Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Kraków cywilizacjonistów 2055 - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
22 kwietnia 2021
Czytaj fragment
Pobierz fragment
32,00
Cena w punktach Virtualo:
3200 pkt.

Kraków cywilizacjonistów 2055 - ebook

Kraków, 2055 rok. Zbliżają się pierwsze w historii wybory na prezydenta Ziemi, w których startuje dwóch skrajnych w swoich poglądach kandydatów. W trakcie kampanii naukowcy dokonują sensacyjnego odkrycia – w jednej z niezbadanych jaskiń w Tatrach znajdują zahibernowanego żołnierza z czasów drugiej wojny światowej. Lekarze przywracają go do życia, a jego przebudzenie momentalnie staje się wielkim medialnym i politycznym wydarzeniem. Każde słowo hibernatora może zaważyć na wynikach wyborów, dlatego prawdopodobnie on sam stanie się ofiarą medialnej wojny dwóch zwaśnionych stronnictw. Jak człowiek urodzony w pierwszej połowie XX wieku odnajdzie się w nowej rzeczywistości po ponad stu latach letargu? Co zmieni pojawienie się przybysza z poprzedniej epoki w nowoczesnym, liberalnym świecie?

Adamowi wyjaśniono tylko, że jedzie na Antarktydę w nagrodę oraz żeby trochę urozmaicić życie naukowcom. Coś w stylu wyjazdu artystów do zagranicznych baz wojskowych. Organizuje się je dla rozluźnienia, dla pokazania im, że kraj o nich pamięta oraz dla przypomnienia w ojczyźnie, że ktoś pełni dla niej służbę gdzieś daleko, w ciężkich warunkach.
– Ty będziesz takim arktycznym artystą. Pogadasz z nimi, poopowiadasz im o swoim odkryciu. Chcemy, żebyś nie był anonimowy. Niech twój sukces przebije się do ogółu.
– Dlaczego lubi pan chodzić w góry? – Ktoś go zapytał.
– Bliżej nieba jest się wolnym.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8219-222-3
Rozmiar pliku: 991 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

HIBERNATO

13 czerwca 2055, Tatrzański Park Narodowy. Właśnie trwał najcieplejszy rok w Polsce, od kiedy mierzy się temperatury powietrza. Ten czerwcowy, ciepły, słoneczny, bezwietrzny poranek wykorzystano do przeprowadzenia oględzin parku po zimowych lawinach. Grupa pracowników parku oraz TOPR-owców sprawdzała świeże rumowisko kamieni, jakie zostało po ostatniej lawinie śnieżnej, która zeszła pięć miesięcy wcześniej. Wciąż nie znaleziono wszystkich jej ofiar. Dopiero czerwcowe słońce stopiło polawinowy śnieg, co umożliwiło dokładne oględziny miejsca oraz ocenę zniszczeń u stóp Małołączniaka. Góra nie należała do najbardziej znanych w Tatrach, ale to właśnie ona skrywała najgłębsze tatrzańskie jaskinie… Wchodziła w skład Czerwonych Wierchów. Jednak dziś cel stanowiło lawinisko. To na nim skupiona była uwaga zgromadzonych.

W pewnym momencie jeden z ludzi nachylających się nad rumowiskiem wyczuł prąd zimnego powietrza wydobywający się z podnóża góry. Adam, czując, co to może oznaczać, najpierw zesztywniał i poczuł mrowienie na całym ciele, a po chwili zakrzyknął:

– Do mnie! Pomóżcie mi!

Przebywający w pobliżu natychmiast rzucili się do pomocy. Myśleli, że znalazł ciało. Gdy zobaczyli, że nic tam nie ma, popatrzyli na niego z wyrzutem.

Widząc to, zapytał drżącym z podniecenia głosem:

– Nie czujecie zimnego prądu powietrza?!

– Prąd to ja czułem w herbatce – odpowiedział jeden ze zgromadzonych.

Adam był skrupulatnym, wręcz pedantycznym TOPR-owcem oraz członkiem klubu grotołazów. Jego zamiłowanie do porządku objawiało się też w bezwzględnym przestrzeganiu przepisów. Kolegów mu to nie przysparzało, jednak w klubie oddawano w jego ręce każdą papierkową robotę. Za to nikt z nim nie chciał podróżować samochodem, oczywiście jeśli to on siedział za kierownicą. Był typem człowieka, który na widok żółtego światła zawsze hamuje. Nigdy nie dodaje gazu, żeby zdążyć przejechać. Tylko góry sprawiały, że pozwalał sobie na ryzyko, trochę luzu. Paradoksalna osobowość – z jednej strony eksplorator odkrywca, a z drugiej samotnik przestrzegający przepisów.

– Stała pięćdziesiątka to jest dobra przy piciu, nie za kierownicą – mówiono mu.

Samojezdne pojazdy elektryczne, kierowane przez komputer, wciąż były droższe i niestety bardziej wypadkowe niż zwykłe samochody z kierowcą. Tylko osoby po siedemdziesiątce były zobowiązane poruszać się pojazdami samojezdnymi. Był to wynik coraz większej długości życia. W ten sposób postanowiono zmniejszyć liczbę wypadków powodowanych przez osoby w wieku emerytalnym. Ludzie-roboty na większą skalę pojawili się tylko jako recepcjonistki w hotelach i w punktach informacyjnych, jako kasjerzy oraz w wojsku i policji jako saperzy. W innych branżach bano się stosować je w większym zakresie z powodu groźby hakerskiego ataku lub zawirusowania.

Po słowach o herbatce Adam złapał jego rękę i mocno przyciągając do siebie, skierował w miejsce, gdzie poczuł prąd powietrza. Dopiero wtedy „herbatnik” zrozumiał…

– Tam rzeczywiście coś jest, choć może to być tylko wąska szpara – powiedział, chcąc lekko ostudzić entuzjazm ewentualnego odkrywcy.

Rzucili się jednak do odgruzowywania tego miejsca, żeby móc zobaczyć źródło prądu powietrza. Niestety, niektóre odłamki skalne były zbyt ciężkie.

– Tu potrzeba specjalistów od eksploracji – grotołazów, speleologów i geologów. Oni sobie z tym poradzą – zdecydował Adam.

Minęło kilka dni. Czekano na speleologa. Najbliższy naukowiec tej profesji pracował na AGH w Krakowie. Nie mógł od razu rzucić swoich zajęć i przyjechać. Adam zaś, jako potencjalny odkrywca, chciał mieć kompletną ekipę, ludzi z każdej potrzebnej dziedziny.

Kolejni członkowie ekipy przybywali na miejsce różnymi środkami transportu – część przyleciała drosami, część helikopterem, na którego pokładzie znajdowała się aparatura do kruszenia skał. Większe głazy planowano zamieniać w kruszywo i odsuwać na bok. Prace te trwały dwa dni. Działano w spokoju, ponieważ nikt mediów nie informował, a zdjęcia, które im robili turyści, nie wzbudzały zainteresowania na portalach społecznościowych. W pracy pomagały też egzoszkielety, najczęściej wykorzystywane w wojsku i straży pożarnej. Dzięki takiemu sztucznemu ramieniu jedna osoba mogła podnieść sto kilogramów bez żadnego wysiłku.

Wreszcie się udało. Oczom zebranych ukazała się szczelina szerokości pół metra i wysokości około półtora metra. Najpierw wpuszczono tam skaner, który przypominał ważkę. Z przodu była zamontowana kamerka, a z tyłu skaner. Przed eksploracją chciano zobaczyć, co się kryje w jaskini i czego się tam spodziewać. Obraz odczytywano w tej samej chwili na telefonach lub zegarkach, w zależności od tego, co kto używał. Geolog zbadał jaskinię za pomocą georadaru, który ustawiony przy wejściu pokazał, że jej głębokość wynosi jakieś sto metrów. Oczywiście było jasne, że trzeba zbadać ręcznie, czy tak daleko da się w ogóle dojść. Robiono przy tym zdjęcia fotogrametryczne, które miały pomóc stworzyć mapę jaskini.

Dros był statkiem powietrznym, zwanym też często dronem jednoosobowym. Mógł latać bezzałogowo. Kierowało się nim jak typowym dronem – lub też klasycznie przez pilota. By móc nim podróżować, trzeba było zamontować odpowiednie obramowanie, takie jak w przypadku lotni. Energię czerpał z baterii lub promieni słonecznych.

Oczom „ważki” ukazała się jaskinia mocno oblodzona w pobliżu wejścia i wilgotna w głębi. Widoczne były dwie komory. Resztę należało zbadać, eksplorując jaskinię.

– Zaczynamy jutro skoro świt, tak by maksymalnie wykorzystać dzień, słońce i sprzyjającą temperaturę – oznajmił Adam. – Ważne, że na najbliższe dni nie zapowiadają opadów deszczu.

Ciągle udawało się utrzymać całą sprawę w tajemnicy. Pozwalało to w spokoju zbadać jaskinię i dopiero wtedy pochwalić się odkryciem.

– Myślałeś już o nazwie? – zapytał Adama jeden z zebranych.

– Myślałem, mam parę pomysłów. Ale najpierw chcę wejść do środka i zobaczyć, czy moje pomysły pasują do tej jaskini. Nie chcę jej krzywdzić złą nazwą. Tak jak rodzic nie powinien krzywdzić dziecka byle jakim imieniem. Żaden Pankracy, Alfons, Loda czy Lew. Nie powinno się do syna mówić na pan, sugerować mu zawodu ani nazywać córki jak deser…

– Pan chyba nie ma dzieci? – spytał geolog przybyły z Krakowa.

– Żony też nie mam.

– Ooo, dlaczego? – zapytał z udawanym zdziwieniem.

Wskazując na łąkę nieopodal, odpowiedział:

– Jestem sam, ponieważ na łące trafiam same dmuchawce, makówki, a szukam niezapominajki lub dzikiej róży, hiacynty, ale nie żadnej narcyzy, nie jestem desperatem!

Zebrani zrozumieli powód jego samotności. Nie trzeba było już nic więcej dodawać.

Skoro świt przy szczelinie będącej wejściem do jaskini zebrała się grupa eksploratorów. Po przymocowaniu lin i przygotowaniu sprzętu do badania wnętrza rozpoczęto eksplorację. Uczestnicy wyprawy dotknęli wnętrza jaskini, a dokładniej – wnętrza jej komory. Wszyscy odczuwali ekscytację z tego powodu, że są pierwszymi ludźmi, którzy postawili w niej nogę. Wilgotne ściany, zimne powietrze, wąski pasek światła dochodzący do jej dna – resztę rozświetlały lampy umieszczone na kaskach eksploratorów. Słupy światła z tych lamp co chwila krzyżowały się ze sobą lub ze światłem z zewnątrz. Z każdym oświetlonym i przebadanym wzrokiem metrem ekscytacja rosła. W pewnym momencie na dnie komory, tuż przy końcu lodowego jęzora, coś delikatnie zabłysło. Stało się to dokładnie wtedy, gdy Adam obserwował ten fragment jaskini. Promień światła lampy przesuwający się po powierzchni ścian przeszedł po czymś, co go odbiło. Dopiero po chwili, gdy dotarło do niego, że coś się tam odcięło od otoczenia, odruchowo powrócił w to miejsce wzrokiem. Coś rzeczywiście lekko błyskało. Postanowił podejść w to miejsce. Musiał iść wolno i uważać, by się nie poślizgnąć na wilgotnym podłożu. Gdy się zbliżył, schylił się i wyciągnął rękę, by sprawdzić, co jest źródłem błysku. Był to medalik z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Gdy chciał go zabrać, by dokładnie mu się przyjrzeć, okazało się, że medalik jest na łańcuszku. Łańcuszek zaś wchodził częściowo w lodowy jęzor.

– Ma ktoś coś ostrego? – zapytał. – Muszę skruszyć lód, znalazłem coś.

Gdy jeden z obecnych podał mu nóż, spróbował skuć lód i wydobyć medalik. W tym momencie aż podskoczył. Na końcu tego łańcuszka ukazał się bowiem ludzki palec…

– Przerywamy natychmiast pracę! – krzyknął Adam, zasypując równocześnie palec lodem.

– Czemu?! Co się stało?! – padały pytania.

– Znalazłem ludzkie szczątki. Nie będziemy ich ruszać. Tu może być ich więcej. Niech się tym zajmą odpowiednie służby, nie chcę mieć problemów. Tym bardziej, że zaraz się dowiedzą o tym media. Chcecie mieć problemy? Zaraz będą szukać sensacji. Niech się z nimi służby bawią. My i tak już swoje zrobiliśmy. Nikt odkrycia mi już nie odbierze.

– Chciałeś powiedzieć – nam nie odbierze?

– Tak, nam, ale przecież mam w nim główny udział! – powiedział, jak zawsze bez emocji, chłodno i trzymając się faktów.

Na miejsce wezwano policję i lekarza. Oznaczało to chwilową przerwę w badaniu jaskini. Grupa „odkrywców” czekała na miejscu na przybycie służb. Najpierw będzie trzeba określić, co kryje lód, skąd „to” się tam wzięło i jak długo się tam znajduje.

Wreszcie przybyła policja, prokurator oraz lekarz. Teren został oczywiście ogrodzony, a lodowy jęzor i jego otoczenie dokładnie obfotografowane. Następnie przystąpiono do wyciągania ludzkich szczątków. Jak się okazało po odsłonięciu palca z jęzora, wraz z nim była tam cała dłoń. Po odsłonięciu dłoni okazało się, że jest to cała ręka, a następnie – że to cały człowiek. Doskonale zabalsamowany, wręcz jakby był zahibernowany. Miał na sobie dziwny mundur wojskowy…

– Trzeba wezwać prokuratora od spraw wojskowych – powiedział przybyły prokurator okręgowy, w duchu myśląc: niech on się tym zajmuje, na chuj mi jakaś wojskowa afera.

Nad jaskinią pojawił się helikopter z lidarem, czyli połączeniem lasera z radarem, umożliwiającym skanowanie terenu z wysokości.

– No, panie Adamie, nazwa jaskini już wymyślona? Coś trzeba będzie mediom powiedzieć – zaczepiano go co chwila.

Był zdenerwowany, nie lubił, gdy go zaskakiwano lub zmuszano do działania pod presją czasu, bez namysłu. Ale jednocześnie bał się, że ktoś powie byle jaką nazwę do kamery i ta już zostanie.

– Adama, jaskinia Adama – odpowiedział nagle.

– Oryginalna nazwa – skomentował ktoś.

– Tak jak pomysłodawca – dodała inna osoba półgębkiem, myśląc, że pomysłodawca tego nie słyszy.

– Nie ma w Tatrach jaskini o tej nazwie – bronił swego wyboru. – Poczekam na informacje o tym, kto jest w tym lodzie. Jeśli to będzie jakieś sensacyjne odkrycie, to zmienię nazwę. Jaskinia z widokiem na Giewont – tak może powinienem ją nazwać…

Zaraz potem został poproszony o złożenie zeznań, wszak to on odkrył nie tylko jaskinię, lecz także jej tajemniczą zawartość…

Jęzor lodowy został poddany działaniu dmuchaw z ciepłym powietrzem. Miało to oczywiście doprowadzić do uwolnienia z niego skrywanej w nim tajemnicy. Metoda ta była czasochłonna, zajęła kilka godzin. Do tego wodę ze stopionego lodu musiano cały czas zbierać odkurzaczami do wody. Nie można było zniszczyć mikroklimatu jaskini, tym bardziej że nie zdążono go jeszcze dokładnie zbadać. Topniejący lód odsłonił coś, co zszokowało zebranych. W lodzie uwięziony był człowiek w mundurze, który wyglądał tak, jakby opuścił właśnie komorę do krioterapii. Badający sprawę lekarz kazał natychmiast przewieźć ciało do Krakowa, do szpitala w Prokocimiu – tam znajdował się najlepszy w Polsce ośrodek ekstremalnej hipoterapii.

– Po co chce go pan tam przewozić?! – zapytał zdumiony prokurator.

– Moim zdaniem on jest zahibernowany – wyjaśnił lekarz. – Świadczy o tym stan ciała, a raczej brak jakiegokolwiek śladu rozkładu…

Nie czekając na reakcję, wyszedł z jaskini i zadzwonił, by wezwać helikopter ratownictwa medycznego.

W tym samym czasie oczy całej medialnej Polski były skierowane na zbliżającą się wizytę kandydata na prezydenta świata z ramienia Partii Postępu w związku z kampanią przed nadchodzącymi wyborami, które miały się odbyć tuż po wakacjach. Historyczne wydarzenie – pierwsze wybory na prezydenta Ziemi, możliwe dzięki porozumieniu światowych mocarstw, Unii Europejskiej, NATO, grup kapitałowych oraz mediów mainstreamowych. Porozumienie zawarto podczas szczytu w Davos w 2044 roku. Nazwano je epokowym, przełomowym, koniecznym. Miało być kulminacją procesu ujednolicenia świata oraz zapewnić trwały pokój, sprawiedliwość, równość i demokrację. Prezydent Ziemi miał być wybierany na dziesięcioletnią kadencję i urzędować w dziesięciu miastach świata, po rok jednym z nich. Sam zdecyduje, które to będą miasta i w jakiej kolejności je odwiedzi. Ustalono, że centroprawica, centrolewica, lewica, zieloni oraz liberałowie wystawią kandydatów. Ich listę ograniczono, aby ułatwić ludziom decyzję. W wyborach wystartowali kandydaci tylko wymienionych stronnictw, ponieważ uznano, że poglądy reszty nie idą w parze z postulatami porozumienia. Obiecano, że w każdych następnych wyborach lista kandydatów i politycznych opcji będzie się wydłużać. Trzeba jednak dać czas, by efekty porozumienia się ugruntowały na świecie. W powszechnym odbiorze tych środowisk faworytem w wyborach był Imam Ul-Flahi, przedstawiciel Partii Postępu, mieszkający w Brytanii, pochodzący z Pakistanu, wyznający hinduską filozofię, której namacalnymi fundamentami są czakramy mające się znajdować w Krakowie, Delhi, Mekce, Delfach, Jerozolimie, Rzymie oraz Welehradzie. Ten właśnie kandydat miał gwarantować wprowadzenie zapisów porozumienia w życie. Miał to sprawić podpis prezydenta Ziemi. Pierwszego prezydenta Ziemi. Podpis ten miał być początkiem nowej ery. Nowym porządkiem.

Jego głównym rywalem był mieszkający w Austin, urodzony w Manili John Pablo Tagle, konserwatysta, katolik. Według fachowców i analityków jego wygrana opóźni, a być może nawet zastopuje wejście w życie porozumienia. Dopisano go do listy pod presją państw mniejszych, biedniejszych – był to czysty kompromis, by porozumienie objęło całą planetę. Państwa zachodnie musiały ustąpić, ponieważ demograficznie były w ogromnej mniejszości. Światowe mainstreamowe media uważały wybory za absolutną formalność. Wszak wśród uczestników szczytu w Davos kandydat PP wygrywał już w I turze – tak informowano, uzasadniając to następująco: Tagle jest niewybieralny. Jego wybór oznacza zagrożenie demokracji i tolerancji, grozi też zablokowaniem dalszego procesu wyrównywania, który jest oczkiem w głowie postępowych środowisk. Początkowo miał startować z ramienia partii Bóg i Ojczyzna, jednak Sąd Najwyższy w Londynie (bo tam się partia zarejestrowała) nakazał zmianę jej nazwy, ponieważ może ona ranić uczucia ateistów i wyznawców politeizmu, a jej skrót BiO może urazić ekologów. W związku z tym Tagle startował po prostu pod swoim imieniem i nazwiskiem.

Ul-Flahi do Polski przyjeżdżał głównie z powodu czakramu, który według jego wierzeń znajdował się na Wawelu. Kraków, a co za tym idzie – Polska po jego wyborze miały się stać jednym z głównych miejsc świata. Przeszkodą, jego zdaniem, mogły być zacofanie i przesądy miejscowego Kościoła. Katedra Wawelska nie ma jednak prawa przysłaniać czakramu. Kraków był też ważny z czysto politycznego puntu widzenia, był bowiem stolicą państw Trójmorza. To tu spotykały się władze uczestniczących w nim państw i omawiały projekty oraz problemy dotyczące tej organizacji. Należały do niej Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Estonia, Łotwa, Litwa, Austria, Ukraina oraz… USA. Postęp nie może znajdować się w cieniu. Wierni czakramu chcą godnie wyznawać swoją filozofię. Zdaniem Ul-Flahiego, wpływ katedry osłabia siłę czakramu, a w efekcie szkodzi całemu wyznaniu. Wszak nie da się osiągnąć równowagi, jeśli jedna z nóg jest słabsza i w dodatku notorycznie osłabiana przez religię. Sytuacja ta była powodem jego ogromnego smutku. Zaraz po przylocie do Krakowa udał się na krakowski rynek, gdzie czekali na niego jego sympatycy.

Opowiedział tam o celach swej wizyty oraz o swoim programie. Na początku oczywiście przywitał się ze wszystkimi. Każde wystąpienie publiczne zaczynał tak samo:

– Witam was wszystkich, panie i panowie, homoseksualiści, lesbijki, hermafrodyty, osoby bi, osoby bez tożsamości płciowej, interseksualne, aseksualne, niebinarne, panseksualni, transkobiety, transmężczyźni, transludzie, transseksualne osoby, androgynie, transwestyci, cisgenderowcy. Mam nadzieję, że Polacy dostrzegą szansę, jaką jest moja kandydatura i wybór mojej osoby. Polska będzie jednym z filarów mej polityczno-filozoficznej wizji. Liczę, że mieszkańcy tego kraju staną na wysokości zadania, pójdą za szansą i postępem. Nie będą blokować nowej filozofii. Mam nadzieję, że budowa Centrum Czakramu na wawelskim wzgórzu ruszy najszybciej, jak to możliwe. W tym celu do was przyjechałem. Ofiarowuję wam nową wizję, która stanowi wielką szansę dla kraju. Zaraz udam się na rozmowy na Franciszkańską 3. Chciałbym, by po tym spotkaniu zaświeciło światło w oknie nowego życia tego wzgórza. Ale przyjechałem tu też bronić zdobyczy świata postępu i nowoczesności. Wciąż musimy pilnować, by nie zaprzestawano walki z globalną niestabilnością pogodową. Niektóre zimy są mroźne, inne ciepłe. Niektóre lata gorące, inne letnie. To wszystko wina człowieka. Musimy powiedzieć stop takim zjawiskom!

Zebrany na Rynku Głównym tłum skandował:

– Precz z niestabilnością pogodową! Precz z kapitalizmem niszczącym pogodę!

– Drugim ważnym problemem globalnym, jaki leży mi na sercu, jest obrona i rozwijanie oraz utrwalanie zdobyczy transgenderyzmu – mówił Ul-Flahi. – To dzięki temu w latach dwudziestych i trzydziestych naszego wieku mogło dojść do rewolucji płciowej. Ale to, że kobiety mogą dziś bezpiecznie zapuszczać brody oraz że mężczyźni mogą bezpiecznie nosić biustonosze, jest prawdziwym sukcesem. To jednak wciąż mało. Jest wiele obszarów, które czekają na równość. Myślę, że nadchodzi czas, by odchodzić od płci czy orientacji seksualnych. Wszyscy jesteśmy bytami – niezależnymi, wolnymi bytami. Dlatego wymagajmy od siebie oraz od bytów, które znamy, poszerzania obszarów wolności. Musimy na przykład zwalczyć zacofanie seksualne i wstrzemięźliwość seksualną. Powodują one napięcia i frustrację. Jeśli wynika ona z jakichś zabobonów czy wierzeń, należy ją bezwzględnie plenić. Jest czymś złym, by przez całe życie jedni mieli wielu partnerów, a inni kilku lub żadnego. Ta dyskryminacja musi się skończyć. Takie osoby będą przechodzić kursy reedukacji seksualnej, po której będą otwarte na nowe doznania, na postęp. Będzie wprowadzona specjalna opłata wiernościowa dla tych, którzy zdecydują się być z kimś na całe życie. Osoby, które ją wniosą, co roku będą badane przez psychologa i seksuologa. Sprawdzą oni, czy prawdziwym podłożem ich oporu nie jest zabobon czy faszystowskie poczucie bycia kimś lepszym od innych. Zwalczymy też jedną z głównych przyczyn przestępczości wobec kobiet – frustrację i względy kulturowe. To one powodują przemoc wobec nich. Otwartość seksualna zniszczy oba te powody. Dopiero Partia Postępu i moja skromna osoba doprowadzą, jak sądzę, do pokonania problemu przemocy wobec połowy ludzkości! Zetniemy jej wszystkie głowy, a samo jej cielsko będzie skazane na zagładę. Pomożemy też kobietom w innej kwestii – zdejmiemy z nich ciężar podejmowania trudnych decyzji. Wprowadzimy na całym świecie obowiązkową aborcję w sytuacji, gdy lekarz odkryje jakąkolwiek wadę zlepka komórek. Uwolnię kobiety od cierpienia. Muszą żyć pełnią życia! Piękne kobiety i piękni mężczyźni, którzy są tacy dzięki projektowaniu dzieci, które wprowadziliśmy. Nie ma nic za darmo. Kolejną sprawą jest ochrona środowiska. Ludzi jest zbyt dużo, musimy dać naszej planecie trochę oddechu, musimy trochę jej ustąpić. Tak jak kiedyś wprowadziliśmy limity emisji CO₂, tak dziś, po moim i naszym zwycięstwie, wprowadzimy limity aborcji – w każdym kraju proporcjonalnie do liczebności populacji. Dotychczas to Ziemia poświęcała się dla nas, teraz to my poświecimy się dla niej… Musimy ratować klimat! Czyż to nie piękna wizja!? – zakrzyknął na koniec, jednocześnie teatralnie podnosząc prawą rękę ku górze.

Jego twarz zastygła w teatralnej pozie. Czekał na spodziewaną reakcję tłumu. Nie zawiódł się – pięć tysięcy zebranych w uniesieniu odkrzyknęło:

– Chcemy wizji! Chcemy wizji!

– Mottem naszych czasów jest otwartość. Pełna otwartość – przekonywał Ul-Flahi. – Brak otwartości powoduje niechęć, zamykanie się, wykluczenie. Dlatego musimy wprowadzić nasze zamierzenia w życie. Tylko one zapewnią triumf otwartości. Tylko otwartość zapewni trwałość naszych idei.

– Otwartość! Otwartość! – odkrzyknęli mu zebrani.

Dopiero wtedy pomachał do zgromadzonych, rozdawał uśmiechy, wysyłał całusy, pozdrowienia. Potem zszedł z mównicy, by uścisnąć kilka dłoni sympatyków zebranych poniżej. Dopiero teraz miał udać się pieszo, na czele swych zwolenników na Franciszkańską 3.

Wszyscy na koniec skandowali:

– Równość prawem, nie wyborem!

Wizyta była szeroko komentowana w mediach całego świata. Pomysł z promowaniem otwartości seksualnej został ciepło przyjęty.

– Jest rewolucyjny, niewątpliwie na początku może być szokiem, jednak, gdy pomyślimy o nim na chłodno, odkryjemy, że jest on trafny. A patrząc już czysto politycznym okiem – to pomysł na pozyskanie męskiej części islamskiej społeczności, która w krajach zachodnich często spotyka się z odrzuceniem miejscowych kobiet – komentowali na gorąco jego przemówienie mainstreamowi dziennikarze.

Gdy tylko stanął na czele pochodu, otoczyły go tłumy dziennikarzy. Domagali się odpowiedzi na przynajmniej kilka pytań. Po chwilowym oporze kandydat się zgodził.

– Ale tylko trzy pytania, arcybiskup na mnie czeka, nie mogę się spóźnić. Szanuję czas swoich rozmówców – podkreślił Ul-Flahi.

– Co powiesz o swoim głównym rywalu? – zadał pytanie dziennikarz ABC News, Gil Smith, któremu udało się przekrzyczeć tłum pozostałych przedstawicieli mediów.

– Nie zajmuję się nim. Trzeba ratować świat, ratować postęp. Nasze zdobycze ciągle nie zostały ugruntowane. John Pablo ich nie podziela, więc nie zajmuję się nim. Muszę walczyć o wolność, równość, otwartość.

Drugie pytanie wykrzyczał dziennikarz „Rzeczypospolitej”:

– Czy Polska, jeśli zostaniesz prezydentem, zostanie jednym z filarów nowego świata?

– Tak jak mówiłem – odpowiadał Ul-Flahi – ten filar, jaki chcę tu ufundować, można zbudować tylko na pozytywnej energii z natury. Na czakramie. Nowy świat, nowe idee. To od Polski zależy, czy chce być jednym z filarów nowego świata. Jeśli wolą stare – nie mogą, co oczywiste, budować nowego. Będę też chciał odejść od supremacji chrześcijaństwa, które narzuciło wszystkim początek ery. Nie możemy liczyć lat od narodzin Chrystusa, to jest wykluczone. Przyjmiemy kompromisowe rozwiązanie, obowiązujące w Nepalu. Ustaliliśmy, że obecnie, tak jak tam, urzędowo będziemy mieć 2112 rok. To będzie ostateczny cios zadany panowaniu jednej religii nad resztą. Trzecie pytanie proszę.

Tym razem udało się je zadać dziennikarce z Westdeutscher Rundfunk, Heldze Relotius. Materiały tego medium można było oglądać w formie tekstowej, mówionej lub telewizyjnej, w specjalnym formacie na zegarek – tak zwane medium zegarkowe. Niektórzy wieszczyli, że tego typu media wygrają z telewizją oraz internetem. W aplikacji telewizyjne materiały można było wyświetlać jak z rzutnika. Trzeba było tylko mieć kilka centymetrów jasnego ekranu. Zegarki były bardzo popularne, ponieważ nie trzeba było ich nigdzie rejestrować, a oprócz korzystania z internetu, można było zapisywać dane oraz oczywiście wykonywać połączenia telefoniczne. Było to bardzo wygodne.

– Ja w sprawie seksualnego wykluczenia – oznajmiła Helga. – Jak szybko to prawo zostanie wprowadzone? Czy nie boisz się oporu kryptofaszystów?

– Oczywiście spodziewam się lokalnych problemów. Jednak ta sprawa jest zwieńczeniem naszej walki, jesteśmy więc dobrze przygotowani do jej załatwienia. Portal, który ma zbierać wymazy i zdjęcia, zacznie działać tydzień po moim zaprzysiężeniu. Interpol będzie pilotować proces wprowadzania rozporządzeń wykonawczych do ustawy. Wszyscy reakcjoniści oraz moralne karły niepotrafiące się wyrwać ze swych wąskich horyzontów zostaną wyłapani. Dziękuję. Naprawdę muszę już iść.

– A co z wolnością waginoosób w kwestii aborcji planowej?! Polska ciągle unika wprowadzenia tego programu – wykrzyczała znana feministyczna blogerka – feminator.

– Dziękuję za poruszenie tej kwestii. Przypomnę więc jeszcze raz. Człowiek zagraża planecie. Więc musimy to zagrożenie zmniejszać. Ludzi było i nadal jest zbyt dużo. Idealnym instrumentem do tego jest prawo obowiązujące już w kilku strefach i krajach – limit urodzeń. Nie można przekraczać ustalonej liczby urodzeń. Pierwszeństwo mają osoby, których zarodki według prognoz będą zdrowe, a ich IQ wynosi minimum sto dziesięć. Osoba, która nie chce zarodka, może się go pozbyć w każdej chwili. Jeśli nikt inny nie chce go przejąć, zarodek zostaje zniwelowany. Państwa lub strefy państw mogą zapłacić za zwiększenie bądź zmniejszenie limitu. Będzie to zależne od tego, jak bardzo niszczą Ziemię. Jeśli wygram wybory, wówczas ta procedura obejmie całą Ziemię i uwolni tysiące osób od noszenia zarodków.

Widząc, że dziennikarze ciągle chcą zadawać pytania, uległ:

– W takim razie proszę o kolejne pytanie. Przez was spóźnię się na spotkanie – dodał Ul-Flahi z uśmiechem typowym dla polityka.

Sromina Kielecka z „Trybuny Wyborczej” zapytała:

– Czy będzie debata z najpoważniejszym rywalem? Tagle taką zaproponował.

– Nie, kategorycznie nie! Debaty nie będzie! Byłaby ona szkodliwa dla demokracji. Z kryptofaszystami się przecież nie rozmawia! Nie pomogę im wyjść z cienia! Niestety, muszę już iść, nie mogę z państwem rozmawiać.

– Nusrat Imamović, Al-Dżazira. Ja proszę o szybką odpowiedź. Stolica Izraela?

– Oczywiście Tel Awiw.

W tym samym czasie dziennikarze „New York Timesa”, największej telegazety w USA, pokazywali wawelskie wzgórze. Szukali przy tym chętnych do rozmów o czakramie. Wychodzący z katedry, słysząc pytania, omijali ich szerokim łukiem. Dziennikarz nie rezygnował jednak i jego cierpliwość została nagrodzona. Nareszcie się udało. Podszedł wraz z kamerzystą do wychodzącego z katedry wiernego, przedstawił się i zapytał:

– Jayson Blair. Dlaczego przeszkadza postaci budowa świątyni dla czakramu?!

Jego głos był pełen wyraźnej dezaprobaty.

– Nie przeszkadza mi, ale Wawel jest dla Polski bezcenny, to centrum naszej państwowości. Tu są same zabytki, to nie miejsce na budowanie wszystkiego, co się tylko komuś zachce!

– Czyli to prawda, co mówią – komentował na żywo słowa swego rozmówcy Jayson. – Polacy nie są w stanie dołączyć do nowego świata. Nawet gdy ktoś proponuje im bycie jego filarem. Poczekajmy jednak na stanowisko arcybiskupa. Może on rozumie, że postęp nie może być blokowany przez stare, nawet jeśli są to tylko stare mury. Bądźmy dobrej myśli. Będziemy o to pytać arcybiskupa. Bądźcie z nami. Postaramy się o tę rozmowę jeszcze dziś – obiecywał dziennikarz stojący przed bramą Berrecciego.

Nad jego głową pobłyskiwał złocony napis _SI DEUS NOBISCUM QUIS CONTRA NOS_.

W tym czasie Polska Agencja Prasowa podała informację o znalezieniu świetnie zachowanego człowieka w nowo odkrytej jaskini:

– Nie wiadomo, kim on jest, ile ma lat, jak długo tam leżał. Mężczyzna został przetransportowany drogą powietrzną do Krakowa, do szpitala specjalistycznego imienia Jana Pawła II, a dokładniej – do działającego tam Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej. Przed odlotem jego obłożono go lodem, by przyspieszające krążenie nie uszkodziło mózgu.

Informacja ta zelektryzowała media na całym świecie. W ciągu kilku godzin przed wejściem do szpitala ustawiły się setki kamer i pojawiło się wielu dziennikarzy. Każdy chciał się dowiedzieć czegoś o tym człowieku.

Po chwili do zgromadzonych wyszedł ordynator centrum, profesor Krzysztof Flame. Na wstępie zaznaczył, że wygłosi tylko krótkie oświadczenie.

– Dziś jest stanowczo za wcześnie na zadawanie pytań, bo ja nie będę mógł na nie odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie chcę, tylko dlatego, że nie potrafię. Najpierw musimy wykonać badania – informował Flame. – Potem będziemy konferować. W tej chwili mogę powiedzieć tylko tyle, że jest to biały mężczyzna w średnim wieku. Przywieziono go do nas, gdyż jego ciało wciąż ma dodatnią temperaturę. Nasze centrum jest światowym liderem w wyprowadzaniu pacjentów z ekstremalnej hipotermii. Odkąd w 2014 roku uratowaliśmy dwuletniego Adasia, którego ciało wychłodziło się do dwunastu koma siedem stopnia Celsjusza, pozostajemy na czele w tej dziedzinie. Dziś potrafimy wyprowadzać z hipotermii osoby o temperaturze ciała wynoszącej zaledwie kilka stopni. Ważna tu jest siła organizmu pacjenta. O terminie konferencji prasowej poinformujemy po wykonaniu badań. Dziękuję. Do zobaczenia.

Ta wypowiedź, transmitowana na cały świat, jeszcze bardziej podkręciła zainteresowanie tematem. Pojawiły się tytuły: „Znaleziono hibernatora!”, „Hibernator istnieje!”, „Człowiek lodu żyje”.

Ludzie wierzący w UFO oraz w to, że nie jesteśmy w kosmosie sami, uważali, że to zapewne istota pozaziemska lub przynajmniej zmodyfikowana genetycznie hybryda człowieka z obcym mająca potwierdzić istnienie inteligentnych obcych. W programach informacyjnych mówiono o człowieku z jaskini, jaskiniowcu, Euroyetim czy o człowieku z lodu. W internecie oraz mediach społecznościowych pojawiły się tysiące wpisów, setki memów i komentarzy. Stało się to newsem numer jeden. Połączyło to media komercyjne i niezależne oraz blogerów. Każdy musiał to skomentować. W świecie, który miał być przewidywalny, sterroryzowany bezdusznym, beznamiętnym prawem, nagle pojawiło się coś niespotykanego, wymykającego się utartym osądom. Ludźmi zaczęły targać namiętności, wyobraźnia rozbudziła emocje. W mediach komercyjnych wypowiadali się lekarze na zmianę z komentatorami. Komentatorzy dbali o to, by racjonalizować, tonować nastroje. Przypominali o wyborach, które miały być, ich zdaniem, gwarancją dostatku oraz otwarciem perspektyw, które w swoich nowych propozycjach programowych zgłosił kandydat Partii Postępu. Dodawali, że o znalezionym człowieku nic nie wiadomo, trzeba więc zachować zdrowy dystans. Wciąż pojawiały się nowe informacje i dopiero wtedy się okaże, czy warto się zajmować tym człowiekiem…

Zainteresowanie tajemniczym mężczyzną jednak nie malało. Media, czekając na konferencję prasową władz szpitala, szukały innych informacji. Takim tematem stała się jaskinia. Z samego rana dziennikarze wręcz wymusili zorganizowanie konferencji na uczestnikach pierwszego zejścia do niej. Odbyła się ona tuż przed wejściem do Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Najpierw wypowiadali się sami odkrywcy.

– Jaskinia jest dwukomorowa, wilgotna – mówił Adam. – Wnętrze jest ubogie, przynajmniej tyle możemy stwierdzić po tak krótkich z wiadomego powodu oględzinach. Na ścianach znajdują się niewielkie różnorodne formy naciekowe w kształcie kaskad. Dno jest płaskie. Nie będziemy ujawniać, gdzie ta jaskinia się znajduje. Nie wiemy, na ile nasze wejście tam zmieniło przepływ powietrza oraz wilgotność. Odnalezienie tam człowieka zmusiło nas do zdecydowanego działania. Wciąż nie jesteśmy w stanie ocenić, na ile to zmieni panujące w niej warunki. Jedno jest pewne: Państwowy Instytut Geologiczny oficjalnie potwierdził, że Tatrom przybyła nowa jaskinia.

– No właśnie, przejdźmy do tego – podchwycili temat dziennikarze, nie ukrywając, co tak naprawdę ich tu zgromadziło. – Jak go znaleźliście? Co wtedy czuliście? Spodziewaliście się tego? – Pytania padały ze wszystkich stron, niemal jednocześnie, wszyscy się przekrzykiwali. Adam odważył się ich uciszyć.

– Nie! Nie spodziewaliśmy się znalezienia tam kogokolwiek. To był kompletny przypadek. Co czuliśmy? Nie myślałem o tym. Byłem zaskoczony, podekscytowany i jednocześnie przerażony.

– A jak nazywa się jaskinia? Gdzie się ona znajduje? – zapytał przytomnie któryś z azjatyckich dziennikarzy.

Dzięki Bogu za to, że jest ten multitłumacz – myślał Adam. Odkrycie dotrze wszędzie.

Multitłumacz to urządzenie składające się z mikrofonu nadającego i odbierającego. Do mikrofonu nadającego mówi pierwszy rozmówca w swoim języku. Rozmówca drugi ma mikrofon odbierający, połączony ze słuchawką, w której słyszy już przetłumaczony tekst. Dzięki temu rozmowa między ludźmi mówiącymi nawet kilkoma różnymi językami stała się czymś normalnym, wygodnym. Plik z językami jest umieszczony w mikrofonie.

– Umiejscowienia jaskini nie podamy w tej chwili – odpowiedział Adam. – Nie pozwolimy się do niej zbliżać. Musimy ją chronić, zwłaszcza w tej szczególnej, gorącej sytuacji. Nazwę mogę podać. Będzie to Jaskinia Adama.

– Adama? Nie można dać nazwy przystającej do nowych czasów? Na przykład Obojmiła, Multichwała, Świecdara? – komentował, nie kryjąc zawodu, niemieckojęzyczny żurnalista.

– Gdy pan sobie odkryje jaskinię, to sobie pan ją tak nazwie – odparł zniesmaczony brakiem aprobaty odkrywca.

– Przaśne imię, już widzę te tłumy rednecków – komentowano w tłumie dziennikarzy.

– Nawet imię stanowi dla nich problem – stwierdził dziennikarz Zweites Deutsches Fernsehen, niemieckiej publicznej telewizji.

– Dziękujemy. To wszystko, co mamy do powiedzenia – zakończył konferencję Adam, nie kryjąc niezadowolenia.

– Co się tak unosisz? – wycedził przez zęby dyrektor TPN.

– Nie unoszę się, tylko wiem, że nie interesuje ich jaskinia. Przyszli dowiedzieć się czegoś o odnalezionym w niej mężczyźnie – stwierdzał Adam.

– Przecież wiedziałeś, że to jest powodem tego zainteresowania – odpowiedział dyrektor TPN.

– Wiedziałem, ale przynajmniej można zachować umiar i kulturę…

Gdy wyszło na jaw, że hibernator został odnaleziony w jęzorze lodowym, wiadomość ta zelektryzowała całą społeczność hinduistyczną, która widziała w nim emanację boga Śiwy. Wyznawcy odnajdowali w tym przypadku podobieństwo do jaskini Amarnath, w której znajduje się lodowy stalagmit, czczony jako lodowa postać Śiwy. Miał on w tej jaskini objawić swej małżonce Parwati tajemnice wszechświata.

W szpitalu znaleziony został najpierw wysłany do bramki zdrowia. Było to urządzenie podobne do bramki na lotnisku. Osobie przemieszczającej się lub przemieszczanej na łóżku bądź wózku robiło ono rentgenowskie zdjęcie z opisem występujących chorób i punktów zapalnych. Bardzo przyspieszało to leczenie. W kilkanaście minut lekarz znał wszystkie dolegliwości i schorzenia, nawet takie, które jeszcze nie dawały pacjentowi odczuć swojej obecności. Zaraz potem podłączono go do sztucznego płucoserca, które podtrzymywało jego funkcje życiowe. Podgrzewało i natleniało jego krew, która następnie wracała do jego krwiobiegu.

Podczas przebierania go po przyjęciu do szpitala przeszukano jego ubranie. Okazało się, że był to mundur wojskowy z czasów drugiej wojny światowej wojsk Korpusu Ochrony Pogranicza. Udało się to ustalić dzięki kołnierzowi, na którym widniał dwubarwny, granatowo-zielony proporczyk, co dostrzeżono po doczyszczeniu munduru. Nie znaleziono dokumentów. Z rzeczy osobistych był tylko łańcuszek z Matką Boską Częstochowską oraz sygnet. Właśnie on pozwolił ustalić personalia mężczyzny. W szynie sygnetu było wygrawerowane imię i nazwisko mężczyzny oraz data. Na oczku znajdował się orzeł trzymający w pazurach gałęzie lauru, spięte u góry małym wieńcem, w którym widniał napis KOP. U dołu laur był związany wstążką w formie łuku, na której wygrawerowano napis „Za służbę graniczną”. W tle, za orłem umieszczono słup graniczny. Należało tylko potwierdzić te dane w Centralnym Archiwum Wojskowym. Taki sygnet był czymś wyjątkowym, ponieważ żołnierze powszechnie nosili odznaki o takiej samej treści, jaka widniała na sygnecie. Odznaka była wyróżnikiem dla wzorowych żołnierzy. Oficerską wykonano ze srebra, podobnie jak sygnet. Nieśmiertelnika niestety nie znaleziono, a to najszybciej pozwoliłoby ustalić personalia. Przyjęto, że musiał się on zerwać gdzieś w górach.

Następnego dnia starano się wyjaśnić dwie tajemnice. Pierwszą – jak mężczyzna został zahibernowany. Drugą – potwierdzić jego dane. Z danymi poszło szybko. Udało się ustalić, że informacje z sygnetu to personalia osoby znalezionej.

Był to Włodzimierz Podgórski. Data na jego sygnecie oznaczała dzień ukończenia kursu dla podoficerów KOP – 3 maja 1936. Miał 40 lat, czy też raczej trzeba powiedzieć – na tyle oceniono zużycie organizmu. Walczył w Błękitnej Armii generała Hallera, a następnie został przydzielony do Korpusu Ochrony Pogranicza „Snów” na Nowogródczyznie. Podczas drugiej wojny światowej jego oddział został włączony do I Brygady Górskiej Strzelców i bronił południowej granicy Polski na terenie małopolski. Częścią Brygady Górskiej były też Bataliony Obrony Narodowej „Zakopane”. BON podlegał dowództwu podpułkownika KOP „Snów” Wojciecha Wójcika. Był słabo wyposażonym odziałem ochotników pochodzących z Zakopanego i okolic. To właśnie do wsparcia tej jednostki został oddelegowany Podgórski, wtedy już w stopniu kapitana. Tyle udało się potwierdzić dzięki szczątkowo zachowanym dokumentom.

– Resztę można ustalić tylko przy pomocy samego kapitana – przekazał archiwista człowiekowi przysłanemu z pałacu prezydenckiego. – Podejrzewamy, że wysłano go na zwiad, obserwację, wszak to była podstawa działań KOP. To musiała być jakaś nagła sytuacja, jak to na wojnie. Przecież powinien tam być ktoś miejscowy, znający teren. Zapewne był to pierwszy tydzień wojny – dodał archiwista. – Należy też spróbować ustalić, co robił w górach. Trzeba również postarać się znaleźć jego rodzinę, krewnych. Pierwszą naszą hipotezą było to, że został wessany do jaskini podczas upadku lub gdy się poślizgnął. Powodu jego obecności tam możemy nigdy nie poznać – przekonywał wysłannika z pałacu.

– A co z rodziną? – zapytał wysłannik.

– Dom, który otrzymał w 1923 roku za wojnę z bolszewikami we wsi Zacisze na Podlasiu, został zniszczony przez Sowietów. Całą rodzinę z tego domu wywieziono na Sybir 10 lutego 1940 roku. Całą wieś zresztą też wywieziono. Od niego nikt nie wrócił. Co z pozostałymi członkami rodziny? Nie wiemy…

Drugą kwestię udało się wyjaśnić dzięki wstępnej diagnozie – był to pierwszy taki przypadek znany nauce. Ciężko jednak być czegokolwiek pewnym w stu procentach, nie można też porównać wyników. Zdaniem lekarzy żołnierz przeżył, ponieważ wpadając do jaskini, doznał urazu głowy w wyniku uderzenia o skałę. Stracił przytomność i mózg wprowadził organizm w stan czegoś w rodzaju śpiączki farmakologicznej. Śnieg zasypał wejście do jaskini. Ta część, która wsypała się do środka, zamieniła się w lód. Wokół ciała wytworzyło się jakby igloo, w którym był on bezpieczny. Reszty dopełnił specyficzny mikroklimat jaskini. Rokowania co do stanu zdrowia pacjenta były umiarkowanie dobre. Z każdą godziną lepsze. Liczono, że jeśli nie nastąpi jakaś zapaść, nagłe pogorszenie, już za kilka dni zostanie podjęta próba jego wybudzenia. Zarówno lekarze, jak i wojskowi czekali na ten moment. Liczono na to, że jego pamięć pozwoli na rekonstrukcję zdarzeń. To by wiele uprościło i skróciło oraz potwierdziło przebieg zdarzenia. Pozwoliłoby też się dowiedzieć, jaki był cel obecności kapitana w Tatrach.

Stał się oczkiem w głowie dla władz państwa. Szczególnie duże zainteresowanie nim wykazywało wojsko. Frapujące było zwłaszcza to, jak hibernacja na niego wpłynie i czy da się ją jakoś wykorzystać w przyszłości. Nic szczególnego, typowe dla wojska zachowanie. Obawiano się amnezji, która może się pojawić w wyniku szoku…

Media ciągle bombardowały szpital, TPN, wojsko i władze państwa, starając się wymusić na nich ciągłe podawanie nowych informacji, nawet jeśli były całkowicie błahe czy nieistotne z punktu widzenia poznania prawdy o zdarzeniu czy znalezionym. Bombardowani nie chcieli ustępować mediom. Wiedzieli, że jeśli to zrobią, będą musieli konferować na okrągło. Z tego oporu wyłamały się oczywiście władze państwowe. Do Krakowa przybył wysłannik prezydenta Polski i na specjalnej odprawie, na której były zgromadzone osoby z każdej uczestniczącej w wydarzeniach instytucji, oznajmił:

– Witold Prońko. Panie i panowie, wiem, że jesteśmy teraz w oku medialnego cyklonu.

Mówił jasno, zwięźle, pewnym i beznamiętnym głosem, który do niego pasował. Mężczyzna był wysoki, postawny, dobrze zbudowany, miał krótko ścięte włosy. Budził respekt, nie musiał nawet otwierać ust. Nie wyglądał na urzędnika.

– Wiem, że macie dość tej medialnej sraczki. Ale to dla nas szansa. Nasz kraj ma swoje kolejne pięć minut. Nasza nauka ma swoje pięć minut. Wykorzystajmy to. Nasi sojusznicy proszą, by nie ignorować ich mediów. Dlatego jutro na wspólnej konferencji podajcie im to, co już wiadomo na pewno. Oni dadzą wam spokój. Z tych wiadomości porobią sobie newsów na parę dni. Wy zyskacie spokój, a my czas, by pomyśleć, co dalej. Panie doktorze – zwrócił się do ordynatora centrum, w którym przebywał znaleziony – dane z bramki proszę zachować dla siebie. Tak ogólnie proszę informować media.

– Skąd pan wie, że już mam wyniki z bramki? – zapytał zaskoczony lekarz.

– Dla was to sprawa zawodowa. Dla nas to sprawa strategicznego interesu państwa… Wiadomo już, co z jego rodziną? Miał żonę, dzieci jakichś potomków można odnaleźć? – pytał Prońko, omiatając salę wzrokiem.

Wstał ktoś w mundurze policjanta.

– A… Archiwum X. Słucham – powiedział Prońko.

– Wszystko jest w tej teczce – oznajmił człowiek z Archiwum X, po czym podał ją do rąk sąsiada i tak przez ręce reszty zebranych trafiła ona do Prońki. Ten położył ją na biurku i zapytał:

– A tak w skrócie?

– W skrócie – to żony i dzieci nie miał, ale w KOP były komisje małżeńskie, to może mu nie pozwolili, może jakieś głupie poznawał – zaczął się śmiać, ale widząc, że inni patrzą na niego z zażenowaniem, natychmiast przestał. – Resztę rodziny z kresów wywieziono w głąb Rosji i nie mamy informacji, co się z nimi stało… Ale wiadomo, jak oni traktowali KOP – powiedział poważnym tonem, chcąc zatrzeć złe wrażenie.

– Siad – usłyszał stanowczą i krótką odpowiedź.

Zgodnie z prośbą Prońki, z samego rana zebrane informacje przekazano na wspólnej konferencji prasowej dziennikarzom z całego świata. Gdy okazało się, że znaleziony ma szanse na przeżycie, zainteresowanie nim sięgnęło zenitu. Stał się on medyczną sensacją dziesięciolecia. Od czasów wynalezienia leku stopującego rozrost komórek rakowych, opracowania umiejętności łączenia zerwanych połączeń nerwowych oraz wyeliminowania chorób oczu czy też wykorzystywania nanobotów do leczenia różnych schorzeń przyjęto, że postęp medycyny ma za sobą odkrycia na miarę epokowych przełomów. Ten przypadek znów wzmógł zainteresowanie możliwościami nauki. Mógł on stać się początkiem rozwoju całkowicie nowej gałęzi przemysłu medycznego.

Minęło kilka dni. Włodzimierz Podgórski został wyprowadzony z hibernacji. Oczywiście był oszołomiony, bardzo słaby, niezbyt dobrze kontaktował. Dostęp do sali, w której przebywał w izolacji, miały tylko trzy osoby z centrum. Wystrój pomieszczenia, oczywiście z pominięciem urządzeń medycznych, wystylizowano tak, by przypominał lata trzydzieste dwudziestego wieku. Tego, żeby tylko trzy osoby miały dostęp do pacjenta, pilnował wojskowy. Chodziło o to, by dziennikarze ani osoby niepowołane nie zakłócały spokoju pacjenta, by żaden paparazzi czy jakiś przepłacony pracownik centrum nie próbował robić zdjęcia wnętrza pomieszczenia, nawet przez uchylone drzwi. Ta ochrona miała za zadanie zachowanie przez Polskę kontroli nad przepływem informacji o stanie zdrowa kapitana. Chciano też, by co wrażliwsze dane pozostały tajemnicą dla mediów, a przede wszystkim – dla służb specjalnych obcych państw.

_Dalsza część dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: