Korepetycje z pożądania - ebook
W świecie wielkich pieniędzy i bezwzględnej nauki milczenie ma swoją cenę. Miłość również. Alicja miała jeden cel: zdobyć pieniądze na ratowanie chorej siostry i zniknąć z gdańskiego Instytutu. Nie podejrzewała, że wejdzie w sam środek brutalnej gry o władzę, gdzie karty rozdaje niebezpieczny profesor Vogel. Gdy na jej drodze staje Artur – chłodny, charyzmatyczny i nieprzewidywalny gracz – Alicja zmuszona jest podpisać układ. Artur oferuje ratunek, ale w zamian żąda absolutnej lojalności i wejścia w relację, w której granice między przymusem a pożądaniem zaczynają niebezpiecznie się zacierać. To nie jest zwykły romans. To mroczna, psychologiczna gra, w której najgroźniejszą bronią staje się niekontrolowane przyciąganie. Układ został zawarty. Kto pierwszy złamie zasady?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CHAPTER 1
Deszcz bębnił o wysokie, zabytkowe okna gmachu uniwersytetu, zamazując światła latarni na dziedzińcu. Było kilka minut po dwudziestej pierwszej. W bocznych korytarzach wydziału biotechnologii panowała już głęboka, niemal sakralna cisza, przerywana jedynie miarowym buczeniem agregatów z laboratoriów.
Alicja poprawiła pasek skórzanej torby, która nagle wydała jej się nieznośnie ciężka. Jej dłonie były lodowate. Kiedy profesor Zawadzki zatrzymał ją po wieczornym seminarium i poprosił o przyjście do swojego gabinetu „w celu omówienia nieścisłości w dokumentacji grantu”, poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Przez ostatnie tygodnie żyła w permanentnym letargu, zawieszona między panicznym lękiem a ulgą, że jej siostra w końcu dostała pierwszą dawkę leku. Teraz lęk wrócił, dławiący i gęsty.
Zapukała cicho.
– Proszę – dobiegł zza ciężkich, dębowych drzwi głęboki, spokojny głos.
Alicja nacisnęła klamkę i weszła do środka. Gabinet profesora różnił się od typowych, zagraconych pokoi profesorskich. Panował tu pedantyczny, niemal surowy porządek. Zapach drogiego tytoniu mieszał się z aromatem skórzanych opraw książek i nutą luksusowych perfum z akordami drzewa sandałowego. Artur Zawadzki siedział za masywnym biurkiem, oświetlony jedynie blaskiem stylowej, zielonej lampy bankierskiej. Miał na sobie nienagannie skrojony, ciemnoszary garnitur, a jego błękitne oczy, zazwyczaj chłodne i analityczne, teraz wydawały się niemal czarne w półmroku.
– Dobry wieczór, panie profesorze. Chciał pan omówić raporty? – zaczęła, starając się, by jej głos nie drżał.
Artur nie odpowiedział od razu. Wstał niespiesznie, zapiął jeden guzik marynarki i przeszedł przez pokój. Minął ją bez słowa. Usłyszała szczęk zamka. Obróciła się gwałtownie. Profesor przekręcił klucz w drzwiach, wyjął go ze stacyjki i schował do kieszeni spodni. Ten prosty ruch sprawił, że serce Alicji podeszło do gardła.
– Panie profesorze…?
– Usiądź, Alicjo – powiedział, wracając do biurka. Nie wskazał krzesła dla petentów. Usiadł na brzegu własnego blatu, krzyżując ramiona na piersi. Jego sylwetka dominowała nad przestrzenią.
Alicja nie ruszyła się z miejsca. Napięcie w pokoju stało się tak gęste, że z trudem łapała powietrze.
– Wolę stać.
– To nie była prośba – jego głos był cichy, pozbawiony agresji, ale niosący ze sobą absolutną, nienegocjowalną wagę. – Usiądź. Na biurku. Naprzeciwko mnie.
W jej głowie zapaliły się wszystkie lampki ostrzegawcze. To było przekroczenie profesjonalnej granicy, brutalne i bezpośrednie. Chciała zaprotestować, odwrócić się, szarpnąć za klamkę, ale wtedy Artur sięgnął po leżącą na boku teczkę. Rzucił ją lekko na blat. Z przegródek wysunęły się arkusze laboratoryjne z jej charakterystycznym pismem, kopia logowań do systemu bezpieczeństwa z nocy, kiedy wyniosła próbki, oraz wydruk z prywatnej kliniki jej siostry.
– Trzysta miligramów substancji czynnej X-74. Sfałszowane protokoły stabilności. I fałszerstwo podpisów komisji patentowej – wyrecytował Artur, a każdy jego wyraz uderzał w nią jak bicz. – Wiesz, co grozi za sabotaż badań klinicznych finansowanych przez szwajcarskie konsorcjum, Alicjo? Pięć lat to minimum. Twoja siostra straci jedyne źródło terapii w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, kiedy zgłoszę to radzie nadzorczej.
Alicja poczuła, jak nogi się pod nią uginają. Cała jej duma, cały ten misternie budowany pancerz prymuski, pękł w jednej sekundzie. Podeszła do biurka jak skazaniec. Drżącymi dłońmi oparła się o krawędź mebla i z trudem usiadła na blacie, tuż obok rozrzuconych dokumentów. Jej spódnica uniosła się lekko, odsłaniając uda, ale w tej chwili było jej to zupełnie obojętne. Była naga w swoim przerażeniu.
Artur nachylił się w jej stronę. Poczuła ciepło jego ciała i zapach perfum, który nagle wydał jej się odurzający.
– Widzisz? Potrafisz być posłuszna, kiedy sytuacja tego wymaga – szepnął, a w jego oczach błysnęło coś drapieżnego, zmysłowego i doskonale opanowanego. – Policja? Uniwersytet? To takie banalne. Zniszczyłbym cię w pięć minut, ale twój intelekt… i twoja desperacja, są zbyt cenne, by je marnować.
Podniósł rękę. Alicja zamarła, spodziewając się uderzenia lub brutalnego szarpnięcia. Zamiast tego profesor powoli, grzbietem dłoni, przesunął po jej policzku, schodząc w dół, ku szyi. Skóra Alicji pokryła się gęsią skórką. Chciała się uchylić przed tym dotykiem, ale jednocześnie poczuła dziwne, perwersyjne uderzenie gorąca w podbrzuszu. Strach zaczął boleśnie mieszać się z fascynacją.
– Od dzisiaj – ciągnął Artur, a jego palce zatrzymały się na pulsującej tętnicy na jej szyi, delikatnie ją dociskając – grasz według moich zasad. Twój umysł należy do moich projektów. Twoje ciało… do moich kaprysów. Jeśli choć raz sprzeciwisz się mojemu poleceniu, twoja siostra zapłaci za to pierwsza. Rozumiesz?
Złapał ją delikatnie za podbródek, zmuszając, by spojrzała mu prosto w oczy. Widziała w nich obietnicę bezwzględnej dominacji, ale też mroczny, pożądliwy żar, który sprawił, że jej oddech stał się urywany.
– Rozumiem – wydusiła z siebie, a w jej głosie, obok rezygnacji, pojawiła się pierwsza nuta nowej, niebezpiecznej uległości.
Artur uśmiechnął się lekko, puszczając jej twarz. – Dobrze. Na dzisiaj wystarczy. Jutro rano chcę widzieć cię w tym gabinecie o siódmej. Włożysz tę czarną, dopasowaną sukienkę, którą miałaś na konferencji w zeszłym miesiącu. I przyjdziesz bez bielizny. Chcę wiedzieć, że z każdym krokiem na tym uniwersytecie pamiętasz, do kogo należysz. A teraz, możesz iść.2
CHAPTER 2
Poranek przywitał Gdańsk gęstą, mleczną mgłą, która nadciągnęła od strony zatoki, spowijając ulice Wrzeszcza w sennym, nierealnym półmroku. Alicja stała przed lustrem w swojej ciasnej łazience, a jej oddech co chwilę parował na szklanej tafli. Trzymała w dłoniach flakon perfum, ale jej palce drżały tak mocno, że szkło niemal wysunęło jej się z rąk. Spojrzała na swoje odbicie. Miała na sobie czarną, dopasowaną sukienkę z cienkiej, elastycznej wełny – tę samą, którą miała na konferencji w zeszłym miesiącu. Sukienka idealnie opinała jej biodra, podkreślała talię i kończyła się tuż przed kolanami, z pozoru będąc szczytem profesjonalnej elegancji.
Z pozoru.
Pod spodem nie miała nic.
Świadomość tego faktu była jak fizyczny ciężar, który paraliżował jej ruchy. Każdy powiew chłodnego powietrza, który przedostawał się przez nieszczelne okno, przypominał jej o absolutnym braku ochrony. Czuła się obdarta z prywatności, zanim jeszcze opuściła mieszkanie. Dotyk szorstkiego materiału sukienki bezpośrednio na nagiej, wrażliwej skórze piersi i ud wywoływał u niej dreszcze, których nie potrafiła opanować. To nie był zwykły strach – to było gęste, dławiące napięcie, które z każdym uderzeniem serca boleśnie mieszało się z perwersyjną, dotąd nieznaną ekscytacją. Spojrzała na zegarek. Szósta trzydzieści. Jeśli nie wyjdzie teraz, spóźni się, a wiedziała, że Artur nie wybaczy jej ani minuty zwłoki.
Droga na uniwersytet przypominała koszmar na jawie. W tramwaju wydawało jej się, że wszyscy pasażerowie patrzą prosto na nią, że jakimś cudem dostrzegają brak cienkiej warstwy materiału, która powinna oddzielać ją od świata. Każde szarpnięcie wagonu, każda konieczność poprawienia spódnicy sprawiała, że jej tętno gwałtownie przyspieszało. Przypomniała sobie słowa Zawadzkiego z poprzedniego wieczoru: _„Chcę wiedzieć, że z każdym krokiem na tym uniwersytecie pamiętasz, do kogo należysz”_. Te słowa paliły ją od środka, głośniejsze niż hałas miasta.
Gdy o szóstej pięćdziesiąt pięć nacisnęła ciężką klamkę gabinetu profesora, serce łomotało jej w piersi tak głośno, że obawiała się, iż Artur usłyszy je z daleka. Pokój był oświetlony jasnym, porannym światłem, które przebijało się przez mgłę. Profesor siedział przy biurku, przeglądając dokumenty na tablecie. Wyglądał nienagannie w błękitnej koszuli i ciemnym, doskonale skrojonym garniturze. Nawet nie podniósł wzroku, gdy weszła, cicho zamykając za sobą drzwi.
– Jesteś punktualnie. To dobrze – powiedział chłodno, przesuwając palcem po ekranie. – Podejdź bliżej.
Alicja postąpiła kilka kroków naprzód, czując, jak obcasy stukają o parkiet z przerażającą wyrazistością. Zatrzymała się metr od jego biurka. Artur odłożył tablet i powoli podniósł wzrok. Jego błękitne oczy przemieszczały się po jej sylwetce z analityczną precyzją, jakby badał strukturę nowego związku chemicznego pod mikroskopem. Zmierzył wzrokiem linię jej ramion, wcięcie w talii, aż w końcu jego spojrzenie zatrzymało się na wysokości jej bioder.
– Spełniłaś moje polecenie w całości, Alicjo? – zapytał, a jego głos był cichy, wręcz aksamitny, pozbawiony jakiejkolwiek emocjonalnej nuty, co czyniło go jeszcze bardziej przerażającym.
– Tak, panie profesorze – odpowiedziała, starając się utrzymać stabilny ton, choć jej gardło było ściśnięte.
Artur wstał zza biurka. Obydwa kroki, które dzieliły go od niej, pokonał bez pośpiechu. Stanął tak blisko, że czuła zapach jego tytoniu i cedrowych perfum. Wyciągnął rękę, a Alicja mimowolnie wstrzymała oddech. Jego dłoń nie powędrowała jednak do jej twarzy. Profesor powoli, z namysłem, ujął materiał jej sukienki na boku biodra i delikatnie uniósł go o kilka centymetrów w górę. Palce Artura, chłodne i pewne, musnęły jej nagą skórę na udzie.
Alicja drgnęła, a z jej ust wyrwało się ciche, stłumione westchnienie. Instynktownie chciała się cofnąć, ale jego wzrok, utkwiony teraz prosto w jej szeroko otwartych oczach, przyszpilił ją do miejsca.
– Doskonale – szepnął, puszczając materiał, który opadł gładko na jej nogi. – Widzę, że zaczynasz rozumieć, jak wysoka jest stawka w tej grze. Dzisiejszy poranek będzie dla ciebie egzaminem z dojrzałości naukowej… i emocjonalnej. Za dwadzieścia minut w auli głównej rozpoczyna się spotkanie z delegacją szwajcarskiego konsorcjum „Vogel & Söhne”. To oni finansują nasz główny projekt. Ty poprowadzisz tę prezentację.
Alicja poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. – Ja? Ale panie profesorze… To pan miał przedstawić raport końcowy. Ja jestem tylko asystentką, oni oczekują ordynatora katedry…
– Oni oczekują wyników, a ty znasz te dane najlepiej, skoro spędziłaś nad nimi tyle nocy – przerwał jej bezwzględnie, zbliżając swoją twarz do jej ucha. – Poza tym, ja tak zdecydowałem. Przedstawisz strukturę molekularną substancji X-74, omówisz fazę przedkliniczną i odpowiesz na ich pytania. Ja będę siedział na samym końcu sali. Będę patrzył na każdy twój ruch, Alicjo. Będę obserwował, jak układa się ta sukienka, kiedy będziesz sięgać do tablicy. Będę wiedział, co czujesz pod tym materiałem za każdym razem, gdy na ciebie spojrzę. Jeśli potkniesz się choć raz, jeśli twój głos zadrży z powodu tego, co masz – a raczej czego nie masz – pod ubraniem, inwestorzy wycofają fundusze. A wtedy wiesz, co stanie się z terapią twojej siostry.
Jego słowa były jak lodowaty prysznic, który jednocześnie rozpalił w jej ciele dziki, niekontrolowany pożar. Świadomość, że ma wyjść przed grupę kilkunastu obcych, wpływowych mężczyzn, przemawiać do nich o skomplikowanych procesach biotechnologicznych, mając pełną świadomość własnej nagości i wiedząc, że człowiek, który trzyma jej całe życie w garści, obserwuje ją z mroku auli… To było czyste szaleństwo.
– Idź do auli i przygotuj rzutnik. Masz piętnaście minut – rozkazał Artur, odwracając się do niej plecami i wracając do swoich dokumentów. Układ sił został bezwzględnie przypieczętowany.
Aula główna wydziału biotechnologii była ogromna, urządzona w surowym, nowoczesnym stylu – beton, szkło i rzędy ciemnych, wznoszących się schodkowo foteli. Światło było ostre, jarzeniowe, bezlitośnie obnażające każdy szczegół. Gdy Alicja podłączała laptopa do mównicy, jej dłonie były tak mokre od potu, że ledwo pisała na klawiaturze.
Dokładnie o siódmej trzydzieści drzwi auli otworzyły się i do środka weszli reprezentanci konsorcjum – pięciu starszych mężczyzn w nienagannych, ciemnych garniturach, rozmawiających cicho po niemiecku i angielsku. Na samym końcu, z dłońmi schowanymi w kieszeniach spodni, wszedł Artur Zawadzki. Nie usiadł z nimi w pierwszym rzędzie. Zamiast tego przeszedł powoli na samą górę auli i zajął miejsce w ostatnim, niemal całkowicie zacienionym rzędzie, dokładnie naprzeciwko mównicy.
Alicja przełknęła ślinę. Stanęła za drewnianym pulpitem, który na szczęście zasłaniał jej sylwetkę od pasa w dół, ale wiedziała, że w trakcie prezentacji będzie musiała podejść do wielkiego, interaktywnego ekranu, by wskazać poszczególne sekwencje aminokwasów.
– Good morning, gentlemen – zaczęła, a jej głos, choć na początku cichy, dzięki nagłośnieniu brzmiał czysto. – My name is Alicja Borowska, and as the lead research assistant, I will present the final data regarding synthesis of compound X-74…
Gdy zaczęła mówić, jej mózg automatycznie przełączył się w tryb zawodowy. Przez pierwsze pięć minut szło jej doskonale. Wykresy zmieniały się na ekranie, a szwajcarscy inwestorzy potakiwali z aprobatą, notując coś w swoich dokumentach. Jednak w połowie prezentacji, gdy omawiała fazę cytotoksyczności, jej wzrok mimowolnie powędrował na samą górę sali.
Artur siedział oparty wygodnie w fotelu. Jego sylwetka była słabo widoczna w półmroku, ale intensywność jego błękitnego spojrzenia była niemal namacalna. Widziała, że patrzy prosto na nią. W tym samym momencie profesor powoli, ostentacyjnie założył nogę na nogę i uniósł dłoń, dotykając palcami swoich ust, jakby przypominał jej o sekrecie, który ich łączy.
W tym ułamku sekundy cała profesjonalna bariera, którą Alicja tak ciężko budowała, runęła. Przypomniała sobie, że pod cienką wełną sukienki jej skóra jest całkowicie odsłonięta. Poczuła, jak powietrze w auli nagle gęstnieje. Przez jej ciało przeszła fala gorąca, która skupiła się w podbrzuszu. Jej sutki, drażnione przez szorstki materiał sukienki przy każdym głębszym oddechu, stwardniały tak mocno, że była pewna, iż odznaczają się pod materiałem.
– The… the structural analysis showed… – zająknęła się, a na sali zapadła nagła, pełna wyczekiwania cisza. Jeden z niemieckich inwestorów uniósł głowę, patrząc na nią z zaciekawieniem.
Alicja poczuła, że uderza w nią panika. Jej serce zaczęło bić szaleńczym rytmem. Spojrzała na Artura. On się nie poruszył. Jego twarz była maską absolutnego spokoju, ale w tym spokoju kryło się bezwzględne wyzwanie: _„Pokaż, co potrafisz, albo zgiń”_.
Ta myśl, zamiast ją złamać, obudziła w niej coś pierwotnego. Desperacką potrzebę udowodnienia mu, że nie jest tylko bezbronną ofiarą, że potrafi udźwignąć ten ciężar. Zacisnęła dłonie na krawędzi mównicy tak mocno, że zbieleją jej kłykcie.
– …showed an unprecedented stability in aqueous environment – dokończyła, zmuszając swój głos do powrotu na właściwe, pewne tony.
Teraz nadszedł najtrudniejszy moment. Musiała wyjść zza bezpiecznego pulpitu, podejść do ekranu i zaprezentować model 3D cząsteczki. Każdy krok, który stawiała na podwyższeniu, był torturą. Sukienka opinała jej biodra, a brak bielizny sprawiał, że przy każdym ruchu czuła chłód klimatyzacji mieszający się z palącym gorącem własnego ciała. Miała wrażenie, że cała sala patrzy na ruch jej pośladków pod obcisłym materiałem.
Gdy uniosła rękę, by wskazać wiązanie wodorowe na ekranie, sukienka podjechała o kilka centymetrów w górę, odsłaniając tył jej ud. Alicja poczuła, jak wilgoć zbiera się między jej nogami, a świadomość, że Artur widzi ten minimalny ruch materiału z końca sali, paraliżowała ją i jednocześnie doprowadzała do szaleństwa. To było perwersyjne, rozkoszne cierpienie – być wystawioną na widok publiczny, kontrolowaną przez jednego człowieka, który jednym słowem mógł zniszczyć wszystko, a jednocześnie czuć, jak ta absolutna bezbronność rodzi w niej najdziksze pożądanie, jakiego kiedykolwiek doświadczyła.