Kremlowska Kurtyzana - ebook
„Kremlowska Kurtyzana” to historia o matce, która dla dziecka gotowa jest wejść do piekła i negocjować z diabłem. Nie po to, by coś zyskać ponad życie, ale po to, by ocalić coś ważniejszego niż własny spokój, godność, a może nawet własną duszę. Ewa Lorenz jest nie tylko ofiarą, ale i uwodzicielką. Jest kobietą boleśnie prawdziwą — inteligentną, złamaną, zdeterminowaną, czasem odpychającą w swoich wyborach, a jednak głęboko przejmującą. Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-020-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. Są też takie, które przychodzą do czytelnika jak nagłe uderzenie zimnego powietrza po wejściu z dusznego pokoju — brutalnie, bez zapowiedzi, z siłą, która nie pozwala udawać obojętności. „KREMLOWSKA KURTYZANA” należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To powieść, która nie zadowala się rolą sprawnie napisanej sensacji. Ona chce więcej. Chce wejść czytelnikowi pod skórę, zmusić go do niepokoju, a potem zostawić z pytaniami, na które nie da się odpowiedzieć jednym westchnieniem ani jednym moralnym odruchem.
Na pierwszy rzut oka mamy tu wszystko, czego oczekuje się od współczesnego thrillera politycznego: tajne służby, podwójne gry, kompromitujące nagrania, wielką geopolitykę, zdradę i pościg przez granice, gdzie człowiek jest mniej wart niż dokument, którym się legitymuje. Jest też erotyzm — ale nie jako ozdoba, nie jako tani wabik dla czytelnika, lecz jako istotne narzędzie władzy, nacisku, uwodzenia i samooszustwa. W tej książce ciało nie jest dodatkiem do intrygi. Ciało jest polem bitwy. To na nim rozgrywa się najboleśniejsza część wojny: wojny między pożądaniem a lojalnością, między pragnieniem bliskości a koniecznością zdrady, między miłością a polityką.
Największa siła tej opowieści tkwi jednak gdzie indziej. Tkwi w tym, że pod warstwą szpiegowskiej sensacji pulsuje dramat bardzo ludzki, wręcz pierwotny. To historia o matce, która dla dziecka gotowa jest wejść do piekła i negocjować z diabłem. Nie po to, by coś zyskać ponad życie, ale po to, by ocalić coś ważniejszego niż własny spokój, godność, a może nawet własną duszę. Ewa Lorenz jest bohaterką, która nie daje się zamknąć w prostych kategoriach. Nie jest tylko ofiarą. Nie jest tylko sprawczynią. Nie jest wyłącznie uwodzicielką, wyłącznie narzędziem, wyłącznie pionkiem. Jest kobietą boleśnie prawdziwą — inteligentną, złamaną, zdeterminowaną, czasem odpychającą w swoich wyborach, a jednak głęboko przejmującą. Właśnie dlatego zostaje w pamięci.
Obok niej pojawia się Tomasz Gasiński, postać napisana z rzadko spotykaną w literaturze sensacyjnej czułością i psychologiczną uważnością. To nie jest papierowy minister, zbudowany z jednej cechy i kilku politycznych sloganów. To człowiek samotny, zmęczony, ideowy do granic naiwności, a przez to śmiertelnie narażony na manipulację. W jego relacji z Ewą jest napięcie erotyczne, owszem, ale jeszcze ważniejsze są cisze, niedopowiedzenia i momenty rozpoznania. Ich więź nie opiera się wyłącznie na pożądaniu. Opiera się na czymś o wiele bardziej niebezpiecznym: na wzajemnym zobaczeniu swojej rany. A człowiek, którego ktoś zobaczył naprawdę, staje się bezbronny.
Warto od razu powiedzieć jasno: to nie jest książka, która schlebia czytelnikowi. Nie prowadzi go bezpieczną ścieżką od zagadki do rozwiązania. Przeciwnie — co chwila podcina nogi, zmusza do rewizji ocen, zrywa z łatwymi podziałami na dobrych i złych. Świat tej powieści jest moralnie nieczysty, bo taki właśnie bywa świat polityki, wielkich pieniędzy i instytucji, które publicznie mówią o zbawieniu, a prywatnie negocjują z grzechem. Kościół, państwo, wywiad, media, prywatne namiętności — wszystko to splata się tutaj w gęstą sieć zależności, z której nikt nie wychodzi bez blizn.
Osobnego uznania wymaga religijny i teologiczny wymiar tej książki. Nie dlatego, że jest dekoracją. Nie dlatego, że ktoś wrzucił sutannę, katedrę i cytaty z Pisma Świętego dla klimatu. Tutaj religia jest realną siłą, ale nie w naiwnym sensie. To religia ludzi poranionych, uwikłanych, grzesznych, szukających sensu nie na kazalnicy, lecz w ciemnym korytarzu własnego sumienia. Postacie duchownych nie są tu figurami z kościelnej pocztówki. Są niejednoznaczne, pęknięte, cielesne, obciążone tajemnicą. Właśnie dzięki temu ich obecność nie razi sztucznością. Wręcz przeciwnie — wprowadza do powieści wymiar tragiczny. Bo kiedy sutanna spotyka pistolet, a modlitwa splata się z przemocą, czytelnik zostaje zmuszony do zadania pytania, którego literatura bardzo często unika: gdzie kończy się świętość, a zaczyna rozpaczliwa obrona dobra za pomocą złych środków?
Nie mniejszą wartością tej książki jest jej polityczna inteligencja. Autor tej historii dobrze rozumie, że prawdziwa władza nie zawsze objawia się w przemówieniach, ustawach i konferencjach prasowych. Czasem objawia się w teczce, której nie powinno być. W jednym kompromitującym nagraniu. W telefonie wykonanym o złej porze. W tym, kto wie o kim za dużo. W tym, kto śpi z kim i kto później udaje, że nic się nie wydarzyło. Władza w tej opowieści jest intymna, brudna, cicha i bardzo ludzka. I może właśnie dlatego tak przerażająca.
Jest w tej powieści także znakomite wyczucie psychologii. Każda ważniejsza postać niesie własny ciężar: samotność, ambicję, winę, głód miłości, potrzebę dominacji, strach przed kompromitacją, głęboko schowaną tęsknotę za odkupieniem. Dzięki temu nawet ci, którzy na pierwszy rzut oka wydają się cynicznymi graczami, nie są jedynie maszynami do knucia. Wszyscy mają jakąś ranę. A rana jest tym miejscem, przez które można wejść do człowieka. Najlepiej napisane powieści sensacyjne to nie te, w których liczy się tylko pytanie „kto zabił?”, ale te, w których równie ważne jest pytanie „dlaczego dał się uwieść?”, „czego bał się bardziej niż śmierci?” i „jaką cenę zapłacił za swoje milczenie?”. „Kremlowska Kurtyzana” te pytania stawia i nie ucieka od odpowiedzi.
Wielką zaletą tej książki jest również tempo. Narracja nie grzęźnie. Nie celebruje pustych ozdobników. Prowadzi czytelnika pewną ręką przez kolejne odsłony intrygi, a jednocześnie nie rezygnuje z emocjonalnej głębi. To sztuka trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Łatwo napisać książkę szybką. Łatwo napisać książkę „mądrą”. Trudniej napisać książkę, która jest i szybka, i mądra, i drapieżna, i zmysłowa, i ponura, i wzruszająca. Tutaj ten rzadki balans został osiągnięty.
Nie sposób też nie docenić odwagi wyobraźni. Ta powieść nie boi się przekroczyć granic prawdopodobieństwa, ale robi to świadomie i z literacką bezczelnością, która staje się jej atutem. W świecie, gdzie rzeczywistość polityczna coraz częściej przypomina źle napisaną farsę, literatura musi czasem pójść o krok dalej, żeby w ogóle zostać zauważona. „Kremlowska Kurtyzana” ten krok wykonuje bez lęku. I właśnie dlatego działa. Bo pod całym rozbuchaniem fabularnym kryje się intuicja bardzo trafna: że władza i pożądanie od dawna tańczą razem, że tajemnica jest walutą cenniejszą niż złoto, a dziecko bywa dla cynicznych systemów nie człowiekiem, lecz aktywem.
To książka dla czytelników, którzy lubią, gdy fabuła ich porywa, ale nie ogłupia. Dla tych, którzy cenią napięcie, lecz nie uciekają od trudnych pytań. Dla tych, którzy rozumieją, że najlepszy kryminał to nie tylko zbrodnia, lecz także anatomia sumienia. Dla tych, którzy wiedzą, że polityka nie dzieje się wyłącznie w gmachach parlamentów, lecz także w sypialniach, konfesjonałach, samochodach z przyciemnianymi szybami i przy kuchennych stołach, przy których ludzie podejmują decyzje większe niż oni sami.
Oddając tę książkę w ręce czytelnika, warto uprzedzić tylko o jednym: po jej lekturze trudno wrócić do prostych sądów o świecie. Trudno wierzyć, że miłość jest czysta, polityka racjonalna, religia niewinna, a prawda jedna i łatwo dostępna. Ale może właśnie po to czytamy takie powieści — żeby choć na chwilę zobaczyć, jak cienka bywa granica między ocaleniem a zdradą, między świętością a przemocą, między matczyną miłością a państwową machiną.
To odważna, bezkompromisowa i bardzo udana książka. Taka, po której zostaje nie tylko pamięć o intrydze, lecz także niepokój. A niepokój jest jednym z najuczciwszych dowodów, że literatura trafiła tam, gdzie miała trafić.
Proszę wejść w tę opowieść ostrożnie.
I proszę nie ufać nikomu zbyt szybko.Rozdział 1: Brukselska pułapka
Deszcz w Brukseli nie pada — on osacza. Wkrada się pod parasole, wślizguje za kołnierze płaszczy, osiada na rzęsach jak niechciany kochanek, którego nie sposób odepchnąć. Tego wieczoru, dwudziestego trzeciego listopada, deszcz był szczególnie natarczywy. Jakby samo niebo wiedziało, że za kilka godzin moje życie pęknie na pół niczym sucha gałąź pod butem żołnierza.
Nazywam się Ewa Lorenz, z domu Wityńska. To nazwisko — Wityńska — brzmi jak nazwa wsi, w której nic się nie dzieje, i dokładnie tak wyglądało moje dzieciństwo w Witowie Dolnym, zanim odkryłam, że mam dar do języków. Siedem języków biegle, trzy komunikatywnie, w tym mandaryński, który opanowałam podczas trzyletniego stypendium w Pekinie. To właśnie tam, na jednym z tych absurdalnych przyjęć dyplomatycznych, gdzie szampan leje się strumieniami, a wszyscy udają, że nie szpiegują wszystkich, poznałam Grigorija Lorenza. Ale o nim za chwilę. Najpierw muszę opowiedzieć o tym wieczorze w Brukseli, bo to wtedy zaczęła się historia, która zniszczyła mi życie, a potem — w pewien pokrętny, rosyjski sposób — dała mi nowe.
Siedziałam w kawiarni Le Falstaff na Rue Henri Maus, tuż przy Grand Place. To jedno z tych miejsc, które turystyczni przewodnicy opisują jako „perłę secesji”, a które w rzeczywistości jest po prostu starą knajpą z zadartymi cenami i kelnerami, którzy traktują klientów jak intruzów zakłócających ich prywatne życie towarzyskie. Zamawiałam tu zawsze to samo — podwójne espresso i szarlotkę, którą piekli z gruszkami zamiast jabłek, bo szef kuchni, pewien ekscentryczny Walończyk imieniem Fernand, uważał, że jabłka to owoc plebejski i żaden szanujący się _pâtissier_ nie powinien ich dotykać.
Byłam zmęczona. Dzień w Komisji Europejskiej ciągnął się jak guma do żucia — osiem godzin tłumaczenia symultanicznego debaty o regulacjach dotyczących krzywizny bananów. Nie żartuję. Unia Europejska naprawdę debatuje o krzywiźnie bananów, a ja muszę przekładać te debaty na siedem języków, w tym bułgarski, w którym słowo „banan” brzmi dokładnie tak samo, co czyni całe ćwiczenie filozoficznie absurdalnym.
Popijałam espresso i myślałam o Nataszy.
O mojej córce myślę zawsze w momentach ciszy. Kiedy ustaje hałas tłumaczonych zdań, kiedy milkną polityczne tyrady eurodeputowanych, kiedy Bruksela na chwilę przestaje gadać — wtedy słyszę jej głos. Miała trzy lata, gdy widziałam ją ostatni raz. Teraz ma sześć. Trzy lata to przepaść, którą żadna matka nie powinna musieć przekraczać. Trzy lata nieusłyszanych słów „mamo”, trzy lata nieopowiedzianych bajek na dobranoc, trzy tysiące nieoddanych pocałunków. Liczyłam je. Każdej nocy, przed zaśnięciem, dodawałam kolejny do rachunku, który Grigorij kiedyś będzie musiał zapłacić.
Grigorij Lorenz — mój były mąż, ojciec mojego dziecka, człowiek, którego kochałam z desperacją graniczącą z obłędem. Oligarcha średniego szczebla, co w Rosji oznacza majątek wielkości budżetu niewielkiego europejskiego państwa. Jego pieniądze pochodziły z aluminium, gazu i — jak się później dowiedziałam — z rzeczy, o których lepiej nie mówić w towarzystwie. Poznaliśmy się w Pekinie, pobraliśmy w Moskwie, a rozstaliśmy w sądzie, który trudno było nazwać sądem, bo sędziego wyznaczył osobiście wujek Grigorija, generał FSB Arkadij Lorenz. Wyrok był prosty: dziecko zostaje z ojcem, matka-Polka wraca tam, skąd przyjechała. Bez prawa do odwiedzin. Bez prawa do kontaktu. Bez prawa do bycia matką.
Próbowałam wszystkiego. Polskie MSZ, ambasada, Interpol, Trybunał w Hadze, petycje do Parlamentu Europejskiego, listy do papieża. Każda instytucja odpowiadała tym samym urzędniczym językiem współczucia, który nie znaczy nic: „Rozumiemy pani sytuację, ale w obecnych ramach prawnych…” Ramy prawne. Jakby moje dziecko było obrazem, który ktoś włożył w złe ramy i teraz nie pasuje do żadnej ściany.
Dopijałam espresso, gdy przy moim stoliku usiadł mężczyzna.
Nie zapytał o pozwolenie. W Brukseli ludzie pytają o pozwolenie na wszystko — czy mogą usiąść, czy mogą zapalić, czy mogą wyrazić opinię odmienną od opinii większości. Ten mężczyzna nie pytał. Usiadł jak ktoś, kto jest przyzwyczajony do tego, że krzesła same się pod niego podstawiają.
Był niski, może metr siedemdziesiąt, z twarzą tak przeciętną, że gdyby policja poprosiła mnie o sporządzenie jego portretu pamięciowego, narysowałabym pustą kartkę. Szare oczy, szare włosy, szary garnitur. Jedynym elementem, który wyróżniał go z tłumu, były buty — ręcznie szyte _oksfordy_ z bordowej skóry, takie, jakie noszą ludzie, którzy chcą wyglądać niepozornie, ale nie potrafią zrezygnować z jednego drobnego luksusu.
— Pani Lorenz, nie jest panią łatwo znaleźć — powiedział po rosyjsku. Akcent moskiewski, ale nie ten zamaszysty, kupiecko-nowobogacki, który miał Grigorij. Raczej cichy, urzędniczy, wygładzony jak kamień w rzece. Akcent człowieka, który spędził życie na mówieniu rzeczy, których nie powinien mówić.
— Nie szukam towarzystwa — odpowiedziałam po francusku, bo w Brukseli odpowiadanie w innym języku niż ten, w którym ktoś się do ciebie zwraca, jest najuprzejmiejszą formą agresji.
— Rozumiem. Ale myślę, że to pani szuka towarzystwa. Szuka pani kogoś, kto pomoże pani odzyskać Nataszę.
Zamrożenie. To jedyne słowo, które opisuje to, co poczułam. Nie strach, nie zaskoczenie — zamrożenie. Jakby ktoś nacisnął pauzę na pilocie mojego życia — teraz siedziałam nieruchomo, z filiżanką espresso w dłoni, patrząc na szarego człowieka, który właśnie wymówił imię mojej córki.
— Kim pan jest?
— Może pani mówić mnie Siergiej. To wystarczy na początek.
— To nie wystarczy nawet na przystawkę.
Uśmiechnął się. Nie ciepło, nie złośliwie — funkcjonalnie. Uśmiech jak narzędzie, które wyjmuje się z kieszeni, gdy jest potrzebne, i chowa z powrotem.
— Dobrze. Jestem kimś, kto wie, gdzie jest pani córka. Wiem, że przebywa w posiadłości Grigorija w Pieriedielkinie, trzydzieści kilometrów od centrum Moskwy. Wiem, że opiekuje się nią niania imieniem Ludmiła, sześćdziesięcioletnia kobieta z Woroneża, która karmi ją zbyt dużą ilością słodyczy. Wiem, że Natasza zaczęła chodzić do przedszkola przy cerkwi Przemienienia Pańskiego i że jej ulubioną zabawą jest rysowanie kotów. Rysuje je wszędzie — na papierze, na ścianach, na rękach Ludmiły. Czy to wystarczy na przystawkę?
Moje serce biło tak głośno, że byłam pewna, iż kelner zaraz podejdzie i poprosi mnie o ściszenie. Koty. Natasza rysowała koty, kiedy miała trzy lata. Pamiętam — siadała przy kuchennym stole w naszym moskiewskim apartamencie, brała kredki i rysowała stworzenia, które miały po sześć łap i trzy ogony, i mówiła: „Mamo, patrz, kotek!” A ja mówiłam: „Piękny kotek, skarbie” i całowałam ją w czubek głowy, który pachniał mlekiem i waniliowym szamponem.
— Mów dalej — powiedziałam, przechodząc na rosyjski. Mury obronne padły jak Mur Berliński w jedną noc.
Siergiej wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. Zwykłą, białą, bez oznaczeń. Położył ją na stole między nami, obok talerzyka z resztkami gruszkowo-fałszywej szarlotki.
— Proszę otworzyć.
Otworzyłam.
Zdjęcia. Cztery sztuki, wydrukowane na matowym papierze fotograficznym. Na pierwszym — Natasza na huśtawce w ogrodzie. Dłuższe włosy niż pamiętałam, ciemne jak u ojca, ale oczy — moje oczy, zielone, z tą samą złotą iskrą wokół źrenicy. Na drugim — Natasza z kredką w ręku, pochylona nad kartką. Rysowała kota. Na trzecim — Natasza śpiąca w łóżku z pluszowym misiem, którego nie rozpoznawałam. Nowy miś, kupiony bez mojej wiedzy i zgody. Na czwartym — Natasza patrząca prosto w obiektyw. Nie uśmiechała się. Miała ten sam wyraz twarzy, który ja mam, gdy tłumaczę szczególnie trudny dokument — skupiony, poważny, trochę nieobecny.
Płakałam. Nie będę udawać, że nie płakałam, bo byłoby to kłamstwo niegodne tej historii. Płakałam cicho, jak płaczą kobiety w miejscach publicznych — wciągając łzy z powrotem, mrugając zbyt szybko, wycierając oczy serwetką, jakby to był atak alergii, a nie rozpad matczynego serca.
— Skąd je masz? — zapytałam, gdy głos wrócił z tego ciemnego miejsca, do którego uciekł.
— To nieistotne. Istotne jest, że mogę je aktualizować. Co tydzień, jeśli pani zechce. Mogę też sprawić, żeby pani córka wróciła do pani. Żywa, zdrowa, z paszportem i dokumentami, które żaden sąd na świecie nie podważy. Mogę dać pani to, czego nie dał Interpol, Trybunał w Hadze ani papież.
— Nikt nie daje niczego za darmo. Zwłaszcza Rosjanie.
— Słuszna uwaga. Nie dajemy za darmo. Ale nasza cena jest rozsądna.
— Ile?
Siergiej pokręcił głową.
— Nie chcemy pieniędzy, pani Lorenz. Pani pieniądze nas nie interesują. Zarabia pani — tu spojrzał w sufit, jakby obliczał — siedem tysięcy czterysta euro miesięcznie netto, plus dodatek za znajomość języków rzadkich, plus premię świąteczną. To suma, za którą w Moskwie można kupić dobre miejsce parkingowe. Nie, my chcemy czegoś, co pani ma, a czego nie da się kupić za żadne pieniądze.
— Mianowicie?
— Pani talentów. Pani uroku. Pani zdolności do tego, żeby ludzie pani ufali.
Cisza między nami miała ciężar betonu. W tle Le Falstaff szumiało rozmowami, brzęczały filiżanki, kelner kłócił się z kucharzem o jakieś zamówienie. Normalny wieczór w normalnej knajpie, a ja siedziałam naprzeciwko człowieka, który właśnie zaproponował mi — czułam to w kościach, jeszcze zanim padły konkretne słowa — żebym została szpiegiem.
— Mówi pan o szpiegostwie — powiedziałam wprost, bo nie znoszę eufemizmów. Eufemizmy to narzędzia dyplomatów, a ja byłam tylko tłumaczką.
— Mówię o współpracy. Jednorazowej, ograniczonej, z jasno określonym celem i jasno określoną nagrodą.
— Jednorazowej — powtórzyłam z ironią tak gęstą, że można by nią smarować chleb. — Tak jak jednorazowe są papierosy po obiedzie, które kończą się rakiem płuc.
Siergiej nawet nie drgnął. Ten człowiek miał nerwy ze stali nierdzewnej.
— Rozumiem pani obawy. Pozwoli pani, że przedstawię szczegóły, a potem pani zdecyduje. Jeśli powie pani „nie”, wstanę, wyjdę i nigdy więcej mnie pani nie zobaczy. Zdjęcia może pani zatrzymać. To prezent, nie zobowiązanie.
— Mów.
Siergiej rozejrzał się po kawiarni. Nie nerwowo — raczej z nawyku, tak jak kierowca sprawdza lusterka, nawet gdy jedzie pustą drogą.
— Zna pani nazwisko Tomasz Gasiński?
Znałam. Każdy, kto śledził polską politykę — a ja śledziłam, bo mimo lat w Brukseli nigdy nie przestałam być Polką — znał Tomasza Gasińskiego. Minister rolnictwa w rządzie koalicji, człowiek, którego prasa nazywała „ostatnim ideowcem w polskiej polityce”. Czterdzieści cztery lata, rozwodnik, absolwent SGGW i Sorbony, znany z tego, że w Sejmie cytował Czesława Miłosza, a na posiedzeniach Rady UE potrafił wygłosić dwudziestominutowy monolog o bioróżnorodności łąk mazurskich, po którym nawet Finowie — naród genetycznie odporny na nudę — zaczynali się wiercić na krzesłach.
— Znam to nazwisko — powiedziałam ostrożnie.
— Minister Gasiński za trzy tygodnie przyjeżdża do Brukseli na negocjacje dotyczące reformy Wspólnej Polityki Rolnej. To kluczowe negocjacje. Polska walczy o utrzymanie dopłat bezpośrednich na obecnym poziomie. Jeśli przegra, straci siedem miliardów euro w perspektywie siedmioletniej. Jeśli wygra, będzie bohaterem narodowym.
— I co ja mam z tym wspólnego?
— Wszystko. Chcemy, żeby pani go poznała. Żeby pani zyskała jego zaufanie. Żeby pani… zbliżyła się do niego.
— Zbliżyła — powtórzyłam, smakując to słowo jak gorzką kawę. — To eufemizm na „przespała się z nim”.
Siergiej nawet nie zamrugał.
— To eufemizm na „nawiązała relację o charakterze intymnym, w trakcie której minister Gasiński podzieli się informacjami, które normalnie nie opuszczają murów ministerstwa”. Ale jeśli woli pani prostotę — tak, chodzi między innymi o seks.
Wstałam. Krzesło zaskrzypiało na mozaikowej podłodze Le Falstaff jak protest mojego sumienia.
— Jest pan skończonym draniem. Przyszedł pan do matki, która nie widziała dziecka trzy lata, i proponuje jej, żeby została kurwą na służbie Kremla. Idź pan do diabła. Po rosyjsku, po polsku, w każdym z moich dziesięciu języków — idź pan do diabła.
Siergiej nie wstał. Patrzył na mnie z dołu, ze swoich szarych oczu, i powiedział cicho:
— Ludmiła, niania, ma problemy z sercem. Jeśli coś jej się stanie, Grigorij zatrudni nową opiekunkę. Ostatnią kandydatkę, którą rozważał, Oksanę Tiekiesz, zwolniono z poprzedniej pracy za bicie dzieci. Doniesienia policyjne są dostępne, jeśli pani chce je zobaczyć.
Usiadłam.
To był cios poniżej pasa, ale w boksie wywiadowczym nie ma ciosów poniżej pasa. Są tylko ciosy skuteczne i nieskuteczne. Ten był skuteczny. Wizja mojej Nataszy w rękach kogoś, kto bije dzieci — ta wizja przeszła przez moje ciało jak prąd elektryczny i spaliła wszystkie bezpieczniki racjonalnego myślenia.
— Ile czasu mam na decyzję? — zapytałam głosem, który brzmiał jak cudzy.
— Kawy nie dopiła pani.
— To nie jest odpowiedź.
— To jest odpowiedź. Ma pani czas do końca kawy. Potem wychodzę.
Patrzyłam na filiżankę. Zostało może pięć łyków espresso, zimnego już, z brązowym pierścieniem na porcelanie. Pięć łyków na podjęcie decyzji, która zmieni wszystko. To mniej niż czas, w którym zmieniam bieg podczas tłumaczenia symultanicznego z węgierskiego na estoński, a jednocześnie więcej niż cała wieczność.
— Opowiedz mi o operacji — powiedziałam. — Całość. Bez eufemizmów.
Siergiej skinął głową. Przez ułamek sekundy — tak krótki, że mogłam go sobie wyobrazić — dostrzegłam w jego oczach coś na kształt szacunku.
— Operacja nosi kryptonim „Złote Ziarno”. Nazwa nie jest przypadkowa — dotyczy sektora rolnego, a konkretnie polskiej pozycji negocjacyjnej w sprawie reformy WPR. Minister Gasiński posiada informacje, które mogą być niezwykle wartościowe dla pewnych interesów handlowych, nazwijmy je — wschodnioeuropejskich.
— Rosyjskich.
— Wschodnioeuropejskich — powtórzył Siergiej z naciskiem. — Nie interesuje nas polityka, pani Lorenz. Interesują nas kontrakty zbożowe, kwoty eksportowe i lista krajów, które Polska zamierza wspierać w staraniach o nowe umowy handlowe. To informacja czysto ekonomiczna.
— I dlatego potrzebujecie szpiega, a nie analityka rynkowego.
— Potrzebujemy kogoś, kto potrafi rozmawiać z ministrem na poziomie, na którym mówi się prawdę. A ludzie mówią prawdę w dwóch sytuacjach: gdy są pijani i gdy leżą w łóżku z kimś, komu ufają. Pierwsza sytuacja jest nieprzewidywalna. Druga — kontrolowalna.
Kontrolowalna. To słowo uderzyło mnie jak policzek. Kontrolowalna oznaczało, że moje ciało miało być narzędziem — nie inaczej niż mikrofon kierunkowy czy kamera szpiegowska. Miałam być sprzętem operacyjnym z piersiami i umiejętnością prowadzenia inteligentnej konwersacji.
— A jeśli się nie uda? Jeśli minister mnie nie polubi? Jeśli okaże się gejem, osobą aseksualną albo po prostu wiernym mężem… byłym mężem i ma kogoś na boku?
— Gasiński jest samotny. Od rozwodu trzy lata temu nie był widziany z żadną kobietą. Nasz profil psychologiczny wskazuje na głęboki głód bliskości, maskowany pracowitością i cytatami z poetów. To idealny cel dla kogoś o pani atrybutach.
— Moich atrybutach — powtórzyłam z goryczą.
— Jest pani inteligentna, atrakcyjna, mówi pani po polsku jak rodowita Polka — bo nią pani jest — i ma pani naturalną zdolność do budowania zaufania. W branży tłumaczy symultanicznych te cechy są pożądane. W naszej branży są bezcenne.
Kolejna rzecz, która mną wstrząsnęła — on wiedział o mojej pracy więcej niż mój przełożony. Wiedział o dodatkach, o premiach, prawdopodobnie wiedział też, że co czwartek chodzę na jogę do studia na Rue de la Loi i że w soboty kupuję kwiaty na targu na Place du Jeu de Balle. Obserwowali mnie. Nie wiadomo jak długo, ale na pewno wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jestem samotna, zdesperowana i podatna na manipulację.
A ja, mimo tej świadomości, mimo lat doświadczenia w rozpoznawaniu kłamstw — bo tłumacz symultaniczny to w gruncie rzeczy żywy wykrywacz fałszu, człowiek, który słyszy nie tylko słowa, ale i to, co między nimi — mimo tego wszystkiego siedziałam i słuchałam. Bo Natasza rysowała koty.
— Co dokładnie miałabym zrobić? Krok po kroku.
Siergiej pochylił się do przodu. Zapachniał wodą kolońską — czymś dyskretnym, prawdopodobnie Acqua di Parma, tą wersją, którą noszą ludzie, którzy chcą pachnieć drogo, ale nie chcą, żeby ktokolwiek to zauważył.
— Krok pierwszy: wraca pani do Polski. Mamy dla pani stanowisko tłumacza przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych, dział współpracy europejskiej. Kontrakty już przygotowane, referencje nieskazitelne. Zamieszka pani w Warszawie, na Powiślu — mieszkanie jest gotowe.
— Już macie dla mnie mieszkanie?
— Mamy dla pani życie, pani Lorenz. Gotowe, odprasowane i powieszone w szafie. Wystarczy je włożyć.
Dreszcz przeszedł mi po plecach. To zdanie — „mamy dla pani życie” — było najbardziej przerażającą rzeczą, jaką usłyszałam od czasu, gdy rosyjski sędzia odczytał wyrok pozbawiający mnie Nataszy.
— Krok drugi — kontynuował Siergiej — zbliża się pani do ministra Gasińskiego. Naturalnie, bez pośpiechu. Będą okazje — konferencje, spotkania robocze, kolacje dyplomatyczne. Pani jest piękną, inteligentną Polką, która właśnie wróciła z Brukseli. To wystarczający pretekst do rozmowy.
— Krok trzeci?
— Krok trzeci jest pani prywatną sprawą. Nie będziemy pani instruować, jak uwodzić mężczyznę. Uznajemy, że pani kompetencje w tej dziedzinie nie wymagają szkolenia.
— Schlebiasz mi.
— Stwierdzam fakt. Grigorij Lorenz nie ożenił się z panią dla pieniędzy.
To była prawda, choć bolesna jak zastrzyk bez znieczulenia. Grigorij zakochał się we mnie w Pekinie — zakochał się gwałtownie, obsesyjnie, po rosyjsku. Przez pierwszy rok naszego małżeństwa byłam najszczęśliwszą kobietą w Moskwie. Przez drugi rok byłam najsamotniejszą. Przez trzeci — najsłabszą. Grigorij kochał tak, jak oddychał — intensywnie, ale nieświadomie. Kiedy przestał, nawet tego nie zauważył.
— Krok czwarty — powiedział Siergiej, a jego głos stwardniał jak cement, który zaczyna wiązać — to nagranie. Potrzebujemy materiału kompromitującego. Nie seksualnego — tego mamy w archiwach więcej, niż ktokolwiek mógłby obejrzeć w ciągu życia. Potrzebujemy nagrania, na którym minister Gasiński wypowiada się o strategii negocjacyjnej Polski. Konkretnie: o limitach cenowych, poniżej których Polska nie zejdzie w negocjacjach o dopłaty.
— Chcecie, żebym nagrała ministra podczas seksu, gdy mówi o cenach zboża?
— Przed seksem, po seksie albo zamiast seksu. Pora jest drugorzędna. Treść — pierwszorzędna.
Zaśmiałam się. Nie z wesołości — z absurdu. Cała ta sytuacja miała w sobie coś z czarnej komedii, z tych filmów, które ogląda się o trzeciej w nocy i o których rano nie pamięta się nic oprócz uczucia dziwności.
— A potem?
— Potem, w ciągu czterdziestu ośmiu godzin od dostarczenia nagrania, pani córka opuści Rosję. Trasa przerzutu jest zaplanowana — Moskwa, Mińsk, Wilno, Warszawa. Na granicy litewsko-polskiej będzie na panią czekać samochód z dzieckiem, dokumentami i nowym aktem urodzenia.
— Nowym aktem urodzenia?
— Natasza Lorenz stanie się Nataszą Wityńską. Oficjalnie — dziecko polskiej obywatelki, urodzone w Polsce, bez śladu rosyjskiego ojca w dokumentach. Grigorij nawet nie będzie wiedział, gdzie zniknęła, dopóki nie będzie za późno.
Piękne. Chirurgicznie piękne. Jak operacja na otwartym sercu wykonana przez chirurga, który jest jednocześnie rzeźbiarzem — precyzja, elegancja, całkowite lekceważenie faktu, że pacjent może umrzeć na stole.
— A jeśli Grigorij mnie znajdzie?
— Nie znajdzie. Gwarantujemy.
— Gwarancje rosyjskiego wywiadu — powiedziałam — są warte mniej więcej tyle, co rosyjskie obietnice o nienaruszalności granic Ukrainy.
Pierwszy raz zobaczyłam w oczach Siergieja coś, co mogło być emocją. Błysk irytacji, szybko stłumiony.
— Mamy interes, pani Lorenz. Oboje mamy interes. Pani chce dziecko, my chcemy nagranie. To prosta transakcja. Moralność niech pani zostawi filozofom — oni i tak nie mają dzieci w Pieriedielkinie.
Cios poniżej pasa numer dwa. Znowu celny. Ten człowiek wiedział, gdzie naciskać, jak masażysta, który znajduje bolesny punkt i nie odpuszcza, dopóki mięsień nie puści.
Patrzyłam na zdjęcia leżące na stole. Natasza na huśtawce. Natasza z kredką. Natasza śpiąca. Natasza patrząca w obiektyw, poważna jak mała dorosła kobieta w ciele sześciolatki.
Jest taka historia, którą opowiadał mi mój dziadek — ten sam, który nadał mi nazwisko Wityńska, bo nasza wieś leżała pod gardłem Tatr, jak mówił, tam, gdzie góry zaczynają ciężko oddychać. Dziadek opowiadał o wilczycy, która wpadła w sidła zastawione przez myśliwych. Wilczyca miała w norze młode, czekające na pokarm. Mogła zostać w sieciach i umrzeć — wtedy młode też by umarły. Albo mogła odgryźć sobie łapę i wrócić do nich kulawa, ale żywa. Wilczyca odgryzła sobie łapę. Dziadek kończył tę historię zdaniem, które pamiętam do dziś: „Matka zawsze znajdzie drogę do dziecka, nawet jeśli ta droga prowadzi przez własne ciało.”
Nie wiedziałam wtedy, jak prorocze będą te słowa.
— Mam warunki — powiedziałam.
Siergiej uniósł brwi. Najwyraźniej nie spodziewał się, że będę negocjować. Ludzie w desperacji rzadko negocjują — biorą, co dają, i są wdzięczni. Ale ja byłam tłumaczką. Cały mój zawód polegał na negocjowaniu znaczeń między językami, między kulturami, między prawdą a tym, co ludzie chcą usłyszeć.
— Słucham.
— Po pierwsze: chcę dowód, że Natasza jest bezpieczna. Nie zdjęcia sprzed tygodnia — chcę wideo z dzisiejszą datą i hasłem, które podam. Hasło: „Kotek ma sześć łap”. Jeśli Natasza powie to na nagraniu, uwierzę, że macie do niej dostęp.
Siergiej kiwnął głową.
— Wykonalne. Co jeszcze?
— Po drugie: Grigorij nie może wiedzieć. Nigdy. Jeśli dowie się, że współpracuję z waszą służbą, zniknie z dzieckiem na końcu świata, a ja nigdy go nie znajdę. Znam go — on jest paranoikiem. Ma domy w dwunastu krajach.
— Grigorij Lorenz nie jest naszym celem. Jest… kontekstem.
— Po trzecie — i to jest warunek absolutny, nienegocjowalny — po zakończeniu operacji zrywacie ze mną wszelki kontakt. Żadnych kolejnych przysług, żadnych „jeszcze jedną sprawę”, żadnego powrotu. Dostarczam nagranie, odbieram córkę, znikam.
Siergiej milczał przez chwilę. Za oknem Le Falstaff Bruksela tonęła w deszczu, światła samochodów rozmazywały się na mokrym asfalcie jak farby na palecie impresjonisty. Ktoś za barem włączył Edith Piaf — Non, je ne regrette rien. Nie żałuję niczego. Jakie to było ironiczne, że ta piosenka grała w momencie, gdy ja właśnie miałam podjąć decyzję, której będę żałować do końca życia. Albo nie. To zależy od tego, jak ta historia się skończy, a ja jeszcze tego nie wiedziałam.
— Zgoda na wszystkie trzy warunki — powiedział Siergiej. — Ale mam jeden dodatkowy element, o którym pani musi wiedzieć.
— Jaki?
— Nagranie musi zawierać nie tylko informacje o strategii negocjacyjnej. Musi zawierać wypowiedzi, które… dyskredytują ministra osobiście. Opinie, które — gdyby wyciekły — zniszczyłyby jego karierę polityczną.
— Chcecie kompromat.
— Chcemy polisę ubezpieczeniową. Nagranie samo w sobie jest narzędziem jednorazowym. Kompromat jest narzędziem wiecznym.
Zamknęłam oczy. W ciemności za powiekami widziałam twarz mojej córki — tę poważną, skupioną twarz z czwartego zdjęcia. I widziałam twarz mężczyzny, którego jeszcze nie znałam — Tomasza Gasińskiego, ministra, który cytował Miłosza i walczył o bioróżnorodność łąk mazurskich. Miałam zniszczyć tego człowieka, żeby odzyskać swoje dziecko.
Wilczyca odgryzła sobie łapę.
— Zgoda — powiedziałam.
Siergiej wstał. Pierwszy raz od początku rozmowy wyprostował się, i zobaczyłam, że jest jeszcze niższy, niż myślałam. Ludzie są zawsze mniejsi, kiedy wstają — bo siedząc, mają rozmiar swoich słów, a stojąc — tylko rozmiar swoich ciał.
— Wideo z Nataszą dostanie pani za czterdzieści osiem godzin. Na tę skrzynkę.
Położył na stole wizytówkę. Białą, bez nazwiska, z samym adresem e-mail: [email protected].
— Dokumenty dotyczące pani nowego stanowiska w Warszawie przyjdą pocztą dyplomatyczną w przyszłym tygodniu. Proszę złożyć wypowiedzenie w Komisji Europejskiej w ciągu dziesięciu dni. Powód — sprawy rodzinne. Nikt nie będzie pytał.
— A jeśli ktoś zapyta?
— To pani jest tłumaczką. Wymyśli pani odpowiedź w siedmiu językach.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Jego bordowe _oksfordy_ stukały na mozaikowej podłodze jak metronom odmierzający czas, który mi pozostał. Przy drzwiach zatrzymał się i odwrócił.
— Pani Lorenz, jeszcze jedno. Proszę nie robić tego, co robi większość ludzi po takiej rozmowie — nie szukać nas, nie próbować ustalić, kim jestem, nie dzwonić do przyjaciół z pytaniem, co robić. To nie jest sytuacja, w której pomaga rozmowa. To jest sytuacja, w której pomaga decyzja. A pani już ją podjęła.
Wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem, które brzmiało jak odgłos zamykanej klatki. Albo otwieranej — zależy, z której strony się patrzy.
Zostałam sama ze zdjęciami córki, zimnym espresso i piosenką Edith Piaf, która właśnie przeszła w refrenie do słów, które znam na pamięć: Non, rien de rien, non, je ne regrette rien. Nie, nic a nic, nie, nie żałuję niczego.
Wzięłam filiżankę i dopiłam espresso jednym łykiem. Było gorzkie i zimne, jak każda decyzja podejmowana z desperacji.
Potem schowałam zdjęcia do torebki, zostawiłam na stoliku dwadzieścia euro — za dużo, ale kelnerzy w Le Falstaff zasługiwali na napiwek za to, że przez ostatnią godzinę ani razu nie podeszli zapytać, czy wszystko w porządku — i wyszłam w brukselski deszcz.
Deszcz przyjął mnie bez pretensji, bez warunków, bez operacyjnych kryptonimów. Po prostu padał. I ja po prostu szłam — jeszcze Ewą Lorenz, tłumaczką z Brukseli, ale już trochę kimś innym. Kimś, kto za kilka tygodni wróci do Polski, pozna ministra Gasińskiego i zacznie grę, której reguł do końca nie zna.
Nie wiedziałam jeszcze, że się w nim zakocham.
Nie wiedziałam, że zginie arcybiskup.
Nie wiedziałam, że ksiądz, który będzie badał tę śmierć, jest byłym komandosem GROM i kochankiem polityka z Konfederacji.
I nie wiedziałam — Boże, jak bardzo nie wiedziałam — że dziecko, które jadę odzyskać, nie jest moim dzieckiem.
Ale tego wieczoru, na mokrych brukach Rue Henri Maus, wiedziałam jedno: matka zawsze znajdzie drogę do dziecka. Nawet, jeśli ta droga prowadzi przez kremlowską sypialnię.
Nawet, jeśli ta droga prowadzi przez jej własne ciało.
Następnego dnia złożyłam wypowiedzenie w Komisji Europejskiej. Podałam powód: sprawy rodzinne. Nikt nie zapytał.Rozdział 4: Sypialniana dyplomacja
Pierwszy raz kochałam się z Tomaszem Gasińskim dwudziestego ósmego dnia operacji. Pamiętam datę, bo tego ranka dostałam od Siergieja nowe wideo z Nataszą. Trzydzieści dwie sekundy. Moja córka siedzi przy stole i rysuje kota. Ma na sobie czerwoną sukienkę, której nie znam. Nowe buty, których nie kupowałam. Włosy dłuższe niż miesiąc temu. Na końcu nagrania podnosi głowę, patrzy w kamerę i mówi: „Mamo, kotek ma sześć łap.” Nasze hasło. Dowód życia.
Obejrzałam to wideo siedem razy. Potem wzięłam prysznic, umalowałam się i pojechałam do mieszkania Tomasza na Saskiej Kępie, żeby dokonać zdrady. Jego. Siebie. Wszystkiego.
Ale zacznijmy od kawy na Mokotowskiej. Bo to tam się zaczęło. Nie w sypialni — w kawiarni.
Pięć kaw. Tyle wypiliśmy, zanim dotknął mojej ręki. Pięć sobót z rzędu. Pięć flat white z mlekiem owsianym dla niego, pięć podwójnych espresso dla mnie. Barista — młody chłopak z brodą biblijnego proroka i tatuażem ziarna kawy na przedramieniu — zaczął nas traktować jak stałą parę. Witał nas uśmiechem porozumienia. Rezerwował stolik pod oknem. Nawet nie pytał o zamówienie.
Pierwsza kawa była nerwowa. Gasiński przyszedł w dżinsach i swetrze, bez ochrony, bo w sobotę minister rolnictwa nie ma ochrony. „Nikt nie chce zabić ministra rolnictwa” — powiedział. — „Nie jestem wystarczająco ważny ani wystarczająco kontrowersyjny. Gdybym był ministrem obrony, miałbym trzech goryli. A tak mam Janusza, który czeka w samochodzie i czyta Przegląd Sportowy.”
Rozmawialiśmy o niczym. O pogodzie, o Brukseli, o krzywiźnie bananów. Gasiński śmiał się z moich opowieści o pracy w Komisji Europejskiej — o eurodeputowanym z Malty, który zasnął podczas głosowania i przypadkowo poparł rezolucję, przeciwko której przyjechał głosować, o fińskiej delegatce, która przywiozła na oficjalny obiad własne jedzenie w tupewarze, bo nie ufała belgijskiej kuchni. Ja śmiałam się z jego opowieści o polskiej polityce — o wiceministrze, który na konferencji prasowej pomylił zwykły burak z burakiemm cukrowym i wywołał panikę na giełdzie towarowej, o sejmowej debacie, podczas której poseł z Podlasia zacytował Pismo Święte jako argument za podwyżką cen mleka.
Rozmawialiśmy jak ludzie, którzy się poznają. Normalnie. Zwyczajnie. Bez agendy. Z wyjątkiem tego, że ja miałam agendę. Miałam ją w kolczykach, które nagrywały każde słowo. Miałam ją w torebce, gdzie leżał telefon z aplikacją od Pawła. Miałam ją w głowie, gdzie instrukcje Iriny pracowały jak algorytm: słuchaj, odzwierciedlaj, odsłaniaj kontrolowanie, buduj zaufanie cegiełka po cegiełce.
Druga kawa była cieplejsza. Gasiński zaczął mówić o sobie. Nieśmiało, jak ktoś, kto dawno tego nie robił i zapomniał, jak to się robi. Opowiedział o Zamościu. O ojcu, który był nauczycielem historii i umarł na zawał w dwa tysiące szesnastym roku. O matce, która wciąż mieszka w rodzinnym domu i hoduje róże. O siostrze Agnieszce i jej synu Jacusiu, trzyletnim terroryście, który demoluje mieszkanie z systematycznością, jaka robiłaby wrażenie na jednostce GROM.
— Jacuś jest moim ulubionym człowiekiem na świecie — powiedział cicho. W jego oczach pojawiło się coś, co rozpoznałam natychmiast. Ból ojcostwa, które nigdy nie nastąpiło. Trzecia podatność z profilu psychologicznego: GŁÓD MACIERZYŃSKI. Tylko, że na żywo to nie była „podatność”. To było cierpienie.
Trzecia kawa. Kontrolowane odsłanianie. Moja kolej.
— Mam córkę — powiedziałam.
Nie planowałam tego powiedzieć tak wcześnie. Irina zalecała czwarte albo piąte spotkanie. Ale zdanie samo wyszło z moich ust, jak ptak z otwartej klatki. Gasiński odstawił filiżankę.
— Masz córkę?
— Nataszę. Ma sześć lat. Mieszka z ojcem. Nie widziałam jej od trzech lat.
Cisza. Długa, gęsta. Gasiński patrzył na mnie. Nie pytał dlaczego. Nie pytał jak. Patrzył. I w jego oczach zobaczyłam coś, czego nie przewidziała żadna teczka, żaden profil, żaden agent Pszeniczny. Zobaczyłam rozpoznanie. Jeden samotny człowiek rozpoznał drugiego samotnego człowieka. Jak dwa statki na otwartym morzu, które migają do siebie światłami w ciemności.
— Przepraszam — powiedział. Jedno słowo. Ale powiedział je tak, jakby naprawdę przepraszał. Za cały świat, który pozwala na to, żeby matka nie widziała dziecka trzy lata.
— Sam mi powiedziałeś, żebym przestała przepraszać. Teraz ja ci to mówię.
Uśmiechnął się. Smutno. I ten smutny uśmiech był jak klucz wsunięty w zamek, który otwiera drzwi, za którymi czeka coś, na co nie jesteś gotowy. Żadne z nas nie było gotowe.
Czwarta kawa. Od pewnego czasu mówiliśmy już sobie „ty”. Nie umówiliśmy się na to. Przeskok nastąpił naturalnie, w połowie zdania, jakby język sam zdecydował, że „pan” i „pani” to barykada, która nie ma sensu między ludźmi, którzy dzielą się bólem.
Piąta kawa. Dotknął mojej ręki.
Sięgałam po cukiernicę. Jego dłoń nakryła moją. Lekko. Ciepło. Trwało to trzy sekundy. Może cztery. Cofnął rękę. Ja cofnęłam swoją. I oboje udawaliśmy, że to się nie stało. Ale oboje wiedzieliśmy, że granica została przekroczona. Nie ta operacyjna — ta ludzka.
Tego wieczoru Siergiej zadzwonił.
— Tempo jest zbyt wolne. Potrzebujemy postępu.
— Postęp wymaga czasu.
— Czas jest luksusem, którego nie mamy. Okno operacyjne zamyka się za trzy tygodnie. Negocjacje WPR zaczynają się w styczniu. Potrzebujemy nagrania przed styczniem.
— Nie mogę go zmusić.
— Nikt nie mówi o zmuszaniu. Mówię o przyspieszeniu. Pani wie, co robić.
Wiedziałam. Piekło polega na tym, że wiedziałam.
Szósta kawa nie została wypita w kawiarni. Zaprosiłam Tomasza do mojego mieszkania na Powiślu. Pretekst: obiad. Prawda: eskalacja.
Gotowałam bigos. Nie dlatego, że umiem gotować bigos — umiem, ale nie o to chodziło. Chodziło o zapach. Bigos to zapach polskiego domu. Zapach bezpieczeństwa. Zapach „tu jesteś na swoim miejscu”. Irina mówiła, że zmysły są furtkami do zaufania. Wzrok — pierwszy. Słuch — drugi. Dotyk — trzeci. Węch — czwarty. Smak — piąty. Każdy zmysł to kolejna warstwa intymności. Kawa na Mokotowskiej otworzyła wzrok i słuch. Dotyk ręki — trzecią warstwę. Teraz czas na węch i smak.
Tomasz przyszedł o osiemnastej. Butelka Rioja w jednej ręce. Bukiet kwiatów w drugiej. Frezje. Nie róże — frezje. Kto kupuje frezje? Ludzie, którzy wiedzą, że róże to klisza, a frezje to wyznanie. Ludzie, którzy myślą, zanim kupują kwiaty. Ludzie, których trzeba naprawdę uważać, żeby nie pokochać.
— Ładne mieszkanie — powiedział, rozglądając się po salonie, który nie był moim salonem, tylko dekoracją wyreżyserowaną przez rosyjski wywiad, ale wyglądał na moje — książki na półkach dobrane tak, żeby odzwierciedlały moje prawdziwe zainteresowania. Tomik Miłosza na stoliku. Zdjęcia z Brukseli na ścianie. Dywan, na którym leżały poduszki w kolorach, które naprawdę lubię. Profesjonaliści. Siergiej i jego ludzie byli cholernie dobrymi profesjonalistami.
Jedliśmy bigos. Piliśmy Rioję. Rozmawialiśmy. Ale inaczej niż w kawiarni. W kawiarni jest barista, są inni ludzie, jest hałas, jest dystans. W mieszkaniu — nic. Tylko dwoje ludzi, butelka wina i bigos, którego zapach wypełniał każdy kąt jak ciepła woda napełniająca wannę.
— Dlaczego polityka? — zapytałam, opierając brodę na dłoni. Siedziałam na podłodze, na tych poduszkach, które ktoś wybrał za mnie. Tomasz siedział na kanapie. Między nami stał niski stolik z resztkami bigosu i drugą butelką wina, tą moją, kupioną w Żabce na rogu, bo agentka wywiadu też robi zakupy w Żabce.
— Nie wybieram polityki. Polityka wybrała mnie. Jak grypa.
— Grypa mija.
— Polityka też. Ale zostawia powikłania.
— Jakie?
Tomasz milczał przez chwilę. Pił wino. Patrzył w okno, za którym Warszawa migotała światłami jak rozrzucone diamenty na czarnym aksamicie. To porównanie przyszło mi do głowy tamtej nocy i zostało, bo czasem banalne porównania są najbardziej trafne.
— Samotność — powiedział w końcu. — Polityka daje ci tysiąc znajomych i zero przyjaciół. Masz ludzi wokół siebie szesnaście godzin na dobę. Doradców, sekretarki, dziennikarzy, petentów. Wszyscy czegoś chcą. Nikt nic nie daje. Idziesz do domu i jest cisza. Taka cisza, która nie jest spokojem. Jest pustką.
Znałam tę ciszę. Mieszkałam w niej od trzech lat.
— Ja znam tę ciszę — powiedziałam. I to nie było kontrolowane odsłanianie. To nie była technika Iriny. To byłam ja. Ewa. Prawdziwa.
Tomasz odstawił kieliszek. Wstał z kanapy. Obszedł stolik. Usiadł obok mnie. Blisko. Tak blisko, że czułam ciepło jego ramienia. Zapach Rioji z jego oddechu. Szampon — ten cholerny Head & Shoulders, mentolowy, z Biedronki, który na nim pachniał jak perfumy za tysiąc euro, bo to nie szampon nadaje zapach, tylko skóra pod nim.
— Ewo.
— Tak?
— Mogę cię pocałować?
Zapytał. Nie próbował — zapytał. Ten mężczyzna, minister, polityk, człowiek przyzwyczajony do podejmowania decyzji za miliony ludzi — ten mężczyzna poprosił o pozwolenie na pocałunek. I w tym pytaniu było więcej szacunku niż we wszystkim, co Grigorij zrobił przez pięć lat naszego małżeństwa.
— Tak — powiedziałam.
Pocałował mnie.