-
nowość
-
promocja
Konsekwencje nieśmiertelności - ebook
Konsekwencje nieśmiertelności - ebook
Witajcie w akademii Blackwood, tajemniczej szkole położonej na skraju zaświatów, dokąd trafiają ci, którzy zginęli młodo. Uczniowie skazani są, by spędzić resztę wieczności, troszcząc się o zagubione dusze. Gdy uczeń przekroczy łukowate bramy szkoły, nie ma już wyjścia… chyba że weźmie udział w obchodzonym raz na dekadę święcie, które nagradza zwycięzcę wyborem – albo będzie mógł dołączyć do elity Blackwood, albo przejść na tajemniczą Drugą Stronę.
Wszyscy są zdeterminowani, by dostać nominację – i wygrać. Ale żadne z nich nie jest przygotowane na to, co ma nadejść. Tym razem reguły gry są inne. Wren, August, Irene, Masika, Olivier i Emilio wkrótce się dowiedzą, że istnieje los gorszy niż śmierć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-106-5 |
| Rozmiar pliku: | 9,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wren
Wren Loughty nie przejmowała się zamykaniem na klucz drzwi do swojego pokoju. Pogodziła się z tym, że nie ma sensu udawać, że zamki z zabezpieczeniami czy też zaklęcia ochronne mogłyby cokolwiek zmienić. Nieuchronnego po prostu nie da się uniknąć. Kiedy więc obudziła się z czyjąś dłonią na ustach, kiedy poczuła wędrujący ku nozdrzom znajomy zapach mięty i drzewa sandałowego, wcale nie była zaskoczona.
Po prawdzie spodziewała się tego.
Niepokoił ją raczej dziwaczny sen o matce, który jej przerwano. Uważała za dziwne, że wciąż posiada zdolność spania i śnienia. Umarli nie powinni śnić. Aczkolwiek podejrzewała, że oni wszyscy nie byli umarłymi – nie do końca. Egzystowali w jakimś pomiędzy. Miejscu równoległym do życia i śmierci, dokładnie na krawędzi między narodzinami a świtem życia pozagrobowego.
Cokolwiek to miało znaczyć. Starała się nie rozmyślać zbyt wiele nad przejściową naturą czyśćca.
Blade światło wlewało się przez cienkie zasłony, półksiężyc blasku oświetlał porośnięty bluszczem sufit. Wren zamrugała, by przyzwyczaić oczy do ciemności, i skupiła wzrok na intruzie.
Unosiły się nad nią – z wyrazem zadowolonego rozbawienia – ciemnoszare oczy Augustine’a Hughesa; prawy kącik jego ust wyginał się w uśmieszku.
– Mam nadzieję, że wybaczysz mi to brutalne przebudzenie, Loughty. – Lustrował uważnie wzrokiem jej twarz. – Musiałem mieć pewność, że nie zaczniesz wrzeszczeć i mnie nie wydasz. Wiesz… zważywszy na twoje osiągnięcia.
Wren jęknęła poirytowana. To prawda, ciągnęła się za nią opinia osoby przeszkadzającej innym mieszkańcom domu Pettyworth. Kierowniczka Marigold otrzymywała liczne skargi na odgłosy związane z nocnymi koszmarami Wren, ponieważ budziły one innych i skłaniały do ucieczki z sypialni.
To była skaza… i to taka, którą nawet ona uważała za wymagającą naprawy.
August nachylił się bliżej.
– Mogę ci zaufać, że jeśli cię puszczę, nie zrobisz sceny?
Wren zmrużyła ostrzegawczo oczy i usiłowała odgryźć się paroma wulgaryzmami, lecz jego dłoń stłumiła słowa. Przekaz i tak był jasny.
Nie przeginaj.
August uśmiechnął się i opuścił rękę, choć jego ciało wciąż znajdowało się niebezpiecznie blisko.
– Nie musisz walczyć na słowa. Nie przyszedłem się bić, moja droga.
– To może następnym razem zapukaj, zamiast kłaść mi łapę na ustach jak jakiś stuknięty seryjny morderca – rzuciła Wren, odpychając go. Jej koszula nocna była dość gruba, żeby dziewczyna nie czuła zawstydzenia pod pełnym wyrzutu wzrokiem Augusta, kiedy podniosła się z łóżka i podeszła do okna.
Podniosła haczyk i wpuściła do pokoju chłodne powietrze. Srebrna poświata Blackwood, tańcząca w gęstej nocnej mgle, otoczyła Wren delikatnymi smugami. Nietrudno byłoby pomylić to eteryczne światło z blaskiem księżyca, ale Wren wiedziała, że to złudzenie. Na nocnym niebie nie było Księżyca. Nie było Ziemi. Nie było wszechświata. Nie było świata, który kiedyś znała.
Nic z tego nie istniało w Blackwood.
Zupełnie nie.
August oparł się o drewniany słup łóżka. Stał ze skrzyżowanymi ramionami i z twarzą wykrzywioną tym jego wiecznym uśmieszkiem. Miał na sobie swój zwyczajny strój: czarne spodnie, koszulę z rękawami podwiniętymi na muskularnych przedramionach, obcisłą czarną kamizelkę na torsie. Skórę pod prawym okiem szpeciła maleńka blizna – dziwaczny szczegół, który nie przestawał intrygować Wren, choć nigdy nie zdobyła się na to, by zapytać, jak się jej dorobił.
Rzadko rozmawiali o dawnym życiu. A ona nie zamierzała podnosić tego tematu.
Mimo wrogości Wren musiała przyznać, że uznałaby Augusta za atrakcyjnego, gdyby spotkali się za życia. Był jej zdaniem standardowo przystojny: z mocną szczęką i niesfornymi ciemnymi lokami. Nie mówiąc już o tym, że niewątpliwie był irytująco onieśmielający, a ze swoimi szarymi oczami i elegancką angielszczyzną wywijał się z wszelkich sytuacji. Może wpadliby na siebie na wakacjach. Wyobrażała sobie go pewnego siebie, rozłożonego na plaży, z mięśniami błyszczącymi od potu, z resztkami kremu przeciwsłonecznego na naturalnie opalonej skórze, wygrzewającego się w ciepłych promieniach słońca.
Słońca. Boże, jak ona tęskniła za słońcem.
– Podoba ci się to, co widzisz? – August przechylił lekko głowę w bok. – Mogę namalować dla ciebie swój portret, jeśli chcesz.
Wren przewróciła oczami.
– Czego chcesz?
– Wybieram się na spacerek o północy – odrzekł obojętnym tonem, zakładając ręce za siebie.
– I pomyślałeś sobie, że mogłabym mieć ochotę ci towarzyszyć? Dlaczego?
– Ponieważ… – Zsunął ze wskazującego palca srebrny pierścień i podrzucił go w powietrze niczym monetę. – Tak się składa, że z dobrego źródła wiem o nowym uczniu, który dziś wyląduje w Blackwood.
Całe ciało Wren odruchowo się napięło. Istniała spora szansa, że August blefował, ponieważ nie należał do najbardziej rzetelnych i godnych zaufania osób w akademii, ale i tak była to zaskakująca wiadomość.
Przybycie nowego ucznia to rzadkość, zdarzenie raz na kilka dekad. Blackwood działało jak zegarek i odstępstwa od reguł zdarzały się rzadko. Akademia szczyciła się porządkiem i równowagą, a także wiernością wobec tradycji. A przecież nowy uczeń przybył niecały rok temu, co oznaczało, że jeśli August nie kłamał… coś się zmieniło w harmonogramie.
– Załóżmy, że postanowiłam ci uwierzyć – powiedziała Wren. – Niby dlaczego miałabym zgłaszać się na ochotnika, żeby coś z tobą oglądać?
– Och, Loughty. – August zachichotał. – Jesteś najbardziej wkurzająco ambitną osobą, jaką kiedykolwiek miałem nieprzyjemność spotkać. Nie zachowuj się tak, jakby w tej ślicznej główce mieszkały wyłącznie troski.
– To nie tak. – To było tak. – Nie przyszło ci do głowy, że może projektujesz na mnie własne niepewności? Że to właśnie ty nieustannie się martwisz, że inny uczeń może okazać się lepszy w byciu przewodnikiem od ciebie?
Mina Augusta zrzedła.
– W byciu przewodnikiem?
Wren napięła ramiona.
– Tak. To właśnie robimy, nieprawdaż?
– Nie. – Wyraz jego twarzy spoważniał, kiedy August zrobił krok do przodu, a stare drewno zaskrzypiało pod ciężarem jego wysokich skórzanych butów. – Jesteśmy żniwiarzami dusz. Nie trzymamy ich za ręce i nie skaczemy z nimi ku zachodzącemu słońcu. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Jezu, Loughty. Myślałem, że już to wiesz.
– To nie… – Wren wciągnęła powietrze do płuc. Nie była w nastroju do ich zwyczajowego przekomarzania się. Natomiast, prawdę mówiąc, naprawdę czuła zaciekawienie. Nie potrafiła powstrzymać tej swojej naturalnie ludzkiej cząstki, która pragnęła dowiedzieć się czegoś więcej. Która pożądała lepszego zrozumienia wszystkiego, co ją otacza.
Zastanawiała się, czy to minie – a raczej kiedy minie. Westchnęła.
– Słuchaj, mam na myśli jedynie to, że być może oboje bagatelizujemy naszą ciekawość. Że może oboje sporo zainwestowaliśmy w bycie dobrymi w tym, co robimy. W bycie najlepszymi. Że może…
– Dobra. – August przerwał jej machnięciem ręki. – Oboje jesteśmy ambitnymi dupkami. Zrozumiałem.
Ambitne dupki. Można to było tak ująć. Wren pomyślała, że „zaprzysięgli rywale” lepiej opisywało ich burzliwą relację, ale nie poprawiła Augusta.
Od kiedy umarła i wpadła do Blackwood, August wrył się w jej egzystencję niczym dokuczliwa, bolesna drzazga, której nie dało się wyciągnąć, mimo wszelkich starań. Wren nie była pewna, dlaczego on miałby wybrać akurat ją do prześladowania przez resztę wieczności, ale usiłowała nie zaprzątać sobie myśli rozpracowywaniem pokrętnych myśli Augustine’a Hughesa.
Wyminęła go i spokojnym krokiem skierowała się ku szafie. Włożyła ulubiony czarny trencz i zerknęła na Augusta w zmatowiałym lustrze. Zabrał się do obojętnego przeglądania starych, oprawionych w skórę książek ustawionych na półkach, przesuwał palcem po zakurzonych grzbietach.
– Skąd masz pewność?
Nie odwrócił ku niej wzroku.
– Pewność czego?
– Że został wybrany nowy uczeń – dopowiedziała, niepostrzeżenie wsuwając do kieszeni kamizelki srebrny sztylet. – To całkowite odejście od harmonogramu. Ostatni nowy przybył przed niespełna rokiem…
– Emilio. – August dokończył jej myśl. – Tak, mam tego świadomość.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
August w milczeniu zerknął za siebie.
– Naprawdę masz taki problem z zaufaniem mi? Byłoby znacznie fajniej, gdybyś przestała zadawać tyle pytań.
Wiedziała, że najsensowniej byłoby odmówić. Byłoby to też łatwe. Mogłaby go odesłać, wrócić szybko do łóżka i udawać, że w ogóle jej nie obudził. Niemniej jeśli rzeczywiście tej nocy w Blackwood miał się pojawić nowy uczeń, zdecydowanie chciała wiedzieć więcej.
– Dobra. – Westchnęła, wskazując na drzwi. – Prowadź.
August uśmiechnął się triumfalnie.
– Od razu lepiej. – Pstryknął palcami i drzwi się otwarły. – Idź przodem.
Wren zignorowała wyraz samozadowolenia na jego twarzy, kiedy go mijała.
Pomarańczowe światło oświetliło drzwi: płomienie tańczące w dziesiątkach żelaznych kinkietów ozdabiających wąski korytarz. Ściany pokrywały karmazynowe tapety, których postrzępione brzegi odklejały się wąskimi wstążkami. Drobne nitki zieleni oplatały listwę przypodłogową niczym pajęczyna i ciągnęły się w górę, aż do sufitu.
Wren przebiegła palcami po ścianie.
– Przygotowałeś się na jutrzejszy egzamin u Calligana?
August uniósł brwi i rzucił jej zdumione spojrzenie.
– Loughty, słonko, czyżbyś usiłowała uciąć sobie ze mną niezobowiązującą pogawędkę?
– Wcale nie… – Wren potknęła się i zatrzymała, a na karku poczuła niepożądany rumieniec. – To ty wyrwałeś mnie z łóżka!
August oparł się o ścianę.
– Nikt nikogo nie wyrywał.
– Nie dałeś mi za bardzo wyboru.
– Jezu… – Otarł twarz z irytacją. – Słuchaj. Możesz wrócić. Jesteśmy parę kroków od twojego pokoju. Ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba, jest to, że będziesz mnie uważała za drania, bo cię gdzieś zaprosiłem.
Po lewej otwarły się ze skrzypieniem drzwi.
– Możecie być cicho? – Na progu stanęła Maya Romero, której krótko obcięte włosy sterczały w nieładzie. – Rozumiem, że dla waszej dwójki idea odpoczynku może być czymś obcym, ale większość z nas usiłuje spać.
– Wybacz, Maya. – Wren uśmiechnęła się przepraszająco. – Tylko szliśmy na spacer.
– Podczas ciszy nocnej?
– To jakiś problem?
August zrobił krok ku niej, Maya instynktownie się cofnęła.
– Nie. Ale… na głównym dziedzińcu widziano grupę Wywyższonych. Wysłali tuzin uczniów na prace społeczne. – Wyciągnęła szyję i rozejrzała się nerwowo po korytarzu. – Naprawdę nie wydaje mi się, żeby to było z waszej strony rozsądne kusić los tuż przed Dekadą.
Wren zaklęła pod nosem. Jasne. Tak się przejęła nowym uczniem, że omal nie zapomniała o jutrzejszej ceremonii otwarcia. Jeśli zostaną złapani… przekreślą swoje szanse na nominacje.
Co dziesięć lat kandydatury uczniów Akademii Blackwood są brane pod uwagę z okazji Święta Dekady. Spośród setek uczniów tylko jedna osoba może otrzymać nominację i jest starannie wybierana pod kątem zdolności i talentów przez dyrektora szkoły i sześcioro kierowników domów. Wybraniec uczestniczy następnie w czterech próbach mających sprawdzić magiczne umiejętności. Prawdę mówiąc, próby to raczej formalność. Tradycja równie stara jak samo Święto Dekady. Jeszcze ani jeden wybraniec w całej historii Blackwood nie przepadł w próbach.
Aczkolwiek zawsze istniało ryzyko, że zostanie się pierwszym.
Kiedy cztery próby zostaną zakończone, wybraniec będzie mógł ukończyć formalnie naukę i zostać oficjalnie Wywyższonym albo udać się w nieznane, przejść na Drugą Stronę i dać duszy odpoczynek.
Na wieczność.
Problem w tym, że nikt nie wie, jak wygląda Druga Strona. To ruletka. Całkowite, totalne ryzyko.
Dla Wren odpowiedź zawsze była absolutnie jasna. Z wolnością w używaniu magii, bez nieustannych obowiązków żniwiarzy, Wywyższeni uczniowie mieszkali w specjalnym budynku na kampusie, a ich zadaniem była pomoc kierownikom w prowadzeniu lekcji. I to właśnie Wren zamierzała robić, gdyby została wybrana do Dekady.
Trzeba tylko było usunąć z równania Augusta.
– Nie złapią nas – obiecała. – Na pewno.
Maya skinęła głową, odprawiła ich chwiejnym ruchem ręki i zamknęła drzwi. August parsknął drwiąco i ruszył do przodu, a Wren z trudem usiłowała dotrzymać mu kroku.
– Powinna nauczyć się pilnować końca własnego nosa – mruknął.
– Ona jest całkiem miła – zaoponowała Wren. – Kojarzysz słowo „miły”, prawda?
– Nie sądzę. Możesz użyć go w zdaniu?
– Ha, ha. Bardzo zabawne. – Wren przewróciła oczami. – Wiesz co, nie zaszkodziłoby ci nauczyć się, jak być nieco bardziej uprzejmym. Ludzie zaczynają wierzyć, że jesteś chodzącym trupem. Wyłącznie złamaną duszą, pozbawioną uczuć i emocji.
August uśmiechnął się krzywo, choć Wren mogłaby przysiąc, że w jego szarych oczach dostrzegła przebłysk czegoś przypominającego żal.
– Nie, moja słodka Loughty. Gdybym stracił wszelkie uczucia i emocje, uczyniłoby to ze mnie demiena. A choć nieograniczona moc brzmi zachęcająco, obawiam się, że moje człowieczeństwo pozostaje w ogromnej mierze nienaruszone.
Na razie.
Wren potrafiła sobie wyobrazić Augusta jako członka Zakonu Demienów. Wyobrażała to sobie niejednokrotnie.
Jakkolwiek dokładna lokalizacja siedziby zakonu pozostawała sekretem, chodziły pogłoski, że istniała ona gdzieś na obrzeżach Blackwood, ukryta głęboko w lesie, zasłonięta przez powykrzywiane konary i zgniłe liście. Demieni czcili wyższą siłę, nieznaną istotę określaną jako Bezduszny, która dawała im zdolność pozbycia się człowieczeństwa i dostępu do magii cienia.
W historii Blackwood wielu uczniów zdecydowało się wyjść poza żelazną bramę w poszukiwaniu Zakonu Demienów. Byli gotowi poświęcić tę niewielką ludzką cząstkę, która im pozostała, dla wiecznego źródła mocy. Jednak zostanie demienem oznaczało całkowite odrzucenie tego, co ludzkie. Cząstki, która trzyma się nawet tych, którzy kończą w Blackwood. Tej, która tęskni za domem. Za więzią.
Powiadano, że im więcej demien wytwarza magii cienia, tym bardziej jego dusza się zmienia: gnije i rozkłada się, aż staje się on w większym stopniu cieniem niż człowiekiem. Traci kompas moralny. Traci sumienie, które kieruje wyborami. Cienie wgryzają się w duszę, pożerają wszystko z osoby, którą była.
A kiedy zostanie całkowicie pożarta… wtedy nie ma już powrotu.
– Och, ucisz ten swój mózg. – August zaśmiał się, skręcając za róg. – Niemalże słyszę obracające się trybiki. Nie mam zamiaru dołączać do Zakonu Demienów. Po prostu lubię się z tobą droczyć.
– Super. Cieszę się, że nie pragniesz dołączyć do kultu, który pierze mózgi. Chcesz za to nagrodę czy coś? Może paradę na twoją cześć?
– Nie trzeba. – Tym razem August posłał jej przez ramię szeroki uśmiech. Zbliżyli się do zwieńczonych łukiem drzwi stanowiących wejście do domu Pettyworth. – Wystarczy mi nagroda w postaci twojej miny, kiedy wybiorą mnie na tegoroczną Dekadę.
– Niezłe zadufanie. – Wren ukryła wściekłość pod grymasem obojętności. – Istnieją szanse, że nie dostaniesz nominacji. Znowu. Od ilu lat tak jest, staruszku? Co najmniej stu? – Uniosła brwi z triumfalnym uśmiechem. – Na twoim miejscu bym się martwiła.
– Mam jeszcze mnóstwo czasu – odmruknął defensywnie. – Większość uczniów nie zaczyna doświadczać zapominania przez setki lat. Nie pozbędziesz się mnie tak szybko.
Wren wzdrygnęła się na wzmiankę o niesławnym przejściu, a poczucie zwycięstwa z powodu uszczypliwej uwagi znikło.
Zapominanie. Był to sposób, w jaki Blackwood utrzymywało równowagę, część naturalnego porządku. Uczeń, który przebywa w Blackwood od kilku stuleci, zaczyna powoli tracić wspomnienia poprzedniego życia. Stanowi to znak, że dusza jest gotowa na przejście w kolejną fazę. Kiedy uczeń całkowicie zapomni, kim był za życia, wysyła się go do Eteru, gdzie zbiera zagubione dusze przez resztę egzystencji. Dlatego uczniowie dostawali co tydzień zadania żniwiarskie – był to sposób na przygotowywanie ich do wiecznych obowiązków. Jakkolwiek wyglądało to przygnębiająco, taki był po prostu cykl pośmiertnego życia, w każdym razie tak utrzymywali kierownicy. W Akademii Blackwood przebywało zawsze około pięciuset uczniów, a zapominanie stanowiło sposób na pozbywanie się przez szkołę uczniów, by móc przyjmować nowych.
Był to również powód, dla którego wszystkim tak bardzo zależało na nominacji.
Dekada była jedynym sposobem na uniknięcie nieuniknionego.
– Czy ty… – Wren szukała właściwych słów, oddech ugrzązł w jej gardle.
– Nie – odparł August, jakby przewidział, o co usiłuje zapytać. – Moje wspomnienia są nadal nietknięte.
– To dobrze… wiesz o tym, prawda? – Wren lustrowała go spojrzeniem. – Wiem, że wspomnienia mogą być bolesne, ale nie będą gorsze niż wieczna egzystencja polegająca na zbieraniu zagubionych dusz.
Przez twarz Augusta przebiegł cień bólu. Przez pełen napięcia moment Wren pomyślała, że może zdecydował się zburzyć kawałeczek stojącego między nimi muru, pozwolić jej zajrzeć w swoją przeszłość.
On jednak tylko zaśmiał się gardłowo i powiedział:
– Chyba nie będziemy się tym zamartwiać, prawda? Zważywszy, że jestem najpewniejszym kandydatem do najbliższej Dekady.
– Co daje ci taką pewność?
– To, że kierowniczka Marigold powiedziała mi to osobiście.
Wren zacisnęła pięści, poczuwszy wzbierającą w piersi falę wściekłości.
– Doprawdy?
– Tak. – August podszedł do niej. – To dla ciebie problem?
– Ależ skąd – odparła i wyzywająco podeszła bliżej. – Ponieważ to nieprawda.
– Myślisz, że kłamię? – August sprawiał wrażenie rozbawionego, nie urażonego.
– Wiem, że kłamiesz.
– Nigdy bym cię nie okłamał, słonko. Po prostu szwankuje ci wyobraźnia.
– A to co ma znaczyć? – warknęła Wren, tracąc cierpliwość.
– Na przykład nie zastanawiasz się, jak zdobyłem tę informację. – Jego szare oczy rozbłysły triumfalnie. – Zdziwiłabyś się, co można zdziałać niewielkim szturchnięciem psychicznym.
Wren zamurowało.
– Nie odważyłbyś się.
August prychnął.
– Ależ właśnie się odważyłem.
– Nie wolno posługiwać się psychiczną magią wobec kierowników – jęknęła Wren. – To całkowicie niezgodne z regułami!
– Och, to nie aż tak poważne, jak wygląda. Po prostu leciutko zapukałem. Wystarczająco, by wydobyć z niej tę informację.
– Mieszałeś jej w umyśle.
Uniósł brwi.
– Od kiedy przejmujesz się regulaminem Blackwood? Nie przypominam sobie, żebyś była taka praworządna, kiedy posłużyłaś się zaklęciem maskującym, żeby wymknąć się podczas ciszy nocnej w zeszłym tygodniu.
– To co innego.
Nie zamierzała się tłumaczyć. Prawdę mówiąc, bardzo często rzucała się i wierciła w nocy. Prześladowały ją koszmary z życia, które pozostawiła za sobą. Przebywała w Blackwood od osiemnastu lat. Tyle samo, ile przeżyła. Ciągle jednak nie była w stanie całkowicie uciszyć głosu w głowie, który tęsknił za wygodnym domem. Gdy sobie na to pozwalała, wciąż przywoływała w pamięci długie letnie spacery po wybrzeżu i pianę morską wciskającą się pomiędzy palce stóp. Rześkie jesienne powietrze i szum żółtych liści nad jej rodzinnym domem na wybrzeżu Maine. Zimowe, śnieżne dni, kiedy zwijała się przy kominku i słuchała Etty James albo piekła korzenne ciasteczka.
Jej matka, równie rudowłosa jak ona, siedziała przy pianinie. Na jej twarzy widniały zmarszczki wypracowane przez lata śmiechu.
– Oczywiście – odezwał się August, co przywołało Wren z powrotem do rzeczywistości. – Ale może to właściwa chwila, żeby mi pogratulować zbliżającej się nominacji. – Wsunął ręce do kieszeni i westchnął tęsknie. – Augustine Hughes, członek Wywyższonych. Nieźle brzmi.
– Może i jesteś prawdopodobnym kandydatem – odparła Wren z nutą goryczy – ale ja też jestem.
Wzruszył ramionami.
– Zapewne masz rację. Ale… ja zbieram dusze szybciej niż ty. Co, mimo twojej irytującej zdolności do otrzymywania nieustająco wysokich ocen, naprawdę ma znaczenie.
– Wiesz, zapewne nie jestem pierwszą dziewczyną, która ci to mówi, ale szybciej nie zawsze znaczy lepiej.
– Tu nie chodzi o… – August urwał i zaśmiał się krótko. – Wiesz co, Loughty, jesteś chyba jedyną osobą na tyle bezczelną, żeby tak się do mnie odzywać. Nie mówiąc o tym, że w dawnym życiu…
– Och? – Wren uniosła brwi w udawanym zdumieniu. – Czyżby tajemniczy i nieuchwytny Augustine Hughes naprawdę zamierzał mi opowiedzieć coś o swoim dawnym życiu?
Zaśmiał się.
– Nie w tej wieczności, moja droga.
Niemy gniew wstrząsnął Wren. Boże, jak on umiał nią manipulować.
– Ach. – August oparł się o futrynę. – Dostrzegam znajomy wyraz pogardy. Czyżbym trafił w czuły punkt?
– Chciałbyś.
Wiedziała, że jedynie zaspokaja jego nienormalne pragnienie doprowadzania jej do szaleństwa, ale nie była w stanie powstrzymać się od gniewu. Co najwyżej usiłowała obecnie zdecydować, czy chce się na niego rzucić i skręcić mu kark, czy też wydłubać mu oko ostrzem ukrytego sztyletu. Żadna z tych opcji nie była sensowna, zważywszy, że niezależnie od jej wysiłków, Augustine’a Hughesa nie dało się zabić.
– No, już – zadrwił z niej. – Po co ta przemoc? Wyrośliśmy z takich głupich zabaw, nieprawdaż?
– Nie wiem. Może powinniśmy to sprawdzić.
– Możesz mnie dźgnąć – oznajmił August, wzruszając obojętnie ramionami. – To zawsze wprawia cię w dobry humor.
– Mimo że dręczenie cię sprawia mi wielką radość, nie musisz się przejmować. Nie będę ryzykować własnej nominacji po to tylko, żeby skręcić ci kark lub zrzucić cię znów z dachu. – Wren zaśmiała się ironicznie i skrzyżowała ramiona. – W każdym razie nie publicznie. Prywatnie mogę rozważyć jakąś krzywdę od czasu do czasu. Rozumiesz, żeby duch w narodzie nie umarł.
– Cóż za łaskawość. – August zachichotał.
Wren zrobiła krok do przodu w zamiarze wyminięcia go, on jednak wysunął rękę i zablokował drogę.
Wren westchnęła.
– Mogę przejść?
– Zapomniałaś włożyć buty. Nie chciałbym, żeby coś ci się stało.
Tym razem uśmiechnęli się jednocześnie na samą myśl.
Ból.
Wren nie przypuszczała, że może jej brakować bólu. Ostrego i piekącego, kiedy przetnie się skórę papierem. Przeszywającego ucisku podczas okresu. Pulsującego, tępego bólu głowy. Marzyła o tym. Oboje marzyli. Dlatego właśnie bezlitośnie znęcali się nad sobą, w rozpaczliwym usiłowaniu znalezienia sposobu na to, żeby mimo wszystko nadal czuć się żywymi.
Ku ich wspólnemu rozczarowaniu jednak wciąż nie odnosili sukcesów.
Wren położyła dłoń na ramieniu Augusta. Jej palce musnęły jego skórę; mięśnie napięły się pod tym dotykiem. To wciąż był w stanie czuć. To poruszenie… czegoś. Bycia zbyt blisko kogoś innego. Przekraczania granic, których nie należy przekraczać ani nawet zauważać.
– Chyba sobie poradzę – powiedziała z krzywym uśmiechem, a on opuścił ramiona i wskazał jej drogę leniwym ruchem ręki. – Ale, jak zawsze, dzięki za troskę, Auguście.2
Emilio
Emilio Córdova przyłożył płonący knot woskowej świecy do przedramienia i zmarszczył czoło. Czuł zapach palącego się ciała, jego ciała. Widział własną brązową skórę topiącą się w krater opuchlizny, marszczącą się i pokrywającą pęcherzami. Czuł nawet delikatny dotyk, ucisk nitki babiego lata, muśnięcie pióra.
Z westchnieniem uniósł świecę i patrzył, jak rana niemal natychmiast się zasklepia.
Kolejna bezskuteczna próba poczucia się człowiekiem, znów uniemożliwiona przez niepodlegający negocjacjom fakt, że Emilio nie żył. Musiał sobie o tym przypominać. Napisał to nawet na skrawkach papieru i poprzyklejał je do ścian pokoju.
„Nie żyjesz”.
Chodziło o akceptację faktów. Tak w każdym razie mu powiedziano. Ale jak Emilio miał pogodzić się z tym, że przypadkowo zginął w wieku siedemnastu lat? Wciąż pamiętał imprezę. Stroboskopowe światła, wielokolorowe, rozbłyskujące pod ścianami sali. Bas dudniący w jego piersi. Gorzki smak pigułek na języku i słodkie rozluźnienie, które przyszło potem.
Tylko że słodkie rozluźnienie okazało się zbyt słodkie.
I oto znalazł się tutaj. Martwy.
Najgorsze, że nie miał pojęcia, dlaczego nie przeszedł na Drugą Stronę. Jasne, miał wady, ale czy to naprawdę wystarczający powód, by skazywać go na wieczny niepokój? Nie uważał tak. Zakładał jednak, że te okoliczności miały też dobre strony.
Zawsze marzył o tym, żeby magia okazała się prawdziwa.
– Musisz przestać to sobie robić – odezwał się znajomy głos gdzieś w górze. Mocny francuski akcent niósł się melodyjnym zaśpiewem. Emilio zerknął ku galeryjce okrążającej drugi poziom biblioteki i dostrzegł Oliviera. Siedział, a jego długie nogi zwisały z barierki. – To nigdy się nie zmieni. Zawsze się uleczysz.
Emilio nie spodziewał się wpaść na kogokolwiek tego wieczora. Była pora ciszy nocnej tuż przed ceremonią otwarcia Święta Dekady, co oznaczało, że większość uczniów nie będzie ryzykowała przyłapania. Emilio jednak nie zamierzał się oszukiwać, że ma szanse na nominację. A poza tym nabrał zwyczaju wymykania się po godzinach do biblioteki, zagłębiania się w starożytnych zwojach i stertach podręczników. To była jego zakazana przyjemność. Jego najlepszy haj. Zaczadzenie wiedzą. Mimo że przebywał w Blackwood raptem od roku, często miał wrażenie, że zna akademię lepiej niż inni, bo zapamiętał wszelkie fakty, na jakie się natknął. Na przykład dlaczego centralne położenie Blackwood w czyśćcu sprawiało, że znajdował się tu ośrodek magii. I w jaki sposób Eter – graniczne przejście w czyśćcu dla zagubionych dusz – istniał na płaszczyźnie pozostającej poza zrozumieniem i dało się do niego dostać wyłącznie przez portal w Opalowej Komnacie. Jak akademia utrzymywała delikatną i zagrożoną równowagę zaświatów w obrębie swych budynków z cegły i przestronnych korytarzy.
Istniały również białe plamy. Niejasne tematy, o których wiedza nie była dostępna dla uczniów. Emilio zawsze pragnął dowiedzieć się więcej o początkach Blackwood – skąd wzięła się akademia. Nic na ten temat jednak nie było. Oprócz podstawowego wyjaśnienia, że istniała od zawsze, unosiła się nad sercem czyśćca, stanowiła istotny wątek skomplikowanej sieci tworzącej zaświaty.
– O czym myślisz? – Ciepły głos Oliviera wyrwał go z zamyślenia.
– Myślę tylko o tym, że powinieneś przestać mnie szpiegować. – Emilio zebrał podręczniki i wsunął je do torby, ignorując przenikliwy głos paniki wzbierający w jego piersi. Zdarzało mu się to często, zwłaszcza w obecności Oliviera. Było to uroczo ludzkie. A w tej chwili totalnie niepożądane.
– Nie szpieguję. Może cię zaskoczę, ale nie tylko ty cenisz sobie spokój i ciszę.
Olivier pstryknął palcami i zmaterializował się tuż przed Emiliem w obłoczku czarnego dymu.
– Cholera… – Emilio zaklął pod nosem i odetchnął z trudem. – Mówiłem ci, żebyś tego nie robił. Masz czynne nogi, używaj ich.
Olivier zmarszczył brwi i odgarnął z oczu kosmyk jasnych włosów.
– To nie jest nawet w połowie tak ekscytujące. A poza tym ciężko pracowałem nad opanowaniem zaklęcia relokacji. Będę go używał dla własnej korzyści.
– Czy to właśnie teraz robisz? – Emilio obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem. – Używasz mnie dla własnej korzyści?
– Co masz na myśli, kochaniutki?
– Nie dam ci odpowiedzi na egzamin Calligana. Nie zrobię tego kolejny raz.
Olivier wydął usta niczym zrozpaczone dziecko.
– Ejże, Emilio. Czy tak nie postępują najlepsi przyjaciele? Nie pomagają sobie w trudnych chwilach?
– My – Emilio wskazał ręką na dzielącą ich przestrzeń – nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
– Dobrzy kumple?
Emilio założył ręce.
– Znajomi?
Z gardła Emilia wydobyło się słyszalne westchnienie.
– Och, dobrze. I tak nie będę ich potrzebował. – Olivier ruszył powoli ku otwartemu oknu, sprawnie przeskakując nad gęstymi pnączami pokrywającymi podłogę. – Jeśli to twój sposób na radzenie sobie, niech ci będzie. Ale obaj doskonale wiemy, że beze mnie straciłbyś zmysły w tym przeklętym miejscu.
Emilio rozważał ripostę, ale zagryzł język i zarzucił torbę na ramię. Zaczął kierować się ku drzwiom, kiedy Olivier podbiegł z powrotem i chwycił go delikatnie za rękę.
– Zaczekaj.
Słowo zabrzmiało pozbawionym tchu szeptem. Emilio zamarł, poczuwszy dłoń Oliviera zaciśniętą na własnym nadgarstku. W innym życiu Olivier oczywiście wyczułby pod palcami nieregularny puls. Rozszalałe nerwy pędzące krwiobiegiem. Ale teraz? Teraz nie było niczego. Między nimi drgała jedynie wielka pustka.
– Nie odchodź – szepnął Olivier. – Nie chcę cię dręczyć. Ja… ja naprawdę usiłuję być twoim przyjacielem.
– Dlaczego?
Olivier wzruszył ramionami.
– Bo myślę, że jesteś… dobry. A o taką cechę tu trudno.
Emilio pokręcił głową.
– Mylisz się.
– Doprawdy?
Emilio wysunął rękę z uścisku Oliviera, zignorował pustkę, którą to pozostawiło.
– Gdybyśmy byli naprawdę dobrzy, nie skończylibyśmy tutaj. Musiałem coś nabroić, żeby na to zasłużyć.
– Zwariujesz, jeśli będziesz usiłował zrozumieć, dlaczego Blackwood cię wybrało. – Zielone oczy Oliviera lustrowały twarz Emilia. – Radzę ci pogodzić się z sytuacją jako nieuniknioną. Niczego nie byłbyś w stanie zmienić. Niczego zrobić inaczej. Tak po prostu… jest.
– Okropnie filozofujesz – burknął Emilio. – Gdzie się nauczyłeś takich mądrości?
– Zawsze byłem mądry – oznajmił z dumą Olivier – tylko ty wolałeś nie słuchać.
Prawdą było, że Emilio często robił wszystko, co mógł, żeby ignorować Oliviera i wypychać go poza krąg zainteresowań. Nie było w tym nic osobistego. Emilio po prostu obiecał sobie, że nie będzie usiłował z nikim się zaprzyjaźniać. Był martwy. Po co się przyjaźnić? A jeśli zamierzał w przyszłości zapewnić sobie nominację do Dekady, musiał się skupić na nauce, zamiast wysłuchiwać fantastyczne i powtarzane w kółko opowieści Oliviera.
Owszem, Olivier był zabawny. Stanowił powiew świeżego powietrza w pustce, która pochłaniała większość dni Emilia. Otoczenie Blackwood spowijała nadprzyrodzona mgła, szary prąd wkradający się w każdą szczelinę ich świata.
Ale nie tykała Oliviera.
On był promieniem słońca. Wyrwą w ciemności. Płomieniem tlącym się w zimnej i niebezpiecznej tundrze. Może Olivier sprawiał, że Emilio czuł się normalny. Niczym prawdziwa, namacalna osoba, a nie jakaś bezcielesna istota uwięziona w naczyniu ciała. Nie żeby kiedykolwiek to przyznał. Nie należało podkręcać wciąż rosnącego ego Oliviera.
W głębi duszy Emilio czuł, że Olivier jest bliski bycia jego przyjacielem. Wiedział, że gdyby kazano im połączyć się w pary, ich oczy spotkałyby się w niemym porozumieniu. Bez słów, w jednym skinieniu głowy, obaj natychmiast wiedzieliby, co myśli ten drugi. Coś ich łączyło. Istniała między nimi nić porozumienia.
Ja widzę ciebie. Ty widzisz mnie.
– …i wiem, że nudziłem bardziej niż zwykle, ale naprawdę coraz bardziej boję się Dekady – Olivier cały czas mówił, choć Emilio zagłuszył go przypadkowo harmidrem własnych myśli – i że ty będziesz rozważany do nominacji, a ja tu zostanę.
Emilio nachylił się, nagle zainteresowany.
– Uważasz, że jestem brany pod uwagę do nominacji? Czemu tak sądzisz?
– Z powodu twoich ocen, oczywiście. Wszyscy wiedzą, że jesteś prawie najlepszy w klasie. – Olivier wzruszył ramionami. – A wszyscy kierownicy po prostu cię uwielbiają.
Emilio zarumienił się i spuścił wzrok.
– Za to jestem beznadziejny jako żniwiarz. – To nie była nadmierna skromność. Jego zdolności zbierania dusz były w najlepszym razie przeciętne. Jego ostatnie zadanie w Eterze omal nie zakończyło się katastrofą i poniósłby żałosną klęskę, gdyby na miejscu nie było Oliviera, który po nim posprzątał. – No i to moje pierwsze Święto Dekady. Nie wybiorą mnie za pierwszym razem.
Olivier machnął lekceważąco ręką i podszedł z powrotem do okna. Emilio stanął za nim i zerknął na dziedziniec rozciągający się zaraz za zamglonym szkłem. Teren pokrywała mgła, widział jednak w oddali zarysy budynków sypialnych i migotanie świec oświetlające wiele łukowatych okien.
– Twoje żniwiarskie zdolności poprawią się z czasem. A tym, co czyni cię wyjątkowym, jest twoja zdolność zapamiętywania ogromnych ilości informacji, jakbyś był żywą i oddychającą encyklopedią. – Olivier zachichotał i zmarszczył nos. – Może żywa i oddychająca nie są odpowiednimi określeniami, ale wiesz, o co mi chodzi.
– No i co z tego? – Emilio wzruszył ramionami. – Wiedza donikąd mnie nie zaprowadzi.
– Wiedza jest wszystkim – odparował Olivier. – Jest źródłem mocy. Echem życia. A skoro potrafisz przyswajać wiedzę w tempie nieosiągalnym dla pozostałych, jesteś cennym nabytkiem.
– Jasne – wymamrotał Emilio. – Cennym nabytkiem. Częścią maszyny. Czymś, co można wykorzystać, czym można manipulować…
– Nie to miałem na myśli. – Olivier położył dłonie na ramionach Emilia. – Ty, kochany, jesteś cenny dla samego siebie. A to jest cecha przydatna dla każdego Wywyższonego.
Ponieważ Emilio nie odpowiadał, Olivier zmierzył go uważnym wzrokiem. Na jego twarzy niemal natychmiast pojawił się wyraz zrozumienia.
– Ty nie chcesz… zostać Wywyższonym? – chciał wiedzieć Olivier.
Emilio poruszył się niespokojnie i odpowiedział:
– Wyglądasz na zaskoczonego.
Olivier opuścił ręce i oparł się o okno.
– Chodzi o to, że… Nie wyobrażam sobie, że ktoś może chcieć przejść na Drugą Stronę. Co, jeśli wtedy po prostu… przestajesz istnieć?
– Nie wiesz tego – odparował Emilio. – Co, jeżeli Druga Strona to naprawdę…
– Och, daj spokój. – Olivier zaśmiał się, a w jego słowa wkradła się niespodziewana gorycz. – Nie wyobrażasz sobie chyba, że po Drugiej Stronie czeka na nas jakiś ziemski raj.
– Nie wiem – wyszeptał Emilio, czując, że się czerwieni. – Coś tam musi być, nieprawdaż?
– Jeśli Blackwood czegoś mnie nauczyło – powiedział Olivier, huśtając się na parapecie – to tego, że podstawowe wyobrażenia ludzi o śmierci to tylko skrót. Proste, klarowne odpowiedzi stosowne dla ptasich móżdżków większości ludzi. Jestem przekonany, że nie muszę ci mówić, że zaświaty to znacznie więcej niż jasny podział na dobrych i złych. To jest… złożone. A zważywszy, że nikt tak naprawdę nie wie, co nas czeka po Drugiej Stronie, nie mam szczególnej ochoty rzucać się w nieznane i skończyć w jakimś miejscu, które może mi się nie spodobać.
– Wolałbyś więc raczej tkwić tu na wieki? – zapytał Emilio. – W Blackwood?
Olivier zamrugał, jakby nie spodziewał się takiego pytania.
– Tak… chyba tak.
– Ale w końcu przejdziesz – przypomniał mu Emilio. – Zapomnisz, kim byłeś. Zapomnisz dawne życie. Stracisz wspomnienia.
Olivier się skrzywił.
– Mam jeszcze trochę czasu, żeby zacząć się martwić zapominaniem.
– Ile?
– Ja… – Olivier zaśmiał się, ale w jego oczach czaił się mrok. Ramiona przygniótł mu nieobecny wcześniej ciężar. – Nie martw się o mnie, Emilio. Jestem niezniszczalny. Za to ty… – Pokręcił głową. – Musi istnieć sposób na to, żeby cię odwieść od przechodzenia na Drugą Stronę.
Emilio poczuł mocny ucisk w piersi. Chciał powiedzieć Olivierowi prawdę… że coś w nim rozpaczliwie pragnęło udowodnić, że jest dość dobry, żeby przejść. Że zasłużył. To prześladowało go od pierwszego dnia w Blackwood. Wątpliwości. Niepewność.
Bo może naprawdę nie był dość dobry. Może zasłużył na tę karę. Emilio zawsze był tchórzem, prześladowanym niewiarą w siebie i poczuciem niepewności. Nigdy naprawdę nie próbował. Rodzice kochali go, ale wiedział, że nieustannie czekali na to, że on się uruchomi. Że zrealizuje swój potencjał.
A on pozostawił ich jedynie z rozczarowaniem.
– Emilio? – Olivier wpatrywał się w niego uważnie, z troską na twarzy. – Dobrze się czujesz?
– Nie wiem. – Emilio potarł kark. – Ja po prostu… chciałbym nie musieć tyle o tym myśleć. Chciałbym po prostu nadal żyć.
– Ale nie żyjesz – odparował Olivier z zaskakującym żarem. – A mimo to jesteś tutaj. Możesz myśleć. Możesz mówić. Możesz czuć. Oczywiście, zapewne nie masz tętna, nie czujesz bólu i to wszystko nie ma sensu, ale… jesteś tutaj. I możesz nadal wzdychać i tęsknić za życiem, które już do ciebie nie należy, albo przejąć kontrolę nad taką egzystencją, jaką otrzymałeś. – Wciągnął szybko powietrze, a w jego oczach pojawiła się iskierka rozbawienia. – Nie mówiąc już o tym, że okoliczności nie są całkiem okropne. Gdybyś nie przybył do Blackwood… nigdy byśmy się nie spotkali.
Oddech ugrzązł Emiliowi w gardle. Chłopak usiłował sformułować sensowną odpowiedź, kiedy jego uwagę przyciągnął ruch za oknem. Rzucił się ku szybie i znalazł się ramię w ramię z Olivierem. W żołądku poczuł ucisk z powodu tej bliskości, choć udał, że nic nie zauważa.
– Patrz.
Dwie sylwetki. Dziewczyna i chłopak, jak założył. Chłopak był wysoki, szeroki w ramionach, a jego kruczoczarne loki rozświetlała ulotna poświata Blackwood. Rude włosy dziewczyny były zebrane w luźny warkocz opadający do pasa.
Dziwne.
Była bosa.
– Czy to… – Głos Oliviera odpłynął, kiedy chłopak nachylił się bliżej. – To chyba August i Wren. Wygląda, jakby zdążali ku głównej bramie.
Przenikliwe uczucie lęku opanowało Emilia. Ta niesławna dwójka była ostatnimi osobami, na które chciałby natknąć się w środku nocy. Nigdy nie zebrał się na odwagę, by porozmawiać z Wren, która była najlepsza w klasie i w ogóle należała do najinteligentniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkał. August zaś… cóż… August był po prostu Augustem. Wystarczyło zbyt długo mu się przyglądać, by skończyć ze sztyletem w brzuchu albo trucizną w porannej herbacie. Nie żeby to było w stanie jakkolwiek realnie zaszkodzić, ale stanowiło niedogodność.
Wszyscy uczniowie Blackwood byli w stanie leczyć samych siebie magicznie, ale uleczenie śmiertelnej rany mogło trwać nawet kilka tygodni. Czasem nawet miesięcy. Nikt nie miał ochoty zostać nieszczęśliwcem, który spędza pół roku w lazarecie, w stanie śpiączki, zamiast skupiać się na ocenach i szansach w Dekadzie.
Zafascynowany widokiem dwojga uczniów skradających się w gęstej mgle, Emilio nie zauważył, że Olivier ruszył do drzwi.
– Dokąd idziesz? – szepnął gorączkowo.
– A jak myślisz? Jeśli ta dwójka pakuje się w kłopoty, chcę wziąć w tym udział.
– Dlaczego? – jęknął Emilio.
Olivier przystanął koło drzwi i obrócił się na pięcie, by spojrzeć na Emilia. Rzucił mu swój słynny krzywy uśmiech, aż pojawiły się dołeczki.
– A dlaczego nie?
Emilio zdecydowanie wolałby pozostać w zaciszu biblioteki i uczyć się do jutrzejszego porannego egzaminu, ale wiedział, że Olivier nie zamierza się zatrzymać, a wbrew samemu sobie czuł, że nie chce mu pozwolić pakować się w coś samemu. A zatem po jednoczesnym skinieniu głową obaj odwrócili się ku drzwiom i ramię w ramię, krok w krok ruszyli w noc.4
August
Augustine Hughes nie był godny zaufania. Był okrutny. Zimny. Ludzie unikali jego spojrzenia. Inni uczniowie uskakiwali mu z drogi niczym karaluchy, kulili się nad podręcznikami, kiedy szeptali o nim w korytarzach. Krążyły pogłoski, że jego dusza praktycznie zamieszkuje mury Akademii Blackwood. Że on przebywa tu od tak dawna, by całkowicie się zatracić, dać uwięzić w podbrzuszu czyśćca. I że mu to odpowiada.
Bycie obiektem lęku ma bonusy. No i lepiej, żeby się bali, niż gdyby mieli się litować. A zatem nawet jeśli większość pogłosek krążących w żyłach Blackwood nie była prawdą, August ich nie dementował. Nawet przeciwnie: podsycał je. Pragnął, żeby ludzie dali mu spokój. Nie zbliżali się zanadto. Do diaska, nie miałby nic przeciwko temu, żeby uważali go za samego Diabła. Był przekonany, że wpoił to przekonanie każdemu w Blackwood.
No, prawie każdemu. Pozostawała jeszcze Wren Loughty.
Zadowolona z siebie, irytująca, pedantyczna Wren, która sunęła korytarzami otoczona tym swoim anielskim blaskiem. Choćby August nie wiadomo jak się starał, by zmniejszyć jej nieśmiertelną pewność siebie, jej opinia o sobie samej była niemal równie niezachwiana jak jej zmysł moralny. A jakkolwiek ich kłótnie i gry na śmierć i życie bawiły go, August zaczynał zdawać sobie sprawę, że Wren naprawdę miała szanse na zdobycie nominacji Dekady.
Co naprawdę stanowiłoby problem.
Nie żeby życzył Wren porażki. W sumie nawet… tolerował ją. I wiedział, choć nie miał ochoty przyznawać tego głośno, że nikt nie nadawał się lepiej na Wywyższoną niż ona. Czułaby się doskonale wśród elity akademickiej. Zostałaby ich cholerną świętą. To jednak nie zmieniało faktu, że sama jej obecność stanowiła nieuniknione zagrożenie dla wszystkiego, o co on się starał.
Prawda była taka, że August miał wywalone na zostawanie Wywyższonym. I nie obchodziła go chwała akademicka. Ale uprzykrzanie Wren życia ich głupkowatą rywalizacją było jedynym sposobem na odciągnięcie jej uwagi. Powstrzymanie jej od odkrycia, czego naprawdę pragnął August. On zaś wiedział, teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, że musi trzymać ją na dystans. Wznoszenie muru między nimi było dla jej dobra.
No więc… dlaczego, u diabła, zaproponował jej, by mu towarzyszyła? To była głupia decyzja. Egoistyczna. Przed sobą mógł się do tego przyznać. Dostrzegał złożoną zależność między nimi, dziwaczny magnetyzm zbliżający ich do siebie. Nic nie mógł na to poradzić. Czuł się w niewytłumaczalny sposób do niej przyciągany. Doprowadzało go to do szału.
– Możesz przestać tupać? – syknęła Wren, kiedy przekradali się w gęstej mgle. – Nie jesteś zbyt ostrożny.
August nie pofatygował się, żeby na nią spojrzeć przez ramię.
– Może gdybyś na sekundę przestała gderać, zauważyłabyś, że otacza nas bariera dźwiękowa.
– Bariera… – Zatkało ją. – Och.
– Naprawdę myślałaś, że się nie zabezpieczę? – Wyciągnął rękę i musnął krawędź tarczy z błękitnego światła falującej w powietrzu. – Nie zawracaj sobie ślicznej główki, nikt nas nie usłyszy.
– Wiesz co – mruknęła Wren, bawiąc się warkoczem – po raz drugi tej nocy nazwałeś mnie śliczną. Uważaj, Auguście. Ktoś mógłby uznać, że się we mnie podkochujesz.
Zaśmiał się.