Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kręgi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 marca 2026
3790 pkt
punktów Virtualo

Kręgi - ebook

Na Polach Mokotowskich w Warszawie zostaje znalezione ciało brutalnie zamordowanej dziewczyny. Sprawca odciął jej obie dłonie, a sposób, w jaki to zrobił, przywodzi na myśl nierozwiązaną sprawę sprzed lat. Policja rozpoczyna zakrojone na szeroką skalę dochodzenie.
W tym samym czasie Bartosz Konecki – niegdyś utalentowany policjant, dziś prywatny detektyw z problemami – przyjmuje nietypowe zlecenie. Ma obserwować wschodzącą gwiazdę telewizji. Rutynowa sprawa szybko przeradza się jednak w skomplikowane śledztwo, gdy były funkcjonariusz odkrywa niepokojący związek między swoim zadaniem a okrutną zbrodnią popełnioną w parku miejskim.
Czy mieszkańcy Warszawy są świadkami powrotu seryjnego mordercy?
„Kręgi” to mroczny kryminał o zmaganiu się z własnymi demonami i przepracowywaniu osobistych traum. Zbigniew Zborowski opowiada o tym, jak jeden czyn potrafi uruchomić lawinę zdarzeń, które zataczają coraz szersze kręgi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8076-852-8
Rozmiar pliku: 4,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

– Spójrz­cie.

– Kręgi.

– Na wo­dzie.

– Na po­czątku są małe. A po­tem spójrz­cie,

jak się po­więk­szają. Ale musi być ktoś, kto za­cznie.

(Po­ca­hon­tas)

Gwał­tem za­bija się albo ka­le­czy

Bliź­nich osobę, a do­bra i mie­nie

Po­ża­rem gubi, ra­buje, ni­we­czy.

Stąd skry­to­bój­ców i mor­der­ców cie­nie,

Zbrod­niów, zło­dziei od­dzielną ko­morą

Do­stały pierw­szy krąg na po­sie­le­nie.

(Dante Ali­ghieri, Bo­ska Ko­me­dia, przeł. E. Po­rę­bo­wicz, pieśń XI)PRO­LOG

War­szawa. Li­piec 1992

Obu­dziła się na­gle, od razu przy­tomna, z po­czu­ciem, że jest źle. Gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze. Jak to­nący, który wy­nu­rzył się na po­wierzch­nię, lecz wie, że nie star­czy mu sił, by się dłu­żej na niej utrzy­mać. Zimne świa­tło ja­rze­nió­wek pod wy­so­kim su­fi­tem uka­zało jej ob­szerną, po­zba­wioną okien halę. Le­żała na sze­ro­kim i dłu­gim me­ta­lo­wym stole, nad któ­rym zwie­szała się piła tar­czowa.

Po­czuła, jak prze­ra­że­nie za­lewa jej serce, i rap­tow­nie usia­dła. Nie była zwią­zana. Ze­sko­czyła. Prze­bie­gła kilka me­trów. Bose stopy za­dud­niły na zim­nej, be­to­no­wej pod­ło­dze, po­kry­tej je­dy­nie po­pla­mio­nym li­no­leum. Za­trzy­mała się. Wró­ciła. Ru­szyła w prze­ciw­nym kie­runku. Znowu sta­nęła.

Była sama w tym dziw­nym po­miesz­cze­niu, w któ­rym oprócz stołu i piły zgro­ma­dzono mnó­stwo za­gad­ko­wych przed­mio­tów. Z su­fitu zwi­sały wiel­kie haki, pod ścia­nami stały po­jem­niki na ko­łach, a tuż obok niej pię­trzyło się coś, co wy­glą­dało jak ta­bo­ret ol­brzyma. Wszystko lśniące, me­ta­lowe, zimne.

– Co to za miej­sce? – Jej szept ule­ciał ku su­fi­towi, by po chwili wró­cić echem, które wwier­ciło się w mózg nie­zno­śnym bó­lem.

– To rzeź­nia! – Usta uło­żyły się w słowa, któ­rych nie miała od­wagi wy­po­wie­dzieć. – Obu­dzi­łam się w rzeźni.

Spró­bo­wała ze­brać my­śli. Skon­cen­tro­wać się. Bo­lała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, che­miczny smak, od któ­rego ro­biło jej się nie­do­brze.

– Jak się tu­taj zna­la­złam?

Cał­kiem nie­dawno, nie­mal przed chwilą, rzu­ciła wszystko, czego nie zno­siła, za­kwe­stio­no­wała mo­del ży­cia, który pę­tał ją jak gro­bowy ca­łun. Du­siła się w nim, nu­dziła, gar­dziła nim. Długo nie miała od­wagi, żeby się z tego wy­zwo­lić. Trudno być od­ważną, kiedy się ma do­piero pięt­na­ście lat. Ale w końcu się udało. Oznaj­miła ro­dzi­com i ca­łej ma­ło­mia­stecz­ko­wej resz­cie, że ru­sza w Pol­skę. Sama. Było piękne lato. Po­je­chała na fe­sti­wal roc­kowy do Ja­ro­cina – miał za­grać Dżem. A ra­czej chciała po­je­chać. Te­raz pa­mię­tała tylko biało­szarą szosę, przy któ­rej ła­pała stopa, i dwóch sym­pa­tycz­nych pa­nów za­trzy­mu­ją­cych się przy niej wiel­kim merce­de­sem. A po­tem cierpki, che­miczny smak tam­ponu, który ktoś przy­ci­skał jej do ust i nosa.

– Uśpili mnie. Dra­nie.

Po co to zro­bili? Od­po­wiedź przy­szła szyb­ciej niż wy­po­wie­dze­nie w my­ślach tego py­ta­nia. Prze­stra­szyła się jesz­cze bar­dziej. Nie była już dziec­kiem. Przy­naj­mniej do tej chwili tak są­dziła.

Spoj­rzała na swoje od­bi­cie w wy­po­le­ro­wa­nej me­ta­lo­wej ściance dziw­nego – jak wszystko wo­kół – urzą­dze­nia. Miała na so­bie dżinsy z ba­za­rku na rynku i ko­szulkę. Żad­nych dziur, roz­darć, siń­ców. Zgi­nęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?

Po­now­nie ru­szyła przed sie­bie. Tym ra­zem już jed­nak nie bie­gła. Zro­zu­miała, że to nie ko­niec. To ra­czej po­czą­tek. Oni gdzieś tu­taj są. Czają się, knują, ob­ser­wują.

Ro­zej­rzała się. Wo­kół nie było ży­wego du­cha. Ostroż­nie po­de­szła do cięż­kich i gru­bych me­ta­lo­wych drzwi. Były uchy­lone. Wyj­rzała i za­raz cof­nęła głowę. Znów wyj­rzała.

Ko­ry­tarz był oświe­tlony błę­kit­nym świa­tłem brzę­czą­cych ci­cho ja­rze­nió­wek. Na­dal żad­nych okien. Po pra­wej odra­pane drzwi do ła­zie­nek, po le­wej ko­lejne uchy­lone sta­lowe wrota. Pod ścia­nami wię­cej po­jem­ni­ków i wóz­ków. Wszyst­kie na kół­kach. W po­wie­trzu za­pach stę­chli­zny, ku­rzu i cze­goś jesz­cze. Le­dwo uchwytny, me­ta­liczny, draż­niący noz­drza za­pach. Znała go. To był za­pach krwi.

Szła ko­ry­ta­rzem, ostroż­nie roz­glą­da­jąc się wo­kół. Ogromny be­to­nowy bun­kier wy­peł­niony był lśnią­cymi urzą­dze­niami do za­bi­ja­nia, kro­je­nia, odzie­ra­nia ze skóry. Plą­ta­nina ko­ry­ta­rzy, sal du­żych i mniej­szych. Wciąż ani jed­nego okna, choćby świe­tlika. Jed­nak prze­cież gdzieś, do li­cha ja­snego, musi być stąd ja­kieś wyj­ście.

Wtedy usły­szała zwie­lo­krot­niony echem, od­le­gły śmiech. Po­tem od­głos kro­ków. Prze­ra­że­nie ża­rzące się w środku klatki pier­sio­wej na­gle się roz­pa­liło – jak pa­le­ni­sko gwał­tow­nie otwar­tego pie­cyka. Rzu­ciła się bie­giem w prze­ciw­nym kie­runku. Za nią roz­brzmiało dud­nie­nie bie­gną­cych nóg. Ści­gał ją nie je­den, nie dwóch, ale kilku lu­dzi. Znie­kształ­cone echem głosy zda­wały się brzmieć po nie­miecku.

Niemcy? W ogrom­nej rzeźni? A może to tylko kosz­marny sen?

W tym mo­men­cie jej spa­ni­ko­wany i wciąż otu­ma­niony umysł wresz­cie się prze­bu­dził.

– Mu­szę wró­cić tam, gdzie się obu­dzi­łam!

Stół, piła, rząd ha­ków pod su­fi­tem. To ja­sne. Tam tra­fiają zwie­rzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w któ­rej są uśmier­cane, a za nią rampa, przez którą są pę­dzone do rzeźni.

Wyj­ście.

Za­wró­ciła na pię­cie i po­gnała z po­wro­tem. Byle zdą­żyć przed tam­tymi. Kim­kol­wiek są.

Była szybka. W kilku su­sach do­pa­dła cięż­kich drzwi, przez które do­piero co wy­szła. Sko­czyła do hali, mi­nęła stół i piłę, do­strze­gła ko­lejne drzwi, pew­nie pro­wa­dzące do ubojni. Rzu­ciła się ku nim.

I za­raz za­ha­mo­wała.

Zo­ba­czyła ich. Wcho­dzili ko­lejno, za­trzy­my­wali się, mie­rzyli ją wzro­kiem. Jakby oce­niali pół­tu­szę.

Męż­czyźni. Nie wy­glą­dali na po­twory. Ten z pra­wej był ni­ski i pulchny, o jo­wial­nej twa­rzy. Środ­kowy był wyż­szy, ale znacz­nie star­szy. Po le­wej stał naj­młod­szy, z brzusz­kiem ry­su­ją­cym się pod dre­sową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko po­na­pa­wać się tro­chę jej stra­chem? Za­żar­to­wać?

Nie. W ich oczach było coś, co od­bie­rało na­dzieję. Oni chcieli ją skrzyw­dzić. Skoro jed­nak spra­wiali wra­że­nie zwy­czaj­nych fa­ce­tów w wieku jej taty, to może da się ich ubła­gać? Prze­pro­sić? Prze­ko­nać, żeby zo­sta­wili ją w spo­koju?

– Nie rób­cie mi nic złego – usły­szała wła­sny, po­twor­nie za­chryp­nięty głos. – Ja… Ja je­stem dziec­kiem.

Gwał­tow­nie drgnęła, kiedy ktoś się ode­zwał tuż za jej ple­cami. Nie zro­zu­miała słów, męż­czy­zna mó­wił po nie­miecku. To mu­siało być coś za­baw­nego, bo ci przed nią tu­bal­nie za­re­cho­tali.

Od­wró­ciła się po­woli, bo­jąc się tego, co zo­ba­czy. Uj­rzała sym­pa­tycz­nego kie­rowcę mer­ce­desa, fa­ceta mię­dzy trzy­dziestką a czter­dziestką, lekko ły­sie­ją­cego, do­syć wy­so­kiego. Pa­trzył na nią ciem­nymi, lekko za­mglo­nymi oczami we­sołka, który nad­używa al­ko­holu. Znała ta­kie spoj­rze­nia. W po­bli­skim mia­steczku pełno było ta­kich fa­ce­tów.

Stru­chlała. Płytki od­dech nie mógł za­pew­nić jej trze­po­czą­cemu prze­ra­że­niem sercu wy­star­cza­ją­cej ilo­ści tlenu. Za gar­dło za­czął ła­pać ją szloch.

– Da­lej już nie uciek­niesz, ty mała kurwo.

W jego gło­sie brzmiała nie tyle złość, ile ra­czej drwina. Szy­dził z niej. Sy­cił się jej prze­ra­że­niem. To ją otrzeź­wiło. Wzbu­dziło złość. Oszust. Po­ry­wacz. Gno­jek, który ją uśpił i uło­żył na stole do dzie­le­nia mięsa.

– No da­lej, dziwko. Bła­gaj o li­tość.

W piersi wzbie­rała jej fu­ria. Zwy­czajny fa­cet w sta­dzie in­nych zwy­czaj­nych fa­ce­tów, mó­wiący ję­zy­kiem be­stii. Nie, nie bę­dzie go o nic pro­sić.

Spoj­rzała w górę, ku rzę­dowi lśnią­cych i ostrych jak dia­bli ha­ków. Zro­biła dwa kroki roz­biegu, pod­sko­czyła i chwy­ciła je­den. Tak jak my­ślała, był tylko lu­zem wło­żony w otwór pro­wad­nicy. Bez trudu go z niej wy­biła.

Fa­cet sto­jący przed nią wy­ba­łu­szył ze zdzi­wie­nia oczy.

– Co? Co ty…

Nie po­zwo­liła mu skoń­czyć. Na­gle wy­dał jej się ża­ło­sny i słaby. Cała jego siła opie­rała się na pod­stę­pie i aplau­zie tych pa­ja­ców w dre­sach.

Z roz­ma­chem wbiła mu ostry i lśniący hak w ra­mię. Wy­soko, aż pod sam roz­ja­rzony zim­nym świa­tłem ja­rze­nió­wek su­fit, wzniósł się jego kwik.TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Środa

Ko­rek za­czy­nał się już w po­ło­wie ulicy San­guszki. Opa­da­jącą łu­kiem ku Wi­sło­stra­dzie drogę wy­peł­niały samo­chody ro­ze­dr­gane po­ranną ner­wo­wo­ścią kie­row­ców. Pół me­tra do przodu, tro­chę w lewo, tro­chę w prawo. Na są­siedni pas. Z po­wro­tem. Byle za­cho­wać złu­dze­nie, że jed­nak po­su­wam się do przodu.

Z miej­sca, w któ­rym uliczka łą­czyła się z naj­waż­niej­szą ar­te­rią sto­licy, do­bie­gały wy­so­kie dźwięki klak­so­nów, zło­wro­gie po­mruki mo­to­rów, ner­wowe bły­ski czer­wo­nych świa­teł stopu. Na wszyst­kich – obo­jętna wo­bec bu­cha­ją­cego złą ener­gią kłę­bo­wi­ska – pa­dała so­bie drobna, je­sienna mżawka.

– Tylko spo­koj­nie – wy­szep­tał do kie­row­nicy Bar­tosz Ko­necki. – Jesz­cze parę chwil i będę w biu­rze.

Wy­ob­raź­nia na­tych­miast pod­su­nęła mu tę wy­cze­ki­waną chwilę. Zo­ba­czył, jak otwiera drzwi i od razu kie­ruje się do biurka. Prze­szu­kuje szu­fladę, wyj­muje opa­ko­wa­nie al­praksu, bie­rze ta­bletkę i po­pija kra­nówką. Kilka chwil i wszystko się koń­czy. Ogar­niają go spo­kój i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. My­śli się pro­stują, a wspo­mnie­nia wra­cają tam, gdzie ich miej­sce – do ciem­nej jamy za­po­mnie­nia.

Ko­rek znów ru­szył. Dwa, cztery, pięć me­trów. Ładny skok. Zde­ze­lo­wany golf dwójka, za­by­tek mo­to­ry­za­cji ku­piony przez Bartka pół roku temu za gro­sze od fa­ceta, który nie pa­trzył mu w oczy, za­dy­mił czarną sa­dzą, za­ter­ko­tał wy­słu­żo­nym sil­ni­kiem die­sla i mi­nął łuk obok sta­cji ben­zy­no­wej. Da­lej roz­po­ście­rał się wi­dok na kom­plet­nie za­pchaną au­tami trzy­pa­smówkę bie­gnącą wzdłuż rzeki.

W tyl­nej szy­bie sa­mo­chodu ja­dą­cego przed gol­fem – gra­na­towe su­zuki liana, rzadki mo­del – Ko­necki zo­ba­czył twarz mło­dej ko­biety.

Od­wró­cona w jego stronę dziew­czyna mu­siała chyba klę­czeć na swoim fo­telu. Jej wzrok wy­dał mu się nie­przy­tomny, błędny, za­gu­biony. Pi­jana? Ćpunka? A może wa­riatka?

Al­prax. Że też mu­siał zo­sta­wić go w biu­rze. Gdyby miał te­raz przy so­bie choć jedną pi­gułkę… Ale cóż. Jolka zro­biła się ostat­nio bar­dzo czujna. Zmie­niał leki i opa­ko­wa­nia, żeby ją zmy­lić, ale to prze­sta­wało już dzia­łać. Szybko na­uczyła się roz­po­zna­wać ta­bletki każ­dej od­miany ben­zo­dia­ze­piny, która po­ma­gała mu utrzy­my­wać się w pio­nie: Dia­ze­pam, Lo­ra­fen, Xa­nax. Od kiedy wy­wa­liła mu le­dwo na­po­częte opa­ko­wa­nie Neu­rolu, wo­lał nie ry­zy­ko­wać i trzy­mał leki w pracy. To ska­zy­wało go jed­nak na bo­le­sne kon­fron­ta­cje z każ­dym ko­lej­nym po­ran­kiem.

– Od­staw to świń­stwo, Bar­tek! – Jolka mó­wiła to po­ważna i za­tro­skana, co bu­dziło w nim jesz­cze więk­szy nie­po­kój. – Dla­czego znowu bie­rzesz? Co się dzieje? Ro­bię coś źle? Czymś się gry­ziesz?

Cho­lera. Ja­sne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wy­tłu­ma­czyć? Ich ży­cie było sie­lanką. Było? Wła­ści­wie po­winno być. Jolka się sta­rała. Ko­chała go, to pewne. I on ją też. Spę­dzali ze sobą fan­ta­styczne chwile. A jed­nak od środka zże­rał go ro­bal o wielu imio­nach. Nie­pew­ność. Strach. Prze­ra­że­nie. Nuda.

Znów spoj­rzał na dziew­czynę za szybą. Nie zmie­niła po­zy­cji. Wciąż wy­glą­dała zza za­główka swo­jego fo­tela. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Na­raz wy­dało mu się, że w jej za­mglo­nym wzroku do­strzega prośbę. Bła­ga­nie o po­moc.

Nie wa­riuj – upo­mniał się w my­ślach. Nic się nie dzieje, la­ska po pro­stu nie zdą­żyła na­pić się kawy.

Mimo to nie­po­kój na­ra­stał. Bar­tek za­czął już na­wet cał­kiem se­rio roz­wa­żać wyj­ście z sa­mo­chodu, po­dej­ście do tam­tego auta, a po­tem…

Mógł­bym za­pu­kać w szybę i grzecz­nie spy­tać, czy wszystko w po­rządku. A gdy­bym uznał, że…

Za­uwa­żył go w ostat­niej chwili. Srebrna mazda prze­cięła po­dwójną cią­głą, wy­prze­dziła kilka aut, pę­dząc po łuku drogi pod prąd, i te­raz, uni­ka­jąc czo­ło­wego zde­rze­nia z ja­dącą pod górę cię­ża­rówką, we­pchnęła się wła­śnie przed niego. Tuż przed ba­lu­stradą roz­dzie­la­jącą na za­krę­cie dwa pa­sma ulicy. W ostat­niej chwili za­ha­mo­wał i od­ru­chowo na­ci­snął klak­son. Golf szarp­nął się na zu­ży­tych amor­ty­za­to­rach. Kie­rowca mazdy otwo­rzył okno i wy­sta­wił środ­kowy pa­lec. Ręka w bia­łej ko­szuli, do­bry ze­ga­rek na nad­garstku. Pew­nie me­ne­dżer śred­niego szcze­bla w dro­dze do swego kor­po­ra­cyj­nego raju.

Ko­necki za­ci­snął wiel­kie dło­nie na wą­tłym kole kie­rowni­cy. Twardy ebo­nit – czy z czego tam przed ćwierć­wie­czem ro­biono koła ste­rowe volks­wa­ge­nów – za­skrzy­piał i lekko ustą­pił.

– Spo­koj­nie, za­raz będę w biu­rze – po­wtó­rzył swoją po­ranną mo­dli­twę Bar­tek.

Już nie my­ślał o tam­tej dziew­czy­nie.

Wie­dział, że ma pro­blemy z kon­tro­lo­wa­niem agre­sji. To był efekt uboczny abs­ty­nen­cji ben­zo­dia­ze­pi­no­wej, po­ja­wia­jący się za­wsze wtedy, kiedy nie łyk­nął na czas ko­lej­nej ta­bletki. Dwa mie­siące temu, gdy pró­bo­wał od­sta­wić psy­cho­tropy, stłukł do nie­przy­tom­no­ści pew­nego ta­tu­sia, który w jego obec­no­ści strze­lił na od­lew w pysk swo­jego kilku­let­niego chłopca. Ta­tu­sia miał tylko wy­śle­dzić na zle­ce­nie ma­musi. Fa­cet zgar­nął swo­jego syna spod szkoły i znik­nął. Jego żona, z którą ko­leś wła­śnie to­czył w są­dzie bez­par­do­nowy bój zwany sprawą roz­wo­dową, od­cho­dziła od zmy­słów. Ta­tuś wcze­śniej nie­zbyt in­te­re­so­wał się dzie­cia­kiem, wo­lał to­wa­rzy­stwo tan­ce­rek go-go, ale gdy żona zło­żyła po­zew, uznał, że od­bie­rze jej chło­paka. Ko­necki wy­peł­nił swoje za­da­nie i cze­kał tylko na przy­jazd zle­ce­nio­daw­czyni. Nie miał prawa się mie­szać. A jed­nak się nie po­wstrzy­mał.

Sznur sa­mo­cho­dów znów ru­szył. Pierw­szy bieg, a po­tem – al­le­luja! – na­wet i drugi. I w tym mo­men­cie fa­cet w srebr­nej maź­dzie rap­tow­nie za­ha­mo­wał. Nie mu­siał, mógł je­chać da­lej, ale naj­wy­raź­niej uznał, że sprawa z gol­fem, który na niego za­trą­bił, wy­maga do­koń­cze­nia.

Bar­tek wdep­nął środ­kowy pe­dał, a klocki ha­mul­cowe za­pro­te­sto­wały wy­so­kim pi­skiem. Omal nie za­rył no­sem w przed­nią szybę.

– Spo­koj­nie. – Po raz trzeci spró­bo­wał swo­jej man­try. – Tylko spo­koj­nie.

Sprawa po­bi­cia tam­tego ta­tu­sia, mimo ko­rzyst­nych ze­znań chłopca zło­żo­nych w obec­no­ści psy­cho­loga, wciąż była w toku. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na ko­lejną burdę. Sie­dział więc na­pięty jak pięść za kie­row­nicą dy­cha­wicz­nego volks­wa­gena i nie­mal bła­gał w my­ślach tam­tego, żeby od­pu­ścił.

Jed­nak kie­rowca mazdy naj­wy­raź­niej brak re­ak­cji na za­czepki od­czy­tał jako sła­bość. Srebrne drzwi otwo­rzyły się i wy­pluły ubra­nego w ko­szulę, spodnie od gar­ni­turu i kra­wat osiłka o sprę­ży­stych mię­śniach, w po­cie czoła wy­pra­co­wa­nych w klu­bie fit­ness w ra­mach kar­netu pra­cow­ni­czego VIP plus.

– Coś ci się nie po­doba? Masz ja­kiś pro­blem, fra­je­rze? – Głos do­biegł do wnę­trza ka­biny golfa przez za­mkniętą szybę.

Bar­tek roz­pacz­li­wie wpa­try­wał się w ma­ja­czącą w opa­rach mgły Wi­słę.

– Spo­koj­nie, za­raz będę w…

Plask! Kra­wa­ciarz po­trak­to­wał ma­skę golfa z otwar­tej. Bar­tek nie­mal usły­szał szmer osy­pu­ją­cej się rdzy. Al­prax. Po­trze­bo­wał go.

Kie­rowca mazdy był już przy drzwiach. Szarp­nął klamkę. Za­ma­szy­ście otwo­rzył.

– Py­ta­łem, czy coś ci się…

Ko­necki po­woli ode­rwał wzrok od skłę­bio­nych wi­rów Wi­sły i prze­niósł go na kor­po­ra­cyj­nego re­kina. Nie­spiesz­nie od­piął pas i wy­sta­wił przez próg nogę, a za nią resztę swo­jego na­zbyt zwa­li­stego ciała. Oczy po­do­bno są zwier­cia­dłem du­szy. Kiedy spoj­rze­nia Bartka i kra­wa­cia­rza w końcu się spo­tkały, go­guś cof­nął się, przy­klapł i zer­k­nął ner­wowo w bok, jakby cze­kał na od­siecz. Od­chrząk­nął, a jego grdyka wy­ko­nała roz­pacz­liwy skok w górę i w dół.

– Ja, ee… – W jego głos wkra­dły się nieco pi­skliwe tony.

Bar­tek po­ło­żył ciężką dłoń na śnież­no­bia­łym ra­mie­niu, na­chy­lił się nad opa­loną w so­la­rium twa­rzą i po­jed­naw­czo za­mru­czał wprost w roz­sze­rzone stra­chem źre­nice:

– Mi­łego dnia. A te­raz spa­daj, pa­jacu.

***

Ko­necki nie lu­bił swo­jego biura. Miej­sce niby ide­alne – mię­dzy ron­dem Wia­traczna a pla­cem Szem­beka. Tuż nad sa­lo­nem gier Las Ve­gaz, bli­sko sklepu Al­ko­hole 24 h, obok ru­chli­wej Gro­chow­skiej. Skromny szyld wi­dać było z prze­jeż­dża­ją­cych obok tram­wa­jów, au­to­bu­sów i sto­ją­cych na świa­tłach sa­mo­cho­dów. Mimo to nie umiał za­pu­ścić tu­taj ko­rzeni. A może to nie była wina miej­sca, lecz ka­ta­stro­fal­nego stanu jego fi­nan­sów? Wciąż nie chciał się do tego przy­znać, na­wet sam przed sobą, ale wy­glą­dało na to, że się prze­li­czył. Na pal­cach obu rąk mógłby po­li­czyć wszyst­kich klien­tów, któ­rzy zgło­sili się do niego w ciągu pierw­szych trzech mie­sięcy funk­cjo­no­wa­nia firmy.

– Cześć, Brudny Harry! – we­soło po­wi­tał go po­do­bny do wie­prza blon­dyn, ochro­niarz z sa­lonu gier, na oko sto dwa­dzie­ścia kilo mu­sku­la­tury wy­mę­czo­nej na si­łowni.

– Cześć, Piggy – od­burk­nął.

– Nie na­zy­waj mnie tak! – usły­szał obu­rzony głos, kiedy wspi­nał się po scho­dach dłu­giego pa­wi­lonu han­dlo­wego.

„Agen­cja De­tek­ty­wi­styczna. Grupa Ko­necki” – po­wi­tała go ta­bliczka na drzwiach. Ta­bliczka jak ta­bliczka, zdą­żył się przy­zwy­czaić na­wet do tej „grupy”, któ­rej do­pi­sa­nie do­ra­dziła mu Jolka. Twier­dziła, że „grupa” brzmi po­waż­niej niż ja­kiś tam „pry­watny de­tek­tyw”. Zdzi­wiło go co in­nego – o drzwi jego biura opie­rał się ja­kiś fa­cet.

Przez chwilę pa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu. Tam­ten był ubrany w gar­ni­tur. Za­pięta ma­ry­narka ujaw­niała cha­rak­te­ry­styczne uwy­pu­kle­nie pod lewą pa­chą. Ko­necki na­tych­miast sko­ja­rzył je z ka­burą pi­sto­letu. Od­kąd zo­stał de­tek­ty­wem, też so­bie taką spra­wił. Tyle że no­sił luź­niej­sze ma­ry­narki.

Nie­zna­jomy był o do­bre pół głowy niż­szy od Bartka, ale przy­sa­dzi­sta syl­we­tka i zde­for­mo­wane, po­kryte bli­znami uszy zdra­dzały by­łego za­pa­śnika. Nie­do­kład­nie wy­go­lona głowa ujaw­niała się­ga­jącą głę­boko ły­sinę i parę sta­rych blizn. Oczy miał czarne, pewne sie­bie, spo­kojne. Był także star­szy od Ko­nec­kiego o kil­ka­na­ście ład­nych lat. Może na­wet dwa­dzie­ścia? Na pewno dawno prze­kro­czył już pięć­dzie­siątkę.

To je­den z tych, któ­rzy za­wsze do­stają do­kład­nie to, czego chcą – po­my­ślał Bar­tek, a na głos za­py­tał:

– Pan do mnie?

Fa­cet za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i nie­spiesz­nie wy­pu­ścił strugę dymu w kie­runku su­fitu. Jego mię­si­ste usta wy­krzy­wił cień asy­me­trycz­nego uśmie­chu. Lewy ką­cik w górę, prawy w dół.

– Znasz się na lu­dziach – wy­ce­dził. – Słusz­nie na­zwa­łeś tego z dołu ciotą.

– Na­zwa­łem go Piggy. To ku­kiełka z Mup­pet Show, a nie ciota.

Bart­kowi nie po­do­bał się ten czło­wiek. Nie­po­koił go.

– Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam so­bie chcesz. – Łysy po­jed­naw­czo wzru­szył ba­rami, po czym zga­sił peta w dwóch pal­cach i pstryk­nął nim w dół scho­dów, ku po­pa­tru­ją­cemu na nich ochro­nia­rzowi. – Przy­sze­dłem w in­te­re­sach. Otwie­rasz to swoje Miami Vice czy mam iść do kon­ku­ren­cji?

Wcho­dząc do środka, Bar­tek uświa­do­mił so­bie z roz­draż­nie­niem, że chwila się­gnię­cia po al­prax zna­cząco się od­dala. I to też mu się nie spodo­bało.

Klient osten­ta­cyj­nie ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Biurko, fo­tel, kom­pu­ter, szafa pan­cerna, półka sko­ro­szy­tów, tele­wi­zor. I mały kom­ple­cik w rogu: ni­ski sto­lik, sofa, dwa wą­tłe krze­sła. Obok drzwi do mi­kro­sko­pij­nej ku­chenki.

– Tro­chę tu drę­two. – Gość ro­zej­rzał się z bła­zeń­skim wy­ra­zem twa­rzy. – Przy­dałby ci się, chło­pie, ba­rek na kół­kach. Albo cho­ciaż akwa­rium.

– Wo­lał­bym, żeby się pan naj­pierw przed­sta­wił. Gwa­ran­tuję dys­kre­cję, ale chcę wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

Za­pa­śnik opadł na sofkę. Me­bel jęk­nął, coś w nim trza­snęło, ale wy­trzy­mał. Ko­necki oparł się o biurko, spla­ta­jąc ręce na piersi.

– Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czy­nie­nia – od­parł tam­ten, za­kła­da­jąc ręce za głowę. Wy­pu­kłość pod ma­ry­narką omal nie wy­rwała jej gu­zi­ków.

Co on tam ma? Prze­dłu­żo­nego glocka? Ma­gnum? Strzelbę my­śliw­ską?

– Były ko­mi­sarz eli­tar­nego Wy­działu Ter­roru Kry­mi­nal­nego, obie­cu­jący de­tek­tyw, czło­wiek, który miał siłę pod­nieść się z cięż­kiego za­ła­ma­nia ner­wo­wego, by zna­leźć uko­je­nie w ra­mio­nach ko­le­żanki po fa­chu, a wcze­śniej za­strze­lić pod­łego prze­stępcę. Á pro­pos, jak ci się układa z uro­czą ko­mi­sarz Jo­lantą Boń­czak? Ko­le­dzy już chyba nie na­zy­wają jej lesbą?

Góra mięsa spo­czy­wa­jąca na jego sofce za­mil­kła i przy­glą­dała mu się z uśmie­chem.

Ko­nec­kiemu po­ja­śniało przed oczami. Ja­skrawa biel za­lała po­kój. Ra­miona roz­plo­tły się, dło­nie za­ci­snęły w pię­ści.

Spo­koj­nie! – su­rowo roz­ka­zał so­bie w my­ślach.

Ta pro­wo­ka­cja miała ja­kiś cel. Tam­ten chciał go wy­ba­dać. Chciał spraw­dzić, na ile pa­nuje nad sobą? Zwe­ry­fi­ko­wać krą­żące swego czasu po Ko­men­dzie Sto­łecz­nej plotki, że bywa po­ryw­czy? A może wręcz prze­ciw­nie, wy­ba­dać, czy nie jest tchó­rzem? Wszystko jedno. W ra­zie po­trzeby znaj­dzie prze­cież czas, żeby mu dać po gę­bie.

– Pod­ko­mi­sarz.

Brwi za­pa­śnika po­szy­bo­wały na śro­dek ni­skiego czoła w wy­ra­zie zdzi­wie­nia.

– Co: pod­ko­mi­sarz?

– Kiedy mnie wy­wa­lono z po­li­cji, by­łem pod­ko­mi­sa­rzem.

– Aha.

– No to skoro nie mam już przed tobą ta­jem­nic, ga­daj, gru­ba­sie, z jaką sprawą przy­cho­dzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych scho­dów.

Czło­wiek w opię­tym gar­ni­tu­rze ru­basz­nie za­re­cho­tał. Kiw­nął głową z uzna­niem.

– Już lu­bię twój styl. Dam ci więc to zle­ce­nie.

– Ja­kie zle­ce­nie?

Za­pa­śnik prze­stał się śmiać.

– Ame­lia Sto­krocka – oznaj­mił z lek­kim pa­to­sem.

Bar­tek czym prę­dzej prze­szu­kał za­ka­marki pa­mięci, ale nie zna­lazł w niej żad­nego pliku o ta­kiej na­zwie.

– Kto to taki?

Wą­skie, ale naj­wy­raź­niej bar­dzo ru­chliwe brwi znów po­szy­bo­wały na śro­dek czoła.

– No co ty, chło­pie? Te­le­wi­zji nie oglą­dasz?

– Oka­zjo­nal­nie. – Ko­necki rzu­cił okiem na za­ku­rzone LCD sto­jące w prze­ciw­le­głym rogu. Od­bior­nik nie był na­wet włą­czony do kon­taktu.

– Wscho­dząca gwiazdka ekranu. Na ra­zie wła­ści­wie tylko po­go­dynka, ale już do­stała rólkę w ja­kimś fil­mie, a poza tym prze­bą­kuje się, że ma wejść do te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej. W branży wróży się jej ka­rierę rów­nie wielką jak jej cyce.

– Aha.

– Słabo znasz to śro­do­wi­sko, co? – Męż­czy­zna przyj­rzał mu się ba­daw­czo.

– Prze­szka­dza ci to?

– Ani tro­chę. – Tym ra­zem fa­cet po­ka­zał w uśmie­chu na­wet zęby. – Ważne tylko, że­byś jej nie spło­szył. Były glina chyba tyle po­trafi?

Ko­necki nie od­po­wie­dział. Pa­trzył na go­ścia i za­sta­na­wiał się, z kim ma do czy­nie­nia. Wbrew swo­jej po­wierz­chow­no­ści fa­cet był cał­kiem in­te­li­gentny. Umiał na­rzu­cić wła­sne wa­runki w roz­mo­wie, zręcz­nie ma­ni­pu­lo­wał. Wy­glą­dał na ban­dytę, ale Bar­tek ra­czej ob­sta­wiałby, że to były gli­niarz. Jak on sam. Py­ta­nie tylko, komu te­raz służy?

– Mam ją śle­dzić? Po co? Je­śli w celu do­ko­na­nia ja­kie­goś prze­stęp­stwa, to ci po­wiem od razu, że­byś…

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie! – Łysy nie­świa­do­mie użył dzi­siej­szej man­try Bar­to­sza Ko­nec­kiego. – Masz ją śle­dzić, prawda, ale tylko po to, by spraw­dzić, czy się la­ska nie pusz­cza na boku. Ca­pi­sci?

Za­ma­szy­stym ge­stem się­gnął do bocz­nej kie­szeni ma­ry­narki i wy­jął zło­żone na cztery dwie kartki ma­szy­no­pisu. Rzu­cił je na sto­lik, a Ko­necki za­no­to­wał, że na jego nad­garstku błysz­czy ze­ga­rek wart co naj­mniej dwa­dzie­ścia ty­sięcy.

– Prze­czy­taj i wy­ryj to so­bie na pa­mięć. – Gość znów ode­zwał się wład­czo. – Nie mogę ci tego zo­sta­wić.

Bar­tek ode­rwał się od biurka, uświa­da­mia­jąc so­bie, że wszyst­kie mię­śnie ma na­pięte. Pod­szedł sztywno, roz­pro­sto­wał kartki i rzu­cił okiem. Na pierw­szej ad­res Ame­lii Sto­kroc­kiej i jej ce­chy fi­zyczne. Wzrost 175 cen­ty­me­trów, oczy nie­bie­skie, szczu­pła bu­dowa ciała. Na dru­giej zo­ba­czył zdję­cie pięk­nej blon­dynki z wło­sami zwią­za­nymi w kok. Pa­trzyła w obiek­tyw lekko sko­śnymi, może odro­binę zbyt bli­sko osa­dzo­nymi oczami z in­ten­syw­no­ścią, która wy­pa­lała dziury na jego siat­kówce.

– Za­zdro­sny mąż? – za­py­tał.

– Nie jest mę­żatką.

– Na­rze­czony, który chce ją spraw­dzić przed ślu­bem?

– O ile wiem, nie pla­nuje w naj­bliż­szym cza­sie mał­żeń­stwa.

– To dla kogo mam ją śle­dzić?

– To show-bu­si­ness, ko­lego. Show-bu­si­ness! – Za­pa­śnik po­kle­pał się po kie­sze­niach, wy­do­był paczkę ca­meli i za­pa­lił, nie py­ta­jąc o zgodę ani nie czę­stu­jąc. – W tym świe­cie lu­dzi łą­czą naj­róż­niej­sze po­wią­za­nia. Nie na­dą­żysz za tym. I nie pró­buj. Masz tylko wy­no­to­wać, z kim i kiedy ta księż­niczka się spo­tyka. Zdję­cia, na­zwi­ska, o czym roz­ma­wiali. No i oczy­wi­ście, czy daje ko­muś dupy.

Dym ty­to­niowy ude­rzył Bartka w noz­drza, bu­dząc na­tych­miast roz­pacz­liwą tę­sk­notę za pa­le­niem. Rzu­cił pa­pie­rosy pół roku temu, kiedy wpro­wa­dził się do Jolki. Trzy­mał się tam­tego po­sta­no­wie­nia. Wy­star­czy, że wró­cił do za­ży­wa­nia psy­cho­tro­pów… Żeby za­jąć czymś ręce, po­szedł więc do kuchni po spode­czek (po­piel­niczki nie miał) i pod­sta­wił go­ściowi. Nie chciał, żeby gru­bas wy­pa­lił mu dziurę w nie­spła­co­nych jesz­cze me­blach.

– Skoro to taka gwiazda, czemu nie wy­bra­li­ście ja­kiejś spraw­dzo­nej sie­ciówki de­tek­ty­wi­stycz­nej? – spy­tał. – Aha, i wciąż jesz­cze nie wiem, z kim mam do czy­nie­nia.

Za­pa­śnik za­cią­gnął się jak lo­ko­mo­tywa, wstał i zhar­to­wał le­dwo nad­pa­lo­nego pa­pie­rosa na ta­le­rzyku. Wy­raź­nie zbie­rał się do wyj­ścia.

– Wy­bra­li­śmy cie­bie wła­śnie dla­tego, że­byś nie za­da­wał ta­kich py­tań. Chyba nie na­rze­kasz na nad­miar ro­boty, co? – Pu­ścił oko. – Chcemy być pewni, że nie schrza­nisz zle­ce­nia. By­łeś nie­złym gliną. Pa­su­jesz nam. I wszystko w te­ma­cie.

Ko­necki do­brze wie­dział, że po­wi­nien od­mó­wić i że zgod­nie z pra­wem nie wolno mu przy­jąć zle­ce­nia bez pod­pi­sa­nia umowy. Ta sprawa cuch­nęła na ki­lo­metr. Jed­nak z dru­giej strony fak­tycz­nie mu­siał ostat­nio po­zwo­lić, by to Jolka go utrzy­my­wała. Nie miał pie­nię­dzy. Miał długi. A do tego co­dzien­nie śniło mu się, że jest gli­nia­rzem. Kiedy bu­dził się rano i do­pa­dała go świa­do­mość, że za­miast do pa­łacu Mo­stow­skich musi je­chać do ja­kiejś kan­ciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Je­śli bę­dzie od­rzu­cał oferty z po­wodu etycz­nych czy pro­ce­du­ral­nych roz­te­rek, za­mknie ten biz­nes jesz­cze przed koń­cem roku. Kim się wtedy sta­nie? Utrzy­man­kiem? Cie­ciem w su­per­mar­ke­cie? Me­ne­lem?

– Wiem, że za­sta­na­wiasz się, w co cię wra­biam. – Za­pa­śnik prze­rwał mu te roz­my­śla­nia. – Otóż bądź spo­kojny. Ta sprawa nie ma dru­giego dna. Po pro­stu cho­dzi o la­skę, któ­rej być może tro­chę zbyt ła­two roz­jeż­dżają się nogi. To twoja za­liczka.

Jesz­cze nie prze­brzmiały jego słowa, a na sto­liku już lą­do­wał cały ru­lon bank­no­tów. Bar­tek ener­gicz­nie prze­łknął ślinę.

– Pięć ty­sięcy. Za­da­nie jest pro­ste, więc spraw się szybko. A jak skoń­czysz, za­dzwoń pod ten te­le­fon. – Męż­czy­zna pstryk­nął w jego kie­runku wi­zy­tówką z sa­mym tylko nu­me­rem. Wtedy do­rzucę jesz­cze dwa razy tyle.

Po­wie­dziaw­szy to, od razu od­wró­cił się do drzwi. Nie cze­kał na­wet na od­po­wiedź.

– Od jak dawna nie pra­cu­jesz w po­li­cji? – za­wo­łał za nim Bar­tek.

Sze­ro­kie jak kre­dens z cza­sów sa­na­cji plecy ze­sztyw­niały. Ma­sywny kor­pus za­marł w pół kroku. Kiedy jed­nak łysy się od­wró­cił, na jego ustach znów igrał asy­me­tryczny uśmiech.

– Od po­czątku po­wta­rza­łem mo­jemu wspól­ni­kowi, że ko­mi­sarz Ko­necki to by­strzak – za­re­cho­tał. – I że naj­le­piej na­daje się do de­li­kat­nej ro­boty. Tylko pro­szę… – Znów pu­ścił oko. – Tym ra­zem ni­kogo nie za­bi­jaj.

Wy­szedł, a po chwili z dołu do­bie­gło jego tu­balne: „Cześć, Piggy!” i ura­żone pro­te­sty ochro­nia­rza. Bar­tek po­zo­stał w swoim biu­rze z nie­przy­jemną świa­do­mo­ścią, że na­prawdę zo­stał do­kład­nie prze­świe­tlony. Czy tak po­stę­puje ktoś, kto chce zło­żyć de­tek­ty­wowi ba­na­lne zle­ce­nie? Do­sko­nale znał od­po­wiedź na to py­ta­nie. Pa­ko­wał się w kło­poty. Ale jaki miał wy­bór?

Jed­nym ru­chem zgar­nął pie­nią­dze ze stołu i scho­wał je do kie­szeni ma­ry­narki. Czuł, że prze­pa­lają mu kie­szeń.

Dwa, trzy dni pracy, a po­tem zgar­niam forsę i o wszyst­kim za­po­mi­nam – so­len­nie obie­cał so­bie w my­śli, kie­ru­jąc się ku szu­fla­dzie biurka.

I wtedy zdał so­bie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na ta­bletkę pra­su­jącą zwoje mó­zgowe. Może i wła­śnie po­peł­nił błąd, a na­wet zła­mał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim ży­wiole. Jak daw­niej.WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Li­piec 1992

„Sprawa wy­kryta, sprawa opita” – tej mak­sy­mie hoł­do­wano w jego sek­cji z peł­nym od­da­niem. Dla­tego na­czel­nik Chałka ki­wał się te­raz sen­nie w swoim ga­bi­ne­cie nad ak­tami, roz­ło­żo­nymi na biurku dla nie­po­znaki, bro­daty ko­mi­sarz Wil­czyń­ski z im­pe­tem prze­szu­ki­wał całe pię­tro w na­dziei usta­le­nia miej­sca po­bytu ostat­niej flaszki, a star­szy sier­żant Ława wal­czył ze snem w po­koju obok, uda­jąc, że prze­słu­chuje głów­nego po­dej­rza­nego, który za­miast od­po­wia­dać na z tru­dem for­mu­ło­wane py­ta­nia, wo­lał ga­pić się na rybki w akwa­rium. Że­nada.

Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha z naj­wyż­szym tru­dem skry­wał złość i po­gardę. Sie­dząc bez­czyn­nie za swoim biur­kiem, na wprost ma­szyny do pi­sa­nia, w któ­rej część zu­ży­tych przy­ci­sków za­stą­piono przy­cię­tymi pod wy­miar ka­wał­kami drewna, ćmił pa­pie­rosa, żuł fusy z wy­sty­głej, prze­sło­dzo­nej kawy i wo­dził oczami po tym baj­zlu, zwa­nym sek­cją do spraw za­bójstw Wy­działu Kry­mi­nal­nego Ko­mendy Dziel­ni­co­wej War­szawa Śród­mie­ście.

– Banda pi­ja­ków i nie­udacz­ni­ków – wy­szep­tał bez­gło­śnie. – Jak się stąd nie wy­rwę, utknę w tym ba­gnie na za­wsze. Ju­tro na­pi­szę na nich no­tatkę służ­bową.

Do­brze wie­dział, że tamci go nie lu­bią. Nie ufali mu, nie uzna­wali za „swo­jaka”. I pew­nie po­dej­rze­wali – nie bez ra­cji zresztą – że na nich ka­bluje. Sta­rzy gli­nia­rze, do nie­dawna jesz­cze mi­li­cjanci, nie to­le­ro­wali mło­dzika, który do re­sortu wstą­pił po sierp­nio­wych wy­bo­rach 1989 roku, a sto­pień aspi­ranta do­stał już po nie­spełna dwóch la­tach służby.

To dla­tego te­raz mu­siał sie­dzieć bez­czyn­nie, kiedy cała sek­cja ce­le­bro­wała swój triumf.

– Triumf – prych­nął w głąb sie­bie Pa­łu­cha. – Też mi triumf…

Tego dnia do spółki z bu­ra­kami z ko­mendy po­wia­to­wej w Wy­szko­wie zgar­nęli cały tam­tej­szy gang Oriona.

– Chyba ra­czej gang Ol­sena – kon­ty­nu­ował swój szy­der­czy mo­no­log.

Banda trud­niła się drob­nymi wy­mu­sze­niami, po­kąt­nym han­dlem ma­ri­hu­aną oraz kra­dzieżą sa­mo­cho­dów. I gdyby je­den z nich, nie­jaki Orion vel Sta­ni­sław Orecki, nie wdał się parę ty­go­dni temu w strze­la­ninę pod war­szaw­ską dys­ko­teką Hy­brydy, chłopcy bez­kar­nie dzia­ła­liby da­lej. Nikt z tych wie­śnia­ków z Wy­szkowa w ży­ciu nie od­wa­żyłby się do­brać im do tył­ków. Ale że po­strze­lony przez Oriona ko­leś wy­krwa­wił się na śmierć, w sprawę włą­czyli się po­li­cjanci z ulicy Wil­czej.

Prze­cież to ja wpa­dłem na to, kto strze­lał! – krzy­czał w my­ślach Pa­łu­cha, zer­ka­jąc rów­no­cze­śnie, jak Wil­czyń­ski, w ostat­niej na­dziei zna­le­zie­nia wódki, prze­trząsa jego wła­sną szafę pan­cerną, bez mru­gnię­cia okiem zry­wa­jąc od­ci­śnięte w pla­ste­li­nie plomby. – A te­raz, mimo że je­stem je­dy­nym trzeź­wym w tym to­wa­rzy­stwie, nie po­zwa­lają mi na­wet prze­słu­chać tam­tego ny­gusa.

– Te, Nowy, jest sprawa – za­gaił ko­mi­sarz Wil­czyń­ski. – Trzeba iść do noc­nego na Mar­szał­kow­ską.

Jesz­cze czego! Był z nich naj­lep­szy, ale za­miast go sza­no­wać, je­dy­nie się nim wy­słu­gi­wali. Dość tego.

– Nowy, głu­chy je­steś czy nie­gra­motny?

– Nie mogę iść – od­parł hardo Pa­łu­cha. – Je­stem na służ­bie.

Znad są­sied­nich biu­rek, w nie­mym roz­ba­wie­niu, unio­sły się głowy po­zo­sta­łych człon­ków sek­cji – chu­dego jak tyczka pod­ko­mi­sa­rza Łu­ka­sza Gó­rec­kiego, krę­pego i ob­da­rzo­nego wą­sem gę­stym jak lina cu­mow­ni­cza sier­żanta Wie­siołka i kasz­lą­cego ast­ma­tycz­nie po­sia­da­cza żół­tej cery gruź­lika ko­mi­sa­rza Że­lazko.

– Weź dwie! – Wil­czyń­ski nie zwró­cił na­wet uwagi na jego od­mowę. – I pół sztancy pa­pie­ro­sów. Też się za­raz skoń­czą.

Zły jak osa Pa­łu­cha wy­szedł na mia­sto. Cie­pła noc, a wła­ści­wie już nie­mal brzask, była ostoją róż­nej ma­ści pi­jacz­ków, a ni­ski wzrost i osten­ta­cyj­nie ele­gancki wy­gląd Nor­berta Pa­łu­chy pro­wo­ko­wały ich do za­cze­pek.

– E, ko­leś, wy­skocz ze szluga!

– Uwa­żaj, ol­brzy­mie! Że­byś nie po­tknął się o swój kra­wat!

Nor­mal­nie w ta­kiej sy­tu­acji wy­cią­gnąłby po­li­cyjną bla­chę oraz kaj­danki i zgar­nął jed­nego z dru­gim na do­łek. Był le­ga­li­stą. Nie to­le­ro­wał żad­nych prze­ja­wów ła­ma­nia prawa, zwłasz­cza gdy wy­kro­cze­nie ude­rzało w jego kom­pleksy. A na­tar­czywe do­ma­ga­nie się pa­pie­rosa pod­pa­dało prze­cież pod agre­sywne że­brac­two. Tej nocy nie chciało mu się jed­nak wal­czyć z wia­tra­kami. Ofi­cer dy­żurny i tak wy­pu­ściłby me­neli za­raz z rana, a prze­ło­żony, zna­czy się Chałka, nie przy­jąłby od niego ra­portu w tak bła­hej kwe­stii. Le­piej za­cho­wać roz­sy­pu­jącą się ze sta­ro­ści ma­szynę do pi­sa­nia na po­waż­niej­sze sprawy.

Z Wil­czej skrę­cił w prawo i prze­szedł przez opu­sto­szałą o tej po­rze Mar­szał­kow­ską. Pod skle­pem noc­nym jak zwy­kle kwi­tło oży­wione ży­cie to­wa­rzy­skie. Pod­sta­rzałe pro­sty­tutki z po­bli­skiego pi­ga­laka u zbiegu Wspól­nej i Po­znań­skiej roz­pi­jały al­pagę „Kwiat ja­błoni” z chwie­ją­cymi się fa­ce­tami, spra­wia­ją­cymi wra­że­nie go­ści z pro­win­cji w po­dróży służ­bo­wej. Dwóch do­li­nia­rzy, do­brze zna­nych or­ga­nom ści­ga­nia, za­cią­gało się pa­pie­ro­sami, żar­łocz­nie zer­ka­jąc na opusz­cza­ją­cych sklep klien­tów. Ja­kiś wy­ta­tu­owany za­ka­pior bez ko­szulki prę­żył mię­śnie w ten spo­sób, że wzo­rek skor­piona na kla­cie zda­wał się to uno­sić, to opusz­czać ogon.

– Do­bry wie­czór, pa­nie ko­mi­sa­rzu! – Sprze­daw­czyni o zmę­czo­nej ży­ciem twa­rzy roz­pro­mie­niła się na jego wi­dok. I do­dała, kom­plet­nie igno­ru­jąc długą ko­lejkę spra­gnio­nych klien­tów: – Co po­dać?

– Dwa razy pół bo­chenka chleba i pół sztancy scha­bo­wego z ko­ścią.

Wziął dwie flaszki, wy­pchał wszyst­kie kie­sze­nie ma­ry­narki pacz­kami Eks­tra Moc­nych z fil­trem, za­pła­cił 322 ty­siące zło­tych z wła­snej kie­szeni (trzeba pa­mię­tać, żeby od­dali mu po wy­pła­cie), wy­szedł. Do­li­nia­rze spod sklepu ob­rzu­cili jego siatkę po­żą­dli­wym spoj­rze­niem, ale za­raz roz­po­znali glinę i osten­ta­cyj­nie od­wró­cili głowy. Ko­leś bez ko­szulki, nie­zra­żony obo­jęt­no­ścią pu­blicz­no­ści, wciąż po­ru­szał skor­pio­nem. Dziwki chi­cho­tały.

Idąc do ko­mendy, Pa­łu­cha roz­pa­mię­ty­wał szcze­góły z dzi­siej­szego za­trzy­ma­nia gangu Oriona. Do Wy­szkowa po­je­chali całą sek­cją – w dwa nie­ozna­ko­wane po­lo­nezy. Na miej­scu Łu­kasz Gó­recki tro­chę spa­ni­ko­wał, kiedy ko­le­dzy z Wy­szkowa spy­tali, gdzie jest ich broń długa i ka­mi­ze­lki.

– To oni mogą do nas strze­lać? Dla­czego nikt mi wcze­śniej nie po­wie­dział?! Pier­dolę, nie idę! Ja mam żonę i dziec­ko! – darł się pod tam­tej­szą ko­mendą pi­skli­wym gło­sem.

Reszta po­pa­trzyła po so­bie nie­pew­nie. O cho­lera, fak­tycz­nie o tym nie po­my­śleli. A prze­cież wy­star­czyło tylko wy­pi­sać kwit do zbro­jowni…

Na szczę­ście za­trzy­ma­nie po­szło jak po ma­śle. Wy­szkow­ska gang­sterka oka­zała się tylko grupą spa­sio­nych ste­ry­dami ćwo­ków, któ­rzy na wi­dok po­li­cji od razu ro­bili w ga­cie. Je­dy­nym pro­ble­mem oka­zał się Orion, który był uzbro­jony, miesz­kał na par­te­rze i pró­bo­wał uciec. Chałka pod­szedł do jego drzwi ze wspar­ciem dwóch miej­sco­wych, a Nor­ber­towi ka­zał czaić się pod oknami. W po­je­dynkę! Kiedy trójca sze­ry­fów za­ło­mo­tała w drzwi, herszt gangu w sa­mych sli­pach hyc­nął przez okno… do­kład­nie w ra­miona Pa­łu­chy, który od razu przy­sta­wił mu do czoła swoje służ­bowe p-64. Na szczę­ście to wy­star­czyło, by wyż­szy od niego o dwie głowy cie­lak od razu spo­kor­niał i dał się skuć. Strach po­my­śleć, co by było, gdyby za­czął się sta­wiać.

– Cwa­niaki, za­wsze dają mi naj­gor­sze za­da­nie – pod­jął swoją li­ta­nię Pa­łu­cha, wra­ca­jąc do ko­mendy.

Sier­żant Ława już spał z po­licz­kiem wtu­lo­nym w biurko, a po­dej­rzany pa­trzył na niego zde­gu­sto­wany. Rybki z akwa­rium pusz­czały bą­belki. Chałka, apa­tycz­nie i bez wiary w suk­ces, usi­ło­wał prze­ko­nać Wil­czyń­skiego, żeby prze­jął za­trzy­ma­nego, ale bro­dacz był nie­do­pity, zły i ogól­nie nie­chętny do współ­pracy. Gó­recki do­piesz­czał ra­port, Wie­sio­łek pa­lił, Że­lazko za­no­sił się kasz­lem. Nic no­wego.

Te­le­fon. Nikt na­wet nie spoj­rzał na apa­rat. Drugi sy­gnał, trzeci. Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha nie­chęt­nie się­gnął po szarą, ebo­ni­tową słu­chawkę.

– Sek­cja za­bójstw, Pa­łu­cha.

– Dy­żurny z tej strony. Sier­żant szta­bowy Bo­rowy Ma­ciej, zna­czy się.

– Da­waj.

– Jest sztyw­niak na Po­lach Mo­ko­tow­skich, przy Nie­pod­le­gło­ści.

Nor­bert tylko prze­wró­cił oczami. Pew­nie znów ja­kiś bez­do­mny „Abo­ry­gen” dał w piór­nik po przedaw­ko­wa­niu wody brzo­zo­wej.

– To gra­nica na­szego re­wiru. Zwal to na chło­pa­ków z Mo­ko­towa.

– Pró­bo­wa­łem, ale mó­wią, że w ze­szłym ty­go­dniu ro­bili za nas tego dziadka, który wy­ki­to­wał w Ła­zien­kach, i te­raz na­sza ko­lej.

Przez dłu­gie pół se­kundy Pa­łu­cha chciał bez słowa odło­żyć słu­chawkę. Niech się dy­żurny mar­twi, skoro za­bra­kło mu jaj, żeby od razu od­mó­wić. Coś jed­nak go po­wstrzy­mało. In­tu­icja? Nos de­tek­tywa? A może po pro­stu nie chciało mu się wię­cej la­tać po wódkę.

– Znasz już ja­kieś szcze­góły?

– Na dziew­czynę na­tra­fił pa­trol ciem­nia­ków z Ba­ta­lionu Pa­tro­lowo-In­ter­wen­cyj­nego pod­czas ru­ty­no­wego…

Dzwo­nek alar­mowy. Ad­re­na­lina. Po­wie­dział „dziew­czyna”. To wszystko zmie­niało.

– W ja­kim sta­nie są zwłoki? – prze­rwał.

– Dość fa­tal­nym, że tak po­wiem.

– Do rze­czy, czło­wieku!

– Ktoś jej… chyba że źle zro­zu­mia­łem… No, w każ­dym ra­zie ktoś po­do­bno ob­ciął jej dło­nie. No i jest naga. Zgwał­cona, zdaje się…

Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha wcią­gnął głę­boko po­wie­trze, przy­trzy­mał, a po­tem po­woli wy­pu­ścił z płuc. Sprawa przez duże S. Coś, co pod­chwycą me­dia, na co będą pa­trzeć prze­ło­żeni. Na czymś ta­kim można wresz­cie wy­pły­nąć. Wy­do­stać się z tego baj­zlu.

Szybko rzu­cił spoj­rze­niem na lewo i prawo. Nikt się nim nie in­te­re­so­wał. Wil­czyń­skiego kom­plet­nie wcięło, Chałka ki­wał się nad swoim biur­kiem. A więc już nikt mu tego nie za­bie­rze. Po­pro­wa­dzi to.

– Przy­go­tuj mi klu­czyki od po­lo­neza, za­raz zejdę. Bie­rzemy tę sprawę.

***

Przez dwa lata w po­li­cji i po­nad pół roku w sek­cji za­bójstw Nor­bert wi­dy­wał już różne rze­czy. Sa­mo­bójcę, któ­rego roz­człon­ko­wał po­ciąg, za­wa­łowca, który wy­kor­ko­wał w wan­nie, a go­rąca woda w po­ło­wie go ugo­to­wała, trupa, który mie­siąc prze­le­żał w wer­salce… ale do­piero ta mar­twa dziew­czyna nim wstrzą­snęła. Dziew­czyna? Ra­czej dziew­czynka. Dziecko wła­ści­wie.

Le­żała na ple­cach w krza­kach, za­le­d­wie parę me­trów od chod­nika, na któ­rym czer­niły się ślady opon. Si­niaki i za­dra­pa­nia na jej skó­rze kon­tra­sto­wały z opa­le­ni­zną wi­do­czną wciąż na ra­mio­nach, no­gach i twa­rzy. Sine i na­brzmiałe ślady na szyi. Ja­sne włosy roz­sy­pane wśród źdźbeł trawy. Białe, równe ząbki od­sło­nięte przez wargi wy­krzy­wione w ago­nii. No i te ki­kuty za­miast dłoni…

– Nie zgi­nęła w tym miej­scu. Mor­derca przy­wiózł ją sa­mo­cho­dem i wy­rzu­cił w krza­kach – usły­szał Pa­łu­cha.

Aspi­rant drgnął i ob­ró­cił się gwał­tow­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, że od dłuż­szej chwili stoi nad zwło­kami jak wryty. Obok sie­bie zo­ba­czył dok­tora Ka­linę, ana­to­mo­pa­to­loga z In­sty­tutu Me­dy­cyny Są­do­wej przy Oczki.

– Dzię­kuję, że pan przy­je­chał, dok­to­rze – szep­nął, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że pro­ku­ra­tor, któ­rego obu­dził za­raz po te­le­fo­nie od ofi­cera dy­żur­nego, zru­gał go w nie­wy­bred­nych sło­wach i po­wie­dział, że po­jawi się do­piero na sek­cji.

– Ścią­gnął pan tu­taj tech­ni­ków, aspi­ran­cie?

– Mają za­raz do­je­chać, boję się jed­nak, że oni – zer­k­nął na dwóch ubra­nych w czarne mun­dury osił­ków z BPI, prze­stę­pu­ją­cych nad cia­łem z nogi na nogę – już za­dep­tali ślady.

– Grunt, żeby tech­nicy zro­bili od­cisk gip­sowy tych opon – rze­czowo za­uwa­żył le­karz. – Ja zajmę się zwło­kami.

Stary dok­tor prze­rwał na mo­ment i spoj­rzał na Pa­łu­chę.

– Mam wnuczkę mniej wię­cej w jej wieku. Zro­bię wszystko, żeby mógł pan do­rwać tego su­kin­syna.

Nor­bert nie od­po­wie­dział. Dok­tor pod­szedł do zwłok. Mun­du­rowi ner­wowo ćmili pa­pie­rosy. Od strony Wi­sły niebo za­pło­nęło czer­wie­nią, w ko­ro­nach drzew za­częły wrza­skli­wie na­wo­ły­wać się ptaki. Na miej­sce prze­stęp­stwa pod­je­chali tech­nicy, a za­raz po nich kilku po­ste­run­ko­wych, któ­rych Pa­łu­cha roz­sta­wił tak, by piesi i spa­ce­ro­wi­cze nie pchali im się pod nogi. Pa­trol dro­gówki w volks­wa­ge­nie pas­sa­cie za­blo­ko­wał je­den pas ru­chu w Ale­jach Nie­pod­le­gło­ści.

– Od razu, na go­rąco, mogę po­wie­dzieć tyle, że dziew­czynka zgi­nęła tej nocy. – Dok­tor Ka­lina za­koń­czył oglę­dziny i dał znać tech­ni­kom, że mogą za­czy­nać pracę. – Tak jak my­śla­łem, zmarła w in­nym miej­scu. Plamy opa­dowe i otar­cia na­skórka, które po­ja­wiły się post mor­tem, wska­zują, że ciało było prze­no­szone. Zgon na­stą­pił przez za­dzierz­gnię­cie. Udu­sił ją, mó­wiąc po ludzku. Naj­praw­do­po­dob­niej skó­rza­nym pa­skiem.

Pa­łu­cha ode­rwał spoj­rze­nie od dziew­czyny i uniósł je ku ko­ro­nom par­ko­wych drzew.

Czy dam radę? Czy mnie to nie prze­ro­śnie?

Za­raz się jed­nak zre­flek­to­wał i opu­ścił wzrok na zie­mię. Oczy­wi­ście, że da radę. Był do­bry, naj­lep­szy. A to jest sprawa, która wy­nie­sie go do Ko­mendy Sto­łecz­nej lub jesz­cze wy­żej. Ta­kie ny­gusy jak Chałka będą się przed nim płasz­czyć.

– Pa­nie dok­to­rze… – za­jąk­nął się.

Ka­lina spoj­rzał na niego spod si­wych, krza­cza­stych brwi, opa­da­ją­cych mu na pół­przy­mknięte po­wieki.

– Chce pan spy­tać o ręce? – do­my­ślił się.

Nor­bert ski­nął głową.

– Pra­wie na pewno zo­stały od­jęte już po śmierci. Równo, gładko, jed­nym cię­ciem. Ob­sta­wiał­bym ja­kiś diaks czy inną piłę tar­czową. Lub le­kar­ską piłkę uży­waną do am­pu­ta­cji koń­czyn. Tyle że nie zro­bił tego le­karz. Jedna dłoń zo­stała am­pu­to­wana po­wy­żej nad­garstka, a druga ni­żej, na wy­so­ko­ści obu ko­ści czwo­ro­bocz­nych, głów­ko­wa­tej i ha­czy­ko­wa­tej. Krótko mó­wiąc – par­tacka ro­bota.

– Ale dla­czego?

Dok­tor nie od­po­wie­dział od razu. Po­woli ob­szu­kał kie­sze­nie swo­jego bez­rę­kaw­nika w ko­lo­rze khaki, opa­trzo­nego wie­loma za­ka­mar­kami. Zna­lazł wy­mię­to­loną paczkę i py­ta­jąco skie­ro­wał ją w stronę Pa­łu­chy, a gdy ten od­mó­wił, się­ga­jąc po wła­sną, wy­łu­skał po­krzy­wio­nego pa­pie­rosa.

– Nie je­stem psy­cho­lo­giem – ode­zwał się, kiedy oto­czył go si­nawy ob­ło­czek dymu. – Po­wie­dział­bym jed­nak, że sprawca zro­bił to, by utrud­nić panu ro­botę.

– Cho­dzi o li­nie pa­pi­larne?

– To też. Ale poza tym przy­pusz­czam, że dziew­czyna wal­czyła. Pew­nie głę­boko za­dra­pała na­past­nika. Sprawca zda­wał so­bie sprawę, że pod jej pa­znok­ciami jest jego grupa krwi.

Aspi­rant po­dzię­ko­wał i zro­bił krok ku tech­ni­kom, któ­rzy już usta­wiali wo­kół ciała nu­merki ozna­cza­jące ślady, spo­rzą­dzali szkic sy­tu­acyjny i szy­ko­wali się do zdjęć. Obok zwłok stała wa­lizka z prosz­kiem dak­ty­lo­sko­pij­nym i ze­sta­wem pę­dzel­ków do jego na­no­sze­nia.

– Aspi­ran­cie?

Od­wró­cił się do dok­tora.

– Niech się pan spie­szy. Wy­daje mi się, że to jest ro­bota se­ryj­nego. Może to jego pierw­sze za­bój­stwo. Może wcze­śniej tylko gwał­cił. Ale te­raz, gdy już za­sma­ko­wał we krwi, bę­dzie mor­do­wał, póki go nie po­wstrzy­ma­cie.

– Do­padnę go – obie­cał Pa­łu­cha.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij