-
nowość
Kowalski i międzynarodowa intryga - ebook
Kowalski i międzynarodowa intryga - ebook
Sześć miesięcy po dramatycznych wydarzeniach na Syberii Kowalski próbuje wrócić do normalnego życia. Spokój nie trwa jednak długo. Przeszłość ponownie daje o sobie znać, a na horyzoncie pojawia się nowe, znacznie bardziej niebezpieczne zagrożenie. Rozpoczyna się międzynarodowa rozgrywka pełna tajemnic, nieoczekiwanych zwrotów i niewyrównanych rachunków. Tym razem stawką jest nie tylko prawda. Nadchodzi czas zemsty.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-361-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Minęło sześć miesięcy od ostatecznej bitwy na Syberii. Krzysztof Kowalski wrócił do rutyny warszawskiego komisariatu, choć wciąż myślał o twarzach przyjaciół, których poznał w globalnej walce. Sprawa Gwardii Sary była zamknięta, a świat wydawał się bezpieczny.
Jego spokój przerwał telefon. Numer kierunkowy był brytyjski. To był kontakt ze Scotland Yardu, kolega zmarłego inspektora Johna Daviesa.
— Komisarz Kowalski? Mam złe wieści. John Davies nie żyje. Został zamordowany.
Kowalski poczuł ucisk w żołądku. Davies był flegmatycznym, dobrym policjantem. Kto mógłby go zabić?
— Zostawiono znak — powiedział głos w słuchawce, a Kowalskiemu przeszły dreszcze. — Symbol. Oko Horusa, ale z dodanym, krwawym krzyżem.
Zemsta. Ktoś, kto przeżył upadek Gwardii Sary, szukał sprawiedliwości na własną rękę, mszcząc się na tych, którzy pokonali Barona i Raoula.
Kowalski wiedział, że pokój się skończył. Musiał zebrać swój zespół — Anwara, Sarę, Rydera, Marię, Bena i resztę — i powstrzymać nowy cień, który wisiał nad nimi. Czas zemsty nadszedł, a stawka była wysoka — życie jego przyjaciół i globalne bezpieczeństwo.LONDYN
Krzysztof Kowalski wylądował na Heathrow kilka godzin później. Londyn powitał go deszczem i mgłą, atmosferą, która idealnie pasowała do jego nastroju. Na lotnisku czekał na niego inspektor Thomas Black, postawny Anglik o zmęczonych oczach i szorstkim uśmiechu.
— Komisarz Kowalski — powiedział Black, podając mu rękę. — Dziękuję, że pan przyjechał. Sprawa jest skomplikowana.
Pojechali prosto do mieszkania Daviesa. Było to eleganckie, ale skromne mieszkanie w spokojnej dzielnicy Londynu. Miejsce zbrodni było zabezpieczone, a technicy kryminalistyki Scotland Yardu pracowali nad dowodami.
Kowalski, z uwagą doświadczonego śledczego, przyglądał się każdemu szczegółowi. Ciało Daviesa zostało już zabrane, ale na ścianie, nad kominkiem, widniał symbol — Oko Horusa z krwawym krzyżem.
— Znak zemsty — mruknął Kowalski. — Ktoś, kto przeżył.
Black, patrząc na symbol, westchnął ciężko. — Nie wiemy, co oznacza ten symbol. Nie mamy śladów. Morderca był precyzyjny.
Kowalski przykucnął, badając podłogę. Zauważył coś — maleńki, ledwo widoczny odprysk farby, koloru czerwonego. To był mikroślad, który mógł być kluczem do rozwiązania zagadki. Zebrał go ostrożnie do woreczka strunowego.
— Mamy coś — powiedział do Blacka. — Coś, co może nam pomóc.
Hotel, w którym zatrzymał się Kowalski, stał się centrum dowodzenia. Po kilku godzinach, zespół zaczął się zbierać.
Alex Ryder, Maria Chavez i Ben Carter z Miami przybyli pierwsi, niosąc ze sobą przenośny sprzęt laboratoryjny.
Potem dotarli Sara Jasińska, Anwar Al-Zahra i Zaina, ich kontakt z Bliskiego Wschodu. Nawet Iwan Pietrow z Rosji przybył, by pomścić swojego przyjaciela, Daviesa.
Atmosfera była mieszanką żalu, złości i determinacji. Wszyscy czuli, że to, co się stało, jest ich winą, że cena sprawiedliwości jest wysoka.
Maria Chavez i Ben Carter natychmiast zajęli się analizą mikrośladu. Okazało się, że to rzadki rodzaj farby, używanej do malowania jachtów, w konkretnej stoczni w Londynie, należącej do konsorcjum, którego głównym udziałowcem był… Romanow.
Okazało się, że Romanow, choć pokonany na Syberii, przeżył i kontrolował sieć spiskowców, którzy szukali zemsty na tych, którzy pokonali ich organizację. Stocznia była ich bazą operacyjną.
— Mamy cel — powiedział Ryder, patrząc na mapę stoczni. — Czas na akcję.
Hotelowy pokój zamienił się w centrum dowodzenia. Mapy stoczni Romanowa w Londynie pokrywały każdą wolną powierzchnię. Zespół, zjednoczony wspólnym celem — zemstą za Daviesa i powstrzymaniem Romanowa — pracował z precyzją i determinacją.
Ryder, Maria i Ben, z laptopami i dronami, analizowali systemy bezpieczeństwa, kamery i patrole. — Stocznia jest dobrze chroniona, ale ma słaby punkt przy rzece — powiedział Ben, wskazując na mapę. — Stary kanał odpływowy.
Anwar i Zaina, korzystając ze swoich kontaktów w londyńskim półświatku, zdobyli informacje o pracownikach, zmianach warty i ukrytych magazynach. — Romanow używa stoczni jako bazy przeładunkowej. Przemyca broń i ludzi — dodała Zaina.
Plan był ryzykowny, ale wykonalny. Kowalski i Pietrow mieli poprowadzić zespół uderzeniowy przez kanał odpływowy, by dostać się do głównego magazynu. Reszta zespołu, z zewnątrz, miała zakłócać systemy komunikacyjne i alarmowe.
— Wchodzimy o północy — powiedział Kowalski, patrząc na zegarek. — Bezczelność Romanowa jest jego słabością.
Czeka na nas.
Zespół był gotowy. Broń została sprawdzona, plany omówione, a determinacja w oczach każdego z nich była widoczna. Czas na zemstę nadszedł.
Noc była ciemna i deszczowa, idealna na infiltrację. Zespół Kowalskiego, w czarnych strojach i z bronią w ręku, wszedł do kanału odpływowego. Woda była zimna, a zapach rdzy i oleju unosił się w powietrzu.
Poruszali się powoli, w ciszy, omijając patrole i kamery, zgodnie z instrukcjami Rydera i Ben Cartera, którzy, z ukrytego vana, monitorowali sytuację. Dotarli do głównego magazynu, gdzie Romanow i jego ludzie ładowali skrzynie na statek.
— Mamy ich — szepnął Kowalski, a jego serce biło mocniej.
Rozpoczął się atak. Zespół, wykorzystując element zaskoczenia, rzucił się na ludzi Romanowa. Strzały rozbrzmiały, a walka w stoczni rozpoczęła się na dobre.
Kowalski, walcząc z ludźmi Romanowa, szukał samego oligarchy, ale ten, widząc, że przegrywa, rzucił się do ucieczki. Uciekł na małą łódź motorową i zniknął w mroku rzeki.
Nie udało im się złapać Romanowa, ale znaleźli coś innego — skrzynie pełne broni, mapy i laptop, który zawierał plany jego kolejnego ataku. Okazało się, że Romanow, w akcie desperacji, planuje zamach na siedzibę ONZ w Nowym Jorku, by zdestabilizować globalny porządek.
Mieli nowy cel — Nowy Jork. Czas uciekał, a stawka była globalna.NOWY JORK
Po akcji w stoczni, Londyn stał się zbyt niebezpieczny. Zespół Kowalskiego, z laptopem Romanowa jako jedynym dowodem, uciekł do Stanów Zjednoczonych. Dzięki kontaktom Aleksa Rydera, udało im się zorganizować spotkanie z FBI i NYPD.
W samolocie do Nowego Jorku, Maria Chavez i Ben Carter pracowali nad laptopem, rozszyfrowując plany Romanowa. Okazało się, że planuje on atak terrorystyczny na siedzibę ONZ podczas ważnej konferencji pokojowej.
— Użyje bomby, ukrytej w dostawie humanitarnej — powiedziała Maria, pokazując schemat. — Ma też ludzi w środku, którzy pomogą mu w ewakuacji.
Zespół FBI i NYPD czekał na nich na lotnisku JFK. Agenci, choć sceptyczni wobec „nieoficjalnego” zespołu, wiedzieli, że stawka jest globalna. Stworzyli centrum dowodzenia w pobliskim budynku, skąd mieli nadzorować operację.
— Mamy kilka godzin do ataku — powiedział Kowalski, patrząc na zegarek. — Musimy znaleźć bombę i ludzi Romanowa, zanim będzie za późno.
Siedziba ONZ, symbol globalnego pokoju, stała się celem ataku. Tego dnia, w Nowym Jorku, panował chaos. Policja i FBI otoczyły budynek, a zespół Kowalskiego, z Benem i Marią przy systemach bezpieczeństwa, Anwarem i Zaina na ziemi (w przebraniu dziennikarzy), a Kowalskim, Ryderem i Pietrowem w środku (jako delegaci), byli gotowi do działania.
Atak rozpoczął się, gdy bomba, ukryta w dostawie, została aktywowana. Ale plan Romanowa był bardziej skomplikowany, niż myśleli. Bomba była tylko dywersją.
Prawdziwym celem było porwanie sekretarza generalnego ONZ i wymuszenie na nim dymisji, co miało zdestabilizować globalny porządek.
Romanow, ukryty w budynku, kontrolował sytuację, a jego ludzie, przebrani za ochronę, porwali sekretarza generalnego.
Zespół Kowalskiego musiał działać szybko, by go uwolnić i powstrzymać Romanowa.
Walka w ONZ rozpoczęła się, a stawka była najwyższa z możliwych — globalny pokój i bezpieczeństwo.
Budynek ONZ zamienił się w pole bitwy. Ludzie Romanowa, choć dobrze uzbrojeni i zorganizowani, nie byli w stanie sprostać zjednoczonej sile zespołu Kowalskiego.
Alex Ryder i Ben Carter, pracujący z tymczasowo zorganizowanym laboratorium kryminalistycznym w Nowym Jorku, przejęli kontrolę nad systemami bezpieczeństwa, pomagając zespołowi w nawigacji po budynku.
Anwar i Zaina, wykorzystując swoje umiejętności, zlokalizowali sekretarza generalnego i Romanowa w sali posiedzeń Rady Bezpieczeństwa ONZ.
— Mamy ich — szepnął Kowalski do Pietrowa. — Czas na ostateczną konfrontację.
Dotarli do sali posiedzeń. Romanow stał przy stole, z bronią w ręku, a sekretarz generalny, przerażony, patrzył na niego.
— Spóźniliście się, komisarzu — powiedział Romanow, uśmiechając się szyderczo. — Globalny porządek upadnie.
Kowalski, nie myśląc, rzucił się na Romanowa, a Pietrow, osłaniając go, walczył z ochroniarzami oligarchy. Walka była krótka i brutalna. Kowalski, wykorzystując element zaskoczenia, powalił Romanowa na ziemię, a ten, w akcie desperacji, sięgnął po nóż.
Padł strzał.
Romanow runął na ziemię, ciężko ranny i niezdolny do dalszej walki. Sekretarz generalny był bezpieczny, a zamach na ONZ udaremniony. Zespół, choć ranny i wyczerpany, odniósł zwycięstwo.
Po wydarzeniach w Nowym Jorku świat odetchnął z ulgą, lecz dla Kowalskiego sprawa nie była naprawdę zamknięta. Śmierć Daviesa i dokumenty przejęte od ludzi Romanowa wskazywały, że rozbita organizacja pozostawiła po sobie kontakty, pieniądze i ludzi rozsianych po kilku kontynentach.WARSZAWA
Kowalski wrócił do Warszawy, a jego przyjaciele do swoich krajów. Wszyscy pozostali jednak w kontakcie. Kilka tygodni później na jego skrzynkę trafiła wiadomość z Brazylii dotycząca serii zaginięć w Amazonii. W załączonych materiałach pojawił się ślad prowadzący do tej samej międzynarodowej sieci. Zwycięstwo nad Romanowem zakończyło tylko jeden etap znacznie większej sprawy.
Kilka tygodni po wydarzeniach w Nowym Jorku, Krzysztof Kowalski wrócił do Warszawy, ale spokój był krótki. Otrzymał tajemniczą wiadomość od starego znajomego z Interpolu, który pracował w Brazylii. Wiadomość dotyczyła serii zaginięć aktywistów i naukowców w sercu Amazonii.MANAUS
Kowalski, czując, że to może być coś więcej niż zwykłe zaginięcia, poleciał do Manaus, stolicy brazylijskiej Amazonii. Miasto było pełne życia, kontrastując z mroczną dżunglą, która je otaczała.
Spotkał się z majorem Silvą, szefem lokalnej policji, i Iarą, tubylczą przewodniczką z plemienia, które żyło głęboko w dżungli. Iara była młodą kobietą o przenikliwych oczach i głębokiej wiedzy o dżungli i jej sekretach.
— Kartel narkotykowy, dowodzony przez bezwzględnego Barona, kontroluje ten region — powiedział Silva. — Ale tubylcy mówią o czymś więcej, o duchu dżungli, który porywa ludzi.
Iara spojrzała na Kowalskiego. — To nie duch, to pradawna magia, którą kartel wykorzystuje do ochrony swoich plantacji. Odkryli artefakt, Serce Dżungli, które daje im moc nad naturą.
Kowalski, czując, że to kolejna globalna intryga, wiedział, że musi działać szybko. Zebrał zespół — Silvę, Iarę i siebie — i ruszyli w głąb Amazonii, by odkryć prawdę o Sercu Dżungli i powstrzymać kartel, zanim zniszczą dżunglę i świat.
Podróż z Manaus rozpoczęła się starą, zardzewiałą łodzią motorową, którą major Silva zdołał załatwić. Rzeka Amazonka była potężna i szeroka, pełna życia i niebezpieczeństw. Słońce prażyło, a wilgotność sprawiała, że oddychanie było trudne dla Kowalskiego, przyzwyczajonego do chłodniejszego klimatu.
Iara, siedząc na dziobie łodzi, wskazywała drogę, a jej oczy skanowały brzegi, szukając znaków. Silva, z bronią w ręku, był czujny, wiedząc, że kartel kontroluje rzekę.
— Kartel ma swoje posterunki w górze rzeki — powiedział Silva, wskazując na mapę. — Musimy ich ominąć.
Płynęli przez kilka godzin, a dżungla stawała się coraz gęstsza i bardziej pierwotna. Dźwięki zwierząt i owadów tworzyły kakofonię, która wypełniała powietrze.
Nagle, z zarośli na brzegu, rozległy się strzały. Ludzie kartelu, na szybkich łodziach, zaatakowali. Rozpoczęła się rzeczna bitwa. Silva, Kowalski i Iara, wykorzystując łódź jako osłonę, walczyli z napastnikami.
Walka była intensywna. Pociski świstały, a łódź Kowalskiego została uszkodzona. Musieli ją porzucić i uciekać do dżungli, by uniknąć schwytania. Udało im się, ale stracili łódź i większość zapasów.
Po ucieczce z rzeki, zespół ruszył pieszo w głąb dżungli, prowadzony przez Iarę. Dżungla była zielonym piekłem, pełnym pułapek, jadowitych zwierząt i nieprzeniknionej roślinności. Słońce z trudem przebijało się przez gęsty baldachim drzew, a wilgotność była przytłaczająca.
Kowalski, choć był w dobrej formie, miał problem z dostosowaniem się do trudnych warunków. Iara i Silva, przyzwyczajeni do dżungli, pomagali mu, ucząc go, jak przetrwać.
Podczas podróży, Iara opowiadała o Sercu Dżungli, pradawnym artefakcie, który dawał kontrolę nad naturą, i o tym, jak kartel go odkrył i skaził jego moc.
Nagle, dotarli do zniszczonego obozu aktywistów, którzy zniknęli. Był to dowód na to, że kartel jest blisko. Znaleźli też dziwny symbol wyryty na drzewie — symbol Serca Dżungli, ale skażony, mroczny.
— To znak, że jesteśmy blisko — powiedziała Iara. — Kartel kontroluje ten region, a ich baza jest niedaleko, ukryta w starożytnych ruinach, gdzie trzymają artefakt.
Po znalezieniu śladów, Kowalski, Silva i Iara ruszyli w stronę bazy kartelu. Teren był zdradliwy, a dżungla gęstniała z każdym krokiem. Iara prowadziła ich ukrytymi ścieżkami, omijając główne trakty i pułapki.
Z oddali, przez gęstą roślinność, w końcu zobaczyli obóz kartelu.
Były to starożytne ruiny, które zostały przekształcone w ufortyfikowaną bazę. Strażnicy, uzbrojeni po zęby, patrolowali teren, a wokół obozu widać było pola uprawne, gdzie rosły rośliny na narkotyki.
Kowalski, z lornetką, obserwował obóz. — Są uzbrojeni w broń wojskową. Profesjonaliści.
Silva, patrząc na obóz, skinął głową. — To ludzie El Diablo. Bezwzględni mordercy.
Iara, badając runy na murach ruin, dodała: — Chronią obóz magią. Serce Dżungli jest w środku, w głównej świątyni. Kartel wykorzystuje jego moc, by kontrolować dżunglę i chronić swoją bazę. Natura wokół obozu jest skażona, agresywna.
Plan był prosty, choć ryzykowny. Musieli zinfiltrować obóz, dotrzeć do świątyni i zniszczyć Serce Dżungli, zanim kartel zniszczy dżunglę i ucieknie z artefaktem. Czas na dyplomację się skończył.
Infiltracja obozu była trudna. Magiczne pułapki i uzbrojeni strażnicy sprawiali, że każdy krok był ryzykowny. Kowalski, Silva i Iara, wykorzystując element zaskoczenia i wiedzę Iary o magii dżungli, pokonali strażników i dotarli do głównej świątyni.
W środku, w ogromnej komnacie, stał El Diablo, baron narkotykowy, przy pradawnym ołtarzu, a przed nim, Serce Dżungli, potężny artefakt, który pulsował mroczną energią.
— Spóźniliście się — powiedział El Diablo, uśmiechając się szyderczo. — Kontroluję dżunglę!
Rozpoczęła się walka. Kowalski, Silva i Iara walczyli z El Diablo i jego ludźmi. Walka była brutalna, a magia dżungli, skażona przez El Diablo, atakowała ich zewsząd — pnącza, owady, nawet deszcz.
Kowalski, z pomocą Iary, która znała magię dżungli, rzucił się na Serce Dżungli i zniszczył artefakt. Moc dżungli, uwolniona, zniszczyła El Diablo i jego ludzi, a obóz został pochłonięty przez dżunglę.
Zwycięstwo było ich, a dżungla, choć ranna, zaczęła się leczyć.
Krzysztof Kowalski wrócił do Warszawy po misji w Amazonii, ale spokój był mu dany tylko na chwilę. Otrzymał tajemniczy e-mail od Niny Kloss, dziennikarki śledczej z Republiki Południowej Afryki, z którą współpracował Interpol. Pisała o zniknięciach ludzi w okolicach kopalni diamentów Cullinan, jednej z największych na świecie. Kopalnia należała do potężnej korporacji „Eboncorp”.JOHANNESBURG
Kowalski, czując, że to kolejna intryga, poleciał do Johannesburga.
Miasto, pełne kontrastów, od luksusowych dzielnic po slumsy, przywitało go upałem i napięciem.
Spotkał się z Niną Kloss, odważną, młodą kobietą o przenikliwych oczach. Czekał na nich także Elias, były górnik, który stracił rodzinę przez „Eboncorp” i ich brutalne metody.
— Coś jest nie tak w kopalni Cullinan — powiedziała Nina, pokazując zdjęcia zaginionych. — Ludzie znikają, a korporacja ukrywa prawdę.
Elias, patrząc na Kowalskiego, dodał: — Znaleźli coś. Coś pradawnego, ukrytego głęboko pod ziemią. Diament, który nie jest diamentem, ale źródłem mocy, która zabija.
Kowalski wiedział, że to coś więcej niż zwykłe zaginięcia. Zebrał zespół — Ninę, Eliasa i siebie — i ruszyli w stronę kopalni Cullinan, by odkryć prawdę o Diamentach Krwi i powstrzymać korporację, zanim uwolnią pradawną moc.CULLINAN
Podróż z Johannesburga do kopalni Cullinan odbyła się wynajętym, starym samochodem terenowym. Krajobraz zmieniał się z miejskiego zgiełku w surowe, suche tereny wiejskie, pełne farm i osad górniczych. Kopalnia, ogromna dziura w ziemi, była widoczna z daleka, otoczona wysokim murem i drutem kolczastym.
Nina, prowadząc samochód, była spięta. — Eboncorp kontroluje ten region. Ich ludzie są wszędzie, a policja jest opłacana.
Elias, siedząc obok Kowalskiego, patrzył na kopalnię z nienawiścią. — Tam zabili moją rodzinę. Tam jest ukryty ten diament.
Podróż trwała kilka godzin, a Kowalski czuł narastające napięcie. Dotarli do osady górniczej, gdzie, z pomocą kontaktów Niny, znaleźli schronienie w małym, ukrytym domu.
Tam, przy świecach, omawiali plan działania. Okazało się, że Eboncorp, pod przykrywką wydobycia diamentów, prowadzi nielegalną operację wydobywczą, szukając „Serca Ziemi”, pradawnego artefaktu ukrytego głęboko pod ziemią.
— Potrzebujemy planu kopalni — powiedział Kowalski. — Musimy wiedzieć, gdzie jest ukryty ten artefakt i jak się tam dostać.
Elias, choć nie miał planów, znał kopalnię jak własną kieszeń. — Mogę was oprowadzić ukrytymi tunelami, starymi szybami, których nikt nie używa.
Plan był ryzykowny. Musieli zinfiltrować kopalnię, unikając strażników i kamer, by dotrzeć do Serca Ziemi, zanim korporacja uwolni jego moc i zniszczy świat.
Infiltracja kopalni Cullinan była trudna. Pod osłoną nocy, Kowalski, Nina i Elias, w strojach górniczych, weszli do kopalni przez stary, opuszczony szyb. Wnętrze kopalni było ciemne, ciasne i pełne pułapek.
Poruszali się powoli, w ciszy, omijając patrole, kamery i ciężki sprzęt górniczy. Elias, jako przewodnik, znał każdą ścieżkę i tunel. Nina, z aparatem, dokumentowała nielegalne działania korporacji.
Nagle, dotarli do głównego szybu, gdzie widać było ogromny plac budowy, chroniony przez strażników. Tam, w centrum, w ogromnej komorze, leżało Serce Ziemi — gigantyczny diament, emanujący dziwną, mroczną energią.
— To Serce Ziemi — szepnął Elias, a w jego oczach czaił się strach. — Tam zabili moją rodzinę.
Okazało się, że Serce Ziemi było źródłem pradawnej mocy, którą korporacja chciała wykorzystać do kontrolowania świata. Musieli je zniszczyć, zanim będzie za późno.
Gigantyczny diament, Serce Ziemi, pulsował mroczną energią w sercu kopalni Cullinan. Wokół niego, technicy i naukowcy „Eboncorp” pracowali gorączkowo pod nadzorem bezwzględnego dyrektora generalnego korporacji, pana Blackwooda, mężczyzny o zimnych oczach i nienagannym garniturze.
Kowalski, Nina i Elias, ukryci w cieniu, obserwowali operację. Nina, z aparatem, dokumentowała wszystko, co widziała.
— Chcą wykorzystać moc diamentu do kontrolowania świata — szepnęła Nina. — Znalazłam dane, które potwierdzają, że Serce Ziemi może wpływać na technologię i umysły ludzi.
Elias, patrząc na diament, poczuł gniew. — To przez nich zginęła moja rodzina. Musimy ich powstrzymać.
Plan był prosty, choć ryzykowny. Musieli zinfiltrować główną komnatę, zniszczyć Serce Ziemi oraz powstrzymać Blackwooda, zanim uwolni moc artefaktu.
Infiltracja głównej komnaty była trudna, ale dzięki wiedzy Eliasa o kopalni i umiejętnościom Kowalskiego, udało im się. Wpadli do komnaty, a alarmy natychmiast się włączyły. Strażnicy i naukowcy rzucili się do walki, ale Kowalski, Nina i Elias byli gotowi.
Walka była brutalna i wyczerpująca. Nina, choć dziennikarka, walczyła z determinacją, dokumentując wszystko, co się działo, podczas gdy Kowalski i Elias, z bronią w ręku, walczyli ze strażnikami.
Blackwood, widząc, że przegrywa, rzucił się na Serce Ziemi, by aktywować jego moc. Ale Kowalski był szybszy. Z pomocą Niny, która dała mu detonator, który ukradła z laboratorium, rzucił się na diament i zniszczył go.
Moc Serca Ziemi eksplodowała, niszcząc komnatę i zabijając Blackwooda i jego ludzi. Kowalski, Nina i Elias, choć ranni, przeżyli.SYDNEY
Kowalski, czując, że to może być coś więcej niż zwykłe zaginięcia, poleciał do Sydney. Miasto, pełne słońca, plaż i ikonicznej Opery, kontrastowało z mroczną intrygą, która się w nim kryła.
Spotkał się z Andreą Petrov, byłą kierowcą wyścigową, obecnie dziennikarką śledczą, i Benem, byłym policjantem, który pracował nad sprawą zaginięć.
— Coś jest nie tak w świecie wyścigów samochodowych w Sydney — powiedziała Andrea, pokazując zdjęcia zaginionych. — Ludzie znikają, a policja ukrywa prawdę.
Ben, patrząc na Kowalskiego, dodał: — Znaleźli coś. Coś pradawnego, ukrytego w wraku statku, który może kontrolować umysły ludzi. Organizacja przestępcza „Cień Oceanu” wykorzystuje to, by kontrolować wyścigi i świat.
Kowalski wiedział, że to coś więcej niż zwykłe zaginięcia. Zebrał zespół — Andreę, Bena i siebie — i ruszyli w stronę portu w Sydney, by odkryć prawdę o wraku i powstrzymać organizację, zanim uwolnią pradawną moc.
Podróż z centrum Sydney do portu odbyła się szybkim, sportowym samochodem Andrei. Krajobraz zmieniał się z miejskiego zgiełku w surowe, portowe tereny, pełne kontenerów, dźwigów i statków. Port, ogromny i tętniący życiem, był widoczny z daleka, otoczony wodą i nabrzeżem.
Andrea, prowadząc samochód z prędkością, do której przywykła na torze wyścigowym, była spięta. — „Cień Oceanu” kontroluje ten port. Ich ludzie są wszędzie, a policja jest opłacana.
Ben, siedząc obok Kowalskiego, patrzył na port z nienawiścią. — Tam ukrywają wrak. Tam jest ten artefakt.
Podróż trwała kilka minut, a Kowalski czuł narastające napięcie. Dotarli do opuszczonego magazynu, gdzie, z pomocą kontaktów Andrei, znaleźli schronienie w małym, ukrytym biurze.
Tam, przy mapach portu i wraku, omawiali plan działania.
Okazało się, że „Cień Oceanu”, pod przykrywką legalnego biznesu, prowadzi nielegalną operację wydobywczą, szukając „Serca Oceanu”, pradawnego artefaktu ukrytego głęboko we wraku, który może kontrolować umysły ludzi.
— Potrzebujemy planu wraku i portu — powiedział Kowalski. — Musimy wiedzieć, gdzie jest ukryty ten artefakt i jak się tam dostać.
Ben, choć nie miał planów, znał port jak własną kieszeń. — Mogę was oprowadzić ukrytymi ścieżkami, starymi magazynami, których nikt nie używa.
Plan był ryzykowny. Musieli zinfiltrować port, unikając strażników i kamer, by dotrzeć do wraku i Serca Oceanu, zanim organizacja uwolni jego moc i zniszczy świat wyścigów.
Infiltracja portu była trudna. Pod osłoną nocy, Kowalski, Andrea i Ben, w strojach nurkowych, weszli do portu przez stary, opuszczony kanał odpływowy. Wnętrze portu było ciemne, a woda zimna i pełna śmieci.
Poruszali się powoli, w ciszy, omijając patrole, kamery i statki towarowe. Ben, jako przewodnik, znał każdą ścieżkę i tunel. Andrea, z podwodną kamerą, dokumentowała nielegalne działania organizacji.
Nagle, dotarli do głównego nabrzeża, gdzie widać było ogromny plac budowy, chroniony przez strażników. Tam, w centrum, w ogromnym doku, leżał wrak statku, a wokół niego, nurkowie i naukowcy organizacji pracowali gorączkowo pod nadzorem bezwzględnego szefa organizacji, pana Krakena, mężczyzny o zimnych oczach i nienagannym garniturze.
— To Serce Oceanu — szepnął Ben, a w jego oczach czaił się strach.
— Tam zabili moją rodzinę.
Okazało się, że Serce Oceanu było źródłem pradawnej mocy, którą organizacja chciała wykorzystać do kontrolowania umysłów kierowców wyścigowych, by wygrywać wyścigi i kontrolować świat sportu i pieniędzy. Musieli je zniszczyć, zanim będzie za późno.
Gigantyczny, starożytny artefakt, nazwany „Serce Oceanu”, pulsował mroczną, hipnotyzującą energią w suchym doku. Wokół wraku, naukowcy i technicy „Cienia Oceanu” pracowali gorączkowo pod nadzorem pana Krakena. Był to mężczyzna o twarzy pooranej bliznami i oczach zimnych jak głębia oceanu. Nosił idealnie skrojony, biały garnitur, który kontrastował z brudem i smarem doku.
Kowalski, Andrea i Ben, ukryci za stosem zardzewiałych kontenerów, obserwowali operację. Andrea, z podwodną kamerą, dokumentowała wszystko, co widziała.
— Chcą wykorzystać moc artefaktu do kontrolowania umysłów kierowców — szepnęła Andrea. — Znalazłam dane, które potwierdzają, że „Serce Oceanu” może wpływać na mózg i wywoływać halucynacje, a w końcu całkowicie kontrolować ofiarę.
Ben, patrząc na Krakena, poczuł gniew. — To przez nich zginęła moja rodzina. Musimy ich powstrzymać.
Plan był prosty, choć ryzykowny. Musieli zinfiltrować główną komnatę, zniszczyć Serce Oceanu i aresztować Krakena, zanim uwolni moc artefaktu.
Infiltracja głównej komnaty była trudna, ale dzięki wiedzy Bena o porcie i umiejętnościom Kowalskiego, udało im się. Wpadli do komnaty, a alarmy natychmiast się włączyły. Strażnicy i naukowcy rzucili się do walki, ale Kowalski, Andrea i Ben byli gotowi.
Walka była brutalna i wyczerpująca. Andrea, choć była kierowcą, walczyła z determinacją, dokumentując wszystko, co się działo, podczas gdy Kowalski i Ben, z bronią w ręku, walczyli ze strażnikami.
Kraken, widząc, że przegrywa, rzucił się na Serce Oceanu, by aktywować jego moc. Ale Kowalski był szybszy. Z pomocą Andrei, która dała mu improwizowany ładunek wybuchowy (zrobiony przez Bena z materiałów z laboratorium), rzucił się na artefakt i zniszczył go.
Moc Serca Oceanu eksplodowała, niszcząc komnatę i zabijając Krakena i jego ludzi. Kowalski, Andrea i Ben, choć ranni, przeżyli.
Pył opadł, a huk eksplozji ucichł, pozostawiając po sobie jedynie zniszczony dok i wrak statku. Kowalski, Andrea i Ben, ranni, ale żywi, wydostali się spod gruzów. Policja federalna Australii i lokalne służby natychmiast zabezpieczyły teren, a wiadomości o zniszczeniu „Cienia Oceanu” i ich planów rozeszły się lotem błyskawicy.
Andrea, choć wyczerpana, czuła ulgę. Jej brat został pomszczony, a świat wyścigów ocalony przed mroczną kontrolą. Przekazała wszystkie swoje dowody i nagrania władzom, co doprowadziło do aresztowania resztek organizacji.
Ben, były policjant, który stracił wszystko, odzyskał poczucie sprawiedliwości. Władze australijskie, widząc jego poświęcenie i wiedzę, zaproponowały mu powrót do służby, co przyjął z honorem.
Kowalski, z ramieniem w gipsie i siniakami na twarzy, patrzył na ocean. Kolejna misja zakończyła się sukcesem, ale wiedział, że to nie koniec. Zło miało wiele twarzy i wiele imion, a on, Komisarz Krzysztof Kowalski, był gotów na kolejne wyzwanie.WARSZAWA
Po powrocie do Warszawy Kowalski, choć poturbowany po wydarzeniach w Sydney, otrzymał podziękowania od władz australijskich i Interpolu. Andrea przekazała śledczym swoje materiały, a Ben przyjął propozycję powrotu do służby. Dla nich australijska sprawa mogła się zakończyć. Kowalski nie miał jednak podobnego spokoju.
W danych zabezpieczonych w porcie odnaleziono zaszyfrowany katalog, którego nazwa brzmiała: „Duchy Przeszłości”. Znajdowały się w nim szczątkowe raporty, stare fotografie i nazwiska powiązane z wcześniejszymi operacjami.
Najbardziej niepokojące było jedno zdjęcie. Przedstawiało człowieka, którego Kowalski uważał za należącego do zamkniętej przeszłości. Pod fotografią widniało krótkie zdanie: „Romanow był tylko początkiem”.
Wszystkie dotychczasowe misje — Londyn, Nowy Jork, Amazonia, Afryka i Australia — zaczynały wyglądać nie jak osobne przypadki, lecz jak elementy większej układanki. Jeśli dokument był prawdziwy, ktoś od dawna obserwował działania Kowalskiego i prowadził go od jednego śladu do następnego.
Telefon na biurku zadzwonił. Numer był zastrzeżony. Kowalski odebrał. Przez kilka sekund słyszał tylko oddech, a potem obcy głos powiedział: „Jeżeli chce pan poznać prawdę o Daviesie i Romanowie, proszę nikomu nie mówić o fotografii”. Połączenie urwało się.
Kowalski spojrzał na nazwę katalogu. Wiedział, że właśnie zaczęła się kolejna część tej samej historii.
Warszawa przywitała Kowalskiego chłodnym porankiem. Na biurku leżał wydruk fotografii odzyskanej z australijskiego serwera. Zanim wezwie dawny zespół, musiał ustalić, czy patrzy na autentyczny ślad, czy na starannie przygotowaną pułapkę. Jedno było pewne: ktoś znał jego przeszłość znacznie lepiej, niż powinien.
O ósmej siedemnaście zadzwonił telefon. — Komisarzu — odezwał się nieznany głos. — Skoro widział pan fotografię, możemy wreszcie porozmawiać. Kowalski wyprostował się. — Kim jesteś? Po drugiej stronie zapadła cisza. — Kimś, kto wie, dlaczego Davies musiał umrzeć. I kimś, kto wie, kto naprawdę rozpoczął tę wojnę.
Kowalski przez moment nie odpowiedział. W komisariacie dopiero zaczynał się zwyczajny poranny ruch: ktoś przesuwał krzesło w sąsiednim pokoju, drukarka wyrzucała kolejne kartki, z korytarza dobiegał stuk obcasów. Wszystko brzmiało normalnie, niemal uspokajająco. Tylko głos w słuchawce nie pasował do tej codzienności.
— Jeżeli naprawdę wiesz coś o śmierci Daviesa, podaj nazwisko.
— Nazwiska są teraz najmniej ważne.
— Dla mnie nie.
Nieznajomy zaśmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.
— Właśnie dlatego wybrano pana. Zawsze potrzebuje pan nazwiska, twarzy i winnego. Romanow o tym wiedział. Davies również.
Kowalski zacisnął palce na telefonie.
— Nie wciągaj Daviesa do swojej gry.
— On był w niej na długo przed panem.
Połączenie urwało się. Kowalski odsunął telefon od ucha i natychmiast wybrał numer dyżurnego technika. Polecił zabezpieczyć zapis rozmowy, sprawdzić trasowanie połączenia i nie przekazywać informacji nikomu spoza zespołu. Wiedział, że przy numerze zastrzeżonym i tak mogą trafić na ślepą uliczkę, lecz procedura była ważniejsza niż przeczucie.
Fotografia leżała przed nim. Dotąd patrzył przede wszystkim na twarz mężczyzny w centrum kadru. Teraz zmusił się, by zobaczyć wszystko inne. Zdjęcie wykonano wiele lat wcześniej. W tle stał niski budynek z szerokimi oknami i charakterystyczną metalową konstrukcją nad wejściem. Na prawym skraju fotografii widniał fragment samochodu. Tablica rejestracyjna była rozmazana, ale na karoserii zachował się znak przypominający herb.
Kowalski włączył lampę nad biurkiem i przybliżył wydruk do światła. W dolnym rogu, prawie poza kadrem, dostrzegł coś jeszcze: datę naniesioną starym aparatem. Cyfry były niewyraźne, lecz rok dało się odczytać.
To było znacznie wcześniej, niż zakładał.
Drzwi gabinetu otworzyły się po krótkim pukaniu. Sara Jasińska weszła z dwoma kubkami kawy i zatrzymała się, widząc jego twarz.
— Wyglądasz tak, jakbyś właśnie zobaczył ducha.
— Możliwe, że właśnie to zobaczyłem.
Położył fotografię przed nią. Sara odstawiła kawę i długo nic nie mówiła.
— Skąd to masz?
— Z danych odzyskanych w Sydney.
— I dopiero teraz mi pokazujesz?
— Chciałem najpierw sprawdzić, czy to nie fałszywka.
— A sprawdziłeś?
— Jeszcze nie.
Sara przyjrzała się zdjęciu ponownie.
— Znam ten budynek.
Kowalski podniósł wzrok.
— Jesteś pewna?
— Nie. Ale widziałam podobną konstrukcję. Dawny ośrodek szkoleniowy pod Warszawą. Zamknięto go lata temu. Oficjalnie należał do prywatnej firmy ochroniarskiej.
— Oficjalnie?
— A nieoficjalnie przewijał się w jednej ze spraw dotyczących handlu informacjami. Nigdy niczego im nie udowodniono.
Kowalski sięgnął po kurtkę.
— Jedziemy.
— Dokąd?
— Najpierw do archiwum. Jeśli ten budynek jest tym, o którym myślisz, musi istnieć dokumentacja własności, stare zdjęcia albo chociaż ślad po firmie.
Sara spojrzała na niego uważnie.
— Krzysztof, co wydarzyło się przed moim wejściem?
Zawahał się. Ostrzeżenie rozmówcy brzmiało jeszcze w jego głowie: nikomu nie mówić o fotografii. Było już jednak za późno, a Kowalski nie zamierzał prowadzić śledztwa według zasad ustalonych przez człowieka, który ukrywał swoją tożsamość.
— Zadzwonił ktoś, kto twierdzi, że wie, dlaczego zginął Davies.
Sara spoważniała.
— I co powiedział?
— Że Romanow był tylko częścią czegoś większego. I że Davies wiedział o tym wcześniej niż my.
— Wierzysz mu?
— Nie. Ale zamierzam sprawdzić każde słowo.
Archiwum komendy mieściło się dwa piętra niżej. Stare akta, choć w większości zdigitalizowane, nadal zajmowały rzędy metalowych szaf. Kowalski i Sara spędzili ponad godzinę na przeglądaniu rejestrów firm ochroniarskich, zmian właścicielskich i spraw umorzonych z braku dowodów. Wreszcie Sara zatrzymała kursor.
— Mam.
Na ekranie pojawiła się nazwa: „Vektor Security Consulting”. Firma została zarejestrowana w Polsce, później przejęta przez spółkę zarejestrowaną w Londynie, a po kilku kolejnych przekształceniach formalnie zlikwidowana. Jeden z dawnych obiektów Vektora znajdował się pod Warszawą.
Kowalski otworzył skan dokumentacji fotograficznej. Budynek miał te same szerokie okna i tę samą metalową konstrukcję nad wejściem.
— To on.
Sara wskazała listę członków zarządu.
— Spójrz na nazwiska.
Pierwsze dwa nic mu nie mówiły. Przy trzecim poczuł, jak napięcie wraca ze zdwojoną siłą.
John Davies.
— To niemożliwe — powiedział cicho.
— Dokument ma ponad dwadzieścia lat.
— Davies był policjantem.
— Był też człowiekiem, o którego przeszłości wiedzieliśmy tylko tyle, ile sam nam powiedział.
Kowalski nie odpowiedział. Davies wielokrotnie ratował im życie. Był jednym z tych ludzi, których obecność podczas operacji dawała poczucie bezpieczeństwa. Myśl, że mógł ukrywać część własnej historii, bolała bardziej, niż Kowalski chciał przyznać.
W następnych dokumentach pojawiały się kolejne nazwiska. Niektóre należały do ludzi od dawna nieżyjących. Inne prowadziły do spółek w Rosji, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Republice Południowej Afryki i Australii.
Te same kraje.
Kowalski odsunął się od monitora.
— Londyn. Amazonia. Afryka. Sydney.
— Ktoś nie tylko znał nasze operacje — powiedziała Sara. — Ta sieć istniała w tych miejscach, zanim się tam pojawiliśmy.
— Czyli nie ścigaliśmy kolejnych organizacji.
— Ścigaliśmy kolejne odnogi jednej.
Przez chwilę oboje patrzyli na ekran. Nagle wszystkie dotychczasowe zwycięstwa straciły swoją ostateczność. Romanow, El Diablo, Blackwood i Kraken przestawali wyglądać jak osobni przeciwnicy. Stawali się ludźmi wykonującymi różne zadania w ramach mechanizmu, którego centrum wciąż pozostawało niewidoczne.
Kowalski wydrukował dokumenty i schował je do teczki.
— Jedziemy do ośrodka.
— Bez wsparcia?
— Ze wsparciem, ale dyskretnym. Dwie osoby w odwodzie. Bez sygnałów, bez kolumny radiowozów. Jeżeli ktoś obserwuje nasze ruchy, nie chcę go uprzedzać.
Ośrodek Vektora znajdował się kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, za pasem lasu i dawno nieużywaną bocznicą kolejową. Asfaltowa droga kończyła się przy zardzewiałej bramie. Za nią stał budynek ze zdjęcia, bardziej zniszczony, niż sugerowały archiwalne fotografie. Część szyb była wybita, elewację porastał mech, a metalowa konstrukcja nad wejściem przechyliła się na jedną stronę.
Sara wyłączyła silnik.
— Jeżeli to pułapka, miejsce jest idealne.
— Dlatego nie wchodzimy jak bohaterowie filmu.
Kowalski skontaktował się z funkcjonariuszami pozostającymi w odwodzie, podał pozycję i ustalił czas kolejnego meldunku. Dopiero potem wysiedli.
Wewnątrz pachniało wilgocią, kurzem i starym drewnem. Ich kroki odbijały się echem od pustych ścian. Na parterze znaleźli dawne sale szkoleniowe, zdemontowaną recepcję i pomieszczenia biurowe. Większość została opróżniona lata wcześniej.
— Ktoś tu jednak był niedawno — powiedziała Sara.
Na podłodze widniały ślady butów. Nie pokrywała ich warstwa kurzu tak gruba jak resztę posadzki.
Kowalski przykucnął.
— Kilka osób. Jeden ślad jest świeższy.
Ruszyli nim do schodów prowadzących do piwnicy. Drzwi na dole wyglądały inaczej niż reszta budynku. Nowy zamek kontrastował z przerdzewiałą framugą.
Sara uniosła brwi.
— Opuszczony obiekt, nowy zamek.
— Ktoś bardzo dba o prywatność.
Nie próbowali go wyważać. Kowalski wezwał technika z zespołu wsparcia. Po kilkunastu minutach drzwi otwarto bez niszczenia mechanizmu, tak by można było zabezpieczyć ewentualne ślady.
Za nimi znajdował się wąski korytarz i pomieszczenie, które zdecydowanie nie było opuszczone. Na biurku stał komputer. Obok leżały świeże baterie, kilka telefonów na karty i stos papierowych teczek. Na ścianie wisiała duża mapa świata.
Kowalski podszedł bliżej.
Na mapie czerwonymi znacznikami oznaczono Londyn, Nowy Jork, Amazonię, Cullinan i Sydney.
Warszawę oznaczono czarnym.
— Krzysztof…
— Widzę.
Pod warszawskim znacznikiem ktoś przypiął niewielką kartkę.
„ETAP OSTATNI”.
Sara zrobiła zdjęcie, zanim ktokolwiek dotknął mapy.
Technicy rozpoczęli zabezpieczanie pomieszczenia. Kowalski założył rękawiczki i otworzył pierwszą teczkę. W środku znajdowały się raporty dotyczące jego zespołu: nazwiska, fotografie, trasy podróży, informacje o operacjach. Niektóre dane były publiczne. Inne nie powinny nigdy opuścić policyjnych systemów.
— Mamy przeciek — powiedział.
— Albo mieliśmy go od lat.
W drugiej teczce znajdowały się materiały dotyczące Daviesa. Kowalski przeglądał je wolniej. Raporty urywały się w kilku miejscach, jakby ktoś celowo usunął strony. Na końcu znalazł kopertę z własnym nazwiskiem.
Sara spojrzała na niego.
— Nie otwieraj, dopóki technicy jej nie sprawdzą.
— Wiem.
Badanie nie wykazało materiałów niebezpiecznych. Technik zabezpieczył kopertę, sfotografował ją i dopiero wtedy pozwolił Kowalskiemu wyjąć zawartość.
W środku była jedna kartka.
„Komisarzu Kowalski. Jeżeli to pan czyta, znaczy, że Davies nie zdążył powiedzieć panu prawdy. Proszę nie szukać człowieka ze zdjęcia. Proszę znaleźć osobę, która zrobiła fotografię.”
Nie było podpisu.
— Kto zrobił zdjęcie? — zapytała Sara.
Kowalski spojrzał ponownie na fotografię. Dotąd traktował ją jak dowód przedstawiający konkretnych ludzi. Teraz po raz pierwszy pomyślał o osobie stojącej po drugiej stronie obiektywu.
— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.
W tej samej chwili jeden z techników zawołał ich z sąsiedniego pomieszczenia. Na ekranie zabezpieczonego komputera udało się uruchomić katalog z nagraniami. Większość plików była zaszyfrowana, ale jeden pozostawiono otwarty.
Nazwa pliku brzmiała: „KOWALSKI_01”.
Sara stanęła obok niego.
— To mi się coraz mniej podoba.
Technik uruchomił nagranie.
Na ekranie pojawił się John Davies.
Kowalski zamarł.
Davies siedział w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Wyglądał na zmęczonego, ale mówił spokojnie, patrząc prosto w kamerę.
— Krzysztofie, jeżeli oglądasz to nagranie, prawdopodobnie już nie żyję.
W pomieszczeniu nikt się nie poruszył.
— Przez wiele lat wierzyłem, że pewne sprawy można pogrzebać razem z ludźmi, którzy je stworzyli — mówił Davies. — Myliłem się. Romanow nie zbudował tej sieci. On ją odziedziczył. Tak samo jak pozostali.
Kowalski zrobił krok w stronę monitora.
— Powiedz nazwisko — wyszeptał.
Jakby nagranie mogło go usłyszeć, Davies zawahał się.
— Człowiek, którego szukasz, nie działa pod jednym nazwiskiem. Nie wiem nawet, czy nazwisko, które znałem, było prawdziwe. W naszych dokumentach miał kryptonim „Architekt”. To on połączył pieniądze Romanowa, ludzi Blackwooda, laboratoria w Amazonii i operacje w Australii. Ale najważniejsze jest coś innego. Architekt nie chce cię zabić. Gdyby chciał, miał wiele okazji.
Davies pochylił się w stronę kamery.
— On chce, żebyś do niego dotarł.
Nagranie zatrzymało się. Ekran pociemniał.
Sara pierwsza przerwała ciszę.
— To wszystko?
Technik sprawdził plik.
— Nie. Jest dalsza część, ale została zaszyfrowana innym kluczem.
Kowalski patrzył na nieruchomy obraz Daviesa.
— Ile czasu potrzebujesz?
— Nie wiem. Godzinę. Może dzień. Zależy od zabezpieczenia.
— Masz tyle ludzi, ilu potrzebujesz.
Telefon Kowalskiego zawibrował.
Wiadomość przyszła z numeru, którego system nie potrafił zidentyfikować.
„Teraz już pan wie, że nie kłamałem. Proszę spojrzeć przez okno.”
Kowalski odwrócił się natychmiast. Przez zakurzoną szybę zobaczył skraj lasu i drogę prowadzącą do bramy. Przez kilka sekund nic się nie działo.
Potem między drzewami zapaliły się światła samochodu.
Pojazd ruszył powoli, zatrzymał się na drodze i po chwili odjechał.
— Mamy obserwatora — powiedziała Sara.
Kowalski już wybierał numer zespołu na zewnątrz.
— Nie zatrzymujcie go na siłę. Rejestracja, kierunek, marka, wszystko, co możecie zdobyć. Nie chcę pościgu przez las z przypadkowymi ludźmi na drodze.
Odpowiedź przyszła po kilkunastu sekundach. Samochód nie miał tablic rejestracyjnych. Kierowca skręcił na drogę wojewódzką, gdzie czekał drugi pojazd. Oba rozjechały się w przeciwnych kierunkach.
Kowalski schował telefon.
— Wiedzieli, kiedy tu przyjedziemy.
— Czyli obserwują komisariat albo naszą komunikację — powiedziała Sara.
— Albo ktoś z wewnątrz przekazuje im informacje.
To była myśl, której nie chciał wypowiadać. Teraz jednak stała się elementem śledztwa.
Wieczorem wrócili do Warszawy. Materiały z ośrodka przewieziono w zaplombowanych pojemnikach, a dostęp do nich ograniczono do kilku osób. Kowalski nie wpisał nazwiska „Architekt” do ogólnego systemu. Utworzył osobny rejestr sprawy i polecił, by każdy dostęp był automatycznie zapisywany.
O dwudziestej trzeciej technik zadzwonił z laboratorium.
— Komisarzu, mamy drugą część nagrania Daviesa.
Kowalski był w gabinecie pięć minut później. Sara już tam czekała.
Davies ponownie pojawił się na ekranie.
— Jeżeli udało wam się odszyfrować ten fragment, macie mniej czasu, niż sądziłem — powiedział. — Architekt przechowuje dokumentację pierwszej operacji w miejscu, którego Romanow nigdy nie poznał. Szukajcie początku, nie końca. Wszystko zaczęło się w Polsce.
Davies przerwał, jakby zastanawiał się, czy powinien powiedzieć więcej.
— I jeszcze jedno. Krzysztofie, kiedy znajdziesz nazwisko na literę „W”, nie ufaj dokumentom. Zaufaj temu, co pamiętasz.
Nagranie zakończyło się.
Kowalski i Sara spojrzeli na siebie.
— Nazwisko na „W” — powiedziała.
— I początek w Polsce.
Na korytarzu rozległy się szybkie kroki. Do laboratorium wszedł funkcjonariusz dyżurny z kopertą w dłoni.
— Komisarzu, to zostawiono przed wejściem do komendy. Bez nadawcy. Jest zaadresowane do pana.
Po sprawdzeniu przesyłki Kowalski otworzył ją przy Sarze i techniku.
W środku znajdował się stary bilet kolejowy, wyblakły niemal do białości, oraz niewielki klucz z wybitym numerem 317.
Na odwrocie biletu ktoś napisał jedno zdanie:
„Pierwszą prawdę zostawił tam Davies.”
Kowalski odwrócił bilet.
Nazwa stacji była wciąż czytelna.
Poznań Główny.
Bilet nie był nowy. Papier zżółkł na krawędziach, a nadruk miejscami niemal całkowicie wyblakł. Kowalski obracał go w palcach, próbując zrozumieć, dlaczego ktoś przechowywał go przez tyle lat i dlaczego właśnie teraz postanowił mu go przekazać.
— Numer klucza i stary bilet — powiedziała Sara. — Ktoś chce nas gdzieś zaprowadzić.
— Albo chce, żebyśmy tak pomyśleli.
— W jednym i drugim przypadku prowadzi nas do Poznania.
Kowalski położył bilet na stole obok klucza oznaczonego numerem 317.
— Najpierw sprawdzimy, czy ten numer cokolwiek znaczy. Skrytka bagażowa, depozyt, pokój, magazyn. Nie jadę trzysta kilometrów tylko dlatego, że ktoś napisał nazwę stacji na kawałku papieru.
Sara uśmiechnęła się lekko.
— Wreszcie brzmisz jak policjant, a nie człowiek, który zamierza wejść do każdej pułapki tylko po to, żeby sprawdzić, kto ją zastawił.
— Starzeję się.
— Nie przesadzaj. Po prostu zaczynasz się uczyć.
Następne dwie godziny spędzili na sprawdzaniu archiwalnych planów dworca, dawnych systemów przechowywania bagażu oraz wykazu pomieszczeń technicznych. Numer 317 nie odpowiadał żadnej obecnie używanej skrytce. Dopiero pracownik kolejowego archiwum zwrócił uwagę na stary plan przebudowy stacji.
— Proszę spojrzeć tutaj — powiedział podczas rozmowy wideo, powiększając fragment zeskanowanego dokumentu. — Przed modernizacją istniał podziemny ciąg magazynowy. Pomieszczenia miały numery od trzystu jeden do trzystu dwudziestu czterech.
Kowalski pochylił się nad monitorem.
— Trzysta siedemnaście?
— Było. Niewielki magazyn depozytowy. Według dokumentacji wyłączono go z użytkowania wiele lat temu.
— Co jest tam teraz?
Mężczyzna zawahał się.
— Oficjalnie? Nic.
— A nieoficjalnie?
— Nie wiem. Część dawnych korytarzy została zamurowana, część wykorzystano przy przebudowie. Musiałbym sprawdzić dokumentację techniczną.
— Proszę to zrobić. I proszę nikomu nie przekazywać informacji o naszym zainteresowaniu tym pomieszczeniem.
Po zakończeniu rozmowy Sara skrzyżowała ręce.
— Wiesz, że właśnie powiedziałeś obcemu człowiekowi, żeby nikomu nie mówił, że policja interesuje się pomieszczeniem 317?
— Wiem.
— Jeżeli jest przeciek, za godzinę pół Poznania może o tym wiedzieć.
— Właśnie dlatego nie powiedziałem mu, kiedy tam będziemy.
Kowalski zdecydował, że pojadą rano. Oficjalnie wyjazd dotyczył konsultacji w sprawie archiwalnych materiałów. Informację o kluczu znały tylko cztery osoby. Nie podano numeru pociągu ani godziny przyjazdu.