Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kraina dzikich kotów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 lipca 2026
3099 pkt
punktów Virtualo

Kraina dzikich kotów - ebook

Hipnotyzująca, mroczna saga o sile snów, które potrafią kłamać, ale też mówić bolesną prawdę…

Codzienność Natalii zaczyna się kruszyć, gdy do jej życia wdzierają się niepokojące sygnały. Migreny rozcinające czaszkę, koszmary zbyt realne, by były tylko snem, i szepty z przeszłości, która nigdy tak naprawdę nie odeszła. Wydaje się, że coś, co obserwuje ją z mroku, pamięta więcej niż ona sama…

Natalia nie ma pojęcia, że jej rodzina skrywa tajemnicę, której konsekwencje przechodzą z pokolenia na pokolenie. To, o czym mówi mroczne proroctwo, nadchodzi i domaga się ofiary. Powrót kuzynki przyciąga dawne lęki i uruchamia lawinę zdarzeń.

W tej opowieści rozgrywającej się w kilku planach czasowych – od przedwojennej Warszawy aż po współczesny świat pozorów – splatają się losy kobiet naznaczonych sekretną magią, krwią i przekleństwem. Natalia będzie musiała zdecydować, ile jest gotowa poświęcić, by wyzwolić się z mocy klątwy, i przekonać się, czy ma jeszcze co ocalić…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68817-71-3
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CIEMNOŚĆ

Jest ciepło, tak dobrze, wygodnie i kojąco.

I cicho.

Głusza relaksująco usypia, tuląc w swych miękkich ramionach niczym poranne fale liżące nadmorskie brzegi, jeszcze niespiesznie i delikatnie. Ciało rozpływa się w mroku. To przypomina sen, dryfowanie w drzemiącej krainie fantazji, bezszelestne jednak, by nie wzbudzić jej czujności.

A może to śmierć? Może tak właśnie wygląda, może nie jest straszna, jest wybawieniem, prawie rozkoszą?

Właśnie tak jest dobrze, tak jest najlepiej.

Mamo?

To słowo brzmi jak dalekie echo, lecz ożywia pewne wspomnienia, a wraz z nimi podsyca niepokój, groźnie obezwładniający wyciszony umysł. Głowa porusza się, nasłuchując uważnie, by lepiej wychwycić kolejny bodziec.

Coś słyszałem.

Ja też, chce krzyknąć; teraz już wie, gdzie jest, a ten fakt powoduje panikę, zamęt w umyśle zastygniętego ciała, rzeźby spoczywającej w najgłębszych, pierwotnych czeluściach, z których nie ma ratunku.

To tylko ja.

Nie, nie, nie.

RZEŹ W LEPKI DZIEŃ

SIERPIEŃ 1987

– Nie, zostaw mnie!

Biegnie nieporadnie i ciężko, ale wytrwale. Ma zaledwie dziesięć lat, a krzyczy tak rozpaczliwie, jakby samo spojrzenie na nią już ją bolało. By manipulować światem zdziera sobie głos, cóż za poświęcenie. Dorośli od razu się litują. Rozpacz miesza się z triumfem, bo znów się udało, a wysiłek był niewielki, bo ta widownia jest niewymagająca. Popisowi sztuki przygląda się ona – dziewczynka o jasnozłotych włosach. Kosmyki opadają na jej zatroskaną twarz, więc w milczeniu zgarnia je drżącymi palcami. Na czole pojawiają się krople potu. Nigdy się nie poci, w przyszłości okaże się to atrakcyjne, jednak dziś czuje niepokój. Powietrze jest lepkie od upału, żar parzy skórę, owady zgrzytają w drzewach obiecujących cień ulgi. Niebo jest czyste, lecz przysięgłaby, że wisi nad nią czarna chmura. Rozgląda się ukradkiem. Jej serce dudni, a w uszach rodzi się szmer. Półszept, trochę świergot. Ptaki nagle podrywają się z gałęzi, żeby uciec przed grozą, która dopiero nadchodzi, a dziewczynka ma wrażenie, że rozumie to, co brzmi jak pierwotna mowa.

Wiatr stoi w miejscu, gdy nikt nie pyta o prawdę. Rumiana i spocona twarz odegrała rolę życia.

Zawsze szukała uznania tam, gdzie nie powinna.

Kobiece spojrzenia zwracają się ku dziewczynce z warkoczem, a ona tylko stoi oszołomiona, jak baranek czekający na rzeź, który jeszcze w pełni nie opanował sztuki chodzenia, a oni już nieszlachetnie pozbawiają go życia. Ręce biją i szarpią, aż tłum poczuje ulgę.

Po zapadnięciu wyroku dziewczynka z warkoczem wstrzymuje oddech. Między drzewami ktoś stoi. A właściwie coś. Gęsta, czarna masa udająca człowieka, mimo iż człowiekiem nie jest. Zło w najczystszej postaci. Jej ciało przeszywa dreszcz. Cień przesuwa się za pniem, a jego oczy błyszczą.

Raptowny podmuch wiatru przynosi wiadomość, a przynajmniej tak zdawało się dziewczynce z warkoczem. Nie myśli już racjonalnie, zaczyna bowiem gorączkować, ale przyrzekłaby, iż usłyszała swoje imię. Zniekształcone, jakby wypowiedziane przez dziecko dopiero uczące się mówić.

Wieczorem jej lewe ramię jest czerwone i podrapane. Mała gorączkuje i majaczy, a w pościeli wypaca swój lęk, cierpiąc przez niezrozumiałe koszmary. Rankiem skóra jest fioletowa, potwornie boli. Bardziej jednak zadręcza wspomnienie snów. Dziewczynka z warkoczem jeszcze nie umie tego wyjaśnić, ale wie, że nadchodzą złe czasy.

CI, KTÓRZY POWRACAJĄ

GRUDZIEŃ 2019

Matka stale przestawia niebieski welurowy fotel spod okna na puste miejsce obok drzwi wejściowych, gdzie witała swoich gości, a swego czasu codziennie ktoś przychodził. Ale już nie przychodzi i Natalia nie rozumie, dlaczego ten fotel znów tam stoi.

Chwyta oparcie i stawia mebel z powrotem pod oknem. Kiedy przypatruje się temu układowi, wreszcie spójnemu, uświadamia sobie, że coś wciąż jest nie w porządku. Do salonu zakradła się dziwna atmosfera.

Musiała wrócić. Ona.

Matka.

A wraz z nią ta siła, która zaistniała przed wszelkim bytem.

Matka snuje się w pokoju obok, niebawem precyzyjnie dobierze płytę angielskiego zespołu rockowego i delikatnie ułoży ją w wiekowym gramofonie. Kolekcja tych cienkich talerzy jest tak ważna, że trzyma ją w eleganckiej drewnianej komodzie kupionej za olbrzymie pieniądze, ale to nie jej zmartwienie, bo wydatkami nie przejmuje się przesadnie. „Pieniądz to rzecz nabyta”, mawia.

Nagle coś przemyka za plecami Natalii. Przysięgłaby, że to zimna, nieludzka obecność. A jednak to matka pojawia się w progu, opiera się ramieniem o futrynę i uśmiecha się lekko, ale bez ciepła.

– Coś tu jest nie tak – mówi Natalia.

– Znów przestawiłaś fotel.

Matka wpatruje się w córkę wielkimi, okrągłymi oczami. Pomalowała się jak zawsze, nakreśliła grube brązowe kreski w głębi powiek. Cmoka z niezadowoleniem. Kwadratowy obcas czarnych pantofli stuka o drewniane deski, kiedy zmierza w kierunku welurowego siedziska, mijając Natalię lekceważąco. W odważnie krótkiej sukience przesuwa fotel, nie przejmując się uszkodzeniami na starym parkiecie ani niebezpiecznie podwijającym się materiałem sukienki. Nie zna pojęcia wstydu.

– Et voilà, tutaj pasuje!

Zajmuje miejsce, mości się wygodnie i odchyla głowę do tyłu, wówczas jej gęste włosy w odcieniu jasnej pszenicy spływają tak wdzięcznie, jakby właśnie wyszła spod ręki mistrza fryzjerstwa. Nikomu nie dawała tyle cierpliwości.

– Ktoś się tu zabił.

Matka zerka na Natalię z politowaniem, a następnie parska wymuszonym śmiechem.

– Słyszałeś, kotku?

Z sąsiedniego pokoju wchodzi ojciec. Tak jak matka porusza się niespiesznie, niespiesznie też wyciąga ramię, by koniuszkami palców tylko musnąć plecy córki, skupiając na sobie zdezorientowane spojrzenie jej krystalicznych oczu.

– Nasze bébé ma zaskakującą wyobraźnię.

Matka tak nie mówiła, nie w ten sposób, nie tak pieszczotliwie. Raczej „to dziecko”, „ta dziewczyna”, jakby łączyło je nic, zero pokrewieństwa.

Ojciec leniwie zbliża się do matki. Jest taki nonszalancki w białych spodniach, niedopiętej koszuli i w mokasynach z miękkiej skóry. Jego gęsta czupryna sprawia wrażenie nieułożonej, choć, podziwiając siebie w lustrze, zawsze dokładnie przeczesuje miodowe włosy drobnym drewnianym grzebykiem, który nosi w tylnej kieszeni jeansów.

Taki młody.

Taki piękny.

Skąpani w pomarańczowym świetle słońca są subtelnie rozmyci, jakby otaczała ich spokojna mgła tajemniczości.

Natalia odwraca się plecami do nich, tak nieprawdziwych, że aż wydają się obcy.

– Musimy już iść.

Znikają, a wraz z nimi złudne wrażenie miłości i bezpieczeństwa. Pokój zmienia się błyskawicznie, bez żółtego blasku ocieka brudem i chłodem. Farba łuszczy się na ścianach, podłoga wykrzywia, żarówki przepalają, a sielskość umyka przez niedomknięte okna.

Rzeczy, których Natalia jeszcze nie widzi ani nie słyszy, choć wypełzają niczym karaluchy, sprawiają, że przeszywa ją dreszcz. Nie może ich jednak przepędzić ani rozgnieść butem.

Cisza jest gęsta, przypomina głuchą przepaść. Mówi, frustrująco mamrocząc, lecz to nie dźwięk sprawia, że twarz Natalii zaczyna płonąć. Lęk dopada stopniowo, powoli odbierając oddech. Podobnie do chmur zwiastujących burzę jej panika wyprzedza nadejście zła. To ostrzeżenie.

Natalia nie chce patrzeć, ale odruchowo rozchyla powieki. Mimo strachu rusza, niespiesznie stawiając pierwszy, chwiejny krok. Wie, że jest w tym samym miejscu, choć układ mieszkania się zmienił. Kuchnia stoi we wnęce bez okna, zatopiona w nocnym mroku przeraża zaniedbaniem. Obrzydliwie pofałdowane linoleum, odrapane drzwi szafek wiszące na poluzowanych zawiasach czy ściany ze łzami tłuszczu.

Szum. Woda, gęsta i błotnista, zapycha kran, wypluwając z niego zgniłe skrzepy do brudnego zlewu. Nad nim pochyla się sylwetka, początkowo tylko cień wyrastający z mroku. Po chwili Natalia rozpoznaje zgarbioną kobietę. Włosy ma krótkie i rzadkie, posklejane u dołu, na górze zaś przerzedzone. Nie porusza się szybko, ale obróciwszy głowę, wywołuje mocniejszy ucisk w piersi Natalii.

Matka? Nie, to nie ona, ale ulga nie nadchodzi, a napięcie wzrasta, kiedy nieznajoma zbliża się z zamkniętymi oczami i podnosi wątłą rękę, aby ująć bark Natalii. Rzężąc, kobieta wydusza z siebie:

– Śmierć.

Wyciąga szyję i głośno obwąchuje złocistą skórę oraz aksamitne pasma włosów. Życie.

– Twoja matka.

Szepnęła, jakby tym samym ulotnił się z niej ostatni oddech, a teraz znika, wycofując się do ciemności, przypominającej bezkresny korytarz do czeluści umarłych. Serce Natalii dudni nierównomiernie w rytm jej płytkiego oddechu.

Nagły podmuch zimna przebiega po jej karku oraz plecach, elektryzująco spływa do palców dłoni i mrozi stopy. To ostatnie ostrzeżenie, zanim w najdalszym załamaniu oka, gdzie wzrok boleśnie się rozmazuje, coś wyrośnie. Natalia wstrzymuje oddech. Jej strach karmi tę zjawę, czymkolwiek właściwie ona jest. W panice spogląda na tę nienaturalną i paskudną sylwetkę, na usta rozchylające się w coraz szerszym uśmiechu, odsłaniającym zepsute zęby. Wokół nich zbiera się ślina, to coś parska bowiem niczym owładnięta furią bestia, ekscytując się zapachem lęku.

Oczy Natalii wypełniają się łzami, kiedy ciepły, świszczący oddech otula jej głowę. To coś jest tak blisko, że niemal dotykają się czołami. Zmora zażarcie wwierca wzrok w Natalię, jakby zamierzała ją skrzywdzić.

Zabić.

Ale Natalia nie chce umierać, nie teraz. Krzyczy, powietrze rozdyma jej płuca, boleśnie rozrywa klatkę piersiową, a ona nabiera go coraz więcej, pragnie wyrzucić z siebie jeszcze głośniejszy wrzask wołający o pomoc, lecz nie może.

Dusi się.

Umrze, dusząc się we śnie.

– Spokojnie.

Zjawa się uśmiecha. Przez moment wygląda jak matka.

– Natalia...

Zaciska wokół jej szyi swoje lodowate dłonie. Czemu to wydaje się znajome? Czy to w ogóle prawdziwe? Natalia zamyka oczy.

– Spokojnie...

Matka. Niemożliwe.

– Już dobrze, to tylko zły sen.

Natalia unosi powieki i widzi matkę, która łagodnie gładzi ją po policzku. Wygląda subtelnie i dziewczęco. Jest młoda.

– Musimy wyjechać.

– Gdzie?

Matka już odchodzi bez słowa, więc Natalia zrywa się za nią, żeby tylko jej nie zostawiła.

– Gdzie?

Matka już nie odpowiada, a Natalia wie, że znów byłaby ciężarem. Pożegnanie jest nieuniknione, matka właśnie zatrzymuje się w drzwiach wejściowych, w których latem zawieszała firankę, i właśnie ta firanka poruszona wiatrem oplata jej ciało. Na początku wdzięcznie i delikatnie niczym kwiat rozchylający swe płatki, aby ją wziąć w objęcia. Później zaciska się jak pętla, bezwstydnie pożerając ją całą, i tylko czasem odsłania skrawek jej zatroskanej twarzy.

– Zawsze przy tobie będę.

Natalia zamiera w lęku. Za plecami czuje zimno cieni tłoczących się gwarnie w nicości pochłaniającej mieszkanie. Warczą, syczą i wyją, jakby cierpiały, niecierpliwiąc się na kolejną zmarnowaną duszę.

Jej matkę.

Zniknęła w firanie zabarwionej gniewem, spod której wysuwa się już tylko groteskowe oblicze. Ta zmora.

– Natalia!

Zrywa się, łapiąc powietrze, jakby wynurzała się z czarnej toni. Wciąż widzi jej twarz. Te oczy. Głos.

Mruga. Białe ściany, światło, cisza i śnieżne, groźne góry za oknem.

– Krzyczałaś.

Wojtek, jej mąż, marszczy czoło, nie ze zmartwienia, ale z pretensją. „Przestań być dziwna”, mówi w tej ciszy jego wymowne spojrzenie.

– Przepraszam.

Natalia przymyka powieki. Chce tylko zasnąć, ale bezskutecznie. Gdy zapada ciemność, wracają obrazy. Od wyjazdu z Warszawy nie dają jej spokoju.

– Nie, nie, nie.

Słyszy głos męża, w tle rozbrzmiewa niezadowolenie syna.

– Daj mamie odpocząć.

Drzwi się zamykają, a Natalia przez chwilę oddycha płytko. Jej serce bije szybko, zacina się i zwalnia. Zsuwa dłoń na klatkę piersiową, a drugą szuka telefonu na drewnianym zagłówku. Informacje ze świata przypomną jej, że to tylko sen, a sny nie mają wpływu na życie.

*

„Mogłaś zostać”, powtarza głos w głowie.

„Jesteś nieodpowiedzialna”.

„Egoistka”.

Miała się nie ociągać. Wojtek wyraził to krótkim zerknięciem, gdy wysiadła z samochodu, a on na moment odwrócił głowę, nie przerywając rozmowy telefonicznej, i upewnił się, że zrozumiała ten bezsłowny przekaz.

Chodnik był posypany solą i zlodowaciały. Szła ostrożnie, całe życie zresztą była uważna. Wkroczyła na podwórko kamienicy na Powiślu, kuląc się pośród potężnych i przytłaczających ścian. Nie rozglądała się, nie szukała jej okien, po prostu ruszyła do klatki. Z wysiłkiem pokonała schody na ostatnie piętro i zawahała się przed wyciągnięciem kompletu kluczy z kieszeni czarnego płaszcza. Przez chwilę przemknęła jej myśl o cofnięciu się, powrocie do auta. Wojtek miał rację. Trzeba zapomnieć.

Ale nie umiała.

Zrobiło jej się gorąco i wściekle zerwała z klamki mały wieniec z rzemykami oraz drobnymi dzwonkami. Pachniał szałwią i czymś intensywnym, nie wiedziała jednak czym, ale wiedziałaby, gdyby tylko się zastanowiła, więc prędko rozdeptała go podeszwą buta i skopała w dół schodów. Powinna odejść, przecież raz już się uwolniła.

Nie. Nie potrafiła. W tle nienawistnych myśli oraz emocji stale przejawiało się jedno słowo.

„Matka”.

„To twoja matka”.

Przekręciła klucz w zamku. Serce zabiło mocniej, w ustach zrobiło się sucho, a lęk ścisnął żołądek, aż poczuła mdłości. Intuicja nieprzerwanie ją ostrzegała, lecz Natalia zignorowała jej sygnał. Nauczyła się żyć inaczej. Nauczyła się nie popadać w obłęd.

W środku panował mrok, ciężkie zasłony zatrzymywały dostęp zimowego światła krótkich dni. Wzrok Natalii musiał przyzwyczaić się do ciemności, a nos mimowolnie się zmarszczył od mieszanki dziwnych zapachów. Ostrość wanilii, co ją zaskoczyło, i potu, kwaśna woń brudu zalegającego w zakamarkach domu, nieumytego ciała. Zaniedbana kuchnia, kurz już na stałe przyklejony do mebli i jego drobinki unoszące się w powietrzu niczym pyłki drzew wiosną. A pośród tego nieładu, skupiska podłości, na swym tronie spoczywała ona.

Jej matka.

Siedziała na welurowym fotelu pod oknem, jakby upchnięta, miało się wrażenie, że zszyta z meblem. Nie ruszała się, nie kiwnęła głową, nie drgnęła jej ręka. Była jak martwa.

Natalia sprawdziła zawartość lodówki i szafek, wszystkie produkty kupione w zeszłym tygodniu pozostały nietknięte. Warzywa zmiękły, na pomidorach pojawiła się pleśń, chleb stwardniał i miejscami zmienił kolor na zielony. Wyrzuciła te rzeczy. „Takie marnotrawstwo”, niemal słyszała Wojtka.

Kątem oka rozglądała się, szukając czegoś więcej, jednak towarzystwo matki ją niepokoiło. Czuła strach podsycany niepewnością, kobieta w fotelu była nieobliczalna. Natalia widziała jej furię, ataki zapomnienia. Minęło ponad dwadzieścia lat, ale te wydarzenia rozgrywały się na żywo, tuż przed nią.

Powód, dla którego ją znienawidziła.

Powód, przez który stała się sierotą.

Natalia mocno zamrugała powiekami. Ciemność obudziła stare koszmary, nie zniosłaby powrotu migreny. Wyszła więc pospiesznie z tamtego przeklętego miejsca, w którym gnieździły się demony jej matki.

Kiedy wsiadła do auta i po raz ostatni zerknęła w okna mieszkania, miała wrażenie, że zasłona się poruszyła.

Zostawiła ją.

Ale matka porzuciła również Natalię. Odepchnęła. Znienawidziła.

Teraz Natalia ściska w dłoni telefon, wystarczy zadzwonić. To trudniejsze, niż przypuszczała, ale Wojtek ma rację. Odkłada komórkę.

*

Stoi w kuchni połączonej z salonem. Za oknami rozpościera się spokojny, zimowy krajobraz. Czasem odwiedzają ich jelenie, raz mieli zaszczyt dostrzec żbika, nocą natomiast wyją wilki. W tej chwili cisza jest tak głęboka, że Natalię zaskakuje gwałtowny dźwięk czajnika. Podchodzi do wyspy, zalewa wrzątkiem filiżankę z zieloną herbatą. W jej głowie przekrzykują się różne myśli, które raptownie przerywa dotyk małych rąk oplatające jej talię.

– Dzień dobry, mamo. – Jej syn, Kosma, całuje ją w ramię, po czym drobnymi dłońmi obejmuje jej brzuch. – Dzień dobry, siostrzyczko.

Chłopiec cmoka brzuch krótko, choć czule, następnie z podekscytowaniem wdrapuje się na stołek. Drzwi zamykają się głośno, najpewniej kopnięciem, czemu wtóruje głos jej męża:

– Umyłeś łapy?

– Tak!

Policzki Kosmy są czerwone z zimna, włosy – zmierzwione od czapki. Macha nogami, czekając grzecznie na Wojtka, który, pocierając dłonie, wchodzi do pomieszczenia.

– Wyspałaś się?

Delikatnie całuje czoło Natalii i przez moment masuje jej bark, lecz po chwili interesuje go wyłącznie lodówka, w której szuka składników do przygotowania ciasta na naleśniki.

– My już po obchodzie.

Jest jej przeciwieństwem, cisza go krępuje, więc mówi o czymkolwiek, nierzadko ciągnąc monolog, ona zaś jest słuchaczem, choć nie zawsze uważnym.

– Chałupa stoi, żadnych śladów zwierzyny.

– Nic nie ma – dodaje dumnie Kosma.

– Raczej niczego.

Kosma jest skołowany, ściągając brwi, ze skupieniem oblizuje palce umazane w truskawkowej marmoladzie. Wojtek prycha, siedmiolatek się nie przejmuje.

– Nie obżeraj się na zapas!

Chłopiec mlaska, słodycz oblepia jego zęby. Natalia przygląda się dziecku, kalce jej męża. Wojtek tymczasem badawczo obserwuje żonę, wszystkie troski malują się bowiem na jej ślicznej twarzy.

– Dwadzieścia minut na kreatywność.

Zarządzenie ojca spotyka się z chwilowym marudzeniem syna, który ostatecznie zabiera zestaw kredek i parę kartek, a następnie siada w salonie z wysokim sufitem, odbijającym echem każdy dźwięk.

– Co cię męczy?

Natalia spodziewała się tego pytania. Wojtek jest cierpliwy. Patrzy na nią, wylewając ciasto na rozgrzaną patelnię. Nie przestaje zerkać, gdy pilnuje smażących się placków, nonszalancko opierając jedną dłoń na biodrze.

– Nic – mruczy w końcu kobieta.

– Mogłabyś mi wciskać ten kit dziesięć lat temu, ale dziś to po prostu kpienie sobie z mojej inteligencji – odpowiada dramatycznym tonem, żartobliwie wymachując silikonową łopatką.

– Naprawdę nic, to tylko głupie sny.

– Jeśli chciałabyś o nich pogadać, to wiesz, że ja zawsze wysłucham.

Mruga do niej, ona grymasi, a on uśmiecha się pod nosem. Wojtek nie wierzy w rzeczy niepoparte naukowymi dowodami. Z programów telewizyjnych o kosmitach i duchach drwi, dotyczy to także snów, wróżek, zabobonów, klątw, horoskopów oraz doszukiwania się znaków od wszechświata lub decyzji losu w przypadkowych wydarzeniach.

Natalia też nie wierzy. Nie chce.

– Wydaje mi się, że muszę wrócić. – Wreszcie zdobywa się na odwagę.

– Dopiero przyjechaliśmy. – Na jego czole pojawiają się poprzeczne zmarszczki, zaraz ściąga usta, a powieki stanowczo przymruża. – Co znowu?

Nie podoba jej się ta zmiana tonu, dlatego Wojtek niezwłocznie rozchyla płaskie wargi w zakłopotaniu, pospiesznie dodając:

– Przepraszam. – Odwraca się gwałtownie, zrzuca na talerz naleśnik uratowany w ostatniej chwili przed spaleniem. – Nie rozpadł się – oznajmia z dziecięcym uśmiechem.

– Mam wrażenie, że coś jest z nią nie tak.

– Z kim?

Jest roztargniony, skupia się na wylaniu odpowiedniej ilości ciasta. Precyzyjnie obraca patelnię, znów jest z siebie dumny.

– Z Lidką – rzuca Natalia.

– Z nią wiecznie coś nie tak.

Żona przygląda mu się z niezadowoleniem, a on irytuje się lekko, że bierze wszystko na poważnie.

– Potrzebujemy trochę śmiechu. – Wojtek wzdycha.

– Może po prostu potrzebujemy trochę samotności?

– Nie zaczynaj.

Kolejny naleśnik trafia na talerz, tym razem jej mąż wylewa ciasto z mniejszym zaangażowaniem. Zagląda w poruszone, lśniące oczy Natalii. Na lewej, niebieskiej tęczówce widnieje brązowa plamka, czyniąc jej urodę jeszcze bardziej wyjątkową i unikatową. Swego czasu znak szczególny przykuwał wszystkie spojrzenia.

– Co mam zrobić? – pyta mężczyzna.

Drażni go jej ucieczka przed spojrzeniem i rozmową. Nie mówi otwarcie o uczuciach, zamiast tego krzywi się i odchodzi. Obraża się, kiedy on dalej pyta:

– Powiedz mi tylko jedno...

– Wojtek, nie chce mi się gadać.

Jego chłopięcy urok zostaje zaatakowany przez jej powagę, spojrzenie mężczyzny gaśnie. Natalii robi się go żal, ale kiedy gotowa jest przeprosić, on otrzymuje powiadomienie na telefon. Zerka ukradkiem na ekran, czyta dość długo i wsuwa komórkę do tylnej kieszeni spodni. Przez chwilę mierzą się spojrzeniami bez słowa.

– Chcesz zobaczyć?

Wojtek sprawia wrażenie obojętnego, gdy podsuwa urządzenie.

– Nie.

– Masz, weź to.

– Nie.

Natalia odwraca głowę w tym samym momencie, w którym smartfon ląduje tuż przed nią.

– Weź, bo inaczej mi nie uwierzysz.

– Wierzę ci.

– Ta.

Wojtek bierze stos naleśników oraz wyręcza Natalię, gdy ta chce przygotować talerze i sztućce, a potem woła Kosmę. Cała trójka zasiada przy długim stole, przy którym zawsze są sami.

– To był Marcin, chciał potwierdzić datę wyjazdu do Tyrolu.

– Dobrze.

– No i dobrze – wzdycha Wojtek.

– Nie mówi się z pełnymi ustami – przerywa mu syn.

– Słusznie, więc jedz i nie gadaj.

*

W samochodzie panuje cisza, radio jest wyłączone. Wrócili wcześniej. Wojtek nazwał ją przewrażliwioną i niezwłocznie przeprosił, uświadamiając sobie krzywdzącą potęgę słów.

Czarna terenówka przemierza zachlapane brudnym śniegiem warszawskie ulice, mknie czasem zbyt szybko i zbyt gwałtownie hamuje w ostatniej chwili, choćby teraz, przez czerwone. Czekając na zmianę sygnalizacji, Natalia spogląda na telefon, wybiera numer i spotyka się z uciążliwie długim sygnałem.

Zielone.

Pedał gazu dotyka podłogi, samochód wyrywa się do przodu, silnik głośno ryczy, a piesi z opóźnieniem odwracają głowy znad szczelnie otulających ich szyje szalików. Wojtek nie popiera jej brawurowej jazdy, ale sam zaszczepił w niej pasję do prędkości, kiedy zaprosił ją na tor i uczył prowadzić. To wtedy się w nim zakochała.

Natalia dodawała gazu, przerażając i rozśmieszając go jednocześnie. Siedział obok niej, kurczowo ściskając drzwi ciasnego Porsche i obserwując licznik. Sugerował jej, kiedy zmienić bieg, czasem zmieniał go za nią. Zdarzało mu się sięgnąć do kierownicy, nakierować auto bliżej czerwonego krawężnika i zachęcić, by się nie bała, by maksymalnie przyspieszyła na ostatniej prostej. Gdy wysiedli, na jego czole połyskiwał pot. Pomógł jej zdjąć kask, właściwie zrobił to za nią, ponieważ nadal buzowała w niej adrenalina. Nigdy więcej nie słyszał, aby mówiła tak dużo, tak szybko i z takim przejęciem. Nie cieszyły jej nawet kontrakty, wybiegi, okładki i pieniądze, które płacili jej za bycie ładną.

– Powinnaś zostać kierowcą rajdowym, a nie modelką.

Wtedy pisnęła i parsknęła jednocześnie, a zabrzmiało to tak zabawnie, że sam nie mógł opanować swojej wesołości. Kiedy zauważyła fotoreporterów, włożyła maskę.

Irytuje ją, że stoi za małym Fiatem, bo najpewniej nie ruszy szybko. Ludzie żwawo pokonują przejście dla pieszych przy Karowej, a wśród nich Natalia rozpoznaje pewną kobietę. Nie pomyliłaby jej z nikim innym, nie po tym wszystkim.

Tak, to ona.

Serce Natalii bije coraz szybciej. Poczuwszy bolesny skurcz w klatce piersiowej, mocniej zaciska palce na kierownicy. „Nie panikuj”, powtarza sobie. Ale ona tam jest, już przeskakuje zaspę przy chodniku.

Natalii zasycha w ustach. Tamta przecięła jej drogę niczym czarny kot zwiastujący nieszczęście.

Wdech, wydech.

Zielone, Fiat jeszcze stoi. Natalia trąbi, włoskie auto skacze, ruszając, a tamta znika.

Chwilę potem Natalia zostawia terenówkę na ulicy, na awaryjnych, wejdzie tylko na chwilę. Niesie w dłoni bukiet świeżych żółtych kwiatów. Ulica i podwórko są puste, ale kiedy jej sylwetka mknie w kierunku drewnianych, skrzypiących drzwi, parę firanek porusza się nieznacznie.

Klatka schodowa zniechęca chłodem i ciszą. Na klamce znów wiszą rzemyki i kryształy. Natalia zrywa je prędko i rzuca na półpiętro. Zaraz ponownie się piekli, nie może znaleźć klucza w kieszeniach kaszmirowego płaszcza. Tak jakby usilnie chował się przed jej dłonią, ale w końcu go ma i dostaje się do mieszkania.

Najpierw uderza on, nawarstwiony i gryzący gardło, oblepiający wszystkie pomieszczenia i jej płuca – smród. W duchocie nagrzanego wnętrza i pozamykanych okien Natalii robi się słabo, ale ostrożnie stawia pierwszy krok. Słyszy telewizor, stacja informacyjna. To niemożliwe, jej matka nie ogląda telewizji, nie słucha radia, nie wypowiada ani jednego słowa. Żyje, a jednak umarła wiele lat temu.

Drugi krok, podłoga skrzypi. Natalia ogląda niepokojące rysunki na ścianach wykonane za pomocą wszystkiego, co znalazło się pod ręką. Mroczne oblicza, malowane w obłędzie, dziś obserwują w milczeniu. Natalia nie przygląda im się długo, potrafią zmącić nawet najbardziej odporny umysł.

Kolejny krok, drewniany parkiet skrzypi głośniej. Wrócił nieznośny lęk. Odrętwiałymi koniuszkami palców Natalia pociąga dekolt swetra, by uwolnić napięcie.

Fotel stoi pusty, nie ma jej tam.

Natalia nie potrafi odeprzeć ataku paniki. Wraz z nim nadchodzą rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka, a których nie zamierza szukać. Nie tutaj, nie sama, nie dziś i nigdy więcej.

Szybko rozchyla płaszcz, w mieszkaniu jest nieznośnie gorąco. Ma wrażenie bycia obserwowaną, jakby każda wnęka w cieniu skrywała parę wnikliwych oczu.

– Lidka?

Odpowiada jej reklama leku na hemoroidy.

Natalia z trwogą wychyla się z przedpokoju i kątem oka ją dostrzega. To tylko ułamek, nie potrzebuje więcej, by zgubić kwiaty, wycofać się, uciec w popłochu, niedokładnie zatrzasnąć za sobą drzwi. Zbiegając na dół, agresywniej szarpie sweter przy szyi, musi zaczerpnąć lodowatego powietrza. Duszności odbijają się echem od wyremontowanej elewacji kamienicy.

Kiedy Natalia czeka w samochodzie, widzi ją. Przyjrzała się zbyt uważnie, żeby wymazać to z pamięci.

Drzwi balkonowe chowały się za stromym skosem sufitu. Matka ciągle wychodziła na papierosa, latem całymi dniami przesiadywała tam na stołku. Teraz musiała wspiąć się na ten stołek, żeby przerzucić prześcieradło przez drewnianą belkę, owinąć je wokół szyi i mocno zacisnąć. Ostatnia próba z paskiem się nie udała, zerwał się. Tym razem Lidka zawisła. W ciemności Natalia widziała tylko kontur wątłej sylwetki. Czy miała siną skórę? A oczy otwarte?

Opuszcza szybę, gwałtownie łapie powietrze. Jej wzrok przykuwają okna mieszkania na poddaszu, ktoś poruszył ciężką zasłoną. Natalia mimowolnie rozchyla usta z przerażeniem, wpatrując się w cień znikający za grubą tkaniną. Szybko odwraca głowę i podgłaśnia radio.

Dwaj medycy zjawiają się w tym samym czasie, kiedy kończy rozmawiać z Wojtkiem. Policjanci przyjeżdżają wkrótce po nich. Wspinając się po schodach, myślą, jak poprosić o zdjęcie, czy właściwie wypada. Lekarz oznajmia sucho:

– Pani stanie sobie tam, bo tu się zaraz ludzie zbiorą i będą się gapić, a nie ma na co.

Żwawym krokiem przechodzi do sypialni matki. Zerka, nie mogła się powstrzymać, ale prędko zwiesza głowę, uciekając wzrokiem przed tym, co tłumaczy jako omamy ze stresu.

Stoi tam, ten cień.

Natalia depcze kwiaty, oni również, trochę jej ich żal. Z obrzydzeniem ujmuje zakurzone zasłony, a następnie rozsuwa je i wpuszcza do środka światło. Otwiera okna na oścież, uwalniając mieszankę dusznych smrodów. Zostaje tu, przy parapecie oblepionym woskiem, a także posypanym popiołem i pokruszonymi ziołami. Ze smutkiem przypatruje się pozostałościom obłędu matki.

Krzyżuje ramiona. Wszystko ją obrzydza, a w szczególności łóżko. Materac i pościel są brudne, szarawe, w niektórych miejscach poplamione moczem, krwią lub czymś lepkim. Jak Lidka mogła w tym spać?

Natalia znów wwierca wzrok w granitowy parapet. Nie chce patrzeć, nawet wyobraźnią nie chce widzieć ciała matki uwięzionego w spazmach gorączki i samotności. Nie chce też dostrzec tego, co posuwiście nadchodzi, przypominając o tym, że tu jest. Tego cienia.

Jej broda drży, kiedy ogarnia ją wrażenie, że ktoś stoi za jej plecami. Poczuwszy podmuch zimna, wzdryga się. W tym samym czasie medycy odcinają prześcieradło. Ciało matki wyślizguje się im, czaszka wydaje głuchy dźwięk po uderzeniu o podłogę. Natalia wychyla głowę przez okno.

Wdech, wydech.

– Na razie nie stwierdzam udziału osób trzecich. Pani matka zmarła przez przerwanie dopływu krwi i niedotlenienie mózgu – mówi jeden z lekarzy.

– Od razu? – pyta niepewnie słaby głos Natalii.

– Ta. No i ma na rękach rany kłute, co mogłoby wskazywać, że wcześniej próbowała zabić się w inny sposób.

Krew na pościeli.

– Jakby pani chciała, to dam namiary na zakład pogrzebowy.

Natalia odwraca głowę w kierunku tego drugiego. Mężczyzna drapie się po zarośniętym policzku, skóra jego rąk jest fioletowa.

– Znam też firmę, która sprząta po takich akcjach.

– Po takich akcjach – powtarza za nim bezmyślnie Natalia.

– Takie czasy, żyć się nie chce.

Natalia potakuje drętwo, skupiając się na wyświetlaczu komórki. Ma wrażenie, że czas stanął. Chwilę później otwierają się drzwi wejściowe.

– Szybciej się nie dało.

Widok męża przynosi ulgę, w przypływie emocji Natalia roni kilka łez. W jego ramionach odnajduje spokój, który przerywa męski głos:

– Przewieziemy ciało do kostnicy. Potrzebna będzie oficjalna identyfikacja.

Natalia beznamiętnie przytakuje głową, nie słucha. Odwróciwszy się plecami do całego mieszkania, wtula policzek w Wojtka. Widziała Lidkę kilka dni temu i choć wie, że jej matka już nie żyje, nie jest w stanie połączyć tej wiadomości z widokiem wynoszonych zwłok. Odnosi wrażenie, że to nie Lidka, to niemożliwe.

Gdy zostają już sami, Wojtek uchyla pozostałe okna i drzwi balkonowe, nie dotykając przy tym mebli. Wielkimi krokami omija zabrudzenia na podłodze, na której gdzieniegdzie wyskrobano symbole. Takie same też namalowano na ramach okien oraz drzwi wejściowych.

– Dzwoniłaś do Cruelli?

Natalia kręci głową. Poskromiwszy pokusę spojrzenia na podłogę, gdzie przed chwilą leżała bezwładna sylwetka, ostrożnie opiera koniuszki palców na gałkach szafy, jakby sprawdzała, czy się poparzy. Zaskoczona tym, że nic się nie stało, szczelniej obejmuje uchwyty i otwiera skrzydła, których skrzypienie dawniej ją przerażało. Jej oczom ukazuje się potężne brązowe futro z podobizną tygrysa na plecach oraz elegancko wyszytymi na podszewce inicjałami Lidki. Jej matka nosiła ten płaszcz nobliwie. Został zaprojektowany z myślą o niej, niepowtarzalny i jedyny na całym świecie.

– Serio?

Natalia dostrzega drwiący uśmieszek męża, ale zabiera futro. Teraz zawiśnie w jej szafie, tam będzie bezpieczne.

– Tego już nie ruszaj.

Wojtka obrzydza sterta brudnych szmat zalegających na dnie szafy, jednak Natalia, mimo niezadowolenia męża, otwiera porzucony kuferek i wzrusza się na widok wycinków z gazet, magazynów, skromnej kolekcji filmów, a także zestawu perfum oraz szminek w pudełku ozdobionym jej młodszą twarzą.

– To moje ulubione zdjęcie.

Wojtek wskazuje palcem siedemnastolatkę, w której oczach widać jakiś lęk i melancholię. Właściwie w jednym oku, drugie chowa się za ramieniem oraz niedbale opadającymi włosami, które w rzeczywistości precyzyjnie ułożono do zdjęcia. Letnie słońce, dziewicza łąka i nieskazitelnie szlachetny urok dziewczyny kupiły uwagę wszystkich.

W uszach jej szumi. Jak chrobot, szelest wyszeptanego głosu, ten nieznajomo znajomy dźwięk uświadamia jej, że już go słyszała. Natalia bez zastanowienia odwraca głowę, wówczas wzrok zatrzymuje się na podłodze. Blade, zimowe światło rzuca wąską łunę na deski, do których ona, jak w transie, zaczyna zbliżać się na czworaka. Porusza się powoli, nie odrywając spojrzenia od tańczących w migawce drobinek kurzu, aby za chwilę niczym w hipnozie ułożyć palce na klepkach podłogi.

– Natalia?

Słucha niejasnego pomruku. Brzmi tak, jakby docierał nie tylko z piętra niżej czy samej piwnicy, ale z najdalszej otchłani. Przeraża swym niskim grzmieniem, jednocześnie fascynując.

– Serio, pora się stąd zbierać.

Wojtek zatrzymuje się nad żoną, aby pomóc jej wstać, po czym podnosi kwiaty i opuszczają mieszkanie. Mężczyzna zamyka drzwi i pociąga za klamkę dla pewności.

– Jeśli chcesz, to ja zadzwonię.

– Chyba ja powinnam ją poinformować.

– Nie potrzebujesz więcej stresu.

Oboje wychodzą na ulicę. Śnieg zaczyna prószyć, drobne płatki osadzają się na ich włosach. Natalia rzuca krótkie spojrzenie na balkon.

Na przejściu dla pieszych to była ona.

Czarny kot.

*

Sen jest płytki i niespokojny. Boli ją całe ciało, przez piorunujący ucisk w kręgosłupie czasem wątpi w jego siłę. Nie może spać, otwiera oczy. Powieki ma ciężkie, suchość pod nimi przypomina piasek. Przed snem upewniała się, że lampka na komodzie jest włączona, jednak Wojtek musiał ją zgasić. Irytuje go przydymione światło w nocy, z kolei ją drażni jego brak. Noc ma w sobie coś z niepokoju.

Natalia próbuje wstać, jednak obezwładnia ją paraliż. Usilnie chce poruszyć palcem u dłoni, lecz on nie drgnie. Strach wdziera się w jej umysł. Nie czuła się w ten sposób przez wiele lat, więc żyła w przekonaniu, że jest wolna od koszmarów. Od narzuconego dziedzictwa matki. Natalia nie podda się temu samemu szaleństwu.

Nie.

A jednak ogarnia ją panika, bo zza pleców wyrasta cień. Nieruchomo zasiadł na granicy ścian i sufitu, w kącie pozbawionym światła i miejsca. Tam, gdzie kłębią się najmroczniejsze myśli i obawy. Tam, skąd ogląda ją czymś, co przypomina parę oczu.

Cień powoli zsuwa się na podłogę. Natalia nie wydusi z siebie najdrobniejszego jęku, tak jakby cień wyłącznie tym, że jest, nakazywał jej milczenie. Istnieje więc przed jego makabryczną ciemnością, która niespiesznie pochłania całą sypialnię, bezkarnie przejmując wszystko na własność.

Jego własnością jest też Natalia, na której ramieniu kładzie swą zimną dłoń, wówczas ten ciężar boleśnie zapada się na delikatniej skórze, niemalże wżynając w nią.

Nagle czas zwalnia. Słychać już tylko rytm serca Natalii, której oczy gwałtownie skanują otoczenie, ale wydaje się jej, że reakcja i ruch trwają wieczne. Kiedy wreszcie obraca głowę, zauważa oblicze, początkowo niewyraźne. W pożerającym mroku twarz nabiera rysów Lidki. Jej usta ociężale się otwierają, jakby cierpiała. Lidka chce krzyczeć, ale jej desperacki wrzask nie zakłóca ciszy.

Natalia się zrywa, zwracając na siebie uwagę Wojtka. Mężczyzna dokładnie obserwuje żonę, wsuwając czarne spodnie od garnituru na długie nogi. Pyta łagodnie, choć z przejęciem:

– Zły sen?

Natalia spogląda na niego nerwowo, wciąż czując na swoich ramionach mocny ścisk lodowatych palców.

– Jeśli chcesz, zostań.

Nie odpowiada mu, przygotuje się. Wyprostuje włosy, zrobi subtelny makijaż, włoży eleganckie ubrania. Nikt nie spostrzeże lęku pod maską wyuczonej powściągliwości.

A jednak na parkingu Natalia zastanawia się nad ucieczką. Co, jeśli nie przyjdzie na pogrzeb własnej matki?

Czuje, że chce jej się płakać, dusi w sobie zbyt wiele emocji. Czuje także ciekawskie spojrzenia przechodniów, gości na tym wydarzeniu i fotoreporterów rozpoznających jej piękną twarz. Sto siedemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu plus wysokość cienkich szpilek kozaków nie przemknie niezauważenie.

Nie przed tym, co znów zaczęło za nią podążać.

Wojtek idzie pierwszy, maszeruje z ich synem u boku. Natalia kroczy za nimi, dźwięk obcasów głośno odbija się od chodnika. Szuka dłoni mężczyzny, mocno ją ściska. Na widok fotoreporterów Wojtek pyta:

– Ma przyjechać jakaś gwiazda?

– Tylko nie mów głupot.

– Ja? W życiu.

Parska, a ona ma tylko nadzieję, że uda jej się prześlizgnąć bez wysłuchiwania kondolencji.

– Natalio!

Płaczliwy głos woła ją z boku, ręce są już wyciągnięte, by chwycić ją i utulić na siłę. Niech to dobrze wygląda w prasie i internecie, niech oglądają jej lepszy profil z wyćwiczonym grymasem smutku. Szminka na cienkich ustach prawie oślepia czerwienią.

„Oddychaj”, powtarza w myślach Natalia, starając się zapanować nad piszczeniem w uszach.

Przestaje oddychać.

Ramiona Teresy, siostry jej matki, oplatają niczym bluszcz. Natalia odsuwa się od ciotki, a gdy jej partner, krępy mężczyzna w kapeluszu, rozkłada ręce, Natalia wyciąga tylko dłoń, wyraźnie sugerując dystans. Jest zawiedziony.

– Tak mi przykro, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie to dla mnie ciężkie.

Oczy Teresy błyszczą, ale na pewno nie od łez. To głód szansy na powrót, być może czytelnicy będą chcieli wysłuchać jej historii na nowo. Jest już na to przygotowana.

– Nie mogę spać od wielu dni.

– Może to zmiana ciśnienia? – rzuca Wojtek, biorąc syna na ręce.

– Nawet nie wiesz, jaka to dla mnie potworna strata.

Jej głos drażni Natalię. Zniża go pompatycznie, nadmiernie pociąga nosem i ociera chusteczką policzki, które są suche od łez, choć lepkie od makijażu.

– Pomyślałaś już o mieszkaniu?

– Nie.

– Muszę zabrać stamtąd parę rzeczy.

Natalia wyobraża sobie pośpiech, z jakim Teresa wyrywałaby szuflady i szafki w poszukiwaniu kosztowności.

– Muszę coś stamtąd zabrać!

Ciotka próbuje jeszcze ją zatrzymać, desperacko zaciska swe palce na nadgarstkach Natalii, ale ona odchodzi, nie patrząc już więcej w te zachłanne ślepia.

– Wiedźma wygląda jak stara kocica w tym swoim wdzianku. – Wojtek nie musi widzieć miny żony, by wiedzieć, że udało mu się ją rozśmieszyć. – Różowa pantera.

– Przestań.

Tłumi śmiech, reakcję na stres. W milczeniu obserwują ciotkę witającą czarnowłosego chłopaka, a tuż po nim dziewczynę w krótkiej futrzanej kurtce w cętki. Po chwili jej obrysowane czarną kredką oczy świdrują Natalię. Krótko ścięta grzywka odbija się od czoła, stercząc sprężyście.

– Siostra się nie przywita? – wzdycha wymownie Wojtek.

– Jest wściekła.

Mieszkanie na Powiślu stało się złotem, a te dwie zadręczają Natalię telefonami pełnymi podłych słów i żalu. Żadna z nich nie widziała cierpienia Lidki, gdy przynosiły gotowe do podpisania dokumenty. Ojciec Natalii był zapobiegliwy.

– Idą tutaj.

Oboje przypatrują się tej parze, wówczas za plecami dziewczyny w cętkach i chłopaka przemyka kobieta, którą Natalia od razu rozpoznaje.

Czarny kot, a wraz z nim niepokój.

Natalia mocniej ściska dłoń męża. Wirowanie w żołądku staje się nieznośne, a przeszywający głowę ból przypomina punktowe wbijanie igieł w mózg, coraz intensywniejsze.

– Niedobrze mi.

Ukłucie w sercu ją przeraża. Czy to zawał? Jej płuca zapadają się pod ciężarem miażdżonej paniką klatki piersiowej.

– Hej, jestem tutaj.

Wojtek delikatnie ujmuje jej brodę, nakierowując wzrok żony na siebie. Uśmiecha się do niej łagodnie, po chwili głęboko nabiera powietrza nosem i wypuszcza ustami. Natalia rozgląda się wokół. Nie chce, żeby widzieli ją w tym stanie. Cień powraca, ale chowa się w oddali.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij