Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Koszmar w Dunwich - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 września 2026
E-book: EPUB, PDF
9,99 zł
Audiobook
9,99 zł
9,99
999 pkt
punktów Virtualo

Koszmar w Dunwich - ebook

W zapomnianym zakątku Nowej Anglii, wśród dzikich wzgórz i zarośniętych dróg, leży Dunwich, osada, którą przyjezdni omijają szerokim łukiem. Miejscowi szepczą o kamiennych kręgach na szczytach, o dziwnych odgłosach spod ziemi i o rodzinie Whateleyów, której nikt nie odważy się zadać zbyt wielu pytań. Gdy na świat przychodzi Wilbur, dziecko nieznanego ojca, rosnące w nienaturalnym tempie, w starym domostwie zaczyna dziać się coś, czego nie da się ukryć przed światem. Wkrótce ślady prowadzą aż do biblioteki Uniwersytetu Miskatonic w Arkham, gdzie pod kluczem spoczywa przeklęty Necronomicon. Jego stronice mogą otworzyć drzwi, których nigdy nie powinno się otwierać. „Koszmar w Dunwich” to jedno z najsłynniejszych opowiadań Howarda Phillipsa Lovecrafta i fundament Mitów Cthulhu. To klasyka weird fiction i horroru kosmicznego, w której groza narasta powoli, aż staje się nie do zniesienia. Wyrusz na odludne wzgórza Nowej Anglii i przekonaj się, co naprawdę się na nich kryje.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368914733
Rozmiar pliku: 547 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

„Gorgony, Hydry i Chimery – straszne opowieści o Celajno i o Harpiach – mogą się odradzać w mózgu przesądnego człowieka, lecz były tam już wcześniej. Są to odpisy, wzory – archetypy tkwią w nas i są wieczne. Jakże inaczej opowieść o czymś, o czym na jawie wiemy, że jest fałszem, mogłaby nas w ogóle poruszyć? Czy to dlatego, że z natury lękamy się takich stworów, rozważając ich zdolność do wyrządzenia nam cielesnej krzywdy? O, najmniej ze wszystkiego! Lęki te są starszego pochodzenia. Sięgają poza ciało – a i bez ciała pozostałyby takie same... To, że rodzaj strachu, o którym tu mowa, jest czysto duchowy – że jest tym silniejszy, im mniej ma na ziemi swojego przedmiotu, że panuje w porze naszego bezgrzesznego niemowlęctwa – oto trudności, których rozwiązanie mogłoby dać nam pewien wgląd w nasz stan sprzed istnienia świata, a przynajmniej pozwolić zajrzeć w krainę cieni, gdzie byliśmy, zanim zaczęliśmy być.”

– Charles Lamb, „Czarownice i inne nocne lęki”

ROZDZIAŁ I

Gdy podróżny przemierzający północną część środkowego Massachusetts skręci w niewłaściwą odnogę na rozwidleniu traktu do Aylesbury, tuż za Dean’s Corners, trafia w krainę samotną i osobliwą. Teren wznosi się, a kamienne murki obrośnięte jeżynami napierają coraz ciaśniej na koleiny pylistej, wijącej się drogi. Drzewa w gęstych pasach lasu wydają się zbyt wielkie, a dzikie zielsko, chaszcze i trawy osiągają bujność rzadko spotykaną w okolicach zamieszkanych. Pola uprawne są za to osobliwie nieliczne i jałowe, a rzadko rozsiane domostwa noszą zadziwiająco jednolite piętno starości, nędzy i ruiny. Nie wiedząc czemu, człowiek waha się pytać o drogę sękate, samotne postaci, które dostrzega niekiedy na kruszących się progach albo na spadzistych, zasłanych kamieniami łąkach. Postaci te są tak milczące i tak skryte, że ma się wrażenie obcowania z rzeczami zakazanymi, z którymi lepiej nie mieć nic wspólnego. Kiedy droga wspina się wyżej i nad głębokimi lasami ukazują się góry, dziwny niepokój jeszcze się wzmaga. Szczyty są zbyt okrągłe i zbyt symetryczne, by dawać poczucie swojskości i naturalności, a czasem na tle nieba rysują się ze szczególną wyrazistością osobliwe kręgi wysokich kamiennych słupów, którymi zwieńczona jest większość z nich.

Drogę przecinają wąwozy i jary o trudnej do określenia głębokości, a prymitywne drewniane mostki zawsze wydają się wątpliwie bezpieczne. Gdy droga znów opada, ciągną się połacie mokradeł, do których człowiek czuje instynktowną niechęć, a wieczorem niemal lęk – wtedy to niewidzialne lelki podnoszą swój szczebiot, a świetliki wylegają w nienaturalnej obfitości, by tańczyć do chrapliwych, upiornie natarczywych rytmów przenikliwie kumkających żab. Cienka, lśniąca linia górnego biegu Miskatonic ma w sobie coś dziwnie wężowego, gdy wije się u stóp kopulastych wzgórz, wśród których bierze początek.

Im bliżej wzgórz, tym bardziej uwagę przyciągają ich zalesione zbocza, nie zaś ukoronowane kamieniami wierzchołki. Zbocza owe wyłaniają się tak ciemne i tak strome, że chciałoby się, by trzymały się z daleka, ale nie ma drogi, którą można by przed nimi umknąć. Za krytym mostem widać małą wioskę, skuloną między strumieniem a pionowym stokiem Okrągłej Góry, i dziwi skupisko butwiejących łamanych dachów, świadczących o wcześniejszej epoce budowlanej niż ta, jaką znają sąsiednie okolice. Nie dodaje otuchy odkrycie, przy bliższym spojrzeniu, że większość domów stoi opuszczona i rozpada się w gruzy, a kościół z ułamaną wieżyczką mieści dziś jedyny, niechlujny sklepik osady. Człowiek lęka się zaufać mrocznemu tunelowi mostu, lecz nie sposób go ominąć. Po przejściu na drugą stronę trudno oprzeć się wrażeniu, że nad wioskową ulicą unosi się słaba, złowroga woń, jak gdyby pleśni i rozkładu nagromadzonych przez stulecia. Zawsze jest ulgą wyrwać się z tego miejsca i ruszyć wąską drogą wokół podnóża wzgórz, a potem przez płaską równinę, aż połączy się z powrotem z traktem do Aylesbury. Dopiero później człowiek dowiaduje się czasem, że przejechał przez Dunwich.

Obcy odwiedzają Dunwich tak rzadko, jak to tylko możliwe, a od pewnej pory koszmaru zdjęto wszystkie drogowskazy, które ku niemu wiodły. Krajobraz, mierzony jakąkolwiek zwyczajną miarą estetyczną, jest bardziej niż zwyczajnie piękny, a jednak nie napływają tu ani artyści, ani letnicy. Dwa stulecia temu, kiedy nie wyśmiewano jeszcze gadania o czarciej krwi, czczeniu Szatana i dziwnych obecnościach w lasach, zwyczajem było podawać powody, dla których unika się tych stron. W naszym rozsądnym wieku – od czasu gdy koszmar w Dunwich z roku 1928 zatuszowali ci, którym leżało na sercu dobro miasteczka i świata – ludzie omijają je, nie wiedząc dokładnie dlaczego. Być może jedną z przyczyn – choć nie może ona dotyczyć nieświadomych niczego przyjezdnych – jest to, że miejscowi popadli dziś w odpychające zwyrodnienie, zaszedłszy daleko na tej drodze wstecznego rozwoju, tak pospolitej na zapadłych prowincjach Nowej Anglii. Utworzyli osobną rasę, noszącą wyraźne umysłowe i cielesne stygmaty degeneracji i chowu wsobnego. Przeciętna ich inteligencji jest żałośnie niska, a kroniki cuchną jawnym występkiem oraz na wpół ukrytymi morderstwami, kazirodztwem i czynami niemal niewysłowionej przemocy i perwersji. Dawna szlachta, wywodząca się z dwu czy trzech herbowych rodzin, które przybyły z Salem w roku 1692, utrzymała się nieco ponad ogólnym poziomem rozkładu, choć wiele jej gałęzi zapadło w nędzny plebs tak głęboko, że jedynie nazwiska pozostały kluczem do pochodzenia, które hańbią. Niektórzy z Whateleyów i Bishopów nadal posyłają najstarszych synów na Harvard i do Miskatonic, choć synowie ci rzadko wracają pod butwiejące łamane dachy, pod którymi urodzili się oni sami i ich przodkowie.

Nikt, nawet ci, którzy znają fakty dotyczące niedawnego koszmaru, nie potrafi powiedzieć, co właściwie jest nie w porządku z Dunwich; stare legendy mówią wszakże o bezbożnych obrzędach i zgromadzeniach Indian, podczas których wywoływali oni zakazane kształty cienia z wielkich okrągłych wzgórz i zanosili dzikie, orgiastyczne modły, na które odpowiadały głośne trzaski i pomruki spod ziemi. W roku 1747 wielebny Abijah Hoadley, świeżo przybyły do kościoła kongregacjonalnego w wiosce Dunwich, wygłosił pamiętne kazanie o bliskiej obecności Szatana i jego czartów, w którym rzekł:

„Przyznać trzeba, iż owe Bluźnierstwa piekielnego Orszaku Demonów są Sprawą zbyt powszechnie znaną, by można ją było zaprzeczyć; przeklęte Głosy Azazela i Buzraela, Belzebuba i Beliala słyszało bowiem spod Ziemi ponad dwudziestu wiarygodnych Świadków, dziś jeszcze żyjących. Ja sam, nie dalej jak dwa tygodnie temu, pochwyciłem bardzo wyraźną Rozmowę złych Mocy we Wzgórzu za moim Domem, a były w niej Grzechoty i Turkoty, Jęki, Skrzeki i Syki, jakich żadna Rzecz z tej Ziemi wydać by nie zdołała, a które musiały pochodzić z owych Jaskiń, które jedynie czarna Magia odkryć, a jedynie Diabeł otworzyć potrafi.”

Pan Hoadley zniknął niedługo po wygłoszeniu tego kazania, lecz jego tekst, wydrukowany w Springfield, zachował się do dziś. Z roku na rok donoszono o kolejnych odgłosach ze wzgórz i po dziś dzień stanowią one zagadkę dla geologów i fizjografów.

Inne podania mówią o odrażających woniach w pobliżu wieńczących wzgórza kręgów kamiennych słupów oraz o pędzących w powietrzu obecnościach, które o pewnych godzinach słyszeć można słabo z określonych miejsc na dnie wielkich jarów; jeszcze inne próbują wyjaśnić Diabelskie Chmielisko – posępne, spalone zbocze, na którym nie chce rosnąć ani drzewo, ani krzew, ani źdźbło trawy. Miejscowi śmiertelnie boją się też niezliczonych lelków, które rozgadują się w ciepłe noce. Przysięgają, że ptaki te są psychopompami czyhającymi na dusze umierających i że swoje niesamowite krzyki dostrajają do rwącego się oddechu cierpiącego. Jeśli zdołają pochwycić uciekającą duszę w chwili, gdy opuszcza ciało, natychmiast odlatują, szczebiocząc demonicznym śmiechem; jeśli zaś im się nie uda, milkną powoli w rozczarowanej ciszy.

Opowieści te są, rzecz jasna, przebrzmiałe i śmieszne, wywodzą się bowiem z bardzo dawnych czasów. Dunwich jest doprawdy śmiesznie stare – o wiele starsze niż jakakolwiek osada w promieniu trzydziestu mil. Na południe od wioski można jeszcze dostrzec ściany piwnic i komin starego domu Bishopów, zbudowanego przed rokiem 1700, a ruiny młyna przy wodospadzie, wzniesionego w roku 1806, są najnowszym dziełem architektury, jakie tu można zobaczyć. Przemysł nie zakwitł w tych stronach, a dziewiętnastowieczny ruch fabryczny okazał się krótkotrwały. Najstarsze ze wszystkiego są wielkie kręgi z grubo ciosanych kamiennych kolumn na szczytach wzgórz, ale te przypisuje się na ogół raczej Indianom niż osadnikom. Złoża czaszek i kości, znajdowane wewnątrz tych kręgów i wokół sporego, podobnego do stołu głazu na Wzgórzu Strażniczym, podtrzymują ludowe przekonanie, że miejsca te były kiedyś cmentarzyskami Pocumtucków – choć wielu etnologów, lekceważąc absurdalne nieprawdopodobieństwo takiej teorii, uparcie uważa te szczątki za kaukaskie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij