Kontrakt na milczenie - ebook
Nowa firma miała być nowym otwarciem. Dla dojrzałego menedżera, zmęczonego korporacyjną rutyną, przejście do nowoczesnego gdańskiego biurowca wydawało się bezpiecznym krokiem. Wszystko zmienia się w chwili, gdy na jego drodze staje Monika – błyskotliwa księgowa, która pod maską profesjonalizmu skrywa pasję do pole dance i niezwykle cięty język. To, co zaczyna się od niewinnej wymiany spojrzeń przy ekspresie do kawy, szybko ewoluuje w niebezpieczną grę pozorów. Ekran smartfona staje się polem bitwy, na którym intymne wyznania i odważne zdjęcia mieszają się z paraliżującym lękiem przed zdemaskowaniem. On ma stabilne życie i żonę. Ona – narzeczonego i poukładany świat. Oboje mają zbyt wiele do stracenia, by przestać, i zbyt mało siły, by przerwać ten cyfrowy obłęd. „Kontrakt na milczenie” to prowokująca i duszna opowieść o współczesnym pożądaniu, które karmi się tajemnicą i technologią. Czy lojalność przetrwa w starciu z chemią, której nie da się ująć w żadnym arkuszu kalkulacyjnym?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KSIĘGOWA Z PAZUREM
Przejście do nowej firmy było dla mnie jak głęboki oddech po latach spędzonych w tym samym, nieco już duszny biurowym ekosystemie. Czułem, że w poprzednim miejscu osiągnąłem sufit – znałem każdy korytarz, każdą procedurę i, co gorsza, każdą twarz aż do znudzenia. Potrzebowałem świeżości, nowych wyzwań i realnej szansy na rozwój, której gdański rynek pracy na szczęście nie skąpił. Decyzja o zmianie nie była łatwa, ale wiedziałem, że jeśli teraz nie zaryzykuję, utknę w bezpiecznej, lecz jałowej rutynie na kolejne dekady. Nowa firma obiecywała nowoczesne podejście, ambitne projekty i zespół, który miał być motorem napędowym mojej kariery. Trzy lata po pożegnaniu z Magdą, bogatszy o doświadczenia i z niemal czterdziestką na karku, wkroczyłem w te nowe progi jako człowiek, który dokładnie wie, czego chce od życia i od pracy.
Okazja, by naprawdę poznać ludzi, z którymi przychodziło mi teraz dzielić biurową przestrzeń, nadarzyła się szybciej, niż przypuszczałem. Impreza pożegnalna jednego z kluczowych kolegów z zespołu była idealnym momentem, by wyjść poza ramy służbowych maili.
Moje pojawienie się w nowym biurze było bezpośrednio powiązane z odejściem jednego z kluczowych menedżerów. To właśnie jego miejsce miałem zająć – przejąć jego obowiązki, zespół i niedokończone projekty. Był to klasyczny “skok na głęboką wodę”, ale tego właśnie potrzebowałem. Aby proces przekazania pałeczki przebiegł gładko, a zespół mógł mnie poznać w mniej formalnych okolicznościach, zostałem zaproszony na imprezę pożegnalną mojego poprzednika. To był wieczór dedykowany jemu, ale dla mnie był to oficjalny debiut w nowym stadzie.
Lokal był wypełniony gwarem rozmów i zapachem drogiego alkoholu. Jako “ten nowy”, który zastępuje lubianego kolegę, czułem na sobie badawcze spojrzenia, ale starałem się zachować swój naturalny dystans i pewność siebie. I wtedy, w samym środku tego korporacyjnego pożegnania, drzwi otworzyły się, a do środka weszła ona.
W tłumie ludzi w klasycznych strojach Monika wyglądała jak postać z innej bajki. Miała na sobie krótką, białą sukienkę w renifery – wybór odważny, zabawny, a jednocześnie niesamowicie podkreślający jej dziewczęcy urok. Wyglądała jak współczesna śnieżynka, emanując energią, która biła od niej na odległość. Nie mogłem przestać na nią patrzeć; sposób, w jaki sukienka opinała jej wąską talię i eksponowała długie, smukłe nogi, był hipnotyzujący.
Kiedy odchodzący kolega w końcu nas sobie przedstawił, doznałem drugiego wstrząsu. Monika nie była animatorką – była księgową w tej samej firmie, w której właśnie zacząłem pracę. Ja, facet dobijający do czterdziestki, poczułem nagłe uderzenie adrenaliny na widok tej dwudziestosześcioletniej dziewczyny o jasnych, przenikliwych oczach.
Ja, zbliżający się do stabilnej czterdziestki, i ona – dwudziestosześcioletnia księgowa, która zamiast nudnych tabelek, miała w oczach iskry inteligencji i humoru.
Szybko okazało się, że uroda to tylko preludium. Monika była niesamowicie inteligentna i miała poczucie humoru, które trafiało w punkt. Rozmawialiśmy o systemach finansowych, absurdach nowej pracy i życiu w Gdańsku, a ja z każdą minutą byłem coraz bardziej zafascynowany tym, jak sprawnie operuje argumentami. Miała w sobie rzadkie połączenie młodzieńczej energii i zawodowego profesjonalizmu. Do końca imprezy nie odstępowaliśmy się na krok, a czas uciekał nam w sposób, którego nie czułem od lat.
Prawdziwy szok przyszedł jednak po imprezie. Gdy zaproponowała podwózkę, czułem triumf – dodatkowe minuty sam na sam wydawały się idealnym zwieńczeniem wieczoru. Moje zdziwienie nie mogło być jednak większe, gdy zobaczyłem auto, a z niego wysiadł jej narzeczony.
Widok tego mężczyzny był jak zimny prysznic. Był moim całkowitym przeciwieństwem i, co gorsza, kompletnym przeciwieństwem Moniki. Niski, z wyraźną nadwagą, zamknięty w sobie i niemal mrukliwy – kompletnie nie pasował do tej pełnej wdzięku, wygadanej dziewczyny o atletycznej sylwetce. Patrzyłem na nich i nie potrafiłem zrozumieć, co ich łączy. Cała podróż powrotna upłynęła pod znakiem naszej ożywionej dyskusji, podczas gdy on milczał za kierownicą, będąc jedynie tłem dla energii, która wciąż pulsowała między mną a Moniką.
To spotkanie uświadomiło mi jedno: Monika to zagadka, którą bardzo chcę rozwiązać2
CYFROWE PODCHODY
Ja: Cześć Monika. Muszę Ci się do czegoś przyznać… od poniedziałku próbuję skupić się na raportach, które zostawił mój poprzednik, ale za każdym razem, gdy widzę cyfry, przed oczami mam białe renifery. ;)
Monika: Haha, cześć! Czyżbyś sugerował, że mój świąteczny look był aż tak traumatyczny? Księgowe zazwyczaj straszą tabelkami, a nie swetrami.
Ja: Wręcz przeciwnie. Nie spodziewałem się, że na imprezie pożegnalnej spotkam osobę, która połączy w sobie taką inteligencję z urodą, od której trudno oderwać wzrok. Przez cały weekend łapałem się na tym, że wracam myślami do Twojego uśmiechu.
Monika: Uhu… odważnie jak na kogoś, kto pracuje tu dopiero kilka dni. Czy to standardowa procedura wdrażania nowych menedżerów? Takie komplementy sypiesz każdej osobie z finansów, żeby przymykała oko na Twoje delegacje? :P
Ja: Tylko tym, które wyglądają jak śnieżynki i potrafią mnie przegadać w aucie. Naprawdę, Monika – zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie. Myślałem, że księgowość to tylko Excel i kawa, a Ty jesteś… inna.
Monika: “Inna”? To bezpieczne słowo. ;) Słuchaj, miło mi to słyszeć, naprawdę. Ale wiesz, że jestem młodsza, mam narzeczonego a Ty żonę i kilkanaście kilometrów między biurami? Nie buduj sobie w głowie zbyt wyidealizowanego obrazu po jednej imprezie.
Ja: Kilometry to tylko liczba, a ja jestem całkiem niezły z matematyki. Po prostu chciałem, żebyś wiedziała, że ten wieczór był dla mnie wyjątkowy dzięki Tobie.
Monika: Jesteś niepoprawny. Ale… muszę przyznać, że Twoja pewność siebie jest intrygująca. Skup się lepiej na tych fakturach, bo zaraz będę musiała Ci odesłać raport do poprawki, a wtedy nie będę już taka miła jak w piątek. ;)
Ja: Skupienie na fakturach graniczy z cudem, kiedy wiem, że po drugiej stronie ekranu siedzisz Ty.
Monika: To może chociaż postaraj się dla mnie? Jeśli raport będzie bezbłędny, to może uznam, że ta inteligencja, o której wspomniałeś, to nie był tylko komplement na wyrost. Miłego dnia.
Nasza relacja szybko przeniosła się z oficjalnego komunikatora na grunt prywatny. Każdy dzień w pracy zaczynał się tak samo – od krótkiego “cześć”, które przeradzało się w wielogodzinne rozmowy o wszystkim. Monika wyładowywała u mnie swoje frustracje na opieszałość moich współpracowników, a ja, chcąc punktować w jej oczach, dyscyplinowałem zespół, byle tylko jej Excel zgadzał się co do grosza.
Kiedy podała mi swój prywatny numer, poczułem, że mur zaczyna pękać. Ale prośba o milczenie po 16:00 była jasnym przypomnieniem o jej narzeczonym – tym mrukliwym facecie, który kompletnie do niej nie pasował. Pilnowałem się tydzień. Aż do tego wieczoru, gdy o 22:00 ekran mojego telefonu rozświetlił powiadomieniem od niej.
Monika (22:07): Śpisz już? Zastanawiałam się, co u Ciebie słychać o tej porze…
Ja: Dla Ciebie zawsze jestem na nogach. ;) Zdziwiłem się, myślałem, że wieczory to czas “offline”. Stało się coś?
Monika: Nie, po prostu narzeczony zasnął przed telewizorem, a ja oglądam film i jakoś tak… pomyślałam o naszej rozmowie z rana. Chciałbyś wiedzieć, co teraz robię?
Ja: Bardziej niż cokolwiek innego. Zamieniam się w słuch.
Monika: Oglądam kryminał. Jest scena w starym hotelu. Detektyw właśnie spotkał się z panią mecenas. Jest bardzo elegancka, ale widać, że pod tym kostiumem kipi w niej napięcie… zupełnie jak u nas w biurze. ;)
Ja: I co się dzieje? Detektyw zachowuje profesjonalizm czy pękają bariery?
Monika: Właśnie pękły. On podszedł do niej bardzo blisko, czuć to przyciąganie przez ekran. Teraz ona opiera się o biurko, a on gładzi ją dłonią po policzku… zsuwa dłoń niżej, na jej szyję. Piszę Ci to, a serce mi bije szybciej, bo ta scena jest niesamowicie duszna.
Ja: Opisz mi to dokładniej… co czuje ta kobieta? Jak on na nią patrzy?