Kręgi - ebook
Na Polach Mokotowskich w Warszawie zostaje znalezione ciało brutalnie zamordowanej dziewczyny. Sprawca odciął jej obie dłonie, a sposób, w jaki to zrobił, przywodzi na myśl nierozwiązaną sprawę sprzed lat. Policja rozpoczyna zakrojone na szeroką skalę dochodzenie.
W tym samym czasie Bartosz Konecki – niegdyś utalentowany policjant, dziś prywatny detektyw z problemami – przyjmuje nietypowe zlecenie. Ma obserwować wschodzącą gwiazdę telewizji. Rutynowa sprawa szybko przeradza się jednak w skomplikowane śledztwo, gdy były funkcjonariusz odkrywa niepokojący związek między swoim zadaniem a okrutną zbrodnią popełnioną w parku miejskim.
Czy mieszkańcy Warszawy są świadkami powrotu seryjnego mordercy?
„Kręgi” to mroczny kryminał o zmaganiu się z własnymi demonami i przepracowywaniu osobistych traum. Zbigniew Zborowski opowiada o tym, jak jeden czyn potrafi uruchomić lawinę zdarzeń, które zataczają coraz szersze kręgi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-91-8076-852-8 |
| Rozmiar pliku: | 4,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Spójrzcie.
– Kręgi.
– Na wodzie.
– Na początku są małe. A potem spójrzcie,
jak się powiększają. Ale musi być ktoś, kto zacznie.
(Pocahontas)
Gwałtem zabija się albo kaleczy
Bliźnich osobę, a dobra i mienie
Pożarem gubi, rabuje, niweczy.
Stąd skrytobójców i morderców cienie,
Zbrodniów, złodziei oddzielną komorą
Dostały pierwszy krąg na posielenie.
(Dante Alighieri, Boska Komedia, przeł. E. Porębowicz, pieśń XI)PROLOG
Warszawa. Lipiec 1992
Obudziła się nagle, od razu przytomna, z poczuciem, że jest źle. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Jak tonący, który wynurzył się na powierzchnię, lecz wie, że nie starczy mu sił, by się dłużej na niej utrzymać. Zimne światło jarzeniówek pod wysokim sufitem ukazało jej obszerną, pozbawioną okien halę. Leżała na szerokim i długim metalowym stole, nad którym zwieszała się piła tarczowa.
Poczuła, jak przerażenie zalewa jej serce, i raptownie usiadła. Nie była związana. Zeskoczyła. Przebiegła kilka metrów. Bose stopy zadudniły na zimnej, betonowej podłodze, pokrytej jedynie poplamionym linoleum. Zatrzymała się. Wróciła. Ruszyła w przeciwnym kierunku. Znowu stanęła.
Była sama w tym dziwnym pomieszczeniu, w którym oprócz stołu i piły zgromadzono mnóstwo zagadkowych przedmiotów. Z sufitu zwisały wielkie haki, pod ścianami stały pojemniki na kołach, a tuż obok niej piętrzyło się coś, co wyglądało jak taboret olbrzyma. Wszystko lśniące, metalowe, zimne.
– Co to za miejsce? – Jej szept uleciał ku sufitowi, by po chwili wrócić echem, które wwierciło się w mózg nieznośnym bólem.
– To rzeźnia! – Usta ułożyły się w słowa, których nie miała odwagi wypowiedzieć. – Obudziłam się w rzeźni.
Spróbowała zebrać myśli. Skoncentrować się. Bolała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, chemiczny smak, od którego robiło jej się niedobrze.
– Jak się tutaj znalazłam?
Całkiem niedawno, niemal przed chwilą, rzuciła wszystko, czego nie znosiła, zakwestionowała model życia, który pętał ją jak grobowy całun. Dusiła się w nim, nudziła, gardziła nim. Długo nie miała odwagi, żeby się z tego wyzwolić. Trudno być odważną, kiedy się ma dopiero piętnaście lat. Ale w końcu się udało. Oznajmiła rodzicom i całej małomiasteczkowej reszcie, że rusza w Polskę. Sama. Było piękne lato. Pojechała na festiwal rockowy do Jarocina – miał zagrać Dżem. A raczej chciała pojechać. Teraz pamiętała tylko białoszarą szosę, przy której łapała stopa, i dwóch sympatycznych panów zatrzymujących się przy niej wielkim mercedesem. A potem cierpki, chemiczny smak tamponu, który ktoś przyciskał jej do ust i nosa.
– Uśpili mnie. Dranie.
Po co to zrobili? Odpowiedź przyszła szybciej niż wypowiedzenie w myślach tego pytania. Przestraszyła się jeszcze bardziej. Nie była już dzieckiem. Przynajmniej do tej chwili tak sądziła.
Spojrzała na swoje odbicie w wypolerowanej metalowej ściance dziwnego – jak wszystko wokół – urządzenia. Miała na sobie dżinsy z bazarku na rynku i koszulkę. Żadnych dziur, rozdarć, sińców. Zginęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?
Ponownie ruszyła przed siebie. Tym razem już jednak nie biegła. Zrozumiała, że to nie koniec. To raczej początek. Oni gdzieś tutaj są. Czają się, knują, obserwują.
Rozejrzała się. Wokół nie było żywego ducha. Ostrożnie podeszła do ciężkich i grubych metalowych drzwi. Były uchylone. Wyjrzała i zaraz cofnęła głowę. Znów wyjrzała.
Korytarz był oświetlony błękitnym światłem brzęczących cicho jarzeniówek. Nadal żadnych okien. Po prawej odrapane drzwi do łazienek, po lewej kolejne uchylone stalowe wrota. Pod ścianami więcej pojemników i wózków. Wszystkie na kółkach. W powietrzu zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze. Ledwo uchwytny, metaliczny, drażniący nozdrza zapach. Znała go. To był zapach krwi.
Szła korytarzem, ostrożnie rozglądając się wokół. Ogromny betonowy bunkier wypełniony był lśniącymi urządzeniami do zabijania, krojenia, odzierania ze skóry. Plątanina korytarzy, sal dużych i mniejszych. Wciąż ani jednego okna, choćby świetlika. Jednak przecież gdzieś, do licha jasnego, musi być stąd jakieś wyjście.
Wtedy usłyszała zwielokrotniony echem, odległy śmiech. Potem odgłos kroków. Przerażenie żarzące się w środku klatki piersiowej nagle się rozpaliło – jak palenisko gwałtownie otwartego piecyka. Rzuciła się biegiem w przeciwnym kierunku. Za nią rozbrzmiało dudnienie biegnących nóg. Ścigał ją nie jeden, nie dwóch, ale kilku ludzi. Zniekształcone echem głosy zdawały się brzmieć po niemiecku.
Niemcy? W ogromnej rzeźni? A może to tylko koszmarny sen?
W tym momencie jej spanikowany i wciąż otumaniony umysł wreszcie się przebudził.
– Muszę wrócić tam, gdzie się obudziłam!
Stół, piła, rząd haków pod sufitem. To jasne. Tam trafiają zwierzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w której są uśmiercane, a za nią rampa, przez którą są pędzone do rzeźni.
Wyjście.
Zawróciła na pięcie i pognała z powrotem. Byle zdążyć przed tamtymi. Kimkolwiek są.
Była szybka. W kilku susach dopadła ciężkich drzwi, przez które dopiero co wyszła. Skoczyła do hali, minęła stół i piłę, dostrzegła kolejne drzwi, pewnie prowadzące do ubojni. Rzuciła się ku nim.
I zaraz zahamowała.
Zobaczyła ich. Wchodzili kolejno, zatrzymywali się, mierzyli ją wzrokiem. Jakby oceniali półtuszę.
Mężczyźni. Nie wyglądali na potwory. Ten z prawej był niski i pulchny, o jowialnej twarzy. Środkowy był wyższy, ale znacznie starszy. Po lewej stał najmłodszy, z brzuszkiem rysującym się pod dresową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko ponapawać się trochę jej strachem? Zażartować?
Nie. W ich oczach było coś, co odbierało nadzieję. Oni chcieli ją skrzywdzić. Skoro jednak sprawiali wrażenie zwyczajnych facetów w wieku jej taty, to może da się ich ubłagać? Przeprosić? Przekonać, żeby zostawili ją w spokoju?
– Nie róbcie mi nic złego – usłyszała własny, potwornie zachrypnięty głos. – Ja… Ja jestem dzieckiem.
Gwałtownie drgnęła, kiedy ktoś się odezwał tuż za jej plecami. Nie zrozumiała słów, mężczyzna mówił po niemiecku. To musiało być coś zabawnego, bo ci przed nią tubalnie zarechotali.
Odwróciła się powoli, bojąc się tego, co zobaczy. Ujrzała sympatycznego kierowcę mercedesa, faceta między trzydziestką a czterdziestką, lekko łysiejącego, dosyć wysokiego. Patrzył na nią ciemnymi, lekko zamglonymi oczami wesołka, który nadużywa alkoholu. Znała takie spojrzenia. W pobliskim miasteczku pełno było takich facetów.
Struchlała. Płytki oddech nie mógł zapewnić jej trzepoczącemu przerażeniem sercu wystarczającej ilości tlenu. Za gardło zaczął łapać ją szloch.
– Dalej już nie uciekniesz, ty mała kurwo.
W jego głosie brzmiała nie tyle złość, ile raczej drwina. Szydził z niej. Sycił się jej przerażeniem. To ją otrzeźwiło. Wzbudziło złość. Oszust. Porywacz. Gnojek, który ją uśpił i ułożył na stole do dzielenia mięsa.
– No dalej, dziwko. Błagaj o litość.
W piersi wzbierała jej furia. Zwyczajny facet w stadzie innych zwyczajnych facetów, mówiący językiem bestii. Nie, nie będzie go o nic prosić.
Spojrzała w górę, ku rzędowi lśniących i ostrych jak diabli haków. Zrobiła dwa kroki rozbiegu, podskoczyła i chwyciła jeden. Tak jak myślała, był tylko luzem włożony w otwór prowadnicy. Bez trudu go z niej wybiła.
Facet stojący przed nią wybałuszył ze zdziwienia oczy.
– Co? Co ty…
Nie pozwoliła mu skończyć. Nagle wydał jej się żałosny i słaby. Cała jego siła opierała się na podstępie i aplauzie tych pajaców w dresach.
Z rozmachem wbiła mu ostry i lśniący hak w ramię. Wysoko, aż pod sam rozjarzony zimnym światłem jarzeniówek sufit, wzniósł się jego kwik.TERAZ
Warszawa. Listopad. Środa
Korek zaczynał się już w połowie ulicy Sanguszki. Opadającą łukiem ku Wisłostradzie drogę wypełniały samochody rozedrgane poranną nerwowością kierowców. Pół metra do przodu, trochę w lewo, trochę w prawo. Na sąsiedni pas. Z powrotem. Byle zachować złudzenie, że jednak posuwam się do przodu.
Z miejsca, w którym uliczka łączyła się z najważniejszą arterią stolicy, dobiegały wysokie dźwięki klaksonów, złowrogie pomruki motorów, nerwowe błyski czerwonych świateł stopu. Na wszystkich – obojętna wobec buchającego złą energią kłębowiska – padała sobie drobna, jesienna mżawka.
– Tylko spokojnie – wyszeptał do kierownicy Bartosz Konecki. – Jeszcze parę chwil i będę w biurze.
Wyobraźnia natychmiast podsunęła mu tę wyczekiwaną chwilę. Zobaczył, jak otwiera drzwi i od razu kieruje się do biurka. Przeszukuje szufladę, wyjmuje opakowanie alpraksu, bierze tabletkę i popija kranówką. Kilka chwil i wszystko się kończy. Ogarniają go spokój i poczucie bezpieczeństwa. Myśli się prostują, a wspomnienia wracają tam, gdzie ich miejsce – do ciemnej jamy zapomnienia.
Korek znów ruszył. Dwa, cztery, pięć metrów. Ładny skok. Zdezelowany golf dwójka, zabytek motoryzacji kupiony przez Bartka pół roku temu za grosze od faceta, który nie patrzył mu w oczy, zadymił czarną sadzą, zaterkotał wysłużonym silnikiem diesla i minął łuk obok stacji benzynowej. Dalej rozpościerał się widok na kompletnie zapchaną autami trzypasmówkę biegnącą wzdłuż rzeki.
W tylnej szybie samochodu jadącego przed golfem – granatowe suzuki liana, rzadki model – Konecki zobaczył twarz młodej kobiety.
Odwrócona w jego stronę dziewczyna musiała chyba klęczeć na swoim fotelu. Jej wzrok wydał mu się nieprzytomny, błędny, zagubiony. Pijana? Ćpunka? A może wariatka?
Alprax. Że też musiał zostawić go w biurze. Gdyby miał teraz przy sobie choć jedną pigułkę… Ale cóż. Jolka zrobiła się ostatnio bardzo czujna. Zmieniał leki i opakowania, żeby ją zmylić, ale to przestawało już działać. Szybko nauczyła się rozpoznawać tabletki każdej odmiany benzodiazepiny, która pomagała mu utrzymywać się w pionie: Diazepam, Lorafen, Xanax. Od kiedy wywaliła mu ledwo napoczęte opakowanie Neurolu, wolał nie ryzykować i trzymał leki w pracy. To skazywało go jednak na bolesne konfrontacje z każdym kolejnym porankiem.
– Odstaw to świństwo, Bartek! – Jolka mówiła to poważna i zatroskana, co budziło w nim jeszcze większy niepokój. – Dlaczego znowu bierzesz? Co się dzieje? Robię coś źle? Czymś się gryziesz?
Cholera. Jasne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wytłumaczyć? Ich życie było sielanką. Było? Właściwie powinno być. Jolka się starała. Kochała go, to pewne. I on ją też. Spędzali ze sobą fantastyczne chwile. A jednak od środka zżerał go robal o wielu imionach. Niepewność. Strach. Przerażenie. Nuda.
Znów spojrzał na dziewczynę za szybą. Nie zmieniła pozycji. Wciąż wyglądała zza zagłówka swojego fotela. Ich spojrzenia się spotkały. Naraz wydało mu się, że w jej zamglonym wzroku dostrzega prośbę. Błaganie o pomoc.
Nie wariuj – upomniał się w myślach. Nic się nie dzieje, laska po prostu nie zdążyła napić się kawy.
Mimo to niepokój narastał. Bartek zaczął już nawet całkiem serio rozważać wyjście z samochodu, podejście do tamtego auta, a potem…
Mógłbym zapukać w szybę i grzecznie spytać, czy wszystko w porządku. A gdybym uznał, że…
Zauważył go w ostatniej chwili. Srebrna mazda przecięła podwójną ciągłą, wyprzedziła kilka aut, pędząc po łuku drogi pod prąd, i teraz, unikając czołowego zderzenia z jadącą pod górę ciężarówką, wepchnęła się właśnie przed niego. Tuż przed balustradą rozdzielającą na zakręcie dwa pasma ulicy. W ostatniej chwili zahamował i odruchowo nacisnął klakson. Golf szarpnął się na zużytych amortyzatorach. Kierowca mazdy otworzył okno i wystawił środkowy palec. Ręka w białej koszuli, dobry zegarek na nadgarstku. Pewnie menedżer średniego szczebla w drodze do swego korporacyjnego raju.
Konecki zacisnął wielkie dłonie na wątłym kole kierownicy. Twardy ebonit – czy z czego tam przed ćwierćwieczem robiono koła sterowe volkswagenów – zaskrzypiał i lekko ustąpił.
– Spokojnie, zaraz będę w biurze – powtórzył swoją poranną modlitwę Bartek.
Już nie myślał o tamtej dziewczynie.
Wiedział, że ma problemy z kontrolowaniem agresji. To był efekt uboczny abstynencji benzodiazepinowej, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy nie łyknął na czas kolejnej tabletki. Dwa miesiące temu, gdy próbował odstawić psychotropy, stłukł do nieprzytomności pewnego tatusia, który w jego obecności strzelił na odlew w pysk swojego kilkuletniego chłopca. Tatusia miał tylko wyśledzić na zlecenie mamusi. Facet zgarnął swojego syna spod szkoły i zniknął. Jego żona, z którą koleś właśnie toczył w sądzie bezpardonowy bój zwany sprawą rozwodową, odchodziła od zmysłów. Tatuś wcześniej niezbyt interesował się dzieciakiem, wolał towarzystwo tancerek go-go, ale gdy żona złożyła pozew, uznał, że odbierze jej chłopaka. Konecki wypełnił swoje zadanie i czekał tylko na przyjazd zleceniodawczyni. Nie miał prawa się mieszać. A jednak się nie powstrzymał.
Sznur samochodów znów ruszył. Pierwszy bieg, a potem – alleluja! – nawet i drugi. I w tym momencie facet w srebrnej maździe raptownie zahamował. Nie musiał, mógł jechać dalej, ale najwyraźniej uznał, że sprawa z golfem, który na niego zatrąbił, wymaga dokończenia.
Bartek wdepnął środkowy pedał, a klocki hamulcowe zaprotestowały wysokim piskiem. Omal nie zarył nosem w przednią szybę.
– Spokojnie. – Po raz trzeci spróbował swojej mantry. – Tylko spokojnie.
Sprawa pobicia tamtego tatusia, mimo korzystnych zeznań chłopca złożonych w obecności psychologa, wciąż była w toku. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną burdę. Siedział więc napięty jak pięść za kierownicą dychawicznego volkswagena i niemal błagał w myślach tamtego, żeby odpuścił.
Jednak kierowca mazdy najwyraźniej brak reakcji na zaczepki odczytał jako słabość. Srebrne drzwi otworzyły się i wypluły ubranego w koszulę, spodnie od garnituru i krawat osiłka o sprężystych mięśniach, w pocie czoła wypracowanych w klubie fitness w ramach karnetu pracowniczego VIP plus.
– Coś ci się nie podoba? Masz jakiś problem, frajerze? – Głos dobiegł do wnętrza kabiny golfa przez zamkniętą szybę.
Bartek rozpaczliwie wpatrywał się w majaczącą w oparach mgły Wisłę.
– Spokojnie, zaraz będę w…
Plask! Krawaciarz potraktował maskę golfa z otwartej. Bartek niemal usłyszał szmer osypującej się rdzy. Alprax. Potrzebował go.
Kierowca mazdy był już przy drzwiach. Szarpnął klamkę. Zamaszyście otworzył.
– Pytałem, czy coś ci się…
Konecki powoli oderwał wzrok od skłębionych wirów Wisły i przeniósł go na korporacyjnego rekina. Niespiesznie odpiął pas i wystawił przez próg nogę, a za nią resztę swojego nazbyt zwalistego ciała. Oczy podobno są zwierciadłem duszy. Kiedy spojrzenia Bartka i krawaciarza w końcu się spotkały, goguś cofnął się, przyklapł i zerknął nerwowo w bok, jakby czekał na odsiecz. Odchrząknął, a jego grdyka wykonała rozpaczliwy skok w górę i w dół.
– Ja, ee… – W jego głos wkradły się nieco piskliwe tony.
Bartek położył ciężką dłoń na śnieżnobiałym ramieniu, nachylił się nad opaloną w solarium twarzą i pojednawczo zamruczał wprost w rozszerzone strachem źrenice:
– Miłego dnia. A teraz spadaj, pajacu.
***
Konecki nie lubił swojego biura. Miejsce niby idealne – między rondem Wiatraczna a placem Szembeka. Tuż nad salonem gier Las Vegaz, blisko sklepu Alkohole 24 h, obok ruchliwej Grochowskiej. Skromny szyld widać było z przejeżdżających obok tramwajów, autobusów i stojących na światłach samochodów. Mimo to nie umiał zapuścić tutaj korzeni. A może to nie była wina miejsca, lecz katastrofalnego stanu jego finansów? Wciąż nie chciał się do tego przyznać, nawet sam przed sobą, ale wyglądało na to, że się przeliczył. Na palcach obu rąk mógłby policzyć wszystkich klientów, którzy zgłosili się do niego w ciągu pierwszych trzech miesięcy funkcjonowania firmy.
– Cześć, Brudny Harry! – wesoło powitał go podobny do wieprza blondyn, ochroniarz z salonu gier, na oko sto dwadzieścia kilo muskulatury wymęczonej na siłowni.
– Cześć, Piggy – odburknął.
– Nie nazywaj mnie tak! – usłyszał oburzony głos, kiedy wspinał się po schodach długiego pawilonu handlowego.
„Agencja Detektywistyczna. Grupa Konecki” – powitała go tabliczka na drzwiach. Tabliczka jak tabliczka, zdążył się przyzwyczaić nawet do tej „grupy”, której dopisanie doradziła mu Jolka. Twierdziła, że „grupa” brzmi poważniej niż jakiś tam „prywatny detektyw”. Zdziwiło go co innego – o drzwi jego biura opierał się jakiś facet.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tamten był ubrany w garnitur. Zapięta marynarka ujawniała charakterystyczne uwypuklenie pod lewą pachą. Konecki natychmiast skojarzył je z kaburą pistoletu. Odkąd został detektywem, też sobie taką sprawił. Tyle że nosił luźniejsze marynarki.
Nieznajomy był o dobre pół głowy niższy od Bartka, ale przysadzista sylwetka i zdeformowane, pokryte bliznami uszy zdradzały byłego zapaśnika. Niedokładnie wygolona głowa ujawniała sięgającą głęboko łysinę i parę starych blizn. Oczy miał czarne, pewne siebie, spokojne. Był także starszy od Koneckiego o kilkanaście ładnych lat. Może nawet dwadzieścia? Na pewno dawno przekroczył już pięćdziesiątkę.
To jeden z tych, którzy zawsze dostają dokładnie to, czego chcą – pomyślał Bartek, a na głos zapytał:
– Pan do mnie?
Facet zaciągnął się papierosem i niespiesznie wypuścił strugę dymu w kierunku sufitu. Jego mięsiste usta wykrzywił cień asymetrycznego uśmiechu. Lewy kącik w górę, prawy w dół.
– Znasz się na ludziach – wycedził. – Słusznie nazwałeś tego z dołu ciotą.
– Nazwałem go Piggy. To kukiełka z Muppet Show, a nie ciota.
Bartkowi nie podobał się ten człowiek. Niepokoił go.
– Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam sobie chcesz. – Łysy pojednawczo wzruszył barami, po czym zgasił peta w dwóch palcach i pstryknął nim w dół schodów, ku popatrującemu na nich ochroniarzowi. – Przyszedłem w interesach. Otwierasz to swoje Miami Vice czy mam iść do konkurencji?
Wchodząc do środka, Bartek uświadomił sobie z rozdrażnieniem, że chwila sięgnięcia po alprax znacząco się oddala. I to też mu się nie spodobało.
Klient ostentacyjnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Biurko, fotel, komputer, szafa pancerna, półka skoroszytów, telewizor. I mały komplecik w rogu: niski stolik, sofa, dwa wątłe krzesła. Obok drzwi do mikroskopijnej kuchenki.
– Trochę tu drętwo. – Gość rozejrzał się z błazeńskim wyrazem twarzy. – Przydałby ci się, chłopie, barek na kółkach. Albo chociaż akwarium.
– Wolałbym, żeby się pan najpierw przedstawił. Gwarantuję dyskrecję, ale chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik opadł na sofkę. Mebel jęknął, coś w nim trzasnęło, ale wytrzymał. Konecki oparł się o biurko, splatając ręce na piersi.
– Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czynienia – odparł tamten, zakładając ręce za głowę. Wypukłość pod marynarką omal nie wyrwała jej guzików.
Co on tam ma? Przedłużonego glocka? Magnum? Strzelbę myśliwską?
– Były komisarz elitarnego Wydziału Terroru Kryminalnego, obiecujący detektyw, człowiek, który miał siłę podnieść się z ciężkiego załamania nerwowego, by znaleźć ukojenie w ramionach koleżanki po fachu, a wcześniej zastrzelić podłego przestępcę. Á propos, jak ci się układa z uroczą komisarz Jolantą Bończak? Koledzy już chyba nie nazywają jej lesbą?
Góra mięsa spoczywająca na jego sofce zamilkła i przyglądała mu się z uśmiechem.
Koneckiemu pojaśniało przed oczami. Jaskrawa biel zalała pokój. Ramiona rozplotły się, dłonie zacisnęły w pięści.
Spokojnie! – surowo rozkazał sobie w myślach.
Ta prowokacja miała jakiś cel. Tamten chciał go wybadać. Chciał sprawdzić, na ile panuje nad sobą? Zweryfikować krążące swego czasu po Komendzie Stołecznej plotki, że bywa porywczy? A może wręcz przeciwnie, wybadać, czy nie jest tchórzem? Wszystko jedno. W razie potrzeby znajdzie przecież czas, żeby mu dać po gębie.
– Podkomisarz.
Brwi zapaśnika poszybowały na środek niskiego czoła w wyrazie zdziwienia.
– Co: podkomisarz?
– Kiedy mnie wywalono z policji, byłem podkomisarzem.
– Aha.
– No to skoro nie mam już przed tobą tajemnic, gadaj, grubasie, z jaką sprawą przychodzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych schodów.
Człowiek w opiętym garniturze rubasznie zarechotał. Kiwnął głową z uznaniem.
– Już lubię twój styl. Dam ci więc to zlecenie.
– Jakie zlecenie?
Zapaśnik przestał się śmiać.
– Amelia Stokrocka – oznajmił z lekkim patosem.
Bartek czym prędzej przeszukał zakamarki pamięci, ale nie znalazł w niej żadnego pliku o takiej nazwie.
– Kto to taki?
Wąskie, ale najwyraźniej bardzo ruchliwe brwi znów poszybowały na środek czoła.
– No co ty, chłopie? Telewizji nie oglądasz?
– Okazjonalnie. – Konecki rzucił okiem na zakurzone LCD stojące w przeciwległym rogu. Odbiornik nie był nawet włączony do kontaktu.
– Wschodząca gwiazdka ekranu. Na razie właściwie tylko pogodynka, ale już dostała rólkę w jakimś filmie, a poza tym przebąkuje się, że ma wejść do telewizji śniadaniowej. W branży wróży się jej karierę równie wielką jak jej cyce.
– Aha.
– Słabo znasz to środowisko, co? – Mężczyzna przyjrzał mu się badawczo.
– Przeszkadza ci to?
– Ani trochę. – Tym razem facet pokazał w uśmiechu nawet zęby. – Ważne tylko, żebyś jej nie spłoszył. Były glina chyba tyle potrafi?
Konecki nie odpowiedział. Patrzył na gościa i zastanawiał się, z kim ma do czynienia. Wbrew swojej powierzchowności facet był całkiem inteligentny. Umiał narzucić własne warunki w rozmowie, zręcznie manipulował. Wyglądał na bandytę, ale Bartek raczej obstawiałby, że to były gliniarz. Jak on sam. Pytanie tylko, komu teraz służy?
– Mam ją śledzić? Po co? Jeśli w celu dokonania jakiegoś przestępstwa, to ci powiem od razu, żebyś…
– Spokojnie, spokojnie! – Łysy nieświadomie użył dzisiejszej mantry Bartosza Koneckiego. – Masz ją śledzić, prawda, ale tylko po to, by sprawdzić, czy się laska nie puszcza na boku. Capisci?
Zamaszystym gestem sięgnął do bocznej kieszeni marynarki i wyjął złożone na cztery dwie kartki maszynopisu. Rzucił je na stolik, a Konecki zanotował, że na jego nadgarstku błyszczy zegarek wart co najmniej dwadzieścia tysięcy.
– Przeczytaj i wyryj to sobie na pamięć. – Gość znów odezwał się władczo. – Nie mogę ci tego zostawić.
Bartek oderwał się od biurka, uświadamiając sobie, że wszystkie mięśnie ma napięte. Podszedł sztywno, rozprostował kartki i rzucił okiem. Na pierwszej adres Amelii Stokrockiej i jej cechy fizyczne. Wzrost 175 centymetrów, oczy niebieskie, szczupła budowa ciała. Na drugiej zobaczył zdjęcie pięknej blondynki z włosami związanymi w kok. Patrzyła w obiektyw lekko skośnymi, może odrobinę zbyt blisko osadzonymi oczami z intensywnością, która wypalała dziury na jego siatkówce.
– Zazdrosny mąż? – zapytał.
– Nie jest mężatką.
– Narzeczony, który chce ją sprawdzić przed ślubem?
– O ile wiem, nie planuje w najbliższym czasie małżeństwa.
– To dla kogo mam ją śledzić?
– To show-business, kolego. Show-business! – Zapaśnik poklepał się po kieszeniach, wydobył paczkę cameli i zapalił, nie pytając o zgodę ani nie częstując. – W tym świecie ludzi łączą najróżniejsze powiązania. Nie nadążysz za tym. I nie próbuj. Masz tylko wynotować, z kim i kiedy ta księżniczka się spotyka. Zdjęcia, nazwiska, o czym rozmawiali. No i oczywiście, czy daje komuś dupy.
Dym tytoniowy uderzył Bartka w nozdrza, budząc natychmiast rozpaczliwą tęsknotę za paleniem. Rzucił papierosy pół roku temu, kiedy wprowadził się do Jolki. Trzymał się tamtego postanowienia. Wystarczy, że wrócił do zażywania psychotropów… Żeby zająć czymś ręce, poszedł więc do kuchni po spodeczek (popielniczki nie miał) i podstawił gościowi. Nie chciał, żeby grubas wypalił mu dziurę w niespłaconych jeszcze meblach.
– Skoro to taka gwiazda, czemu nie wybraliście jakiejś sprawdzonej sieciówki detektywistycznej? – spytał. – Aha, i wciąż jeszcze nie wiem, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik zaciągnął się jak lokomotywa, wstał i zhartował ledwo nadpalonego papierosa na talerzyku. Wyraźnie zbierał się do wyjścia.
– Wybraliśmy ciebie właśnie dlatego, żebyś nie zadawał takich pytań. Chyba nie narzekasz na nadmiar roboty, co? – Puścił oko. – Chcemy być pewni, że nie schrzanisz zlecenia. Byłeś niezłym gliną. Pasujesz nam. I wszystko w temacie.
Konecki dobrze wiedział, że powinien odmówić i że zgodnie z prawem nie wolno mu przyjąć zlecenia bez podpisania umowy. Ta sprawa cuchnęła na kilometr. Jednak z drugiej strony faktycznie musiał ostatnio pozwolić, by to Jolka go utrzymywała. Nie miał pieniędzy. Miał długi. A do tego codziennie śniło mu się, że jest gliniarzem. Kiedy budził się rano i dopadała go świadomość, że zamiast do pałacu Mostowskich musi jechać do jakiejś kanciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Jeśli będzie odrzucał oferty z powodu etycznych czy proceduralnych rozterek, zamknie ten biznes jeszcze przed końcem roku. Kim się wtedy stanie? Utrzymankiem? Cieciem w supermarkecie? Menelem?
– Wiem, że zastanawiasz się, w co cię wrabiam. – Zapaśnik przerwał mu te rozmyślania. – Otóż bądź spokojny. Ta sprawa nie ma drugiego dna. Po prostu chodzi o laskę, której być może trochę zbyt łatwo rozjeżdżają się nogi. To twoja zaliczka.
Jeszcze nie przebrzmiały jego słowa, a na stoliku już lądował cały rulon banknotów. Bartek energicznie przełknął ślinę.
– Pięć tysięcy. Zadanie jest proste, więc spraw się szybko. A jak skończysz, zadzwoń pod ten telefon. – Mężczyzna pstryknął w jego kierunku wizytówką z samym tylko numerem. Wtedy dorzucę jeszcze dwa razy tyle.
Powiedziawszy to, od razu odwrócił się do drzwi. Nie czekał nawet na odpowiedź.
– Od jak dawna nie pracujesz w policji? – zawołał za nim Bartek.
Szerokie jak kredens z czasów sanacji plecy zesztywniały. Masywny korpus zamarł w pół kroku. Kiedy jednak łysy się odwrócił, na jego ustach znów igrał asymetryczny uśmiech.
– Od początku powtarzałem mojemu wspólnikowi, że komisarz Konecki to bystrzak – zarechotał. – I że najlepiej nadaje się do delikatnej roboty. Tylko proszę… – Znów puścił oko. – Tym razem nikogo nie zabijaj.
Wyszedł, a po chwili z dołu dobiegło jego tubalne: „Cześć, Piggy!” i urażone protesty ochroniarza. Bartek pozostał w swoim biurze z nieprzyjemną świadomością, że naprawdę został dokładnie prześwietlony. Czy tak postępuje ktoś, kto chce złożyć detektywowi banalne zlecenie? Doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Pakował się w kłopoty. Ale jaki miał wybór?
Jednym ruchem zgarnął pieniądze ze stołu i schował je do kieszeni marynarki. Czuł, że przepalają mu kieszeń.
Dwa, trzy dni pracy, a potem zgarniam forsę i o wszystkim zapominam – solennie obiecał sobie w myśli, kierując się ku szufladzie biurka.
I wtedy zdał sobie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na tabletkę prasującą zwoje mózgowe. Może i właśnie popełnił błąd, a nawet złamał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim żywiole. Jak dawniej.WCZEŚNIEJ
Warszawa. Lipiec 1992
„Sprawa wykryta, sprawa opita” – tej maksymie hołdowano w jego sekcji z pełnym oddaniem. Dlatego naczelnik Chałka kiwał się teraz sennie w swoim gabinecie nad aktami, rozłożonymi na biurku dla niepoznaki, brodaty komisarz Wilczyński z impetem przeszukiwał całe piętro w nadziei ustalenia miejsca pobytu ostatniej flaszki, a starszy sierżant Ława walczył ze snem w pokoju obok, udając, że przesłuchuje głównego podejrzanego, który zamiast odpowiadać na z trudem formułowane pytania, wolał gapić się na rybki w akwarium. Żenada.
Aspirant Norbert Pałucha z najwyższym trudem skrywał złość i pogardę. Siedząc bezczynnie za swoim biurkiem, na wprost maszyny do pisania, w której część zużytych przycisków zastąpiono przyciętymi pod wymiar kawałkami drewna, ćmił papierosa, żuł fusy z wystygłej, przesłodzonej kawy i wodził oczami po tym bajzlu, zwanym sekcją do spraw zabójstw Wydziału Kryminalnego Komendy Dzielnicowej Warszawa Śródmieście.
– Banda pijaków i nieudaczników – wyszeptał bezgłośnie. – Jak się stąd nie wyrwę, utknę w tym bagnie na zawsze. Jutro napiszę na nich notatkę służbową.
Dobrze wiedział, że tamci go nie lubią. Nie ufali mu, nie uznawali za „swojaka”. I pewnie podejrzewali – nie bez racji zresztą – że na nich kabluje. Starzy gliniarze, do niedawna jeszcze milicjanci, nie tolerowali młodzika, który do resortu wstąpił po sierpniowych wyborach 1989 roku, a stopień aspiranta dostał już po niespełna dwóch latach służby.
To dlatego teraz musiał siedzieć bezczynnie, kiedy cała sekcja celebrowała swój triumf.
– Triumf – prychnął w głąb siebie Pałucha. – Też mi triumf…
Tego dnia do spółki z burakami z komendy powiatowej w Wyszkowie zgarnęli cały tamtejszy gang Oriona.
– Chyba raczej gang Olsena – kontynuował swój szyderczy monolog.
Banda trudniła się drobnymi wymuszeniami, pokątnym handlem marihuaną oraz kradzieżą samochodów. I gdyby jeden z nich, niejaki Orion vel Stanisław Orecki, nie wdał się parę tygodni temu w strzelaninę pod warszawską dyskoteką Hybrydy, chłopcy bezkarnie działaliby dalej. Nikt z tych wieśniaków z Wyszkowa w życiu nie odważyłby się dobrać im do tyłków. Ale że postrzelony przez Oriona koleś wykrwawił się na śmierć, w sprawę włączyli się policjanci z ulicy Wilczej.
Przecież to ja wpadłem na to, kto strzelał! – krzyczał w myślach Pałucha, zerkając równocześnie, jak Wilczyński, w ostatniej nadziei znalezienia wódki, przetrząsa jego własną szafę pancerną, bez mrugnięcia okiem zrywając odciśnięte w plastelinie plomby. – A teraz, mimo że jestem jedynym trzeźwym w tym towarzystwie, nie pozwalają mi nawet przesłuchać tamtego nygusa.
– Te, Nowy, jest sprawa – zagaił komisarz Wilczyński. – Trzeba iść do nocnego na Marszałkowską.
Jeszcze czego! Był z nich najlepszy, ale zamiast go szanować, jedynie się nim wysługiwali. Dość tego.
– Nowy, głuchy jesteś czy niegramotny?
– Nie mogę iść – odparł hardo Pałucha. – Jestem na służbie.
Znad sąsiednich biurek, w niemym rozbawieniu, uniosły się głowy pozostałych członków sekcji – chudego jak tyczka podkomisarza Łukasza Góreckiego, krępego i obdarzonego wąsem gęstym jak lina cumownicza sierżanta Wiesiołka i kaszlącego astmatycznie posiadacza żółtej cery gruźlika komisarza Żelazko.
– Weź dwie! – Wilczyński nie zwrócił nawet uwagi na jego odmowę. – I pół sztancy papierosów. Też się zaraz skończą.
Zły jak osa Pałucha wyszedł na miasto. Ciepła noc, a właściwie już niemal brzask, była ostoją różnej maści pijaczków, a niski wzrost i ostentacyjnie elegancki wygląd Norberta Pałuchy prowokowały ich do zaczepek.
– E, koleś, wyskocz ze szluga!
– Uważaj, olbrzymie! Żebyś nie potknął się o swój krawat!
Normalnie w takiej sytuacji wyciągnąłby policyjną blachę oraz kajdanki i zgarnął jednego z drugim na dołek. Był legalistą. Nie tolerował żadnych przejawów łamania prawa, zwłaszcza gdy wykroczenie uderzało w jego kompleksy. A natarczywe domaganie się papierosa podpadało przecież pod agresywne żebractwo. Tej nocy nie chciało mu się jednak walczyć z wiatrakami. Oficer dyżurny i tak wypuściłby meneli zaraz z rana, a przełożony, znaczy się Chałka, nie przyjąłby od niego raportu w tak błahej kwestii. Lepiej zachować rozsypującą się ze starości maszynę do pisania na poważniejsze sprawy.
Z Wilczej skręcił w prawo i przeszedł przez opustoszałą o tej porze Marszałkowską. Pod sklepem nocnym jak zwykle kwitło ożywione życie towarzyskie. Podstarzałe prostytutki z pobliskiego pigalaka u zbiegu Wspólnej i Poznańskiej rozpijały alpagę „Kwiat jabłoni” z chwiejącymi się facetami, sprawiającymi wrażenie gości z prowincji w podróży służbowej. Dwóch doliniarzy, dobrze znanych organom ścigania, zaciągało się papierosami, żarłocznie zerkając na opuszczających sklep klientów. Jakiś wytatuowany zakapior bez koszulki prężył mięśnie w ten sposób, że wzorek skorpiona na klacie zdawał się to unosić, to opuszczać ogon.
– Dobry wieczór, panie komisarzu! – Sprzedawczyni o zmęczonej życiem twarzy rozpromieniła się na jego widok. I dodała, kompletnie ignorując długą kolejkę spragnionych klientów: – Co podać?
– Dwa razy pół bochenka chleba i pół sztancy schabowego z kością.
Wziął dwie flaszki, wypchał wszystkie kieszenie marynarki paczkami Ekstra Mocnych z filtrem, zapłacił 322 tysiące złotych z własnej kieszeni (trzeba pamiętać, żeby oddali mu po wypłacie), wyszedł. Doliniarze spod sklepu obrzucili jego siatkę pożądliwym spojrzeniem, ale zaraz rozpoznali glinę i ostentacyjnie odwrócili głowy. Koleś bez koszulki, niezrażony obojętnością publiczności, wciąż poruszał skorpionem. Dziwki chichotały.
Idąc do komendy, Pałucha rozpamiętywał szczegóły z dzisiejszego zatrzymania gangu Oriona. Do Wyszkowa pojechali całą sekcją – w dwa nieoznakowane polonezy. Na miejscu Łukasz Górecki trochę spanikował, kiedy koledzy z Wyszkowa spytali, gdzie jest ich broń długa i kamizelki.
– To oni mogą do nas strzelać? Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział?! Pierdolę, nie idę! Ja mam żonę i dziecko! – darł się pod tamtejszą komendą piskliwym głosem.
Reszta popatrzyła po sobie niepewnie. O cholera, faktycznie o tym nie pomyśleli. A przecież wystarczyło tylko wypisać kwit do zbrojowni…
Na szczęście zatrzymanie poszło jak po maśle. Wyszkowska gangsterka okazała się tylko grupą spasionych sterydami ćwoków, którzy na widok policji od razu robili w gacie. Jedynym problemem okazał się Orion, który był uzbrojony, mieszkał na parterze i próbował uciec. Chałka podszedł do jego drzwi ze wsparciem dwóch miejscowych, a Norbertowi kazał czaić się pod oknami. W pojedynkę! Kiedy trójca szeryfów załomotała w drzwi, herszt gangu w samych slipach hycnął przez okno… dokładnie w ramiona Pałuchy, który od razu przystawił mu do czoła swoje służbowe p-64. Na szczęście to wystarczyło, by wyższy od niego o dwie głowy cielak od razu spokorniał i dał się skuć. Strach pomyśleć, co by było, gdyby zaczął się stawiać.
– Cwaniaki, zawsze dają mi najgorsze zadanie – podjął swoją litanię Pałucha, wracając do komendy.
Sierżant Ława już spał z policzkiem wtulonym w biurko, a podejrzany patrzył na niego zdegustowany. Rybki z akwarium puszczały bąbelki. Chałka, apatycznie i bez wiary w sukces, usiłował przekonać Wilczyńskiego, żeby przejął zatrzymanego, ale brodacz był niedopity, zły i ogólnie niechętny do współpracy. Górecki dopieszczał raport, Wiesiołek palił, Żelazko zanosił się kaszlem. Nic nowego.
Telefon. Nikt nawet nie spojrzał na aparat. Drugi sygnał, trzeci. Aspirant Norbert Pałucha niechętnie sięgnął po szarą, ebonitową słuchawkę.
– Sekcja zabójstw, Pałucha.
– Dyżurny z tej strony. Sierżant sztabowy Borowy Maciej, znaczy się.
– Dawaj.
– Jest sztywniak na Polach Mokotowskich, przy Niepodległości.
Norbert tylko przewrócił oczami. Pewnie znów jakiś bezdomny „Aborygen” dał w piórnik po przedawkowaniu wody brzozowej.
– To granica naszego rewiru. Zwal to na chłopaków z Mokotowa.
– Próbowałem, ale mówią, że w zeszłym tygodniu robili za nas tego dziadka, który wykitował w Łazienkach, i teraz nasza kolej.
Przez długie pół sekundy Pałucha chciał bez słowa odłożyć słuchawkę. Niech się dyżurny martwi, skoro zabrakło mu jaj, żeby od razu odmówić. Coś jednak go powstrzymało. Intuicja? Nos detektywa? A może po prostu nie chciało mu się więcej latać po wódkę.
– Znasz już jakieś szczegóły?
– Na dziewczynę natrafił patrol ciemniaków z Batalionu Patrolowo-Interwencyjnego podczas rutynowego…
Dzwonek alarmowy. Adrenalina. Powiedział „dziewczyna”. To wszystko zmieniało.
– W jakim stanie są zwłoki? – przerwał.
– Dość fatalnym, że tak powiem.
– Do rzeczy, człowieku!
– Ktoś jej… chyba że źle zrozumiałem… No, w każdym razie ktoś podobno obciął jej dłonie. No i jest naga. Zgwałcona, zdaje się…
Aspirant Norbert Pałucha wciągnął głęboko powietrze, przytrzymał, a potem powoli wypuścił z płuc. Sprawa przez duże S. Coś, co podchwycą media, na co będą patrzeć przełożeni. Na czymś takim można wreszcie wypłynąć. Wydostać się z tego bajzlu.
Szybko rzucił spojrzeniem na lewo i prawo. Nikt się nim nie interesował. Wilczyńskiego kompletnie wcięło, Chałka kiwał się nad swoim biurkiem. A więc już nikt mu tego nie zabierze. Poprowadzi to.
– Przygotuj mi kluczyki od poloneza, zaraz zejdę. Bierzemy tę sprawę.
***
Przez dwa lata w policji i ponad pół roku w sekcji zabójstw Norbert widywał już różne rzeczy. Samobójcę, którego rozczłonkował pociąg, zawałowca, który wykorkował w wannie, a gorąca woda w połowie go ugotowała, trupa, który miesiąc przeleżał w wersalce… ale dopiero ta martwa dziewczyna nim wstrząsnęła. Dziewczyna? Raczej dziewczynka. Dziecko właściwie.
Leżała na plecach w krzakach, zaledwie parę metrów od chodnika, na którym czerniły się ślady opon. Siniaki i zadrapania na jej skórze kontrastowały z opalenizną widoczną wciąż na ramionach, nogach i twarzy. Sine i nabrzmiałe ślady na szyi. Jasne włosy rozsypane wśród źdźbeł trawy. Białe, równe ząbki odsłonięte przez wargi wykrzywione w agonii. No i te kikuty zamiast dłoni…
– Nie zginęła w tym miejscu. Morderca przywiózł ją samochodem i wyrzucił w krzakach – usłyszał Pałucha.
Aspirant drgnął i obrócił się gwałtownie, uświadamiając sobie, że od dłuższej chwili stoi nad zwłokami jak wryty. Obok siebie zobaczył doktora Kalinę, anatomopatologa z Instytutu Medycyny Sądowej przy Oczki.
– Dziękuję, że pan przyjechał, doktorze – szepnął, przypominając sobie, że prokurator, którego obudził zaraz po telefonie od oficera dyżurnego, zrugał go w niewybrednych słowach i powiedział, że pojawi się dopiero na sekcji.
– Ściągnął pan tutaj techników, aspirancie?
– Mają zaraz dojechać, boję się jednak, że oni – zerknął na dwóch ubranych w czarne mundury osiłków z BPI, przestępujących nad ciałem z nogi na nogę – już zadeptali ślady.
– Grunt, żeby technicy zrobili odcisk gipsowy tych opon – rzeczowo zauważył lekarz. – Ja zajmę się zwłokami.
Stary doktor przerwał na moment i spojrzał na Pałuchę.
– Mam wnuczkę mniej więcej w jej wieku. Zrobię wszystko, żeby mógł pan dorwać tego sukinsyna.
Norbert nie odpowiedział. Doktor podszedł do zwłok. Mundurowi nerwowo ćmili papierosy. Od strony Wisły niebo zapłonęło czerwienią, w koronach drzew zaczęły wrzaskliwie nawoływać się ptaki. Na miejsce przestępstwa podjechali technicy, a zaraz po nich kilku posterunkowych, których Pałucha rozstawił tak, by piesi i spacerowicze nie pchali im się pod nogi. Patrol drogówki w volkswagenie passacie zablokował jeden pas ruchu w Alejach Niepodległości.
– Od razu, na gorąco, mogę powiedzieć tyle, że dziewczynka zginęła tej nocy. – Doktor Kalina zakończył oględziny i dał znać technikom, że mogą zaczynać pracę. – Tak jak myślałem, zmarła w innym miejscu. Plamy opadowe i otarcia naskórka, które pojawiły się post mortem, wskazują, że ciało było przenoszone. Zgon nastąpił przez zadzierzgnięcie. Udusił ją, mówiąc po ludzku. Najprawdopodobniej skórzanym paskiem.
Pałucha oderwał spojrzenie od dziewczyny i uniósł je ku koronom parkowych drzew.
Czy dam radę? Czy mnie to nie przerośnie?
Zaraz się jednak zreflektował i opuścił wzrok na ziemię. Oczywiście, że da radę. Był dobry, najlepszy. A to jest sprawa, która wyniesie go do Komendy Stołecznej lub jeszcze wyżej. Takie nygusy jak Chałka będą się przed nim płaszczyć.
– Panie doktorze… – zająknął się.
Kalina spojrzał na niego spod siwych, krzaczastych brwi, opadających mu na półprzymknięte powieki.
– Chce pan spytać o ręce? – domyślił się.
Norbert skinął głową.
– Prawie na pewno zostały odjęte już po śmierci. Równo, gładko, jednym cięciem. Obstawiałbym jakiś diaks czy inną piłę tarczową. Lub lekarską piłkę używaną do amputacji kończyn. Tyle że nie zrobił tego lekarz. Jedna dłoń została amputowana powyżej nadgarstka, a druga niżej, na wysokości obu kości czworobocznych, główkowatej i haczykowatej. Krótko mówiąc – partacka robota.
– Ale dlaczego?
Doktor nie odpowiedział od razu. Powoli obszukał kieszenie swojego bezrękawnika w kolorze khaki, opatrzonego wieloma zakamarkami. Znalazł wymiętoloną paczkę i pytająco skierował ją w stronę Pałuchy, a gdy ten odmówił, sięgając po własną, wyłuskał pokrzywionego papierosa.
– Nie jestem psychologiem – odezwał się, kiedy otoczył go sinawy obłoczek dymu. – Powiedziałbym jednak, że sprawca zrobił to, by utrudnić panu robotę.
– Chodzi o linie papilarne?
– To też. Ale poza tym przypuszczam, że dziewczyna walczyła. Pewnie głęboko zadrapała napastnika. Sprawca zdawał sobie sprawę, że pod jej paznokciami jest jego grupa krwi.
Aspirant podziękował i zrobił krok ku technikom, którzy już ustawiali wokół ciała numerki oznaczające ślady, sporządzali szkic sytuacyjny i szykowali się do zdjęć. Obok zwłok stała walizka z proszkiem daktyloskopijnym i zestawem pędzelków do jego nanoszenia.
– Aspirancie?
Odwrócił się do doktora.
– Niech się pan spieszy. Wydaje mi się, że to jest robota seryjnego. Może to jego pierwsze zabójstwo. Może wcześniej tylko gwałcił. Ale teraz, gdy już zasmakował we krwi, będzie mordował, póki go nie powstrzymacie.
– Dopadnę go – obiecał Pałucha.
– Kręgi.
– Na wodzie.
– Na początku są małe. A potem spójrzcie,
jak się powiększają. Ale musi być ktoś, kto zacznie.
(Pocahontas)
Gwałtem zabija się albo kaleczy
Bliźnich osobę, a dobra i mienie
Pożarem gubi, rabuje, niweczy.
Stąd skrytobójców i morderców cienie,
Zbrodniów, złodziei oddzielną komorą
Dostały pierwszy krąg na posielenie.
(Dante Alighieri, Boska Komedia, przeł. E. Porębowicz, pieśń XI)PROLOG
Warszawa. Lipiec 1992
Obudziła się nagle, od razu przytomna, z poczuciem, że jest źle. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Jak tonący, który wynurzył się na powierzchnię, lecz wie, że nie starczy mu sił, by się dłużej na niej utrzymać. Zimne światło jarzeniówek pod wysokim sufitem ukazało jej obszerną, pozbawioną okien halę. Leżała na szerokim i długim metalowym stole, nad którym zwieszała się piła tarczowa.
Poczuła, jak przerażenie zalewa jej serce, i raptownie usiadła. Nie była związana. Zeskoczyła. Przebiegła kilka metrów. Bose stopy zadudniły na zimnej, betonowej podłodze, pokrytej jedynie poplamionym linoleum. Zatrzymała się. Wróciła. Ruszyła w przeciwnym kierunku. Znowu stanęła.
Była sama w tym dziwnym pomieszczeniu, w którym oprócz stołu i piły zgromadzono mnóstwo zagadkowych przedmiotów. Z sufitu zwisały wielkie haki, pod ścianami stały pojemniki na kołach, a tuż obok niej piętrzyło się coś, co wyglądało jak taboret olbrzyma. Wszystko lśniące, metalowe, zimne.
– Co to za miejsce? – Jej szept uleciał ku sufitowi, by po chwili wrócić echem, które wwierciło się w mózg nieznośnym bólem.
– To rzeźnia! – Usta ułożyły się w słowa, których nie miała odwagi wypowiedzieć. – Obudziłam się w rzeźni.
Spróbowała zebrać myśli. Skoncentrować się. Bolała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, chemiczny smak, od którego robiło jej się niedobrze.
– Jak się tutaj znalazłam?
Całkiem niedawno, niemal przed chwilą, rzuciła wszystko, czego nie znosiła, zakwestionowała model życia, który pętał ją jak grobowy całun. Dusiła się w nim, nudziła, gardziła nim. Długo nie miała odwagi, żeby się z tego wyzwolić. Trudno być odważną, kiedy się ma dopiero piętnaście lat. Ale w końcu się udało. Oznajmiła rodzicom i całej małomiasteczkowej reszcie, że rusza w Polskę. Sama. Było piękne lato. Pojechała na festiwal rockowy do Jarocina – miał zagrać Dżem. A raczej chciała pojechać. Teraz pamiętała tylko białoszarą szosę, przy której łapała stopa, i dwóch sympatycznych panów zatrzymujących się przy niej wielkim mercedesem. A potem cierpki, chemiczny smak tamponu, który ktoś przyciskał jej do ust i nosa.
– Uśpili mnie. Dranie.
Po co to zrobili? Odpowiedź przyszła szybciej niż wypowiedzenie w myślach tego pytania. Przestraszyła się jeszcze bardziej. Nie była już dzieckiem. Przynajmniej do tej chwili tak sądziła.
Spojrzała na swoje odbicie w wypolerowanej metalowej ściance dziwnego – jak wszystko wokół – urządzenia. Miała na sobie dżinsy z bazarku na rynku i koszulkę. Żadnych dziur, rozdarć, sińców. Zginęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?
Ponownie ruszyła przed siebie. Tym razem już jednak nie biegła. Zrozumiała, że to nie koniec. To raczej początek. Oni gdzieś tutaj są. Czają się, knują, obserwują.
Rozejrzała się. Wokół nie było żywego ducha. Ostrożnie podeszła do ciężkich i grubych metalowych drzwi. Były uchylone. Wyjrzała i zaraz cofnęła głowę. Znów wyjrzała.
Korytarz był oświetlony błękitnym światłem brzęczących cicho jarzeniówek. Nadal żadnych okien. Po prawej odrapane drzwi do łazienek, po lewej kolejne uchylone stalowe wrota. Pod ścianami więcej pojemników i wózków. Wszystkie na kółkach. W powietrzu zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze. Ledwo uchwytny, metaliczny, drażniący nozdrza zapach. Znała go. To był zapach krwi.
Szła korytarzem, ostrożnie rozglądając się wokół. Ogromny betonowy bunkier wypełniony był lśniącymi urządzeniami do zabijania, krojenia, odzierania ze skóry. Plątanina korytarzy, sal dużych i mniejszych. Wciąż ani jednego okna, choćby świetlika. Jednak przecież gdzieś, do licha jasnego, musi być stąd jakieś wyjście.
Wtedy usłyszała zwielokrotniony echem, odległy śmiech. Potem odgłos kroków. Przerażenie żarzące się w środku klatki piersiowej nagle się rozpaliło – jak palenisko gwałtownie otwartego piecyka. Rzuciła się biegiem w przeciwnym kierunku. Za nią rozbrzmiało dudnienie biegnących nóg. Ścigał ją nie jeden, nie dwóch, ale kilku ludzi. Zniekształcone echem głosy zdawały się brzmieć po niemiecku.
Niemcy? W ogromnej rzeźni? A może to tylko koszmarny sen?
W tym momencie jej spanikowany i wciąż otumaniony umysł wreszcie się przebudził.
– Muszę wrócić tam, gdzie się obudziłam!
Stół, piła, rząd haków pod sufitem. To jasne. Tam trafiają zwierzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w której są uśmiercane, a za nią rampa, przez którą są pędzone do rzeźni.
Wyjście.
Zawróciła na pięcie i pognała z powrotem. Byle zdążyć przed tamtymi. Kimkolwiek są.
Była szybka. W kilku susach dopadła ciężkich drzwi, przez które dopiero co wyszła. Skoczyła do hali, minęła stół i piłę, dostrzegła kolejne drzwi, pewnie prowadzące do ubojni. Rzuciła się ku nim.
I zaraz zahamowała.
Zobaczyła ich. Wchodzili kolejno, zatrzymywali się, mierzyli ją wzrokiem. Jakby oceniali półtuszę.
Mężczyźni. Nie wyglądali na potwory. Ten z prawej był niski i pulchny, o jowialnej twarzy. Środkowy był wyższy, ale znacznie starszy. Po lewej stał najmłodszy, z brzuszkiem rysującym się pod dresową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko ponapawać się trochę jej strachem? Zażartować?
Nie. W ich oczach było coś, co odbierało nadzieję. Oni chcieli ją skrzywdzić. Skoro jednak sprawiali wrażenie zwyczajnych facetów w wieku jej taty, to może da się ich ubłagać? Przeprosić? Przekonać, żeby zostawili ją w spokoju?
– Nie róbcie mi nic złego – usłyszała własny, potwornie zachrypnięty głos. – Ja… Ja jestem dzieckiem.
Gwałtownie drgnęła, kiedy ktoś się odezwał tuż za jej plecami. Nie zrozumiała słów, mężczyzna mówił po niemiecku. To musiało być coś zabawnego, bo ci przed nią tubalnie zarechotali.
Odwróciła się powoli, bojąc się tego, co zobaczy. Ujrzała sympatycznego kierowcę mercedesa, faceta między trzydziestką a czterdziestką, lekko łysiejącego, dosyć wysokiego. Patrzył na nią ciemnymi, lekko zamglonymi oczami wesołka, który nadużywa alkoholu. Znała takie spojrzenia. W pobliskim miasteczku pełno było takich facetów.
Struchlała. Płytki oddech nie mógł zapewnić jej trzepoczącemu przerażeniem sercu wystarczającej ilości tlenu. Za gardło zaczął łapać ją szloch.
– Dalej już nie uciekniesz, ty mała kurwo.
W jego głosie brzmiała nie tyle złość, ile raczej drwina. Szydził z niej. Sycił się jej przerażeniem. To ją otrzeźwiło. Wzbudziło złość. Oszust. Porywacz. Gnojek, który ją uśpił i ułożył na stole do dzielenia mięsa.
– No dalej, dziwko. Błagaj o litość.
W piersi wzbierała jej furia. Zwyczajny facet w stadzie innych zwyczajnych facetów, mówiący językiem bestii. Nie, nie będzie go o nic prosić.
Spojrzała w górę, ku rzędowi lśniących i ostrych jak diabli haków. Zrobiła dwa kroki rozbiegu, podskoczyła i chwyciła jeden. Tak jak myślała, był tylko luzem włożony w otwór prowadnicy. Bez trudu go z niej wybiła.
Facet stojący przed nią wybałuszył ze zdziwienia oczy.
– Co? Co ty…
Nie pozwoliła mu skończyć. Nagle wydał jej się żałosny i słaby. Cała jego siła opierała się na podstępie i aplauzie tych pajaców w dresach.
Z rozmachem wbiła mu ostry i lśniący hak w ramię. Wysoko, aż pod sam rozjarzony zimnym światłem jarzeniówek sufit, wzniósł się jego kwik.TERAZ
Warszawa. Listopad. Środa
Korek zaczynał się już w połowie ulicy Sanguszki. Opadającą łukiem ku Wisłostradzie drogę wypełniały samochody rozedrgane poranną nerwowością kierowców. Pół metra do przodu, trochę w lewo, trochę w prawo. Na sąsiedni pas. Z powrotem. Byle zachować złudzenie, że jednak posuwam się do przodu.
Z miejsca, w którym uliczka łączyła się z najważniejszą arterią stolicy, dobiegały wysokie dźwięki klaksonów, złowrogie pomruki motorów, nerwowe błyski czerwonych świateł stopu. Na wszystkich – obojętna wobec buchającego złą energią kłębowiska – padała sobie drobna, jesienna mżawka.
– Tylko spokojnie – wyszeptał do kierownicy Bartosz Konecki. – Jeszcze parę chwil i będę w biurze.
Wyobraźnia natychmiast podsunęła mu tę wyczekiwaną chwilę. Zobaczył, jak otwiera drzwi i od razu kieruje się do biurka. Przeszukuje szufladę, wyjmuje opakowanie alpraksu, bierze tabletkę i popija kranówką. Kilka chwil i wszystko się kończy. Ogarniają go spokój i poczucie bezpieczeństwa. Myśli się prostują, a wspomnienia wracają tam, gdzie ich miejsce – do ciemnej jamy zapomnienia.
Korek znów ruszył. Dwa, cztery, pięć metrów. Ładny skok. Zdezelowany golf dwójka, zabytek motoryzacji kupiony przez Bartka pół roku temu za grosze od faceta, który nie patrzył mu w oczy, zadymił czarną sadzą, zaterkotał wysłużonym silnikiem diesla i minął łuk obok stacji benzynowej. Dalej rozpościerał się widok na kompletnie zapchaną autami trzypasmówkę biegnącą wzdłuż rzeki.
W tylnej szybie samochodu jadącego przed golfem – granatowe suzuki liana, rzadki model – Konecki zobaczył twarz młodej kobiety.
Odwrócona w jego stronę dziewczyna musiała chyba klęczeć na swoim fotelu. Jej wzrok wydał mu się nieprzytomny, błędny, zagubiony. Pijana? Ćpunka? A może wariatka?
Alprax. Że też musiał zostawić go w biurze. Gdyby miał teraz przy sobie choć jedną pigułkę… Ale cóż. Jolka zrobiła się ostatnio bardzo czujna. Zmieniał leki i opakowania, żeby ją zmylić, ale to przestawało już działać. Szybko nauczyła się rozpoznawać tabletki każdej odmiany benzodiazepiny, która pomagała mu utrzymywać się w pionie: Diazepam, Lorafen, Xanax. Od kiedy wywaliła mu ledwo napoczęte opakowanie Neurolu, wolał nie ryzykować i trzymał leki w pracy. To skazywało go jednak na bolesne konfrontacje z każdym kolejnym porankiem.
– Odstaw to świństwo, Bartek! – Jolka mówiła to poważna i zatroskana, co budziło w nim jeszcze większy niepokój. – Dlaczego znowu bierzesz? Co się dzieje? Robię coś źle? Czymś się gryziesz?
Cholera. Jasne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wytłumaczyć? Ich życie było sielanką. Było? Właściwie powinno być. Jolka się starała. Kochała go, to pewne. I on ją też. Spędzali ze sobą fantastyczne chwile. A jednak od środka zżerał go robal o wielu imionach. Niepewność. Strach. Przerażenie. Nuda.
Znów spojrzał na dziewczynę za szybą. Nie zmieniła pozycji. Wciąż wyglądała zza zagłówka swojego fotela. Ich spojrzenia się spotkały. Naraz wydało mu się, że w jej zamglonym wzroku dostrzega prośbę. Błaganie o pomoc.
Nie wariuj – upomniał się w myślach. Nic się nie dzieje, laska po prostu nie zdążyła napić się kawy.
Mimo to niepokój narastał. Bartek zaczął już nawet całkiem serio rozważać wyjście z samochodu, podejście do tamtego auta, a potem…
Mógłbym zapukać w szybę i grzecznie spytać, czy wszystko w porządku. A gdybym uznał, że…
Zauważył go w ostatniej chwili. Srebrna mazda przecięła podwójną ciągłą, wyprzedziła kilka aut, pędząc po łuku drogi pod prąd, i teraz, unikając czołowego zderzenia z jadącą pod górę ciężarówką, wepchnęła się właśnie przed niego. Tuż przed balustradą rozdzielającą na zakręcie dwa pasma ulicy. W ostatniej chwili zahamował i odruchowo nacisnął klakson. Golf szarpnął się na zużytych amortyzatorach. Kierowca mazdy otworzył okno i wystawił środkowy palec. Ręka w białej koszuli, dobry zegarek na nadgarstku. Pewnie menedżer średniego szczebla w drodze do swego korporacyjnego raju.
Konecki zacisnął wielkie dłonie na wątłym kole kierownicy. Twardy ebonit – czy z czego tam przed ćwierćwieczem robiono koła sterowe volkswagenów – zaskrzypiał i lekko ustąpił.
– Spokojnie, zaraz będę w biurze – powtórzył swoją poranną modlitwę Bartek.
Już nie myślał o tamtej dziewczynie.
Wiedział, że ma problemy z kontrolowaniem agresji. To był efekt uboczny abstynencji benzodiazepinowej, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy nie łyknął na czas kolejnej tabletki. Dwa miesiące temu, gdy próbował odstawić psychotropy, stłukł do nieprzytomności pewnego tatusia, który w jego obecności strzelił na odlew w pysk swojego kilkuletniego chłopca. Tatusia miał tylko wyśledzić na zlecenie mamusi. Facet zgarnął swojego syna spod szkoły i zniknął. Jego żona, z którą koleś właśnie toczył w sądzie bezpardonowy bój zwany sprawą rozwodową, odchodziła od zmysłów. Tatuś wcześniej niezbyt interesował się dzieciakiem, wolał towarzystwo tancerek go-go, ale gdy żona złożyła pozew, uznał, że odbierze jej chłopaka. Konecki wypełnił swoje zadanie i czekał tylko na przyjazd zleceniodawczyni. Nie miał prawa się mieszać. A jednak się nie powstrzymał.
Sznur samochodów znów ruszył. Pierwszy bieg, a potem – alleluja! – nawet i drugi. I w tym momencie facet w srebrnej maździe raptownie zahamował. Nie musiał, mógł jechać dalej, ale najwyraźniej uznał, że sprawa z golfem, który na niego zatrąbił, wymaga dokończenia.
Bartek wdepnął środkowy pedał, a klocki hamulcowe zaprotestowały wysokim piskiem. Omal nie zarył nosem w przednią szybę.
– Spokojnie. – Po raz trzeci spróbował swojej mantry. – Tylko spokojnie.
Sprawa pobicia tamtego tatusia, mimo korzystnych zeznań chłopca złożonych w obecności psychologa, wciąż była w toku. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną burdę. Siedział więc napięty jak pięść za kierownicą dychawicznego volkswagena i niemal błagał w myślach tamtego, żeby odpuścił.
Jednak kierowca mazdy najwyraźniej brak reakcji na zaczepki odczytał jako słabość. Srebrne drzwi otworzyły się i wypluły ubranego w koszulę, spodnie od garnituru i krawat osiłka o sprężystych mięśniach, w pocie czoła wypracowanych w klubie fitness w ramach karnetu pracowniczego VIP plus.
– Coś ci się nie podoba? Masz jakiś problem, frajerze? – Głos dobiegł do wnętrza kabiny golfa przez zamkniętą szybę.
Bartek rozpaczliwie wpatrywał się w majaczącą w oparach mgły Wisłę.
– Spokojnie, zaraz będę w…
Plask! Krawaciarz potraktował maskę golfa z otwartej. Bartek niemal usłyszał szmer osypującej się rdzy. Alprax. Potrzebował go.
Kierowca mazdy był już przy drzwiach. Szarpnął klamkę. Zamaszyście otworzył.
– Pytałem, czy coś ci się…
Konecki powoli oderwał wzrok od skłębionych wirów Wisły i przeniósł go na korporacyjnego rekina. Niespiesznie odpiął pas i wystawił przez próg nogę, a za nią resztę swojego nazbyt zwalistego ciała. Oczy podobno są zwierciadłem duszy. Kiedy spojrzenia Bartka i krawaciarza w końcu się spotkały, goguś cofnął się, przyklapł i zerknął nerwowo w bok, jakby czekał na odsiecz. Odchrząknął, a jego grdyka wykonała rozpaczliwy skok w górę i w dół.
– Ja, ee… – W jego głos wkradły się nieco piskliwe tony.
Bartek położył ciężką dłoń na śnieżnobiałym ramieniu, nachylił się nad opaloną w solarium twarzą i pojednawczo zamruczał wprost w rozszerzone strachem źrenice:
– Miłego dnia. A teraz spadaj, pajacu.
***
Konecki nie lubił swojego biura. Miejsce niby idealne – między rondem Wiatraczna a placem Szembeka. Tuż nad salonem gier Las Vegaz, blisko sklepu Alkohole 24 h, obok ruchliwej Grochowskiej. Skromny szyld widać było z przejeżdżających obok tramwajów, autobusów i stojących na światłach samochodów. Mimo to nie umiał zapuścić tutaj korzeni. A może to nie była wina miejsca, lecz katastrofalnego stanu jego finansów? Wciąż nie chciał się do tego przyznać, nawet sam przed sobą, ale wyglądało na to, że się przeliczył. Na palcach obu rąk mógłby policzyć wszystkich klientów, którzy zgłosili się do niego w ciągu pierwszych trzech miesięcy funkcjonowania firmy.
– Cześć, Brudny Harry! – wesoło powitał go podobny do wieprza blondyn, ochroniarz z salonu gier, na oko sto dwadzieścia kilo muskulatury wymęczonej na siłowni.
– Cześć, Piggy – odburknął.
– Nie nazywaj mnie tak! – usłyszał oburzony głos, kiedy wspinał się po schodach długiego pawilonu handlowego.
„Agencja Detektywistyczna. Grupa Konecki” – powitała go tabliczka na drzwiach. Tabliczka jak tabliczka, zdążył się przyzwyczaić nawet do tej „grupy”, której dopisanie doradziła mu Jolka. Twierdziła, że „grupa” brzmi poważniej niż jakiś tam „prywatny detektyw”. Zdziwiło go co innego – o drzwi jego biura opierał się jakiś facet.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tamten był ubrany w garnitur. Zapięta marynarka ujawniała charakterystyczne uwypuklenie pod lewą pachą. Konecki natychmiast skojarzył je z kaburą pistoletu. Odkąd został detektywem, też sobie taką sprawił. Tyle że nosił luźniejsze marynarki.
Nieznajomy był o dobre pół głowy niższy od Bartka, ale przysadzista sylwetka i zdeformowane, pokryte bliznami uszy zdradzały byłego zapaśnika. Niedokładnie wygolona głowa ujawniała sięgającą głęboko łysinę i parę starych blizn. Oczy miał czarne, pewne siebie, spokojne. Był także starszy od Koneckiego o kilkanaście ładnych lat. Może nawet dwadzieścia? Na pewno dawno przekroczył już pięćdziesiątkę.
To jeden z tych, którzy zawsze dostają dokładnie to, czego chcą – pomyślał Bartek, a na głos zapytał:
– Pan do mnie?
Facet zaciągnął się papierosem i niespiesznie wypuścił strugę dymu w kierunku sufitu. Jego mięsiste usta wykrzywił cień asymetrycznego uśmiechu. Lewy kącik w górę, prawy w dół.
– Znasz się na ludziach – wycedził. – Słusznie nazwałeś tego z dołu ciotą.
– Nazwałem go Piggy. To kukiełka z Muppet Show, a nie ciota.
Bartkowi nie podobał się ten człowiek. Niepokoił go.
– Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam sobie chcesz. – Łysy pojednawczo wzruszył barami, po czym zgasił peta w dwóch palcach i pstryknął nim w dół schodów, ku popatrującemu na nich ochroniarzowi. – Przyszedłem w interesach. Otwierasz to swoje Miami Vice czy mam iść do konkurencji?
Wchodząc do środka, Bartek uświadomił sobie z rozdrażnieniem, że chwila sięgnięcia po alprax znacząco się oddala. I to też mu się nie spodobało.
Klient ostentacyjnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Biurko, fotel, komputer, szafa pancerna, półka skoroszytów, telewizor. I mały komplecik w rogu: niski stolik, sofa, dwa wątłe krzesła. Obok drzwi do mikroskopijnej kuchenki.
– Trochę tu drętwo. – Gość rozejrzał się z błazeńskim wyrazem twarzy. – Przydałby ci się, chłopie, barek na kółkach. Albo chociaż akwarium.
– Wolałbym, żeby się pan najpierw przedstawił. Gwarantuję dyskrecję, ale chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik opadł na sofkę. Mebel jęknął, coś w nim trzasnęło, ale wytrzymał. Konecki oparł się o biurko, splatając ręce na piersi.
– Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czynienia – odparł tamten, zakładając ręce za głowę. Wypukłość pod marynarką omal nie wyrwała jej guzików.
Co on tam ma? Przedłużonego glocka? Magnum? Strzelbę myśliwską?
– Były komisarz elitarnego Wydziału Terroru Kryminalnego, obiecujący detektyw, człowiek, który miał siłę podnieść się z ciężkiego załamania nerwowego, by znaleźć ukojenie w ramionach koleżanki po fachu, a wcześniej zastrzelić podłego przestępcę. Á propos, jak ci się układa z uroczą komisarz Jolantą Bończak? Koledzy już chyba nie nazywają jej lesbą?
Góra mięsa spoczywająca na jego sofce zamilkła i przyglądała mu się z uśmiechem.
Koneckiemu pojaśniało przed oczami. Jaskrawa biel zalała pokój. Ramiona rozplotły się, dłonie zacisnęły w pięści.
Spokojnie! – surowo rozkazał sobie w myślach.
Ta prowokacja miała jakiś cel. Tamten chciał go wybadać. Chciał sprawdzić, na ile panuje nad sobą? Zweryfikować krążące swego czasu po Komendzie Stołecznej plotki, że bywa porywczy? A może wręcz przeciwnie, wybadać, czy nie jest tchórzem? Wszystko jedno. W razie potrzeby znajdzie przecież czas, żeby mu dać po gębie.
– Podkomisarz.
Brwi zapaśnika poszybowały na środek niskiego czoła w wyrazie zdziwienia.
– Co: podkomisarz?
– Kiedy mnie wywalono z policji, byłem podkomisarzem.
– Aha.
– No to skoro nie mam już przed tobą tajemnic, gadaj, grubasie, z jaką sprawą przychodzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych schodów.
Człowiek w opiętym garniturze rubasznie zarechotał. Kiwnął głową z uznaniem.
– Już lubię twój styl. Dam ci więc to zlecenie.
– Jakie zlecenie?
Zapaśnik przestał się śmiać.
– Amelia Stokrocka – oznajmił z lekkim patosem.
Bartek czym prędzej przeszukał zakamarki pamięci, ale nie znalazł w niej żadnego pliku o takiej nazwie.
– Kto to taki?
Wąskie, ale najwyraźniej bardzo ruchliwe brwi znów poszybowały na środek czoła.
– No co ty, chłopie? Telewizji nie oglądasz?
– Okazjonalnie. – Konecki rzucił okiem na zakurzone LCD stojące w przeciwległym rogu. Odbiornik nie był nawet włączony do kontaktu.
– Wschodząca gwiazdka ekranu. Na razie właściwie tylko pogodynka, ale już dostała rólkę w jakimś filmie, a poza tym przebąkuje się, że ma wejść do telewizji śniadaniowej. W branży wróży się jej karierę równie wielką jak jej cyce.
– Aha.
– Słabo znasz to środowisko, co? – Mężczyzna przyjrzał mu się badawczo.
– Przeszkadza ci to?
– Ani trochę. – Tym razem facet pokazał w uśmiechu nawet zęby. – Ważne tylko, żebyś jej nie spłoszył. Były glina chyba tyle potrafi?
Konecki nie odpowiedział. Patrzył na gościa i zastanawiał się, z kim ma do czynienia. Wbrew swojej powierzchowności facet był całkiem inteligentny. Umiał narzucić własne warunki w rozmowie, zręcznie manipulował. Wyglądał na bandytę, ale Bartek raczej obstawiałby, że to były gliniarz. Jak on sam. Pytanie tylko, komu teraz służy?
– Mam ją śledzić? Po co? Jeśli w celu dokonania jakiegoś przestępstwa, to ci powiem od razu, żebyś…
– Spokojnie, spokojnie! – Łysy nieświadomie użył dzisiejszej mantry Bartosza Koneckiego. – Masz ją śledzić, prawda, ale tylko po to, by sprawdzić, czy się laska nie puszcza na boku. Capisci?
Zamaszystym gestem sięgnął do bocznej kieszeni marynarki i wyjął złożone na cztery dwie kartki maszynopisu. Rzucił je na stolik, a Konecki zanotował, że na jego nadgarstku błyszczy zegarek wart co najmniej dwadzieścia tysięcy.
– Przeczytaj i wyryj to sobie na pamięć. – Gość znów odezwał się władczo. – Nie mogę ci tego zostawić.
Bartek oderwał się od biurka, uświadamiając sobie, że wszystkie mięśnie ma napięte. Podszedł sztywno, rozprostował kartki i rzucił okiem. Na pierwszej adres Amelii Stokrockiej i jej cechy fizyczne. Wzrost 175 centymetrów, oczy niebieskie, szczupła budowa ciała. Na drugiej zobaczył zdjęcie pięknej blondynki z włosami związanymi w kok. Patrzyła w obiektyw lekko skośnymi, może odrobinę zbyt blisko osadzonymi oczami z intensywnością, która wypalała dziury na jego siatkówce.
– Zazdrosny mąż? – zapytał.
– Nie jest mężatką.
– Narzeczony, który chce ją sprawdzić przed ślubem?
– O ile wiem, nie planuje w najbliższym czasie małżeństwa.
– To dla kogo mam ją śledzić?
– To show-business, kolego. Show-business! – Zapaśnik poklepał się po kieszeniach, wydobył paczkę cameli i zapalił, nie pytając o zgodę ani nie częstując. – W tym świecie ludzi łączą najróżniejsze powiązania. Nie nadążysz za tym. I nie próbuj. Masz tylko wynotować, z kim i kiedy ta księżniczka się spotyka. Zdjęcia, nazwiska, o czym rozmawiali. No i oczywiście, czy daje komuś dupy.
Dym tytoniowy uderzył Bartka w nozdrza, budząc natychmiast rozpaczliwą tęsknotę za paleniem. Rzucił papierosy pół roku temu, kiedy wprowadził się do Jolki. Trzymał się tamtego postanowienia. Wystarczy, że wrócił do zażywania psychotropów… Żeby zająć czymś ręce, poszedł więc do kuchni po spodeczek (popielniczki nie miał) i podstawił gościowi. Nie chciał, żeby grubas wypalił mu dziurę w niespłaconych jeszcze meblach.
– Skoro to taka gwiazda, czemu nie wybraliście jakiejś sprawdzonej sieciówki detektywistycznej? – spytał. – Aha, i wciąż jeszcze nie wiem, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik zaciągnął się jak lokomotywa, wstał i zhartował ledwo nadpalonego papierosa na talerzyku. Wyraźnie zbierał się do wyjścia.
– Wybraliśmy ciebie właśnie dlatego, żebyś nie zadawał takich pytań. Chyba nie narzekasz na nadmiar roboty, co? – Puścił oko. – Chcemy być pewni, że nie schrzanisz zlecenia. Byłeś niezłym gliną. Pasujesz nam. I wszystko w temacie.
Konecki dobrze wiedział, że powinien odmówić i że zgodnie z prawem nie wolno mu przyjąć zlecenia bez podpisania umowy. Ta sprawa cuchnęła na kilometr. Jednak z drugiej strony faktycznie musiał ostatnio pozwolić, by to Jolka go utrzymywała. Nie miał pieniędzy. Miał długi. A do tego codziennie śniło mu się, że jest gliniarzem. Kiedy budził się rano i dopadała go świadomość, że zamiast do pałacu Mostowskich musi jechać do jakiejś kanciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Jeśli będzie odrzucał oferty z powodu etycznych czy proceduralnych rozterek, zamknie ten biznes jeszcze przed końcem roku. Kim się wtedy stanie? Utrzymankiem? Cieciem w supermarkecie? Menelem?
– Wiem, że zastanawiasz się, w co cię wrabiam. – Zapaśnik przerwał mu te rozmyślania. – Otóż bądź spokojny. Ta sprawa nie ma drugiego dna. Po prostu chodzi o laskę, której być może trochę zbyt łatwo rozjeżdżają się nogi. To twoja zaliczka.
Jeszcze nie przebrzmiały jego słowa, a na stoliku już lądował cały rulon banknotów. Bartek energicznie przełknął ślinę.
– Pięć tysięcy. Zadanie jest proste, więc spraw się szybko. A jak skończysz, zadzwoń pod ten telefon. – Mężczyzna pstryknął w jego kierunku wizytówką z samym tylko numerem. Wtedy dorzucę jeszcze dwa razy tyle.
Powiedziawszy to, od razu odwrócił się do drzwi. Nie czekał nawet na odpowiedź.
– Od jak dawna nie pracujesz w policji? – zawołał za nim Bartek.
Szerokie jak kredens z czasów sanacji plecy zesztywniały. Masywny korpus zamarł w pół kroku. Kiedy jednak łysy się odwrócił, na jego ustach znów igrał asymetryczny uśmiech.
– Od początku powtarzałem mojemu wspólnikowi, że komisarz Konecki to bystrzak – zarechotał. – I że najlepiej nadaje się do delikatnej roboty. Tylko proszę… – Znów puścił oko. – Tym razem nikogo nie zabijaj.
Wyszedł, a po chwili z dołu dobiegło jego tubalne: „Cześć, Piggy!” i urażone protesty ochroniarza. Bartek pozostał w swoim biurze z nieprzyjemną świadomością, że naprawdę został dokładnie prześwietlony. Czy tak postępuje ktoś, kto chce złożyć detektywowi banalne zlecenie? Doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Pakował się w kłopoty. Ale jaki miał wybór?
Jednym ruchem zgarnął pieniądze ze stołu i schował je do kieszeni marynarki. Czuł, że przepalają mu kieszeń.
Dwa, trzy dni pracy, a potem zgarniam forsę i o wszystkim zapominam – solennie obiecał sobie w myśli, kierując się ku szufladzie biurka.
I wtedy zdał sobie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na tabletkę prasującą zwoje mózgowe. Może i właśnie popełnił błąd, a nawet złamał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim żywiole. Jak dawniej.WCZEŚNIEJ
Warszawa. Lipiec 1992
„Sprawa wykryta, sprawa opita” – tej maksymie hołdowano w jego sekcji z pełnym oddaniem. Dlatego naczelnik Chałka kiwał się teraz sennie w swoim gabinecie nad aktami, rozłożonymi na biurku dla niepoznaki, brodaty komisarz Wilczyński z impetem przeszukiwał całe piętro w nadziei ustalenia miejsca pobytu ostatniej flaszki, a starszy sierżant Ława walczył ze snem w pokoju obok, udając, że przesłuchuje głównego podejrzanego, który zamiast odpowiadać na z trudem formułowane pytania, wolał gapić się na rybki w akwarium. Żenada.
Aspirant Norbert Pałucha z najwyższym trudem skrywał złość i pogardę. Siedząc bezczynnie za swoim biurkiem, na wprost maszyny do pisania, w której część zużytych przycisków zastąpiono przyciętymi pod wymiar kawałkami drewna, ćmił papierosa, żuł fusy z wystygłej, przesłodzonej kawy i wodził oczami po tym bajzlu, zwanym sekcją do spraw zabójstw Wydziału Kryminalnego Komendy Dzielnicowej Warszawa Śródmieście.
– Banda pijaków i nieudaczników – wyszeptał bezgłośnie. – Jak się stąd nie wyrwę, utknę w tym bagnie na zawsze. Jutro napiszę na nich notatkę służbową.
Dobrze wiedział, że tamci go nie lubią. Nie ufali mu, nie uznawali za „swojaka”. I pewnie podejrzewali – nie bez racji zresztą – że na nich kabluje. Starzy gliniarze, do niedawna jeszcze milicjanci, nie tolerowali młodzika, który do resortu wstąpił po sierpniowych wyborach 1989 roku, a stopień aspiranta dostał już po niespełna dwóch latach służby.
To dlatego teraz musiał siedzieć bezczynnie, kiedy cała sekcja celebrowała swój triumf.
– Triumf – prychnął w głąb siebie Pałucha. – Też mi triumf…
Tego dnia do spółki z burakami z komendy powiatowej w Wyszkowie zgarnęli cały tamtejszy gang Oriona.
– Chyba raczej gang Olsena – kontynuował swój szyderczy monolog.
Banda trudniła się drobnymi wymuszeniami, pokątnym handlem marihuaną oraz kradzieżą samochodów. I gdyby jeden z nich, niejaki Orion vel Stanisław Orecki, nie wdał się parę tygodni temu w strzelaninę pod warszawską dyskoteką Hybrydy, chłopcy bezkarnie działaliby dalej. Nikt z tych wieśniaków z Wyszkowa w życiu nie odważyłby się dobrać im do tyłków. Ale że postrzelony przez Oriona koleś wykrwawił się na śmierć, w sprawę włączyli się policjanci z ulicy Wilczej.
Przecież to ja wpadłem na to, kto strzelał! – krzyczał w myślach Pałucha, zerkając równocześnie, jak Wilczyński, w ostatniej nadziei znalezienia wódki, przetrząsa jego własną szafę pancerną, bez mrugnięcia okiem zrywając odciśnięte w plastelinie plomby. – A teraz, mimo że jestem jedynym trzeźwym w tym towarzystwie, nie pozwalają mi nawet przesłuchać tamtego nygusa.
– Te, Nowy, jest sprawa – zagaił komisarz Wilczyński. – Trzeba iść do nocnego na Marszałkowską.
Jeszcze czego! Był z nich najlepszy, ale zamiast go szanować, jedynie się nim wysługiwali. Dość tego.
– Nowy, głuchy jesteś czy niegramotny?
– Nie mogę iść – odparł hardo Pałucha. – Jestem na służbie.
Znad sąsiednich biurek, w niemym rozbawieniu, uniosły się głowy pozostałych członków sekcji – chudego jak tyczka podkomisarza Łukasza Góreckiego, krępego i obdarzonego wąsem gęstym jak lina cumownicza sierżanta Wiesiołka i kaszlącego astmatycznie posiadacza żółtej cery gruźlika komisarza Żelazko.
– Weź dwie! – Wilczyński nie zwrócił nawet uwagi na jego odmowę. – I pół sztancy papierosów. Też się zaraz skończą.
Zły jak osa Pałucha wyszedł na miasto. Ciepła noc, a właściwie już niemal brzask, była ostoją różnej maści pijaczków, a niski wzrost i ostentacyjnie elegancki wygląd Norberta Pałuchy prowokowały ich do zaczepek.
– E, koleś, wyskocz ze szluga!
– Uważaj, olbrzymie! Żebyś nie potknął się o swój krawat!
Normalnie w takiej sytuacji wyciągnąłby policyjną blachę oraz kajdanki i zgarnął jednego z drugim na dołek. Był legalistą. Nie tolerował żadnych przejawów łamania prawa, zwłaszcza gdy wykroczenie uderzało w jego kompleksy. A natarczywe domaganie się papierosa podpadało przecież pod agresywne żebractwo. Tej nocy nie chciało mu się jednak walczyć z wiatrakami. Oficer dyżurny i tak wypuściłby meneli zaraz z rana, a przełożony, znaczy się Chałka, nie przyjąłby od niego raportu w tak błahej kwestii. Lepiej zachować rozsypującą się ze starości maszynę do pisania na poważniejsze sprawy.
Z Wilczej skręcił w prawo i przeszedł przez opustoszałą o tej porze Marszałkowską. Pod sklepem nocnym jak zwykle kwitło ożywione życie towarzyskie. Podstarzałe prostytutki z pobliskiego pigalaka u zbiegu Wspólnej i Poznańskiej rozpijały alpagę „Kwiat jabłoni” z chwiejącymi się facetami, sprawiającymi wrażenie gości z prowincji w podróży służbowej. Dwóch doliniarzy, dobrze znanych organom ścigania, zaciągało się papierosami, żarłocznie zerkając na opuszczających sklep klientów. Jakiś wytatuowany zakapior bez koszulki prężył mięśnie w ten sposób, że wzorek skorpiona na klacie zdawał się to unosić, to opuszczać ogon.
– Dobry wieczór, panie komisarzu! – Sprzedawczyni o zmęczonej życiem twarzy rozpromieniła się na jego widok. I dodała, kompletnie ignorując długą kolejkę spragnionych klientów: – Co podać?
– Dwa razy pół bochenka chleba i pół sztancy schabowego z kością.
Wziął dwie flaszki, wypchał wszystkie kieszenie marynarki paczkami Ekstra Mocnych z filtrem, zapłacił 322 tysiące złotych z własnej kieszeni (trzeba pamiętać, żeby oddali mu po wypłacie), wyszedł. Doliniarze spod sklepu obrzucili jego siatkę pożądliwym spojrzeniem, ale zaraz rozpoznali glinę i ostentacyjnie odwrócili głowy. Koleś bez koszulki, niezrażony obojętnością publiczności, wciąż poruszał skorpionem. Dziwki chichotały.
Idąc do komendy, Pałucha rozpamiętywał szczegóły z dzisiejszego zatrzymania gangu Oriona. Do Wyszkowa pojechali całą sekcją – w dwa nieoznakowane polonezy. Na miejscu Łukasz Górecki trochę spanikował, kiedy koledzy z Wyszkowa spytali, gdzie jest ich broń długa i kamizelki.
– To oni mogą do nas strzelać? Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział?! Pierdolę, nie idę! Ja mam żonę i dziecko! – darł się pod tamtejszą komendą piskliwym głosem.
Reszta popatrzyła po sobie niepewnie. O cholera, faktycznie o tym nie pomyśleli. A przecież wystarczyło tylko wypisać kwit do zbrojowni…
Na szczęście zatrzymanie poszło jak po maśle. Wyszkowska gangsterka okazała się tylko grupą spasionych sterydami ćwoków, którzy na widok policji od razu robili w gacie. Jedynym problemem okazał się Orion, który był uzbrojony, mieszkał na parterze i próbował uciec. Chałka podszedł do jego drzwi ze wsparciem dwóch miejscowych, a Norbertowi kazał czaić się pod oknami. W pojedynkę! Kiedy trójca szeryfów załomotała w drzwi, herszt gangu w samych slipach hycnął przez okno… dokładnie w ramiona Pałuchy, który od razu przystawił mu do czoła swoje służbowe p-64. Na szczęście to wystarczyło, by wyższy od niego o dwie głowy cielak od razu spokorniał i dał się skuć. Strach pomyśleć, co by było, gdyby zaczął się stawiać.
– Cwaniaki, zawsze dają mi najgorsze zadanie – podjął swoją litanię Pałucha, wracając do komendy.
Sierżant Ława już spał z policzkiem wtulonym w biurko, a podejrzany patrzył na niego zdegustowany. Rybki z akwarium puszczały bąbelki. Chałka, apatycznie i bez wiary w sukces, usiłował przekonać Wilczyńskiego, żeby przejął zatrzymanego, ale brodacz był niedopity, zły i ogólnie niechętny do współpracy. Górecki dopieszczał raport, Wiesiołek palił, Żelazko zanosił się kaszlem. Nic nowego.
Telefon. Nikt nawet nie spojrzał na aparat. Drugi sygnał, trzeci. Aspirant Norbert Pałucha niechętnie sięgnął po szarą, ebonitową słuchawkę.
– Sekcja zabójstw, Pałucha.
– Dyżurny z tej strony. Sierżant sztabowy Borowy Maciej, znaczy się.
– Dawaj.
– Jest sztywniak na Polach Mokotowskich, przy Niepodległości.
Norbert tylko przewrócił oczami. Pewnie znów jakiś bezdomny „Aborygen” dał w piórnik po przedawkowaniu wody brzozowej.
– To granica naszego rewiru. Zwal to na chłopaków z Mokotowa.
– Próbowałem, ale mówią, że w zeszłym tygodniu robili za nas tego dziadka, który wykitował w Łazienkach, i teraz nasza kolej.
Przez długie pół sekundy Pałucha chciał bez słowa odłożyć słuchawkę. Niech się dyżurny martwi, skoro zabrakło mu jaj, żeby od razu odmówić. Coś jednak go powstrzymało. Intuicja? Nos detektywa? A może po prostu nie chciało mu się więcej latać po wódkę.
– Znasz już jakieś szczegóły?
– Na dziewczynę natrafił patrol ciemniaków z Batalionu Patrolowo-Interwencyjnego podczas rutynowego…
Dzwonek alarmowy. Adrenalina. Powiedział „dziewczyna”. To wszystko zmieniało.
– W jakim stanie są zwłoki? – przerwał.
– Dość fatalnym, że tak powiem.
– Do rzeczy, człowieku!
– Ktoś jej… chyba że źle zrozumiałem… No, w każdym razie ktoś podobno obciął jej dłonie. No i jest naga. Zgwałcona, zdaje się…
Aspirant Norbert Pałucha wciągnął głęboko powietrze, przytrzymał, a potem powoli wypuścił z płuc. Sprawa przez duże S. Coś, co podchwycą media, na co będą patrzeć przełożeni. Na czymś takim można wreszcie wypłynąć. Wydostać się z tego bajzlu.
Szybko rzucił spojrzeniem na lewo i prawo. Nikt się nim nie interesował. Wilczyńskiego kompletnie wcięło, Chałka kiwał się nad swoim biurkiem. A więc już nikt mu tego nie zabierze. Poprowadzi to.
– Przygotuj mi kluczyki od poloneza, zaraz zejdę. Bierzemy tę sprawę.
***
Przez dwa lata w policji i ponad pół roku w sekcji zabójstw Norbert widywał już różne rzeczy. Samobójcę, którego rozczłonkował pociąg, zawałowca, który wykorkował w wannie, a gorąca woda w połowie go ugotowała, trupa, który miesiąc przeleżał w wersalce… ale dopiero ta martwa dziewczyna nim wstrząsnęła. Dziewczyna? Raczej dziewczynka. Dziecko właściwie.
Leżała na plecach w krzakach, zaledwie parę metrów od chodnika, na którym czerniły się ślady opon. Siniaki i zadrapania na jej skórze kontrastowały z opalenizną widoczną wciąż na ramionach, nogach i twarzy. Sine i nabrzmiałe ślady na szyi. Jasne włosy rozsypane wśród źdźbeł trawy. Białe, równe ząbki odsłonięte przez wargi wykrzywione w agonii. No i te kikuty zamiast dłoni…
– Nie zginęła w tym miejscu. Morderca przywiózł ją samochodem i wyrzucił w krzakach – usłyszał Pałucha.
Aspirant drgnął i obrócił się gwałtownie, uświadamiając sobie, że od dłuższej chwili stoi nad zwłokami jak wryty. Obok siebie zobaczył doktora Kalinę, anatomopatologa z Instytutu Medycyny Sądowej przy Oczki.
– Dziękuję, że pan przyjechał, doktorze – szepnął, przypominając sobie, że prokurator, którego obudził zaraz po telefonie od oficera dyżurnego, zrugał go w niewybrednych słowach i powiedział, że pojawi się dopiero na sekcji.
– Ściągnął pan tutaj techników, aspirancie?
– Mają zaraz dojechać, boję się jednak, że oni – zerknął na dwóch ubranych w czarne mundury osiłków z BPI, przestępujących nad ciałem z nogi na nogę – już zadeptali ślady.
– Grunt, żeby technicy zrobili odcisk gipsowy tych opon – rzeczowo zauważył lekarz. – Ja zajmę się zwłokami.
Stary doktor przerwał na moment i spojrzał na Pałuchę.
– Mam wnuczkę mniej więcej w jej wieku. Zrobię wszystko, żeby mógł pan dorwać tego sukinsyna.
Norbert nie odpowiedział. Doktor podszedł do zwłok. Mundurowi nerwowo ćmili papierosy. Od strony Wisły niebo zapłonęło czerwienią, w koronach drzew zaczęły wrzaskliwie nawoływać się ptaki. Na miejsce przestępstwa podjechali technicy, a zaraz po nich kilku posterunkowych, których Pałucha rozstawił tak, by piesi i spacerowicze nie pchali im się pod nogi. Patrol drogówki w volkswagenie passacie zablokował jeden pas ruchu w Alejach Niepodległości.
– Od razu, na gorąco, mogę powiedzieć tyle, że dziewczynka zginęła tej nocy. – Doktor Kalina zakończył oględziny i dał znać technikom, że mogą zaczynać pracę. – Tak jak myślałem, zmarła w innym miejscu. Plamy opadowe i otarcia naskórka, które pojawiły się post mortem, wskazują, że ciało było przenoszone. Zgon nastąpił przez zadzierzgnięcie. Udusił ją, mówiąc po ludzku. Najprawdopodobniej skórzanym paskiem.
Pałucha oderwał spojrzenie od dziewczyny i uniósł je ku koronom parkowych drzew.
Czy dam radę? Czy mnie to nie przerośnie?
Zaraz się jednak zreflektował i opuścił wzrok na ziemię. Oczywiście, że da radę. Był dobry, najlepszy. A to jest sprawa, która wyniesie go do Komendy Stołecznej lub jeszcze wyżej. Takie nygusy jak Chałka będą się przed nim płaszczyć.
– Panie doktorze… – zająknął się.
Kalina spojrzał na niego spod siwych, krzaczastych brwi, opadających mu na półprzymknięte powieki.
– Chce pan spytać o ręce? – domyślił się.
Norbert skinął głową.
– Prawie na pewno zostały odjęte już po śmierci. Równo, gładko, jednym cięciem. Obstawiałbym jakiś diaks czy inną piłę tarczową. Lub lekarską piłkę używaną do amputacji kończyn. Tyle że nie zrobił tego lekarz. Jedna dłoń została amputowana powyżej nadgarstka, a druga niżej, na wysokości obu kości czworobocznych, główkowatej i haczykowatej. Krótko mówiąc – partacka robota.
– Ale dlaczego?
Doktor nie odpowiedział od razu. Powoli obszukał kieszenie swojego bezrękawnika w kolorze khaki, opatrzonego wieloma zakamarkami. Znalazł wymiętoloną paczkę i pytająco skierował ją w stronę Pałuchy, a gdy ten odmówił, sięgając po własną, wyłuskał pokrzywionego papierosa.
– Nie jestem psychologiem – odezwał się, kiedy otoczył go sinawy obłoczek dymu. – Powiedziałbym jednak, że sprawca zrobił to, by utrudnić panu robotę.
– Chodzi o linie papilarne?
– To też. Ale poza tym przypuszczam, że dziewczyna walczyła. Pewnie głęboko zadrapała napastnika. Sprawca zdawał sobie sprawę, że pod jej paznokciami jest jego grupa krwi.
Aspirant podziękował i zrobił krok ku technikom, którzy już ustawiali wokół ciała numerki oznaczające ślady, sporządzali szkic sytuacyjny i szykowali się do zdjęć. Obok zwłok stała walizka z proszkiem daktyloskopijnym i zestawem pędzelków do jego nanoszenia.
– Aspirancie?
Odwrócił się do doktora.
– Niech się pan spieszy. Wydaje mi się, że to jest robota seryjnego. Może to jego pierwsze zabójstwo. Może wcześniej tylko gwałcił. Ale teraz, gdy już zasmakował we krwi, będzie mordował, póki go nie powstrzymacie.
– Dopadnę go – obiecał Pałucha.
więcej..