Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kości rzucone korzeniem splątane - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 kwietnia 2026
4312 pkt
punktów Virtualo

Kości rzucone korzeniem splątane - ebook

Cmentarze skrywają więcej trupów, niż da się dostrzec nagrobków.

Octavia Herver nie marzy o niczym innym tak, jak o dołączeniu do Arcanum – tajnego Stowarzyszenia Magów działającego na Uniwersytecie Edynburskim. Pragnie kontynuować badania zmarłej matki, genialnej nekromantki, niestety jej aplikacje są nieustannie odrzucane.

Dziewczyna stara się więc podążać śladami rodzicielki. Przeprowadza nowatorskie eksperymenty, by zasłużyć na przyjęcie do elitarnego grona czarodziejów, lecz każde jej doświadczenie kończy się porażką.

Czara goryczy przelewa się do tego stopnia, że Octavia postanawia oszukać samą patronkę Arcanum twierdzeniem, że wie, jak pokonać śmierć, ale potrzebuje do tego materiałów, którymi dysponuje uczelnia, oraz notatek swojej matki.

Kobieta dostrzegłszy w niej potencjał, proponuje układ – dziewczyna dostaje rok akademicki, by udowodnić swoją wartość i poczynić znaczące postępy w badaniach, by uplasować się wysoko w rankingu przełomowych projektów na uczelni. Jeśli jej się to nie uda, jej pamięć zostanie wymazana, by chronić tajemnice Arcanum, a ona sama wróci do poprzedniego życia.

Na drodze Octavii staje jednak Noir Beaumont, jej rywal i zmora istnienia, który zrobi wszystko, by przeszkodzić jej w badaniach i pozbyć się poważnej konkurencji.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-699-2
Rozmiar pliku: 4,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Geneza magiji

Przyszło nam żyć w świecie dualnym – gdzie od tysiącleci magia pozostaje obecna wśród nas, ale skrywa się w cieniu ze względu na rozłam dotykający samych początków istnienia czarodziejstwa.

Otóż niemagiczni w Księdze Rodzaju piszą o Adamie, Ewie i wężu. Ten ostatni kusi kobietę owocem dającym początek całemu złu. Interpretacja tamtych wydarzeń przez Kościół stanowi jeden z fundamentalnych elementów życia ludzi niemagicznych – zaćmionych.

Wiemy jednak, że ta historia w swojej dualności brzmiała inaczej.

Adam i Ewa faktycznie byli niemagicznymi istotami żyjącymi w raju, ale w końcu do Edenu zawitała sama Lilith. Stało się to, gdy pierwsza kobieta zerwała owoc z drzewa i otwarła przejście między wymiarami, a po jego skosztowaniu otrzymała obiecaną przez boga prawdziwą nieśmiertelność – zarówno ciała, jak i duszy.

Szczegóły tego spotkania i rozmowy nie są nam znane, choć wielu uczonych próbowało odtworzyć wypowiedziane wtedy słowa, wzywając duchy, podróżując w czasie lub pytając samego diabła. Niestety bezskutecznie.

Osobiście uważam, że Ewa pragnęła czegoś więcej niż wiecznego szczęścia u boku mężczyzny. Nie chciała być jedynie tworem z jego żebra, marzyła o własnej wielkości, a Lilith – widząc i rozumiejąc jej ambicje – obdarowała ją magią, i to nie byle jaką, bo pierwotną najsilniejszą magiją.

Tym samym Ewa stała się pierwszą czarownicą.

Skrywała swe zdolności przed Adamem, rodząc mu dzieci ze świadomością, że jest w stanie – niczym sam stwórca – rozmawiać ze zwierzętami, tworzyć coś z niczego, panować nad wodą i światłem oraz dawać życie.

Adam w końcu odkrył jej sekret, bo niektóre z ich dzieci odziedziczyły tę samą magiczną krew. Pojął, że Ewa posiadła zdolności, których on nie był w stanie ni zyskać od Lilith, ni odziedziczyć. Rosła w nim zazdrość tak ogromna, że kiedy wąż przybył do raju, skusił Adama zakazanym owocem, oferując mu moc, jakiej małżonka nigdy nie zdołała posiąść.

I tak czarna magia – ars obscura – podstępem, niczym pasożyt, zakorzeniła się na zawsze w cząstce mocy podarowanej przez Lilith.

Tym samym Adam sprowadził na nich nieszczęście, czego konsekwencją jest fakt, że magija bezpowrotnie została skażona, a wszyscy parający się praktykami magicznymi zostali zmuszeni zarówno do płacenia kary w przypadku nadużywania mocy, jak i do sięgania po czarną magię.

Zgubiły nas, ludzi, nie smak i chęć skosztowania zakazanego owocu, lecz czysta ambicja przesiąknięta zazdrością, przypominająca nam, że czarna magia bywa równie potężna, co niebezpieczna.

Za wielkość trzeba płacić. Choćby życiem.

Sylvester Beaumont

Fragment z Kolebki Dziedzictwa, tom pierwszy

Prolog

Kto grzebie w glebie, ten od łopaty ginie

Cmentarze zawsze skrywają więcej trucheł niż nagrobków. W pewnym stopniu Octavia Herver była temu winna.

Natomiast według agendy jej dzisiejsza wizyta przewidywała jednak odkopanie ciała, a nie złożenie kolejnego w glebie.

Greyfriars Kirkyard to najbardziej rozpoznawalny cmentarz w Edynburgu. Był również najbardziej nawiedzonym, o czym turyści często słyszeli, ale czego nie pojmowali.

Energia wytwarzana przez niezliczone kości, rozłożone w glebie mięso i wszechobecną zgniliznę zmieszaną z krwią sprawiała, że ten obszar był istnym inkubatorem mrocznej magii.

Dlatego jeśli eksperyment – jej dzieło życia – miał się powieść, to tylko tutaj. Moc, roztaczana przez to miejsce, uderzała w ciało Herver niczym rezonans i podsycała krew wraz z krążącą w żyłach magią.

Octavia wierzyła, że przez to, czym się para, jej krew pewnego dnia sczernieje na zawsze. Tak samo jak serce.

Skalkulowała ryzyko, wysunęła wnioski i podjęła decyzję. Jedyną słuszną w swoim mniemaniu.

I właśnie dlatego od parunastu tygodni odwiedzała cmentarz.

Minęła trzecia w nocy, gdy podeszła do uchylonej bramy krainy zmarłych. Nonszalancko oparła się o murek i otworzyła metalowe pudełko po landrynkach. To z pewnością kiedyś skrywało cukierki, teraz jednak na jego dnie znajdowała się wyryta runa, przysypana białym proszkiem zmielonych kości, w który włożyła palec wskazujący, by następnie rozsmarować mieszankę na kamiennym murze ogradzającym teren.

– Apnetere – szepnęła i poczuła przepływającą przez opuszki magię.

Zaklęcie miało wywołać na tyle silny niepokój wśród potencjalnych turystów szukających mocnych wrażeń nocą w nekropolii, że opuściliby ją jak najszybciej.

Odczekała parę minut, wpatrując się w okna kamienicy naprzeciwko, po czym przemknęła przez bramę cmentarną, za którą czuła się wyjątkowo dobrze. Lepiej niż ze śmiercią dogadywała się tylko z książkami.

Pstryknięciem palców sprawiła, że kamery przy kościele wyłączyły się od razu. Jednocześnie poczuła, że naczynko w nosie pękło, a kropla krwi spłynęła na górną wargę. Ofiara z posoki była niczym w porównaniu z władzą, którą przejawiała, gdy mogła wpływać na przedmioty fizyczne zaledwie ruchem dłoni.

Starła krew chusteczką, poprawiła skórzaną teczkę zwisającą z ramienia, a w drugą rękę chwyciła materiałową torbę, z której wystawała końcówka poręcznej małej łopaty.

Uwielbiała to miejsce nocą, ale widok zjawy za pierwszym drzewem przyprawił ją o gęsią skórkę. Kobieta w długiej, poszarpanej sukni opierała się o pień i mierzyła ją spojrzeniem pustych oczodołów, delikatnie machając dłonią. Zwykła tu stać i witać wszystkich turystów niczym gości przybywających na wesele, podczas którego została zamordowana. Octavia udała jednak, że jej nie dostrzega. Nie chciała, by mara pomyślała, że jest ona kimś więcej niż jednym ze zwykłych śmiertelników często zakradających się tu nocą.

Dziewczyna skręciła we właściwą uliczkę i jak zawsze przyglądała się chłodnym płytom nagrobków, choć trudno już było odczytać nazwiska przez czas obejmujący je swoim uściskiem.

Gdy tylko znalazła się w tej części cmentarza, gdzie wyznaczyła teren do swoich badań, poczuła, że jest obserwowana. Momentalnie spięła łopatki i wyprostowała się, wiedząc już, że członek Stowarzyszenia Arcanum został ponownie wysłany, by śledzić jej poczynania.

Miała świadomość, że jego obecność ma na celu dwie rzeczy.

Jeśli jej badania się powiodą, prawdopodobnie otrzyma zaproszenie, by dołączyć do zamkniętego, elitarnego grona magów, a od dłuższego czasu o niczym innym nie marzyła.

Albo sprawdzali, czy jej eksperymenty nie wymykają się spod kontroli i czy nie powinni interweniować i ją unicestwić.

W głębi serca liczyła na spełnienie się pierwszego scenariusza.

Parę miesięcy temu, podczas pierwszej wizyty na Greyfriars Kirkyard, próbowała nawiązać kontakt z przedstawicielem Arcanum, ale szybko odkryła, że sylwetka majacząca między nagrobkami to jedynie projekcja, a faktyczne ciało znajdowało się mile stąd. Gdy podeszła bliżej, mag zniknął, czym jasno dał do zrozumienia, że nie mogło między nimi dojść do żadnej interakcji. Do tego wizja wydawała się niepełna, przez co wyraźnie dostrzegała jedynie kolor oczu nieznajomych i po nim rozpoznawała poszczególnych przedstawicieli.

Czasem obserwujące ją oczy były położone niżej i miały kolor chabrów. Innym razem znajdowały się powyżej poziomu jej spojrzenia i wtedy przyjmowały odcień orzechów.

Dziś jednak pierwszy raz dostrzegła szare tęczówki, które mignęły jej w ciemnościach sekundę przed tym, jak zniknęły w mroku, gdy ich wzrok się skrzyżował. Ta srebrna barwa została w myślach Octavii, a chłodny odcień sprawiał wrażenie, jakby ich właściciel nie stanowił połączenia mięśni ani krwi, lecz stworzony był z lodu i skały.

Zapatrzona w ciemność, w którą wniknął obserwator, nie zauważyła ducha kota wskakującego na jeden z nagrobków. Przestraszył ją tak, że serce stanęło jej na sekundę, a potem zaczęło bić jak szalone. Nienawidziła tego uczucia braku kontroli nad odruchami ciała. Tej milisekundy, gdy mięsień zaciska się z przerażenia i przestaje pracować, jak i kolejnej minuty, gdy wali w klatce oszalały jak ptak, który chce się uwolnić.

To zjawisko przypominało jej śmierć.

Co za ironia, skoro właśnie tym się parała.

Próbowała sprawić, by serca, które przestały bić, mogły to zrobić na nowo.

Uspokoiła oddech. Delikatna para wydobyła się spomiędzy jej warg, gdy odetchnęła głęboko. Jesień w Edynburgu była zimna jak płyty marmurowych grobów, ale Octavia należała do niej tak jak krew do czerwieni i biel do kości.

Odnalazła miejsce pochówku niejakiego Johna Bayne’a, odliczyła parę kroków w lewą stronę i przekroczyła granicę ścieżki. Stąpała między płytami nagrobnymi w kierunku muru otaczającego cmentarz. Turyści nie schodzili z chodnika, a delikatny kopczyk ziemi, przykryty garścią liści, idealnie maskował jej przewinienie.

Podwinęła rękawy, gotowa zacząć przedstawienie dla skrytego w ciemności i wciąż obserwującego ją maga.

Wbiła łopatę do połowy wysokości i kopała w miejscu, gdzie tydzień temu zagrzebała truchło. Nie trwało to długo, bo zwłoki szczura znajdowały się płytko pod ziemią, by zwierzę mogło się łatwo wygrzebać, gdyby eksperyment się powiódł.

Kiedy dostrzegła, że pudełko po butach nie zostało wygryzione w miejscach, gdzie zrobiła dziury, wiedziała już, że kolejny raz poległa.

Starała się opanować rozczarowanie, świadoma, że to moment, kiedy szare oczy wyczytują z jej twarzy wynik testu. Nie musiały widzieć obiektu badań, bo dla nich to ona była zdechłą myszą doświadczalną, mrugającą teraz parokrotnie i wbijającą paznokcie w dłoń, aż stworzą się na niej półksiężyce, by powstrzymać rozgoryczenie.

Klęknęła na wilgotnej ziemi, nie dbając o to, że poszycie przyklei jej się do czarnych rajstop, bo wstyd przeszywający całe ciało był zimniejszy niż jakikolwiek pochowany tu trup.

Wyjęła karton po butach, które miała właśnie na sobie, i uchyliła delikatnie wieko, choć już czuła zgniły zapach śmierci.

Biały szczur leżał tak, jak go zostawiła, z tym wyjątkiem, że w jego wnętrznościach rozgościły się robaki. Mrówki, glista i inne insekty chodziły po nieudanym eksperymencie, zjadając go i śmiejąc się dziewczynie w twarz z jej niepowodzenia. Pomyślała, że robactwo mogłoby pożreć truchło szybciej, przynajmniej nie musiałaby oglądać swojego kolejnego błędu.

– Fevorte – szepnęła i wszystkie insekty wypełzły przestraszone zaklęciem rozproszenia.

Zmierzyła się z uczuciem porażki, ale musiała się też zmusić do sprawdzenia, co do niej doprowadziło. Wyjęła z kieszeni skalpel i przystąpiła do sekcji.

Delikatnie odchyliła zwłoki, by wybadać, co mogło pójść nie tak. Runa z krwi na plecach trzymała się nieźle, delikatnie świeciła, wciąż jeszcze pełna energii, która miała wpleść się w zwierzę i wesprzeć je w ucieczce z trumny.

Nabrała powietrza w płuca, by nie czuć smrodu rozkładu, i bez zawahania rozcinała brzuch, starając się powstrzymać protestujący żołądek. Światło z ulicznej latarni musiało jej wystarczyć do szybkich oględzin.

Octavia zerknęła na swoje dzieło.

Perła, która powinna wchłonąć śmierć, znajdowała się idealnie pod sercem, pył ze skorupy żółwia niderlandzkiego okalał wnętrzności, by zachować je w stanie używalności, w płuca została wbita malutka igła z sosny nisko rosnącej mająca wesprzeć zwierzę w pierwszym oddechu.

Wszystko było na swoim miejscu, jednak nie przyniosło to żadnego skutku. Musiała obalić kolejną teorię. Kolejną kombinację kroków, która mogłaby przywrócić życie.

Obiekt czterdziesty trzeci okazał się niepowodzeniem.

Tak jak czterdzieści dwa poprzednie.

Westchnęła z rezygnacji, ale szybko odpędziła burzliwe myśli.

Czterdzieści trzy próby to za mało, by się dowiedzieć, jak pokonać śmierć i wskrzesić coś, co umarło. To wciąż za mało czasu, za mało wiedzy i za mało funduszy na tak ambitne dokonanie.

Wszystkiego w życiu zawsze miała mało w stosunku do tego, ile rzeczy pragnęła dokonać. Nie porzuciłaby jednak prób, bo wywodziła się z długiej linii przodków specjalizujących się w nekromancji, wierzyła więc, że jeśli komuś miało się udać dokonać niemożliwego, to tylko jej.

Schowała skażony skalpel do woreczka i wyjęła pęsetę, by za jej pomocą wyciągnąć perłę i igłę. Nie miała tylu funtów, by kupować co chwila nowe składniki, a skoro nie zostały zużyte, po odpowiedniej dezynfekcji powinny być ponownie zdatne do użytku, więc umieściła je ostrożnie w drewnianym pudełku i wepchnęła je do teczki.

Była precyzyjna. Była nieugięta. Ale kiedy czuła na sobie spojrzenie obcego, prześlizgujące się po jej dłoniach, po jej profilu, łza spłynęła dziewczynie z policzka. Zazwyczaj gdy obserwujący ją członkowie Stowarzyszenia pojmowali, że eksperyment się nie powiódł, zostawiali ją samą.

Właściciel szarych oczu jednak tego nie zrobił, wciąż jej się przyglądał, a jego wzrok palił nie tylko skórę Octavii, lecz przede wszystkim dumę. Pogwałcenie czyichś eksperymentów swoją obecnością to jedno, ale obserwację niepowodzenia odbierała jak uderzenie w twarz. Spojrzała na niego i mogłaby przysiąc, że jego oczy z niej kpią, gdy nieznajomy zrozumiał, że Arcanum kolejny raz usłyszy o jej porażce.

Wściekła zmrużyła powieki.

Brązowe tęczówki zazwyczaj były współczujące, niebieskie – chłodne, ale te, stalowe, gardziły nią i napawały się jej porażką. Gdyby widziała jego usta, byłaby pewna, że zobaczyłaby je wykrzywione w uśmiechu. Przez chwilę rozważała konfrontację, ale nie chciała dać mu tej satysfakcji.

Zerknęła z powrotem na szczura, zacisnęła zęby i wyjęła obiekt czterdziesty trzeci z pudełka, by owinąć go w bawełnianą szmatkę, a następnie ponownie umieścić w dziurze i zakopać. Przydeptała butem glebę, a świeżą ziemię przykryła liśćmi.

Kolejne ziarno czarnej magii zasiliło tę ziemię. Z każdym kolejnym będzie ciemniejsza, mocniejsza, tak samo jak jej krew.

Łopatę schowała do płóciennej torby i zawiesiła ją na ramieniu obok skórzanej teczki. Karton po butach chwyciła pod pachę z zamiarem wyrzucenia go za rogiem. I tak był już skażony złą energią i śmiercią. Nie mogła go ponownie użyć.

Z cmentarza wyszła z wysoko uniesionym podbródkiem i całą sobą ignorowała obecność członka Stowarzyszenia. Ale na wszelki wypadek zacisnęła mocniej dłoń na gazie pieprzowym ukrytym w kieszeni, podczas gdy palce drugiej dłoni rozprostowała, gotowa do rzucenia zaklęcia. Intuicja podpowiadała jej, że ją śledzono.

Napięta jak struna wyszła na ulicę i włączyła na nowo kamery.

Nic przełomowego się jednak nie wydarzało, kolejna noc podobna do czterdziestu dwóch poprzednich, tyle że z nowym obserwatorem, którego pewnie zobaczy znów za tydzień, gdy przyjdzie zakopać tu obiekt czterdziesty czwarty.

Ulice były ciemne, a nocna mgła nadciągała już pomiędzy wysokie kamienice, by przywitać nad ranem pierwszych wychodzących ze swoich nor mieszkańców. Octavia przeszła na chodnik po drugiej stronie jezdni, gdy na jej drodze pojawiły się sylwetki ludzi. Nasłuchiwała ich kroków, a w myślach powtarzała słowa zaklęć, które mogłyby pomóc, gdyby znalazła się w niebezpieczeństwie.

W umyśle dziewczyny formułowała się jednak już nowa teza, którą wykorzysta przy kolejnym badaniu. Skręciła w ostatnią uliczkę i skierowała się do domu, czując wciąż na sobie stal oczu wbijającą się jej w tył głowy niczym pocisk posłany prosto w czaszkę.

Żaden członek Arcanum nie obserwował Octavii przez całą drogę powrotną.

Dziwne uczucie zniknęło, gdy zamknęła za sobą drzwi od kamienicy, w której mieszkała, jakby śledzący ją czarodziej chciał się upewnić, że wróci bezpiecznie, lub był po prostu na tyle gorliwy i oddany misji, że nie mógł zrezygnować z ostatnich minut napawania się jej porażką i przypominania, że jest członkiem czegoś, czego ona pragnęła tak bardzo, że zrobiłaby wszystko, byleby też stać się tego częścią.

Nawet by zabiła.Rozdział pierwszy

Kłamstwo na papierze to wciąż kłamstwo

Octavia po cichu przekręciła klucz w zamku i wślizgnęła się do mieszkania z nadzieją, że Henry śpi. Delikatnie wysunęła stopy z butów i odwiesiła płaszcz. Chciała już włączyć latarkę w komórce, gdy nagle lampa w salonie zapaliła się, zapraszając ją jak ogień ćmę. Jeśli podejdzie bliżej, spłonie.

– Gdzie byłaś? – zapytał oskarżycielsko głos z pokoju obok, na co przymknęła powieki i odetchnęła głęboko, po czym weszła do oświetlonego pomieszczenia.

Lgnęła jednak do tego światła, bo nie była tchórzem.

Henry, ubrany w szary sweter, siedział przy stole zawalonym stosem notatek. Trzeci kubek po kawie stał na krawędzi blatu. Jako syn rektora naczelnego¹ musiał dbać o reputację, dlatego korzystał z materiałów, które dostał od profesorów wcześniej niż inni studenci, by mógł zabłysnąć na wykładach, mimo że nowy rok akademicki miał się zacząć za kilka dni.

Chłopak kończył wyliczać równanie z macierzy piątego stopnia pod całką, przygryzając ołówek. Ten nawyk przejął naturalnie po niej przez to, że dorastali razem. Pomimo tego, że rodzeństwem nie byli, Octavia nieraz w myślach nazywała go bratem.

Uniósł na nią to pełne wyrzutów spojrzenie, które od jakiegoś czasu widziała coraz częściej.

– U Grace – odpowiedziała, uciekając wzrokiem w bok, by nie patrzeć na książki i zeszyty, które rozłożył przed sobą. Miała ochotę je porwać i udawać, że należą do niej. Udawać, że za tydzień wybierze się z nim na wykłady.

– U Grace? – powtórzył, unosząc brwi. – Dzwoniłem do niej z godzinę temu, gdy zacząłem się o ciebie martwić, ale ta spała, a obudzona stwierdziła, że nie widziała cię od miesiąca.

Kurwa.

Przełknęła ślinę, schyliła głowę i chwyciła pierwszą książkę z brzegu, którą mogłaby zakryć rumieniec wstydu. Często chodziła z nosem w książkach, więc miała w tym już wprawę. Henry był jej przyjacielem, a ich się w końcu nie okłamuje, ale Octavia nauczyła się, że czasem kłamstwo jest lepsze od prawdy, której w tym przypadku chłopak by nie zniósł.

Oparła się nonszalancko o ścianę i zaczęła przesuwać w stronę drzwi do swojego laboratorium, by jak najszybciej wywinąć się z tej rozmowy.

– Znów byłaś na cmentarzu – wywnioskował.

Spojrzała w jego brązowe jak gleba oczy, które zakopywały ją pod warstwami wstydu. Prychnęła pod nosem, lekko zirytowana, bo jej niechęć do rozmowy spotęgowała zazdrość wywołana tym, że Henry zaczął życie, jakiego ona pragnęła. Też pragnęła studiować na Uniwersytecie Edynburskim, ale nie na tyle, by zniżać się do poziomu błagania jego ojca o pomoc w rekrutacji.

Marzenia Octavii były wszak rzeczywistością Henry’ego Campbella. Co prawda nie chciała jak on studiować matematyki stosowanej, ale potrzebowała przejść rekrutację na byle jaki kierunek, by dostać się do Stowarzyszenia. Jej ostatnia próba zakończyła się niepowodzeniem mimo znakomitych wyników w nauce.

– Cóż, skoro jesteś o tym tak bardzo przeświadczony, moje zdanie nic nie zmieni – oznajmiła gorączkowo, a chłopak wstał nagle z kanapy i podszedł do niej na szczupłych nogach.

Octavia zawsze wierzyła, że byli jak dwa ptaki zamknięte w klatce. Z roku na rok jednak okazywało się jakimi. Ona przypominała sowę, podczas gdy on stawał się jastrzębiem.

Zamarła, gdy chwycił jej nadgarstek i podniósł go do swoich oczu, by przyjrzeć się paznokciom, pod którymi odnalazł piasek i brud. Czarne włosy opadły mu na oczy.

– Musisz z tym skończyć, Octavio – powtórzył dziesiąty raz w tym miesiącu, tak jakby jego zasób słownictwa ograniczał się do tych czterech słów i jej imienia. – Starałem się być tolerancyjny wobec twoich zainteresowań okultyzmem i tego, za kogo się uważasz, ale robisz sobie tylko krzywdę. Niszczysz sobie tym życie.

Uważanie to przeświadczenie. Bycie to stan pewny, pomyślała.

Henry miał problem z rozróżnieniem znaczeń tych słów.

Dwadzieścia jeden lat nie wystarczyło mu na oswojenie się z tym, kim tak naprawdę jest, i zaakceptowanie tego w chociaż najmniejszym stopniu.

Matka Octavii była członkinią tajnego Stowarzyszenia Arcanum, ukrywającego się przed niemagicznymi studentami Uniwersytetu Edynburskiego, do którego dostęp miały wyłącznie osoby obdarzone darem czarowania. Tajne oznaczało zamknięte, a dokładnie takie stały się drzwi do jej laboratorium, bo gdy tylko urodziła córkę, musiała wrócić tam bez niej, jeśli chciała kontynuować swoje równie ważne, co ambitne badania. Wybrała to, co kochała bardziej, i choć Octavia miała do niej o to żal, rozumiała decyzję matki, a przynajmniej starała się to robić przez większość czasu. Ojca dziewczyna nigdy nie poznała i wiedziała o nim jedynie tyle, że był niezwykle przeciętnym zaćmionym.

Rektor naczelny Campbell był jedynym pracownikiem wyższego stopnia świadomym istnienia Arcanum i osób uzdolnionych magicznie uczęszczających na jego uczelnię. Na mocy porozumienia zgodził się wziąć Octavię pod swoje skrzydła do czasu, aż dorośnie. Zrobił to, by nie wdać się w konflikt ze Stowarzyszeniem, które pokładało nadzieje w eksperymentach jej matki.

Kiedy dziewczyna była młodsza, obserwowała z zazdrością, jak Henry wychodził codziennie do szkoły, bo ona otrzymała od państwa Campbellów naukę domową. Zdecydowali się na takie rozwiązanie z obawy przed jej magicznymi wybrykami, choć ona czuła, że ta sytuacja się w końcu na niej odbije. Słyszała, co przyszywany brat miał w zwyczaju opowiadać innym dzieciom w szkole: „Mama Octavii jest naszą daleką kuzynką, ale obecnie przebywa w więzieniu, więc Octavia mieszka z nami. Uczy się w domu, bo robi się niespokojna, gdy wychodzi do ludzi. Jej tata uciekł z kraju, gdy matka została skazana za przemyt”.

Jedyny kontakt, jaki przysługiwał matce i córce, to wymienianie się jednym listem miesięcznie. Było to możliwe dopiero od dziewiątego roku życia dziewczyny, kiedy to przedstawiciele Arcanum zbadali jej krew i zaklasyfikowali ją jako descendentkę.

To był najlepszy dzień w życiu Octavii.

Obawiała się, że przez krew ojca magia w niej jest na tyle rozrzedzona, że urodziła się jako zaćmiona, niezdolna do czarowania. Magija, która płynęła w jej żyłach, była jednak w normie, i tylko przez chwilę dziewczynie zrobiło się przykro, że nie okazała się dość wyrazista, by zyskać status pełnokrwistej jak matka.

Z roku na rok Octavia coraz bardziej fascynowała się nauką nekromancji, a Eleonora, widząc w niej młodszą wersję siebie, zaczęła się z nią dzielić tym, czego sama uczyła się w jej wieku, by później, gdy była pewna, że córka opanowała podstawy, opowiadać o swoich eksperymentach z czasów szkolnych.

Ich korespondencję inwigilowano, bo chciano się upewnić, że żadne newralgiczne i tajne treści nie opuszczają Arcanum. O innych formach komunikacji nie było nawet mowy. A mimo tego Eleonorze udawało się zaklinać lub szyfrować wiadomości w sposób, w jaki w zwyczaju mieli członkowie rodziny Herverów, a dzięki kodowi znalezionemu w odziedziczonym dzienniku ich rodu, Octavia mogła swobodnie odczytywać ukryte zdania.

Mimo tego matka nie wdawała się w szczegóły dotyczące obecnych prac, przemycała jedynie między wersami swoje teorie, dzięki czemu młoda nekromantka mogła w mniejszym lub większym stopniu próbować odtworzyć badania. Sama wyciągała z nich wnioski, którymi potem dzieliła się listownie, a następnie z dumą odkrywała, że były zbieżne z wynikami Eleonory.

Łączyła je więź dziwna i krucha, ale dla niej niezwykle ważna. Dzięki niej mogła podążać śladami zarówno matki, jak i swoich przodków.

Dwa lata temu, gdy skończyła dziewiętnaście lat, wyprowadziła się od Campbellów do mieszkania w centrum Edynburga, które należało wtedy do jej rodzicielki. Henry poczłapał tu za nią niczym pies na smyczy, przy czym nie dało się określić, które z nich trzymało jej koniec. On chciał się wynieść od surowych rodziców i zaznać studenckiego życia, jednocześnie czuła, że dla niej pragnął tego samego, choć nie spytał jej o zdanie. Mimo tego przygarnęła go, bo to on oswoił ją na tyle, iż była w stanie żyć ze świadomością, że chłopak wie o niej to, czego nie wie nikt inny – kim jest i co potrafi.

Nawet jeśli tego nie akceptował.

– Ta cała wiara w magię musi się skończyć, Octavia. Powinnaś rzucić pracę w kawiarni i znaleźć sobie poważne zajęcie lub zacząć studia, żyć jak ktoś… zwyczajny – kontynuował Henry, a prostokątne okulary od Diora opadły mu niżej na nos.

Strach przed czymś tak nieludzkim przerażał go do tego stopnia, że wygodniej było mu wypchnąć z umysłu świadomość istnienia magii.

– Chciałam pójść na studia! Ale twój ojciec mnie nie przyjął, zapomniałeś? – rzuciła gorzko.

Wiedziała, że to była jego wina, nie znajdowała innego racjonalnego wytłumaczenia, skoro osiągnęła tak wysokie wyniki w nauce. Próbowała wytłumaczyć sytuację z sekretarkami zajmującymi się rekrutacją, ale wszystkie powtarzały tę samą frazę „Przykro mi, panno Herver, Rada Uczelni nie zaakceptowała pani aplikacji, może pani spróbować za rok”. I taki miała zamiar.

– Przestań z tymi swoimi teoriami spiskowymi!

– Sabotaż to broń tych, którzy nie mają żadnej innej pod ręką – warknęła.

– Chodzi o Arcanum, prawda? Przecież są jeszcze cztery inne szkoły wyższe w tym mieście, Octavia! Daj sobie spokój ze Stowarzyszeniem, tylko cię to zgubi.

Sapnęła z poirytowania.

Nie rozumiał.

– Wiem, że cierpisz, wiem, że musi być ci ciężko, ale twoja matka wybrała źle i zobacz, dokąd ją to zaprowadziło, jak skończyła. Musisz ruszyć do przodu, bo zmarnujesz własne życie dokładnie tak jak ona.

– Nie waż się mówić nic o mojej matce – przerwała mu spokojnie, lecz z groźbą w głosie.

Deszcz właśnie zaczął bić w szyby mieszkania, jakby pod wpływem jej tonu, wiatr zmienił swój kierunek, a głuche uderzenia ostrzegły Henry’ego przed wypowiedzeniem kolejnych niebezpiecznych zdań.

Chłopak chwycił jej dłonie w swoje i spojrzał dziewczynie w oczy.

– Wierzę ci, naprawdę. Wierzę, że jesteś wyjątkowa, masz w sobie magię, ale zatracasz się w tym, słońce. – Ostatnie słowo wymówił jak do dziecka. – Pochłania cię to z dnia na dzień coraz bardziej, a odkąd się dowiedziałaś o śmierci matki, nie robisz nic innego. Ślepo podążasz jej drogą, choć nie masz o niczym pojęcia. Zrobisz sobie krzywdę. Myślałem, że ta półroczna przerwa na wsi u moich rodziców pozwoli ci ułożyć wszystko w głowie, ale ty znów wracasz do tego samego. Pomyśl, jak o wiele łatwiejsze byłoby życie, gdybyś zostawiła to za sobą i zajmowała się tym co normalni ludzie.

Czuła, że oczy pieką ją od łez.

– Normalni ludzie? – powtórzyła z jadem w głosie i uniosła brwi.

– Wiesz, co mam na myśli – żachnął się. – Gdybyś wychodziła na imprezy, rozmawiała z naszymi przyjaciółmi…

– Twoimi przyjaciółmi – wytknęła mu próbę asymilacji wbrew jej woli.

– Zajęła się tym, co robią kobiety… pomalowała się, oglądała seriale? A nie siedziała całe noce w książkach, które są bajkami dla dzieci, spędzała czas w piwnicy, nie wiadomo, co robiąc, chodziła na cmentarz i uczyła się rzeczy absolutnie nieprzydatnych w n o r m a l n y m ludzkim życiu. – Machnął ręką w powietrzu, jakby odpędzał natrętnego robaka. – Wiesz, Steve i Grace wspomnieli, że widzieli cię ostatnio, jak kupowałaś owady w sklepie dla zwierząt. Zapytali, czy zafundowaliśmy sobie jakiegoś gada do mieszkania. Muszę ich okłamywać, szukać wymówek, by przynajmniej spróbować utrzymać przed nimi obraz, że z moją najlepszą przyjaciółką jest wszystko w porządku i nie ma potrzeby leczyć jej psychiatrycznie. Pomyśl, jak kolorowe stałoby się życie, gdybyś była… mniej sobą.

Zmarszczyła brwi, wpatrzona w niego, i powstrzymywała wściekłość, która buzowała w niej jak w kociołku, ale po tych słowach gorycz niepowodzenia dzisiejszego eksperymentu rozlała się po jej języku jak atrament po kartce.

– Pomyśleć, jak nijakie byłoby życie, gdybym była tobą?

Wiedziała, że to zaboli, lecz dźgnęła go nożem prosto w serce i przekręciła ostrze z uśmiechem na ustach.

Tak zachowywała się Octavia, gdy poczuła się przyparta do muru – raniła bezlitośnie, byleby zaczerpnąć oddechu.

Wbrew pozorom byli do siebie podobni. Dumni. Pragnący zdobywać wiedzę. Ale to, jaką przewagę miał nad nią Henry, nijak się miało do tego, czego jej zazdrościł.

Bo magii nie dało się kupić za żadne pieniądze.

Oburzenie wykrzywiło jego miękkie rysy, a ona zdała sobie sprawę, że ubodło go to bardziej niż ostatnio. Tym razem cios wydawał się śmiertelny dla ich przyjaźni.

Zachlapaną atramentem kartkę da się wysuszyć, będzie można po niej znów pisać, ale dopiero z czasem. Puścił jej dłonie i wyminął gwałtownie, po czym włożył płaszcz.

– Umrzesz w samotności, Octavia, jeśli czegoś ze sobą nie zrobisz. Dokładnie tak jak twoja matka.

Pistolet wymierzony w nią strzelił i trafił nie w serce, lecz w głowę, bo ją ceniła sobie bardziej.

Nie przyznała na głos, że tego właśnie chciała. Być tam, gdzie Eleonora przez większość życia. W swoim laboratorium, ze swoimi myślami, ze swoimi badaniami, które zmienią bieg nauki.

Sama w tym świecie, z dala od jej obecnego życia.

Henry zatrzasnął drzwi, podczas gdy ona wciąż stała w tym samym miejscu, obserwując niewidzialny czas wokół niej, możliwy do dostrzeżenia tylko wtedy, gdyby obcowało się z nim wystarczająco długo lub gdyby ludzkie oko rejestrowało… Pokręciła głową, by nie odpłynąć w tezy, które pożerałyby ją do samego rana.

Jej głowa miała tendencje do przeskakiwania na tematy nierozwiązywalne i pozornie dyskusyjne. Lubiła tak zajmować mózg, ale teraz musiała się skupić.

Zapaliła knoty i ze świecą w ręku skierowała się do laboratorium (wolała korzystać w nocy z naturalnych źródeł światła). Mieszkanie należało formalnie do jej matki, więc Henry nie miał prawa decydować o jego wnętrzu, choć nieraz podnosił dysputę, by zamienić cokolwiek, co znajdowało się w piwnicy, na pokój ze stołem do bilardu. Zdjęła naszyjnik z zawieszką klepsydry z szyi i szepnęła:

– Endringe. – Srebro zafalowało, a chwilę potem zaczęło się transformować.

Łodyga się wyciągnęła, ząbki ułożyły w inny wzór, a pióro zyskało dodatkowe żłobienia, które idealnie wpasowały się w dziurkę od klucza.

Wiedziała, że Henry wielokrotnie próbował otworzyć te drzwi podczas jej nieobecności, ale lepiej dla niego, że nigdy mu się to nie udało.

Inaczej mógłby mieć koszmary.

Zeszła parę stopni i poczuła chłód kamienia otulającego laboratorium.

Kolby i zlewki stały czyste w szeregu na ladzie, na metalowej tacy znajdowały się wszystkie potrzebne przedmioty do badań, jak pipety, wagi, płyty grzewcze, kociołki. W narożniku stała należąca do matki skrzyneczka, do której klucza dziewczyna nigdy nie znalazła. Na ścianach wisiały grafy i szkice oraz niedokończone notatki, jej luźne myśli, których mogłaby się chwycić w chwili, gdy potrzebowała inspiracji. W kącie leżały składniki i materiały oraz plastikowe modele serca, płuc i mózgu.

Było to prowizoryczne laboratorium, gdzie jej rodzicielka pracowała, zanim przyjęli ją do Arcanum, a przed nią te ściany gościły jej ojca i dziadka. Narzędzia miały swoje lata, kurz osiadł na tych dawno nieużywanych.

Nie zostało w pełni wyposażone, ale pracując w nim, Octavia czuła, że więź z matką zacieśnia się jak sznur na szubienicy. Dusiła się przytłoczona samotnością i rozżalona jej wyborem, ale dumna, że podąża dokładnie śladem Eleanory.

Chwyciła mniejszy kociołek, postawiła go na palnik, wlała do niego szklankę wody i wsypała wysuszoną miętę. Czekając, aż woda się zagotuje, weszła schodami do mieszkania i wyjęła z płaszcza to, czego użyła na cmentarzu.

Gdy wróciła, dorzuciła do wody suszonej szałwii i parę kropli eliksiru oczyszczającego, po czym zanurzyła w wywarze skażony skalpel, pęsetę i perłę. Ustawiła stoper i przysiadła do biurka, by zapisać dzisiejsze wyniki w dzienniku rodu Herverów.

Obiekt czterdziesty trzeci.

Zakończony niepowodzeniem.

Wszystkie zidentyfikowane czynniki nienaruszone.

Nie wiedziała, co może więcej dopisać. Stanęła w punkcie wyjścia. Nie miała żadnych wniosków. Od miesięcy tworzyła wariancje składników, które cechowała wysoka doza żywotności. Wcierała je we wnętrzności gryzoni, warzyła wywary czy rysowała runy. Wszystko, co było jej znane i dostępne, zawiodło.

Octavii skończyły się pomysły, a przede wszystkim – materiały i wiedza, jakie w tym pomieszczeniu zgromadziła jej matka. Ostatnie listy Eleonory traktowały o glebie i rodzajach korzeni oraz pnączy, ale te były dla niej nieosiągalne do kupienia.

Wpatrywała się tępo w notatkę, a swój brak kreatywności zrzuciła na zmęczenie. Dopisała w dole strony to, co zaobserwowała w kwestii Stowarzyszenia:

Szare oczy. Brak interakcji. Wyniosłość i kpina.

Zawiązała dziennik na rzemyki i schowała go pomiędzy książki matki, czytane w młodości.

Współczesna nekromancja, Gatunki żywotne – zastosowania, Chemia kociołka – najpopularniejsze przepisy.

Oprawione w prawdziwą skórę, z kartkami rozpadającymi się w dłoniach, z odręcznymi notatkami – stanowiły najdroższe jej przedmioty. Zawierały jednak stare wpisy matki z czasów, gdy ona sama studiowała nekromancję przed przystąpieniem do Stowarzyszenia. A to, czym zajmowała się już jako Mistrzyni w swojej gałęzi magii, było ściśle tajne i przetrzymywane obecnie na terenie uczelni. Octavia mogła się domyślić, że znała jedynie ułamek prac Eleonory.

Dziewczyna wstała od biurka zrezygnowana, minęła klatki, w których trzymała obiekty badań. Teraz stały puste, zionęły szarością, gdy sięgnęła nad nimi po skrzyneczkę, a z niej wyjęła czarną kopertę dostarczoną jej rok temu.

Zawsze gdy traciła motywację, sięgała po ten list.

Szanowna panno Herver,

z ogromną przykrością zawiadamiamy o śmierci panienki matki. Mistrzyni Eleonora Herver była oddaną członkinią Stowarzyszenia Arcanum i niebywale utalentowaną badaczką Uniwersytetu Edynburskiego. Jej prace oraz wkład w rozwój swojej dziedziny przysporzyły tematów do badań na kolejne trzy pokolenia. Świętej pamięci Eleonora oddała życie nauce i wiedzy, gdy każdego dnia świadoma ryzyka podejmowała je z myślą o przyszłości, którą dla nas kreowała.

Jej pogrzeb odbył się w ramach uroczystości zamkniętej dla członków akademickiej wspólnoty.

Z wyrazami szacunku

Madame Venus van der Hoodsen

Octavia odwróciła się do biurka i celując palcem w sekretarzyk, sprawiła, że ozdobny papier rozwinął się na blacie, a pióro zanurzyło w atramencie, gotowe do dyktanda numer siedemnaście:

– Szanowna Madame Venus van der Hoodsen. Nazywam się Octavia Herver i jestem córką zmarłej rok temu Eleonory Herver. – Zawsze tak zaczynała każdy list. – Zwracam się z uprzejmą prośbą o udostępnienie mi spuścizny naukowej mojej świętej pamięci matki. Wierzę, że odziedziczyłam po niej te same uzdolnienia naukowe, które pozwolą mi kontynuować badania z należytym szacunkiem i w nieodbiegającym od jej stylu standardzie. – W poprzednich wiadomościach produkowała się bardziej, podawała argumenty lub obiecywała wiele, więc z każdym kolejnym listem coraz oszczędniej podchodziła do liczby słów. – Z wyrazami szacunku, Octavia Herver.

Jej problemem było proste równanie, które jednocześnie zdawało się niewykonalne. Pozytywna rekrutacja na uniwersytet oraz bycie uzdolnioną magicznie. Dwa warunki, ale tylko jeden trzymał przed nią w zamknięciu pełen wachlarz możliwości.

Jedyne, co jej na ten moment zostało, to pisanie listów do dowodzącej Stowarzyszeniem, dopóki nie będzie mogła za parę miesięcy ponownie aplikować na studia, choć szczerze wątpiła, czy kiedykolwiek zostanie przyjęta.

W każdej z wiadomości opisywała swój przypadek, prosiła o wsparcie, dostęp do notatek i badań Mistrzyni. Wykazywała chęć pracy za darmo, poza strukturą uniwersytecką, ale kobieta nie odpowiedziała. Nigdy.

Usiadła przy biurku i oparła głowę o splecione dłonie.

Chwilę po otrzymaniu informacji o śmierci matki załamała się. Porzuciła badania i wyjechała z miasta do Campbellów, u których wyleczyła się z żałoby. Po pół roku, zdeterminowana jeszcze bardziej, wróciła do prac i gdy nie udało jej się dostać na studia, napisała pierwszą wiadomość do Arcanum z prośbą o przyjęcie poza standardową procedurą.

Od tamtego czasu stale ją obserwowali. Sprawdzali. Był to test, który oblała czterdzieści trzy razy, a mimo tego oni wciąż przychodzili, by się upewnić, czy jej się powiedzie.

A skoro to robili, wierzyli w to może nawet bardziej niż ona sama. Widzieli w niej potencjał.

Eleonora Herver poświęciła życie na rozwinięcie odnogi magii, jaką była nekromancja, a ona chciała pójść w jej ślady i sprawić, by na tej niechlubnej gałęzi urosły liście i owoce jej prac. Kontynuować badania matki, by móc dokonać aktu będącego na szczycie nauk nekromanckich.

– Dopisz – poleciła pióru, choć dygotała z emocji i zastanawiała się, czy nie popełnia właśnie największego w życiu błędu. – Post Scriptum. – Przełknęła ślinę, wpatrzona w laboratorium. Dwa kłamstwa jednego dnia to dla niej rzadkość. – Odkryłam, jak pokonać śmierć.

Zanim zdołałaby się rozmyślić, schowała list do czarnej koperty i zakleiła ją woskiem. Wyłączyła ogień pod kociołkiem i zarzuciła na siebie płaszcz. Była blisko piąta nad ranem, gdy wyszła z mieszkania i ruszyła ciemnymi ulicami Edynburga wprost na teren uniwersytetu. Koperta paliła ją w kieszeni płaszcza niczym piekło grzeszników, ale trzymała ją mocno, by czuć ciężar kłamstwa, które ta w sobie zawierała.

Kiedy weszła między stare budynki uczelni, w niektórych oknach wciąż paliły się światła. Nauka nigdy nie spała.

Zbliżyła się do czarnych drzwi z wywieszoną na nich kartką: „Zamknięte. Biuro administracji przeniesione do gmachu głównego”.

Nie speszyło ją to, bo popatrzyła na ciemną, metalową skrzynkę na kamiennym murku przed wejściem. To na jej dnie lądowały słowa do Eleonory przez te wszystkie lata, tak jak i te siedemnaście poprzednich wiadomości skierowanych już do Madame.

Zawahała się, gdy wsunęła list w zimny metal szczeliny, i rozważała konsekwencje jego wrzucenia.

Jeśli to zadziała i Stowarzyszenie się z nią skontaktuje, nie będzie odwrotu. Zostanie zmuszona porzucić swoje życie, wyprowadzić się z mieszkania, zamkną ją w szponach swoich murów, możliwe, że na zawsze. Inny scenariusz zakładał, że zignorują jej wiadomość jak poprzednie, a ją samą uznają za kłamczuchę.

Serce biło Octavii jak szalone, ale część umysłu – te ostatnie synapsy – nie potrafiła zmusić jej dłoni do wypuszczenia koperty. Przygryzła wargę, gdy wraz z chłodnym powiewem poranka nadleciało echo słów Henry’ego.

Czy nie możesz być normalna?

Po przypomnieniu sobie pytania przyjaciela wypuściła powietrze nosem. Mogła żyć tak jak teraz, pracować w kawiarni, pójść na inny uniwersytet, zapomnieć i działać tylko dla siebie i dla nauki. Dopóki miała na to czas.

Ale nie chciała, by tak wyglądało jej życie. Obcowała z widmem śmierci codziennie, tańcząc z nim istne danse macabre, i tylko ta jedna decyzja mogłaby sprawić, że tym razem to ona poprowadziłaby ten korowód trupów.

Puściła list. Usłyszała, jak opada na dno metalowej skrzynki, głucho niczym garstka ziemi sypanej na trumnę. Następnie rozległ się świst świadczący o zaklęciu, które przeniosło wiadomość wprost do biura Arcanum.

– Normalność to obrzydliwa pospolitość – szepnęła, zaciskając dłonie.Rozdział trzeci

Lepszy kruk za szybą niż trup na cmentarzu

Gdyby mogła, Octavia pracowałaby dziś w kawiarni cały dzień, by zapomnieć o tym incydencie. W końcu jednak Julie wygoniła ją zza lady, tłumacząc, że i tak za dwa dni ma znów zmianę.

Po jej słowach skapitulowała, ale nie wróciła od razu do domu. Szwendała się po mieście bez celu, przecinając opadającą na ulice mgłę. Weszła po drodze do każdej napotkanej księgarni, do Knoops na gorącą czekoladę, aż w końcu, gdy zrobiło się całkowicie ciemno, a do jej kości przebił się chłód, dotarła pod drzwi mieszkania z paroma nowymi książkami pod pachą.

Słyszała już w przedsionku, że Henry’ego pochłonęła jakaś gra na konsoli. Zdecydowała się udawać ducha. Odwiesiła płaszcz, zerknęła do kuchni, w której wciąż pachniało smażonym serem, a potem w dwóch susach minęła salon, by podejść do drzwi piwnicy.

– Octavia! – Henry ściągnął słuchawki, kiedy ją dostrzegł. – Nie zauważyłem cię. – Jego ton był… n o r m a l n y Jakby w ogóle się nie pokłócili, jakby nie wyszedł w środku nocy i nie zniknął na wiele godzin.

– Hej – odpowiedziała szybko i już chciała uciec do swojej nory, gdy chłopak wstał z kanapy.

– Wybacz mi. – Patrzył na nią przepraszająco. – Za wczoraj. Nie powinienem tak mówić.

Między nią a Henrym nigdy nie było nic romantycznego, choć zdarzały się momenty, gdy wydawało jej się, że on starał się to zmienić. Traktowała go jednak jak przyjaciela, dawniej bardziej jak brata, choć czasem odnosiła wrażenie, że chciał znać tylko tę jej część, która nie miała w sobie grama magii.

Jak więc można coś polubić, skoro nie zna się jego całości?

– W porządku. Ja też przepraszam. – Kiwnęła głową, ucieszona, że słyszy w tonie Henry’ego szczerość. – Jak praca?

– Będą chcieli przedłużyć umowę. – Dumny z siebie wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– To wspaniale.

Rozmowa wydawała się sztywniejsza niż niektóre trupy, z którymi eksperymentowała, ale czuła, że musi minąć parę dni, by znów było między nimi w porządku.

Już odwracała się w stronę drzwi do piwnicy, kiedy nagle coś uderzyło w okno. Podskoczyła z piskiem, gdy dostrzegła na parapecie ogromnego kruka patrzącego prosto na nią. W dziobie trzymał czarną kopertę.

Henry dostrzegł ptaka i westchnął. W ten sposób Arcanum komunikowało się z Octavią. Ostatnią wiadomość otrzymali rok temu wraz z zawiadomieniem o śmierci jej matki.

– Co jest? – zapytał sam siebie, bo odczuł nielogiczną potrzebę wyartykułowania pytania.

Chłopak rzucił przyjaciółce oskarżające spojrzenie, jakby to była jej wina, że magia dosłownie próbowała się wedrzeć im do salonu i wydłubać mu oko dziobem, po czym otworzył okno w obawie, że ptaszysko stłucze szybę.

Gdyby znała zaklęcia z gałęzi exomancji, z zakresu zatrzymywania czasu, w tym momencie mogłaby przysiąc, że to zrobiła. Świat zwolnił, kiedy dostrzegła stempel Stowarzyszenia na kopercie i pociągłe pismo Madame, które oznajmiało, że list zaadresowany jest do niej.

Henry wyrwał szybko kopertę krukowi, a ten od razu po tym odleciał.

– Co zrobiłaś? – zapytał cicho, wpatrując się w wiadomość, jakby ta miała wybuchnąć.

– Napisałam list – szepnęła przerażona. Wciąż nie potrafiła znaleźć w sobie odwagi, by się ruszyć i wyciągnąć dłoń po przesyłkę.

– I dostałaś odpowiedź – zauważył gorzko, obracając papier w palcach. – To zaproszenie? Tam…?

– Nie wiem – mruknęła, czując, jak ciało tężeje ze stresu. – Semestr zaczyna się już w tym tygodniu, więc nie sądzę… To już późno.

Chłopak w dwóch krokach stanął przy palącej się świecy i umieścił czarną kopertę nad płomieniem. Poczuła serce w gardle, gdy zrozumiała, że chce spalić wiadomość.

– Przestań! Oddaj mi to!

Ruszyła ku niemu zdesperowana.

– Jeszcze krok i to zniszczę – sarknął, a gdy zobaczył, że zamarła, powoli odłamał stempel i wyjął list.

Koperta pofrunęła na podłogę niczym jesienny liść na wietrze. Henry rozwinął pergamin i zaczął czytać.

– To do mnie! – zawołała.

Była tak wściekła, że odebrał jej nawet to. Możliwość otwarcia wiadomości, która potencjalnie mogła zmienić życie Octavii. Na którą tak długo czekała.

Henry skakał wzrokiem z lewej do prawej, linijka po linijce. Octavia czuła, że jej puls porusza się w tym samym rytmie co jego oczy.

Gdy skończył, prychnął zgorzkniale i spojrzał na przyjaciółkę.

– Nie przyjęli cię. – Tyle jadu podsyconego satysfakcją było w tych trzech słowach. – To nie zaproszenie na uczelnię czy do Stowarzyszenia.

Jego słowa niczym zimne kamienie spadły do żołądka Octavii i ściągały ją na samo dno rozpaczy. Madame nie nabrała się na jej kłamstwo dotyczące wskrzeszenia, a w liście zapewne ją karciła i twierdziła, że próbując oszukać ją i Arcanum, dziewczyna sponiewierała nazwisko matki.

Henry znów przybliżył list do ognia. Płomień musnął rant i już całował łatwopalny papier, gdy Octavia zrozumiała, że przyjaciel był gotów zniszczyć nie tylko samą wiadomość, lecz również ją całą, wszystkie jej marzenia i szansę na zmianę.

– Nie! – zawołała i wraz z kolistym ruchem ręki sapnęła: – Venito!

Koperta wyszarpnęła się spomiędzy palców chłopaka i pomknęła w jej stronę. Złapała ją, obserwując, jak Henry z sykiem chwyta za swoją dłoń. Nie wiedziała, czy to zaklęcie go skaleczyło, czy raczej wyrywający się ku niej papier zaciął skórę, ale czerwień na jego palcu sprawiła, że zaczął szaleć.

Wcześniej już przy nim czarowała, lecz chłopak zazwyczaj odwracał wtedy wzrok albo wychodził z pokoju, więc przestała to robić w jego towarzystwie. Teraz wielkimi oczami wpatrywał się w skaleczenie, a czerwone plamy wściekłości wylały się mu na policzki.

– Zraniłaś mnie! – krzyknął.

Nawet mając kopertę w dłoniach, nie mogła odwrócić od niego spojrzenia, w którym malował się ból zdrady.

– Ta wiadomość była do mnie! Nie miałeś prawa nic z nią robić!

– Zostawisz mnie? Jeśli cię przyjmą, to mnie zostawisz?

Zmarszczyła brwi. Nie rozumiała, o co mu chodzi. Szybko rzuciła okiem na list.

Panno Herver,

z pewnością jest pani świadoma śladów naszej obecności w pani życiu, dlatego chciałabym sprostować pewną nieścisłość pomiędzy oświadczeniem w ostatniej wiadomości a obserwacją, którą poczyniliśmy.

Jestem pewna, że dojdziemy do porozumienia na tym podłożu podczas jutrzejszej herbaty w biurze Stowarzyszenia Arcanum o dwunastej.

Z poważaniem

Madame Venus van der Hoodsen

Szefowa Stowarzyszenia jej nie skarciła.

Nie uwierzyła też jednak w pełni.

Chciała wiedzieć, czy Octavia jest kłamczuchą, czy była w stanie ich oszukać i zataić przed nimi wyniki swoich badań.

Dziewczyna oddychała ciężko, zamroczona kalejdoskopem możliwości, jakie niosły za sobą odpowiedź i osobiste spotkanie. To była jej szansa!

„Sprostować pewną nieścisłość” znaczyło, że słowo Octavii zostanie postawione przeciwko słowom Noira, który widział martwego szczura w jej dłoniach. Musiała…

– Pójdziesz tam? – Dobiegł do niej głos zaniepokojonego Henry’ego. – Pójdziesz, prawda?

Oczywiście, ty byś nie poszedł?

Pozostała jednak cicho i obserwowała, jak przyjaciel przykłada chusteczkę do miejsca, które przestało już krwawić.

– Jeśli cię przyjmą, będziesz musiała się tam przeprowadzić. Znajdziesz się w niebezpieczeństwie jak Eleonora. Oni zniszczą ci życie!

Jego pretensje do niej nie docierały, bo wachlarz opcji rozłożył się w jej głowie i przykrył świat realny. Musiała się wykazać przed Madame, udowodnić kobiecie swoje umiejętności, ponieważ wiadome było, że nie znała lekarstwa na śmierć, ale z pewnością potrafiłaby je wynaleźć, gdyby tylko ją do siebie przyjęli.

Nie mogła także pójść do Venus z pustymi rękoma. Powinna jej coś pokazać, przygotować się.

– Octavia?

Henry stał wciąż przy kuchennym blacie, wpatrując się w nią wyczekująco. Odniosła wrażenie, że dwa zamknięte w klatce ptaki w końcu coś miało rozdzielić, bo jeden z nich odkrył, że da się otworzyć metalowe pręty.

– Tak – odparła. – Pójdę tam.

Widziała, jak na nią spojrzał. Jakby już ją stracił, ale ona pozostając tu i nie idąc na spotkanie, zgubiłaby więcej z siebie. Bo zawsze istniała część niej, której on nie rozumiał. Bo jak można tęsknić za czymś, czego istoty się w pełni nie poznało.

– Octavia…

Nie usłyszała, co powiedział, ponieważ w sekundę za pomocą zaklęcia zmieniła wisiorek w klucz, otworzyła drzwi do piwnicy i zamknęła je z pełną świadomością, że Henry nie będzie mógł ich sforsować, a ona nie wyjdzie stąd przed jutrzejszą herbatą z Madame.------------------------------------------------------------------------

¹ Na Uniwersytecie w Edynburgu najwyższą funkcję pełni tzw. Principal and Vice-Chancellor, który jest odpowiednikiem rektora na uniwersytetach w Polsce. Jednakże funkcja rektora tam także występuje, dlatego by podkreślić, że chodzi o najwyższe stanowisko, autorka zdecydowała się dodać przedrostek „naczelny”, jako że nie istnieje odpowiednik tego stanowiska w szkolnictwie wyższym w Polsce (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).

² Tu peux… (z fran.) – Możesz mówić. Ona cię nie rozumie.

³ Tu ne sais… (z fran.) – Nie wiesz tego.

⁴ Ça te dérange… (z fran.) – Teraz ci to przeszkadza? Sam mnie tu przyprowadziłeś.

⁵ Comporte-toi … (z fran.) – Zachowuj się tak, by odeszła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij