Kontrola absolutna - ebook
Wrocław, miasto szklanych wieżowców i mrocznych sekretów, staje się areną bezwzględnej gry o dominację. Monika, odnosząca sukcesy kierowniczka w firmie Aethelgard AI, wpada w sidła Roberta – mężczyzny, który za pomocą technologii i psychologicznej manipulacji powoli przejmuje kontrolę nad każdym aspektem jej życia. To, co zaczyna się jako biurowy flirt, szybko przeradza się w brutalny thriller erotyczny, w którym granica między pożądaniem a upodleniem zaciera się bezpowrotnie. Czy w świecie, gdzie każdy ruch jest rejestrowany, a każda słabość staje się walutą, Monika zdoła odnaleźć drogę powrotną do siebie, czy też ostatecznie ulegnie Kontroli Absolutnej?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dzień Moniki nie zaczynał się od wschodu słońca, ale od mechanicznego warkotu ekspresu do kawy o 6:10. To był dźwięk startowy jej prywatnego systemu operacyjnego. Stojąc w sterylnej, biało-szarej kuchni ich domu na przedmieściach Wrocławia, patrzyła na ogród, który wyglądał identycznie jak ogród sąsiada – idealnie przystrzyżona trawa, trzy tuje, trampolina.
— Marek, wziąłeś koszulkę na WF dla Antka? — rzuciła w stronę schodów, nie odwracając głowy. — Wziąłem. I podpisałem zgodę na wycieczkę Mai — odkrzyknął jej mąż, schodząc na dół w wyprasowanej koszuli.
Pocałunek w policzek był krótki, niemal techniczny, jak przyłożenie karty zbliżeniowej do czytnika. Potem zaczęła się logistyka: poganianie dzieci przy płatkach śniadaniowych, szukanie zaginionego buta, szybkie sprawdzenie, czy w lodówce jest wszystko na obiad, który niania poda dzieciom po szkole. Monika czuła się bardziej jak kierownik projektu „Dom”, niż kobieta. Wszystko było ułożone, bezpieczne i potwornie jałowe.
Jako kierowniczka działu R&D w Aethelgard AI, firmie zajmującej się najbardziej zaawansowaną sztuczną inteligencją w tej części Europy, Monika przenosiła tę samą precyzję do biura. Jej praca polegała na zarządzaniu chaosem twórczym programistów i naukowców, przekuwaniu ich wizji w tabelki w Excelu i raporty dla zarządu. Była w tym świetna. Tak świetna, że w kuluarach szeptano już o jej awansie do ścisłego kierownictwa firmy w przyszłym roku.
Popołudnia wyglądały tak samo jak poranki. Powrót z biura o 17:30, szybkie zakupy w osiedlowym markecie, sprawdzanie lekcji, kolacja, kąpiel dzieci i ten moment o 21:00, kiedy siadała z Markiem na kanapie. On oglądał wiadomości ze świata finansów, ona odpisywała na ostatnie maile. Byli idealnym, nowoczesnym małżeństwem, które zapomniało, o czym rozmawiać poza harmonogramem zajęć dodatkowych.
Wszystko to jednak zadrżało w posadach w zwykły wtorek, w ciasnej przestrzeni windy biurowca Aethelgard.
Kiedy drzwi miały się już zamknąć, między uszczelki wsunęła się dłoń. Do kabiny wszedł mężczyzna, który wniósł ze sobą zapach cytrusów i czegoś drapieżnego, co zupełnie nie pasowało do zapachu biurowej klimatyzacji.
— Monika? — zapytał, a w jego głosie brzmiało niedowierzanie zmieszane z czystym zachwytem.
Monika zmrużyła oczy. Robert Krauze. Przez ułamek sekundy jej mózg przeszukiwał bazy danych z przeszłości. DataTech. Osiem lat temu. Pamiętała go jako niewyraźną postać z działu analiz, kogoś, kto siedział w kącie open space’u w zbyt dużej bluzie i niemodnych okularach. Był wtedy zupełnie przezroczysty, pracował w innym dziale, rzadko podnosił wzrok znad monitora.
Ten człowiek, który stał teraz naprzeciw niej, był zaprzeczeniem tamtego wspomnienia.
Miał czterdzieści sześć lat, ale czas obszedł się z nim nad wyraz łaskawie. Dobrze skrojona koszula opinała jego szerokie ramiona, zdradzając sylwetkę mężczyzny, który regularnie trenuje. Lekki zarost przyprószony siwizną dodawał mu powagi, ale to jego oczy, wpatrzone w nią z niemal bezczelnym podziwem, sprawiły, że poczuła się nieswojo.
— Robert. Robert Krauze. Nie mów, że mnie nie pamiętasz — zaśmiał się, a ten śmiech był niski i pewny siebie. — Widzę, że nic się nie zmieniło. A nie, przepraszam… zmieniło się. Jesteś jak wino, Moniko. Wyglądasz niesamowicie. Naprawdę.
MYŚLI ROBERTA: _Oszaleć można. Osiem lat, a ona stała się jeszcze bardziej pociągająca. Wtedy była tylko ambitną kierowniczką w garsonce, teraz bije od niej ta chłodna, władza, która jest cholernie seksowna. Ta spódnica, ten sposób, w jaki trzyma głowę…_
Monika poczuła, jak krew uderza jej do policzków. — Robert… Tak, faktycznie. Przepraszam, przez moment cię nie poznałam. Wyglądasz… inaczej.
— Inaczej? Mam nadzieję, że „inaczej” oznacza lepiej — puścił do niej oko. — Właśnie zacząłem w analityce danych. Podobno nasze działy mają teraz ściśle współpracować. Będę raportował do waszego głównego specjalisty, więc technicznie… jesteś moją szefową, choć nie bezpośrednią.
Winda zatrzymała się na piętrze operacyjnym. Robert wyszedł pierwszy, ale przytrzymał drzwi, uśmiechając się półgębkiem.
— Słuchaj, może dasz się namówić na kawę w przerwie? Albo daj znać na komunikatorze, gdzie masz biuro, to wpadnę do waszej kuchni pogadać o „starych, dobrych czasach”. Chętnie usłyszę, jak podbiłaś ten biurowiec.
— Odezwę się w wolnej chwili, Robert. Witamy w Aethelgard — odpowiedziała z zawodowym uśmiechem, który kosztował ją więcej wysiłku, niż powinna przyznać.
Gdy drzwi się zamknęły, wypuściła powoli powietrze.
MYŚLI MONIKI: _Kawa? Wykluczone. Nie pijam kawy z nowymi pracownikami, zwłaszcza tymi, którzy patrzą na mnie w ten sposób. To nieprofesjonalne. Ale do cholery… jak on to zrobił, że z tamtego cichego chłopaka, którego ledwo kojarzyłam, stał się kimś takim? Wygląda… rzuca się w oczy. Nad wyraz dobrze jak na 46-latka. Wyrobił się._
Wyszła z windy, czując, że jej doskonale zaprogramowany dzień właśnie złapał pierwszy od lat błąd w systemie.BŁĄD W SYSTEMIE
Dzień w Aethelgard AI zawsze płynął według rygorystycznego harmonogramu. Monika kochała ten rytm – dawał jej poczucie absolutnej kontroli nad rzeczywistością. Aż do dzisiaj.
Dzień w Aethelgard AI zawsze płynął według rygorystycznego harmonogramu. Dla Moniki ten rytm był jak tlen – dawał jej poczucie absolutnej kontroli nad rzeczywistością, chroniąc ją przed chaosem świata zewnętrznego. Aż do dzisiaj, gdy algorytm jej życia napotkał błąd, którego nie dało się tak po prostu zdebugować.
09:00 – SALA KONFERENCYJNA „ORION”
Monika stała przy interaktywnej tablicy, prezentując strategię ekspansji działu R&D na rynki azjatyckie. Jej głos, wyćwiczony i pozbawiony drżenia, wypełniał sterylną salę. Wskazywała laserem na słupki wzrostu, omawiała integrację sieci neuronowych z lokalnymi bazami danych, a podwładni potakiwali z uznaniem. Na zewnątrz była uosobieniem sukcesu: idealnie upięty kok, dopasowana marynarka, chłodny profesjonalizm.
Jednak wewnątrz trwała bitwa. Za każdym razem, gdy padło słowo „analityka” lub „integracja danych”, przed oczami stawała jej dłoń Roberta blokująca drzwi windy. Słyszała echo jego niskiego głosu: _„Jesteś jak wino”_. To zdanie, tak banalne i nieprofesjonalne, w jej głowie brzmiało jak wyzwanie. Próbowała skupić się na pytaniu młodszego programisty o opóźnienia w protokole, ale jej mózg natrętnie analizował sylwetkę Roberta – to, jak pewnie stał w tej małej kabinie, jakby cała przestrzeń należała do niego. _Skup się, Monika_ – skarciła się, czując, że dłonie lekko jej wilgotnieją. _To tylko statystyczny szum. Nic więcej._
10:30 – GABINET MONIKI
Ekran laptopa rozświetlił się twarzą Jamesa, prezesa operacyjnego z UK. James był człowiekiem starej daty, który wierzył, że stabilność emocjonalna lidera jest równie ważna jak jego KPI.
— Moniko, twoje ostatnie wyniki są wzorem dla całego regionu — zaczął, poprawiając krawat. — Ale wiesz, co cenimy najbardziej? Twoją niezłomność. Widziałem w tej branży zbyt wiele karier, które spłonęły w jeden wieczór. Ludzie, którzy wydawali się genialni, nagle tracili wszystko przez romanse biurowe, przez brak dyscypliny między życiem prywatnym a zawodowym. Ty jesteś inna. Jesteś naszą bezpieczną przystanią. Zarząd patrzy na ciebie z wielką nadzieją w kontekście przyszłego roku.
Monika uśmiechnęła się uprzejmie, czując, jak te słowa zaciskają się na jej szyi niczym pętla.
— Dziękuję, James. Etyka i profesjonalizm to fundamenty, na których buduję swój dział. Możecie na mnie liczyć.
Gdy połączenie wygasło, Monika nie wróciła do raportów. Jej palce, niemal wbrew woli, otworzyły okno wewnętrznego komunikatora. Wpisała: _Robert Krauze_. System natychmiast wyrzucił jego profil. Nowy pracownik. Senior Data Analyst. Zdjęcie profilowe było czarno-białe i ostre – Robert patrzył prosto w obiektyw z lekkim, niemal kpiącym uśmieszkiem. Kursor drżał nad polem tekstowym.
W JEJ GŁOWIE POJAWIŁ SIĘ DIALOG WEWNĘTRZNY: Napisz do niego. To tylko uprzejmość, przypomnienie o kawie, żeby nie pomyślał, że się go boisz. Nie, to głupie. Prezes przed chwilą nazwał cię wzorem cnót. Robert to zagrożenie dla twojej drogi do zarządu. Ale z drugiej strony… to tylko stara znajomość. Co w tym złego?
_Z głośnym westchnieniem zamknęła okno. Nie mogła ryzykować. Nie ona._
12:00 – FIRMOWA KANTYNA
Lunch z innymi kierownikami był rytuałem wymiany branżowych plotek. Monika siedziała przy stoliku z szefem marketingu i Kierowniczka HR, potakując mechanicznie na ich narzekania o budżetach. I wtedy go zobaczyła. Robert wchodził do kantyny z tacą. Nie miał już na sobie grafitowej koszuli z rana. Przebrał się w dopasowany, czarny t-shirt z wysokiej jakości bawełny, który bezlitośnie podkreślał to, co Monika tylko podejrzewała w windzie. Materiał opinał potężne, wyrzeźbione barki i klatkę piersiową, która przy każdym ruchu zdawała się napięta jak struna. Poruszał się z gracją kogoś, kto zna swoją siłę.
Dosiadł się do stolika opanowanego przez grupę młodych dziewczyn z działu analityki. Monika widziała, jak natychmiast ożyły, jak poprawiały włosy i pochylały się w jego stronę, wybuchając śmiechem na każdą jego uwagę. Czuła, jak w jej żołądku zaciska się zimny supeł. To była zazdrość – pierwotna, irracjonalna i upokarzająca. Nagłe, Robert uniósł głowę. Ich spojrzenia zderzyły się nad morzem głów innych pracowników. On nie spuścił wzroku. Patrzył na nią przez kilka długich sekund, po czym – całkowicie ignorując szczebiot dziewczyny obok – uśmiechnął się kącikiem ust i powoli, z pełną świadomością mocy tego gestu, puścił Monice oko. Poczuła, jak fala gorąca rozlewa się od jej piersi aż po twarz. Odwróciła wzrok tak gwałtownie, że o mało nie wylała wody. _Jesteś żałosna_ – pomyślała o sobie. _Masz męża, dwoje dzieci i dom pod Wrocławiem. On jest tylko pionkiem w tej firmie._
13:30 – PRACA GŁĘBOKA
Kolejne półtorej godziny stało się dla Moniki wyrafinowaną torturą. Siedziała w swoim ergonomicznym fotelu, przed trzema monitorami, które emitowały zimne, niebieskawe światło. Miała analizować błędy w nowym skrypcie optymalizującym procesy uczenia maszynowego, ale linijki dokumentów zaczęły zlewać się w bezkształtną masę. Zamiast opisów i uwag pod umowami, pod jej powiekami wypalał się obraz twarzy Roberta z windy.
Próbowała dokonać w głowie niemożliwej rekonstrukcji. Przeszukała najdalsze archiwa pamięci z czasów DataTech, starając się odnaleźć tamtego człowieka. Pamiętała tylko szarość. Robert sprzed ośmiu lat był jak tło – przygarbiona sylwetka w bezpłciowym swetrze, wiecznie schowana za ekranem laptopa, ktoś, kto nigdy nie zabierał głosu na zebraniach, a jego obecność w pokoju socjalnym była niemal niezauważalna. Był przezroczysty. Statystycznie nieistotny.
_„Jak to możliwe?”_ – dudniło jej w skroniach, gdy patrzyła na sterylny porządek swojego biurka. _„Jak ten wycofany analityk mógł stać się tym mężczyzną, który przed chwilą niemal zawłaszczył tlen w windzie? Czy to tylko te lata na siłowni, które zmieniły jego postawę na drapieżną i pewną siebie? A może to coś głębszego – ten specyficzny rodzaj magnetyzmu, który zdobywa się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje szukać akceptacji u innych i zaczyna dyktować własne warunki?_” Ten Robert nie prosił o uwagę. On ją po prostu brał.
Cisza w gabinecie zaczęła ją dusić. Każdy szum klimatyzacji wydawał się zbyt głośny.
_Dlaczego on? Dlaczego teraz, kiedy mam wszystko, na co tak ciężko pracowałam? Mam idealne życie, Monika. Przecież Marek jest dobrym człowiekiem, jest stabilny, przewidywalny… kochasz go, prawda? Ale przy Marku nigdy nie poczułaś tego nagłego, bolesnego prądu pod skórą, który sprawia, że masz ochotę uciec i zostać jednocześnie. Marek jest jak bezpieczny port, a Robert… Robert to sztorm, który właśnie wdarł się do twojego portu bez pozwolenia._
Zaczęła nerwowo stukać paznokciem o krawędź biurka. Ten rytm ją drażnił.
_Napiszesz? Jeśli nie napiszesz, wyjdziesz na zadufaną w sobie szefową, która boi się starego znajomego. Uzna cię za wyniosłą, za kogoś, kto zapomniał, skąd przyszedł. Ale jeśli napiszesz… jeśli dasz mu ten jeden, mały sygnał, to otworzysz śluzę, której możesz już nie zamknąć. Dasz mu zielone światło do gry, w której on najwyraźniej czuje się zbyt pewnie. Czy ty w ogóle chcesz w to grać? Nie, nie chcesz. A jednak twoja ręka już sięga po telefon…_
Czuła, jak w gabinecie robi się coraz cieplej, choć termostat pokazywał niezmienne 21 stopni. Ten biurowy ład, który tak kochała, nagle zaczął przypominać klatkę.
15:00 – BIUROWE POŻEGNANIE
Zanim zamknęła laptopa, poddała się. Jej opór pękł pod ciężarem ciekawości.
MONIKA: _Cześć Robert. Przepraszam, że się nie odzywałam, ale mój kalendarz dziś eksplodował. Raportowanie do UK to zawsze kocioł. Obiecuję, że odezwę się jutro rano, jak tylko odgarnę pilne tematy._
Wysłała i natychmiast poczuła żal. Status „przeczytane” pojawił się sekundę później. Robert widział wiadomość, ale milczał. Minuty płynęły, a Monika gapiła się w ekran, czując się jak nastolatka czekająca na znak od najpopularniejszego chłopaka w szkole. _To żenujące. Tłumaczę się mu, jakbym była winna wyjaśnień. Jestem jego przełożoną, do diabła!_
W końcu pojawiła się odpowiedz.
ROBERT: _Spokojnie, szefowo. Rozumiem, że kierowanie przyszłością AI to nie rurki z kremem. Ale jutro nie odpuszczę. Chcę usłyszeć, jak z tej dziewczyny z_ _DataTech_ _stałaś się kobietą, która trzęsie tym biurowcem. Może dasz mi swój prywatny numer? Łatwiej będzie się zdzwonić bez „Wielkiego Brata” na karku ;)_
Monika poczuła, jak serce bije jej w samym gardle. Odpisała szybko, niemal agresywnie, by odzyskać rezon:
MONIKA: _Robert, znamy się z przeszłości, ale tu obowiązują zasady. Nie rozdaję prywatnego numeru współpracownikom. Jeśli masz sprawy zawodowe, mój numer jest w Outlooku._
ROBERT: _Ostra jak brzytwa! Nie denerwuj się, po prostu myślałem, że tak będzie swobodniej pogadać. Rozumiem standardy. Czekam na jutro._
16:30 – POWRÓT DO DOMU
To była ta godzina, w której Wrocław zamieniał się w rzekę blachy i czerwonych świateł. Deszcz nie padał – on atakował miasto, bębniąc w dach luksusowego SUV-a Moniki rytmicznym, głuchym pogłosem. Krople rozbijały się o przednią szybę, tworząc gęstą, nieprzeniknioną kurtynę, przez którą światła innych aut prześwitywały jedynie jako rozmyte, neonowe plamy. Wewnątrz kabiny panowała klaustrofobiczna intymność. Ciężki, duszny zapach jej drogich perfum zmieszany z aromatem nowej, skórzanej tapicerki zdawał się gęstnieć z każdą minutą postoju.
Monika była wyczerpana. Walka, którą toczyła ze sobą przez ostatnie osiem godzin, zostawiła ją z obolałymi skroniami i poczuciem narastającego głodu, którego nie potrafiła zdefiniować. Z głośników sączył się niski, wibrujący jazz; kontrabas uderzał w częstotliwości, które zamiast koić, drażniły jej zakończenia nerwowe. Każdy dźwięk był jak dotyk. Głos Roberta, ten jego nowy, chropowaty tembr z windy, wciąż wybrzmiewał jej w uszach, zagłuszając radio. Przed oczami miała tylko jedno: sposób, w jaki czarny t-shirt opinał jego barki, gdy szedł przez kantynę, i to bezczelne mrugnięcie, które sprowadziło ją, poważną kierowniczkę działu R&D, do roli onieśmielonej dziewczyny.
Zatrzymała się na czerwonym świetle na wysokości Sky Tower. Spojrzała w lusterko wsteczne, by poprawić włosy, ale to, co zobaczyła, sprawiło, że zamarła. Jej usta były nienaturalnie czerwone i lekko rozchylone, jakby desperacko potrzebowała powietrza, a oczy – ciemne, nienaturalnie błyszczące – zdradzały kogoś, kogo Monika zupełnie nie znała.
Wtedy to się stało. Przypływ impulsu był tak gwałtowny, że nie zdążyła postawić żadnej blokady. Jej dłoń, jeszcze przed chwilą kurczowo zaciskająca się na kierownicy, zsunęła się niżej. Najpierw na udo, gdzie czuła chłód jedwabnej spódnicy, a potem jeszcze głębiej. Przesunęła opuszkami palców po śliskim, napiętym nylonie rajstop, czując pod nimi nienaturalny żar własnego ciała. Gdy dotarła do krawędzi koronki bielizny, poczuła, że jest już mokra, co wprawiło ją w chwilowe przerażenie, zaraz jednak stłumione przez falę czystego pożądania.
Odchyliła głowę na skórzany zagłówek i przymknęła oczy. W tej jednej chwili Marek przestał istnieć. Dom na przedmieściach, dzieci czekające na kolację, niania, jej nienaganna opinia – to wszystko zmył deszcz za szybą. W jej wizji był tylko Robert. Wyobrażała sobie jego silne, szorstkie dłonie, które zamiast klawiatury, teraz zaborczo zaciskają się na jej biodrach. Czuła niemal fizycznie jego twardy zarost na wrażliwej skórze swojej szyi i słyszała jego szept, tym razem o wiele bardziej bezpośredni niż w windzie.
Jej oddech stał się krótki, świszczący, a ruchy palców – początkowo nieśmiałe – stały się desperackie i szybkie. Szukała ulgi w tej dusznej przestrzeni, ignorując fakt, że jest w centrum miasta, otoczona setkami ludzi uwięzionych w autach obok. Była o krok od krawędzi, jej ciało drżało, wyginając się łukiem w fotelu, a pod powiekami widziała już tylko czyste światło i uśmiech Roberta, gdy nagle…
PIIIIIIIIIIIIIIIIIII!
Przeraźliwy, agresywny ryk klaksonu przebił się przez szyby i muzykę, rozdzierając intymność chwili na strzępy. Światło zmieniło się na zielone. Monika szarpnęła rękę tak gwałtownie, że uderzyła knykciami o deskę rozdzielczą, sycząc z bólu. Jej twarz płonęła żywym ogniem, a serce łomotało o żebra jak uwięzione zwierzę.
Wrzuciła bieg i ruszyła z piskiem opon, czując, jak po jej policzku spływa pojedyncza łza – mieszanka wstydu, upokorzenia i potwornego, fizycznego niedosytu, który sprawiał, że miała ochotę krzyczeć prosto w deszczową noc. Czuła się brudna, a jednocześnie po raz pierwszy od lat czuła, że naprawdę żyje.
19:00 – DOM
Wieczór w domu na przedmieściach był festiwalem dobijającej rutyny. Marek krążył po salonie z telefonem przy uchu, perorując o stopach procentowych i prognozach inflacji, podczas gdy dzieci w kuchni toczyły zaciekłą bitwę o ostatni kawałek pizzy. Monika poruszała się wśród nich jak duch, jak automat zaprogramowany do wykonywania domowych czynności. Nakładała porcje, wycierała blaty, uśmiechała się mechanicznie, gdy dzieci pytały o jutrzejsze zajęcia. Na rutynowe pytanie Marka: „co w pracy?”, odpowiedziała tylko krótkim „spokojnie”, choć w jej głowie szalał huragan.
Czuła się jak obca we własnym życiu. Każdy przypadkowy dotyk męża, gdy mijał ją przy wyspie kuchennej, wywoływał w niej dreszcz niechęci. Jego dłoń na jej ramieniu wydawała się teraz zbyt miękka, zbyt przewidywalna, zbyt… znajoma. Brakowało w niej tej drapieżności, którą wyczuła rano w windzie.
— Marek, biorę długą kąpiel. Muszę się całkowicie wyłączyć — rzuciła w stronę salonu, nie czekając na odpowiedź.
W łazience stworzyła swój własny azyl, odcinając się od świata ryglem w drzwiach. Odkręciła gorącą wodę, pozwalając, by kłęby pary gęstniały z każdą sekundą, zasłaniając lustra i matowiejąc szklane fronty szafek. Wlała do wanny ciężki, ziemisty olejek o zapachu paczuli, a do wysokiego kieliszka nalała głębokiego, niemal czarnego wina. Z głośnika popłynęły pierwsze akordy „WALLFLOWER” KIMBERLY AUGUST. Melancholijny, basowy rytm zaczął wibrować w ścianach łazienki, idealnie strojąc się z uderzeniami jej serca.