-
nowość
-
promocja
Korona wojny i cienia - ebook
Korona wojny i cienia - ebook
Pod osłoną nocy rodzą się namiętności, a imperia upadają.
Witaj w Królestwach Kompasu.
Fulcrum słabnie. Demony przenikają do świata śmiertelników, a po zapadnięciu zmroku wyruszają na łowy. Nikt nie jest bezpieczny, a zwłaszcza Sorrel. Jako sierota i wyrzutek całe życie spędziła w murach niewielkiej wioski, wykluczona z powodu mistycznych zdolności. Pragnie jedynie przetrwać… i może w końcu odnaleźć miejsce, które mogłaby nazwać domem. Lecz Los ma wobec niej inne plany.
Albowiem Sorrel została wybrana. I przeklęta.
Musi więc przemierzyć Manowce, by zwrócić królowej koronę i przekonać tę budzącą grozę władczynię, by ocaliła świat przed zagładą. Doskonale świadoma, że żadna z niej odważna bohaterka, Sorrel zawiera niebezpieczny układ z Mercem – mrocznym, apodyktycznym najemnikiem, znanym wyłącznie z bezwzględnego wykonywania swojego fachu.
Warunek? Musi spędzić w jego łóżku jedną niezapomnianą noc, a w zamian za to on bezpiecznie przeprowadzi ją przez dzikie ostępy.
Lecz Merc również skrywa własne sekrety.
Między nimi wybucha namiętność, wrogowie czają się na każdym kroku, a niebezpieczeństwo i zdrada grożą ze wszystkich stron.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-892-7 |
| Rozmiar pliku: | 5,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Demony i wyjazdy
– I niby dokąd się wybierasz, Sorrel?
Kulę się pod peleryną zarazy, kiedy okrągła sylwetka pana Lewisa staje mi na drodze. Właściciel Gospody Rękawica wygląda jak góra o łysym wierzchołku. Nie da się go obejść, przekroczyć ani przebyć na wskroś, zwłaszcza jeśli ktoś jest zwykłą barmanką, tak jak ja. Nie odrywając wzroku od zdartych butów mężczyzny, staram się ukryć worek z przygotowanymi przez siebie lekarstwami pod połami materiału, okrywającego mnie od czubka obolałej głowy aż po zszargane pantofelki.
– Mam przekazać wiadomość młynarzowi…
Moje kłamstwo przerywają rubaszne śmiechy i uderzające pięści. W świetle latarni główne drzwi pubu zdają się znajdować zaledwie dwadzieścia długości ode mnie, choć na drodze stoi labirynt topornie ciosanych stołów obleganych przez spoconą, pijaną klientelę oraz kobiety pracujące w wyblakłych, różowych strojach. Przez to, że chlebodawca stoi mi na drodze, nawet nie mogę się dostać do tych przeszkód.
– Wysprzątałam pokoje na godzinę – zapewniam w nadziei, że dzięki temu mnie przepuści. – Umyłam kufle dla barmana, przyniosłam worki z mąką…
– A co ze schodami? – Podciąga workowate spodnie z takim wysiłkiem, jakby wyrywał pieniek. – I z pościelą.
– Pościągałam pranie ze sznurków, przyniosłam je i poskładałam.
– Czyli zostały schody. – Kiedy rozbrzmiewa kolejna salwa śmiechu, pan Lewis wskazuje tłustym paluchem nad moim ramieniem. – Musisz zapracować na nocleg i wyżywienie. To nie placówka charytatywna.
Przypomina mi o tym na każdym kroku, a jeśli zostanę stąd wyrzucona – nie mam rodziny, pieniędzy ani żadnych perspektyw.
– Jest pan bardzo hojny, panie Lewis…
– Wręcz zbyt hojny. – Pociąga nosem, jakby nie podobało mu się jego własne zachowanie. – Łap za miotłę. Nie powinnaś nigdzie wychodzić, kiedy w gospodzie panuje taki ruch.
– Ale… Muszę przekazać młynarzowi jutrzejsze zamówienie na mąkę. To nie zajmie dużo czasu.
– I tak zawsze tutaj przychodzi po tym, jak zje paskudne żarcie przygotowane przez żonę. Bez mojego piwa podagra by go sparaliżowała. Powiesz mu, kiedy się tutaj pojawi.
– Przecież zaraz wrócę…
– Dlaczego nadal tutaj stoisz? I masz też zamieść za barem.
Zerkam na barmana, wiecznie skwaszonego typa, który na pewno nie chce, żebym znów kręciła mu się pod nogami.
Pod osłoną peleryny zaciskam dłoń na torbie.
– Tak jest, panie Lewis.
Obracam się na pięcie i udając się łukowatym przejściem na tył budynku, przekonuję samą siebie, że zdążę dotrzeć do Mare, jeśli szybko uporam się z obowiązkami. Starsza kobieta bardzo cierpi bez tego, co jej daję, zwłaszcza że zdająca się nie kończyć jesień jest zimna i wilgotna, a rano nie udało mi się stąd wymknąć. Kiedy przed oczami staje mi jej obraz – niczym pisklak zakutanej w gniazdku z koców – modlę się, żeby było jej wystarczająco ciepło.
Mijam swoje miejsce do spania, znajdujące się pod schodami, i przechodzę do kolejnego schowka. Wsunąwszy torbę do kieszeni, łapię pierwszą napotkaną rączkę i wspinam się po zużytych schodach, żeby zacząć od szczytu.
Młody mężczyzna, zajmujący jedną z kwater, rzuca się w dół schodów niczym burza, naciągając na grzbiet szarą kamizelkę, a poły koszuli powiewają za nim. Pogwizduje sobie pod nosem, najwyraźniej zadowolony z namiętnych zalotów.
– Tu coś ominęłaś – żartuje sobie, odpychając mnie na bok.
Mieszkał tu przez tydzień po tym, jak przybył z Prosperitus, królewskiej siedziby Wschodu. Jego miejskie maniery budziły podziw na prowincji i nie da się ukryć, że pławi się w uwadze. Paniom zdecydowanie przypadły do gustu jego monety.
Ciekawa jestem, kiedy wyjedzie, żebym już nigdy nie musiała zmieniać mu pościeli.
Po dotarciu na szczyt przesuwam miotłą od balustrady aż po ścianę. Przysięgam, pan Lewis po prostu czekał, aż znajdę wolną chwilę, bo nie widzę tu ani pyłku, by móc go zmieść na niższy stopień. Napotykam za to wiele stłumionych dźwięków kopulacji. Zza zamkniętych drzwi prowadzących do pokoi dziewcząt dobiegają pochrząkiwania i teatralne jęki, więc niezmiernie się cieszę, że mogę się stąd odsunąć, aby dłużej już ich nie słuchać.
Sallae Mae, nieoficjalna burdelmama, pojawia się u stóp schodów z interesantem. Blond włosy spływają jej po plecach, ale po trzydziestu czterech latach ciężkiego życia na jej twarzy widać zmarszczki, a w uśmiechu i głosie czai się cynizm. Mężczyzna wchodzi po schodach, więc przerywam pracę i odsuwam się na bok, żeby zrobić mu przejście. Choć spuszczam wzrok, rozpoznaję te buty do jazdy – są doskonałej jakości, z polerowanymi ostrogami, połyskującymi srebrzyście. To jeden z synów burmistrza.
– Może zejdziesz mi z drogi – mamrocze pod nosem.
Staram się stopić ze ścianą, wspominając, jak w zeszłym miesiącu pomagałam jego żonie przy porodzie. Syn, z którego narodzin jest tak dumny, żyje wyłącznie dzięki mnie, a to oznacza, że łączy nas niebezpieczny, nielegalny sekret.
Przekonuję samą siebie, że to właśnie dlatego mnie nienawidzi… dlaczego tak wielu mieszkańców wsi mnie nienawidzi.
Za nim, w obłoku perfum, przemyka Sallae Mae. Choć po kryjomu pomagam jej i pozostałym z wszelakimi trudnościami, żadna z nich nigdy nie poświęca mi uwagi. Z drugiej strony lepsze to niż rzeczywiste stronienie od mojej obecności.
Samotność to nie tylko brak ludzi w pobliżu.
Wracam do pracy; sztywne słomiane witki miotły suną po klepkach wygładzonych przez niezliczone stopy niczym kamienie z rzeki. Rękawica pozostawała stałym elementem mojej wioski z czasów sprzed Wielkiego Uwięzienia – a przynajmniej tak mówią – więc musi mieć kilkaset lat. Sama zresztą mam poczucie, jakbym mieszkała tu od wieków; każda noc i każdy dzień wyglądają dokładnie tak samo, są jak wyniszczająca monotonia dająca złudzenie nieskończoności.
Każdy stopień w dół, każda chwila, do której utraty jestem zmuszana, brzmią niczym czyjś krzyk wycelowany prosto w moją twarz. Lek w mojej torbie to ostatni korzeń, jaki przygotowałam; przynoszona przez niego ulga w bólu jest o stokroć więcej warta niż moje bezpieczeństwo. Powtarzam sobie, że niedługo pan Lewis zajmie się pozostałymi mieszkańcami i właśnie wtedy będę mogła…
Przez zgiełk pubu przedziera się donośny brzęk. Unoszę głowę.
W wejściu, zlany ulewą, stoi mleczarz, pan Cavenish, trzymając w górze pokryty krwią krowi dzwonek. Z drugiej ręki, niczym makabryczny gulasz, spływają zwierzęce wnętrzności, posoka skapuje na nogawkę spodni i wysokie po kolana buty.
– Demony! – wrzeszczy, wkraczając do środka. – Fulcrum upada! Idą po nas!
Ludzie się uchylają, gdy mężczyzna wymachuje fragmentami tkanki i zatacza się na stół. W żółtawym świetle latarni olejowych jego twarz jest groteskowo wykrzywiona, lecz gorsze pozostaje to, co pada z jego ust – nasze wspólne niewypowiedziane obawy właśnie stają się prawdą.
– Polują o zmierzchu, tropią nas po nocy! Przechwycono ją ze stada, rozdarto jej brzuch…
Wieśniacy sapią i cofają się, gdy na ich twarze spadają krople krwi, a wtedy przybysz zwraca się do kolejnej grupy – jej członkowie nie wykazują już wymuszonej wesołości, lecz szczere przerażenie ciągle towarzyszące nam ostatnimi czasy.
– Demony przedostały się przez Fulcrum i polują na nas… Mroczny Król powraca! To jego gwiazda pojawiła się na niebie!
Wędruję w dół schodów, ściągana potwierdzeniem tego, o co wszyscy się martwiliśmy od chwili, kiedy pierwsza krowa ze stada została zabita. Trzymam się jednak na obrzeżach, gdy zdjętą przerażeniem ciszę przerywa czyjś głos.
– W lesie są dzikie zwierzęta. Wiele z nich może atakować…
– Ścierwo leżało na południu – wypluwa pan Cavenish. – Jakie zwierzę zażyna krowę dokładnie na północy, na wschodzie… a teraz na południu! Ostrzegałem was dwa tygodnie temu, kiedy to się zaczęło! Wszystkim wam mówiłem! Otaczający nas mur nie powstrzyma…
– Wystarczy! – grzmi pan Lewis.
W następującym milczeniu wszystkie wskazówki otaczają nas, łączą z rzeczywistością, która nas pochłonie: zamordowane krowy, dziwne ślady stóp… całun ciemności zapadający na całą wioskę. Inni myślą dokładnie o tym samym – rozpoznaję to po skulonych ramionach i spuszczonych głowach.
To prawdopodobnie jedyna sytuacja, kiedy będę miała z nimi zbieżne zdanie. Nie żeby obchodziło ich, że też się boję. Być może nawet bardziej niż oni.
– To działanie magii – naskakuje pan Cavenish. – To przez nią Fulcrum osłabło, a demony są zwiastunami tego, co nadejdzie! Mroczny Król powstaje!
Kuląc się pod peleryną, wymykam się z obrębu światła latarni. Nie obawiam się, że wcześniej ktokolwiek mnie zauważył.
Przecież żaden z nich nie mógłby wskazać na mnie palcem, nie obciążając przy tym siebie.
– Wyprowadźcie go stąd – rozkazuje pan Lewis ze zmęczeniem.
Macha ręką w stronę w drzwi, a wtedy kilku mężczyzn wyrywa się ze stuporu i biorą za łokieć pana Cavenisha, a ten, zaciągnięty na zimny deszcz, powraca do tyrady.
– Doszło do nielegalnego użycia magii i całe Anathos przez to zginie! Wiecie o tym…
Gospodarz zatrzaskuje drzwi i opiera się o nie ciałem wielkim jak głaz. Choć trzymam się poza zasięgiem jego wzroku, widać wyraźnie, że czegoś szuka. Modlę się, by ta noc nie okazała się tą, której zawsze się obawiałam, tą, kiedy w końcu, ostatecznie, zostanę wygnana.
– Moglibyśmy pójść do Prawd – sugeruje ktoś. – Oni będą wiedzieli…
– Już tam byłem – wtrąca ktoś inny. – Nie chcą rozmawiać o…
– Koniec z tym – przerywa pan Lewis. – Dokończcie piwa. Następna kolejka na mój koszt.
Dzięki temu atmosfera nieco się rozluźnia; mężczyzna musi sprawić, żeby goście zostali, bo w przeciwnym razie pospieszą do domów, do żon i dzieci, żeby zabarykadować okna i drzwi, a on straci utarg za resztę nocy. Kiedy właściciel człapie od stolika do stolika, by ukoić nerwowe rozmowy, dostrzegam okazję. Oddalam się od schowka, gdzie chowam miotłę, i przemknąwszy przez opustoszałą kuchnię, wymykam się tylnym wyjściem.
Na zewnątrz deszcz spada ze wzburzonego, niespokojnego nieba. Zdaje się, że noc nie tylko przyszła wcześniej niż zwykle, lecz także stała się odrębną porą roku. Usłyszawszy rozmowy i pobrzękiwanie, skradam się tyłem Rękawicy i wyglądam zza rogu.
Mężczyźni odprowadzają pana Cavenisha główną ulicą, ale nie zachowują się przy tym brutalnie. Mleczarz nie niesie już w ręku wnętrzności, pozostał mu tylko dzwonek, którego smętny brzęk przypomina odliczanie i sprawia, że przenoszę się myślami do niszczejącego muru otaczającego moją wioskę. Nawet w najniższym punkcie murowany kamienny wał jest równie wysoki jak kryty strzechą dach Rękawicy i równie gruby jak beczka miodu pitnego. Mimo tego zastanawiam się, czy istoty o niewidzianych dotąd przez nikogo pyskach i zębach potrafią się na niego wspiąć. Lub nad nim przelecieć – jak smoki.
Może balas w fosie choć trochę nas ochronią.
Przez dwie dekady życia pozostawałam odizolowana po wewnętrznej stronie muru Greensward, a wychodziłam poza niego wyłącznie po to, żeby zebrać potrzebne mi rośliny i korzenie. W innych okolicznościach, jeśli nie muszę, nie opuszczam pubu. Nawet w wiosce nigdy nie czułam się bezpieczna, a jeśli pomyśleć o tym, co nas prześladuje? Wiadomości z terytorium Anathos przypominają pożary leśne, grożą, że mnie strawią: mówiono o zwierzętach, a nawet ludziach zaatakowanych w osadach otaczających różne dwory królewskie. Pod osłoną nocy słyszałam od podróżników wiele pełnych obaw szeptów, których potwierdzenia odmawiali, gdy tylko nastało światło poranka.
Mleczarz ma rację. Jesteśmy tutaj nawiedzani, a chroniący nas mur to zarówno obrona jak i cel. Myli się jednak co do magii osłabiającej jego zdaniem Fulcrum. Przez całe życie dzierżyłam ułamek tej świętej energii i odmawiam uwierzenia, że miało to jakiekolwiek złe skutki, a każda ignorująca mnie w pubie osoba ma takie same odczucia. Włączając w to pana Cavenisha.
Nienawidzą faktu, iż nie raz musieli na mnie polegać i choć jestem sierotą omijaną z daleka, nauczyłam się jednej niezaprzeczalnej prawdy: nie istnieje nic, czego ci ludzie nie zrobiliby dla swojej rodziny.
Nie, przyczyną jest coś innego.
I właśnie tego musimy się obawiać, nawet bardziej niż demonów stanowiących wyłącznie zapowiedź zdecydowanie bardziej śmiercionośnego wroga.Dwa
Mysz pomiędzy szczurami
Czekam, aż trzech mężczyzn wysforuje się naprzód i ruszam za nimi jak duch, podążam za niepokojącym pobrzękiwaniem krowiego dzwonka. Peleryna, jakby spragniona zimnej wody, spija lodowaty deszcz, a brukowana uliczka pod zużytymi skórzanymi podeszwami wydaje się śliska niczym omszałe koryto rzeki. Okiennice stojących po obu stronach głównej ulicy domów szeregowych zostały szczelnie pozamykane i to samo tyczy się drzwi – te pozostają zaryglowane ze względów innych niż niekorzystna pogoda, lecz przewody kominowe są otwarte, a unoszące się z nich smużki dymu nikną na wietrze.
Zerkam przez ramię, gdy do moich uszu dociera odległe skrzypienie. Most przerzucony nad fosą właśnie się podnosi, a kiedy deski zatrzaskują się w odpowiednich miejscach wieży, wartownicy schodzą ze służby. To, że mężczyźni kierują się do Rękawicy, nie stanowi żadnego zaskoczenia, lecz żałuję, że nie pozostali na miejscach.
Przydaliby się tam ze swoimi widłami.
To zwykli cywile, jak my wszyscy. Nasza wioska znajduje się na skraju terytorium Prosperitus, więc nie mamy tu straży królewskiej – w końcu jesteśmy tylko lichym punktem handlowym. Właśnie dlatego nasz mur nie został naprawiony i brak nam obrońców.
Sami musimy o siebie dbać.
Skupiam się ponownie na wędrówce po ciągnącej się przede mną alei, skąpanej w odcieniach szarości. Kosmyki mgły, niczym niespokojne fantomowe kończyny, wiją się i prostują w strumieniach ulewy. Słyszę wyłącznie wodę: skapującą na dachy, rozbryzgującą się pod stopami, uderzającą w mój kaptur. Lecz ja nasłuchuję czegoś innego. Szukam… innych rzeczy. Raczej niemożliwe, żeby strażnicy pominęli wejście na froncie. Co jeśli demon wespnie się górą? Co jeśli władają czarną magią, dzięki czemu to, co stałe, dla nich nie jest niczym innym jak tylko powietrzem? I jak udało im się wydostać…
My mamy swój mur, a kontynent Anathos – Fulcrum. Różnicę między nimi stanowi fakt, że ten drugi powstał, by zatrzymać rzeczy wewnątrz i wytrzymać wieczność. Księga Czasu zawiera historię Wielkiego Uwięzienia. Po tym, jak Mroczny Król zgromadził i wypaczył naturalną magię kontynentu, a następnie użył jej, by podporządkować sobie populacje wszystkich punktów kompasu, przybyła Zbawicielka i ocaliła naszych przodków przed torturami oraz tyranią. Pracując w ukryciu, wyodrębniła maleńkie cząsteczki energii, nadal tkwiące w krajobrazie, skusiła niegodziwego władcę do udania się do szczeliny w ziemi, gdzie wytworzyła kłębiące się pole siłowe, a następnie uwięziła go w nim wraz z armią jego demonów.
Zatrzymuję się i oglądam przez ramię.
Później patrzę w niebo. Spod okrycia chmur nie wyziera gwiazda, która pojawiła się przed miesiącami, tak jasna, że zaćmiewa wszystkie inne znajdujące się w pobliżu. Muszę się zgodzić z pozostałymi. Jakimś sposobem jej obecność niesie ze sobą złowieszczą zapowiedź zagłady.
Kiedy ponownie obracam się przed siebie, pan Cavenish i jego eskorta akurat znikają za rogiem. Przez moment odnoszę wrażenie, że pozostaję jedyną żyjącą istotą wewnątrz muru, wszyscy inni są martwi, a żmudne, samotne życie, przez które brnę, nagle zostało zastąpione czymś o wiele gorszym. Na koniuszkach zakończeń nerwowych kiełkuje niepokój, a dłonie i stopy ogarnia odrętwienie, więc próbuję przedostać się przez zalewającą mnie falę paniki i zimnych dreszczy, by znów złączyć się z otaczającym światem. Wewnątrz mnie również znajduje się obracający, kipiący rdzeń, więc staczam się w wir strachu i grozy, gdy tylko napotykam najmniejszą przeszkodę.
Wsuwam rękę do kieszeni, gdzie wyczuwam wiązkę ziół.
Nie mogę sobie pozwolić, by się zatrzymać, a już na pewno nie mogę zawrócić.
Brnąc naprzód, przeskakuję wzrokiem po pozamykanych drzwiach, pozasłanianych oknach. Przy każdym domu przenikam zasłonę z desek i zaglądam do środka. Nigdy nie przekroczyłam głównych progów ani nie zostałam zaproszona do stołu – zawsze przemykałam tylnym wejściem, wprowadzana w tajemnicy, wykorzystywana w konkretnych celach.
Po wszystkim staję się kimś gorszym niż nieznajomą – kimś, kogo znają na wskroś i żałują, że tak jest.
Ponownie zamieram. Niełatwo rozróżnić, co jest rzeczywistym instynktem ostrzegawczym, a co strachem, lecz w momencie, kiedy podążający za mną cień porusza się i znika we mgle, już wiem, że oczy mnie nie myliły.
Coś na ulicy mnie śledzi.
Drżę pod zimnym ciężarem peleryny i czuję na karku ukłucia połamanych paznokci, ostrzeżenie, jakiego nigdy wcześniej nie odbierałam…
Kryj się.
Te dwa słowa wypowiedziane stanowczym głosem zajmują miejsce wszelkich myśli przelatujących przez głowę oraz niepokoju płynącego w żyłach. Przez całe życie ten rozkaz mnie prześladował, jakby był właściwym imieniem nadanym mi przez kogoś, kto dał mi życie, a następnie tu pozostawił.
Złapawszy w garść przemokniętą wełnę, rozpoczynam ucieczkę, a w myślach kłębią mi się wizje wszelakich obrzydliwych stworzeń z kłami i pazurami, grożących, że wyskoczą mi z głowy, żeby za mną podążyć. Choć, z drugiej strony, zagrożenie może być o wiele bardziej prozaiczne niż demon. Podsłuchałam w pubie historie o podróżujących mężczyznach próbujących uodpornić się na zarazę poprzez parzenie się. Mimo że sama noszę osłonę z innego powodu, nie chcę nawet myśleć, co to oznacza dla wszystkich innych.
Wszystkie drogi w wiosce prowadzą na targowisko, więc jeśli uda mi się dostać tak daleko, znajdę tam nie tylko kryjówkę, jakich wiele w pustych straganach, lecz również będzie się tam przechadzał stróż. Może mi pomoże, bo ma córkę, a jeśli zacznę krzyczeć, to kto wie, może zabrzmię jak ona?
Poza tym chyba nie jestem nieuzbrojona. Za paskiem tkwi zatknięty mały nóż, więc, krocząc niezdarnie, łapię za rękojeść i nie tracąc czasu, znów oglądam się za siebie.
Wyczuwszy podążającą za mną obecność, pozwalam sobie zaufać instynktowi bardziej niż oczom błądzącym w ciemności. Coraz bliżej do targu. Bliżej. Bliżej...
Wyłaniająca się przede mną osoba wywołuje takie zaskoczenie, że wymachując rękami i ślizgając się po bruku, robię coś, czego nigdy nie wolno robić.
Spoglądam prosto w oczy zagradzającemu mi drogę masywnemu mężczyźnie z zarostem.
Rozpoznaję go w ułamku sekundy, lecz wtedy przepływa przeze mnie wiązka energii i ślepnę. Następnie widzę kowala nie takim, jaki jest tej nocy, w deszczu, na ulicy, lecz w chwili jego śmierci: poorana, brodata twarz została po jednej stronie spalona; ciało poczerniało jak mięso pieczone na rożnie, kość policzkowa płonie bielą pośród ran, korzenie zębów trzonowych jak rzeki szkliwa rozchodzą się na kształt piór w odsłoniętych szczękach. Ponadto w oczodole brakuje oka, a włosy stopiły się z czaszką. Próbuje nabrać tchu, lecz potem… przestaje…
Moje zmysły zalewa tocząca agonia, agonia nie do opisania, malująca się również na twarzy. Płuca palą, jakbym wdychała sam ogień, zapach dymu i gotujących się mięśni wwierca mi się w nos. Ciało mi wiotczeje, serce trzepocze, by po chwili również się zatrzymać, bo jego śmierć przenosi się na mnie, przepływa przeze mnie.
Mężczyzna łapie moje ciało w trakcie upadku, szorstkie dłonie wbijają mi się w ramiona i trzyma je, bym nie rozsypała się na środku mokrej ulicy niczym zawartość przewróconego koszyka. Czuję, że zostaję ściągnięta w cienie, a kiedy człowiek przyciąga mnie do piersi, skupiam się – choć jest to nie do zniesienia – na ocalałej części twarzy: jej rysy są takie same, jak w tej chwili, nie jest starszy, nie zmieniły się nawet długość, kolor ani gęstość krzaczastej brody.
Jego śmierć czai się w pobliżu.
On jednak o tym nie wie. I wcale nie dlatego pochwycił mnie w ciemnościach.
– Dziecię umiera… – wykrztusza schrypniętym głosem. – Musisz przyjść do mojego nowo narodzonego syna. Teraz!Trzy
W którym łamię prawo
Kowal i jego siedmioosobowa rodzina mieszkają za sklepem tuż obok targu, ale nie ośmiela się on wprowadzić mnie od środka. Choć liczy się czas, a smród strachu mężczyzny atakuje moje nozdrza, gospodarz pędzi alejką zasłaną brudnym sianem i odchodami aż na tył budynku stanowiącego warsztat i dom. Jego popękana, usmarowana na czarno dłoń drży, kiedy sięga po żelazny pierścień przy solidnych drzwiach, a ja zerkam przez ramię, żeby sprawdzić, czy ktoś nas śledził.
Nikt. Nic.
Nie wyczuwam już depczącej mi po piętach obecności i wmawiam sobie, że po prostu pomyliłam ją z kowalem zmierzającym w moją stronę. W tym kłamstwie brakuje logiki, gdyż niebezpieczeństwo zbliżało się od tyłu, lecz czasami jestem zmuszona konstruować rzeczywistość, by sobie z nią jakoś poradzić.
– Tędy – odzywa się mężczyzna.
Wchodzę do środka, a on zasłania wejście swoją potężną posturą, lecz nie po to, aby mnie chronić. Jestem ostatnim, co ma ochotę wprowadzić do domu, więc się upewnia, że nikt mnie nie zobaczy, mimo że nikogo tam nie ma.
Zapach jest okropny. Świeża krew, stary pot, końskie kopyta i stopiony metal. W kuchni panuje bałagan; na drewnianym stole leżą porozrzucane kości kurczęce, do cna odarte z mięsa i chrząstek, na dnach blaszanych misek widać resztki gulaszu. Na blacie poustawiane są też bukłaki z napojami, ale biorąc pod uwagę kwaśny zapach, raczej zawierają w sobie miód pitny, a nie mleko czy wodę odpowiednie dla dzieci.
– Jest tam.
Buciska kowala, ciężkiego jak podkuwane przez niego konie, grzmią o podłogę i mężczyzna nie kłopocze się przeprosinami za stan domu. Zapewne według niego to domena kobiet.
Kiedy odsuwa podartą zasłonę, pierwszym, co widzę, są dzieci. Cztery córki przywierają do siebie, ubrane w szmaty. Ich blade twarze są brudne, włosy mają splątane i zmatowiałe. Wszystkie liczą poniżej pięciu lat, rodziły się co roku, odkąd kowal wziął sobie żonę. Pierwszą zabił na łóżku porodowym, bo płód nie chciał opuścić jej łona i gnił w środku.
Jest tu też starsza dziewczyna, nastolatka, i z tego, co sobie przypominam, to jego bratanica, przyjęta w pewnym momencie do pracy. Jest wymizerowana, chudziutkim ramieniem obejmuje dzieci. Nie wykazuje zainteresowania mną, bo przejętymi strachem oczami kontroluje tylko to, gdzie znajduje się kowal. Nawet nie chcę wiedzieć, ile razy bił ją pod tym dachem. Wszystko widzę w sposobie, w jaki kuli ramiona i spuszcza głowę.
Żadnemu z dzieci nie spoglądam w oczy. Już teraz nie potrafię znieść tego, co zauważam, więc nie chcę poznać ich przyszłości.
Odwracam się do stojącej w rogu pryczy. Młoda kobieta, pozwijana niczym sznur, leży na zakrwawionych kocach, przesiąknięta potem, i oddycha płytko. Pękaty brzuch ma w całości odsłonięty; pomiędzy rozsuniętymi kolanami widać pępowinę nadal łączącą ją z niebieskim noworodkiem, woskowatym i nieruchomym, leżącym między jej udami.
– Poród trwał większość dnia i… – zaczyna kowal.
Unoszę dłoń.
– Cisza.
Mam ochotę zdzielić go w twarz za to, że zmusił kobietę do kolejnego porodu. Pamiętam ją sprzed czasów, kiedy uczynił ją swoją klaczą rozpłodową: to dziewczyna w moim wieku, niegdyś beztroska i urocza. Ciemne włosy powiewały za nią, gdy tańczyła z siostrami w promieniach słońca padających na wiejski plac. Teraz umiera tu jak ciężko spracowany koń pociągowy. On za to weźmie sobie kolejną, by wychowała mu niechciane córki i, co ważniejsze, da mu upragnionego syna, bo ma tyle pieniędzy, że może sobie na to pozwolić.
Jeśli ta również umrze, powróci do studni młodych dziewcząt.
Uklęknąwszy przy pryczy, zbieram się w sobie, by spojrzeć na idealną, maleńką twarz noworodka. Chłopczyk ma otwarte oczy, więc kiedy w nie patrzę…
Nic. Żadnych odczuć, żadnych obrazów. Robię to, co innym przychodzi z taką łatwością, czyli patrzę wprost w źrenice drugiej osoby.
Przebiega mnie znajome uczucie smutku, wypełnia mi żyły gorzką rozpaczą. Muszę próbować pomagać dzieciom, nawet jeśli nienawidzę ich ojców, nawet jeśli oznacza to łamanie prawa i ryzyko batów pośrodku rynku. Kiedy porzucono mnie jako niemowlę, nieznajomy przejął się do tego stopnia, że uratował mi życie. Moim powołaniem stało się robienie tego samego, to jedyna spuścizna, jaką muszę wypełnić.
Poza tym, mimo że rodziny nigdy mnie nie zauważają i gardzą mną za bycie scur czy też najniższą z klasy niskiej, moja samotność słabnie, kiedy spozieram spod kaptura na uratowane przez siebie dzieci. Patrzę, jak żyją pełnią życia, i wiem, że mogą to robić tylko dzięki mnie, a tym samym stają się moimi dziećmi, innych nigdy nie będę miała.
Choć ode mnie stronią, kocham je. I opłakuję, gdy przybywam zbyt późno.
– Co z moim synem? – Kowal domaga się odpowiedzi chrapliwym głosem.
Kręcę głową, a wtedy on zaczyna szlochać. Nawet nie pyta o żonę, dzięki czemu natychmiast zwracam na nią uwagę.
Przysuwam się do niej, marząc o tym, by dopadły go wszystkie demony.
– Elly?
Jej pełne imię to Ellyne, lecz zdrobnienie zdaje się ją ocucić. Unosi powieki, spod których wypływają łzy i toczą się po skroniach. Nie ma siły, żeby się odezwać, a kiedy biorę ją za rękę, ta okazuje się gorąca jak żagiew. Nie patrzę jej w oczy. To, że poczuję jej śmierć, nie pomoże żadnej z nas.
Kobieta mamrocze coś do siebie, lecz nie potrafię wyłapać słów, bo słyszę jęki żałoby jej pijanego, rozpustnego mordercy.
– Musisz wytrzymać. – Delikatnie gładzę ją po tłustych włosach. – Jutro o poranku mogę ci przynieść lek.
I mogę zrobić dla niej coś jeszcze. Jeśli mi na to pozwoli.
– Zostaw nas – rozkazuję jej mężowi.
Ten nie rusza się z miejsca, tylko pociąga nosem, więc mierzę go wzrokiem spod kaptura.
– I zabierz ze sobą dzieci. Widziały już zbyt wiele.
Kowal wyciera nos w brudny wełniany rękaw.
– Żebyś mogła sprowadzić z powrotem mojego syna?
– Nie, żebym mogła spróbować ulżyć twojej żonie.
Mój ton sprawia, że dziewczęta drżą i choć mężczyzna znajduje się nade mną, jeśli chodzi o płeć i status, to jest zbyt osłupiały przez moją śmiałość, żeby mi odpowiedzieć.
– Idź – parskam.
Machnąwszy lekceważąco w stronę potomstwa, przegania te dary od losu, uznawane przez siebie za bezwartościowe wyłącznie dlatego, że nie mają penisów, i dzieci natychmiast się zrywają. Bratanica kowala, ta o rudych włosach obejmuje siostry ochronnym gestem, a kiedy przeciskają się obok cielska ojca, dziewczyna ogląda się na mnie, a na jej twarzy widnieje wyraz starszy od samego morza.
To, co pozostaje widoczne w jej oczach, sprawia, że czuję się wiekowa.
– Nakarm je czymś – rozkazuję mężczyźnie, kiedy maluchy znikają. – Nie miodem, który kupujesz za miedziaki.
W tej brudnej kuchni nie ma nic, czym pożywiłaby się nawet mucha, więc niech go losy, ale ktoś musi go oskarżyć o zaniedbanie.
Kowal się wymyka, z pewnością po bukłaki sfermentowanego miodu, a fakt, że nie zasuwa za sobą ciężkiej zasłony dla zachowania prywatności, wywołuje we mnie złość.
Podnoszę się szybko i szarpię za tkaninę w przejściu.
Wracam do Elly i raz jeszcze biorę ją za rękę.
– Musisz urodzić łożysko.
Jest za słaba, więc moje słowa trafiają w eter i już wiem, co stanie się jako następne. Wszystko to już widziałam: w ciągu doby ogarnie ją infekcja, już zakorzeniona w jej łonie, ja jednak ją dla niej wydobędę.
Dalej się nie posunę. Wystarczająco cierpiała w tym życiu, a jeśli uratuję ją przed grobem, nie stanie się to z mojej strony życzliwością.
– Ukoję twój ból – wykrztuszam.
Sięgam między zimne, wilgotne poły peleryny, żeby wyciągnąć mały nóż ze skórzanej pętelki przy pasie. Kusi mnie, by wyrządzić nim straszne rzeczy.
Gdyby ten brutal nie miał jąder, zniknęłoby wiele problemów.
Zamiast ruszyć za kowalem, drżę na widok szarej, gumowatej pępowiny. Następnie łapię za pierwszy lepszy brudny koc, żeby dać Elly poczucie intymności. Kobieta jęczy, gdy szorstka wełna muska zakrwawioną skórę, więc szepczę kojące słowa. Jeszcze raz zerkam na dziecię. Tak idealne rysy, maleńki nos i łuk ust, policzki tak okrągłe, że miał szansę przeżyć. Moją zemstą jest satysfakcja, iż kowalowi odmówiono tego, czego pragnie, jakby synowie byli jedynym, co wartościowe. Niestety, jego pogoń za męskim potomkiem się nie zakończy, tylko będzie kosztować życia kolejnych sióstr z wioski.
Obok pryczy leży tunika wyglądająca, jakby Elly rozdarła ją w czasie porodu. Owijam w nią stygnące niemowlę i przez chwilę fantazjuję, że pochowam jego szczątki jak należy, w Miejscu Spoczynku. Minął jednak kawał czasu, odkąd ktokolwiek z nas odważył się udać tak daleko poza mur.
Nie wiem, co się stanie z tym cennym naczyniem, które tak szybko wypłukało się z iskry życia. To samo tyczy się ciała Elly, a moja rozpacz jest tak głęboka, jakby tych dwoje pochodziło z mojej krwi. Zauważyłam, że pomimo izolacji szybko otaczam uczuciami mieszkańców wioski, choć żaden nigdy się do mnie nie przyznał.
– Moje dziewczynki… – szepcze kobieta.
Odsuwam nóż, żeby skupić się na jej otwartych ustach. Przedni ząb ma złamany – to coś nowego.
– Zapewnię im bezpieczeństwo. – Znów biorę ją za rękę, a pokrywające ją krew i pot scalają nasze dłonie, gdy składam przysięgę: – Pojadą do Prawd.
Świątynia Prawd pozostaje znana z przyjmowania w swoje podwoje opuszczonych kobiet. Dziewczynki i bratanica znajdą bezpieczne schronienie z tymi wizjonerami, w których nie wierzę. Przynajmniej ich mur jest solidny i potężny.
– On nigdy… na to nie pozwoli.
Przenoszę wzrok na czubek nosa Elly.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, co mogę zobaczyć, prawda?
– Tak – odpowiada słabo. – I z tego, co… możesz zrobić. Ale śmierć… nie zawsze jest… przekleństwem.
Zaciskam powieki, świadoma, że zgadzamy się w tej sprawie. Nie uratuję jej w sposób, w jaki jestem zdolna.
– W takim razie weź to. Męki z jego strony nie potrwają już długo, a kiedy nadejdzie jego czas, upewnię się, że twoje cudowne córki i bratanica kowala zostaną zabrane do świątyni.
Wyczuwam od niej ślad zaskoczenia, lecz nie trwa on długo.
– Obiecujesz…?
– Obiecuję z głębi swojego bijącego serca.
Znów sięgam między mokre fałdy peleryny, by wyjąć z niej wcześniej przygotowaną torbę. Mare potrzebuje ziół, ale Elly potrzebuje ich bardziej. Powinno się je zaparzyć jak herbatę, ale na to nie ma nadziei. Nie wolno mi zaufać w tej kwestii kowalowi, a muszę już stąd zniknąć. Ktoś mógłby wejść, na przykład przynosząc wieści dotyczące pana Cavenisha i tego, co wydarzyło się w pubie.
To nieodpowiedni czas, aby znaleziono mnie przy łożu kolejnej kobiety umierającej po porodzie.
Unoszę skraj peleryny i przeczesuję warstwy, by sięgnąć do halki. Nożem odcinam cienki kwadratowy kawałek wielkości dłoni i używszy kolana jako stołu, otwieram torbę i wysypuję z niej na materiał wysuszone płatki. Następnie zwijam go i związuję rogi wstążką od torebki.
– Chcę, żebyś włożyła to między tylne zęby i pogryzła. – Nachylam się i pomagam jej rozewrzeć wargi. – To uśmierzy ból.
Spłaszczam kawałek na kształt klina i przesuwam lek na bok, żeby nie zablokować jej gardła. Zamykam jej szczęki i liczę na to, że kobieta utrzyma lekarstwo w miejscu. Przez to, że są nierozcieńczone, zioła zadziałają mocno, a nie chciałabym, żeby się udusiła, gdyby straciła przytomność.
Szybko zalewa ją ulga, niosąc ze sobą krótką aurę światła. Przez chwilę wydaje mi się, że nas opuszcza, a wedle danego słowa nie zamierzam zatrzymywać procesu. Lecz nie – ten rozbłysk to kłamstwo wytworzone przez mój umysł, ponieważ jej ulga oznacza również moją.
Kiedy kobieta zapada w sen, który nie opuści jej do chwili, gdy zatrzyma się jej serce, ocieram łzę z oka i zdaję sobie sprawę, że rozmazałam na policzku jej krew. To wydaje się właściwe.
Zabieram zawiniątko i podnoszę się na nogi.
Znajduję kowala przy stole pełnym kości – rozrzucone białe patyki tworzą alegorię pożerania i łamania, jakich dopuścił się przez wszystkie dni i noce przeżyte na niegdyś uświęconej ziemi Anathos. Do ust przytyka bukłak i z pośpiechem ssie ustnik. Alkohol mąci mu umysł tak, że aż zachlapał sobie brodę.
Nigdzie nie widać dziewcząt, więc zapewne schowały się gdzieś nieopodal, w kryjówce poza tym domowym piekłem. Bratanica dobrze zaopiekuje się siostrami i mam nadzieję, że los kowala związany z gorącym ogniem kuźni spotka go już niebawem.
– Przyjdziesz do mnie za dwie godziny – rozkazuję, kładąc martwe dziecko na stole, na kościach. – Przygotuję dla niej zioła, a ty je jej podasz.
Moje przyjście tutaj stanowiłoby zbyt wielkie ryzyko, nawet w ciemności. On mnie nie obchodzi, lecz dziewczęta należy chronić przed moją obecnością, zwłaszcza po tym, co pan Cavenish przyniósł dziś do Rękawicy.
Kowal przesuwa potężną ręką po twarzy w geście poddania.
– Czyli nadal żyje.
– Tak. I zaopiekujesz się nią.
Schylam się, by spojrzeć na niego spod osłony kaptura. Patrzę mu prosto w oczy i znów, jak rażona piorunem, zostaję uderzona jego cierpieniem, lecz tym razem chłonę rozniecony ból ze wstrętną satysfakcją.
Głos wydobywający się z moich ust pochodzi z duszy, wibruje między nami, głęboki i niski:
– Dowiem się, jeśli tego nie zrobisz.
Przebłysk strachu w podbiegłych krwią oczach stanowi moją przewagę nad nimi wszystkimi. W świetle dnia, bezpieczni wśród latarni i liczb, mieszkańcy wioski wystrzegają się mnie, lecz… och, przybywali do mnie. Każdy z nich, na swój sposób, szukał mojej pomocy w związku z okropnymi czynami i wszyscy oni stawali się świadkami dziwnego i niepokojącego cudu.
Choć taniec ze śmiercią to jedyna wyróżniająca mnie cecha, zakładają, że istnieją inne, których mogłabym użyć przeciwko nim.
Jestem niezmiernie zadowolona, że ten mężczyzna obawia się tego, co mogę mu zrobić.
Prostuję się, gdy dociera do niego przesłanie.
– Pozbądź się chłopca w odpowiedni sposób, nie tak, jak zrobiłeś to z żoną i córką, które utraciłeś jako pierwsze. I wiedz, że w chwili twojej śmierci, bez względu na to, gdzie się znajdę i co przyjdzie mi robić, stanę się jej świadoma. I zacznę się nią radować.
Nie mówię mu, żeby uważał przy ogniu w kuźni. Nie ostrzegam, że niedługo zdarzy się wypadek. Nie wspominam o płomieniach, które najpierw odbiorą mu ciało, a następnie życie.
Wychodzę tak, jak przyszłam, wymykając się tyłem na lodowaty deszcz, w niebezpieczną noc. Jutro muszę udać się do Mare. O tak późnej godzinie pub będzie pełny, co oznacza stoły do wycierania, bałagan do sprzątania, kufle do umycia. Żadna z tych rzeczy, nawet starsza pacjentka, pozostająca na noc bez pomocy, nie jest tym, co zaprząta moje myśli.
Inna cząstka mnie, ta czająca się w ukryciu, ta, której nie uznaję za należącą do mnie, wyzwoliła się i niczym koń wypuszczony ze stajni, nie chce dać się poskromić, bo niełatwo odzyskać kontrolę nad złością i żądzą zemsty. Po prostu… tak trudno patrzy się na coś, co wydarza się ponownie i ponownie, i ponownie.
Tak trudno być w ten sposób wykorzystywanym i wyrzucanym i to samo tyczy tych młodych dziewcząt.
Powracając na drogę prowadzącą do pensjonatu, niemal mam nadzieję, że moje ścieżki skrzyżują się z tym, co kroczyło za moimi plecami. Choć wcześniej przed tym uciekłam, to nie mogę ignorować dotyczącej mnie prawdy.
Jestem jedną z istot, których mieszkańcy wioski boją się o zmroku.
A w chwili, gdy mam taki nastrój jak teraz, mają się czego bać.Cztery
Pojawia się nieznajomy
W pubie panuje wyjątkowy hałas. Mężczyźni z wioski wymachują kuflami, odchylają głowy i wybuchają śmiechem, jakby wystrzeliwali kule armatnie w stronę tego, z czym musieli się wcześniej zmierzyć w czasie wtargnięcia pana Cavenisha. Powietrze wydaje się gęste od smrodu potu zmieszanego z odorem skwaśniałego piwa i podczas gdy przemykam, by sprzątnąć kolejną pustą szklanicę, sprawdzam drzwi. Od powrotu udało mi się kilkakrotnie zakraść do skrytki pod schodami, żeby przygotować więcej leku do zagryzania dla Elly.
Lepiej, żeby ten jej mąż się tutaj zjawił.
W ponurym nastroju wracam między stoliki i krzesła zajmujące większość przestrzeni. Bar znajduje się daleko po drugiej stronie, więc podchodzę do końca dziurawej, poplamionej lady i ustawiam zebrane naczynia obok tych już tam stojących, które będę musiała wyczyścić przez końcem wieczoru.
Rozlega się krzyk, trzask przewracanych krzeseł. Wtem – eksplozja śmiechu, bo trzej mężczyźni mający problem, żeby iść prosto, lawirują w stronę wyjścia.
– Nie stój tak, idź po szmatę! – woła pan Lewis.
Zjawił się w drzwiach w rogu, prowadzących do jego prywatnych kwater. Cała jego zrzędliwa dezaprobata stanowi przeciwieństwo jego żony, którą utracił kilka lat temu. Próbowałam ją uratować, lecz źle oszacowałam czas. Mogę sobie wmawiać, że to z tego powodu mną gardzi, ale prawda wygląda tak, iż nie lubił mnie, jeszcze zanim został wdowcem.
– Tak jest, panie Lewis.
Kij ze szmatą oraz wiadro stoją za barem, więc kiedy tam wchodzę, natykam się na barmana. Ciągnie właśnie za beczkę z taką siłą, jakby chciał sobie wyrwać ramię ze stawu, piorunuje mnie wzrokiem, jakbym wkraczała na jego terytorium. Jest jedyną osobą, na którą nie gniewam się za to, że mnie unika. Nie lubi tej pracy, nie lubi pubu, nie lubi pana Lewisa. Nie lubi nikogo ani niczego.
Tuż za drzwiami dla pracowników znajdują się pompa wodna i odpływ, więc ustawiam wiadro pod kurkiem. Żelazny uchwyt okazuje się równie ciepły, jak moja ręka, więc zaczynam machać ramieniem…
– Tak! Zrób to!
– Zrób…
– …to!
Rozlegają się śpiewy, by po chwili uspokoiły się rozmowy. Sallae Mae rzuca powłóczyste spojrzenie spoconemu mężczyźnie z brodą, który krzyczał najgłośniej. Ma na sobie błękitną sukienkę z tak głębokim dekoltem, że wystarczy, aby nabrała głębiej tchu, a ukazałaby górną połowę tego, czym handluje, choć blond włosy zarzuciła na ramiona jako szal, mający ją nieco zakrywać – ale i część odsłaniać.
– Za miedziaka – kpi, podchodząc do niego, unosi spódnicę i stawia wygiętą stopę w pończosze na krześle między jego nogami.
W momencie, gdy moneta trafia do jej dłoni, unosi ją, a głosy klientów cichną do szeptów. Wszyscy się w nią wpatrują. Wtem wsuwa monetę za dekolt i zmierza do baru. Barman wygląda, jakby chciał rzucić pracę, ale schyla się za ladą i wyciąga zza niej wąski kieliszek na szczupłej nóżce.
– Dziękuję ci – mówi kobieta z przesadzonym ukłonem.
– To nie jest tanie – mamrocze pan Lewis.
Sallae Mae unosi wysoko kieliszek do szampana i siada na ladzie.
– Ja też nie jestem.
Widziałam już wcześniej tę sztuczkę salonową – zresztą, wszyscy ją widzieliśmy, ale mężczyźni lubią patrzeć, jak kobieta nabiera tchu – a że nie interesuje mnie jej układ oddechowy, to w momencie, gdy odchrząkuje, ja wykorzystuję sytuację. Przesuwam wiadro w miejsce, gdzie wstający pijacy powylewali płyn z kufli, i rzucam brudną szmatę na deski podłogowe. Siedząca na barze Sallae Mae otwiera usta, by wyciągnąć wysoki dźwięk w stronę szkła. Dźwięk przeszywa ucho jak nóż, lecz ona tylko wznosi się wyżej, śpiewając głośniej. Wyżej. Głośniej. Wyżej…
Szkło pęka na okruszki migoczące w świetle latarni.
Okrzyki i wiwaty są donośne i zbyt długotrwałe, zupełnie jakby kobieta uniosła konia pociągowego i zarzuciła go sobie na ramię. Sallae Mae pławi się w uwadze i nie rusza się z miejsca, tylko poprawia włosy, trzymając w ręce nóżkę kieliszka.
Główne wejście staje otworem.
To, co dostaje się do środka, wysysa z pubu wszelkie dźwięki i powietrze.
Mężczyzna, żołnierz, wysoki na co najmniej sześć długości. Górną, mocno umięśnioną część ciała okrywa skorodowana kolczuga i watowana, czarna skórzana opończa, jego silne nogi również są owinięte czarną skórą. Przy biodrze nosi sztylet z długim ostrzem, na przeciwległym udzie drugi sztylet, a zza ramienia wystaje gruba rękojeść pałasza, ułożona w zasięgu ręki.
Nikt się nie porusza, nawet Sallae Mae nie zsuwa się z baru.
Mężczyzna robi krok naprzód i z trzaskiem barykaduje wejście przed chłodem. Ma długie i czarne włosy, pasma po obu stronach twarzy splótł w warkoczyki, żeby mu nie przeszkadzały. Ma prosty nos i gładko ogoloną, kwadratową, wyrazistą żuchwę. Uważam, żeby nie spojrzeć mu prosto w oczy, choć kątem oka dostrzegam, że stracił jedno w bitwie – blizna przebiega od brwi do skroni, a matowa biel wbija się w świat. Obrażenie w żaden sposób nie ujmuje mu siły i władzy… ani seksualnego napięcia emanującego z niego jak błyskawica.
Jego piękno… jest brutalne.
A kobiety pracujące ewidentnie doceniają jego męskość. Krygują się przy stolikach w sposób niezwiązany z ich profesją. Mężczyźni za to zdają się w ogóle nie oddychać.
Pan Lewis zapina szelki, które do tej pory wisiały luźno na ramionach, i mówi spiętym głosem:
– No to czego chcesz?
Jakby miał naprawdę dość, że tego wieczoru otwierające się drzwi zwiastują niemiłe niespodzianki.
Wojownik powoli przeczesuje wzrokiem pub, a pijacy wiercą się na siedzeniach, czym przypominają mi niespokojne stado, świadome, że na ich pastwisko wkroczył głodny drapieżnik.
Kiedy wszyscy czekamy, aż mężczyzna się odezwie, obstawiam, że zebrani myślą dokładnie to, co ja: żadnych królewskich insygniów. Czyli to najemnik. Kogoś szuka, a kiedy go znajdzie? Skończy się rozlewem krwi.
– Pokoju – odzywa się niskim, dźwięcznym głosem. – I strawy.