pojawiał się zgrzyt, którego nie potrafili wyjaśnić. Nie wróżyło to niczego dobrego. Z marszu traktowałby ojca jako osobę podejrzaną.
– Rozmawialiście z ojcem?
– Jeszcze nie, siedzi i czeka – przyznał Prochot. – Dosłownie za jakiś kwadrans przyjedzie jego żona.
– Okej, w takim razie dobrze byłoby najpierw zobaczyć, jak się zachowają wobec siebie, i pogadać z nimi nieformalnie, wspólnie. To w końcu rodzice, którym zaginęło dziecko. Bądźmy dla nich bardzo mili. Muszą nam bezgranicznie zaufać i uwierzyć, że o nic ich nie podejrzewamy – zaproponował Lewis. – Potem damy im ochłonąć, w tym czasie zrobimy rozpytanie i przesłuchamy ich formalnie.
– Czekaj, w którym momencie przejąłeś dowodzenie? – spytał policjant.
– W momencie wejścia do tej sali – odparł Lewis. – Przy zabójstwach możemy dyskutować, trup nam i tak nie ożyje. Tu liczą się nie godziny, ale minuty.
Policjanci wymienili zdegustowane spojrzenia. Prochot skrzyżował ręce na klatce piersiowej i mierzył psychologa spojrzeniem pełnym niezadowolenia.
– Rządzisz się jeszcze bardziej niż zwykle – stwierdziła Skibińska. – Wiemy, co mamy robić.
– Gdybyście wiedzieli, toby mnie tu nie było – odparł Lewis. – Jeśli dziecko faktycznie zostało porwane, każdy nasz ruch powinien być przemyślany. Jeśli nie żyje, to i tak nasze działanie niczego nie zmieni. Po prostu mi zaufajcie, i tyle.
– Podejrzewasz rodziców? – spytała Skibińska. – Nawet ich jeszcze nie widziałeś.
– Podejrzliwość zawsze wskazana – mruknął. – Ściągnijcie rozmowę ojca ze 112, dobra? Może nam coś o nim powie.
– Już biegnę spełnić twoje życzenie – odparł z przekąsem policjant.
Lewis uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi.
– Czyli po staremu.Rozdział 7
Skibińska stała przed budynkiem komendy i czekała na matkę zaginionego Łukasza Pasikowskiego. Biegnącą w jej kierunku kobietę dostrzegła z daleka. Miała na sobie elegancki czerwony płaszcz, był rozpięty. Wystawała spod niego granatowa wymięta koszula. Im bliżej była kobieta, tym więcej szczegółów mogła dostrzec policjantka. Kobieta była zadbana. Włosy miała zebrane w wysoki kok. Jej makijaż był jednak całkowicie rozmazany, na policzkach widniały ślady po tuszu do rzęs. Wyglądała tak, jakby płakała całą drogę z Poznania.
– Pani Kamila Pasikowska? – spytała Skibińska.
– Tak…
– Komisarz Agata Skibińska – przedstawiła się. – Prowadzę sprawę zaginięcia pani syna.
– Czy… Czy już coś wiadomo? – zapytała Pasikowska. – Błagam, znaleźliście mojego syna?
– Niestety jeszcze nie wiemy, gdzie jest pani syn – przyznała policjantka. – Jego wizerunek dotarł do wszystkich patroli, ściągnęliśmy na miejsce psa tropiącego, przesłuchujemy świadków, sprawdzamy monitoring z okolicy. Jestem pewna, że wkrótce natrafimy na jakiś ślad.
Pasikowska przysłoniła dłonią usta, próbując powstrzymać kolejną falę płaczu. Cała drżała.
– Zaprowadzę panią do męża – zaproponowała Skibińska. – Muszę z nim jeszcze raz porozmawiać na temat tego, co się wydarzyło. Może mi pani przy tym towarzyszyć. Chce pani tego?
– Dobrze, tak… Tak.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_