Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Korczak. Próba biografii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
4399 pkt
punktów Virtualo

Korczak. Próba biografii - ebook

W oparciu o plan autobiografii Korczaka pozostawiony w Pamiętniku Joanna Olczak-Ronikier odtwarza historię życia Doktora, wplatając ją w opowieść losach i wyborach polskich Żydów. Poznajemy bohatera jako chłopca szukającego swojej drogi, młodego lekarza o zainteresowaniach społecznych, pedagoga głoszącego nowatorskie teorie, pisarza, wieloletniego kierownika Domu Sierot dla dzieci żydowskich, współpracownika Naszego Domu – internatu dla dzieci polskich. Dowiadujemy się, że w młodości pisywał egzaltowane poematy, odrzucane przez wszystkie redakcje. Że założył pierwsze na świecie pismo dla dzieci redagowane przez dzieci. Że – z przekonań pacyfista – brał udział jako lekarz w wojnie rosyjsko-japońskiej i w I wojnie światowej, a w armii niepodległej Polski miał stopień majora rezerwy. Że choć wydawał się racjonalistą i sceptykiem, był człowiekiem głęboko religijnym, a równocześnie interesował się teozofią i należał do loży masońskiej. Nie popierał żadnej partii politycznej. Nie opowiadał się po stronie żadnej ideologii. Przez całe życie towarzyszyła mu wiara, że można być równocześnie Żydem i Polakiem. Tuż przed śmiercią zanotował: „Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem, jak się to robi”.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-134-8
Rozmiar pliku: 30 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP. NIENAPISANA AUTOBIOGRAFIA

Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga w młodości.

Janusz Korczak, Pamiętnik, getto, lipiec 1942 roku¹

To zdanie wydaje się najlepszym mottem dla opowieści o „Starym Doktorze”. Napisał je na kilkanaście dni przed śmiercią w przeddzień sześćdziesiątej czwartej rocznicy swoich urodzin. Znamienne, że mówił o sobie już w czasie przeszłym. Tylko człowiek wielkiego hartu ducha może zdobyć się na równie stoickie podsumowanie własnego losu, ignorując piekło wokół.

Ale czy nie powiedziano już o nim wszystkiego? Opublikowano dziesiątki biografii, tomy wspomnień, wiersze, niezliczoną ilość artykułów i prac naukowych. Powstał film Andrzeja Wajdy. Międzynarodowe organizacje zwołują korczakowskie sympozja i konferencje. W Internecie można znaleźć setki haseł związanych z jego nazwiskiem. Szkoły, drużyny harcerskie, domy dziecka obierają go sobie za patrona.

Wydawać by się mogło, że powinien funkcjonować w świadomości społecznej nie tylko jako bohater rocznicowych obchodów, symbol, mit. Ale także jako znakomity polski pisarz. Klasyk polskiej literatury dziecięcej. Twórca oryginalnego systemu wychowawczego. Autor pedagogicznych utworów, które nie straciły aktualności i powinny cieszyć się równą popularnością, jak importowane, modne poradniki.

W wiosenne dni 2011 roku chodziłam po krakowskich księgarniach, pytając o Korczaka. Znalazłam _Króla Maciusia._ To wszystko. Nie ma _Kajtusia Czarodzieja_ – poprzednika Harry’ego Pottera. Ani _Sławy_. Ani _Pedagogiki żartobliwej_. Cztery lata temu było jeszcze _Jak kochać dziecko_. Trzy lata temu mignęły _Prawidła życia_. Rok temu _Sam na sam z Bogiem_. Na chwilę pojawił się _Pamiętnik_. Po angielsku. A może są jakieś biografie? Może wspomnienia? Nie ma. Znikły. Nie wznawiają. Dlaczego? Nie wiadomo. A w antykwariatach? Ani jednej pozycji. Czy ktoś pyta? Rzadko.

Okazuje się, że Stary Doktor, choć pozornie wśród nas obecny, nikomu nie jest potrzebny. I coraz bardziej się oddala. Nie ma już prawie ludzi, którzy go pamiętają i dla których tak wiele znaczył. Młodzi widzą w nim męczennika, którego, da Bóg, nikt już nigdy nie będzie musiał naśladować. Człowiek z krwi i kości zamienił się w pomnik. Ktoś tak przekorny jak on, zawsze chodzący własnymi drogami, musi czuć się fatalnie na marmurowym cokole. Nie znosił celebry, banałów, frazesów. Odmieniane we wszystkich przypadkach określenie „przyjaciel dzieci” mdli go chyba swoją słodyczą. A przecież w tym, co pisał, nie ma śladu pedagogicznej sacharyny. Jest znajomość psychiki dziecięcej, cierpkie poczucie humoru i brak złudzeń. Chętnie zabrałby głos w niejednej wychowawczej dyskusji, podpowiedział nam to i owo, ale nikt go nie prosi o zdanie.

„Śmierć nie jest trudna – znacznie trudniejsze jest życie”, pisał kiedyś, na początku swojej drogi. Męstwo jego życia zostało zepchnięte w cień przez męstwo śmierci. A przecież wyboru dokonał znacznie wcześniej. Nie w listopadzie 1940 roku, kiedy zamiast szukać kryjówki „po aryjskiej stronie”, przeniósł się do getta razem ze swoimi wychowankami. Nie w sierpniu 1942 roku, kiedy poszedł z nimi na Umschlagplatz, skąd odchodziły pociągi do Treblinki, zamiast skorzystać z szansy ocalenia. Na pewno tam gdzieś w górze boleśnie uraża go fakt, że wierność dzieciom w chwili ostatecznej próby uważana jest za jego główną zasługę. Tak jakby domniemywano, że mógł zaprzeczyć sam sobie, zdradzić na starość sprawę, dla której w młodości zrezygnował z własnej rodziny, kariery naukowej, sławy pisarskiej.

Wyrzeczenie, poświęcenie, ofiara, bezinteresowność – to postawy niemodne. I czasem budzące podejrzliwość. Ale może warto przypomnieć, że przed laty, w najmarniejszych czasach niewoli i powszechnej apatii byli ludzie, którzy zaangażowanie w służbę społeczną uważali za najważniejszy cel w życiu. Mieli poczucie odpowiedzialności za przyszłość. Wierzyli w skuteczność pozytywnego działania, choćby na najskromniejszym terenie. W ich kodeksie moralnym naczelnymi zasadami były poszanowanie ludzkiej godności i solidarność z pokrzywdzonymi. Zasady, którymi mało kto się dzisiaj kieruje. I które mało kto dziś ceni.

Dzięki opowieściom Szolema Alejchema, Pereca, Asza, Singera możemy sobie wyobrazić atmosferę małych żydowskich miasteczek czy ortodoksyjnych enklaw miejskich, odizolowanych i izolujących się od gojów. Mało wie się o ludziach, którzy odważyli się na ucieczkę stamtąd, o ich trudnej drodze do polskości. Zasymilowani Żydzi często wstydzili się swoich „zacofanych” przodków, ich anachronicznych strojów i obyczajów, nie mówili o nich, nie pisali. Zmieniali nazwiska, wtapiali się w polskie społeczeństwo, urażali się, kiedy przypominano im przeszłość. Dlatego bardzo trudno odtworzyć dziś aurę tego świata, który przeminął niedostrzeżony, niepożegnany.

Żydowscy przemysłowcy, kupcy, bankierzy zachowywali wierność starej dewizie moralnej: „Na trzech rzeczach opiera się świat: na nauce, na służbie Bożej i na miłosiernych uczynkach”. Byli hojnymi filantropami. Mieli ambicje intelektualne. Spolonizowani inteligenci żydowskiego pochodzenia; lekarze, adwokaci, naukowcy, artyści, ludzie pióra, wydawcy, księgarze – utalentowani, wykształceni, uparci, osiągali znaczne sukcesy zawodowe. Bez udziału polskich Żydów materialna i duchowa kultura narodu byłaby znacznie uboższa. I boli myśl, że ich miłość do Polski nie była doceniana ani odwzajemniana.

Utopijna wiara, że można być zarazem Żydem i Polakiem, towarzyszyła Korczakowi całe życie. Dobrze wiedział, jak trudna jest taka podwójna tożsamość, ale nigdy jej nie negował. W dotychczasowych biografiach podkreślano całkowitą polonizację rodziny Goldszmitów, tak jakby dowodzić to miało wyższości cywilizacyjnej. A oni nie uważali swojej żydowskości za sprawę wstydliwą. Nie chcieli się jej wyrzekać. Nie próbowali jej zatajać. Nie chcieli poprzez chrzest zacierać śladów swego pochodzenia.

Podobnie myśleli moi dziadkowie: Janina i Jakub Mortkowiczowie, wydawcy. Należeli do tego samego pokolenia co Korczak i tego samego środowiska. W młodości obracali się w tych samych kręgach warszawskich „niepokornych”, którzy uczyli, że „nikt nie jest wolny od odpowiedzialności za to, co się dzieje wokół”. Na całe życie ukształtowały ich te nauki. W roku 1910 Janusz Korczak u Mortkowicza opublikował _Mośki, Joski i Srule_, a zaraz potem _Józki, Jaśki i Franki_ – opowieści o żydowskich i polskich chłopcach na koloniach letnich. Do końca w tym samym wydawnictwie drukował wszystko, co napisał: urocze książki dla młodzieży, mądre utwory pedagogiczne, otwierające dorosłym oczy na psychikę dzieci. I autor, i jego wydawca najwierniej służyli polskiej literaturze i polskiemu społeczeństwu. Ale w miarę jak w kraju narastał antysemityzm, coraz częściej odmawiano im prawa do polskości. W moim domu nigdy się o tym nie mówiło. Z czasem zaczęłam coraz lepiej rozumieć ten dramat.

Autorką pierwszej powojennej książki o Doktorze była moja matka – Hanna Mortkowicz-Olczakowa. Książka do tej pory funkcjonuje jako jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o jego życiu. Napisana niedługo po kataklizmie ma ów podniosły ton epitafiów, w których brakuje uczłowieczających, przyziemnych konkretów. Nigdy nie poprosiłam: – Opowiedz, jaki był naprawdę. Przecież tak dobrze go znałaś. Musiał mieć jakieś słabości, przywary, śmiesznostki, cechy szczególne, dzięki którym mógłby dzisiaj stać się nam bliższy.

Ale kto znał go naprawdę? Skryty, odludek, nieskłonny do bliższych przyjaźni, nigdy nikomu nie zawracał głowy własnymi sprawami. Los sprawił, że najwięcej osobistych zwierzeń i informacji o swojej rodzinie zostawił w dzienniku, który prowadził w ostatnich miesiącach życia, w getcie. Przeczuwał zbliżającą się śmierć i wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu. Dlatego podjął długo odkładany temat: „Autobiografia. Tak. – O sobie, o swojej małej i ważnej osobie”².

Końcowy zapis nosi datę 4 sierpnia 1942 roku. 5 albo 6 sierpnia wygnany został razem z dziećmi i z całym personelem sierocińca na Umschlagplatz. _Pamiętnik_ pozostał na Śliskiej. Doktor musiał przywiązywać do niego wielką wagę, bo spodziewając się ewakuacji, zostawił dyspozycję, by maszynopis, jeśli to będzie możliwe, przekazano Igorowi Newerlemu. Tekst, przemycony na aryjską stronę, ocalał. Został opublikowany przez Newerlego dopiero w roku 1958.

Pozostał w _Pamiętniku_ plan autobiografii, której nie zdążył napisać. Podzielił swoje życie na siedmioletnie okresy. Dlaczego siedmioletnie? Może dlatego, że cygańska siódemka? Siedem dni w tygodniu? Święta liczba w kabalistyce? Siedem stopni wtajemniczenia? Raczej przypadek. Można życie rozczłonkować na pięciolecia i też by się zgadzało – stwierdzał niedbale, nie przywiązując wagi do tego podziału.

Opisał metodę, którą chciał się posługiwać. Bardzo współczesny jest ów zamysł, by dotrzeć do siebie, poszukując dziedzictwa otrzymanego od kolejnych pokoleń.

Co zamierzasz?

– Widzisz przecie. Szukam podziemnych źródeł, czysty, chłodny żywioł wody odgarniam i rozgarniam wspomnienia.³

Decydując się na odtworzenie życiorysu Korczaka, postanowiłam trzymać się chronologicznych ram, które sam wyznaczył. Wątki, które uznał za istotne, uzupełnione są autobiograficznymi wzmiankami rozsianymi w jego twórczości. A opowieść, tak jak chciał, próbuje dotrzeć do podziemnych źródeł, do korzeni. Może podróż w tamte odległe czasy, kiedy żyli jego przodkowie, kiedy się rodził, kiedy był chłopcem, kiedy dorastał do swojego powołania i kiedy je wypełniał, przywoła choćby cień Starego Doktora, pozwoli zobaczyć jego ludzką twarz pod nimbem męczeństwa, przypomni parę podstawowych wartości moralnych, dla których żył i dla których zginął.1. HRUBIESZOWSKI SZKLARZ I AUSTRIACKA CESARZOWA

Pradziadek był szklarzem. Rad jestem: szkło daje ciepło i światło.

Janusz Korczak, Pamiętnik, getto, 21 lipca 1942 roku

Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna. Ta zaczyna się w Hrubieszowie, bo stamtąd pochodzili przodkowie Henryka Goldszmita, znanego powszechnie jako Janusz Korczak. Hrubieszów to miejscowość w województwie lubelskim, tuż przy granicy z Ukrainą, położona malowniczo nad rzeką Huczwą, a właściwie objęta dwiema jej odnogami. Urzeka uroda tamtejszych lasów, żyznych pól, bujnych łąk. Mnóstwo zabytków dawnej architektury drewnianej i murowanej przypomina czasy, o których będzie mowa w tym rozdziale. Z tamtych lat pochodzą nazwy hrubieszowskich ulic: Wodna, Kościelna, Cicha, Ludna, Szewska, Gęsia.

Każda historia zawsze się kiedyś zaczyna. Ta zaczyna się w odległej przeszłości, tajemniczo, jak w strasznej baśni. Istniał w ludowej żydowskiej tradycji obyczaj, że kiedy w okolicy wybuchała epidemia dżumy albo czarnej ospy i zawiodły wszystkie sposoby ratunku, żeniono ze sobą na cmentarzu parę najbardziej pokrzywdzonych przez los ludzi: nędzarzy, kaleki, pozbawionych rodziny. Wyposażeni po ślubie przez gminę żydowską, dostawali w upominku nowe życie, co miało przepędzić śmierć. Wydarzyło się podobno coś takiego w pradziejach rodziny Goldszmitów. „O dalszych przodkach wiem tylko tyle, że były to bezdomne sieroty, poślubione sobie na cmentarzu żydowskim, jako ofiara przebłagania w okresie szerzącej się w miasteczku zarazy”¹. Opowiadał o tym Korczak Marii Czapskiej późną jesienią 1941 roku, kiedy odwiedziła go w ostatniej siedzibie sierocińca na Siennej, przedostawszy się za cudzą przepustką do getta.

Wspomniany w _Pamiętniku_ pradziadek był postacią bardziej konkretną, choć też mało o nim wiadomo. Doktor, zachęcając dzieci do wypytywania o rodzinną przeszłość, pisał z żalem w „Małym Przeglądzie”, dodatku do „Naszego Przeglądu”, pisma przeznaczonego dla asymilowanej inteligencji żydowskiej:

Ja fotografii mego pradziadka nie mam i niewiele o nim słyszałem. Dziadek mi o nim nie mówił, bo umarł, zanim się urodziłem. Mało wiem o swoim pradziadku.

Wiem, że był szklarzem w małym miasteczku.

Biedni ludzie szyb wtedy w oknach nie mieli. Pradziadek chodził po dworach i wstawiał szyby, i kupował skórki zajęcze. Lubię myśleć, że mój pradziadek wstawiał szyby, żeby było jasno, i kupował skórki, z których robiono kożuchy, żeby było cieplej.

Czasem myślę, jak ten mój stary pradziad chodził od wsi do wsi bardzo długą drogą, usiadł pod drzewem, żeby odpocząć, albo spieszył, żeby zdążyć przed zmrokiem na święto.²

Podobno ów szklarz miał na imię Eliezer Chaim, podobno mieszkał w Hrubieszowie. Pod koniec osiemnastego wieku Żydzi stanowili przeszło połowę hrubieszowskiej ludności, reszta składała się z katolików i prawosławnych. Niziutkie kamieniczki i drewniane chałupki stłoczone ciasno obok siebie. Wąskie błotniste uliczki. Mnóstwo maleńkich sklepików. Dwa rynki: stary i nowy. Pośrodku rynków stragany. Chłopi zwozili tu nabiał, mięso, warzywa. Tu zaopatrywali się w odzież, buty, przedmioty domowego i gospodarczego użytku, „towary łokciowe”, czyli tkaniny. Na czwartkowym targu kupujący i sprzedający kłócili się zawzięcie o ceny. Po polsku, po ukraińsku, po żydowsku. Kościół katolicki, cerkiew, synagoga od setek lat należały do miejscowego pejzażu.

Sztetł. Po żydowsku – miasteczko. Jedno z tych, które choć unicestwione przez Zagładę, żyją nadal swoim intensywnym życiem w literaturze i w niezliczonych wspomnieniach. Dla jednych ostoja tradycyjnych żydowskich wartości, rodzinnego ciepła, blasku rytualnych obrzędów, miejsce, gdzie „baśnie i mity unosiły się w powietrzu”. Dla innych siedlisko zacofania, ciemnoty, średniowiecznych zabobonów. Żydowska społeczność w takich miasteczkach żyła we własnej dzielnicy, odgrodzona od chrześcijańskich sąsiadów niewidzialnym murem rygorystycznych przepisów religijnych. „Starozakonni” nie uczyli się miejscowego języka, nie utrzymywali towarzyskich kontaktów z otoczeniem, nie chcieli się wyrzec swoich tradycyjnych strojów i obyczajów, za jedyne źródło wiedzy uznawali Talmud. Świecka nauka, świeckie zainteresowania były zabronione, łamanie ortodoksyjnych nakazów i zakazów karano klątwą, która oznaczała wykluczenie winnego ze wspólnoty i wygnanie go poza obręb gminy. Rodzina odprawiała po nim żałobę, jak po zmarłym, a gdy naprawdę umarł, nie miał prawa do pochówku na cmentarzu żydowskim.

Ten, kto się tak separuje od otoczenia, musi mieć na sumieniu złowrogie tajemnice. Na tym polegało żydowskie nieszczęście, że zawsze tam, gdzie się osiedlali, budzili nieufność i niechęć tubylców. Nie rozumiano, że utrata ojczyzny i rozproszenie po świecie – wszystko to powodowało w Żydach paniczny lęk, że rozpłyną się, stracą tożsamość, przestaną istnieć jako naród. Zamienili się we wspólnotę posłuszną regułom, które ingerowały we wszystkie dziedziny życia duchowego, społecznego i rodzinnego. Przez całe wieki, dzień po dniu, wszędzie tam, gdzie rzucił ich los, toczyli heroiczną walkę o dochowanie wierności Bogu i tradycji. Czyli o przetrwanie.

Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek,

W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy

Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek

I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.

W swoim powojennym wierszu Antoni Słonimski nieprzypadkowo wspominał Hrubieszów. Pochodził stamtąd także jego pradziadek, Abraham Jakub Stern. To o nim myślał, pisząc w następnych wersach:

Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą,

Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem.³

Ów pradziadek poety, zegarmistrz-filozof, genialny samouk, słynny wynalazca, konstruktor pierwszej na świecie „machiny rachującej” figuruje w wielu encyklopediach, znane są koleje jego życia i znana jest w przybliżeniu data jego urodzenia. Jedni twierdzą, że był to rok 1762, inni, że 1769. Pradziadek Janusza Korczaka niczego istotnego nie dokonał, nikt się nie zajmował jego biografią. Załóżmy jednak, dla jasności opowieści, że obaj Hrubieszowianie sprzed wieków byli rówieśnikami. Skoro urodzili się w tym samym małym miasteczku, w tym samym ortodoksyjnym żydowskim środowisku, na pewno się znali. Znali się także ich prawnukowie. Obaj pisali. Obaj mieszkali w Warszawie. Choć Słonimski młodszy był o siedemnaście lat od Korczaka, obaj należeli do tej samej formacji polskich inteligentów żydowskiego pochodzenia. Ciekawe, czy rozmawiali kiedyś o Hrubieszowie i o drogach, które wiodły ich przodków ku polskości przez wyjątkowo dramatyczny czas.

5 sierpnia 1772 roku caryca Katarzyna II, cesarzowa austriacka Maria Teresa i król pruski Fryderyk II Wielki podpisali w Petersburgu traktat uzgadniający zasady, na jakich zagarną trzydzieści procent polskiego terytorium. W roku 1773 polski sejm pod presją trzech mocarstw ratyfikował pierwszy rozbiór Polski. Protestował tylko król hiszpański. Reszta Europy milczała. Ta data nie tylko wyznaczyła tragiczną cezurę w dziejach Rzeczypospolitej. Skończył się także pewien etap w historii polskich Żydów. Przestali być jednolitą mniejszością, egzystującą lepiej czy gorzej w tym samym kraju. Trafili pod władze trzech różnych rządów i zostali zmuszeni do poddania się trzem różnym systemom prawnym. W wyniku rozbiorowych ustaleń Hrubieszów przypadł w udziale Austrii. Dwaj żydowscy chłopcy z Hrubieszowa przestali być poddanymi polskimi, stali się poddanymi austriackimi. W ich domach mówiło się: „Oby tylko nie było gorzej”.

Świat gojów, niezależnie od tego, kto w nim panował, zawsze budził w Żydach strach. Goj widział w nich sprawców całego zła na ziemi, grabił i karał niemiłosiernie za urojone przewiny. Był nieprzewidywalny. Nigdy się nie wiedziało, co z jego strony zagraża. A jednak, mimo swej wszechmocy, nie zasługiwał na szacunek. Nie miał głowy do interesów, trwonił pieniądze, nie cenił wiedzy, mądrości, wykształcenia. Polskie i ukraińskie dzieci tak samo głodowały jak żydowskie. Tak samo były brudne i obdarte. Ale nie miały nigdy książki w ręku. Nie umiały czytać ani pisać. Podobnie jak ich rodzice i dziadkowie.

W żydowskim domu, choćby najbiedniejszym, zawsze był zbiór pobożnych ksiąg, przekazywanych z pokolenia na pokolenie i studiowanych przez mężczyzn w rodzinie. Kiedy żydowscy chłopcy zaczynali mówić, kazano im powtarzać wersety z Biblii. Kiedy skończyli trzy lata, uczono ich rozróżniać hebrajskie litery. Od czwartego, czasem nawet trzeciego roku życia chodzili do chederu – religijnej szkoły. Pisanie, czytanie po hebrajsku, tłumaczenie świętych tekstów, cztery działania rachunkowe, zasady moralności i dobrego wychowania – to program, który musieli opanować, nim skończyli osiem lat. Od ósmego roku życia do trzynastego studiowali Talmud i komentarze do Talmudu. Obowiązywał pamięciowy system nauki; uczniowie tak długo powtarzali każdą nową wiadomość, aż utkwiła im w głowie. Ośmieszane przez gojów kiwanie się nad księgami było sprawdzoną przez wieki metodą na usprawnienie mózgu i pamięci.

Przyszły pradziadek Antoniego Słonimskiego był nadzwyczaj inteligentny. Uczył się chętnie i zaskakującymi pytaniami zapędzał nauczyciela-mełameda w kozi róg. Przyszły pradziadek Korczaka chyba nie miał głowy do nauki ani większych życiowych ambicji. Znał swoją drogę, wytyczoną od urodzenia do śmierci przykazaniami boskimi. W trzynastym roku życia bar micwa, czyli uroczystość z okazji osiągnięcia dojrzałości. Potem praca zapewniająca najskromniejsze choćby utrzymanie. Małżeństwo z córką pobożnych Żydów. Dużo dzieci, by wypełnić nakaz Tory: „Bądź płodny i rozmnażaj się”. Kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok, uregulowane rytmem religijnych rytuałów i świąt. Wszystko jasne i przewidywalne. Nie wyobrażał sobie innego losu. Ale cesarzowa Maria Teresa postanowiła jego los odmienić.

I ona, i współrządzący z nią syn, Józef II, od razu zaczęli wprowadzać na zagrabionych terenach obowiązujące w Austrii ustawodawstwo. Jedną z wielu spraw domagających się uporządkowania była „kwestya żydowska”. Oświecony absolutyzm austriacki, pod osłoną szlachetnych słów, zmierzał do tego, by pozbyć się najbiedniejszych Żydów z kraju, a bogatszych zgermanizować. Wprowadzono podatek zwany opłatą tolerancyjną. W zamian za wysoką cenę czterech guldenów od rodziny pozwalano im zostać tam, gdzie żyli od wieków. Tych, którzy opłaty nie mogli uiścić, tysiącami wyganiano za granicę.

Liczne restrykcyjne zarządzenia ograniczały możliwości handlowe i zarobkowe „niewiernych”, powodując postępujące zubożenie tych, którzy i tak już z trudem wiązali koniec z końcem. Nieobejmujący dotąd Żydów pobór do wojska wzbudził popłoch. Służba wojskowa oznaczała nie tylko rozłąkę z rodziną. Gwałciła podstawowe prawa judaizmu. Zmuszała do pozbycia się tradycyjnych ubiorów i obcięcia bród, uniemożliwiała święcenie szabatu i innych tradycyjnych świąt, wykluczała zachowanie koszerności. Nakaz ubierania się po europejsku, obowiązek posyłania dzieci do świeckich szkół z niemieckim językiem wykładowym, zamiast do chederów, przymus posługiwania się językiem niemieckim w kontaktach z instytucjami państwowymi i w urzędowej korespondencji – wszystko to godziło w tak pilnie dotąd strzeżoną sferę żydowskiej odrębności.

Najbardziej bolesne były przepisy zmierzające do ograniczenia przyrostu ludności żydowskiej. Jeden z pierwszych dekretów Marii Teresy drastycznie utrudniał Żydom zawieranie małżeństw. Na każdy związek musiał udzielić zgody urzędnik austriacki, a udzielał jej tylko wtedy, kiedy kandydat na męża miał świadectwo ukończenia świeckiej szkoły i stać go było na opłacenie taksy ślubnej. W zależności od zarobków rodziny i od tego, czy chodziło o ożenek pierworodnego czy kolejnego syna, najniższa opłata wynosiła czterysta reńskich, najwyższa mogła przekroczyć sto dukatów.

W roku 1787 nakazano Żydom przyjmowanie urzędowych nazwisk, co miało usprawnić pobieranie podatków i pobór do wojska. Dotąd używali tylko imienia i przydomka, utworzonego najczęściej od imienia ojca. Na przykład: Ibrahim Ibn Jakob albo Meisels Dow Ber. Nowe nazwisko musiało brzmieć po niemiecku. Od dobrej albo złej woli urzędnika magistratu zależało, czy miało znaczenie obojętne, jak Kleinmann – mały, Grossmann – duży, Kaufmann – kupiec, czy też ośmieszające groteskową zbitką słów: Muttermilch – mleko matki, czy Katzenellenbogen – koci łokieć.

Przyszły pradziadek Słonimskiego, Abraham Jakub, miał szczęście. Otrzymał nazwisko Stern. Po niemiecku – gwiazda. Na razie był zaledwie pomocnikiem hrubieszowskiego zegarmistrza. Za parę lat istotnie rozbłysnął jak gwiazda. Przyszły pradziadek Korczaka, Eliezer Chaim, otrzymał nazwisko Goldszmidt, które z czasem przybrało formę Goldszmit. Może ktoś z rodziny był złotnikiem?

W roku 1787 hrubieszowski szklarz miał, jak zakładamy, dwadzieścia pięć lat. Zgodnie z religijnymi przepisami powinien być od dawna żonaty – za wiek stosowny do ożenku uważano lat osiemnaście, choć często żeniono chłopców zaledwie kilkunastoletnich. By wypełnić misję, do której powołał go Bóg, musiał uporać się z wieloma przeszkodami. Przede wszystkim wymigać się od wprowadzonej właśnie służby wojskowej. Najbogatsi mogli się od niej wykupić. On nie. Miał więc spędzić następne lata w armii austriackiej, może nie na pierwszej linii frontu, ale przytajony gdzieś w polowej kuchni czy przy taborze? Gdyby przeżył, wróciłby do siebie zniemczony, zeświecczony. Nie chciał nawet o tym myśleć.

Mógł wynieść się z rodzinnych stron. Pod koniec osiemnastego wieku docierały już do Polski hasła Haskali. Haskala to po hebrajsku oświecenie. Tak nazywano program ideowy, którego ojcem był Mojżesz Mendelssohn. Żydowski filozof, biblista i pisarz, osiadły w Berlinie, nawoływał współwyznawców do emancypacji, do porzucenia średniowiecznych ubiorów i ortodoksyjnych reguł, separujących ich od otoczenia, do zdobywania świeckiego wykształcenia, które pozwoli lepiej funkcjonować w świecie. To on sformułował zasadę, która głosiła, że Żyd ma być Żydem w domu, a na ulicy – Europejczykiem. To dzięki niemu wśród żydowskich chłopców narodziły się tęsknoty za innym życiem niż to, które znali. Jeden z pierwszych zwolenników Haskali, Salomon Jakub Kalman, pochodził właśnie z Hrubieszowa. Mimo że był synem miejscowego rabina, popełnił wykroczenie karane w religijnej rodzinie klątwą: uciekł z domu, studiował medycynę w Niemczech i we Francji, tam zmienił imię i nazwisko. Po powrocie do Polski, już jako Jacques Calmanson, został lekarzem króla Stanisława Augusta.

Szklarz był człowiekiem spokojnym i ani mu w głowie były awanturnicze przygody. Bardziej mu zależało na posłuszeństwie prawom boskim niż austriackim. Wybrał więc wariant trzeci. Skrył się gdzieś, znikł z oczu komisjom poborowym, co nie było trudne w czasach powszechnego zamieszania. No i skoro postanowił się ożenić, musiał zgromadzić pieniądze na opłatę tolerancyjną oraz na taksę ślubną. Wymagane sumy były dla niego niewyobrażalnie duże. Ratunkiem mogła być posażna panna, której rodzice zechcieliby sfinansować małżeństwo i wziąć męża na utrzymanie, pod warunkiem, że będzie kształcił się dalej w uczelni talmudycznej, zwanej jesziwą albo jeszybotem. Ale najwidoczniej nie zamierzał zostać uczonym. Musiał więc cierpliwie czekać, aż sam zgromadzi środki na założenie własnego gniazda. Jeśli uznać, że jeden z utworów Korczaka oparty jest na rodzinnych przekazach, znalazł żonę w tym samym środowisku małomiasteczkowej biedoty, z którego się wywodził, i spłodził z nią syna o imieniu Lejb.

Pierwszy rozbiór był szokiem dla polskich elit intelektualnych. Podjęto gorączkowe wysiłki, by zmienić kraj z zacofanego na europejski, zreformować ustrój, przebudować sobiepańską mentalność społeczeństwa. Sejm Wielki przez cztery lata obradował nad naprawą Rzeczypospolitej. „Kwestyą żydowską” zajął się sam król. Jego doradcą stał się ów Jacques Calmanson, syn rabina z Hrubieszowa. Konstytucja, uchwalona 3 maja 1791 roku, uznawana jest za najdojrzalszy wyraz myśli politycznej tamtej epoki. Nie było w niej wprawdzie ani słowa o Żydach, ale następne ustawy miały regulować ich status. Zabrakło czasu. Rok po uchwaleniu Konstytucji przeciwnicy reform, targowiczanie, namówieni przez carycę Katarzynę, wezwali Rosję na ratunek zagrożonej „złotej wolności” szlacheckiej. Wojska rosyjskie wkroczyły do Polski. Sejm przerwał obrady. Rozpoczęła się wojna. Nie było żadnych szans na zwycięstwo. Rosja i Prusy uzgodniły między sobą drugi rozbiór Polski. Traktat rozbiorowy został podpisany w roku 1793 w Grodnie.

24 marca 1794 roku na rynku w Krakowie Tadeusz Kościuszko ogłosił wybuch powstania w obronie niepodległości. Nie udało mu się zmobilizować całego narodu, ale udział w walce wzięli przedstawiciele wszystkich stanów: szlachta, mieszczanie, chłopi. A także Żydzi. Poskutkowały niedawne debaty sejmowe nad ich losem. Poczuli się obywatelami kraju. Zamożny handlarz końmi, Berek Joselewicz, wezwał współwyznawców do walki. Sformowany przez niego pułk lekkiej kawalerii liczył pięćset osób. Wolnościowy zryw zakończył się tragicznie. Kościuszko po przegranej bitwie dostał się do niewoli, zabrakło doświadczonych dowódców, rosyjski generał Suworow zaatakował Warszawę od strony Pragi – dzielnicy leżącej po prawej stronie Wisły. Zginął prawie cały pułk Berka Joselewicza.

Wymordowanie przez wojska rosyjskie około dwudziestu tysięcy bezbronnych mieszkańców Pragi, głównie Żydów, weszło do historii wojennego okrucieństwa jako tak zwana rzeź praska. Został wtedy zabity, razem z całą ogromną rodziną, Icchak Kramstück, kupiec handlujący z Gdańskiem drzewem i zbożem. Przeżył masakrę tylko jeden z jego synów – Samuel. Dzięki temu przetrwała dynastia Kramstücków, później Kramsztyków, o której będzie wiele razy mowa w tej opowieści.

W roku 1795 dokonany został trzeci rozbiór Polski. Rosyjskie, austriackie, pruskie wojska wkroczyły na zaanektowane ziemie. Rok po trzecim rozbiorze umarła Katarzyna II. Rok później wyzionął ducha w Petersburgu zdetronizowany król Stanisław August. Francuski generał Napoleon Bonaparte objął władzę we Francji. Obiecywał, że wskrzesi Polskę. Przy jego boku formowało się polskie wojsko – Legiony. Panienki we dworach grały na klawikordach najnowszy utwór przysłany z Paryża – mazurka, który zaczynał się od słów: „Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy”.

Czas płynął. W roku 1804 Napoleon koronował się w Paryżu na cesarza i wyruszył na podbój świata. W roku 1805 w bitwie pod Austerlitz pokonał czterokrotnie większe wojska austriacko-rosyjskie. Życie szklarza snuło się ledwo widoczną nitką po obrzeżach wielkiej historii. Przez pięć dni w tygodniu wędrował od wsi do wsi, od chałupy do dworu, ciągnąc za sobą wózek z taflami szyb owiniętymi w słomę. W piątek rano ruszał w drogę powrotną, bardzo się spiesząc, by zdążyć do domu na szabatową kolację. Nikt nigdy nie dowiedziałby się o jego istnieniu, gdyby nie to, że w roku 1805 urodził mu się kolejny syn – Hersz.PRZYPISY

Wstęp. Nienapisana autobiografia

¹ Wszystkie cytaty z mott za: Janusz Korczak, _Pamiętnik_, w: _Dzieła_, t. 15 (prwdr. w: Janusz Korczak, _Wybór pism_, Warszawa 1958, t. 4).

² Tamże.

³ Tamże.

1. Hrubieszowski szklarz i austriacka cesarzowa

¹ Maria Czapska, _Rozważania w gęstniejącym mroku_, w: _Wspomnienia o Januszu Korczaku_, wybór i oprac. Ludwika Barszczewska, Bolesław Milewicz, wstęp Igor Newerly, wyd. drugie, Warszawa 1989, s. 283.

² Janusz Korczak, _Prapra... dziadek i prapra... wnuk_, „Mały Przegląd”, 3 XII 1926, __ w: _Dzieła_, t. 11, wol. 2, s. 113.

³ Ten i poprzedni cytat: Antoni Słonimski, _Elegia miasteczek żydowskich_, w: tegoż, _Poezje zebrane_, Warszawa 1964, s. 495.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij