Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kredensem na Podlasie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Kredensem na Podlasie - ebook

Czterech kumpli. Jeden legendarny Fiat 125p. I Podlasie, które okaże się bardziej szalone, niż mogli sobie wyobrazić. Dawid, Szuri, Bąk i Szafran ruszają w podróż pełną absurdalnych przygód, nieudanych podrywów, wiejskich imprez, zaskakujących bohaterów i katastrof, które śmieszą bardziej, niż powinny. To pełna zwariowanego humoru opowieść o przyjaźni, polskiej motoryzacji i wyprawie, podczas której każda kolejna decyzja prowadzi do jeszcze większego chaosu. Książka 18+

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-784-6
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Zanim przewrócicie stronę i uderzy w was gęsty, niepodrabialny zapach podlaskiej przygody — mieszanka spalin, bimbru, starego skaju i niedojedzonego bigosu — musimy ustalić pewne zasady.

Nie szukajcie tu wielkiej literatury, głębokich metafor czy lekcji życia, które sprawią, że poczujecie się lepiej ze światem. Ta książka jest jak jazda dużym fiatem bez hamulców, z zaciętym gazem i radiem grającym na pełnej głośności największe hity disco z lat dziewięćdziesiątych. To nie jest opowieść z morałem. To nie jest lektura, która nauczy was radzenia sobie ze złością — wręcz przeciwnie, wywinduje wam ciśnienie, zresetuje matrycę i sprawi, że zaczniecie się zastanawiać, czy przypadkiem sami nie macie we krwi odrobiny wysokooktanowego szaleństwa.

To jest kronika czystego, gęstego jak przepracowany olej absurdu. Zapiski z wyprawy, podczas której logika wysiada jeszcze przed rogatkami Krasnegostawu, a za kierownicę chwyta czysta, wschodnia ułańska fantazja.

Poznajcie czwórkę jeźdźców motoryzacyjnej apokalipsy: Dawid — człowiek, który w każdym zakręcie widzi potencjalną awarię, a w każdej awarii — powód do większego przekleństwa. Szuri — absolutny mistrz destrukcji, wizjoner katastrof, dla którego świat to plac zabaw, na którym najlepiej bawić się zapalniczką i otwartym bakiem paliwa. Szafran — logistyk, który każdą minutę wyjazdu przelicza na litry spalonej benzyny i stopnie załamania nerwowego, będąc jednocześnie głosem rozsądku, którego nikt nie chce słuchać. I Bąk. Człowiek-góra, dla którego Kredens nie jest środkiem transportu, a członkiem rodziny, posiadającym duszę, humor i — co najważniejsze — lepszy charakter niż połowa znanych mi ludzi.

Kredens to Fiat 125p. To samochód, który ma więcej fochów niż primadonna w operze, a w jego musztardowej karoserii skrywa się historia, której nie powstydziłby się żaden film akcji, gdyby tylko reżyser był wystarczająco pijany.

W tej kronice nie znajdziecie mądrych życiowych drogowskazów. Jest za to stół bilardowy (a raczej jego rekwizytowa imitacja) zjedzony przez Bąka w przypływie egzystencjalnego głodu. Jest Szuri, który w imię „sztuki” ląduje na haczyku na szczupaki w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Są zjawiska paranormalne napędzane wyłącznie wysokoprocentowym trunkiem z legalnie nieistniejących źródeł i spotkania z potworami, które w rzeczywistości okazują się po prostu sąsiadami z problemami biznesowymi.

Więc jeśli szukacie subtelnych wzruszeń, spokojnej narracji i kojących opisów przyrody — źle trafiliście. Zostawcie tę książkę na półce, wróćcie do swoich wierszy lub poradników o szczęściu. Ale jeśli chcecie się śmiać tak mocno, że aż obudzicie sąsiadów, i macie ochotę na podróż w głąb podlaskiego szaleństwa, to zapraszam.

Siadajcie wygodnie na oryginalnym, lekko popękanym skaju. Zdejmijcie nogę z hamulca, choć w Kredensie i tak nie działa. Gaz w podłogę.

Zaczynamy jazdę bez trzymanki.ROZDZIAŁ 1

Wyjazd, czyli jak Kredens przeraził wszystkich swoją doskonałością

Są w motoryzacji takie momenty, kiedy wsiadasz za kółko, przekręcasz kluczyk i wiesz, że to się nie ma prawa udać. Fizyka mówi „nie”, zdrowy rozsądek puka się w czoło, a portfel cicho łka w kieszeni. Pytanie nie brzmi: _czy_ coś jebnie? Pytanie brzmi: _w którym województwie_ i czy wystarczy nam trytytek, żeby to poskładać do kupy.

W Krasnymstawie — mieście, w którym rondo stanowi centrum wszechświata, a szczytem romantyzmu jest wymiana przepalonego tłumika przy świetle księżyca — mieszkała czwórka ludzi, dla których instynkt samozachowawczy był pojęciem czysto abstrakcyjnym.

SZURI. Wysoki, chudy jak antena od CB radia. Jego mózg przypominał dwusuw zasilany czystym spirytusem i wschodnim wiatrem. To on był naczelnym katalizatorem chaosu, tytanem głupich pomysłów i niekwestionowanym mistrzem przypału. Kiedy Szuri wchodził do garażu i mówił: „Dawaj, mordo, mam plan, co może pójść nie tak?”, należało od razu dzwonić po straż pożarną i księdza. DAWID. Posiadacz resztek rozsądku, co w tej ekipie miało taki sam sens, jak montowanie karbonowego spojlera do taczki. Mniej brodaty, bardziej dresiarski. Próbował trzymać tę trzodę w jakichś ramach, ale i tak zawsze lądował w samym środku gówna, trzymając w zębach latarkę, upierdolony smarem po łokcie i klnąc na czym świat stoi. SZAFRAN. Człowiek-kalkulator. Naczelny logistyk, księgowy i pesymista. Zawsze analizował, zawsze narzekał, a jego ulubionym zdaniem było: „Z moich wyliczeń wynika, że wszyscy zginiemy”. I wreszcie BĄK. Wielki jak stodoła, zawsze głodny, z sercem tak złotym i miękkim, że można by nim smarować łożyska. Ale przede wszystkim…

DUMNY WŁAŚCICIEL I PRAWNY OPIEKUN KREDENSA.

Kredens nie był zwykłym samochodem. Kredens to był Fiat 125p. Rocznik taki, że pamiętał jeszcze kartki na mięso i czasy, gdy blacha była z prawdziwej stali, a nie ze stopu puszki po konserwie i nadziei. Kolor: wypłowiała musztarda. Bąk kupił go za oszczędności całego życia. Nie po prostu „dbał” o niego. On z nim współistniał. Traktował go z czułością, jakiej nigdy nie zaznała żadna kobieta w promieniu stu kilometrów. Głaskał go po desce rozdzielczej. Jak Kredens nie odpalał, Bąk nie kopał w oponę. On kucał przy grillu i przepraszał, że za mocno przekręcił stacyjkę i zestresował „malutkiego”.

Pewnego wieczoru Szuri wpadł do garażu, wykopując drzwi z buta. — Jedziemy na Podlasie — ogłosił, otwierając piwo o klamkę Kredensa (na co Bąk mało nie dostał zawału i zaczął nerwowo polerować to miejsce rękawem). Dawid spojrzał na niego znad na wpół rozebranego alternatora. — Po chuj? — Wyrywać panny! — Szuri rozłożył ręce, jakby objawiał im nową religię. — Pomyślcie tylko. Wjeżdżamy tam. Z buta. Z rykiem silnika. Panny z agroturystyki widzą klasyka, czują naszą surową, wschodnią charyzmę połączoną z zapachem bezołowiowej. Zdejmują te swoje wegańskie, lniane wdzianka i mdleją na nasz widok! Szafran od razu wyciągnął telefon z kalkulatorem. — Z moich wyliczeń wynika, że ten wóz pali 12 litrów na setkę. Jak włączymy radio, 15, bo stara prądnica płacze prądem. A jak zawieje z przodu, to i 18. Koszty nas zjedzą jeszcze pod Włodawą. — Nie zjedzą! — oburzył się Bąk, rzucając się na maskę Kredensa i obejmując ją potężnymi ramionami. — On jest oszczędny! On rozumie naszą sytuację finansową!

I tak klamka zapadła. Plan był prosty: wóz, cztery chłopy, bagażnik pełen słoików z bigosem od matki Dawida i wiara w cuda.

Wyruszyli w sobotę o świcie. Słońce świeciło. Bąk siedział na prawym fotelu, dumnie prężąc pierś i nasłuchując pracy silnika jak lekarz ze stetoskopem. Dawid prowadził, bo Bąk za kółkiem od razu dostawał palpitacji i z nerwów zapominał o istnieniu sprzęgła. Szuri z tyłu już otwierał drugiego browara i kruszył chipsy paprykowe prosto na oryginalny dywanik, za co Bąk posyłał mu mordercze spojrzenia w lusterku. Szafran z kolei narzekał, że od sparciałej uszczelki w drzwiach wieje mu w kark i zaraz dostanie zapalenia opon mózgowych. Wszystko było normalnie. Zawieszenie stukało rytmicznie z prawej strony, w kabinie lekko jechało benzyną, a biegi trzeba było wrzucać z siłą rzymskiego gladiatora.

Ale gdzieś za Lubartowem… Stało się coś NIEWYOBRAŻALNEGO.

Kredens zaczął iść jak przecinak. Przestał dymić. Przestał stukać. Luz na kierownicy, który normalnie wynosił pół obrotu i wymagał ciągłego kontrowania, nagle po prostu zniknął. Biegi wchodziły jednym palcem, miękko jak w nowym Mercedesie. A stare radio Unitra, które od 15 lat grało tylko szum i sporadycznie łapało rosyjskie modlitwy, nagle ściągnęło krystalicznie czystą stację z białoruskim disco polo.

Dawid nagle zdjął nogę z gazu. Zesztywniał jak deska. — Panowie… — powiedział grobowym szeptem. — Co jest? Fotoradar? — rzucił Szuri z pełną buzią chipsów. — Temperatura w normie… Szafran aż upuścił kalkulator. — Co ty pierdolisz? Przecież zawsze nam się gotuje na podjazdach! — Mówię wam. Zero stukania. Silnik mruczy jak kot na sterydach. Spójrzcie na obrotomierz! Stoi równiutko jak żołnierz na apelu!

W kabinie zapadła absolutna, przerażająca cisza. Taka cisza, że było słychać, jak zimny pot spływa Dawidowi po skroni i kapie na kierownicę. Szuri wychylił się do przodu. Oczy miał okrągłe jak pięciozłotówki. — O kurwa… On coś knuje. Maszyny z PRL-u nie działają idealnie, chyba że planują zaraz spektakularnie wybuchnąć i zabrać nas wszystkich do piekła. Bąk zaczął ciężko oddychać. W jego oczach wymalowało się czyste, zwierzęce przerażenie. Spojrzał na bezbłędnie pracującą deskę rozdzielczą, na której nie świeciła się ani jedna kontrolka ostrzegawcza. — ZATRZYMAJ GO! — wrzasnął nagle Bąk, łapiąc się za głowę. — ON ZARAZ PIERDOLNIE! TO JEST ZASADZKA! EWAKUACJA!

Dawid dał po hamulcach. Kredens zatrzymał się z cichym, aksamitnym pchnięciem bezbłędnie działających hamulców (co nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło) na poboczu, w szczerym polu. Wyskoczyli z wozu w ułamku sekundy. Drzwi z trzaskiem otworzyły się na oścież. Rzucili się prosto do głębokiego, zarośniętego rowu melioracyjnego, padając w pokrzywy.

Leżą. Wstrzymują oddech. Minuta. Dwie. Pięć. Kredens stoi. Pyka cichutko, równiutko na wolnych obrotach. Błyszczy w słońcu swoją musztardową potęgą. Wygląda po prostu perfekcyjnie. Szafran wyjrzał zza krzaka ostu, poprawiając okulary. — To się wymyka prawom fizyki kwantowej. On nas chce zmylić.

I wtedy z polnej drogi zjechał stary, ledwo dyszący traktor Ursus. Traktorzysta — chłop o twarzy rzeźbionej wiatrem, trudami życia i tanim winem — zatrzymał maszynę. Popatrzył na pustego, dumnie pracującego Fiata 125p. Potem przeniósł wzrok na czterech dorosłych byków leżących plackiem w rowie, w trawie po kolana. — Co jest, chłopy? — zapytał, opierając się o błotnik traktora i odpalając szluga bez filtra. — Zepsuł się wam ten wehikuł? Szuri wychylił głowę z pokrzyw, śmiertelnie poważny. — Gorzej, panie kierowniku. Działa bez zarzutu.

Traktorzysta od razu zrozumiał powagę sytuacji. To był człowiek wychowany na polskiej motoryzacji. Twarz mu stężała. Zdjął usmarowaną czapkę z daszkiem i powoli, z namaszczeniem się przeżegnał. — O Panie Przenajświętszy… Toż to nienaturalne. Takie napięcie w maszynie trzeba jakoś natychmiast rozładować, zanim demon w nim oszaleje i was tu potraktuje korbowodem prosto w potylice. Zszedł z traktora ciężkim krokiem. Podszedł do pordzewiałej, metalowej skrzynki na narzędzia. Wyciągnął z niej pięciolitrowy baniak z mętnym płynem. Na plastiku widniał napis zrobiony grubym, czarnym markerem: „ROZPUSZCZALNIK DO DUSZY”. — Nalejta jemu do baku ze sto gramów, żeby poczuł wtryskach chujowe paliwo, to się uspokoi — wydał wyrok jak najwyższy kapłan mechaniki. — A resztę musimy wypić my. Za ocalenie waszych marnych żywotów.

Dawid na trzęsących się nogach podszedł do Fiata. Wziął brudny słoik od traktorzysty, odkręcił korek wlewu paliwa i chlusnął bimbru prosto do środka. Czekali w napięciu. Silnik zabulgotał. Zakaszlał jak stary palacz. Zrobił głośne, charkoczące: _„KHE-KHE-PŁUUUUM”_. Z rury wydechowej buchnęła gęsta, czarna, śmierdząca sadzą chmura dymu. Obroty natychmiast zaczęły falować, a zawory znowu zaczęły rzęzić w starym, dobrym rytmie „poloneza”. Bąk odetchnął z gigantyczną ulgą. Podbiegł i z płaczem przytulił się do gorącego błotnika, brudząc sobie czystą koszulkę smarem i kurzem. — No, wreszcie zachowujesz się normalnie, mój malutki… — wyszeptał, całując blachę.

Zrobili rytuał odczynienia uroków z traktorzystą na masce Ursusa. Szklanka z bimbrem poszła w obieg. Wschodni trunek wykręcił im twarze do wewnątrz, wypalił gardła do czysta, ale uspokoił zszargane nerwy. Załadowali się z powrotem. Kredens znowu był sobą. W kabinie śmierdziało spalinami, radio zgubiło fale i szumiało jednostajnie, a sprzęgło znów łapało na samym końcu. Byli bezpieczni.

Droga zaczęła się dłużyć. Kredens pożerał kilometry, dymiąc radośnie na niebiesko, co Dawid nazywał „zapachem wolności”, a Szafran „nieuchronnym remontem pierścieni tłokowych”. Zasięg w telefonach zniknął całkowicie. Dla Szafrana to była tragedia życiowa, a dla Bąka niepodważalny dowód na to, że wjechali w podlaski Trójkąt Bermudzki i zaraz porwą ich kosmici, by badać ich sondami analnymi. Szafran rozłożył na kolanach papierową mapę. Wielką. Starą. Z 2004 roku. — Według moich obliczeń… — zaczął, przesuwając palcem po wyblakłym papierze, szukając drogi. — Jesteśmy gdzieś między całkowitym niczym a absolutnym końcem świata. — Idealnie — mruknął Szuri, odpalając kolejnego papierosa i wystawiając łokieć za szybę, czując się jak król szosy. — Panny z takich rejonów są najbardziej dzikie i spragnione wielkiego, zachodniego świata. Czyli nas.

Wtem… Z przedniego siedzenia dobiegł dźwięk przypominający zarzynanego w krzakach dzika. Wszyscy zamarli. To nie był pasek klinowy. To był brzuch Bąka. — Jeeeeść… — wyjęczał wielki chłop, osuwając się na fotelu pasażera jak sflaczała dętka od Stara. Głodny Bąk to było zjawisko wysoce niebezpieczne. Kiedyś z głodu zaczął obgryzać skórzany pokrowiec na kierownicę, twierdząc, że smakuje jak twarde beef jerky. — Dawid, zjeżdżaj, bo on nas zeżre — zarządził Szuri, wytężając wzrok. — Widzę jakąś budę przy drodze.

Buda nazywała się „Zajazd pod Wygłuszonym Tłumikiem”. Pachniało tam starym fryturyzmem, kurzem i maggi w płynie. Weszli we czterech jak jeźdźcy apokalipsy, z tą różnicą, że mieli na sobie dresy i flanelowe koszule w kratę. Za ladą stała ONA. Barmanka Mariola. Włos tleniony na blachę, paznokieć długi na trzy centymetry w kolorze wściekłego różu, i spojrzenie, które potrafiło zatrzymać wirnik w odpalonej betoniarce. Szuri poczuł zew. Napiął klatę, poprawił czapkę uszatkę (którą nosił niezależnie od pory roku), oparł się o lepką ladę i spojrzał jej głęboko w oczy z narysowanymi markerem brwiami. — Witam piękną panią. Podróżujemy klasycznym wozem z południa na wschód w poszukiwaniu przygód, wrażeń i wielkiej miłości. Czym może pani uraczyć znużonych artystów polskiej szosy? Mariola nie przestała żuć gumy. Przejechała po nich wzrokiem od brudnych butów Bąka po zatłuszczoną na łokciach bluzę Dawida. — Flaki z wczoraj. Albo bigos, co pamięta jeszcze Gierka. Osiem złotych za talerz. Płacicie z góry, bo mi tu jedni cwaniacy już uciekli Żukiem bez plandeki w zeszłym tygodniu. Szuri, totalnie niezrażony, kontynuował swój festiwal żenady: — A pani serce… też ma taki sztywny cennik? Mariola westchnęła głośno, wycierając blat brudną, szarą szmatą. — Moje serce, złociutki, to jak silnik w Passacie 1.9 TDI mojego byłego męża. Zatarty, bez kropli oleju, klepie i reaguje tylko na grubą gotówkę. Brać te flaki, czy mam wołać z zaplecza kucharza z tasakiem? — Cztery razy flaki — rzucił szybko Dawid, kładąc na ladę pognieciony banknot i odciągając Szuriego za fraki, ratując mu życie.

Zjedli w grobowym milczeniu. Flaki były potwornie gęste, pieprzne i miały temperaturę płynnej lawy. Bąk zjadł swoje w 12 sekund, potem bez słowa dojadł porcję po obrzydzonym Szafranie, a na koniec wstał i wyszedł przed bar z resztką zupy w głębokim talerzu. Dawid wyjrzał przez brudne okno i zbladł jak ściana. — Co on tam, do kurwy nędzy, znowu odpierdala?!

Wybiegli na zewnątrz, potrącając krzesła. Bąk stał z podniesioną maską Kredensa, odkręconym korkiem chłodnicy i… ostrożnie, łyżka po łyżce, wlewał resztę zawiesistego, tłustego sosu z flaków prosto do układu chłodzenia.

— ZWARIOWAŁEŚ, DEBILU?! CO TY MU LEJESZ?! — wrzasnął Dawid, wyrywając mu talerz siłą.

— Musi zjeść coś ciepłego na długą drogę! — odkrzyknął Bąk, zasłaniając auto własnym ciałem. — Widziałem na zegarach, że mu wskazówka od termostatu tak dziwnie drży! To z zimna! Daj mu zjeść, zupa z wkładką go rozgrzeje od środka! Zanim Dawid zdążył udusić Bąka na miejscu zbrodni, a Szuri nagrać ten wybitny moment na telefon z odpowiednim podkładem muzycznym, zza budynku wyszedł Szafran z rozłożoną mapą.

— Panowie. Zostawcie te flaki w spokoju. Osiągnęliśmy cel. Jesteśmy na miejscu.

Dawid rozejrzał się po pustkowiu.

— Jak na miejscu? Tu jest tylko ten zapyziały zajazd, krzywy znak drogowskazowy i gęsty las. — Nie. Za tym lasem jest nasza meta. Agroturystyka „Pod Pijanym Żubrem”. Przekroczyliśmy magiczną granicę prawdziwego Podlasia.

Wszyscy czworo spojrzeli w stronę ściany ciemnych, gęstych drzew. Powietrze było tu faktycznie inne. Jakieś takie… gęstsze. Pachniało żywicą, destylatem i zbliżającym się wielkim krokiem przypałem. Gdzieś w oddali zawył wilk. Albo stary Polonez Borewicz odpalany na zaciągniętym ssaniu.

Szuri uśmiechnął się szeroko. To był ten uśmiech, który zwiastował absolutną katastrofę. — Panny na nas czekają, mordy. Wóz, zapalać! Wjeżdżamy tam i bierzemy wszystko! Wsiedli do środka. Dawid przekręcił kluczyk. Kredens zagulgotał flakami w chłodnicy, puścił gigantycznego, pieprznego bąka z rury wydechowej i ruszył z kopyta w stronę przeznaczenia.

Droga przez las okazała się testem ostatecznym dla ludzi i maszyn.

Po pięciu kilometrach od zajazdu, nagrzewnica Kredensa zaczęła żyć własnym, zupełnie nowym życiem. Z kratek nawiewu nie leciało już tylko duszne powietrze z zapachem starego skaju i kurzu. Z kratek zaczęło wiać… maggi. Majerankiem. I potężną dawką czarnego pieprzu.

Szafran zdjął zaparowane okulary. — Z moich wyliczeń wynika, że właśnie osiągnęliśmy punkt wrzenia — powiedział, wpatrując się w mrok za oknem. — Glikol z Borygo wszedł w bezpośrednią reakcję termiczną z kolagenem z wołowych żołądków. Panowie. My nie jedziemy już samochodem. My jedziemy samobieżnym, musztardowym garem z zupą.

Dawid opuścił szybę, bo od zapachu gotowanych flaków zaczęły mu potwornie łzawić oczy. — Bąk, ja cię kiedyś naprawdę wrzucę do kanału w garażu i zaspawam właz od góry! Silnik ma dziewięćdziesiąt pięć stopni! On to po prostu gotuje! To nie jest kuchnia polowa, to jest silnik od dużego fiata! — I bardzo dobrze! — Bąk siedział dumnie, ocierając pot z czoła, zadowolony jak ojciec na chrzcinach. — Silnik spalinowy to jest organizm. Żywa tkanka z metalu. Musi trawić. Posłuchaj, jak równo idzie! Zupka mu uszczelniła mikro-pęknięcia!

I faktycznie. Kredens, zasilany mieszanką etyliny, podlaskiego bimbru w baku i flaków z pieprzem w chłodnicy, darł do przodu przez las jak wściekły, mechaniczny dzik. Reflektory świeciły słabo, na żółto, wycinając w gęstym mroku snopy światła, w których tańczyły ćmy wielkości małych wróbli.

Szuri z tyłu był w absolutnej ekstazie. Wychylił się przez okno do połowy, ignorując pęd wiatru i uderzające go gałęzie. — O to chodzi! To jest klimat! Dawid, depnij mu! Pokaż tym sarnom, kto tu rządzi! Odpal długie! Rozświetl ten las! — Nie odpalę długich, bo mi prądnica klęknie, debilu! — wrzasnął Dawid, trzymając kierownicę obiema rękami, bo na leśnych wybojach Kredens myszkował na boki jak pijany zając uciekający przed nagonką. — ODPALAJ! Daj mu mroku!

Szuri nie czekał na zgodę kierowcy. Przechylił się przez fotel, wciskając się między Dawida a Bąka, i sam szarpnął dźwignię przy kierownicy. _Pstryk._

Długie światła rozbłysły. I w tej samej sekundzie Kredens wydał z siebie jęk agonii. Radio zamilkło natychmiast, jakby je ktoś uciął tasakiem. Podświetlenie zegarów zgasło. Silnik, dławiąc się i walcząc o życie, zaciągnął resztki prądu z cewek, a z rury wydechowej wystrzeliła potężna, półmetrowa marchewa ognia, oświetlając okoliczne świerki na krwistoczerwono.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij