Krew Braci - ebook
Rok 963. Czcibor dowodzi trzema tysiącami pancernych jeźdźców w służbie brata, księcia Polan. Gdy plemiona Wieletów jednoczą się pod wodzą saskiego wygnańca, jego pragnienie chwały zmienia się w marsz ku śmierci. Zdesperowany, by udowodnić, że jest równy bratu Mieszkowi, Czcibor ignoruje każde ostrzeżenie i rusza w głąb wrogiego terytorium. Ale Wichman II, zgorzkniały szlachcic bez niczego do stracenia, planował tę pułapkę od lat. Gdy pierścień wrogów zaciska się wokół drużyny, Czcibor musi zmierzyć się z przerażającą prawdą: jego duma skazała na zagładę każdego, kto mu zaufał. Brutalna opowieść o ambicji, lojalności i cenie dumy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384330340 |
| Rozmiar pliku: | 644 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Płomienie gryzły niebo nad Radoszycami, chaty buchały ogniem jedna po drugiej, trzeszczały belki stropowe i padały z hukiem wśród wznoszących się snopów iskier, i ja prowadziłem jeźdźców przez ten chaos jakbym prowadził ich przez wrota piekła. Konie rzucały łbami na widok ognia, kopyta rozbryzgiwały błoto zmieszane z krwią, i krzyki dochodziły zewsząd, z płonących chat, z ciemności między budynkami, z gardeł moich ludzi którzy szukali łupów i wieleckich wojowników ukrywających się gdzieś w tej pożodze.
Osada była mała, może czterdzieści chat, ogrodzenie z żerdzi rozjechane przez pierwszą szarżę, i teraz moi ludzie zabijali wszystkich którzy stawiali opór. Wieleci próbowali walczyć, jeden z nich wypadł z płonącej obory z widłami w rękach i Gniewosz ściął go jednym ciosem jadąc galopem, ostrze miecza rozdarło wieleckiego chłopa od ramienia do biodra, ciało upadło w błoto a Gniewosz pomknął dalej szukając kolejnego. Dym gryzł w oczy, słodkawy smród palonego mięsa uderzał w nozdrza, i ja zsiadłem z konia przy jednej z chat która jeszcze nie płonęła.
Słyszałem ruch w środku, szuranie nóg po ziemi, szelest jakby ktoś przewracał sprzęty, i wiedziałem że ktoś tam jest, że wielecki wojownik ukrywa się w ciemności czekając aż ogień dotrze do niego lub aż my pojedziemy dalej. Ciągnąłem miecz z pochwy, ciężar frankijskiego ostrza znajomy w dłoni po tylu latach, i kopnąłem drzwi które otworzyły się z trzaskiem uderzając o wewnętrzną ścianę chaty. W środku było ciemno po jasności pożaru, oczy bolały od przejścia między światłem a mrokiem, i przez chwilę widziałem tylko cienie.
— Wychodź! — krzyknąłem w wieleckiej mowie, bo ojciec nauczył nas obu języków, i Mieszko i ja mówiliśmy po wielecku prawie tak płynnie jak w naszej mowie. — Wyjdź i zginiesz szybko!
Szuranie, odgłos jakby czegoś ciężkiego przesuwanego po ziemi, i moje oczy przyzwyczaiły się do mroku wystarczająco by zobaczyć kształty. Stół przewrócony, garnki rozrzucone po ubitej ziemi, siennik rozdarty w rogu chaty jakby ktoś szukał czegoś ukrytego pod słomą, i ruch przy ścianie, cień, który nie był cieniem.
Ruszyłem w tamtą stronę, miecz uniesiony, serce bijące szybko jak zawsze gdy adrenalina walki buzowała w żyłach, bo człowiek może walczyć przez dwadzieścia lat i ciągle czuć to samo wstrząśnięcie przed każdym ciosem, ten sam dreszcz który ściska wnętrzności i wysusza usta. Cień przy ścianie poruszył się, coś błysnęło w świetle ognia wpadającym przez szpary w ścianie chaty, i ja uderzyłem zanim zdążyłem pomyśleć.
Miecz wszedł w ciało z tym mokrym dźwiękiem który znam lepiej niż głos własnej matki, opór mięśni i trzewi, chrzęst ostrza o żebra, i ciało upadło u moich stóp. Dopiero wtedy zobaczyłem.
Kobieta. Może trzydzieści lat, może mniej, ciemne włosy rozrzucone na ubitej ziemi chaty, a w jej dłoni wciąż zaciśniętej nóż do skrobania skór, zwykły nóż z kościaną rękojeścią, tępy i krótki, narzędzie do pracy nie do walki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami, ustami rozchylonymi w wyrazie zaskoczenia jakby nie mogła uwierzyć że to naprawdę się dzieje, że naprawdę jest koniec, że miecz w jej piersi jest prawdziwy a nie jakimś koszmarem sennym z którego zaraz się obudzi.
— Nie… — szepnęła, i słowo umarło na jej wargach razem z nią.
Stałem nad ciałem i słuchałem krzyków z zewnątrz, trzasku płonącego drewna, chrapania końskich kłód, i wszystko to docierało do mnie jakby przez wodę, jakby stał między mną a światem mur z przezroczystego szkła tłumiący dźwięki i barwy. Kobieta. Nie wojownik. Kobieta z nożem do skrobania skór, która próbowała się bronić przed człowiekiem w kolczudze wpadającym do jej domu, i ja zabiłem ją zanim zdążyłem zobaczyć że to nie jest wróg.
Miałem czas. Ta świadomość wdarła się w mój umysł powoli, nieubłaganie, jak woda sącząca się przez szczelinę w tamy. Miałem czas by zobaczyć. Światło z płonących chat wpadało przez szpary w ścianie, widziałem jej twarz, widziałem nóż w jej dłoni, widziałem że to nie jest mężczyzna z bronią, widziałem że to kobieta która się boi. I zabiłem ją mimo to, bo miecz ruszył zanim umysł zdążył przemyśleć, bo lata treningów wyrobiły we mnie odruch który działa szybciej niż myśl, bo w chaosie walki wszystko co się rusza jest wrogiem.
Szmer. Cichy jak szelest myszy, ale wyraźny w nagłej ciszy która zapadła w chacie gdy kobieta przestała oddychać. Szmer spod łóżka, spod drewnianej ramy z pasami skóry na której leżał siennik, i ja obróciłem się w tamtą stronę wciąż trzymając miecz. Krew kapała z ostrza na ubitą ziemię, ciepła i mokra, i ten dźwięk wydawał się głośniejszy niż krzyki na zewnątrz.
Podszedłem do łóżka, każdy krok ciężki jak kamień, kolczuga ważąca na ramionach bardziej niż kiedykolwiek, i przykucnąłem przy krawędzi. W ciemności pod ramą widziałem kształt, mały kształt skulony przy ścianie, i wyciągnąłem rękę wolną od miecza, chwyciłem za coś co okazało się nogą, cienką nogą dziecka, i wyciągnąłem je spod łóżka.
Chłopak. Może pięć lat, może sześć, za mały by określić dokładnie, z włosami koloru ziemi i oczami szeroko otwartymi jak oczy jego matki leżącej na podłodze chaty. Nie krzyczał. To było najgorsze, ta cisza, ten brak krzyku który powinien rozdzierać powietrze, bo dziecko powinno krzyczeć widząc matkę martwą u stóp obcego wojownika. Ale chłopak milczał, patrzył na mnie oczami pełnymi czegoś co rozpoznałem natychmiast, bo widziałem to setki razy na twarzach wrogów, na twarzach umierających, na twarzach tych którzy przeżyli gdy inni padli.
Nienawiść.
Trzymałem dziecko za kostkę, mała kostka w mojej dłoni zaplamionej krwią jego matki, i przez moment myślałem o tym co powinienem zrobić. Wieleckie dziecko. Syn kobiety którą właśnie zabiłem. Wyrośnie i będzie pamiętał tę noc, będzie pamiętał moje oczy w blasku ognia, będzie pamiętał jak wyciągnąłem go spod łóżka, i pewnego dnia będzie szukał zemsty. Tak działał świat który znałem, tak działały prawa wojny i krwi, zemsta przechodząca z pokolenia na pokolenie jak choroba której nie można wyleczyć.
Puściłem jego kostkę. Chłopak cofnął się natychmiast, jak mały zwierzak który ucieka od drapieżnika, i patrzył na mnie z kąta chaty wciąż tym samym spojrzeniem pełnym nienawiści która przeżyje tę noc.
— Uciekaj — powiedziałem. Słowo wyszło ze mnie jak dźwięk z instrumentu który ktoś inny strojił, obce i dziwne w mojej gębie. — Uciekaj do lasu. Teraz.
Chłopak nie ruszył się. Patrzył na ciało matki, na mnie, na miecz w mojej dłoni wciąż kapiący krwią, i widziałem jak walczy sam ze sobą, jak część niego chce rzucić się na mnie z gołymi rękami a część chce uciekać jak mu kazałem.
— Teraz! — warknąłem, i chłopak drgnął jakbym go uderzył, obrócił się i wypadł z chaty przez tylne wejście, zniknął w ciemności między płonącymi budynkami, mały cień biegnący ku lasowi który zaczynał się zaraz za ogrodzeniem osady.
Stałem w chacie słuchając trzasku ognia i krzyków na zewnątrz, patrząc na ciało kobiety u swoich stóp, i nie mogłem się ruszyć. Miecz wisiał u mojego boku, krew wysychała na ostrzu, i przez moment świat wydawał się zatrzymać w miejscu jakby czas postanowił dać mi chwilę by przemyśleć co zrobiłem.
Nie musiałem jej zabijać. Ta myśl była jak nóż wbity we własne wnętrzności, jak ostrze obracające się w ranie, bo wiedziałem że to prawda. Widziałem ją wystarczająco wyraźnie. Widziałem nóż w jej dłoni, mały nóż, narzędzie nie broń. Jej źrenice rozszerzone jak u zwierzęcia w potrzasku, szczęka drżąca, desperacja kogoś kto wie że umrze ale próbuje walczyć mimo to. I miałem czas, może sekundę, może dwie, by zatrzymać miecz, by cofnąć ostrze, by zobaczyć że to nie wróg tylko kobieta broniąca swojego domu przed obcymi którzy przyszli palić i zabijać.
Ale miecz ruszył zanim umysł zdążył przemyśleć, i teraz ona leżała martwa u moich stóp, a jej syn biegł przez noc ku lasowi z obrazem mojej twarzy wypalonej w pamięci.
------------------------------------------------------------------------
Świt nadszedł powoli, szarość wlewająca się na wschodni kraniec nieba jak brudna woda, i ja siedziałem przy dogasającym ognisku na skraju spalonej osady. Chaty które płonęły w nocy teraz tlały się jeszcze, snopy dymu unosiły się ku niebu, i smród spalenizny wisiał nad Radoszycami jak całun grobowy. Moi ludzie zbierali łupy, ciała wrogów porzucone gdzie upadły, ciała naszych nielicznych zabitych ułożone na wozach by zabrać je do domu i pochować z honorem.
Ognisko przede mną było małe, resztki chrustu i paru belek które ktoś ułożył w nocy gdy obóz się organizował, i płomienie gasły powoli, żar przechodził w popiół, węgle ciemniały i styły. Patrzyłem w ten ogień i nie widziałem go, widziałem twarz kobiety z nożem w dłoni, widziałem zaskoczenie w jej oczach gdy miecz wszedł w jej ciało, widziałem jak umiera nawet nie rozumiejąc że naprawdę umiera.
Łupy były dobre. Słyszałem to w rozmowach moich ludzi, w śmiechach i przekleństwach gdy dzielili zdobycz, bydło które przeżyło ogień, konie wieleckie zdolne do służby, zboże które udało się uratować z płonących spichlerzy, żelazo i narzędzia, tkaniny i sól. Dobra wyprawa dla trzech setek jeźdźców którzy ruszyli ze mną na zachód, dobra odpowiedź na napaść wielecką sprzed miesiąca, dobra krew za krew i ogień za ogień.
Dobra wyprawa. Powtarzałem te słowa w głowie i brzmiały pusto jak bęben bez skóry, bo nie słyszałem w nich nic poza echem własnych myśli. Kobieta z nożem. Dziecko pod łóżkiem. Oczy pełne nienawiści która będzie rosła przez lata jak drzewo karmiące się gniewem.
Ziemia pod moimi nogami była miękka od wiosennej wilgoci, błoto wsiąkało w skórzane cholewki butów, i zimno poranka przenikało przez kolczugę do kości. Nie zdjąłem zbroi od wczoraj, nie jadłem od wczoraj, i głód był ciężarem w brzuchu którego nie czułem, bo inne rzeczy zapełniały moje myśli nie zostawiając miejsca na potrzeby ciała.
Kroki za plecami. Rozpoznałem je zanim usłyszałem głos, ciężkie i równe, stąpanie człowieka który nie spieszy się bo wie że świat poczeka, i Strzeszek przystanął przy ognisku patrząc na mnie tymi swoimi oczami jak kamienie w potoku.
— Panie — powiedział, i to jedno słowo zawierało wszystko co musiał powiedzieć i co wolał zatrzymać dla siebie.
Milczałem. Nie miałem słów które chciałbym wypowiedzieć, nie miałem rozkazów które powinienem wydać, i Strzeszek stał przy mnie w ciszy patrząc na dogasające ognisko jak człowiek który nauczył się czekać przez wszystkie lata służby.
— Łupy policzone — odezwał się wreszcie, gdy milczenie ciągnęło się zbyt długo. — Dwadzieścia głów bydła, osiem koni zdatnych do służby, zboże na dwa wozy.
— Dobrze.
— Trzech naszych zabitych. Młodzi, ledwo dorośli. Imion nie zdążyłem poznać.
— Ciała na wozy.
— Już, panie.
Więcej milczenia. Ognisko trzaskało cicho, ostatnie płomienie lizały resztki drewna, i dym unosił się prosto w górę w bezwietrzny poranek. Strzeszek patrzył na mnie, czułem jego wzrok na swoim policzku jak ciepło ognia, i wiedziałem że widzi więcej niż powinienem mu pokazać.
— Panie — zaczął, i urwał.
— Mów.
Strzeszek milczał przez chwilę, jakby ważył słowa w głowie zanim pozwolił im wyjść.
— Widziałem to wcześniej — powiedział wreszcie. — U innych. U lepszych wojowników niż my obaj razem.
Podniosłem głowę i spojrzałem na niego, na twarz która była mapą blizn, na łysinę odsłoniętą bo hełm leżał przy jego stopach, na oczy które widziały więcej śmierci niż ja zdołam zobaczyć przez resztę życia.
— Co widziałeś?
— To co robisz teraz. — Strzeszek skinął głową w stronę zgliszcz za moimi plecami. — Siedzisz i myślisz, i nie możesz przestać myśleć. O czymś co zrobiłeś. O czymś czego nie zrobiłeś. O czymś, co powinieneś zrobić inaczej.
Milczałem, bo nie było co odpowiedzieć.
— Pierwszy miecznik którego znałem — ciągnął Strzeszek — Żelisław, tak go nazywali, bo miecz w jego dłoni wyglądał jak kawałek żelaza który wyrósł z jego ręki. Najlepszy wojownik którego widziałem w życiu. Zabił więcej ludzi niż ja widziałem gwiazd na niebie.
— I co z nim?
— Pewnego dnia podczas rajdu na Morawy wjechał do wsi i zobaczył dzieciaka przy studni. Chłopaka, może dziesięć lat. Chłopak miał w ręku kamień, bo próbował bronić siostry którą nasi ludzie właśnie wlekli za włosy. Żelisław zabił go jednym ciosem, nawet się nie zatrzymał, bo tak robiliśmy, tak byliśmy uczeni, wszystko co się rusza w wiosce wroga jest wrogiem.
— I?
— I przez resztę wyprawy Żelisław siedział przy ogniskach i patrzył w płomienie. Nie jadł, nie pił, nie mówił. A kiedy wróciliśmy do domu, położył się pewnej nocy i już nie wstał. Serce stanęło, powiedzieli. Może i serce.
Patrzyłem w dogasające ognisko, żar przechodził w popiół, i słowa Strzeszka wisiały w powietrzu między nami.
— Czego oczekujesz, Strzeszku? — spytałem. — Że się położę i umrę?
— Nie, panie. — Strzeszek pokręcił głową. — Oczekuję że wstaniesz, wsiądziesz na konia, i pojedziesz z nami z powrotem do domu. Bo to właśnie robią wojownicy którzy chcą żyć. Robią co muszą robić, i żyją dalej.
— A jeśli nie chcę żyć dalej?
Strzeszek patrzył na mnie długo, oczy jak kamienie w potoku, zimne i gładkie.
— To też widziałem. Ale panie nie jest Żelisławem. Panie jest synem Siemomysła, bratem Mieszka, dowódcą trzystu pancernych jeźdźców. I są rzeczy które panie musi zrobić, bez względu na to co czuje.
Miał rację. Wiedziałem że ma rację nawet gdy jego słowa brzmiały jak oskarżenie, bo świat nie zatrzymywał się dla moich wyrzutów sumienia, Wieleci nie czekali aż przestanę myśleć o kobiecie z nożem, Mieszko nie potrzebował brata który siedzi przy ogniskach i patrzy w płomienie. Świat wymagał działania, i ja byłem człowiekiem który działał, zawsze, od kiedy ojciec posadził mnie na koniu i dał mi miecz.
— Dobrze — powiedziałem, i słowo wyszło z mojego gardła suche jak piasek. — Zbieraj ludzi.
— Tak, panie.
Strzeszek odszedł, jego kroki ciężkie i równe na miękkim gruncie, i ja zostałem sam przy dogasającym ognisku jeszcze przez moment. Patrzyłem jak ostatnie żarki przechodzą w popiół, jak dym rozpływa się w porannym powietrzu, i myślałem o dziecku które uciekło do lasu. Pewnego dnia, za pięć lat albo dziesięć albo dwadzieścia, to dziecko dorośnie i będzie pamiętało tę noc. Będzie pamiętało twarz człowieka który zabił jego matkę, będzie pamiętało krew na ostrzu miecza, będzie pamiętało słowa które powiedziałem kazać mu uciekać. I pewnego dnia będzie szukał zemsty, bo tak działał świat, bo tak nauczyliśmy się żyć, krew za krew i śmierć za śmierć przez wszystkie pokolenia.
Wstałem od ogniska. Kolczuga ciężyła na ramionach bardziej niż zwykle, jakby żelazo nabrało wagi przez noc, jakby każde kółko łańcucha ważyło więcej od krwi którą przelałem. Nogi bolały od kucania przy ogniu, plecy sztywne od siedzenia w jednej pozycji zbyt długo, i ciało protestowało gdy zmusiłem je do ruchu.
Mój koń stał przy linii gdzie trzymaliśmy wierzchowce, rumaki przywiązane do żerdzi wbitych w ziemię, i zwierzę zarżało cicho widząc jak podchodzę. Dobre zwierzę, wierne przez lata służby, niosące mnie przez bitwy i rajdy bez skargi, i teraz patrzyło na mnie wielkimi oczami w których nie było osądu, bo konie nie osądzają swoich jeźdźców za rzeczy które robią w nocy.
Wsiadłem w siodło jednym ruchem, mięśnie pamiętające ten gest lepiej niż mój umysł, i zebrałem wodze w dłoń. Wokół mnie ludzie zbierali się powoli, wsiadali na konie, sprawdzali ładunki na wozach, i ktoś gdzieś za moimi plecami śmiał się z jakiegoś żartu którego nie słyszałem i nie chciałem słyszeć.
— Naprzód — powiedziałem, słowo które wypowiedziałem tysiące razy, rozkaz który moje gardło wydawało bez udziału myśli.
Kolumna ruszyła, kopyta uderzyły w miękką ziemię, wozy zaskrzypiały na osiach, i ja prowadziłem moich ludzi z osady która teraz była zgliszczami, z miejsca które jeszcze wczoraj było domem dla kilkudziesięciu rodzin a teraz było cmentarzem bez grobów. Za mną zostawały snopy dymu unoszące się ku niebu, ciała które nikt nie pochowa, popiół i żar, i wspomnienie które będzie mnie nawiedzać przez resztę życia.
Kobieta z nożem. Widziałem jej twarz gdy zamykałem oczy, zaskoczenie które nie zdążyło stać się strachem, usta otwarte by powiedzieć coś co już nigdy nie zostanie wypowiedziane. Widziałem jej ciało upadające na ubitą ziemię chaty, krew rozlewającą się wokół jak woda z przewróconego dzbana, i widziałem siebie stojącego nad nią z mieczem w dłoni, człowieka który zabił zanim zdążył pomyśleć.
Strzeszek jechał obok mnie, milczący jak zwykle, twarz zasłonięta cieniem hełmu, oczy patrzące przed siebie na drogę która wiodła na wschód, do domu, do Gniezna gdzie Mieszko czekał na wieści z wyprawy. I ja jechałem obok niego, dowódca trzystu jeźdźców którzy właśnie spalili wielecką osadę, brat księcia Polan, syn Siemomysła którego imię wciąż budziło strach w sercach wrogów. Jechałem na wschód, i zabierałem ze sobą ciężar którego nie mogłem zrzucić z ramion, wspomnienie które będzie rosło przez lata jak drzewo karmiące się winą.
Droga była błotnista po wiosennych deszczach, kopyta grzęzły w miękkim gruncie, i konie musiały pracować ciężej niż zwykle by ciągnąć wozy załadowane łupami. Słońce wschodziło powoli, pierwsze promienie przebijały się przez chmury i kładły na polach smugi złotego światła, i świat wyglądał spokojnie, jakby noc pełna ognia i krzyków była tylko snem z którego właśnie się obudziłem.
Ale nie był to sen. Krew na moim mieczu była prawdziwa, krew która wyschła w nocy i teraz pokrywała ostrze rdzawą skorupą której nie oczyściłem bo nie miałem siły, nie miałem ochoty, nie chciałem zmyć tego jedynego dowodu że kobieta naprawdę żyła i naprawdę umarła od mojego ciosu. Zostawię ją tam, pomyślałem, tę rdzę na ostrzu, jako przypomnienie które będę nosił ze sobą przez wszystkie bitwy które jeszcze mnie czekają.
Za nami dym wciąż unosił się nad Radoszycami, ciemna smuga na jasnym niebie poranka, i ja jechałem na wschód nie oglądając się za siebie, bo wiedziałem że nie muszę patrzeć by widzieć, że obraz spalonej osady i martwej kobiety z nożem w dłoni jest wypalony w mojej pamięci na zawsze, jak blizna na policzku która już nigdy nie zniknie.
— Panie — odezwał się Strzeszek po długiej ciszy, jego głos niski i szorstki jak kamień po kamieniu. — Zatrzymamy się na wodopój przy potoku.
— Dobrze.
Więcej milczenia. Więcej drogi. Więcej czasu by myśleć o rzeczach o których nie chciałem myśleć, by wspominać momenty które chciałem zapomnieć, by nosić ze sobą ciężar który tylko rósł z każdą chwilą. Kobieta z nożem. Dziecko które uciekło do lasu. Oczy pełne nienawiści które pewnego dnia znajdą moją twarz.
Jechałem na wschód, do domu, do Gniezna gdzie Mieszko czekał na wieści z wyprawy. I zabierałem ze sobą wspomnienie którego nie mogłem zostawić na zgliszczach Radoszyc, ciężar winy który będzie rósł przez lata, aż pewnego dnia zedrze mnie do kości albo ja zedrę jego.
Droga przed nami ciągnęła się między polami i lasami, i słońce wschodziło coraz wyżej rozświetlając świat który nie wiedział i nie dbał o to co zrobiłem w nocy.GONIEC Z WŁÓCZNIĄ W BOKU
Gniezno przywitało nas dymem z palenisk i szczekaniem psów, i wjechałem przez bramę grodu z rdzą wciąż na ostrzu miecza, z brudem drogi na kolczudze, z czymś ciemnym i ciężkim w piersi co nie chciało odejść odkąd wyjechaliśmy z Radoszyc, odkąd zostawiłem za sobą zgliszcza i ciało kobiety która umarła trzymając nóż w dłoni, i teraz widziałem znajome mury, znajome twarze, znajomych wojowników którzy machali do nas z murów, a ja nie czułem ulgi którą powinienem czuć wracając do domu, czułem tylko ciężar tego co zrobiłem i co mnie nawiedzało w każdej chwili milczenia.
— Panie, drużyna czeka na dziedzińcu — powiedział Strzeszek zrównując się ze mną, jego głos niski i szorstki jak zawsze, twarz jak zwykle pozbawiona wyrazu który mógłby zdradzić co myśli o mnie, o tym co widziałem w jego oczach gdy kobieta upadła pod moim mieczem, o wszystkim czego nie powiedzieliśmy sobie przez całą drogę powrotną.
— Wiem.
Wjechałem na dziedziniec gdzie wojownicy ćwiczyli z drewnianymi mieczami, gdzie pachołkowie biegali z wiadrami wody do koryt, gdzie życie toczyło się jak zawsze, jakby nic się nie stało, jakby świat nie wiedział o spalonych osadach na pograniczu i o kobiecie która umarła bo stała w złym miejscu w złym czasie i bo ja byłem zbyt pochłonięty szałem bitwy żeby zobaczyć że nie trzyma miecza.
------------------------------------------------------------------------
Minęło kilka dni od powrotu, dni które spędziłem próbując zapomnieć i nie mogąc zapomnieć, i teraz stałem na dziedzińcu grodu z drewnianym mieczem w dłoni, pot ściekał mi po plecach pod tuniką mimo chłodu poranku, mięśnie ramion bolały przyjemnie od godziny ćwiczeń z drużyną, i przez chwilę, tylko przez chwilę mogłem nie myśleć o niczym poza kolejnym ciosem, kolejnym unikiem, kolejnym krokiem w tańcu który znałem od dzieciństwa.
— Naprzód — warknąłem do Gniewosza który właśnie cofnął się o krok pod moim naciskiem, jego jasne włosy mokre od potu, oczy błyszczące tym młodzieńczym zapałem którego ja sam już dawno nie czułem, i uderzyłem znowu, celując w jego lewą stronę która zawsze była słabsza, którą zawsze zostawiał otwartą gdy próbował atakować zamiast bronić.
Gniewosz sparował cios, ale niezgrabnie, drewno trzasnęło o drewno z głuchym łoskotem, i cofnął się znowu, oddychając ciężko przez otwarte usta, młoda twarz napięta koncentracją i wysiłkiem, i przez moment widziałem w nim siebie sprzed lat, widziałem chłopaka który wierzył że wojna to chwała i pieśni, że miecz w dłoni to przepustka do nieśmiertelności, i chciałem mu powiedzieć że się myli, że miecz to przepustka do koszmarów które nie pozwalają spać w nocy, ale nie powiedziałem nic bo wiedziałem że i tak by nie zrozumiał, że niektórych rzeczy trzeba się nauczyć samemu.
— Lepsza strona, nie lewa — powiedziałem zamiast tego, opuszczając drewniany miecz. — Zostawiasz lewą otwartą jak zaproszenie na własny pogrzeb.
— Tak, panie — odpowiedział Gniewosz z tym swoim uśmiechem który sprawiał że stare baby na targu dawały mu chleb za darmo, i było w tym uśmiechu coś co mnie irytowało, ta beztroska której sam nie umiałem odnaleźć, ta wiara że wszystko się ułoży i że pieśni będą o nim śpiewać przez wieki.
Wokół nas na dziedzińcu ćwiczyło może trzydziestu wojowników, stuk drewnianych mieczy o tarcze wypełniał powietrze razem z przekleństwami i okrzykami setników którzy poprawiali postawy i krytykowali techniki, konie przy korytach piły wodę i rżały do siebie, pachołkowie nosili wiadra i siano, życie grodu toczyło się wokół nas w tej samej niezmiennej rutynie którą znałem od lat, i było w tym coś kojącego, ta powtarzalność dnia która nie wymagała myślenia, która pozwalała zapomnieć.
— Jeszcze raz — powiedziałem do Gniewosza, unosząc miecz ćwiczebny. — I tym razem broń tej cholernej lewej strony.
Ale zanim chłopak zdążył przyjąć pozycję, z wieży strażniczej przy bramie rozległ się krzyk który zmroził mi krew w żyłach, krzyk który słyszałem zbyt wiele razy w życiu żeby go nie rozpoznać, krzyk straży która widzi coś czego się nie spodziewała, coś co oznacza kłopoty.
— Jeźdźcy od zachodu! — wrzasnął strażnik. — Jeden jeździec! Ranny!
Upuściłem drewniany miecz na ziemię i pobiegłem w stronę bramy, Strzeszek pojawił się przy moim boku jakby wyrósł z ziemi, jego twarz nadal bez wyrazu ale oczy czujne jak zawsze, oczy które widziały wszystko i nie komentowały niczego, i za nami biegli inni wojownicy którzy przerwali ćwiczenia i szli zobaczyć co strażnik zobaczył, bo w grodzie każda wiadomość z zewnątrz była wydarzeniem, bo życie za murami było bezpieczne i nudne i każdy szukał pretekstu żeby je przerwać.
Zobaczyłem jeźdźca zanim dotarł do bramy, zobaczyłem jego konia który ledwo trzymał się na nogach, piana na pysku, boki wciągnięte jak u zwierzęcia które biegło zbyt długo bez odpoczynku, i zobaczyłem jeźdźca na grzbiecie tego konia, młodego, może piętnastolatka, i zobaczyłem włócznię która sterczała z jego boku jak gałąź wyrwana z drzewa, grot tkwił głęboko w ciele i krew ściekała po udzie na siodło, na bok konia, kapiąc na ziemię i zostawiając za sobą czerwony ślad na ubitej drodze prowadzącej do bramy.
— Otwierać! — krzyknąłem do strażników przy bramie, i ciężkie wrota zaskrzypiały na zawiasach gdy mężczyźni rzucili się do belek blokujących, i jeździec wjechał przez bramę zataczając się w siodle, oczy przymglone bólem i wyczerpaniem, wargi popękane od pragnienia, i koń pod nim zrobił jeszcze trzy kroki i upadł na kolana, i jeździec zaczął spadać z siodła jak worek zboża który ktoś zepchnął z wozu.
Złapałem go zanim uderzył o ziemię, złapałem go razem ze Strzeszkiem który pojawił się przy moim boku i chwycił młodego gońca pod ramiona, i położyliśmy go na bruku dziedzińca, i poczułem ciepło jego krwi na moich dłoniach, tę lepką ciepłą wilgoć która znaczyła kamienie pode mną i ściekała między palcami, i wiedziałem że chłopak umiera, wiedziałem to zanim spojrzałem na ranę, wiedziałem to po sposobie w jaki oddychał, płytko i chrapliwie, po bladości jego twarzy, po tym jak drżały mu powieki gdy próbował mnie zobaczyć.
— Wody — powiedziałem do kogoś za sobą, nie odwracając głowy, i usłyszałem tupot nóg biegnących w stronę studni, i pochyliłem się nad gońcem który leżał na bruku z włócznią w boku, z życiem które uciekało z niego z każdą kroplą krwi, z wieścią na ustach której jeszcze nie wypowiedział.
— Melduj — powiedziałem, bo wiedziałem że to jedyne co mogę dla niego zrobić, pozwolić mu dokończyć zadanie dla którego przejechał bóg wie ile mil z kawałkiem żelaza w ciele, pozwolić mu umrzeć wiedząc że dotarł i że przekazał to co miał przekazać.
Goniec otworzył oczy szerzej, skupiając się na mojej twarzy, i jego wargi poruszyły się, i głos który z nich wyszedł był chrapliwy i cienki jak szelest suchych liści.
— Wieleci — wychrypiał. — Przekroczyli Odrę... trzy osady... Głogów... Lubusz... Santok...
— Ilu? — spytał Strzeszek, klęcząc po drugiej stronie chłopaka, jego głos cichy ale twardy jak zawsze.
— Setki... tysiące... nie wiem... — Goniec zakaszlał i krew pojawiła się na jego wargach, ciemna, prawie czarna krew z głębi płuc, i wiedziałem że ma może chwile, że włócznia przebiła mu wnętrzności i że żaden medyk nie zdołałby go uratować nawet gdyby tu był. — Zabili wszystkich... mężczyzn ścięli... kobiety wzięli... dzieci...
— Imiona — powiedziałem. — Kogo znasz z zamordowanych?
Goniec zamknął oczy na moment, koncentrując się, walcząc z bólem i z mgłą która zasłaniała mu myśli, i potem zaczął wymieniać, głosem który słabł z każdym słowem, imiona których nigdy nie słyszałem i które teraz będę pamiętał do końca życia.
— Bogdan kowal... Sieciech stolarz... Mszczuj syn Wójta... Radomir... Budzisław... — Imiona płynęły z jego ust jak litania, jak modlitwa do bogów którzy nie słuchali, jak lista ciał które gniły gdzieś na zachodzie pod otwartym niebem, i słuchałem każdego słowa, i czułem jak gniew rośnie we mnie, gniew który znałem i który kochałem, gniew który był prostszy i czystszy od winy którą nosiłem w piersi od dni.
Goniec wymienił może dwadzieścia imion zanim jego głos urwał się na środku słowa, i zobaczyłem jak jego ciało drgnęło, jak palce zacisnęły się na chwilę na moim ramieniu, jak oczy otworzyły się szeroko i spojrzały gdzieś ponad moją głowę, na coś czego ja nie mogłem zobaczyć, i potem ciało pod moimi dłońmi znieruchomiało, mięśnie zwiotczały, głowa opadła na bok, i wiedziałem że goniec dotarł do końca swojej drogi, że przekazał wieść i teraz może odpocząć.
— Niech bogowie go przyjmą — mruknął Strzeszek, zamykając chłopakowi oczy jednym gestem pokrytej bliznami dłoni, i wstał powoli, patrząc na mnie tym swoim spojrzeniem które nic nie wyrażało ale wszystko widziało.
Wokół nas dziedziniec zamarł, wojownicy stali w milczeniu patrząc na ciało gońca i na włócznię która wciąż z niego sterczała, włócznię wielecką ze znakami których nie rozpoznawałem, i w tej ciszy usłyszałem kroki z komnaty książęcej, ciężkie, powolne kroki mojego brata który schodził na dziedziniec żeby zobaczyć co się stało.
------------------------------------------------------------------------
Mieszko stanął przy ciele gońca z twarzą jak wykutą z kamienia, oczy zimne i nieprzeniknione jak zawsze, i przez długą chwilę nic nie mówił, tylko patrzył na młodego chłopaka który umarł na bruku jego dziedzińca, na krew która już zaczynała schnąć na kamieniach, na włócznię z wieleckim znakiem sterczącą z jego boku.
Mój brat był wyższy ode mnie o pół głowy i szczuplejszy, a jego twarz nosiła ślady nocy bez snu i decyzji które musiał podejmować każdego dnia, decyzji które ważyły los tysięcy ludzi, decyzji przy których moje problemy były pyłem na drodze. Nosił tunikę z dobrej wełny farbowanej na niebieski kolor i pas ozdobiony srebrnymi klamrami, i wyglądał jak książę którym był, jak władca którym się urodził, i ja stałem obok niego z krwią gońca na rękach, z gniewem w piersi, z wściekłością której nie umiałem ukryć i która pewnie malowała się na mojej twarzy tak wyraźnie jak blizna na policzku.
— Wieleci — powiedział Mieszko wreszcie, głosem pozbawionym emocji. — Trzy osady.
— Głogów, Lubusz, Santok — potwierdziłem. — Goniec wymienił dwadzieścia imion zanim umarł. Pewnie było ich więcej.
— Kiedy?
— Nie powiedział. Ale jechał co najmniej trzy dni, sądząc po stanie konia i jego ran. Włócznia w boku przez trzy dni jazdy. — Pokręciłem głową, czując dziwny podziw dla młodego gońca który przetrwał taką drogę z żelazem w ciele. — To musi być tydzień odkąd napadli.
Mieszko skinął głową, nie odrywając wzroku od ciała, i widziałem jak jego umysł pracuje za tą kamienną twarzą, jak kalkuluje, jak waży opcje, jak planuje następne kroki, i to mnie wkurzało, ta zimna kalkulacja w obliczu masakry naszych ludzi, to spokojne rozważanie gdy krew naszych poddanych jeszcze nie wyschła na wieleckiej ziemi.
— Zwołaj radę — powiedział Mieszko do sługi stojącego za nim. — Wszystkich setników. I poślijcie po Sędziwą. — Spojrzał na mnie krótko, i było w tym spojrzeniu coś co mogło być ostrzeżeniem, coś co mówiło żebym trzymał język za zębami, żebym nie robił scen na dziedzińcu przed drużyną. — Ty też przyjdziesz.
— Rada? — Gniew eksplodował we mnie jak ogień w suchym drewnie. — Rada gdy nasi ludzie leżą niepogrzebani? Rada gdy Wieleci wciąż mogą być na naszej ziemi?
— Czcibor. — Głos Mieszka był cichy ale twardy jak żelazo. — Nie tutaj.
Rozejrzałem się i zobaczyłem dziesiątki par oczu wpatrzonych w nas, wojowników którzy stali w milczeniu i słuchali, słuchali jak książę rozmawia z bratem nad ciałem gońca, słuchali i zapamiętywali każde słowo żeby potem powtórzyć przy ogniskach i w koszarach, i wiedziałem że Mieszko ma rację, że nie powinienem robić sceny przed drużyną, ale wiedziałem też że mam rację ja, że rada to strata czasu gdy wróg jest na naszej ziemi, że każda chwila zwłoki to kolejna spalona osada, kolejne zgwałcone kobiety, kolejne dzieci uprowadzone w niewolę.
Zacisnąłem zęby i skinąłem głową, i poszedłem za Mieszkiem do komnaty książęcej, i za nami szli słudzy i setnicy i cała ta świta która otaczała mojego brata jak stado kruków wokół padliny, i chciałem krzyczeć z frustracji, chciałem wyciągnąć miecz i ruszyć na zachód sam, chciałem zrobić cokolwiek poza siedzeniem i gadaniem gdy nasi ludzie cierpieli i umierali.
------------------------------------------------------------------------
Drzwi komnaty Mieszka zamknęły się za nami z głuchym łoskotem, ciężkie dębowe drzwi które tłumiły dźwięki i chroniły tajemnice rozmów które toczyły się w środku, i stałem naprzeciwko mojego brata w półmroku izby oświetlonej tylko ogniem w palenisku i kilkoma świecami na stole, i patrzyłem na niego z gniewem którego nie próbowałem ukrywać, gniewem który palił mnie od środka jak gorączka.
— Musimy uderzyć — powiedziałem zanim Mieszko zdążył otworzyć usta. — Teraz, natychmiast. Wezmę drużynę i wyjadę jeszcze dziś.
— Nie — odpowiedział Mieszko, idąc do stołu i nalewając sobie wody do glinianego kubka. — Najpierw zwiadowcy. Musimy wiedzieć gdzie są, ilu ich jest, kto nimi dowodzi.
— Wiemy gdzie są! Goniec powiedział. Głogów, Lubusz, Santok. Trzy osady na pograniczu. Wiem gdzie to jest, jeździłem tam z ojcem gdy byłem dzieckiem!
— Goniec powiedział gdzie byli tydzień temu. — Mieszko napił się wody i odstawił kubek na stół, i odwrócił się do mnie z tym samym kamiennym wyrazem twarzy który nosił od kiedy zaczęliśmy rozmawiać. — Przez tydzień mogli wrócić za Odrę. Mogli pójść dalej na wschód. Mogli się rozdzielić. Nie wiem, i nie wyślę trzech tysięcy jeźdźców w nieznane.
— Więc co? Będziemy siedzieć i czekać? — Poczułem jak żyła pulsuje mi na skroni, jak dłonie zaciskają się w pięści przy bokach, jak całe moje ciało napina się do walki której nie mogłem stoczyć. — Będziemy radzić i dyskutować gdy oni palą kolejne osady?
— Będziemy działać mądrze, nie głupio. — W głosie Mieszka pojawił się cień irytacji, pierwszy znak emocji odkąd weszliśmy do komnaty. — Wyślę zwiadowców dziś w nocy. Za trzy, cztery dni będziemy wiedzieć gdzie są i ilu ich jest. Wtedy podejmiemy decyzję.
— Za trzy dni mogą spalić kolejne trzy osady! — Uderzyłem pięścią w stół, kubek zachwiał się i przewrócił, woda polała się po drewnie i zaczęła kapać na podłogę. — Za cztery dni mogą wrócić za Odrę z łupami i jeńcami i będziemy ich gonić przez bagna których nie znamy!
— Więc gonić ich przez bagna których nie znamy to lepszy plan? — Mieszko podniósł głos, rzadki u niego znak złości. — Wjechać w ziemię Wieletów bez zwiadowców, bez zaopatrzenia, bez wiedzy gdzie jest wróg? Siemomysł próbował tego czterdzieści lat temu. Pamiętasz jak to się skończyło?
— Ojciec wygrał tę bitwę!
— Ojciec stracił połowę drużyny w zasadzce przy brodzie i ledwo wrócił żywy! — Mieszko obszedł stół i stanął naprzeciwko mnie, jego twarz blisko mojej, oczy płonące gniewem którego nie okazywał publicznie. — Nie powtórzę jego błędu. Nie stracę trzech tysięcy jeźdźców bo mój brat nie umie czekać.
— Więc pozwolisz Wieletom palić nasze osady bez odpowiedzi? — Głos wyrwał mi się z gardła ochrypły z furii. — Pozwolisz im myśleć że Polanie to tchórze którzy kryją się za murami?
— Pozwolę im myśleć co chcą przez kilka dni, dopóki nie będę wiedział gdzie i jak ich uderzyć. — Mieszko cofnął się o krok, a jego twarz znowu przybrała ten kamienny wyraz który tak mnie irytował. — To się nazywa ostrożność, bracie. Nie tchórzostwo.
— Brzmi jak tchórzostwo.
Słowa wyszły ze mnie zanim zdążyłem je zatrzymać, i zobaczyłem jak oczy Mieszka zwężają się, jak mięśnie jego szczęki napinają się, jak dłonie zaciskają się w pięści, i przez chwilę myślałem że mnie uderzy, myślałem że staniemy tu we dwóch jak wtedy gdy byliśmy dziećmi i kłóciliśmy się o drobiazgi, ale Mieszko tylko odetchnął głęboko, zamknął oczy na moment, i gdy je otworzył, gniew zniknął, zastąpiony czymś zimniejszym, czymś co bolało bardziej niż wściekłość.
— Wyjdź — powiedział Mieszko cicho. — Wróć gdy będziesz mógł mówić jak dorosły człowiek, nie jak urażony szczeniak.
Chciałem odpowiedzieć, chciałem powiedzieć mu że się myli, że jestem dorosłym człowiekiem który widział więcej bitew niż on, który dowodzi trzema tysiącami jeźdźców, który wie jak wygląda wojna z bliska, nie zza murów grodu, ale słowa utkwiły mi w gardle, i zamiast tego odwróciłem się na pięcie i wyszedłem, trzaskając drzwiami za sobą tak mocno że echo poniosło się po całym grodzie.
------------------------------------------------------------------------
Za drzwiami komnaty stali słudzy i wartownicy którzy na pewno słyszeli każde słowo, każdy krzyk, każde trzaśnięcie kubkiem o stół, i widziałem jak spuszczają oczy gdy przechodziłem obok nich, jak udają że nic nie słyszeli choć słyszeli wszystko, i wiedziałem że zanim słońce zajdzie cały gród będzie wiedział że książęcy bracia pokłócili się o Wieletów, że Czcibor nazwał Mieszka tchórzem, że drzwi trzasnęły jak grzmot przed burzą.
Szedłem przez dziedziniec nie patrząc na nikogo, gniew wciąż buzował we mnie jak kotłująca się woda, dłonie trzęsły mi się z furii i z czegoś innego, z poczucia bezsilności które znałem i którego nienawidziłem, bezsilności młodszego brata który musi słuchać starszego nawet gdy starszy się myli, bezsilności dowódcy który ma trzy tysiące wojowników ale nie może ich użyć bez pozwolenia.
Strzeszek czekał na mnie przy wejściu do koszar drużyny, jego twarz jak zwykle pozbawiona wyrazu, oczy jak kamienie w potoku patrzące na mnie bez osądzania i bez współczucia, i nie powiedział nic, po prostu stanął obok mnie gdy przechodziłem, i poszedł za mną gdy skierowałem się do swojej izby, i ta milcząca obecność była dziwnie kojąca, ta wiedza że ktoś jest obok nawet gdy cały świat wydaje się być przeciwko mnie.
— Odmówił — powiedziałem gdy byliśmy sami w mojej izbie, małym pomieszczeniu z łóżkiem, skrzynią na rzeczy i hakiem na kolczugę. — Chce wysłać zwiadowców. Chce czekać.
— Widziałem to wcześniej — odpowiedział Strzeszek, siadając na skrzyni bez pytania o pozwolenie, bo między nami takie pytania były zbędne, bo znaliśmy się zbyt długo na formalności.
— I co wtedy zrobiliście?
— Czekaliśmy. — Strzeszek wzruszył ramionami. — Albo nie czekaliśmy i zginęli ludzie którzy nie musieli zginąć. Obie opcje są do dupy.
Prychnąłem, siadając na łóżku naprzeciwko niego, i schowałem twarz w dłoniach, i przez chwilę pozwoliłem sobie na słabość której nie pokazywałem nikomu, na zmęczenie i frustrację i gniew który nie miał ujścia, i Strzeszek siedział w milczeniu i czekał, bo wiedział że nie potrzebuję słów, że potrzebuję tylko chwili żeby się pozbierać.
— Nazwałem go tchórzem — mruknąłem przez palce.
— Słyszałem.
— Wszyscy słyszeli.
— Tak.
Podniosłem głowę i spojrzałem na Strzeszka, na jego twarz pełną blizn, na oczy które widziały więcej śmierci niż ja kiedykolwiek zobaczę, i chciałem zapytać go co powinienem zrobić, ale wiedziałem że nie odpowie, że nigdy nie mówi mi co mam robić, że tylko słucha i czeka i wykonuje rozkazy gdy je wydam.
— Idę do drużyny — powiedziałem, wstając. — Muszę się napić.
— Tak, panie.
------------------------------------------------------------------------
Słońce zachodziło za murami grodu, barwiąc niebo na czerwono i pomarańczowo, i cienie wydłużały się na dziedzińcu gdzie wojownicy rozpalali ogniska i siadali w kręgach żeby jeść i pić i opowiadać historie które słyszeli setki razy i które wciąż słuchali z takim samym zainteresowaniem jak za pierwszym razem.
Usiadłem przy ognisku gdzie siedziała moja najbliższa drużyna, Strzeszek po mojej prawej, Gniewosz po lewej, Bolesław setnik naprzeciwko, Wojsław stary wojownik obok niego, i nikt nie komentował mojego milczenia, nikt nie pytał o kłótnię z Mieszkiem, po prostu siedzieli i jedli kaszę z mięsem i pili piwo z drewnianych kubków, i czekali aż będę gotowy mówić.
Wojsław był najstarszy z nas wszystkich, jego włosy siwe, broda siwa, twarz poorana zmarszczkami jak ziemia po ulewach, ale oczy wciąż jasne i przenikliwe, oczy człowieka który pamiętał czasy których my nie pamiętaliśmy, który służył mojemu ojcu i jego ojcu przed nim, który widział jak Polanie rośli z małego plemienia w siłę której wszyscy się bali.
— Pamiętam — odezwał się Wojsław po długiej ciszy, jego głos niski i szorstki od starości i od krzyków na polach bitew — jak Siemomysł wrócił z wyprawy na Wieletów, tej pierwszej wielkiej wyprawy gdy byłem młodszy niż ty teraz, Gniewosz.
Gniewosz pochylił się do przodu, oczy błyszczące ciekawością, i ja też poczułem jak coś we mnie się budzi, coś co chciało słuchać o ojcu, o czasach gdy wszystko było prostsze, gdy wróg był wrogiem i zabijało się go bez pytania o pozwolenie.
— Jaki był? — spytał Gniewosz. — Siemomysł?
— Jak burza. — Wojsław uśmiechnął się, pokazując dziąsła gdzie brakowało połowy zębów. — Wjeżdżał pierwszy w każdą bitwę, wyjeżdżał ostatni, a jego miecz był czerwony od krwi od świtu do zmierzchu. Nie pytał o pozwolenie, nie czekał na rady, widział wroga i atakował, i Polanie szli za nim bo wiedzieli że gdzie Siemomysł, tam zwycięstwo.
— I tak zginął — mruknął Strzeszek, nie patrząc na nikogo.
— Nie — zaprzeczył Wojsław. — Umarł w łóżku, stary i chory, otoczony synami i wnukami. Ale wielu tych którzy szli za nim zginęło, to prawda. Wielu dobrych wojowników leży w ziemi wieleckiej bo Siemomysł nie czekał gdy powinien czekać, nie myślał gdy powinien myśleć.
Zrobiło mi się nieswojo, jakby Wojsław mówił o mnie, jakby te słowa o ojcu były tak naprawdę przestrogą dla syna, i spojrzałem na starego wojownika ale jego twarz była niewinna, oczy skupione na ogniu, głos spokojny jak zawsze.
— Ale wygrywał — powiedziałem.
— Wygrywał bitwy. — Wojsław wzruszył ramionami. — Przegrywał ludzi. Czy warto wygrać bitwę gdy tracisz połowę drużyny? Czy warto spalić osadę gdy twoi ludzie nie wracają do domów?
Nie odpowiedziałem, bo nie znałem odpowiedzi, bo te pytania były zbyt trudne i zbyt niewygodne, bo sugerowały że może Mieszko ma rację, że może ostrożność to nie tchórzostwo, że może warto czekać kilka dni żeby uratować setki ludzi którzy zginą w niepotrzebnej zasadzce.
Ale gniew wciąż płonął we mnie, gniew na Wieletów którzy spalili nasze osady, gniew na Mieszka który kazał czekać, gniew na samego siebie że siedzę tu i piję piwo zamiast robić cokolwiek, i ten gniew był silniejszy niż logika, silniejszy niż doświadczenie starego Wojsława, silniejszy niż wszystko co słyszałem i widziałem.
— Opowiedz mi o tej wyprawie — powiedziałem, zmieniając temat, bo nie chciałem myśleć o Mieszku i o czekaniu, chciałem słuchać o czasach gdy wszystko było prostsze. — O tej pierwszej wyprawie na Wieletów.
Wojsław uśmiechnął się, ten stary uśmiech człowieka który wie że go słuchają, który czuje się potrzebny gdy opowiada historie z przeszłości, i zaczął mówić, a ja słuchałem, i piwo płynęło, i ogień trzaskał, i noc zapadała nad grodem, i przez chwilę mogłem zapomnieć o wszystkim poza głosem starego wojownika i obrazami które malował słowami.
— Wyjechaliśmy o świcie — zaczął Wojsław — dwa tysiące jeźdźców, najlepsza drużyna jaką Polanie kiedykolwiek mieli, i Siemomysł na czele na swoim czarnym koniu, z włócznią w ręce i pieśnią na ustach...
I słuchałem, i inni słuchali, i noc ciągnęła się powoli, i gdzieś w mojej głowie, w miejscu którego nie chciałem dotykać, zaczynała kiełkować myśl, myśl niebezpieczna i kusząca, myśl która nie chciała odejść bez względu na to jak bardzo próbowałem ją zignorować.
Myśl o tym, żeby nie czekać na Mieszka.
Myśl o tym, żeby wyruszyć samemu.
------------------------------------------------------------------------
Noc była głęboka gdy ognisko zaczęło dogasać, gdy Gniewosz zasnął z głową na ramieniu Bolesława, gdy Wojsław zamilkł wreszcie po godzinach opowieści, gdy Strzeszek siedział w milczeniu patrząc na żar jakby szukał w nim odpowiedzi na pytania których nigdy nie zadawał.
Wokół nas gród zasypiał, światła gasły w oknach, straże chodziły po murach powolnym krokiem ludzi którzy wiedzą że noc będzie spokojna, że wrogowie są daleko, że jutro będzie kolejny dzień taki sam jak dzisiejszy, i ta rutyna która zwykle mnie uspokajała teraz mnie irytowała, ta pewność że nic się nie zmieni, że będziemy czekać i radzić i dyskutować gdy Wieleci rabują i zabijają naszych ludzi.
— Strzeszek — odezwałem się cicho, tak żeby nie obudzić śpiących wokół ogniska.
— Panie?
— Ile ludzi moglibyśmy zebrać bez budzenia całego grodu?
Strzeszek nie odpowiedział od razu, tylko spojrzał na mnie tymi swoimi kamiennymi oczami, oczami które widziały wszystko i nie komentowały niczego, i wiedziałem że rozumie co pytam, wiedziałem że wie do czego zmierzam, i czekałem na jego reakcję, na sprzeciw lub zgodę lub cokolwiek co pomoże mi podjąć decyzję.
— Pięciuset, może sześciuset — powiedział wreszcie. — Bez szumu. Więcej wymagałoby organizacji.
— To za mało.
— Za mało na co, panie?
Zawahałem się, bo powiedzenie tego głośno uczyniłoby to prawdziwym, uczyniłoby to planem zamiast fantazją, uczyniłoby to początkiem czegoś co mogłem już nie kontrolować, ale gniew we mnie był silniejszy niż ostrożność, gniew i duma i coś innego, coś co kazało mi udowodnić Mieszkowi że się myli, że ostrożność to tchórzostwo, że Polanie nie czekają gdy wróg jest na ich ziemi.
— Na nic — powiedziałem. — Na razie na nic. Po prostu pytam.
Strzeszek skinął głową, nie komentując, i wróciliśmy do milczenia, i ogień dogasał powoli, i noc ciągnęła się nad grodem, i ja siedziałem przy żarze myśląc o rzeczach o których nie powinienem myśleć, planując rzeczy których nie powinienem planować, rozważając opcje które mogły kosztować mnie wszystko — pozycję, honor, może życie — ale które kusiły mnie bardziej niż cokolwiek od czasu gdy wróciłem z Radoszyc z krwią na mieczu i cieniem w sercu.
Może wyprawa jest właśnie tym czego potrzebuję, pomyślałem. Może walka zmyje krew której nie mogę zmyć, może zemsta na Wieletach da mi spokój którego nie mogę znaleźć, może jeśli zabiję wystarczająco wielu wrogów, przestanę widzieć twarz tej kobiety gdy zamykam oczy.
A może po prostu chciałem udowodnić bratu że jestem równy jemu, że nie jestem szczeniakiem którego można odesłać z komnaty, że miecz w mojej ręce jest tak samo ciężki jak korona na jego głowie.
Nie wiedziałem. Nie byłem pewien. Ale myśl nie chciała odejść, myśl o samodzielnej wyprawie, o jeźdźcach które poprowadzę na zachód bez pytania o pozwolenie, o zemście którą wymierzę własnymi rękami, i ta myśl była jak żar w ognisku — wydawała się mała i niegroźna, ale mogła rozpalić pożar który spali wszystko co znam.
Patrzyłem na żar i myślałem, i noc trwała, i gdzieś na zachodzie Wieleci pewnie też siedzieli przy ogniskach, pili i świętowali łupy które zrabowali z naszych osad, śmiali się z Polan którzy nie potrafili ich powstrzymać, planowali kolejne najazdy na ziemię której nie potrafiliśmy obronić.
I gniew we mnie rósł, cichy i cierpliwy jak ogień pod popiołem, czekający na moment gdy ktoś doda drewna i pozwoli mu wybuchnąć pełnym płomieniem.
Ten moment nadejdzie, wiedziałem. Pytanie było tylko kiedy.