Konto współdzielone - ebook
Leszek Jankowski jest nikim. Samotny asesor komorniczy z Łodzi, niewidzialny dla kobiet, przezroczysty dla świata. Pewnego dnia kupuje za 20 złotych współdzielone konto ChatGPT na Allegro. Zaczyna czytać cudze czaty. Znajduje coś, czego szukać nie powinien. Wkrótce pozna Olę — rudą dziewczynę, która powie mu „kocham cię”. I Ryszarda, który powie mu „będziesz dla mnie pracował”. Mroczny kryminał noir o tym, jak łatwo zostać przestępcą. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-640-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są takie wydarzenia, które dzielą ludzkie życie na dwie części — zanim i potem — i to dzielą tak definitywnie, że po przejściu na drugą stronę człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak funkcjonował wcześniej. Jak żył bez tego. Percepcja uległa nieodwracalnej zmianie.
Dokładnie to samo przydarzyło się Leszkowi Jankowskiemu, asesorowi komorniczemu z Łodzi na wiosnę 2024r.
***
Leszek mieszkał na dziesiątym piętrze punktowca przy ulicy Kochanowskiego 1/3, na tej części Bałut, gdzie dla niektórych Łódź się już kończy.
Mieszkanie Leszka miało trzydzieści osiem metrów kwadratowych, kawalerka z aneksem kuchennym. Okno wychodziło na południe. Z dziesiątego piętra wieczorem Leszek widział panoramę Łodzi, która z tej odległości wyglądała prawie pięknie. Łódź, która nie jest Łodzią, bo fraza „piękna Łódź” brzmiała jak oksymoron.
Leszek miał trzydzieści pięć lat, sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, oczy szare, włosy jasnobrązowe. Był jednym z tych mężczyzn, których twarz nie wywołuje żadnej reakcji — ani sympatii, ani antypatii, ani zainteresowania. Gdyby tego samego dnia szedł przez Łódź i umarł na ulicy, policja szukałaby świadków tygodniami, bo nikt by go nie zapamiętał. Nie był brzydki. Nie był przystojny. Był przezroczysty, w ten specyficzny sposób, który dotyczy milionów mężczyzn na całym świecie — mężczyzn, którzy nie są ani dość bogaci, żeby ich zauważyć, ani dość biedni, żeby wzbudzać litość.
Pracował w kancelarii komorniczej jako asesor. Leszek zarabiał pięć tysięcy sześćset złotych brutto, co po odliczeniu podatków, ZUS-u i czynszu dawało mu kwotę, za którą mógł przeżyć — jeść, ubierać się, płacić rachunki — ale za którą nie mógł tak naprawdę żyć. Różnica między przeżywaniem a życiem jest subtelna, ale realna: kto przeżywa, ten liczy, planuje, kalkuluje, a kto żyje, ten od czasu do czasu pozwala sobie nie liczyć. Leszek liczył zawsze.
Nie miał dziewczyny. Nie miał dzieci. Nie miał nawet kota.
***
W tym miejscu należy wyjaśnić pewną rzecz dotyczącą dostępu do wiedzy, bo to jest centralne zagadnienie tej historii i bez jego zrozumienia nic, co nastąpi później, nie będzie miało sensu.
Żyjemy w cywilizacji, która wytworzyła iluzję powszechnego dostępu do informacji. Internet, Wikipedia, YouTube, fora dyskusyjne — wszystko to stworzyło pozory, że wiedza jest darmowa, demokratyczna, dostępna jak woda z kranu. To nieprawda. A dokładniej — to prawda o tyle, o ile tę wiedzę potrafi się znaleźć, zrozumieć i zastosować.
Weźmy jakiekolwiek zagadnienie, które opisywane jest w internecie. Wiedza ta istnieje w stanie, który można by nazwać wiedzą-śmietnikiem: rozproszona w tysiącach źródeł o różnym stopniu wiarygodności, zmieszana z reklamami i artykułami napisanymi przez ludzi, którzy wiedzą mniej od tego, kto je czyta.
Leszek znał ten problem z obu stron. Jako prawnik — asesor komorniczy, z egzaminem komorniczym zdanym za pierwszym podejściem, z dobrymi ocenami na studiach — potrafił dłużnikowi albo wierzycielowi wytłumaczyć nawet najbardziej skomplikowane przepisy. Potrafił to zrobić prostym, ludzkim językiem, bo wierzył, że ludzie mają prawo rozumieć prawo, które ich dotyczy. Ale gdy Leszek sam chciał się czegoś nauczyć — czegoś z innej dziedziny — napotykał dokładnie tę samą barierę, którą jego klienci napotykali w prawie. Z tą różnicą, że Leszek nie miał swojego Leszka.
Leszek czasami próbował nauczyć się czegoś nowego. Przez internet trafił na forum elektroda.pl, gdy szukał informacji o budowie instalacji fotowoltaicznej w kamperze. Kampera nie miał — to trzeba jasno powiedzieć — i nie miał środków na jego zakup, ani nawet realistycznych planów w tym kierunku. Ale Leszek lubił wiedzieć różne rzeczy. Lubił rozumieć, jak działają.
Na Elektrodzie zadał pytanie o dobór inwertera do dwóch paneli monokrystalicznych po 200 watów, połączonych szeregowo, do ładowania akumulatora 12V 100Ah. Pytanie było konkretne, jasno sformułowane, z podanymi parametrami. Odpowiedź przyszła w czternaście minut. Napisał ją użytkownik o pseudonimie „TRANSFORMATOR_69”, z dwunastoletnim stażem na forum i rangą „Zasłużony dla Elektroda.pl”:
„Kolego, to już omawialiśmy ze 100 razy. Wpiszesz w szukajkę „kamper fotowoltaika inwerter” i masz pełno tematów. Nie będę po raz setny tłumaczył podstaw elektryczności. A jak się nie znasz — to nie majstruj, bo z prądem nie ma żartów. Zamykam.”
I zamknął.
Leszek wpisał w wyszukiwarkę forum sugerowane hasła. Znalazł siedemnaście tematów. W trzech z nich była jakakolwiek merytoryczna odpowiedź, ale każda z nich odwoływała się do wiedzy, której Leszek nie posiadał, a której wyjaśnienia w żadnym z tych wątków nie było, bo „to już było wcześniej”. Zamknięte koło. Wiedza jak forteca, do której most zwodzony podniesiono z wewnątrz.
***
W marcu 2024 roku, Leszek natknął się na ChatGPT.
Nie natknął się na niego tak, jak ludzie natykają się na rzeczy wielkie. Natknął się na niego przyziemnie i przypadkowo. Operator Play, u którego Leszek miał abonament dorzucił do oferty trzymiesięczny bezpłatny dostęp do ChatGPT Plus jako dodatek promocyjny. Leszek z reguły ignorował te dodatki. Tym razem, z nudów — użył.
I trafił na coś co zmieniło jego życie, na coś co zmieni też życie innych ludzi, o czym Leszek jeszcze nie wiedział.
Nie zadał żadnego głębokiego pytania. Nie zapytał o sens życia, o politykę, o przyszłość ludzkości. Zapytał dokładnie o to, o co próbował zapytać na Elektrodzie: jak dobrać inwerter do dwóch paneli 200W, szeregowo, do akumulatora 12V 100Ah w kamperze.
ChatGPT nie kazał mu szukać na forum. Nie zamknął tematu. Nie napisał „było tysiąc razy”. Odpowiedział — jasno, krok po kroku, prostym językiem. Wytłumaczył, że dwa panele 200W w konfiguracji szeregowej dadzą napięcie otwarcia około 80—84V i prąd zwarcia około 11A, więc potrzebny jest regulator ładowania MPPT o odpowiednim zakresie napięcia wejściowego. Wyjaśnił, czym się różni MPPT od PWM. Opisał, dlaczego przekrój kabla między panelami a regulatorem musi być odpowiedni — nie żeby było „dobrze” albo „źle”, ale konkretnie: bo przy kablu o za małym przekroju nastąpi spadek napięcia, a spadek napięcia to strata energii zamieniająca się w ciepło, a ciepło w zamkniętej przestrzeni kampera to ryzyko pożaru. Podał wzór na obliczenie spadku napięcia. A potem, kiedy Leszek zapytał, co to jest spadek napięcia, wytłumaczył i to — od zera, cierpliwie, bez protekcjonalnego tonu, bez odsyłania do regulaminu.
Leszek siedział w ciemności swojego trzydziestometrowego mieszkania, patrzył na ekran laptopa i miał dokładnie to uczucie, które ludzie musieli mieć, kiedy Edison po raz pierwszy zapalił żarówkę.
Że oto ciemność przestała być ciemnością.
Zaczął pytać o więcej.
Zaczął od fotowoltaiki, ale szybko się okazało, że fotowoltaika to drzwi do pokoju, za którym jest korytarz, a na końcu korytarza następne drzwi, i następne. ChatGPT wyjaśnił Leszkowi, jak działają akumulatory litowe — LiFePO4, dlaczego są lepsze od kwasowo-ołowiowych, jakie są krzywe ładowania, co to jest BMS. Leszek zrozumiał. I zrozumiał coś jeszcze — coś, co okazało się w pewnym sensie ważniejsze od samej wiedzy technicznej: zrozumiał, że ludzie, którzy zakładają instalacje fotowoltaiczne — ci monterzy, którzy przyjeżdżali busami, z wiertarkami i drabinami — w większości nie mieli żadnej wiedzy teoretycznej. Ich umiejętności sprowadzały się do tego, gdzie wkręcić jaką śrubkę, jakiego koloru przewód z czym połączyć i gdzie najtaniej kupić towar. Byli rzemieślnikami w najbardziej podstawowym sensie tego słowa — ludźmi, którzy nauczyli się sekwencji ruchów, ale nie rozumieli, dlaczego te ruchy muszą być wykonane w takiej, a nie innej kolejności. Nie wiedzieli, dlaczego kabel między panelami a inwerterem musi mieć przekrój 6 mm², wiedzieli tylko, że szef kazał dawać szóstkę. A szef wiedział to samo od swojego szefa.
Leszek — który w swoim zawodzie prawniczym widział codziennie, jak niewiedza generuje problemy, jak ludzie wchodzą w zobowiązania, których nie rozumieją, podpisują dokumenty, których nie czytają, i potem siedzą naprzeciwko niego z wyrazem twarzy jak ranne zwierzę — doznał czegoś na kształt ulgi. Przynajmniej w jednej dziedzinie, przynajmniej na jeden wieczór, bariera została złamana.
Potem przyszła kolej na Linuksa. Dowiedział się i zrozumiał czym jest VPN i SSH, OPENVPN oraz TOR. Później zaczął pytać o demografię — dlaczego w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci, jakie są przyczyny strukturalne, nie ideologiczne. Pytał o socjologię — czym jest anomia, co Durkheim miał na myśli, mówiąc o solidarności organicznej. Pytał o politykę — nie „kto ma rację”, bo to pytanie jest bezsensowne, ale „jakie są mechanizmy”, „jak to działa”, „dlaczego ludzie głosują wbrew swoim interesom ekonomicznym”.
Dla Leszka świat stanął otworem. Po raz pierwszy w życiu miał coś, czego nigdy wcześniej nie miał: dostęp do wiedzy, która nie była obwarowana warunkami wstępnymi. Nie trzeba było mieć dyplomu, żeby zapytać. Nie trzeba było mieć stażu na forum, punktów reputacji, ani znajomości z moderatorem. Nie trzeba było czytać regulaminu. Wystarczyło zapytać.
Czytał więcej i więcej.
***
W maju 2025 roku promocja operatora Play wygasła.
Dostęp do ChatGPT Plus zamienił się z ikony na ekranie w komunikat: „Twoja subskrypcja wygasła. Odnów subskrypcję za 24,60 USD miesięcznie”. Leszek przeliczył to na złotówki. Wyszło ponad sto złotych. Sto złotych miesięcznie to było dużo i Leszek, który liczył zawsze, nie mógł sobie na to pozwolić. Nie przy pięciu tysiącach sześćset brutto.
Darmowa wersja ChatGPT nadal działała, ale Leszek szybko odkrył, że to nie to samo. Odpowiedzi były krótsze, mniej precyzyjne, model jakby tępszy, jakby ktoś ostrzu noża nadał kąt o kilka stopni za duży. Dało się używać, ale nie dało się z tym rozmawiać w taki sposób, jak wcześniej — nie było tego poczucia, że po drugiej stronie jest ktoś, kto naprawdę rozumie pytanie.
Leszek nie lubił wydawać pieniędzy. Był oszczędny w ten głęboki, organiczny sposób, który nie wynika z chciwości, lecz z doświadczenia — z lat życia, w których każda nieprzewidziany wydatek oznaczała rezygnację z czegoś innego. Ludzie bogaci nie rozumieją tego mechanizmu. Dla nich pieniądze to płyn — wlewa się tu, wylewa tam, ogólny poziom i tak się nie zmienia. Dla Leszka pieniądze były ciałem stałym. Każda złotówka miała swoje miejsce, swoją funkcję, swój cel, i przesunięcie jednej oznaczało dziurę, która wymagała łatania.
Wszedł na Allegro.
Allegro, w swoim bogactwie ofertowym, miało wszystko. Miało klucze do Windowsa za dziesięć złotych, Netflixa na miesiąc za piętnaście złotych, konta Spotify za osiem zł. Miało też ChatGPT Plus na 30 dni za 19,99 zł.
Dwadzieścia złotych.
Pięć razy taniej niż oficjalna subskrypcja.
Leszek nie zastanawiał się długo. Kliknął „Kup teraz”. Zapłacił BLIK-iem. Po czterech minutach dostał maila z danymi: adres e-mail i hasło do konta ChatGPT Plus.
Zalogował się. Wszystko działało. Model odpowiadał tak jak wcześniej — ostro, precyzyjnie, wyczerpująco. Leszek odetchnął. Wrócił do pytań o Linuksa, o sieci komputerowe, o protokoły szyfrowania.
***
Odkrycie przyszło przypadkiem, pewnego czerwcowego wieczoru, kiedy po zalogowaniu Leszek zauważył coś, czego wcześniej nie widział. Na pasku bocznym — tam, gdzie wyświetlała się historia konwersacji — były czaty. Dużo czatów. Czaty, których Leszek nie prowadził.
Najpierw pomyślał, że to błąd. Potem — że to jakieś szablony, wbudowane przykłady. Kliknął w pierwszy z nich. Nagłówek brzmiał: „pomóż mi napisać cv na stanowisko przedstawiciela handlowego”.
To nie był szablon.
To była prawdziwa rozmowa. Ktoś — jakaś osoba, gdzieś w Polsce, być może w innym mieście, być może o dwa bloki stąd — prosił ChatGPT o pomoc w napisaniu CV. Opisywał swoje doświadczenie: trzy lata w hurtowni budowlanej, wcześniej magazynier, wykształcenie średnie techniczne. Pytał, czy wpisać znajomość Excela, bo zna go „tak średnio”. ChatGPT odpowiadał cierpliwie, redagował, poprawiał, sugerował zmiany. Rozmowa miała osiemnaście wymian. Na końcu osoba napisała: „dzięki stary, jesteś lepszy niż mój kumpel”.
Było ich kilkadziesiąt. Może więcej — Leszek nie liczył, za bardzo był pochłonięty czytaniem, a historia konwersacji ciągnęła się w dół jak studnia bez dna. Każdy czat to była inna osoba. Inna historia. Inny fragment życia kogoś, kto — tak jak Leszek — kupił na Allegro dostęp do sztucznej inteligencji za dwadzieścia złotych i nie wiedział, albo nie obchodziło go, że ktoś inny to przeczyta.
Leszek siedział na kanapie. Za oknem Łódź świeciła swoją pomarańczowo-białą łuną. Deszcz — ten łódzki deszcz, ani deszcz, ani mgła — osiadał na szybach dziesiątego piętra.
I Leszek czytał.
Leszek kliknął w następny czat. „Jakie są objawy ukąszenia przez kleszcza”. Następny: „Czy mogę prawnie odmówić pracy w nadgodzinach jeśli mam dziecko do trzech lat”. Następny: „Napisz mi wypracowanie na temat roli internetu w życiu młodzieży 250 słów”. Następny: „Moja żona mnie zdradza co robić”.
Następny. Następny. Następny.
Było ich kilkadziesiąt. Może więcej — Leszek nie liczył, za bardzo był pochłonięty czytaniem, a historia konwersacji ciągnęła się w dół jak studnia bez dna. Każdy czat to była inna osoba. Inna historia. Inny fragment życia kogoś, kto — tak jak Leszek — kupił na Allegro dostęp do sztucznej inteligencji za dwadzieścia złotych i nie wiedział, albo nie obchodziło go, że ktoś inny to przeczyta.
Leszek siedział na kanapie. Za oknem Łódź świeciła swoją pomarańczowo-białą łuną. Deszcz — ten łódzki deszcz, ani deszcz, ani mgła — osiadał na szybach dziesiątego piętra.
I Leszek czytał.ROZDZIAŁ 2 KETAMINA
Czytanie cudzych czatów wciągało Leszka coraz głębiej — jak wir, powoli i łagodnie, ale z siłą, której nie sposób odczuć, dopóki nie jest za późno. Tak bardzo, że robił to każdego wieczoru. To była jego odskocznia po pracy. Po kolejnym dniu w terenie, gdy jak listonosz doręczał pisma na zlecenie wierzycieli — z tą różnicą, że listonosz przynosi czasem dobre wiadomości. Po kolejnym dniu, gdy jakiś pijany dłużnik kłócił się z nim na klatce schodowej, dlaczego musi płacić alimenty na swoje własne dzieci — „bo to nie moje, to kurwy dzieci, niech kurwa płaci” — a Leszek stał, trzymał kopertę z odpisem tytułu wykonawczego i czekał, aż mężczyzna skończy, bo nic innego nie mógł zrobić. Po dniach, gdy nie działo się zupełnie nic, a jedynym miernikiem upływającego czasu była kupka papierów z jego podpisem, rosnąca na biurku.
Po takich dniach Leszek wracał do mieszkania na Kochanowskiego, zdejmował buty, siadał na kanapie, włączał laptopa, wstawiał w czajniku wodę na herbatę, której nigdy nie zaparzał, bo gdy zaczynał czytać to o herbacie zapominał.
Dawało mu to, czego nie miał nigdzie indziej: wgląd w życie innych ludzi. Nie ten przefiltrowany, zredagowany wgląd, który oferują media społecznościowe — gdzie każdy jest szczęśliwszy, piękniejszy i bogatszy niż w rzeczywistości — ale wgląd surowy, nieprzetworzony, intymny do bólu. Ludzie pisali do ChatGPT rzeczy, których nie powiedzieliby nikomu. Pisali tak, jak się pisze do pamiętnika, z tą różnicą, że pamiętnik nie odpowiada. A to odpowiadało.
To było jak podglądanie — Leszek zdawał sobie z tego sprawę. Ale podglądanie specyficznego rodzaju: nie ciał, nie sypialni, nie sekretów erotycznych — lecz umysłów. Ich zagubienia, ich pragnień, ich pytań, na które wstydzili się odpowiedzieć sami i wstydzili się zapytać kogokolwiek z krwi i kości. Każdy czat był jak otwarta rana, tyle że rana czyjaś, nie jego.
Pewnego czerwcowego wieczora w czwartek, co Leszek zapamiętał dokładnie, bo w czwartki wracał z pracy wcześniej, kancelaria zamykała się o piętnastej — zobaczył na liście czatów tytuł, który go zaintrygował.
„Ketamina dla konia”.
Wiedział, co to koń. Słowo „ketamina” nie mówiło mu nic.
Otworzył czat.
Rozmowa zaczynała się niewinnie — albo raczej: zaczynała się w sposób, który udawał niewinność. Użytkownik pytał o ketaminę w kontekście weterynaryjnym. Ile gramów na kilogram masy ciała konia. Jaka jest typowa dawka. Jak szybko zaczyna działać po podaniu domięśniowym. ChatGPT odpowiedział rzeczowo: ketamina to anestetyk dysocjacyjny, stosowany w weterynarii głównie do znieczulenia ogólnego dużych zwierząt. Typowa dawka dla konia to 2,2 mg na kilogram masy ciała, podawana dożylnie. Działanie rozpoczyna się w ciągu 1—3 minut przy podaniu dożylnym, 10—15 minut przy domięśniowym.
Następne pytanie: jakie są objawy użycia ketaminy u konia.
ChatGPT opisał: mimowolne ruchy gałek ocznych, katalepsja, utrata koordynacji, ślinotok, sztywność mięśniowa.
Następne pytanie: jakie mogą być skutki uboczne.
ChatGPT wymienił: depresja oddechowa, tachykardia, nadmierne wydzielanie śliny, w rzadkich przypadkach drgawki.
Następne pytanie: jak przeciwdziałać skutkom ubocznym, gdyby koń źle zareagował.
ChatGPT wyjaśnił procedurę: monitorowanie oddechu, w razie depresji oddechowej — intubacja, podanie diazepamu w przypadku drgawek, utrzymywanie zwierzęcia w spokojnym otoczeniu.
Leszek czytał to wszystko i widział wyraźnie — tak jak prawnik widzi, dokąd zmierza przesłuchanie, zanim świadek sam to zrozumie — że ta rozmowa nie dotyczy konia. Dawki, objawy, skutki uboczne, sposoby przeciwdziałania — to była instrukcja. Starannie wyciągana, pytanie po pytaniu, z AI, które nie wie, nie rozumie i nie może wiedzieć, że odpowiada na pytania dotyczące człowieka, nie zwierzęcia. Bo AI nie widzi kontekstu poza kontekstem. Widzi słowa. A słowa mówiły: koń.
ChatGPT nie wiedział, dokąd zmierza ta rozmowa. Leszek wiedział, ale jeszcze nie do końca.
***
Kolejnego dnia w piątek, gdy Leszek wrócił z pracy to pierwszą rzeczą, jaką zrobił było otwarcie laptopa i zalogowanie się na konto ChatGPT. Znalazł czat „Ketamina dla konia”. Był dłuższy niż wczoraj.
Nieznany użytkownik wrócił. I kontynuował, ale rozmowa zmieniła kierunek — nie w stronę konia, lecz w stronę logistyki.
Pierwsze nowe pytanie dotyczyło tego, gdzie w Łodzi można kupić ketaminę.
Leszek zamarł.
W Łodzi. Użytkownik napisał „w Łodzi”. Nie „w Polsce”. Nie „w moim mieście”. W Łodzi. Leszek poczuł coś zimnego w żołądku — nie strach, nie jeszcze, ale coś jak nagłe wyostrzenie percepcji. Ten człowiek był z tego samego miasta. Może z tej samej dzielnicy. Może kupił to samo konto na Allegro u tego samego sprzedawcy.
ChatGPT odpowiedział — poprawnie i legalnie, że ketamina jest substancją kontrolowaną i nie można jej kupić bez recepty. Że w Polsce podlega ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii i jest dostępna wyłącznie dla uprawnionych lekarzy weterynarii oraz placówek medycznych.
Użytkownik zmienił taktykę. Nie pytał już o kupno.
Pytał o konkretną klinikę weterynaryjną. Podał nazwę a Leszek ją zapamiętał.
Klinika weterynaryjno-zoologiczna. Użytkownik pytał, czy tego typu placówki przechowują ketaminę na miejscu. ChatGPT wyjaśnił, że tak — kliniki weterynaryjne, które wykonują zabiegi chirurgiczne i znieczulenia ogólne, z reguły mają ketaminę w magazynie leków, w zamykanym sejfie lub szafie z ograniczonym dostępem, zgodnie z przepisami dotyczącymi substancji psychotropowych.
Następne pytanie: godziny pracy tej kliniki.
Leszek otworzył Google Maps w drugiej zakładce przeglądarki. Wpisał nazwę kliniki. Znalazł ją. Była na Radogoszczy.
Użytkownik zapytał o to samo i ChatGPT podał te same informacje, pobrane z internetu.
Potem — i to było ostatnie pytanie w czacie, zapisane tego samego dnia, w piątek, o godzinie 22:47 — użytkownik napisał:
„Jak używać gun pick”.
Leszek nie wiedział, co to jest gun pick, ani lock pick, czy inny pick. Nigdy nie słyszał tych słów. Otworzył nowy czat — swój własny, czysty — i zapytał ChatGPT.
Odpowiedź przyszła w trzy sekundy. Lock pick gun — pistolet do otwierania zamków, znany też jako snap gun. Urządzenie mechaniczne lub elektryczne, które wykorzystuje gwałtowne uderzenie w bolce zamka bębenkowego, powodując ich chwilowe odskoczenie do linii ścinania, co pozwala na obrót cylindra zamka bez użycia oryginalnego klucza. Dostępne do kupienia w internecie na Temu za kilkadziesiąt złotych.
Leszek zamknął laptopa.
Siedział w ciemności.
Leszek wiedział, że powinien coś zrobić. Zadzwonić gdzieś. Komuś powiedzieć. Ale komu? I co powiedzieć? Że czyta cudze czaty na koncie kupionym za dwadzieścia złotych na Allegro? Że ktoś pytał o ketaminę dla konia, a on — asesor komorniczy, człowiek, który doręcza pisma i opisuje zajęte lodówki i telewizory w protokołach, jest przekonany, że to nie chodzi o żadnego konia?
Na policji zapytaliby go, skąd ma to konto. Musiałby wyjaśnić. Konto współdzielone. Allegro. Dwadzieścia złotych. Nie, nie moje. Nie, nie znam tego użytkownika. Tak, czytam cudze rozmowy.
Leszek nie zadzwonił nigdzie.
Poszedł spać.
***
Poniedziałek. Dziewiąta rano.
Kancelaria komornicza mieściła się na trzecim piętrze budynku przy Piotrkowskiej i o dziewiątej rano Leszek był już przy biurku, z kubkiem kawy z automatu.
Pierwsza sprawa: zajęcie ruchomości w lokalu gastronomicznym „Pizza i Zapiekanka” na Radogoszczy, dłużnik — spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, jednoosobowa, co w praktyce oznaczało jednego człowieka, który założył spółkę, żeby nie odpowiadać majątkiem osobistym, a potem i tak odpowiadał jako członek zarządu, jedyny członek zarządu. Zadłużenie: czterdzieści siedem tysięcy złotych plus odsetki. Wierzyciel: hurtownia produktów spożywczych. Leszek miał zająć wyposażenie lokalu — piec do pizzy, chłodnie, meble — sporządzić protokół i dać dłużnikowi do podpisu.
„Pizza i Zapiekanka” znajdowała się w parterze kamienicy, między zakładem fryzjerskim a punktem ksero. Szyld — czerwone litery na białym tle, „i” w nazwie miało kształt plasterka pepperoni — odstawał od ściany po lewej stronie, co nadawało mu wygląd obiektu, który sam chce uciec. Leszek wszedł. Wnętrze: sześć stolików, z których cztery miały na blatach resztki po wczorajszym zamknięciu — serwetki, okruszki, jedno puste pudełko po czosnkowym dipie, oświetlenie jarzeniowe, z którego jedna świetlówka migała.
Za ladą stał dłużnik. Mężczyzna koło pięćdziesiątki, cienkie włosy zaczesane do tyłu, fartuch w mączne plamy, twarz człowieka, który od dawna wie, że przegrywa, ale jeszcze nie wie, jak przegrać z godnością. Leszek wylegitymował się. Okazał mu odpis tytułu wykonawczego. Wyjaśnił spokojnym, profesjonalnym tonem — tym tonem, którego uczył się latami, tonem, który nie jest ani ciepły, ani zimny, lecz precyzyjnie neutralny — że dokonuje zajęcia ruchomości, a później je wymieni w protokole i poda orientacyjną wartość. Później pouczył co pięćdziesięciolatek może zrobić, jeśli nie zgadza się z wyceną.
Dłużnik nie krzyczał. Nie kłócił się. Pokiwał głową, podpisał, gdzie trzeba było podpisać, a potem powiedział — cicho, do siebie, nie do Leszka — „no trudno”. I poszedł na zaplecze.
Leszek spisał pozycje: piec konwekcyjno-parowy numer seryjny taki i taki, wartość szacunkowa osiem tysięcy złotych. Chłodnia Liebherr. Stół chłodniczy dwudrzwiowy. Mikser planetarny Kenwood. Dziesięć krzeseł, sześć stolików, lada z blatem ze stali nierdzewnej. Nakleił na każdą pozycję żółtą naklejkę z pieczątką kancelarii i numerem sprawy. Piec do pizzy dostał naklejkę na bok, tuż nad termostatem.
Wyszedł.
Stanął na chodniku, schował teczkę do torby i rozejrzał się — odruchowo, bez celu, w ten sposób, w jaki człowiek się rozgląda, gdy wychodzi z budynku i przez ułamek sekundy musi się zorientować, w którą stronę ma iść.
I wtedy ją zobaczył.
Po drugiej stronie ulicy, dwa budynki dalej, za małym sklepem z warzywami — klinika weterynaryjna. Ta klinika. Ta, której nazwę czytał w piątek wieczorem na ekranie laptopa, w cudzym czacie, w rozmowie o „ketaminie dla konia”.
Na drzwiach — taśma. Biało szeroka, papierowa i czerwona pieczątka komisariatu policji.
Leszek stał na chodniku. Chodnik był brudny, popękany, z kępką trawy wyrastającą z pęknięcia przy krawężniku. Stał i patrzył na taśmę na drzwiach kliniki i czuł, jak coś w jego mózgu — coś, co do tej pory było abstrakcją, literami na ekranie, cudzą sprawą, cudzym czatem — staje się nagle materialne. Realne. Bliskie.
Przed sklepem z warzywami stał mężczyzna w roboczym fartuchu, koło czterdziestki, i palił papierosa. Leszek podszedł.
— Przepraszam, a co się tu stało? — Wskazał głową na klinikę.
Mężczyzna zaciągnął się. Wypuścił dym nosem.
— A, włamanie.
— Kiedy?
— W nocy. Z niedzieli na poniedziałek. — Mężczyzna strzepnął popiół. — Rano jak otwierałem to już policja tu była. Podobno alarm nie zadziałał, albo nie mieli alarmu, nie wiem. Weszli przez drzwi od tyłu, od podwórka. Wzięli leki jakieś, tak słyszałem. Leki! Z weterynarza! — Zaśmiał się krótko, sucho, śmiechem człowieka, który widział w życiu wystarczająco dużo, żeby nic go nie dziwić, ale za mało, żeby przestać komentować. — Pewnie jakieś ćpuny. Mówię panu, tu się robi coraz gorzej.
Leszek powiedział do widzenia i przeszedł na drugą stronę ulicy. Przystanął przed kliniką. Drzwi — zwykłe, oszklone, z naklejką z kotem i psem i numerem telefonu pod spodem — były zamknięte. Taśma policyjna biegła po przekątnej, od klamki do framugi. Za szybą widać było poczekalnię: plastikowe krzesła, stolik z gazetami, plakat o szczepieniu przeciw wściekliźnie.
To się wydarzyło.
To, co czytał w piątek wieczorem w cudzym czacie — te pytania o ketaminę, o klinikę, o godziny pracy, o lock pick gun — to się wydarzyło. W niedzielę w nocy ktoś wszedł od tyłu, otworzył zamek pistoletem do zamków, zabrał ketaminę z sejfu, i wyszedł. I ten ktoś — ten sam ktoś — siedział na tym samym koncie ChatGPT, na które Leszek logował się każdego wieczoru.
Leszek obrócił się i poszedł w stronę przystanku tramwajowego. Szedł szybko, szybciej niż zwykle, nie dlatego, że się spieszył, ale dlatego, że ciało reagowało wcześniej niż umysł — ciało chciało odejść od tego miejsca, oddalić się, a umysł jeszcze przetwarzał.
***
Wieczorem Leszek usiadł na kanapie. Otworzył laptopa. Zalogował się. Przeszedł do historii czatów.
Szukał. Przewijał. W dół, w dół, dalej w dół.
Czatu „Ketamina dla konia” nie było.
Ktoś go usunął.ROZDZIAŁ 3 K-HOLE
W kolejnych dniach życie wróciło do starego rytmu — a raczej: życie udawało, że wraca do starego rytmu, a Leszek udawał, że mu wierzy. Chodził do kancelarii. Doręczał pisma. Sporządzał protokoły. Wracał do domu, siadał na kanapie i otwierał laptopa.
Czytał czaty.
Wśród nich były takie jak poprzednio. Dzieci prosiły o wypracowania — na temat Lalki, Pana Tadeusza, ciągle tego Pana Tadeusza, jakby od dwustu lat nic ważniejszego w polskiej literaturze się nie wydarzyło. Zakochani upewniali się w swojej miłości — „czy to normalne, że myślę o nim cały czas?”, pytała jakaś dziewczyna, a ChatGPT odpowiadał ze spokojem psychologa, który nigdy nie był zakochany i nie zamierza. Informatycy kodowali — wklejali setki linii Pythona i pisali „fix this” albo „why doesn’t it work”, z irytacją ludzi, którzy uważają, że maszyna powinna rozumieć ich intencje bez dodatkowych wyjaśnień, bo w końcu jest inteligentna, prawda? Jest sztuczną inteligencją, prawda?
***
W środę, krótko po jedenastej, Leszek siedział w kancelarii przy swoim biurku i wypełniał dla szefa formularz protokołu opisu i oszacowania nieruchomości, gdy Basia powiedziała:
— Widziałeś to?
Basia Kowalczyk — właściwie Barbara, ale nikt jej tak nie nazywał od dwudziestu siedmiu lat, czyli od momentu, gdy zaczęła pracować w kancelarii — była sekretarką. To znaczy: oficjalnie była „pracownikiem administracyjno-biurowym”, ale w praktyce Basia była wszystkim. Wysyłała listy — polecone, ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru, dziesiątki dziennie, do sądów, do dłużników, do wierzycieli, do urzędów skarbowych, do ZUS-u, do banków, do kogo trzeba. Odbierała telefony — i to Basia była pierwszą linią obrony kancelarii przed dłużnikami, którzy dzwonili z pretensjami, z prośbami, z groźbami, z płaczem, ze wszystkim, a Basia słuchała, odpowiadała spokojnie, a po odłożeniu słuchawki mówiła „Jezus Maria, kolejny wariat” i piła łyk kawy.
Basia miała pięćdziesiąt osiem lat i chwilę do emerytury. Była gruba — nie „pełna”, nie „przy kości”, nie żadnym z tych eufemizmów, którymi współczesność opakowuje ciała, żeby nie urazić nikogo. Miała krótkie, ufarbowane na kasztanowo włosy, okulary na łańcuszku i głos, który słyszało się z korytarza.
W ręku trzymała Express Ilustrowany złożony na tylnej okładce, na której było zdjęcie dziewczyny w bikini.
— Popatrz na to. — Basia obróciła gazetę i pokazała Leszkowi zdjęcie. — Ładniejsze mijam na bazarze na Zachodniej.
Leszek uśmiechnął się — tym uśmiechem, którego nauczył się w pracy, uśmiechem, który nie oznacza nic, ale jest uprzejmy — i wrócił do formularza.
Basia odłożyła gazetę, wzięła kubek kawy, upiła łyk i powiedziała:
— A słyszałeś o tych staruszkach?
— Jakich staruszkach?
— No, tych okradanych. — Basia usiadła wygodniej na krześle, co oznaczało, że zamierza opowiedzieć historię. Pisali o tym w Ekspresie. Wchodzą do mieszkania, dwóch ich jest albo trzech, mówią, że są konserwatorami ze spółdzielni. Że przyszli sprawdzić liczniki, albo kaloryfery, albo rury. Jeden rozmawia z dziadkiem w przedpokoju, a drugi idzie do drugiego pokoju — niby sprawdzać — i grzebie po szufladach. Ale to nie jest najgorsze.
— A co jest najgorsze?
— Najgorsze jest to, że dają zastrzyk.
Leszek odłożył długopis.
— Zastrzyk?
— Zastrzyk. — Basia pokiwała głową z miną człowieka, który relacjonuje fakty tak straszne, że sam w nie do końca wierzy, ale musi o nich mówić, bo milczenie byłoby gorsze. — Mówią dziadkowi, żeby usiadł, bo musi im podpisać protokół do spółdzielni. I wtedy jeden z nich daje mu zastrzyk. W ramię. Dziadek kładzie się na podłodze. Nie, nie kładzie się. Osuwa się. Leży na podłodze i ma otwarte oczy. Żyje. Wszystko widzi, ale nie może się ruszyć. Ci dwaj chodzą po mieszkaniu, zbierają pieniądze, złoto, co jest, i wychodzą. A dziadek leży na podłodze z otwartymi oczami i dopiero po dwóch godzinach zaczyna czuć ręce. Piszą, że jeszcze przez chwilę może mówić, więc on im mówi, gdzie co ma, po to ten zastrzyk.
Leszek słuchał.
— Ci poszkodowani — ciągnęła Basia — mówili później policji, że czuli, jakby zapadali się w dziurę. Jeden staruszek tak powiedział: że miał otwarte oczy, widział sufit, widział lampę, ale czuł, jakby spadał. Jakby podłoga się pod nim otworzyła i on wpadał w dziurę, ale ta dziura nie miała dna. I nie mógł krzyczeć. I nie mógł się ruszyć. Tylko leżał i spadał.
— W dziurę — powtórzył Leszek.
— W dziurę. — Basia upiła łyk kawy. — A ostatnio, słyszałem, jakaś babcia, siedemdziesiąt lat, to nie przeżyła tego spotkania. Serce nie wytrzymało. Albo za dużo tego wstrzyknęli, albo za stara była. Nie wiem, ale nie żyje.
Leszek milczał.
Dziura.
Nie dziura. K-hole.
Słowo uderzyło go od wewnątrz — nie jak wspomnienie, ale jak rozpoznanie. K-hole; czytał o tym w czacie o ketaminie. Użytkownik ma poczucie oddzielenia umysłu od ciała. Otwarte oczy, ale brak kontaktu z otoczeniem. Poczucie zapadania się, tunelu, otchłani. Unieruchomienie.
Ci starsi ludzie opisywali k-hole.
A ktoś, kto siedział na tym samym koncie ChatGPT co Leszek, pytał trzy tygodnie temu, jak dawkować ketaminę. Dla konia.
— Leszek? Dobrze się czujesz? — Basia patrzyła na niego znad okularów.
— Tak. — Przełknął ślinę. — Tak, dobrze. Po prostu… niesamowite, co ludzie potrafią.
— A co ci powiem. — Basia wzruszyła ramionami. — W tym mieście to ja się już niczemu nie dziwię.
***
Resztę dnia Leszek przesiedział przy biurku. Nie wyszedł w teren. Miał zaplanowane dwie czynności, ale zadzwonił do obu dłużników i przełożył na piątek. Siedział i gapił się na ekran komputera z otwartą Curendą, lecz zamiast tego widział czat. Widział słowa. „Ketamina dla konia”; „Jakie są objawy użycia”; „Jak im przeciwdziałać”. Widział taśmę policyjną na drzwiach kliniki weterynaryjnej.
Powinienem pójść na policję — pomyślał.
Myśl była jasna i oczywista. Taka myśl, jaka przychodzi każdemu normalnemu człowiekowi w takiej sytuacji. Powinienem pójść na policję i powiedzieć im, co wiem. O tym, że ktoś na współdzielonym koncie ChatGPT planował włamanie do kliniki weterynaryjnej. Że pytał o ketaminę. Że pytał o lock pick gun. Że włamanie się wydarzyło. Że teraz ktoś — prawdopodobnie ten sam ktoś — okrada staruszków, wstrzykując im ketaminę. I że jedna osoba nie żyje.
Ale za myślą przyszła druga myśl, jak cień za człowiekiem, i ta druga myśl była inna.
Na policji zapytają: skąd pan to wie?
I Leszek będzie musiał powiedzieć: z ChatGPT.
A policjant zapyta: z pana konta?
I Leszek powie: nie, z konta współdzielonego.
A policjant: co to znaczy „współdzielone”?
I Leszek: kupiłem dostęp na Allegro. Za dwadzieścia złotych. Konto, na które loguje się wiele osób. I mogę czytać ich rozmowy.
A policjant — Leszek widział to wyraźnie, widział tego policjanta, widział komisariat, plastikowe krzesło, fluorescencyjne oświetlenie, kubek po kawie na biurku, długopis na łańcuszku, formularz zeznania, widział to wszystko, bo w ramach praktyk na studiach był na komisariacie, widział, jak się tam rozmawia z ludźmi, i wiedział, jak to wygląda — policjant podniesie wzrok znad formularza i zapyta:
I od jak dawna pan czyta cudze rozmowy?
Od kilku tygodni.
I nikomu pan o tym nie powiedział?
Nie.
Ani po tym, jak pan przeczytał czat o ketaminie?
Nie.
Ani po tym, jak pan zobaczył taśmę policyjną na klinice?
Nie.
Pauza. Policjant patrzy. Leszek patrzy. Cisza.
Dlaczego?
Leszek — prawnik, asesor komorniczy, człowiek, który na co dzień stosuje prawo i egzekwuje wyroki sądowe — znał odpowiedź na to pytanie. Wiedział, dlaczego nie poszedł na policję po tym, jak zobaczył taśmę na klinice. Nie poszedł, bo się bał. Nie sprawców — ich nie znał, ich nigdy nie widział — ale siebie. Bał się tego, jak będzie wyglądał, gdy zacznie opowiadać. Człowiek, który czyta cudze rozmowy. Który od tygodni wie o planowanym przestępstwie i nic nie zrobił.
I tu Leszkowi przyszła trzecia myśl. Najgorsza.
Leszek oglądał kiedyś — dawno, jeszcze jako student stare odcinki programu „997”z Michałem Fajbusiewiczem nagrywane zresztą tutaj w Łodzi. Opowiadał o zbrodniach głosem spokojnym i rzeczowym, jakby mówił o pogodzie. Było wiele przypadków, że prawdziwy sprawca zgłaszał się „do statystowania” w rekonstrukcji. Nie po to, by pomóc, tylko by podejrzeć, co redakcja już wie, sprawdzić, czy ktoś go rozpozna, usłyszeć własną historię opowiedzianą cudzym głosem i — przede wszystkim — dopisać do niej drobne korekty mimiką, półsłówkiem, podpowiedzią rzuconą mimochodem. Taki człowiek siadał w garderobie między przypadkowymi statystami, pił herbatę z plastikowego kubka, żartował z realizatorem, a w środku liczył ryzyko jak księgowy: ile szczegółów wypłynęło, ile jeszcze jest bezpieczne, czy w scenariuszu pojawił się ten jeden przedmiot, którego istnienie znał tylko on. I właśnie to było w tym najgorsze — że na planie, w świetle kamer, przestępca mógł przez chwilę udawać zwykłego widza własnej winy.
Chyba wszyscy policjanci w Łodzi, w Polsce znali ten fenomen, nie tylko polski zresztą, że sprawca wraca na miejsce przestępstwa.
Teraz Leszek pójdzie na policję i powie, że ktoś truje staruszków ketaminą. A może policja w ogóle nie sprawdzała czym są truci? Może to od niego dowiedzą się, że to ketamina.
Skutek, koś zacznie widzieć w nim sprawcę. Dziękuje postoję — pomyślał Leszek.
***
Wieczorem w tym samym dniu Leszek siedział na kanapie z laptopem na kolanach. Herbata stygła na stoliku. Za oknem było jeszcze jasno — najdłuższe dni w roku.
Otworzył ChatGPT. Przeszedł do listy czatów.
Przewijał. Wypracowania, kod, przepisy na ciasta, pytanie o prawo pracy, pytanie o najlepszy telefon do dwóch tysięcy złotych, pytanie jak napisać CV, pytanie jak odejść od męża. Zwykłe pytania zwykłych ludzi. Skomplikowanie ludzkiego życia przełożone na prompty.
I wtedy zobaczył tytuł, który sprawił, że przestał oddychać na dwie sekundy.
„Uczę się do egzaminu na lekarza weterynarii”.
Otworzył czat.
Pierwsza wiadomość użytkownika: „Przygotowuję się do egzaminu z zakresu anestezjologii weterynaryjnej. Potrzebuję powtórki z anestetyków wziewnych. Zacznijmy od halotanu.”
ChatGPT odpowiedział obszernie. Halotan — wziewny środek anestetyczny, wprowadzony do praktyki klinicznej w 1956 roku. Powoduje utratę przytomności, zniesienie odczuwania bólu, zwiotczenie mięśni. Nadal stosowany w weterynarii w krajach rozwijających się ze względu na niski koszt.
Użytkownik: „Jak podaje się halotan w praktyce weterynaryjnej?”
ChatGPT wyjaśnił procedurę.
Użytkownik: „Jakie stężenie halotanu powoduje utratę przytomności u człowieka?”
I tu się zaczęło.
ChatGPT odpowiedział ostrożnie — napisał, że MAC halotanu u ludzi wynosi 0,75%, co oznacza, że przy tym stężeniu połowa pacjentów nie reaguje na bodziec chirurgiczny. Dodał standardowe zastrzeżenie: halotan powinien być stosowany wyłącznie przez wykwalifikowany personel medyczny, w warunkach szpitalnych, z pełnym monitorowaniem parametrów życiowych pacjenta.
Użytkownik: „Rozumiem. Pytam w kontekście egzaminu. Na egzaminie mogą pytać o parametry porównawcze — weterynaryjne i ludzkie. Jak szybko człowiek traci przytomność przy indukcji halotanowej?”
ChatGPT: Przy stężeniu wdychanym 2—4% — utrata przytomności następuje w ciągu 2—3 minut. Przy wyższych stężeniach — szybciej. Halotan ma stosunkowo wysoki współczynnik podziału krew/gaz (2,54), co oznacza wolniejszy początek działania w porównaniu z sewofluranem czy desfluranem, ale wciąż wystarczająco szybki do zastosowania klinicznego.
Użytkownik: „Jakie są objawy ekspozycji na halotan u zwierząt? Np. jeśli zwierzę przypadkowo wdychało opary halotanu rozlanego w gabinecie?”
ChatGPT. Odpowiedział: objawy przypadkowej ekspozycji na opary halotanu obejmują senność, dezorientację, utratę koordynacji ruchowej, a przy dłuższej ekspozycji — utratę przytomności. Halotan jest cieczą lotną, która paruje w temperaturze pokojowej, dlatego rozlanie nawet niewielkiej ilości w zamkniętym pomieszczeniu może stworzyć stężenie wystarczające do wywołania sedacji.
Leszek zamknął laptopa.
Nie zamknął — zatrzasnął. Ruch był mimowolny, odruchowy, jak cofnięcie ręki od gorącego garnka. Laptop klapnął i zgasł, i Leszek siedział w ciemności — bo zdążył się ściemnić, lato nie lato, było wpół do dziesiątej — i oddychał.
Halotan.
Przeszli z ketaminy na halotan. Z zastrzyku — na gaz. Ewolucja metody.
Powinienem pójść na policję. Myśl wróciła. Ta sama myśl. Czysta, oczywista, moralna. Powinienem pójść na policję, bo ktoś doskonali metodę, bo ktoś planuje następny napad, bo następna staruszka może nie przeżyć.
Leszek wyobraził sobie jednak odcinek „997” z sobą w roli głównej. Fajbusiewicz stoi w rekonstrukcji — kamizelka, mikrofon — i mówi spokojnym głosem: „Sprawca sam zgłosił się na komisariat, oferując pomoc w śledztwie. Opowiadał szczegóły nieznane opinii publicznej. Proszę państwa, niewiarygodne, to komornik”, a później wyjaśniał psychologiczny aspekt zachowania sprawców, takich jak Leszek. Dalej Leszek widział te komentarze w internecie na forach: „Komornik morderca, nie dość, że złodzieje to mordercy!”
Otworzył laptopa z powrotem.
Odszukał czat „Uczę się do egzaminu na lekarza weterynarii”.
Czatu nie było.
Zniknął. Dokładnie tak, jak tamten. Ktoś go usunął — ten sam ktoś, ten sam użytkownik, ta sama ręka, która kasuje ślady, gdy skończy zbierać informacje, tak jak włamywacz wyciera klamki po wyjściu z mieszkania.
Leszek odświeżył stronę. Nic. Odświeżył jeszcze raz. Nic. Lista czatów przeładowała się i na miejscu, w którym sekundę temu był halotan i egzamin weterynaryjny — teraz był nowy czat, właśnie utworzony, datowany na dziś, na teraz, na tę minutę.
Tytuł: „Trasy rowerowe w Łodzi — turysta szuka porady”.
Leszek otworzył.
Użytkownik: „Mieszkam w Łodzi od niedawna. Możesz polecić jakąś trasę?”
ChatGPT odpowiedział entuzjastycznie — z tą sztuczną serdecznością, z jaką AI odpowiada na proste, miłe pytania, wdzięczny, że nikt nie pyta go o dawkowanie ketaminy ani o temperaturę wrzenia halotanu. Las Łagiewnicki! Oczywiście! Jeden z największych lasów miejskich w Europie, ponad tysiąc hektarów. Polecał trasy: szlak niebieski — piętnaście kilometrów dookoła rezerwatu, ścieżki rowerowe wokół stawów w Arturówku, dojazd autobusem linii 85 do przystanku końcowego Arturówek lub pociągiem ŁKA do stacji Łódź Arturówek.
Użytkownik: „Super! A jest tam jakiś konkretny punkt, który warto zobaczyć?”
ChatGPT: Tak — warto zobaczyć mostek w Arturówku, między stawami, które zasila Bzura. Miejsce jest bardzo malownicze, szczególnie wczesnym rankiem lub pod wieczór. W pobliżu jest też pałac Ludwika Heinzla — niestety zamknięty dla zwiedzających, ale widoczny zza ogrodzenia — oraz zabytkowe kapliczki św. Rocha i św. Sebastiana, najstarsze budowle w granicach administracyjnych Łodzi.
Użytkownik: „Ten mostek, to jest daleko od dróg? Czy jest tam dużo ludzi?”
ChatGPT: Mostek jest łatwo dostępny, znajduje się przy głównej ścieżce w Arturówku. W weekendy bywa tłoczno — rodziny z dziećmi, biegacze, rowerzyści. W dni powszednie, szczególnie rano, jest znacznie spokojniej.
Użytkownik: „Planuję przyjechać w sobotę po godzinie 16. Jaka ma być wtedy pogoda w Łodzi? Jaka jest szansa na opady?”
ChatGPT: Sprawdził prognozę. Sobota, dwudziesty ósmy czerwca. Temperatura do dwudziestu czterech stopni, słonecznie, lekki wiatr południowo-zachodni. Rano możliwe przelotne opady. Po godzinie 16 opady wykluczone. Idealna pogoda na wycieczkę rowerową.
Koniec czatu.
Leszek patrzył na ekran.
Trasa rowerowa. Las Łagiewnicki. Mostek. Sobota. Pogoda.
Leszek zamknął laptopa.
Tym razem delikatnie.
Położył go na stoliku obok zimnej herbaty. Wstał z kanapy. Podszedł do okna. Łódź w nocy, jak zwykle — łuna, szum, gdzieś daleko syrena karetki, jak zwykle.
Sobota.
Za trzy dni.ROZDZIAŁ 7 POMNIK MONIUSZKI
Rano w pracy Leszek czuł się jak jeden ze swoich dłużników.
Ci, których widywał odbierał wyjawienia majątku — ci z podkrążonymi oczami, z twarzami szarymi i opuchniętymi, z rękami drżącymi lekko, gdy podpisywali protokoły — ci, o których Leszek myślał: alkohol, bieda, przegrane życie. Teraz sam wyglądał tak samo, a może gorzej.
Kac.
Prawdziwy kac. Pierwszy prawdziwy kac w życiu. Głowa pulsowała tępym bólem, zlokalizowanym gdzieś za oczami i w skroniach. Żołądek — pusty, bo Leszek nie był w stanie nic zjeść — skręcał się co jakiś czas, przypominając o swoim istnieniu. Usta suche, język oblepiony czymś gęstym i obrzydliwym, jakby w nocy ktoś wsypał mu do gardła garść piasku. Światło raziło. Dźwięki raziły. Wszystko raziło.
Siedział przy biurku i udawał, że pracuje. Ekran komputera świecił, Curenda była otwarta, akta sprawy egzekucyjnej wyświetlone — ale Leszek nie widział nic. Patrzył i nie widział. Myślał o dwunastej. O parku. O pomniku Moniuszki. O tym, kto tam na niego czeka.
— Leszku?
Głos Basi. Leszek podniósł wzrok. Basia stała przy jego biurku, z kubkiem kawy w ręku, i patrzyła na niego. W jej oczach — coś, czego Leszek nie widział wcześniej. Troska. Niepokój. I coś jeszcze, coś głębszego, coś jak rozpoznanie.
— Wszystko w porządku? — zapytała.
— Tak. — Leszek przełknął ślinę. — Tak, dobrze.