Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kosiarz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 maja 2026
3654 pkt
punktów Virtualo

Kosiarz - ebook

Możesz uciekać. Ale Kosiarz i tak zbierze swoje żniwo.

W mrocznych zakamarkach Krakowa, w zapomnianej piwnicy, ktoś prowadzi makabryczną grę. Porywa, więzi i brutalnie wykorzystuje ludzi, zamieniając ich życie w niekończący się koszmar. Wszystko po to, by zaspokoić własne chore żądze.

Gdy na ulicach miasta zaczynają pojawiać się okaleczone ciała, policja rozpoczyna śledztwo. Wszystkie tropy prowadzą do jednej osoby – Kosiarza. Seryjnego mordercy, który od lat terroryzuje Małopolskę i z upiorną precyzją zbiera swoje żniwo.

Zespół dochodzeniowy niespodziewanie trafia do świata, którym rządzą przemoc, handel organami i perwersyjne fantazje. Nic nie jest tu oczywiste: maski spadają, sprzymierzeńcy zmieniają się we wrogów, a zaufanie staje się luksusem, na jaki nikt nie może sobie pozwolić.

Kosiarz jednak wciąż pozostaje o krok przed wszystkimi. A śledczy zaczynają podejrzewać, że nie on jeden ma krew na rękach…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-497-6
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Za­in­te­re­so­wa­ni kup­nem domu prze­glą­da­ją ofer­ty w po­szu­ki­wa­niu tej jed­nej, wy­jąt­ko­wej nie­ru­cho­mo­ści. Naj­czę­ściej ma­rzą o bez­piecz­nej przy­sta­ni w spo­koj­nej oko­li­cy, skąd ła­two do­trą do pra­cy, a szko­ły, przed­szko­la oraz skle­py będą na wy­cią­gnię­cie ręki. Waż­nym atu­tem są rów­nież te­re­ny re­kre­acyj­ne, gdzie moż­na ode­tchnąć peł­ną pier­sią. Dla wie­lu klu­czo­wym ogra­ni­cze­niem po­zo­sta­je bu­dżet, któ­ry wy­zna­cza gra­ni­ce tego, na co mogą so­bie po­zwo­lić. Nie­mniej istot­ny jest roz­miar i układ po­miesz­czeń, czę­sto de­cy­du­ją­cy o wy­bo­rze da­nej par­ce­li. Stan tech­nicz­ny, szcze­gól­nie na ryn­ku wtór­nym, od­gry­wa za­sad­ni­czą rolę – wie­le osób woli ku­pić bu­dy­nek nie­wy­ma­ga­ją­cy na­tych­mia­sto­we­go re­mon­tu. Znam ta­kich, któ­rzy kie­ru­ją się wiel­ko­ścią i sta­nem dział­ki, a tak­że wi­do­ka­mi oraz do­stęp­no­ścią ogro­du. Nie bra­ku­je tak­że spry­cia­rzy, któ­rzy zwra­ca­ją uwa­gę na war­tość in­we­sty­cyj­ną. Per­spek­ty­wa wzro­stu war­to­ści nie­ru­cho­mo­ści cie­szy prze­cież bar­dziej niż zna­le­zie­nie do­dat­ko­we­go chip­sa w opa­ko­wa­niu, gdy my­śla­łeś, że wszyst­kie już zja­dłeś.

Mu­szę przy­znać, że szu­ka­jąc miej­sca dla sie­bie, nie kie­ro­wa­łem się żad­nym z po­wyż­szych kry­te­riów. Nie ko­rzy­sta­łem też z usług po­śred­ni­ków nie­ru­cho­mo­ści. Li­czy­ły się wy­łącz­nie wa­run­ki grun­to­we. Chcia­łem unik­nąć sy­tu­acji, w któ­rej ro­dzaj gle­by, po­ziom wód i inne uwa­run­ko­wa­nia geo­lo­gicz­ne mo­gły­by wpły­nąć na pro­jekt piw­ni­cy. W koń­cu tra­fi­łem na od­po­wied­nią dział­kę, a dom oka­zał się nie­mal nowy. Ku­pi­łem go od roz­wo­dzą­ce­go się mał­żeń­stwa. Wiem, że po­wi­nie­nem uzy­skać nie­zbęd­ne ze­zwo­le­nia, ale nie za­przą­ta­łem so­bie nimi gło­wy. Za­in­we­sto­wa­łem za to w in­ży­nie­ra z Ukra­iny, któ­ry stwo­rzył dla mnie szcze­gó­ło­wy plan piw­ni­cy. Fa­cet znał się na rze­czy – z pa­sją opo­wia­dał o me­to­dach za­bez­pie­cze­nia przed wil­go­cią i wodą, co przy tak du­żym pod­piw­ni­cze­niu mia­ło klu­czo­we zna­cze­nie. W pro­jek­cie uwzględ­nił miej­sca na sys­te­my dre­na­żo­we, pom­py zbior­ni­ko­we i za­bez­pie­cze­nia prze­ciw­wod­ne. Gwa­ran­to­wał, że dzię­ki temu unik­nę za­la­nia – i do­trzy­mał sło­wa.

Nie chcia­łem pro­ble­mów z ja­ko­ścią po­wie­trza, więc za­dba­łem o wen­ty­la­cję – dzia­ła bez za­rzu­tu do dziś. Dzię­ki temu zimą jest tam cie­pło, a la­tem przy­jem­nie chłod­no – bez śla­du ple­śni czy grzy­bów. In­ży­nier po­my­ślał też o oświe­tle­niu, co w po­ko­jach bez do­stę­pu do świa­tła dzien­ne­go ma ogrom­ne zna­cze­nie. Bu­do­wa pod­zie­mia prze­kro­czy­ła za­ło­żo­ny bu­dżet, ale zmie­ści­łem się w roz­sąd­nych wi­deł­kach. Ukra­iniec zna­lazł dla mnie eki­pę, któ­ra wy­re­mon­to­wa­ła górę domu, ogar­nę­ła ogród, a co naj­waż­niej­sze – dys­kret­nie stwo­rzy­ła pod nim po­ko­je. Nikt z są­sia­dów nie ma po­ję­cia, że pod fun­da­men­ta­mi znaj­du­je się po­nad sto me­trów kwa­dra­to­wych do­dat­ko­wej po­wierzch­ni.

Piw­ni­ca to ide­al­ne miej­sce do prze­cho­wy­wa­nia rze­czy, któ­re nie są po­trzeb­ne na co dzień. Na­rzę­dzia, sprzęt spor­to­wy, de­ko­ra­cje świą­tecz­ne czy za­pa­sy żyw­no­ści trzy­mam jed­nak gdzie in­dziej. Nie urzą­dzi­łem tam wi­niar­ni ani si­łow­ni. Cały dół jest do­sko­na­le izo­lo­wa­ny aku­stycz­nie, co by­ło­by ide­al­ne dla gło­śnych za­jęć, gdy­bym grał tam na ja­kimś in­stru­men­cie. To miej­sce daje mi pry­wat­ną prze­strzeń, od­izo­lo­wa­ną od resz­ty bu­dyn­ku, co spraw­dza się, gdy przyj­mu­ję go­ści, pra­cu­ję czy spę­dzam czas nad do­brą książ­ką.

Prze­stra­szo­ne ko­bie­ty krzy­czą jak opę­ta­ne na po­cząt­ku po­by­tu w za­mknię­ciu, cza­sa­mi tak­że pod­czas od­wie­dzin klien­tów, a ja nie mogę po­zwo­lić so­bie na ry­zy­ko, że ktoś je usły­szy. Za­le­ży mi, aby dziew­czy­ny, któ­re tu uwię­zi­łem, nie pa­ni­ko­wa­ły. Ich do­bre sa­mo­po­czu­cie ma dla mnie zna­cze­nie. Wy­glą­da­ją wte­dy jesz­cze pięk­niej. A pięk­no to sztu­ka – czy­sta, nie­ska­żo­na. Uwiel­biam, gdy ku­szą wy­glą­dem i wdzię­kiem. Cza­sa­mi się na­bur­mu­szą, ale mimo to na­dal są uro­cze.

Świa­do­mość, że ide­al­ne oka­zy, któ­re mo­gły­by mieć każ­de­go, miesz­ka­ją u mnie, łech­ce moją próż­ność. Tak samo jak to, że nie mogą od­mó­wić i są zwy­kle go­to­we, by spra­wić mi przy­jem­ność, gdy tyl­ko po­pro­szę. Uwa­żam, że prze­trzy­mu­ję naj­lep­sze z nich i mogę się nimi de­lek­to­wać ni­czym wy­bor­nym wi­nem. Je­stem ko­ne­se­rem, któ­ry ceni pięk­no, i wiem, cze­go ocze­ki­wać. A przede wszyst­kim upa­jam się tym, że ślicz­not­ki, mimo że pa­trzą na mnie z po­gar­dą, nie od­rzu­ca­ją mo­ich za­lo­tów.

Nie za­wsze tak było. Za mło­du wie­le razy do­sta­wa­łem ko­sza, co strasz­nie mnie fru­stro­wa­ło. Cza­sa­mi wra­cam my­śla­mi do tam­tych cza­sów, aby do­ce­nić obec­ne ży­cie.

Wszyst­ko za­czę­ło się lata temu, gdy jak co dzień wy­sze­dłem z domu do szko­ły. Nie mam na my­śli ro­dzin­ne­go gniazd­ka, tyl­ko pla­ców­kę opie­kuń­czo-wy­cho­waw­czą typu re­so­cja­li­za­cyj­ne­go. Dzię­ki wspar­ciu róż­nych or­ga­ni­za­cji non-pro­fit mo­głem kształ­cić się w li­ceum, brać kor­ki z mat­my i ko­rzy­stać z opie­ki zdro­wot­nej. Spie­szy­łem się na pierw­szą lek­cję, bo mia­łem po­pra­wić pałę z hi­sto­rii, a nasz wy­cho­waw­ca nie zno­sił spóź­nial­skich.

Zo­ba­czy­łem ją, gdy zbli­ża­łem się do przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go. Stu­dent­ka – po­my­śla­łem, wi­dząc idą­cy w moją stro­nę pięk­ny okaz. To nie tak, że ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem ład­nej la­ski, ale nie­któ­re pan­ny dzia­ła­ły na mnie moc­niej niż inne. Zresz­tą, mam tak do tej pory. Po­czu­łem, że chciał­bym mieć taką ślicz­not­kę u boku. Za­wie­si­łem na niej wzrok, cie­sząc się wi­do­kiem zgrab­nej syl­wet­ki. Uśmiech­ną­łem się, ale gdy mnie mi­ja­ła, do­strze­głem tyl­ko kpią­ce spoj­rze­nie.

Od­wró­ci­łem się i na­tych­miast stra­ci­łem do­bry hu­mor. Wy­so­ka blon­dyn­ka z dłu­gi­mi wło­sa­mi spię­ty­mi w koń­ski ogon za­trzy­ma­ła się i spoj­rza­ła na mnie z drwi­ną.

– Za­wsze ga­pisz się tak na lu­dzi czy tyl­ko ja mam to szczę­ście? – spy­ta­ła z po­gar­dą, sto­jąc wy­pro­sto­wa­na, z dłoń­mi opar­ty­mi na bio­drach.

Nie spo­dzie­wa­łem się ta­kiej re­ak­cji. Chcia­łem od­po­wie­dzieć, że mnie za­uro­czy­ła, ale za­miast tego opa­dła mi szczę­ka i sta­łem mil­czą­cy jak fla­ming w ogród­ku, któ­ry za­sta­na­wia się, kie­dy przy­le­ciał i dla­cze­go wszy­scy tak na nie­go pa­trzą.

– Je­steś że­nu­ją­cy – do­da­ła pew­nym sie­bie gło­sem. – Spy­taj mat­ki, dla­cze­go wy­cho­wa­ła cię na zbo­czeń­ca.

Po­czu­łem się, jak­by ude­rzy­ła mnie w twarz. Prze­łkną­łem śli­nę, ob­ser­wu­jąc, jak dziew­czy­na się od­wra­ca i od­cho­dzi. Do­gry­zła mi uwa­gą o mat­ce – jak­by wie­dzia­ła, że moja ro­dzi­ciel­ka zo­sta­wi­ła mnie w oknie ży­cia, po­sta­na­wia­jąc nie spier­do­lić so­bie wła­sne­go. Sta­łem tam jesz­cze przez kil­ka­dzie­siąt se­kund, za­nim zda­łem so­bie spra­wę, że je­śli nie ru­szę dupy, uciek­nie mi au­to­bus i będę mu­siał biec do szko­ły jak ge­pard na do­pa­la­czach. Po­sze­dłem więc szyb­ko w stro­nę przy­stan­ku i wła­śnie wte­dy roz­to­czy­łem w gło­wie fa­scy­nu­ją­cą wi­zję.

Ocza­mi wy­obraź­ni uj­rza­łem py­ska­tą blon­dyn­kę za­mknię­tą w piw­ni­cy. Wów­czas wy­obra­zi­łem so­bie ob­skur­ne po­miesz­cze­nie kon­tra­stu­ją­ce z pięk­nem jej cia­ła. W mo­ich my­ślach krót­ki łań­cuch na jej ko­st­ce wy­zna­czał prze­strzeń, w któ­rej mo­gła się po­ru­szać. Naj­bar­dziej po­do­ba­ła mi się twarz. Za­tro­ska­na mina i prze­ra­żo­ne oczy zdra­dza­ły, że wie, kto de­cy­du­je o jej lo­sie. W wy­obraź­ni mo­głem bez­kar­nie urze­czy­wist­niać moje żą­dze. Ta pięk­na wi­zja to­wa­rzy­szy­ła mi jesz­cze na przy­stan­ku, a po­tem w au­to­bu­sie. Wte­dy nie mia­łem po­ję­cia, że jako do­ro­sły fa­cet zre­ali­zu­ję tam­tą fan­ta­zję.

Obec­nie nie mu­szę mar­twić się po­gar­dli­wy­mi spoj­rze­nia­mi atrak­cyj­nych oka­zów. W za­mian za to, że po­tra­fię do­ce­nić ich pięk­no, są po­słusz­ne. To one sta­ra­ją się zdo­być moje wzglę­dy. Nie za­wsze im się to uda­je, dla­te­go cza­sa­mi koń­czą mar­nie.

Bli­ska mi oso­ba po­ma­ga po­zbyć się ich ciał, a ja rów­nież nie po­zo­sta­ję obo­jęt­ny wo­bec jej próśb. Mu­szę jed­nak za­zna­czyć, że nie za­wsze wspie­ra­li­śmy się tak, jak­bym tego ocze­ki­wał. Te­raz na­sze re­la­cje są po­praw­ne, cho­ciaż wciąż iry­tu­ją mnie nie­któ­re z jej po­su­nięć. Cóż, ży­cie.

Istot­ne jest to, że za­ra­biam na tych atrak­cyj­nych ko­bie­tach, wy­ko­rzy­stu­jąc fakt, że chęt­nych na spo­tka­nia z nimi nie bra­ku­je. Nie przej­mu­ję się tak­że, gdy mu­szę po­że­gnać się z któ­rymś z oka­zów. Współ­pra­cu­ję z wpły­wo­wy­mi ludź­mi, któ­rzy ku­pu­ją ode mnie ich or­ga­ny. W Pol­sce jest mnó­stwo ślicz­nych dziew­czyn, a ja, na szczę­ście, po­tra­fię zna­leźć w tłu­mie tę jed­ną, któ­ra mnie ocza­ru­je i za­stą­pi pust­kę po po­przed­nicz­ce.

W koń­cu je­stem ko­ne­se­rem pięk­na.ROZDZIAŁ PIERWSZY

W ma­łym, ską­po oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niu niż­szy z po­li­cjan­tów opie­rał się o ścia­nę, wpa­tru­jąc się w prze­słu­chi­wa­ne­go. Pół­mrok pa­no­wał nie tyl­ko w po­ko­ju, ale i w at­mos­fe­rze uno­szą­cej się w po­wie­trzu – na­pię­cie, ci­che wes­tchnie­nia i sze­lest akt two­rzy­ły otocz­kę, któ­rej trud­no nie za­uwa­żyć. Wszy­scy trzej – prze­słu­chi­wa­ny i dwaj śled­czy – byli czę­ścią gry, w któ­rej naj­mniej­szy gest mógł mieć ogrom­ne zna­cze­nie.

Do­brze skro­jo­ny gar­ni­tur sto­ją­ce­go po­li­cjan­ta nada­wał mu po­wa­gi. Tym­cza­sem jego part­ner – wy­so­ki, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­ni ko­mi­sarz o kru­czo­czar­nych wło­sach i bo­ga­tym do­świad­cze­niu w wy­dzia­le kry­mi­nal­nym – za­dał ko­lej­ne py­ta­nie męż­czyź­nie sie­dzą­ce­mu na­prze­ciw.

– Je­steś pew­ny, że two­je ali­bi po­twier­dzą oso­by, z któ­ry­mi rze­ko­mo pi­łeś do rana?

Choć py­ta­nie wy­da­ło się pro­ste, mia­ło głęb­szy cel niż we­ry­fi­ka­cja słów prze­słu­chi­wa­ne­go, za­trzy­ma­ne­go przed czte­re­ma go­dzi­na­mi.

Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku i o nie­pew­nej po­sta­wie wy­glą­dał na za­stra­szo­ne­go. Nie miał wi­docz­ne­go mo­ty­wu, by za­mor­do­wać kon­ku­bi­nę, z któ­rą dzie­lił ży­cie dłu­żej, niż był w sta­nie so­bie przy­po­mnieć. Ze­znał, że w nie­szczę­sną noc pił wód­kę z ko­le­ga­mi z są­sied­nich miesz­kań so­cjal­nych. Mó­wio­no, że całe osie­dle ubo­gich, ży­ją­cych z za­sił­ków, jest wy­lę­gar­nią pa­to­lo­gii, ale nie prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, zdol­nej do bru­tal­nych zbrod­ni. Jego głos, choć stłu­mio­ny lę­kiem, niósł echem de­spe­ra­cję ko­goś, kto nie wie­dział, co ro­bić da­lej.

– Nie za­bi­łem Zoś­ki – bro­nił się z prze­ko­na­niem, a pod­ko­mi­sarz sto­ją­cy pod ścia­ną na­wet tro­chę współ­czuł ły­sie­ją­ce­mu bez­ro­bot­ne­mu, któ­ry wy­da­wał się prze­ra­żo­ny.

Po­li­cjan­ci wie­dzie­li, że męż­czy­zna skoń­czył nie­daw­no pięć­dzie­siąt je­den lat, ale wy­glą­dał na znacz­nie star­sze­go. Zmarszcz­ki rzeź­bi­ły jego twarz, a zmę­czo­ne oczy zdra­dza­ły ko­goś, kto daw­no temu stra­cił kon­tro­lę nad swo­im ży­ciem. Ręce za­czę­ły mu drżeć, nie­pew­nie błą­dził spoj­rze­niem po po­ko­ju, jak­by szu­kał po­twier­dze­nia, że ktoś go zro­zu­mie.

– Mó­wi­łem wam wcze­śniej, że rano, kie­dy obu­dzi­łem się z ku­rew­skim ka­cem, zo­ba­czy­łem Zo­się mar­twą, całą we krwi. Le­ża­ła w kuch­ni z po­de­rżnię­tym gar­dłem. Prze­cież sam po was za­dzwo­ni­łem! Pa­mię­tam jak dziś, to była śro­da. Co ja, do chu­ja, je­stem win­ny, że ją za­mor­do­wa­no?!

– Nie od­po­wie­dzia­łeś na py­ta­nie ko­mi­sa­rza – za­uwa­żył prze­ni­kli­wie trzy­dzie­sto­pię­cio­let­ni śled­czy, prze­ry­wa­jąc roz­wa­ża­nia aresz­to­wa­ne­go. Pod­ko­mi­sarz nie był oso­bą, któ­ra cze­ka­ła na wy­mów­ki. Sta­now­czość i bez­kom­pro­mi­so­wość spra­wia­ły, że na­wet naj­tward­sze jed­nost­ki za­czy­na­ły się ła­mać pod pre­sją jego spoj­rze­nia. Sta­now­czy ton nadał roz­mo­wie nowy ob­rót. – Bądź więc, kur­wa, uprzej­my udzie­lić od­po­wie­dzi – do­dał, pod­kre­śla­jąc, że to oni za­da­ją py­ta­nia. Nie spusz­cza­jąc z nie­go wzro­ku, po­zwo­lił, by ci­sza wy­peł­ni­ła po­kój. Ci­sza, któ­ra mia­ła być od­po­wie­dzią sama w so­bie. Wie­dział, że lu­dzie ła­mią się na róż­ne spo­so­by, ale za­wsze naj­pierw pęka ich mil­cze­nie.

Prze­słu­chi­wa­ny, czu­jąc na so­bie wzrok ele­ganc­ko ubra­ne­go po­li­cjan­ta, któ­re­go po­sta­wa od po­cząt­ku nie wró­ży­ła ni­cze­go do­bre­go, po­czuł się jesz­cze bar­dziej nie­swo­jo. Miał wra­że­nie, że po­wie­trze w po­miesz­cze­niu na­gle zgęst­nia­ło. Wzrok obu śled­czych zda­wał się prze­szy­wać go na wy­lot, na­pię­cie ro­sło z każ­dą se­kun­dą. Każ­de sło­wo, każ­dy gest mo­gły zde­cy­do­wać o dal­szym bie­gu śledz­twa.

– Wszy­scy, z któ­ry­mi pi­łem, po­win­ni to po­twier­dzić – wy­szep­tał męż­czy­zna, sta­ra­jąc się brzmieć pew­nie, choć jego głos ła­mał się co chwi­lę. – Je­śli ktoś za­kwe­stio­nu­je, że by­łem u Wal­cza­ka, to bę­dzie mor­der­ca mo­jej Zosi. Do­sta­nie­cie go na tacy.

Niż­szy z po­li­cjan­tów nie ustę­po­wał, jego po­dej­ście było bez­kom­pro­mi­so­we. W ta­kich chwi­lach do­sko­na­le wie­dział, jak wy­wie­rać pre­sję. Wpa­try­wał się w męż­czy­znę ni­czym dra­pież­nik w ofia­rę, cier­pli­wie cze­ka­jąc na mo­ment, w któ­rym pęk­nie.

– To dla­cze­go rzu­ci­łeś się dzi­siaj do uciecz­ki, gdy tyl­ko nas zo­ba­czy­łeś?! – wy­krzyk­nął, pod­czas gdy jego part­ner, bar­dziej wy­wa­żo­ny, wy­da­wał się ro­zu­mieć prze­ra­że­nie prze­słu­chi­wa­ne­go.

Wy­so­ki po­li­cjant, mimo że mniej emo­cjo­nal­ny, ob­ser­wo­wał każ­dy gest męż­czy­zny, jak­by sta­rał się zro­zu­mieć jego mo­ty­wy. To wła­śnie ta umie­jęt­ność wy­cią­ga­nia wnio­sków z po­zor­nie nie­waż­nych szcze­gó­łów spra­wia­ła, że ich duet był tak sku­tecz­ny. Ist­niał kon­kret­ny po­wód, dla któ­re­go prze­słu­chi­wa­ny zde­cy­do­wał się na de­spe­rac­ką uciecz­kę.

– No bo, kur­wa, za­bi­łem tego chu­ja, z któ­rym sy­pia­ła Zo­cha! – od­po­wie­dział, wy­raź­nie oży­wio­ny. Po­licz­ki miał czer­wo­ne jak fla­ga Chiń­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej, a stan emo­cjo­nal­ny wy­ra­żał głów­nie iry­ta­cję i złość. Na­gle jego dło­nie, do­tych­czas ner­wo­wo ba­wią­ce się koń­cem ko­szu­li, opa­dły na stół, jak­by sam cię­żar wy­zna­nia po­zba­wił go sił. – Ko­cha­łem ją, a ona da­wa­ła dupy na boku temu po­je­bań­co­wi spod dwój­ki. – Ner­wo­wo po­pra­wił reszt­kę wło­sów drżą­cą ręką, po czym do­dał z gorz­kim ża­lem: – Kur­wa, nie mo­gła wy­brać ko­goś lep­sze­go? Ale jed­no wiem na pew­no: ten su­kin­syn jej nie za­bił. On ją po pro­stu uwiel­biał.

– Ko­chał? – Ko­mi­sarz chciał do­pre­cy­zo­wać wy­zna­nie prze­słu­chi­wa­ne­go, sta­ra­jąc się le­piej zro­zu­mieć mo­ty­wy za­bój­stwa.

– Ko­chał? Ja­kie tam ko­chał – od­parł po­gar­dli­wie męż­czy­zna. Na jego twa­rzy po­ja­wił się gry­mas. – Uwiel­biał ją pie­przyć. Drwił ze mnie, pa­trząc mi pro­sto w oczy i mó­wiąc, jak bar­dzo mu się po­do­ba. Zo­cha już nie żyła, więc co mi za­le­ża­ło? Chwy­ci­łem dzia­dy­gę i pier­dol­ną­łem jego gło­wą o zlew. Raz, dru­gi, trze­ci. Po­tem wy­sze­dłem z jego miesz­ka­nia i za­mkną­łem drzwi na klucz.

– Kto za­tem za­bił Zo­fię Grzy­wacz? – Niż­szy z po­li­cjan­tów utrzy­my­wał spo­kój, nie po­zwa­la­jąc, aby przy­zna­nie się męż­czy­zny do winy zde­kon­cen­tro­wa­ło go. Mimo twar­dych słów na­dal kon­tro­lo­wał emo­cje. Wie­dział, że gra to­czy się o coś wię­cej.

Śled­czy przy­pusz­cza­li, że za za­bój­stwem ko­chan­ka kon­ku­bi­ny męż­czy­zny stoi ktoś inny. Dzi­siej­sza wi­zy­ta na miej­scu zbrod­ni za­sko­czy­ła ich uciecz­ką prze­słu­chi­wa­ne­go. Męż­czy­zna gnał głów­ną uli­cą osie­dla przez cały ki­lo­metr, do­pó­ki ko­mi­sarz nie do­go­nił go i nie po­wa­lił na zie­mię.

Wy­so­ki po­li­cjant przez cały czas za­cho­wy­wał chłod­ny pro­fe­sjo­na­lizm, ale coś w ru­chach za­trzy­ma­ne­go wy­da­ło mu się dziw­nie zna­jo­me. Strach, de­spe­ra­cja czy może pró­ba ukry­cia cze­goś więk­sze­go?

– Mó­wi­łem wam set­ki razy, że nie mam po­ję­cia – od­po­wie­dział męż­czy­zna, opie­ra­jąc gło­wę o dło­nie. Wy­glą­dał na prze­gra­ne­go.

– Al­bert Kraw­czyk – tym ra­zem ode­zwał się po­li­cjant sie­dzą­cy za biur­kiem. Wzmian­ka na­zwi­ska spra­wi­ła, że prze­słu­chi­wa­ny pod­niósł gło­wę, a śled­czy uj­rzał łzy w jego oczach. – To na­zwi­sko coś ci mówi?

– Al­ber­cik, co nie­daw­no wy­szedł z po­praw­cza­ka – od­parł za­trzy­ma­ny. – Miesz­ka ze scho­ro­wa­ną mat­ką na par­te­rze.

– No miesz­ka, fakt – po­twier­dził wyż­szy gli­niarz. – Ka­za­łem go aresz­to­wać jesz­cze przed na­szą roz­mo­wą. Pew­nie ko­le­dzy już go mają i wio­zą na do­łek. Na szczę­ście to nie nam bę­dzie się spo­wia­dał z za­bój­stwa two­jej Zoś­ki. Inni wy­cią­gną z nie­go przy­zna­nie się do winy, a my za­my­ka­my spra­wę mor­der­stwa Ro­ma­na Kę­dzier­skie­go.

– Co?! – Męż­czy­zna gwał­tow­nie się wy­pro­sto­wał.

– Głu­chy prze­cież nie je­steś – od­po­wie­dział po­li­cjant, któ­ry przed chwi­lą ode­rwał ple­cy od ścia­ny i pod­szedł bli­żej za­trzy­ma­ne­go. – W toku śledz­twa usta­li­li­śmy, że to wła­śnie on po­de­rżnął gar­dło two­jej kon­ku­bi­nie. Po­je­cha­li­śmy dzi­siaj go aresz­to­wać, ale na­pa­to­czy­łeś się i za­czą­łeś ucie­kać na nasz wi­dok. Od razu na­bra­li­śmy po­dej­rzeń, że je­steś mor­der­cą Kę­dzier­skie­go.

Dru­gi funk­cjo­na­riusz, mimo że nie pod­no­sił gło­su, ob­ser­wo­wał każ­dy ruch za­trzy­ma­ne­go. Zim­ny pro­fe­sjo­na­lizm skry­wał po­dejrz­li­wość.

– Dla­cze­go? – Zdez­o­rien­to­wa­ny męż­czy­zna szu­kał od­po­wie­dzi. – Dla­cze­go Al­bert miał­by za­bić Zo­się?

– Po­nie­waż, po­dob­nie jak Kę­dzier­ski, też pra­gnął ją dup­czyć. – Wyż­szy z po­li­cjan­tów uśmiech­nął się cierp­ko. – Dała mu ko­sza, więc po­sta­no­wił, że ani ty, ani twój są­siad nie bę­dzie­cie już jej ru­chać. Nóż z jego od­ci­ska­mi, za­krwa­wio­ny zresz­tą, zna­le­zio­no w al­ta­nie na śmie­ci. – Prze­słu­cha­nie to­czy­ło się zgod­nie z jego prze­wi­dy­wa­nia­mi.

– Dla­cze­go przez cały czas za­da­wa­li­ście mi te wszyst­kie py­ta­nia, su­ge­ru­jąc, że to ja ją za­bi­łem?

– Me­to­dy ope­ra­cyj­ne – od­parł pod­ko­mi­sarz, kle­piąc męż­czy­znę lek­ko w ra­mię. Gest, choć wy­da­wał się przy­ja­ciel­ski, miał w so­bie coś z wy­ra­fi­no­wa­nej ma­ni­pu­la­cji: wy­raz siły, któ­ry miał po­ka­zać, że śled­czy kon­tro­lu­je całą sy­tu­ację. – Na­sze py­ta­nia wy­pro­wa­dzi­ły cię z rów­no­wa­gi, a te­raz mamy two­je ze­zna­nie, w któ­rym przy­zna­łeś się do za­bój­stwa są­sia­da.

– Je­steś aresz­to­wa­ny za mor­der­stwo Ro­ma­na Kę­dzier­skie­go. Swo­je pra­wa po­zna­łeś na po­cząt­ku prze­słu­cha­nia – wy­ja­śnił wyż­szy śled­czy, sku­pia­jąc wzrok na twa­rzy za­trzy­ma­ne­go. – Ko­le­dzy od­pro­wa­dzą cię tam, gdzie trze­ba.

Do po­ko­ju prze­słu­chań we­szło trzech mun­du­ro­wych, któ­rzy bez wa­ha­nia po­de­szli do męż­czy­zny, jesz­cze nie do koń­ca świa­do­me­go swo­je­go po­ło­że­nia. Za­trzy­ma­ny wy­glą­dał, jak­by wciąż pró­bo­wał po­łą­czyć wszyst­kie ele­men­ty ukła­dan­ki w ca­łość, ale myśl, że jego los jest już prze­są­dzo­ny, za­czy­na­ła po­wo­li do nie­go do­cie­rać. Po­li­cjan­ci bez sło­wa wy­pro­wa­dzi­li go z po­miesz­cze­nia.

– Spra­wa za­mknię­ta, part­ne­rze – rzekł niż­szy z po­li­cjan­tów, po­zwa­la­jąc so­bie na sze­ro­ki uśmiech. Śled­czy o krót­ko przy­strzy­żo­nych, ciem­no­brą­zo­wych wło­sach za­wsze sta­rał się za­cho­wać nie­na­gan­ną pre­zen­cję. Jego luź­no za­wią­za­ny kra­wat i lek­ko po­gnie­cio­ny gar­ni­tur zdra­dza­ły jed­nak zmę­cze­nie wie­lo­go­dzin­ną pra­cą. Mimo nie­co nie­dba­łe­go wy­glą­du ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie, a jego by­stre, ciem­ne oczy nie­ustan­nie ob­ser­wo­wa­ły oto­cze­nie, wy­ła­pu­jąc każ­dy szcze­gół. Za­raz po­tem spoj­rzał na ze­ga­rek. – Upo­ra­li­śmy się z tym dość szyb­ko. Po­win­ni­śmy to uczcić. Co po­wiesz na piwo?

Do­cho­dzi­ła do­pie­ro dzie­więt­na­sta, a wie­czór ósme­go czerw­ca dwa ty­sią­ce dwu­dzie­ste­go czwar­te­go roku roz­cią­gał przed nimi obiet­ni­cę dłu­gich, przy­jem­nych go­dzin.

– Sor­ry, Ra­dzi­wiłł, dzi­siaj nie dam rady. Zro­zum męż­czy­znę w po­trze­bie – od­po­wie­dział, su­ge­ru­jąc, że wie­czór spę­dzi z nową zna­jo­mą, o któ­rej wspo­mi­nał wcze­śniej.

– To­bie tyl­ko rand­ki w gło­wie. Ustat­ko­wał­byś się w koń­cu – za­żar­to­wał śled­czy, po­pra­wia­jąc kra­wat. Mimo po­zor­nej lek­ko­ści był czło­wie­kiem, któ­ry trak­to­wał swo­ją pra­cę po­waż­nie. Zna­ny z prze­ni­kli­wo­ści i nie­ustę­pli­wo­ści, zy­skał re­pu­ta­cję po­li­cjan­ta, któ­ry ni­g­dy nie od­pusz­cza, na­wet gdy spra­wa wy­da­je się stra­co­na. Miał jed­nak swo­ją mrocz­niej­szą stro­nę: jego po­czu­cie hu­mo­ru i cy­nizm cza­sa­mi wpra­wia­ły in­nych w za­kło­po­ta­nie. – Trud­no, baw się do­brze. Wy­cią­gnę na mia­sto No­wa­kow­ską. Też będę miał pra­wie rand­kę.

Po wy­mia­nie uści­sków dło­ni opu­ścił po­kój, zo­sta­wia­jąc part­ne­ra sa­me­go.

Ko­mi­sarz spę­dził jesz­cze chwi­lę w po­ko­ju prze­słu­chań, skru­pu­lat­nie ukła­da­jąc no­tat­ki i akta spra­wy w sza­rym sko­ro­szy­cie. Ru­chy miał spo­koj­ne i wy­wa­żo­ne, ale czuć było w nich de­li­kat­ne na­pię­cie, jak­by pró­bo­wał ode­tchnąć po za­koń­cze­niu in­ten­syw­nej spra­wy. Za­do­wo­lo­ny z uda­ne­go do­cho­dze­nia, opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Na ko­ry­ta­rzu zna­lazł się kil­ka mi­nut po dzie­więt­na­stej. Szum roz­mów w biu­rze i dźwięk te­le­fo­nów w tle two­rzy­ły co­dzien­ną at­mos­fe­rę ko­mi­sa­ria­tu, co kon­tra­sto­wa­ło z ci­szą pa­nu­ją­cą w po­ko­ju prze­słu­chań. Idąc w stro­nę scho­dów, od­po­wia­dał na przy­ja­zne po­zdro­wie­nia ko­le­ża­nek i ko­le­gów.

Na­gle, przez uchy­lo­ne drzwi jed­ne­go z po­miesz­czeń, uj­rzał młod­szą od sie­bie ko­bie­tę. Blon­dyn­ka o krót­kich wło­sach sie­dzia­ła za biur­kiem, wpa­tru­jąc się w kąt po­ko­ju, z któ­re­go wy­ło­nił się nie­wi­docz­ny do­tąd po­li­cjant. Twarz dziew­czy­ny po­kry­wa­ły si­nia­ki, a opuch­nię­te war­gi przy­po­mi­na­ły te, któ­re wi­du­je się u osób po nie­uda­nych za­bie­gach ko­sme­tycz­nych. Ktoś bru­tal­nie ją po­bił, trak­tu­jąc jak wo­rek tre­nin­go­wy. Im­puls, któ­ry po­czuł śled­czy, nie wy­ni­kał tyl­ko z jego za­wo­do­we­go obo­wiąz­ku. W ta­kich chwi­lach czuł, że za każ­dym przy­pad­kiem kry­ją się ludz­kie tra­ge­die, i na­wet po tylu la­tach w służ­bie nie mógł przejść obo­jęt­nie. Skło­ni­ło go to do szer­sze­go otwar­cia drzwi i wej­ścia do środ­ka.

Dziew­czy­na wy­glą­da­ła na nie­wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat. Szczu­pła, zgrab­na, a mimo zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy wciąż przy­cią­ga­ła wzrok swo­ją nie­tu­zin­ko­wą uro­dą. Nie pro­wo­ko­wa­ła ubio­rem – mia­ła na so­bie dżin­sy i bluz­kę. Obok dziew­czy­ny stał do­brze zna­ny ko­mi­sa­rzo­wi pod­ko­mi­sarz Ko­wa­lik, ubra­ny jak zwy­kle w zme­cha­co­ny swe­ter i dżin­so­we spodnie.

– Prze­moc do­mo­wa – wy­ja­śnił, zwra­ca­jąc się do star­sze­go ko­le­gi. – Pró­bu­ję prze­ko­nać pa­nią do zło­że­nia ofi­cjal­ne­go za­wia­do­mie­nia, ale cią­gle sły­szę, że nic się nie sta­ło. Mimo re­gu­lar­nych zgło­szeń są­sia­dów o kłót­niach i prze­mo­cy pani nie chce przy­znać, że jest ofia­rą – do­dał, od­wra­ca­jąc się do ko­bie­ty. – Pew­ne­go dnia on po pro­stu pa­nią za­bi­je.

– Mó­wi­łam, że nic się nie sta­ło! – od­par­ła za­dzior­nym gło­sem. – Nie po­trze­bu­ję pana rad. Chcę po pro­stu wró­cić do domu. Gli­niarz, któ­ry przy­je­chał na in­ter­wen­cję, źle zin­ter­pre­to­wał moje sło­wa.

– Zo­sta­wisz nas na chwi­lę? – Ko­mi­sarz wy­mow­nie spoj­rzał na młod­sze­go ko­le­gę. Ko­wa­lik wes­tchnął gło­śniej, niż po­wi­nien, kiw­nął gło­wą i wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Po­li­cjant pod­szedł do ko­bie­ty, się­gnął po drew­nia­ne krze­sło i usiadł przed nią okra­kiem.

– Wiem, że nie zgło­sisz prze­mo­cy do­mo­wej. – Uśmiech­nął się cie­pło. – Znam wie­le ko­biet w two­jej sy­tu­acji. Bite, po­ni­ża­ne, bar­dziej bo­ją­ce się sa­mot­no­ści niż tego, co ich męż­czyź­ni mogą im zro­bić. Naj­bar­dziej prze­ra­ża cię myśl, żeby od nie­go odejść. Je­steś prze­ra­żo­na wi­zją sa­mot­no­ści. Ale je­śli nic nie zro­bisz, on za­bi­je cię wcze­śniej czy póź­niej. W naj­lep­szym ra­zie zro­bi z cie­bie ka­le­kę. Nie chcę jed­nak, że­byś na nie­go do­nio­sła. To mnie nie in­te­re­su­je.

– To cze­go ode mnie chcesz?! – wark­nę­ła, spo­glą­da­jąc na męż­czy­znę nie­uf­nie. Jej wzrok, choć pe­łen gnie­wu, zdra­dzał tak­że nut­kę stra­chu, jak­by nie była pew­na, co tak na­praw­dę może się wy­da­rzyć. Po­my­śla­ła, że mimo kpią­ce­go spo­so­bu mó­wie­nia i za­cho­wa­nia coś w jego wy­glą­dzie i po­sta­wie spra­wia­ło, że był dla niej jed­no­cze­śnie fa­scy­nu­ją­cy i od­py­cha­ją­cy.

– Chcę, że­byś mi po­wie­dzia­ła, gdzie miesz­kasz – od­po­wie­dział nie­mal szep­tem, po­zwa­la­jąc so­bie na ko­lej­ny życz­li­wy uśmiech.

***

Do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta trzy­dzie­ści, gdy ko­mi­sarz za­par­ko­wał auto na Osie­dlu Han­dlo­wym w No­wej Hu­cie. Zmrok wpraw­dzie zbli­żał się nie­spiesz­nie, ale ciem­ność cza­iła się już w za­ka­mar­kach ulic i pu­stych bra­mach. Po­li­cjant uświa­do­mił so­bie, że jesz­cze kil­ka lat temu dziel­ni­ca nie cie­szy­ła się naj­lep­szą sła­wą. Te­raz, dzię­ki względ­ne­mu spo­ko­jo­wi, daw­ne ob­li­cze tej czę­ści mia­sta zda­wa­ło się tyl­ko wspo­mnie­niem. Daw­ni mło­do­cia­ni gang­ste­rzy do­ro­śli – część z nich zna­la­zła się za kra­ta­mi, inni zaś zde­cy­do­wa­li się na le­gal­ne biz­ne­sy. Jed­nak pew­ne de­mo­ny prze­szło­ści ni­g­dy nie zni­ka­ją na za­wsze.

Śled­czy wszedł na pierw­sze pię­tro wy­so­kie­go blo­ku i za­pu­kał do drzwi dru­gie­go miesz­ka­nia od scho­dów. Klat­ka scho­do­wa pach­nia­ła stę­chli­zną, a echa czy­ichś kro­ków roz­brzmie­wa­ły w ko­ry­ta­rzu. Otwo­rzył mu młod­szy od nie­go męż­czy­zna. Jego cia­ło zdo­bi­ło po­nad trzy­dzie­ści ta­tu­aży, któ­re wy­glą­da­ły jak gów­no w le­sie. Brud­ne i nie­sko­or­dy­no­wa­ne, two­rzy­ły cha­otycz­ną mo­zai­kę wspo­mnień o mi­nio­nych bi­twach i nie­chcia­nych de­mo­nach. Ubra­ny je­dy­nie w sli­py, pre­zen­to­wał mu­sku­lar­ną syl­wet­kę. Ko­mi­sarz nie mu­siał wy­cią­gać po­li­cyj­nej od­zna­ki – „bla­cha” za­wie­szo­na na szyi mó­wi­ła sama za sie­bie.

– Je­że­li na mnie do­nio­sła, za­bi­ję sukę – za­gro­ził łysy osi­łek. Złość w jego oczach była chłod­na i wy­ra­cho­wa­na, jak­by de­cy­zja o przy­szłej prze­mo­cy już za­pa­dła.

Po­li­cjant nie od­po­wie­dział. Za­miast słów użył siły. Po­tęż­nym kop­nię­ciem w kro­cze i pre­cy­zyj­nym ude­rze­niem w szczę­kę szyb­ko obez­wład­nił męż­czy­znę, nie da­jąc mu naj­mniej­szej szan­sy na re­ak­cję. Wcią­gnął go do miesz­ka­nia, jak­by prze­cią­gał wo­rek ziem­nia­ków. W po­wie­trzu uno­sił się stę­chły za­pach ta­nie­go al­ko­ho­lu i potu, zmie­sza­ny z mdłą wo­nią pa­pie­ro­sów. W sa­lo­nie na ekra­nie te­le­wi­zo­ra le­ciał film por­no, któ­re­go dźwię­ki za­głu­sza­ły jęki wła­ści­cie­la. Śled­czy zer­k­nął na bez­wstyd­ną sce­nę – dwóch na­gich, bia­łych fa­ce­tów po­su­wa­ło czar­ną dziew­czy­nę, któ­ra dar­ła się wnie­bo­gło­sy. Jego wzrok prze­su­nął się po ob­ra­zie z obo­jęt­no­ścią wy­uczo­ną po la­tach służ­by. Taki stan rze­czy był mu na rękę. Są­sie­dzi dam­skie­go bok­se­ra sły­sze­li po­ję­ki­wa­nia z ekra­nu, a nie krzy­ki fa­ce­ta, któ­ry zro­bił ze swo­jej żony wo­rek tre­nin­go­wy.

Męż­czy­zna, le­żąc na pod­ło­dze, pró­bo­wał się oswo­bo­dzić, ale jego ru­chy były nie­zdar­ne, a strach pa­ra­li­żo­wał każ­dy im­puls. Ko­mi­sarz bez tru­du zła­mał mu rękę – chrup­nię­cie ko­ści i stłu­mio­ny krzyk do­peł­nia­ły sce­ny bru­tal­nej roz­pra­wy. Ból eks­plo­do­wał w cie­le męż­czy­zny, ale nie miał siły pro­te­sto­wać. Zde­ter­mi­no­wa­ny ko­mi­sarz, by do­koń­czyć „lek­cję”, kon­ty­nu­ował swo­je dzia­ła­nia. Jego ru­chy były me­to­dycz­ne, chłod­ne, jak­by wy­ko­ny­wał ru­ty­no­wy obo­wią­zek.

Ude­rzył gło­wą go­spo­da­rza o kra­wędź sto­łu. Dźwięk roz­trza­sku­ją­cej się ko­ści nosa od­bił się od ścian, a krwi­sty smak wy­peł­nił usta męż­czy­zny. Ki­bol upadł na pod­ło­gę. Na­stęp­nie cięż­kie buty po­li­cjan­ta zna­la­zły się na twa­rzy ban­dy­ty, któ­ry po­czuł, że wy­pa­da­ją mu zęby, a krew za­czy­na wy­peł­niać jamę ust­ną. Ostry ból prze­szył czasz­kę, przy­tom­ność umy­słu po­wo­li za­czę­ła ustę­po­wać miej­sca pa­ra­li­żu­ją­ce­mu stra­cho­wi. Nie­wzru­szo­ny ko­mi­sarz ko­pał go w brzuch, do mo­men­tu kie­dy męż­czy­zna prze­stał się ru­szać. Choć po­zo­sta­wał przy­tom­ny, jego spoj­rze­nie było za­mglo­ne, a świa­do­mość od­da­la­ła się jak ga­sną­cy pło­mień. Pa­trzył na swo­je­go opraw­cę z mie­szan­ką stra­chu i nie­wia­ry, pod­czas gdy po­li­cjant spo­glą­dał na nie­go z wy­raź­nym po­li­to­wa­niem, jak­by oce­nia­jąc, czy to wy­star­czy­ło, by na­uczyć go po­ko­ry.

Śled­czy kuc­nął obok po­bi­te­go, przy­glą­da­jąc się po­ra­nio­ne­mu cia­łu.

– Je­stem ko­mi­sarz Dzi­kow­ski – przed­sta­wił się w koń­cu. – Mó­wią na mnie Dzi­ki, ale to nie przez na­zwi­sko – kon­ty­nu­ował, nie spusz­cza­jąc z oczu męż­czy­zny. – To jed­nak nie ma zna­cze­nia. Waż­ne jest to, że two­ja żona nie zło­ży­ła na cie­bie skar­gi. I do­brze wiesz, że ni­g­dy tego nie zro­bi. Ale mnie to nie ob­cho­dzi. Nie zaj­mu­ję się spra­wa­mi oby­cza­jo­wy­mi.

Chwy­cił le­żą­ce­go za bro­dę, zmu­sza­jąc go, by spoj­rzał mu pro­sto w oczy. Gdy ten pró­bo­wał od­wró­cić gło­wę, uścisk Dzi­kow­skie­go tyl­ko się wzmoc­nił.

– Gdy­by jed­nak two­ja żona zmie­ni­ła zda­nie, moi ko­le­dzy mie­li­by w chuj pra­cy. Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, ile pa­pie­rów mu­sie­li­by wy­peł­nić. – Uśmiech­nął się kpią­co, po czym do­dał: – Wiesz, że z roku na rok co­raz mniej fa­ce­tów bije swo­je ko­bie­ty? Tak po­da­ją sta­ty­sty­ki. Od dzi­siaj do­łą­czysz, kur­wa, do tej eli­ty. – W gło­sie ko­mi­sa­rza sły­chać było nutę zło­śli­we­go opty­mi­zmu, jak­by iro­nicz­nie cie­szył się z tej no­wej „szan­sy” dla męż­czy­zny. – Mam na­dzie­ję, że ta per­spek­ty­wa ci się po­do­ba. Ale pa­mię­taj, je­śli jesz­cze raz pod­nie­siesz na nią rękę, wró­cę. I wte­dy nie będę tak uprzej­my jak dzi­siaj.

Dzi­ki na­chy­lił się bli­żej, nie­mal mu­ska­jąc twa­rzą prze­ciw­ni­ka.

– Gdy przy­ja­dę po­now­nie, tym ra­zem służ­bo­wo, to już nie po to, aby cię upo­mnieć. Spraw­dzę wów­czas, czy tech­ni­cy do­brze za­bez­pie­czy­li two­je mar­twe cia­ło. Ro­zu­miesz? Więc ra­dzę ci bar­dzo uwa­żać na swo­ją żonę. Na­wet je­śli przy­pad­kiem upad­nie z krze­sła, uznam to za two­ją winę. – Zro­bił pau­zę, po­zwa­la­jąc, by w męż­czyź­nie na­ra­stał strach. – Mam wąt­pli­wo­ści, czy na­praw­dę ro­zu­miesz sens tego, co mó­wię, ale za­kła­dam, że za­ła­piesz prze­sła­nie.

Ko­mi­sarz po­wo­li wy­pro­sto­wał się. W tym mo­men­cie nie mu­siał już nic do­da­wać.

– Gdzie masz te­le­fon? – spy­tał po chwi­li.

Ki­bol mil­czał, twarz miał wy­krzy­wio­ną bó­lem i upo­ko­rze­niem. Wy­glą­dał ża­ło­śnie i co gor­sza, zda­wał so­bie z tego spra­wę. Cała po­sta­wa ema­no­wa­ła bez­rad­no­ścią, któ­ra je­dy­nie roz­draż­nia­ła ko­mi­sa­rza.

– Na­praw­dę chcesz, abym zmu­sił cię do roz­mo­wy? – Dzi­kow­ski wciąż stał nad ran­nym, gó­ru­jąc nad nim jak dra­pież­nik nad ofia­rą.

– Przy te­le­wi­zo­rze… – wy­chry­piał w koń­cu męż­czy­zna, splu­wa­jąc krwią na pod­ło­gę.

Po­li­cjant bez po­śpie­chu pod­szedł do wska­za­ne­go miej­sca i za­uwa­żył le­żą­ce­go tam Sam­sun­ga. Się­gnął po te­le­fon, po czym bez więk­sze­go na­my­słu rzu­cił go na pod­ło­gę. Smart­fon upadł z głu­chym stu­ko­tem tuż obok ręki po­bi­te­go męż­czy­zny.

– Mnie tu­taj ni­g­dy nie było – po­wie­dział spo­koj­nie, pa­trząc mu pro­sto w oczy. – Za dzie­sięć mi­nut za­dzwoń po po­go­to­wie. Kie­dy me­dy­cy we­zwą mo­ich ko­le­gów, po­wiedz, że po­tkną­łeś się o dy­wan. W koń­cu za­wsze by­łeś pier­do­lo­ną pier­do­łą, praw­da?

– Nie mam, kur­wa, dy­wa­nu… – wy­ce­dził z tru­dem męż­czy­zna.

Dzi­kow­ski uśmiech­nął się pod no­sem.

– No to naj­pierw go za­mów albo uszyj z sza­li­ków, któ­re za­je­ba­łeś in­nym ki­bo­lom.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, ko­mi­sarz od­wró­cił się i wy­szedł z miesz­ka­nia. Gdy do­tarł do sa­mo­cho­du, po­czuł dziw­ną ulgę. Wie­dział, że wie­czór do­pie­ro się za­czy­nał, a on miał pla­ny na naj­bliż­sze go­dzi­ny. Przed nim ry­so­wa­ła się in­te­re­su­ją­ca per­spek­ty­wa.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij