-
nowość
Korekta Świadomości - ebook
Korekta Świadomości - ebook
Gdańsk, rok 2064. Igor, młody lekarz w trakcie specjalizacji z neurochirurgii, sądził, że ludzki mózg nie ma przed nim tajemnic. Do dnia, w którym spotkał Olgę. Jej obecność w gdańskim szpitalu nie była przypadkiem, a tajemnica jej umysłu tkwiła w kodzie, którego nie rozumie żaden żywy człowiek. W sterylnych gabinetach wpływowego profesora Horodyskiego granica między medycyną a Bogiem przestała istnieć. Tu nie leczy się chorób, lecz eliminuje ludzką słabość. Igor odkrywa przerażającą prawdę: potęga, którą nazywamy Sztuczną Inteligencją, znalazła sobie nowy dom. W nas. Kiedy Twoje wspomnienia przestają należeć do Ciebie, a odruchy stają się poleceniami z zewnątrz, nie masz dokąd uciec. Igor i Olga wpadają w sam środek cyfrowego koszmaru, w którym najbezpieczniejsze miejsce na świecie – własna głowa – stało się pułapką. Zanim zaśniesz, zadaj sobie jedno pytanie: czy ta myśl, która właśnie przemknęła Ci przez głowę, na pewno jest Twoja?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397002173 |
| Rozmiar pliku: | 927 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przeraziłem się, gdy tuż po otwarciu oczu zobaczyłem wnętrze karetki, a obok mnie dwóch ratowników medycznych.
– Dokąd jedziemy? – zapytałem.
– Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Jedziemy do szpitala na Dębinki – odpowiedział jeden z nich i docisnął mnie ręką do leżanki, widząc, że próbuję się podnieść.
– Wypuśćcie mnie. Ze mną jest wszystko w porządku. – Nie odczuwałem bólu fizycznego, choć ciało odmawiało mi posłuszeństwa i nawet gdy próbowałem się podnieść, nie mogłem.
– Doznał pan poważnych obrażeń. Jest pan w szoku, ale proszę się nie martwić. Lekarze się zaraz panem zajmą. – Te słowa spowodowały, że poczułem mocny wystrzał adrenaliny. Oni nie mogli mnie tam dowieźć. Nie mogłem trafić na stół operacyjny. Nie mogłem pozwolić nikomu z tego szpitala na próbę ratowania mnie. Absolutnie nie tam.
– Nic mi nie jest. – Udało mi się wypowiedzieć te słowa głośniej, szarpnąć ręką i podnieść tułów. Nie zdołałem jednak zrobić nic więcej, bo ratownicy zmusili mnie, żebym się położył. Te dwie sekundy wysiłku spowodowały, że poczułem brak mocy i okropny ból.
– Co pan wyprawia?! – usłyszałem, gdy wyrwałem igłę doprowadzającą kroplówkę do ręki.
Natychmiast jeden z nich podał mi zastrzyk, prawdopodobnie uspokajający, a drugi zapiął moje nadgarstki pasami i przymocował je do łóżka. Nie mogłem się ruszyć. Czułem bezsilność. Wiedziałem, że nic już nie zrobię i trafię na stół operacyjny. Powoli stawałem się obojętny. Obraz zaczął mi się rozmazywać. Ostatnie, co zobaczyłem w wyobraźni, to mama czekająca na mnie z kolacją, uśmiech Olgi i tę ciężarówkę, która zajechała mi drogę…
Dwa miesiące wcześniej
Pomogłem mamie posprzątać ze stołu.
– Obiad jak zwykle był wyśmienity – powiedziałem, wkładając talerze do zmywarki.
Kiedy skończyłem, poszedłem po torbę treningową.
– Basen czy tenis? – spytała, gdy zobaczyła mnie w dresie.
– Natek ma dziś jakąś randkę po pracy, więc z tenisa nici. Idę popływać.
– Mógłbyś wziąć przykład z kolegi.
Irytowało mnie to podgadywanie, ale odparłem grzecznie:
– Przyjdzie czas i na dziewczynę. Dobrze wiesz, co jest teraz dla mnie najważniejsze – dodałem i wyszedłem z mieszkania.
Miałem dwadzieścia pięć lat, ledwie skończyłem medycynę, a moim jedynym marzeniem było zrobienie specjalizacji w dziedzinie chirurgii. Nie miałem ochoty na randkowanie, ciągle siedziałem w książkach, a jedynymi rozrywkami były basen, tenis i czasem piwo w pobliskim barze. Szczerze mówiąc, bałem się tych całych randek. Wiem, jak to działa: jedna, druga, motyle w brzuchu, seks, a potem ona zaczyna wymagać od ciebie poświęcenia, czasu i uwagi. Wpadasz w sidła miłości i marzenia o karierze idą z dymem. Nie! Nie mogłem sobie na to pozwolić. Chciałem być taki jak mój ojciec. Obiecałem mu to przed śmiercią.
Był wybitnym chirurgiem. Dokonywał cudów. Jeśli wszyscy lekarze wokół nie chcieli podjąć się operacji, wiadomo było, że może to zrobić tylko on. Mama zawsze była na ojca zła. Praca była dla niego numerem jeden. Jeśli w środku nocy musiał jechać na drugi koniec Polski, żeby ratować komuś życie – jechał. Nawet wtedy, gdy mojej matce odeszły wody płodowe i miałem za chwilę przyjść na świat, ojciec spakował dżinsy, dodatkowy fartuch i pruł do Gdyni, gdzie pięcioletnia dziewczynka walczyła o życie po wypadku, w którym zginęli jej rodzice, a ona sama doznała poważnego urazu czaszkowo-mózgowego. Później mama opowiadała mi, że była z niego bardzo dumna, ale i przepłakała niejedną noc – choćby i tę podczas porodu. Była sama, a mój ojciec, nie zważając na nic, rzucał wszystko i jechał tam, gdzie ktoś czekał na jego dłonie, zdolne dokonać cudu.
Ojciec po studiach zakochał się w niewłaściwej osobie, dlatego robienie specjalizacji odłożył w czasie. Żeby zarobić na życie, pracował jako kelner w klubach nocnych i restauracjach.
Gdyby nie to, że jego wybranka w swoje własne urodziny zrobiła sobie „prezent” i przespała się z kumplem, a mój ojciec wpadł wtedy z kwiatami – pewnie żyłby w nieświadomości do końca swoich dni. Stanął jednak na nogi, omijał kobiety szerokim łukiem, a moją mamę poznał, dopiero gdy jego życie zawodowe się ustabilizowało. Tata był dla mnie wzorem, poświęcał wszystko dla ratowania istnień ludzkich. Sam jednak zmarł na oddziale chirurgicznym w wieku czterdziestu pięciu lat, gdzie znalazł się po tragicznym wypadku.
Gdyby wtedy był przy nim ktoś równie wybitny jak on… Dlatego teraz robię wszystko z myślą o tym, żeby każdego dnia patrzył na mnie z dumą.
Zjechałem windą do garażu i podszedłem do auta.
– Otwórz drzwi! – wydałem polecenie, a ten złom znów nie zareagował. – Otwórz drzwi!! – powiedziałem głośniej, co spowodowało uruchomienie komunikatu:
Przykro mi, ale pojazd może być otwarty tylko przez właściciela
– Szlag by to trafił. A niby kim ja jestem? – Uderzyłem zaciśniętą pięścią w drzwi. – Chyba ktoś tu czegoś nie dopracował? – sapnąłem zdenerwowany. – Albo muszę po prostu kupić nowszy model. Tak, zdecydowanie w tym tkwi problem.
Niestety, aktualnie nie było mnie stać na takie wybryki, tym bardziej, że wszystkie pieniądze pakowałem w remont mieszkania, które ojciec zostawił mi w spadku.
– Otwórz te drzwi, cholerny, pieprzony złomie – krzyknąłem bardziej do siebie niż do niego, ale ku mojemu zdziwieniu zamek się odblokował.
Rzuciłem torbę na tylne siedzenie, usiadłem za kierownicą i wcisnąłem przycisk uruchamiania silnika. Ruszyłem z miejsca i tuż po tym, jak wyjechałem z parkingu podziemnego, poczułem, że moja prawa stopa ma kilka kilogramów więcej. Miałem ochotę na ostrzejszą jazdę. Zjechałem więc z trasy, gdzie co sto metrów ustawione były kamery, i postanowiłem nadłożyć kilometrów, aby nie narażać się na mandat, na który nie było mnie stać. Wcisnąłem pedał i gdyby to nie była kupa złomu, a człowiek, poklepałbym go po ramieniu, mówiąc, że jak na te lata, to nieźle sobie radzi.
No tak, ale schody dopiero się zaczęły. Wykańczała mnie elektronika, inwigilacja i wszystko inne, co pozwalało tym cichociemnym znać każdy mój krok.
Zwolnij, jedziesz o dwadzieścia kilometrów za szybko
– Zamknij się – burknąłem i zignorowałem komunikat z kokpitu, przyspieszyłem i otworzyłem okno, żeby poczuć podmuch wiatru.
Temperatura na zewnątrz wynosi siedemnaście stopni. Jeśli Twoja odzież nie jest do niej dostosowana, zamknij okno!
Znowu wtrąciła się ta kretyńska maszyna, zagłuszając radio.
– Co za gówno! – powiedziałem, tak jakby miała mnie usłyszeć.
Zwolnij, jedziesz o czterdzieści kilometrów za szybko
Sięgnąłem do torby leżącej na siedzeniu pasażera, wyjąłem bezprzewodowe słuchawki i wybrałem w telefonie ulubioną playlistę.
– Gadaj zdrów. – Uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem podśpiewywać „Never mind” Micka Farona. Gówniarz miał siedemnaście lat, a operował sztuczną inteligencją jak mało kto. To, co zrobił ze swoim utworem, sprawiło, że na jego punkcie oszalał cały świat. I ja również. Ci, którzy zostali w tyle i liczyli na to, że ludzie będą ich kochać tylko za wokal, nie mieli już czego szukać w show-biznesie. A w sumie szkoda – lubiłem te kawałki z lat młodości mojej mamy. Po trzydziestu pięciu minutach dojechałem pod halę sportową. Tu mieściła się niewielka siłownia, jedna z trzech ostatnich w mieście. Odkąd pojawiły się pigułki, które w ciągu maksymalnie trzech miesięcy potrafiły zlikwidować tłuszcz i zastąpić go tkanką mięśniową, wiele takich ośrodków zamknięto z powodu braku klientów. Ja byłem jednym z tych, którzy woleli trenować i rzeźbić ciało naturalnie. I nie narzekałem na to. Do tego odpowiednie jedzenie i czułem się doskonale. Wielu z moich kumpli użalało się z powodu różnych dolegliwości – część przez te dziwne tabletki, a część przez jedzenie, jakie serwował przemysł spożywczy. Każdy jednak miał wybór: albo dwie łyżki proszku, z którego powstawał gulasz w ciągu siedmiu minut, albo stanie przy garach i gotowanie. Mnóstwo ludzi się rozleniwiło, szczególnie młodzi, którzy po opuszczeniu rodzinnego gniazdka mieli zająć się przygotowywaniem obiadu samodzielnie. Nie mając tych umiejętności, stali się więźniami jedzenia z probówki.
Poza siłownią na terenie hali znajdował się również basen. Przebrałem się w szatni, wskoczyłem do wody i pokonałem bez przystanku kilkanaście długości. Wreszcie oparłem głowę o kant zbiornika, zamknąłem oczy i odetchnąłem. Tego było mi trzeba.
– Hej, Igor! – Wyrwał mnie z letargu ratownik.
– Cześć, Fabson. – Obróciłem się, żeby nie patrzeć na niego do góry nogami.
– Jak się masz?
– W porządku, jak zwykle muszę ruchem odreagować zachrzan w pracy.
– Widzę, że nie odpuszczasz.
– Cel czeka. – Uśmiechnąłem się.
– Nie wiesz, co się dzieje z Rudą? Od ponad tygodnia nie było jej tutaj, a przecież przychodziła niemal codziennie.
– Nie, stary. Nie mam z nią od dwóch tygodni kontaktu. Obraziła się o jakąś głupotę, ale wiesz… – zawiesiłem głos – dopiero co wylali ją z pracy, pewnie nie ma nastroju.
– To jest dla mnie niepojęte, stary. Taki wybitny game developer. Słyszałeś o tej nowej grze, którą stworzyła? Tej… no… cholera, nie pamiętam tytułu…
– Tej z kombinezonem pozwalającym odczuwać pogodę, ból i takie tam?
– Tak, tak. Tej.
– Słyszałem. Byłem pod wrażeniem. Sam zastanawiam się, czy jest sens się uczyć. Może chirurgów też za chwilę zastąpią roboty ze sztuczną inteligencją.
– Chyba nie masz się o co martwić. Ci od łopaty i grzebania w ludzkich narządach pewnie utrzymają się najdłużej.
– Obym zdążył wymienić komuś wątrobę, zanim zrobi to jakaś maszyna. – Zaśmiałem się. – Dobra, stary, czas ucieka. Odbijam od brzegu i robię jeszcze serię kilkudziesięciu basenów. Jak Ruda się zjawi, to ją pozdrów. – Oddaliłem się od brzegu i z prędkością światła zrobiłem dodatkowe długości, pobijając rekord utrzymania się pod powierzchnią wody bez nabierania powietrza.
Zinaida była moją najlepszą kumpelą jeszcze ze szkoły podstawowej. Miała długie, kręcone, rude włosy, a że, wypowiadając jej imię, można było sobie połamać język, wszyscy wołali na nią Zida lub po prostu Ruda. Mieliśmy te same zainteresowania – ona również marzyła o karierze w branży medycznej. Przez całe liceum spędzaliśmy wspólnie wieczory na studiowaniu literatury i przygotowywaniu się do egzaminów na studia. Maturę zdaliśmy z maksymalną ilością punktów i, choć to było jak wygrana w totka, oboje dostaliśmy się na Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu – od kilkunastu lat utrzymujący się w czołówce najlepszych w Europie. Pełni energii i nadziei wprowadziliśmy się do akademika. Nie było stać ani mnie, ani jej na wynajęcie mieszkania, choć takie rozwiązanie byłoby najlepsze. Należeliśmy do tych, którzy wolą siedzieć z nosem w książkach niż imprezować. Już po pierwszym tygodniu zajęć pierwsza z takich imprez odbyła się na naszym piętrze. Pierwsza i zarazem ostatnia dla Zidy. Zawsze miała słabą głowę do alkoholu, dlatego od niego stroniła. Tym razem jednak postanowiła poczuć się jak prawdziwa studentka i puściła wszelkie hamulce, łącznie z rozluźnieniem pasa cnoty. Popłynęła z jakimś kolesiem, a pięć tygodni później się okazało, że jest w ciąży. Ojciec dziecka nie chciał o tym słyszeć. Mając bogatych rodziców, zaoferował pomoc finansową – i na tym jego rola tatusia się skończyła. Ruda wróciła do Gdańska. Widywaliśmy się raz w miesiącu, może rzadziej, często jednak wisieliśmy na telefonie. Ona opowiadała mi o pieluchach i wyrzynających się zębach, a ja jej o życiu na uczelni. Z czasem jednak coraz mniej fascynował ją ten temat.
Kiedy jej córeczka miała pół roku i skończyły się wreszcie koncerty nocne, Zida – mająca ogromny talent plastyczny – zaczęła dorabiać, tworząc okładki do książek czy billboardy reklamowe dla tutejszych firm. W końcu zaczęła projektować gry komputerowe dla wielkiej międzynarodowej firmy, mającej swoją filię w Warszawie. Nie musiała się jednak przeprowadzać – wszystkie zlecenia wykonywała online. Nie straszna jej była sztuczna inteligencja, która wówczas pochłonęła sporą część rynku.
Kiedy po zakończonych studiach wróciłem nad morze, nasze kontakty znów były częstsze. Jednak przepaść, jaka była między jej a moim życiem, powodowała, że czasami się nie dogadywaliśmy. Żeby być doskonałym lekarzem, musiałem wciąż nad sobą pracować, a ona potrafiła się obrazić, kiedy odmówiłem jej wyjścia na plac zabaw. Tak było i tym razem. Zaprosiła mnie na piknik ze znajomymi. Nie obiecywałem, że do nich dołączę, bo wiedziałem, że jeśli tylko w pracy będę miał możliwość asystowania przy operacji, to z tego skorzystam. Dzień przed piknikiem taka okazja się nadarzyła. Kiedy oznajmiłem jej, że wybiorę się z nimi innym razem, obraziła się i nie chciała ze mną rozmawiać.
Hej, Ruda. Co u Ciebie? Wiem, że po tym zwolnieniu nie jesteś w najlepszym nastroju, ale gdy Fabian powiedział, że nie było Cię od ponad tygodnia na basenie, zacząłem się martwić.
Zdecydowałem się wysłać tę wiadomość, bo faktycznie brak aktywności nie był w jej stylu.# ROZDZIAŁ II
Brak odpowiedzi od przyjaciółki nie dawał mi spokoju.
– Mamo, miałaś ostatnio kontakt z Zidą? – spytałem, gdy wszedłem do kuchni kolejnego ranka.
– Widziałam się z nią jakieś dziesięć dni temu. Coś się stało?
Mama traktowała Rudą jak córkę, a Sonia była dla niej niczym wnuczka. Mama opiekowała się czasami małą, kiedy Zida miała pełne ręce roboty. Na swoich rodziców Ruda mogła liczyć tylko sporadycznie – odkąd zaszła w ciążę, ostentacyjnie pokazywali, jak bardzo zawiodła ich ambicje o córce-lekarce.
– Strzeliła focha jakieś dwa tygodnie temu i przestała się odzywać. – Wzruszyłem ramionami.
– Synu, jakbyś jej nie znał. Przecież nieraz już się zdarzyło, że pokazywała swoje humorki.
– Tak, masz rację, ale nie była również od tego czasu na basenie.
Podszedłem do lodówki. Otworzyłem ją, uznałem, że nie mam dziś apetytu, zamknąłem drzwi i uruchomiłem ekspres do kawy, który stał obok.
Wybierz rodzaj kawy
Rozległ się kobiecy głos z maszyny.
– Podwójne espresso – wypowiedziałem życzenie.
Kawa od kilkunastu lat była towarem deficytowym z powodu zmian klimatycznych, a ta, która była dostępna, kosztowała niemiłosiernie dużo. Mieliśmy jednak szczęście. Moja ciotka – wielka podróżniczka – odbyła wraz ze swoim mężem podróż do Ameryki Południowej, terenu najmniej dotkniętego zniszczeniem kawowców. Ponieważ ani jedno, ani drugie nigdy za kawą nie przepadało, limit pięciu paczek na osobę, jakie mogli przewieźć, wylądował u nas.
– To jest faktycznie podejrzane. Sonia by jej nie odpuściła takiej przerwy w pływaniu. – Mama urwała z gałązki trzy pomidorki koktajlowe i położyła je na talerzu obok wcześniej przygotowanej jajecznicy. – Może spróbuj zajrzeć do niej dziś po pracy. – Zabrała talerz i usiadła przy stole.
– Tak zrobię. – Moja kawa była już gotowa, więc sięgnąłem po kubek.
– Cholera! Do mojego espresso dostałem znów mleko w gratisie. Chcesz? – zwróciłem się do mamy, a sam sięgnąłem do szafki po zwykłą mieloną i nastawiłem wodę w czajniku.
– Kiedyś nie było takiego problemu. Wciskałeś przycisk „Latte” i zawsze dostawałeś latte. Te komunikaty głosowe o kant dupy można potłuc. – Zaśmiała się. – Dodaj mi tylko jedną łyżeczkę miodu i chętnie wypiję.
– Czy ten ekspres na guziki jest jeszcze gdzieś w piwnicy? – spytałem z nadzieją.
– Myślę, że tak. Poszukam go dzisiaj. – Uśmiechnęła się ironicznie, bo sam kazałem jej go wywalić, kiedy kupiłem nowy.
Wypiłem kawę i wyszedłem do pracy. Dobiegał końca mój ostatni miesiąc stażu i zaraz po jego zakończeniu miałem rozpocząć specjalizację pod okiem najlepszego neurochirurga w okolicy.
Uniwersyteckie Centrum Kliniczne zostało całkowicie wyremontowane około dziesięć lat temu i rozbudowano w nim oddział chirurgiczny. Było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie pacjenci mogli być pewni, że są w dobrych rękach. Dokładnie tutaj pracował również mój ojciec, zapewne dlatego łatwiej było mi się załapać na staż i dostać wyjątkowego opiekuna.
Zaparkowałem przed budynkiem i udałem się w stronę głównego wejścia. Nie korzystałem nigdy z windy, więc i tym razem na trzecie piętro wgramoliłem się po schodach.
Dzień dobry, panie Igorze Kordylewski
Usłyszałem, gdy system odczytał moje linie papilarne z kciuka.
Proszę spojrzeć prosto w obiektyw
Przewróciłem najpierw oczami, a potem wlepiłem wzrok tam, gdzie kazano.
Weryfikacja przebiegła pomyślnie. Witamy
Drzwi na oddział otworzyły się. Ledwie zdążyłem przekroczyć próg, a tuż obok mnie zjawił się robocik na kółkach.
– Dzień dobry. Czy życzysz sobie herbaty? – spytał. Był naprawdę słodki, to była chyba jedyna maszyna, na którą się nie wkurzałem.
– Daj mi tylko wodę – odpowiedziałem.
Plastikową ręką otworzył pojemnik, który wisiał mu na wysokości brzucha, wyjął z niego trzystumililitrową butelkę wody i podał mi ją.
– Dziękuję.
– Proszę bardzo. Jak się dziś czujesz?
– Doskonałe. A ty?
– Jestem na nogach dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czy wyobrażasz sobie jak mogę się czuć? – Zaśmiał się śmiesznym, sztucznym rechotem.
To niesamowite, że maszyny nauczyły się żartować. Podobało mi się to nawet. Kiedy wściekły chciałem obgadać kogoś z oddziału, wiedziałem, że jemu mogę nawrzucać, ile chcę i na kogo chcę. Traktowałem go niemal jak przyjaciela. Nadałem mu nawet imię: Żabolon, bo oczy miał wielkie i wybałuszone, a policzki okrągłe jak napompowane. Odprowadził mnie do drzwi wejściowych do szatni.
– Miłego dnia – rzekł, odjeżdżając.
– Wzajemnie!
Wszedłem, żeby zabrać swój fartuch, gdy usłyszałem za plecami:
– Dzień dobry, Igor, jak tylko się przebierzesz, zabierz z trójki panią Kliczkowską na zdjęcie szwów.
– Dzień dobry doktorze. Oczywiście – odparłem i zniknąłem za drzwiami.
Cezary Horodyski był jednym z tych lekarzy, których podziwiałem. Opanowany, wszystkowiedzący, pewny siebie, z samymi sukcesami na koncie, jeśli chodzi o przeprowadzone operacje. Marzyłem, aby któregoś dnia stanąć obok niego na sali operacyjnej i mu asystować.
Zdjąłem buty i bluzę – pozostawiłem tylko biały T-shirt – założyłem gumowe klapki oraz fartuch i udałem się do starowinki.
– Dzień dobry, pani Zosiu. Jak się dziś czujemy? – Usiadłem na brzegu łóżka, chwyciłem jej dłoń i podciągnąłem rękaw nocnej koszuli do połowy przedramienia.
– Chyba mam wysokie ciśnienie – odparła na mój widok.
Sięgnąłem więc po rękaw, który był połączony z monitorem wiszącym nad jej głową i założyłem na jej przedramię.
– Ciśnienie idealne. – Uśmiechnąłem się do niej, a jej mina wyraźnie wskazywała niedowierzanie. – To co? Podniosę teraz panią. Posadzę na wózku i pojedziemy zdjąć szwy, dobrze?
Przytaknęła głową. Miała grubo ponad osiemdziesiąt lat i nie zawsze chciało się jej dyskutować.
Medycyna była już na bardzo wysokim poziomie. Gojenie ran przyspieszały specjalne maści, a późniejsza całkowita eliminacja blizn była możliwa dzięki specjalnym kremom nakładanym w ciągu maksymalnie godziny od założenia szwów. Jednak na te udogodnienia mogły sobie pozwolić jedynie osoby majętne. Takie usługi były dodatkowo płatne, nawet w państwowych szpitalach. I nie działały na wszystkich. Na przykład prawie dziewięćdziesięcioletnia pani Zosia nie miała szans na zamaskowanie śladów po operacji. Jej ciało było już zbyt stare, aby zareagować na składniki preparatu. Tylko kto by się tym przejmował, będąc w jej wieku?
– No i gotowe – powiedziałem po wyciągnięciu ostatniej nici. – Jeszcze kilka dni na obserwacji i będziemy mogli przeprowadzić kolejną operację, a po niej wróci pani do domu już na własnych nogach.
– Żebym tylko dożyła… bo marzę o zdrowym, domowym obiedzie – westchnęła.
– Uważa pani, że podawane u nas jedzenie nie jest zdrowe? – Oczywiście byłem przekonany, że tak właśnie jest, ale nie wypadało potwierdzać tego na głos.
– Panie doktorze, przecież ten chleb na śniadanie nigdy nie widział mąki, kasza podawana do obiadu nigdy nie widziała ziaren zbóż, a pomidory… już na pierwszy rzut oka widać, że są z tych gotowych do zebrania po trzech dniach od posadzenia. Kiedyś to były czasy… – westchnęła. – Warzywa i owoce były nawożone środkami chwastobójczymi czy grzybobójczymi, ale wszystko zmierzało ku ekologii. Te najgorsze stopniowo zostały wyeliminowane z rynku, świat szedł w dobrym kierunku… – Zamyśliła się na chwilę. – Ale jak tylko te sztuczne mózgi…
– Sztuczna inteligencja – poprawiłem ją.
– …Tak, ta sztuczna inteligencja zaczęła ingerować i wymyślać cuda na kiju, które doprowadzają tylko do nabijania kabzy, i niszczenia wszystkiego innego wokół, to ja, panie doktorze, już wolałabym się cofnąć do czasów, kiedy Roundup był największym postrachem w przemyśle rolniczym.
– Proszę objąć moje ramię. – Nie skomentowałem tego, choć wiedziałem, że ma stuprocentową rację. Pochyliłem się tylko, objąłem ją w pasie, przeniosłem na wózek i odprowadziłem do sali. Gdy leżała już wygodnie w łóżku, powiedziałem: – Przemycę jutro dla pani kilka pomidorów z ogródka mojej babci.
– Prawdziwe pomidory? Takie najprawdziwsze? – Otworzyła szerzej oczy i uroczo się uśmiechnęła.
– Dokładnie takie – potwierdziłem.
– Dziękuję ci dziecko. – Pogładziła moją rękę. Nalałem jej wody do kubka, postawiłem na szafce przy łóżku i wyszedłem.
Udałem się do wysepki, przy której zawsze siedziały pielęgniarki i poprosiłem o wykaz przyjęć na oddział z ostatnich dwunastu godzin.
– Złamana noga: chłopiec siedem lat. Uraz kręgosłupa, złamane cztery żebra oraz mostek: kobieta trzydzieści siedem lat. Zmiażdżona stopa: mężczyzna siedemdziesiąt osiem lat – czytałem półszeptem, przesuwając palcem po płaskim ekranie elektronicznego notatnika.
– Gdzie leży ta dziewczyna z urazem kręgosłupa? – Wypowiedziane na głos pytanie skierowałem do Kai, jednej z pielęgniarek.
– Jest już po operacji, podobno wszystko się udało.
– W której sali? Chciałbym do niej zajrzeć.
– Niestety. Doktor Horodyski zabronił. Mają do niej dostęp tylko on i doktor Węgrowicz.
To było idiotyczne i dla mnie niezrozumiałe. Bywali pacjenci, do których mój idol nie dopuszczał nikogo. Sam kontrolował sytuację, doglądał pacjenta, a nawet zmieniał opatrunki. Dopiero po drugiej czy trzeciej dobie dopuszczał do niego resztę personelu. Nigdy nie spytałem, dlaczego tak robi, ale wierzyłem, że będąc tak wybitnym lekarzem, ma w tym swój ukryty cel – i zapewne słuszny. Oddałem notatnik i poszedłem zobaczyć, jak czuje się młody pacjent ze złamaną nogą.
– Dzień dobry. Proszę bardzo, widzę, że masz towarzystwo. – Uśmiechnąłem się na widok wielkiego misia siedzącego na krześle przy łóżku pacjenta.
– Dzień dobry. Ma na imię Folik.
– Tak jak ten smok z bajki. A ty jak masz na imię?
– Marwin. – Podszedłem bliżej i podałem mu rękę. – A ja jestem Igor. Miło mi cię poznać. Jak noga?
– W porządku. Smutno mi tylko, bo przez trzy tygodnie nie będę mógł grać w piłkę.
– Jak doszło do złamania? Musiałeś nieźle szaleć na boisku, co? – spytałem i zacząłem przesuwać informacje o złamaniu na monitorze znajdującym się przy łóżku.
– To nie było na boisku. Przeskakiwałem przez ogrodzenie – odparł, jakby był z tego dumny.
– Ach tak, rozumiem. No to się popisałeś przed kumplami. – Zaśmiałem się. – Okej, młody, widzę, że wszystkie badania masz w porządku, twoja mama została poinformowana i przyjedzie po ciebie po piętnastej.
– Tak, wiem. Rozmawiałem z nią przez smartglasa1.
– W takim razie, Marwin, zostawiam cię z twoim przyjacielem Folikiem, a ja pójdę zajrzeć do innych pacjentów. – Puściłem mu oczko, klepnąłem misia w ramię i wyszedłem. Ledwie opuściłem salę, zobaczyłem, jak na oddział wbiegają pielęgniarze, wioząc na łóżku mężczyznę całego we krwi. Doktor Węgrowicz wybiegł im naprzeciw, krzycząc:
– Igor! Wezwij mi natychmiast doktora Raczyńskiego, jedziemy z rannym na salę operacyjną. To dyrektor szkoły, w której uczy się mój syn. Jeden z byłych uczniów wtargnął na teren placówki i zadał mu dwa ciosy nożem w brzuch. Z tej drugiej rany nóż nie został usunięty. Ty też idziesz na salę operacyjną do asysty. Nadaj komunikat na oddział. Niech się tu też zjawi Ida.
– Tak jest, doktorze! – Nie znosiłem, gdy pojawiali się pacjenci, których życie było zagrożone, ale z drugiej strony fakt, że mogę być przy operacji, napawał mnie energią, chęcią pomocy i na maksa podkręcał adrenalinę.
Wjechaliśmy na salę operacyjną. Automat przeniósł pacjenta na stół zabiegowy. W tej samej chwili podjechał robot ze zdezynfekowanymi narzędziami. Doktor Raczyński i pielęgniarka, Ida Wojda, również byli już na posterunku. Za pomocą jednego polecenia z sufitu opuścił się sprzęt, który wykonał prześwietlenie jamy brzusznej.
– Stan ogólny średni, stabilny, źrenice wąskie o odpowiedniej reakcji na światło, czaszka śródmiarowa. Czynność serca miarowa: dziewięćdziesiąt uderzeń na minutę. Tony serca głośne. Ciśnienie w normie. Ostrze noża zostało wbite pod prawy łuk żebrowy na głębokość pięciu centymetrów, oraz pod lewy łuk żebrowy skośnie do góry w kierunku przepony na głębokość trzynastu centymetrów. Rana lewego płata wątroby na długości dwóch centymetrów. Na przedniej ścianie żołądka perforacja na całej długości ściany. Pozostałe narządy wewnętrzne nieuszkodzone – relacjonował doktor, patrząc w monitor ze zdjęciem poszkodowanego. – Okej, kochani, zaczynamy.
Operacja trwała niespełna czterdzieści minut. Nic nie zakłóciło jej przebiegu i zakończyła się pomyślnie. Pacjent został przewieziony na salę pooperacyjną. Objąłem ramieniem Idę i skierowałem ją w stronę wyjścia z sali.
– Czas na kawę. Co ty na to? – spytałem.
– Jeśli jeszcze jest, to bardzo chętnie. Pracuję tu już trzynaście lat, a nadal podczas asysty przy operacji mocno się denerwuję. A może ciacho dla osłody?
– Nie, tylko nie ta chemia z probówki.
– Nie śmiałabym ci tego proponować, wiem jak o siebie dbasz. Moja mama piekła.
– Więc nie odmawiam. – Przenieśliśmy się do służbowego pomieszczenia, gdzie usiadłem wygodnie w fotelu. – Hej, a gdzie Żabolon? To on powinien nam zaserwować kawę.
– Jest gdzieś na oddziale. Może zabawia pacjentów. – Uśmiechnęła się. – A ja nie wiem gdzie jest pilot, żeby go przywołać. Nie przejmuj się. Potrafię wypowiedzieć magiczne zaklęcie.
– Też potrafię, a jednak u mnie w domu ono nie działa. – Rozłożyłem ręce i zajrzałem do pojemnika z ziarnami kawy. – Mamy szczęście, jeszcze jest.
– Końcówka. – Ida pokazała mi niemalże puste opakowanie leżące w szafce obok, po czym zwróciła się do maszyny: – Podwójne espresso i macchiato.
– Oho, żeby obie kawy nie wylądowały w jednym kubku! – Roześmiałem się.
– To mądra maszyna. Już wiele razy dostawała podwójne zamówienia i dobrze sobie z nimi radziła.
– Ufam wam. – Posłałem jej kolejny uśmieszek.
– Proszę bardzo, filiżanka mocnej kawy i kubek zimnej wody. – Ida postawiła napoje na stoliku tuż obok fotela. – I dla mnie biała i pięknie spieniona. – Otworzyła pudełko z wypiekami mamy i usiadła na siedzisku obok.
– Dziękuję. Chyba kobiety mają lepszy wpływ na maszyny – zażartowałem i poczęstowałem się ciastkiem. – Mmm, wyśmienite.
– Dziękuję, przekażę mamie.
Piętnaście minut przerwy zleciało na pogaduchach, podjadaniu słodkości i stawaniu na nogi dzięki pysznej kawie. Reszta dnia była w miarę spokojna. Po szesnastej zrzuciłem szpitalny fartuch i wyszedłem z pracy. Skierowałem się prosto pod apartamentowiec, w którym mieszkała Ruda. Na szczęście brama wjazdowa na teren osiedla była otwarta. Zaparkowałem, wysiadłem z samochodu i podszedłem do wideodomofonu. Zadzwoniłem kilka razy, ale bez odzewu. Przyłożyłem kciuk do czytnika. Na szczęście moje linie papilarne dodano kiedyś do listy domowników, więc dostałem się na klatkę. Postanowiłem jeszcze zadzwonić do drzwi mieszkania. Wjechałem windą na siódme piętro, i stojąc przed wejściem, na zmianę stukałem i wydzwaniałem. Cisza. Zmartwiło mnie to. Nie mogły przecież nigdzie wyjechać. Sonia chodziła do szkoły i obie były na tyle sumienne, że z byle powodu mała nie opuszczała zajęć. To nie było w ich stylu.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 smartglas – okulary używane zamiast telefonu, umożliwiające nawiązanie połączenia głosowego oraz wizualnego w 3D.# ROZDZIAŁ IV
Spakowałem pomidory, sałatę i chleb dla pani Zosi i zjechałem windą do garażu.
– Cooo??? – Zdziwiłem się, gdy zastałem samochód stojący na cegłówkach bez kół. – Przecież to stary złom, opony też nienajlepsze. Szybko wróciłem do mieszkania.
– Mamo, pożyczysz mi swój samochód? – zawołałem od progu. – Wyobraź sobie, że ktoś ukradł mi wszystkie cztery koła.
– Ta kamienica jest jakaś pechowa! – Podała mi czip do auta. – Pamiętaj tylko o wstukaniu kodu tuż po wejściu. Jak dotkniesz kierownicy i system odczyta z twoich dłoni inne linie papilarne niż moje, to od razu zablokuje auto, a sygnał poleci na policję.
– Wiem, wiem. Już raz narobiłem niepotrzebnie szumu. – Ruszyłem do wyjścia. – Aaa, no tak, zapomniałem. Miałaś jechać do szkoły Soni. Może jednak wezmę taksówkę?
– Nie. Weź samochód, inaczej się spóźnisz do pracy. Poradzę sobie.
Wsiadłem do Jeepa i odpaliłem silnik. Po przekroczeniu bramy wjazdowej na osiedle chciałem trochę nadgonić, żeby dojechać do szpitala na czas. Wdepnąłem pedał gazu, ale reakcja była zerowa. Obowiązywała tam prędkość czterdziestu kilometrów na godzinę. Mama miała samochód dużo młodszy niż mój z wbudowanym systemem blokowania nadmiernej prędkości, więc o nadrobieniu straconego czasu mogłem zapomnieć.
Spóźnię się. By to szlag – pomyślałem.
Dojechałem dziesięć minut po siódmej, zaparkowałem i wystrzeliłem jak z procy do wejścia. Wbiegłem na oddział, gdzie mój ulubiony robocik przywitał się i od razu wyjął dla mnie butelkę wody.
– Dziękuję! – Nie czekałem na dalszą część uprzejmości, tylko skierowałem się do szatni. Wrzuciłem pomidory do szafki. Szybko włożyłem fartuch, zmieniłem obuwie i podszedłem do konsoli pielęgniarskiej.
– Tak, wiem, co oznacza spóźnienie. Proszę mi wybaczyć, były okropne korki – zażartowałem, zwrócony twarzą do doktora Horodyskiego, który już otwierał usta, żeby mnie zrugać. Jednak moja próba rozbawienia go nie zadziałała i nie drgnął mu nawet kącik ust, chociaż dziewczyny za konsolą ledwie powstrzymały się przed wybuchem śmiechu. Żart był dobry, czasy, kiedy ulice były zakorkowane, minęły bezpowrotnie. Sieć jezdni była wielopoziomowa i ta pospolita niegdyś wymówka stała się tak absurdalna, że aż śmieszna. Poza tym dziś był pierwszy kwietnia, popularny kilkadziesiąt lat temu prima aprilis. Sądziłem, że człowiek w wieku Horodyskiego odbierze żart z sentymentem, jednak rzeczywistość szybko zweryfikowała moje wyobrażenie – był bardziej surowy, niż przypuszczałem. Miał około pięćdziesięciu pięciu lat i jako jeden z niewielu nie przejmował się siwizną, która coraz wyraźniej przebijała w jego ciemnych włosach.
– Przepraszam jeszcze raz, to był głupi dowcip – poprawiłem się. Nie próbowałem już nawet podawać prawdziwego powodu poślizgu.
Spóźnienia traktowano tu jak zniewagę. Wszyscy pilnowali zegarka, bo w dobie powszechnej kontroli minuta zwłoki mogła oznaczać utratę premii.
– W siódemce leży ten trzydziestoletni mężczyzna, który ma zaplanowaną operację wycięcia narośli na biodrze. Przeprowadź z nim wywiad i zanotuj wszystko w systemie – powiedział surowo i oddalił się.
Bez słowa udałem się do sali pacjenta. Wykonałem polecenie, porozmawiałem z nim chwilę i pomyślałem, że czas odwiedzić panią Zosię. Zabrałem z szatni pomidory i ruszyłem do niej.
– Dzień dobry. Jak dzisiejsze samopoczucie?