-
nowość
-
promocja
Krew i kość. Imperium Malazańskie. Tom 5 - ebook
Krew i kość. Imperium Malazańskie. Tom 5 - ebook
Kolejna epicka opowieść o dziejach Malazu, napisana przez przyjaciela Stevena Eriksona i współtwórcę tego fascynującego świata.
W Darudżystanie, mieście snów, mieście błękitnego ognia, wreszcie zapanował pokój. Jego mieszkańcy mogą wrócić do polityki, handlu, swarów, a przede wszystkim cieszenia się życiem. Są jednak tacy, którzy nie pozwolą, by zapomniano o przeszłości. Uczony prowadzący wykopaliska na równinach natrafia na zamkniętą starożytną kryptę. Kupiec imieniem Skromny Wkład knuje spiski mające przepędzić resztki malazańskich najeźdźców. A ocalali agenci dawno obalonej mocy uświadamiają sobie, że zmiany, do których doszło, otwierają przed nimi szansę. Tymczasem w centrum wydarzeń gruby złodziej w czerwonej kamizelce chodzi po ulicach, w jednej ręce dzierżąc ciastko, a w drugiej losy miasta.
Daleko na południu ogromny Odprysk Księżyca rozbił się na Morzu Rivańskim, tworząc łańcuch wysepek, będący marzeniem wszystkich poszukiwaczy skarbów. Malazański weteran posługujący się pseudonimem „Rudy” postanawia spróbować tam szczęścia i być może również pożegnać się ze starymi przyjaciółmi. Znajduje jednak więcej niż się spodziewał, a poszukiwanie skarbów zmienia się w szalony, krwawy chaos. Zebrały się tam moce z całego świata, poszukujące legendarnego Tronu Nocy. Skutki tych wydarzeń sięgają daleko. Na niewielkiej wyspie u brzegów Genabackis lud, który odwrócił się plecami do podobnych pragnień, kieruje zamaskowane twarze ku kontynentowi i przypomina sobie stare proroctwo o powrocie.
A co z byłą szponką Imperium Malazańskiego, wędrującą teraz po najdalszych brzegach stworzenia? Jej misja – której sukces bądź porażkę już dawno przepowiedziała Królowa Snów – będzie miała znacznie większe znaczenie niż jej się zdaje.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-67-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Z wioski w Królestwie Taumaturgów
SAENG: Potomkini miejscowej kapłanki
HANU: Jej brat
Z wioski w Himatanie
OROTH-EN: Starszy wioski
URSA: Wojowniczka
Górscy bandyci
KENJAK ASHEVAJAK: Władca bandytów
LOOR-SAN
MYINT
THET-MUN
Taumaturdzy
GOLAN: Dowódca Armii Sprawiedliwej Kary
U-PRE: Jego zastępca
CIERŃ: Profesjonalny skryba armii
WARIS: Oficer armii
PON-LOR: Nowo wyszkolony taumaturg
TUN: Nadzorca (odpowiednik sierżanta)
SURIN: Pierwszy mistrz Kręgu Rządzącego
Słudzy Ardaty
RUTANA: Czarownica
NAGAL: Wojownik Citravaghra: „Człowiek-lampart”
Varakapi: „Człowiek-małpa”
Z plemion Adwami
JATAL: Książę Hafinajów
ANDANII: Księżniczka Vehajarwi
GANELL: Wódz Awamirów
SHER’ TAL: Władca koni Saarów
PINAL: Władca koni Hafinajów
WÓDZ WOJENNY: Dowódca najemników
SCARZA: Jego zastępca
Zaprzysiężeni z Karmazynowej Gwardii
K’AZZ D’AVORE: Dowódca
BLASK: Kapitan
GWYNN: Mag, kiedyś z kompanii Oprawcy
LOR-SINN: Mag
TURGAL
COLE
AMART
Wyłączeni ze Ślubów
OPRAWCA: Kapitan
HIACYNT: Porucznik
MARA: Mag
PŁATEK: Mag
CZERWONY: Mag
SHIJEL: Zbrojmistrz
CZARNY MNIEJSZY
HIST
LEUTHAN
Malazańscy najemnicy
YUSEN: Kapitan
BURASTAN: Porucznik
MURK: Mag
KWAŚNY: Mag
STAJENNY: Żołnierz
GARBARZ: Żołnierz
DEE: Żołnierz
SŁODZIAK: Zwiadowca
Inni
ARDATA: Znana też jako Królowa Czarownic
KRÓLOWA SNÓW: Znana też jako Czarodziejka albo T’riss
INA: Seguleh, jedna z tysiąca najlepszych, Jistarii
KRÓLOWA CZAROWNIC: Znana też jako Królowa Potworów albo Ardata
STARZEC KSIĘŻYC: Stary mężczyzna
RIPAN: Jeden z jego potomstwa
SIOSTRA ZŁOŚLIWOŚĆ: Córka Draconusa
OSSERC: Tiste Liosan, czczony przez niektórych jako bóg nieba
GOTHOS: JaghutPROLOG
W trzecim księżycu trzeciego roku Wielkiej Suszy wypłynęliśmy na morze u ujścia rzeki nieopodal Świętego Ubarydu. Piętnastego dnia trzeciego księżyca dotarliśmy na wyspę barbarzyńskich Falarczyków. W dalszej drodze nękały nas niekorzystne wiatry, które opóźniły nasze przybycie. Jeszcze dalej natknęliśmy się na zdradzieckie pola lodowe, przez które mogliśmy żeglować jedynie z największą ostrożnością. Dopiero w jedenastym księżycu zarzuciliśmy wreszcie kotwicę u ujścia wielkiej rzeki. Z pewnością tak krótka wizyta nie pozwoliła nam poznać wszystkich zwyczajów i osobliwości tej krainy, ale przynajmniej możemy opisać jej zasadnicze cechy.
Ular Takeq
_Zwyczaje starożytnego Jakal-Uku_
Dżunglami Jacuruku władały duchy. Saeng przypominała sobie, że kiedyś nie spała przez całą noc, wytężając słuch, by zrozumieć ich szepty. Czasami wydawały się jej bardziej kuszące niż własne sny. W jednym ze swych najstarszych wspomnień szła sama pośród skąpanych w blasku księżyca liści, szukając źródła głosu dżungli. Tylko dziecko mogłoby być tak spokojne i nieustraszone. Pamiętała, że po jakimś czasie czyjaś ręka poprowadziła ją poprzez gęste paprocie i kępy wilgotnej trawy z powrotem do wioski. Tam matka natychmiast wzięła ją w objęcia i przytuliła do chudej klatki piersiowej. Twarz miała mokrą od łez. Saeng spokojnie wytłumaczyła jej, że wszystko jest w porządku. Nie było powodu do płaczu. Przyjaciółka odprowadziła ją do domu.
Rzecz jasna, wszyscy później przysięgali, że widzieli, jak wróciła sama z mroku.
Od tego czasu nigdy już nie obawiała się nieprzeliczonych mil dżungli otaczających wioskę. To było niebezpieczne i musiała przyznać, że raczej lekkomyślne podejście w krainie, gdzie drzewa zdobiły girlandy kwiatów i chustki modlitewne ku czci niezliczonych duchów, niespokojnych umarłych, widm, dawno zapomnianych bogów i stanowczo zbyt wielu zaginionych dzieci oraz dorosłych.
Z czasem nauczyła się zakradać do lasu, gdy tylko miała okazję. Pośród zwisających lian i liści wilgotnych od nocnej mgły przychodziły do niej dawne duchy krainy. Dowiedziała się od nich wielu rzeczy, o których dawno już zapomniano. Gdy rankiem wracała z wędrówki po leśnych ścieżkach, jej nogi pokrywały źdźbła trawy oraz błoto, a we włosach miała pajęczyny. Z początku matka biła ją i krzyczała.
– Nie jesteś nisko urodzoną córką wieśniaka! – wołała. – Pochodzimy ze starożytnej rodziny kapłanek i jasnowidzących!
Podczas południowego posiłku matka często ściskała jej dłonie i powtarzała zawsze tę samą opowieść:
– Saeng – zaczynała, jakby czuła się nią rozczarowana. – Nasza rodzina dochowała wierności starej wierze. Nie tak, jak ciemni głupcy, którzy nas otaczają, padający na twarz przed bożkami, fetyszami i amuletami. Wszyscy powtarzają przesądne bzdury o boginiach ziemi, zwierzęcych bogach, przeklętym królu-bogu albo Czarownicy. Wszystko to tylko puste słowa albo nawet coś gorszego. Kobiety z naszej rodziny pochodzą od starożytnych kapłanek Nieba i Słońca! Czcimy Światło. Pamiętaj o tym. Światło, które daje początek wszelkiemu życiu!
W takich chwilach matka próbowała patrzeć jej w oczy, jakby błagała córkę o zrozumienie, ale Saeng zawsze odwracała wzrok.
– Tak, mamo – mamrotała tylko.
W końcu matka dała sobie spokój z tymi błaganiami i pozwoliła jej wędrować po otaczającym je wielkim zielonym labiryncie w poszukiwaniu szepczących głosów.
Z biegiem lat Saeng uczyła się coraz więcej. Zdała sobie sprawę, że potrafi przywoływać szepczące głosy, i uświadomiła sobie, że są one budzącymi lęk duchami ziemi i przodków, Nak-ta. Jej moc rosła i przybywały teraz do niej duchy z coraz odleglejszej przeszłości. Wymagało to od niej ciągłego udoskonalania umiejętności. Dzięki szeptom tych niespokojnych umarłych nauczyła się rozkazywać zwierzętom, rozumieć głosy wiatru, oszukiwać zmysły oraz czerpać wiedzę z samej ziemi. Gdy była bliska snu, odnosiła wrażenie, że zbliżają się do jej uszu i szepczą do nich mroczne tajemnice. Starożytne, zakazane zaklęcia, zapomniane, śmiercionośne osłony oraz sztuka panowania nad zakamarkami ludzkiego umysłu.
Początkowo nie zwracała na to uwagi, mimo że cienie zbliżały się coraz bardziej i trudniej jej było je lekceważyć. Aż wreszcie, pewnej nocy, mroczna, pazurzasta łapa jednego z nich zacisnęła się na jej ramieniu.
– _Wielki król będzie z ciebie zadowolony_ – wyszeptał cień głosem brzmiącym jak szelest liści na wietrze.
Przypomniała sobie szok, jaki poczuła po lodowatym dotknięciu.
– Wszystko to obróciło się w proch już przed wiekami.
– _Nie. To dzieje się teraz. Przestań opowiadać głupoty._
Duch zaczął się zapadać w wilgotny grunt, ciągnąc ją za ramię.
Nagły krzyk wstrząsnął nią jeszcze bardziej. Gałąź przeszyła cień, rozpraszając go. Leżąca na ziemi Saeng ujrzała swego starszego brata, Hanu, który rozglądał się, ściskając w ręce gotową do ponownego użytku gałąź. O dziwo, dziewczyna poczuła jedynie oburzenie.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała.
Pociągnął ją na nogi.
– A jak ci się zdaje? Poszedłem za tobą. I dzięki za to przodkom.
– Słucham? – Odsunęła się od niego tanecznym krokiem. – Jak często to robisz?
Wzruszył w półmroku szerokimi ramionami.
– Kiedy tylko mogę. Ktoś musi mieć na ciebie oko, kiedy oddajesz się dzikim duchom.
– Potrafię nad nimi zapanować.
– Najwyraźniej nie potrafisz.
– Ten mnie zaskoczył. To wszystko. – Nagle nasunęła się jej pewna myśl. Podeszła bliżej, przygryzając wargę. – Nie… nie powiesz matce, prawda?
– Na Wielką Czarownicę, pewnie, że nie powiem. Ma wystarczająco wiele zmartwień.
– No cóż… nie możesz mnie powstrzymać.
– To również jest oczywiste.
Skrzyżował na piersi muskularne ramiona, spoglądając na siostrę.
Uniosła wyzywająco podbródek i zobaczyła, że po jego twarzy i ramionach spływają strużki wilgoci. Dzięki swym talentom wyczuła łomotanie jego serca oraz strumień szybko płynącej krwi.
Jest przerażony, uświadomiła sobie. Panicznie boi się nocy, tak samo jak oni wszyscy. Ale poszedł za mną. Żeby zapewnić mi bezpieczeństwo.
Hanu dyszał ciężko, wpatrując się w głębokie leśne cienie.
– Przynajmniej obiecaj, że następnym razem mnie obudzisz, dobra? Że nie pójdziesz do lasu sama. – Spojrzał na nią błagalnie. – Proszę.
Jak mogła mu odmówić? Z jej twarzy zniknęła nieustępliwość.
– Tak, Hanu. Obiecuję.
* * *
W ciągu następnego roku zawsze wyglądało to tak samo. Budziła brata i razem wykradali się do dżungli, gdzie nawiązywała więź z bytującymi tam dzikimi duchami Nak-ta. A także ze znacznie starszymi, tymi od kamieni, strumieni i wiatru. Każdej nocy siedziała godzinami, pilnie strzeżona przez Hanu, i rozmawiała z istotami, których on nie widział. Z czasem uświadomiła sobie, że choć może ją obronić przed wszelkimi fizycznymi niebezpieczeństwami, jest bezbronny wobec przymusów i uroków. Dlatego potajemnie rzucała na niego zaklęcia broniące przed podobną magią.
– Z kim rozmawiasz? – pytał od czasu do czasu, siedząc ze skrzyżowanymi nogami pod drzewem.
– Ze starymi umarłymi – odpowiadała.
– Nie boisz się?
– Nie. Oni nie żyją.
Zdziwiony Hanu uniósł ręce nad głowę.
– W takim razie dlaczego stąd nie odejdą?
– Gniewają się. Tylko gniew ma moc potrzebną, by przykuć stopy duchów do ziemi.
Łypnął na nią złowrogo. Bał się, ale nie chciał się do tego przyznać. Z upływem miesięcy coraz częściej czynił jej wyrzuty.
– Nie powinniśmy tu przychodzić – powtarzał. – To niebezpieczne.
Miał rację, ale z zupełnie innego powodu, niż wydawało się mieszkańcom wioski.
Pewnej nocy siedziała na skraju dusznej, bagnistej niecki i rozmawiała z cieniem kobiety, którą utopiono w tym miejscu. Według niej kiedyś był tu wielki zbiornik wodny. Zapewniała, że woda w nim była czysta, a głębokość przewyższała wzrost wysokiego mężczyzny. Czekający między drzewami tuż obok Hanu wymachiwał wielką gałęzią, udając jednego ze starożytnych królów-wojowników.
– Utopiono? – zapytała Saeng. – Jak to utopiono?
– _Przywiązali do mnie ciężkie kamienie i wrzucili mnie do wody_ – odpowiedziała zjawa.
Saeng stłumiła przekleństwo. Czasami umarli wszystko traktowali dosłownie.
– Pytałam: dlaczego to zrobili.
– _Byłam kapłanką starej wiary._
– Starej wiary? To znaczy… – Saeng ściszyła głos – …przeklętego króla-boga?
– _Nie_ – odpowiedział jej beznamiętny głos ducha. – _Nie jego. To na jego rozkaz zabili mnie i spalili świątynię. Mówię o starożytnej religii. Kulcie Światła. Wielkiego Słońca._
Saeng odskoczyła raptownie od skraju bagna. Po raz pierwszy coś, co usłyszała od któregoś z duchów, wniknęło głęboko w jej serce.
U jej boku pojawił się Hanu.
– Co to jest? – zapytał.
Saeng uniosła dłoń do gardła.
– Duch – zdołała wykrztusić. Na starożytnych! Czyżby matka od początku miała rację? – To kobieta, która podaje się za kapłankę starej wiary.
Jej brat machnął lekceważąco ręką.
– Której? One mnożą się jak muchy.
Saeng wpatrywała się w niego nieustępliwie, aż wreszcie ściągnął brwi.
– Nie… – wydyszał, ale jego siostra skinęła z przekonaniem głową.
– Tej, o której ciągle mówi matka…?
– _Tej samej wiary, która płynie w naszej krwi_ – dobiegł zza jej pleców głos cienia i Saeng znowu podskoczyła. Zwróciła się w stronę kobiety.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Kto to jest? – zapytał Hanu, rozglądając się wkoło.
Duch uniósł rękę, wskazując na dżunglę.
– _A teraz nadchodzi dla ciebie czas próby. Czas podjęcia decyzji. Pamiętaj o wszystkim, czego cię nauczono._
Saeng spojrzała ze zdumieniem na kobietę.
– Słucham? Czego mnie nauczono? Co masz na myśli?
Kobieta splotła przed sobą dłonie. Saeng miała wrażenie, że patrzy na nią jak na własną córkę.
– _Doprawdy, dziecko. Chyba nie myślisz, że wezwano cię tu bez powodu?_
– Co to jest? – wyszeptał Hanu, nie dając za wygraną.
– Wezwano?
Cień rozproszył się już niczym dym. Zwróciła się w stronę brata.
– Sugerowała, że coś się zbliża.
Zmarszczył brwi, zastanawiając się.
– Zbliża się Dzień Wyboru – stwierdził.
Oczywiście. Dzień Wyboru. Jej serce zawahało się nagle, jakby ktoś spróbował zacisnąć na nim dłoń.
– Nie możesz tam iść.
Żachnął się na te słowa.
– To obowiązkowe, Saeng. Jeśli się nie zjawię, aresztują nas wszystkich. Na starożytnych, wszyscy nasi sąsiedzi postarają się o to!
Saeng rozumiała go. Prawda nie była przyjemna, ale lepiej, żeby wybrano kogoś z innej rodziny niż któregoś z nich.
* * *
Miesiąc później przez ich prowincję przeszedł orszak sprawujących władzę taumaturgów. W końcu reprezentant dotarł nawet do ich pozbawionej znaczenia wioski. Podróżował w wielkiej lektyce z lakierowanego drewna, wyposażonej w białe, jedwabne zasłony. Eskortowało go dwudziestu żołnierzy.
Saeng stała obok matki w tłumie wieśniaków poganianych ostrymi ukłuciami kijów żołnierzy. Mężczyźni w odpowiednim wieku ustawili się po drugiej stronie. Bała się o Hanu, ale tylko trochę, minęło bowiem wiele lat, odkąd ostatnio wybrano jednego z synów wioski.
Lektykę postawiono na ziemi i wysiadł z niej teurg. Miał na sobie piękny strój – wiele warstw jedwabiu barwy najgłębszego morskiego błękitu oraz złotych kwiatów. Był niski i nieco grubawy. Dzierżył jednak wszechpotężną buławę z kości słoniowej, symbol swego urzędu. Trzymał ją niedbale w upierścienionej dłoni i podrzucał od czasu do czasu.
Saeng przyszło na myśl, że znudził się swoją pracą i po prostu odbębnia zlecone zadania. Wypełniła ją gorejąca nienawiść do niego, zapewne równie silna, jak jego nienawiść do ich rozpaczliwej nędzy, tanich, zabłoconych łachmanów oraz odpowiedzialności, która odciągała go od spiskowania w stolicy, każąc mu podróżować do samego serca kraju.
Pobieżnie przyjrzał się zgromadzonym mężczyznom, po czym wrócił do chłodnego wnętrza lektyki.
Saeng odetchnęła z ulgą. Po raz kolejny nie wybrano nikogo z nich. Budzący lęk odlegli władcy raz jeszcze odwiedzili wioskę, odebrali należne podatki oraz dary, przyjrzeli się miejscowym mężczyznom i ruszyli w dalszą drogę, by wrócić dopiero wtedy, gdy koło ich nieszczęsnego losu wykona kolejny coroczny obrót.
Ale przedstawiciel władzy zatrzymał się nagle. Uniósł buławę i dotknął barku, tuż obok fałd tłuszczu pokrywających wygolony kark. Następnie wrócił do zgromadzonych mężczyzn i raz jeszcze przeszedł powoli wzdłuż szeregu. Gdy dotarł do Hanu, zatrzymał się. Okuta złotem buława z kości słoniowej podskakiwała na jego ramieniu. Pochylił się ku starszemu bratu Saeng, jakby go obwąchiwał. Nagle zatoczył się do tyłu niczym uderzony. Odwrócił głowę i jego czarne oczy przesunęły się po zgromadzonych wieśniakach. Spojrzał również na Saeng. Potem jego obwisłe policzki rozciągnęły się w pełnym okrutnej satysfakcji uśmiechu i dotknął buławą piersi Hanu. Ich matka zatoczyła się z krzykiem do przodu, ale Saeng w porę złapała ją za rękę.
Hanu skierował na nią zdumione spojrzenie. Gapił się na siostrę, gdy żołnierze wiązali mu ręce, i nie odzywał się ani słowem, dopóki nie pogonili go naprzód. Potem obejrzał się przez ramię.
– Nie martw się! – zawołał. – Będę cię chronił! Przysięgam! Przysięgam! – wołał raz po raz, aż żołnierze zaczęli szarpać go za więzy.
Matka płakała w jej ramionach, ale Saeng nie odwracała wzroku od brata i prowadzących go żołnierzy. Musiała patrzeć. Była mu to winna. Teurg, kimkolwiek mógł być – z pewnością jakimś drobnym biurokratą ze sprawującej władzę elity – wrócił do lektyki. Dziewczyna w końcu straciła brata z oczu. Zniknął razem z całą kolumną w gęstym listowiu, jakby dżungla połknęła go w całości.
W tej samej chwili, nadal podtrzymując zrozpaczoną matkę, poprzysięgła zemstę na nich wszystkich. Za ich ucisk, ich pogardę i daninę krwi, którą ściągali z jej ludu. Kim byli, żeby stawiać takie żądania? Powodować tak wiele cierpień i nieszczęść?
Sprawi, że spłoną. Przysięgła, że tak się stanie.
Cały czas słyszała też jednak cichszy głos wyszeptujący podejrzenie, które paliło jej duszę niczym kwas.
Nie wybraliby go, gdyby nie zaklęcia, które na niego rzuciłaś. Czyż to wszystko nie jest twoją winą?
* * *
Blask akurat była w porcie, gdy do jednego z nabrzeży w Przystani dowlókł się sfatygowany statek. Wyczuła, że jest w nim coś dziwnego, choć nie władała magią i nie miała dostępu do żadnej groty. Była jednak Zaprzysiężoną z Karmazynowej Gwardii i przed ponad stu laty ślubowała, że nie zaprzestanie walki z Imperium Malazańskim, dopóki będzie istniało. Z upływem lat odnosiła coraz silniejsze wrażenie, że te śluby dały jej nadnaturalne zdolności postrzegania i nadludzką siłę. Wyczuwała teraz rzeczy dawniej znajdujące się poza zasięgiem jej zmysłów. Na przykład ten skromny dwumasztowiec, czy raczej jego pasażerowie. Coś tam się kryło. To nie byli zwyczajni przybrzeżni kupcy, którzy zgubili drogę, albo rybacy, których zniosło z kursu. Po pokładzie tego statku kroczyła moc. Ruszyła ku niemu, choć miała tylko koszulę narzuconą na spodnie oraz długi nóż zatknięty za pas z tyłu.
Z pewnością byli to cudzoziemcy, ale nie potrafiła określić ich pochodzenia. Mieli proste, czarne jak noc włosy i przysadzistą budowę. Niewiele przerastali ją wzrostem, choć była bardzo drobna. Byli też ciemnoskórzy – od jasnoorzechowej barwy aż po głęboki kolor spalonej słońcem ziemi. Statek nie miał żadnych znaków ani godeł. Nie można było wątpić, że ma za sobą bardzo trudny rejs. Załoga zajęła się przygotowaniami do przybicia do brzegu. Choć Blask nie wiedziała zbyt wiele o żeglarstwie, miała wrażenie, że marynarzy powinno być zdecydowanie więcej. Chłopaki i dziewczyny kręcące się po porcie łapały rzucone cumy i pomagały rozwinąć trap z drewna oraz sznurów.
Pierwsza na ląd zeszła kobieta o uderzającym wyglądzie. Była jeszcze niższa od Blask i boleśnie chuda. Włosy otaczały jej głowę wielką, czarną chmurą. Miała na sobie luźną czarną suknię zakrywającą stopy. Na ramionach nosiła coś w rodzaju opasek, z których zwisały błyszczące amulety i talizmany. Więcej podobnych przedmiotów nosiła na licznych rzemieniach otaczających szyję – las grzechoczących błyskotek.
Omiotła Blask sceptycznym spojrzeniem i oznajmiła:
– Nie jesteś urzędnikiem portowym.
Mówiła po taliańsku całkiem nieźle.
– A ty nie jesteś kapitanem statku.
Na trapie pojawiła się kolejna postać, natychmiast odciągając uwagę Blask od kobiety – bardzo wysoki mężczyzna w licznych koszulach nałożonych jedna na drugą. Za pasem miał krzywy nóż. On również był ciemnoskóry, jak kobieta – skóra barwy żelaznego drewna, jak u mieszkańców Itko Kan, a nie prawdziwa dalhońska czerń. Długie włosy upiął na szczycie głowy jakąś wyrzeźbioną z kamienia zapinką. Grube deski trapu uginały się i skrzypiały pod jego ciężarem.
– To jedna z nich – mruknął, przyjrzawszy się z uwagą Blask.
Nie dostrzegała w jego oczach wyzwania, ale coś w nich ją niepokoiło. Ich tęczówki lśniły jak posypane złotym pyłem.
W oczach kobiety nagle pojawiła się ostrożność.
– Ach. Teraz rozumiem. Dałam się nabrać… sądziłam, że nikt z Isturé nie chciałby się pojawić w tak… niedbałym stroju.
Blask zmarszczyła brwi. Nie tylko dlatego, że mówiono o niej, jakby nie stała tuż obok dwojga cudzoziemców. To słowo… dlaczego podrażniło ją, jakby przeciągnięto jej po plecach tępym nożem.
Jednakże Blues wyjechał na północ i teraz ona pełniła obowiązki gubernatora. Pochyliła uprzejmie głowę.
– Wybaczcie, ale nie rozumiem. Co znaczy to słowo, którego użyłaś?
– Isturé. Tak nazywają was w naszej krainie.
– Nas?
– Zaprzysiężonych – odparła tamta, nawet nie próbując ukrywać niesmaku. – To znaczy w przybliżeniu „nieśmiertelny bies”.
Blask cofnęła się o krok. Jej dłoń odruchowo powędrowała do noża, który miała za pasem.
– Czego tu szukacie?
Kobieta rozpostarła dłonie w przepraszającym geście.
– Wybacz moją nadmierną nerwowość. Zlecono mi zadanie, którego podejmuję się z niechęcią. Przybywamy z ofertą dla waszej Karmazynowej Gwardii.
Blask rozluźniła się nieco. Marynarze wspinali się na olinowanie, by przygotować statek do koniecznych napraw. Nie nosili butów, a podeszwy ich stóp były czarne od smoły.
– Ofertą? – powtórzyła z niedowierzaniem w głosie. – A co to za oferta?
– Propozycja zatrudnienia.
Wreszcie zrozumiała. Potrząsnęła głową.
– Obecnie nie przyjmujemy kontraktów.
– Być może powinien o tym zdecydować wasz dowódca. K’azz.
– Obecnie… nie spotyka się z potencjalnymi zleceniodawcami.
– Z nami się spotka.
– Bardzo w to…
– Czy w tej wiosce jest jakaś gospoda albo zajazd?
Karmazynowa Gwardzistka zazgrzytała zębami, zła, że jej przerwano.
– Może lepiej by było, gdybyście zostali na pokładzie.
– Nie sądzę. Mam już serdecznie dość załogi. I oni mnie też.
To przynajmniej potrafię zrozumieć.
– Skoro nalegasz. – Skinęła dłonią, zapraszając dwoje cudzoziemców do pójścia za nią. – Mamy tu gospodę z kilkoma skromnymi pokojami… ale nie mogę zagwarantować, że was przyjmą.
Kobieta uśmiechnęła się niczym wilk, odsłaniając ostre jak igły zęby barwy kości słoniowej.
– Płacimy dobrym złotem, a oberżyści wszędzie są tacy sami.
Gdy wspinali się na łagodny stok, zmierzając do osady, Blask przedstawiła się przybyszom.
– Jestem Rutana – odpowiedziała kobieta. – A to jest Nagal – dodała, wskazując na podążającego za nimi powoli mężczyznę.
– Skąd przybywacie?
Parsknęła śmiechem.
– Z krainy, która leży niedaleko stąd, ale z pewnością nigdy o niej nie słyszałaś.
Już od dawna nikt nie nadużywał tak bardzo cierpliwości Blask.
– Przekonajmy się – zdołała odpowiedzieć spokojnie.
– Proszę bardzo. Niektórzy znają naszą ojczyznę jako Jacuruku.
Pomimo irytacji Blask była pod wrażeniem.
– Znam tę nazwę. Nigdy tam nie byłam, ale K’azz był.
– Tak mi powiedziano. Przekażesz K’azzowi naszą wiadomość.
Irytacja Blask ustąpiła miejsca zdumieniu nieprawdopodobną bezczelnością kobiety.
– Tak? – zapytała. – Niby dlaczego?
– Zrobisz to – odparła Rutana.
– A jak brzmi ta wiadomość?
Kobieta się zatrzymała. Łypnęła ze złością na Blask, jakby dopiero teraz zauważyła ton jej głosu. Zacisnęła mocniej rzemyki otaczające jej lewe ramię i skrzywiła się, być może czując nagły ból w starej ranie. Karmazynowa Gwardzistka dostrzegła, że zwisające z rzemienia amulety są trójkątnymi pudełeczkami. W każdym z nich znajdowała się maleńka figurka.
– Na nasze ziemie wtargnął Oprawca – wydusiła kobieta. – Powtórz mu to, Isturé. Klątwa zwana Oprawcą przybyła do naszej krainy.
* * *
Później Blask wezwała Lor-sinn i Gwynna, żeby porozmawiać o nowych przybyszach. Gwynn jak zwykle miał ponurą i kwaśną minę, był ubrany na czarno, rzadko się odzywał, a jeszcze rzadziej uśmiechał. Białe włosy, które niedawno mu wyrosły, sterczały na wszystkie strony. Blask z łatwością mogła sobie wyobrazić, że spędza wolny czas, siedząc sztywno i wpatrując się w ciemność, jakby sam czuwał przy własnych zwłokach. Druga z magów z jej kompanii, Lor-Sinn, nadal czuła się wyraźnie skrępowana, siedząc obok Blask na krzesłach zwykle zajętych przez Bluesa, Palczaka, Shell albo Dymka, który opuścił ich niedawno. Blask miała teraz okazję przyjrzeć się jej uważniej i zorientowała się, że kobieta powoli, lecz nieustannie traci pulchne kształty, które przyciągały uwagę wielu mężczyzn z kompanii.
Służący przynieśli zupę i Blask spojrzała na Lor.
– Nadal próbujesz skontaktować się z Czwartą w Assail?
– Tak jest, komendancie.
– Mów mi Blask.
– Hmm… tak, Blask. – Pochyliła się nad blatem. Zawsze lubiła rozmawiać o swojej pracy. – Ostatnio w zeszłym tygodniu. Mogłabym znowu spróbować otworzyć portal, jeśli sobie życzysz…
– Wolę nie ryzykować, Lor. Nie do Assail. Za wcześnie na tak drastyczne kroki. – Przeniosła spojrzenie na Gwynna. – A co z naszymi przyjaciółmi z Pierwszej?
Ponury nastrój maga pogłębiał się z każdą chwilą. Wpatrywał się w zupę, jakby miał przed sobą coś nierozpoznawalnego.
– Nasi goście twierdzą, że nadal są na Jacuruku, komendancie.
– Proszę, wystarczy Blask.
Gwynn pochylił głowę, a potem odłożył sztućce, jakby nagle zmienił zdanie, i wsparł podbródek na pięściach.
– Ta Rutana jest służką starożytnej Ardaty, zwanej przez niektórych Królową Czarownic.
Blask skinęła głową i skosztowała zupy. Była smaczna. Odłożyła łyżkę. Służący postawili przed nimi drugie danie – pieczone dzikie ptactwo. Wciągnęła w płuca jego zapach, a potem wyprostowała się i spojrzała w błyszczące, nieruchome oczy Gwynna.
– Niemniej zapewniasz mnie, że są wrogami Oprawcy.
– Bo są.
– Co próbujesz mi powiedzieć?
– Chcą nas wciągnąć w swoją wojnę. Byłem tam, komendancie, i widziałem ją na własne oczy. Stanowczo odradzam angażowanie się w ten konflikt.
– Rozumiem. Dziękuję za szczerą opinię. – Przeniosła spojrzenie na Lor. – A ty?
Użytkowniczka magii wzruszyła nadal krągłymi ramionami.
– To kwestia akademicka. Nikt nie wie, w której części kontynentu przebywa K’azz.
Blask spojrzała na małego pieczonego ptaka i skubnęła kawałek skórki.
– Wyślę wiadomość przez naszych nieżyjących Braciszków. Znajdą go.
– Ale może nie raczyć odpowiedzieć – zauważył Gwynn.
To było nieco zbyt szczere, pomyślała Blask, zaciskając w irytacji usta.
– Przekonamy się.
* * *
Znacznie później stanęła pośrodku swego apartamentu. Komnaty były kiedyś własnością członków dynastii, przed przybyciem Karmazynowej Gwardii władającej tą prowincją jako jednym z małych królestw Stratemu. Oficjalnie należały do Bluesa, gdyż to on piastował obecnie rotacyjne stanowisko gubernatora, a gdyby K’azz ich odwiedził, przypadłyby jemu. Nie miało jednak znaczenia, który z Zaprzysiężonych aktualnie tu mieszka. Umeblowanie było skromne – prycza do spania i biurko do pracy. To wszystko. Był tu też kufer podróżny, w którym Blask trzymała zbroję. Biczomiecz wisiał w głównym korytarzu na dole.
Przyglądała się ścianom z ciosanego kamienia oraz zakurzonym gobelinom z czasów dawnej dynastii, nadal butwiejącym na ścianach w miejscach, gdzie zastała je Gwardia, ale jej myśli ciągle wracały do irytującej kolacji. Nie chodziło o Gwynna i jego nieprzyjemne maniery, lecz o nieobecność K’azza. Ich dowódca czegoś unikał i ten fakt skłaniał ją do zastanowienia. W chwilach gdy nadal dopadały ją resztki próżności, wyobrażała sobie, że to jej unika, ale w innych momentach przeklinała go za ucieczkę przed odpowiedzialnością. Budowa jednolitego państwa od podstaw była bardzo trudnym zadaniem. Należało pilnować dróg, budować mosty i planować budowę nowych osad. Nie można było pozwolić, by o takich sprawach decydował ślepy przypadek. A K’azz zniknął, zostawiając to nudne zadanie innym. Podobny brak odpowiedzialności znacznie pogorszył jej opinię o nim. Otrząsnęła się, wpatrując się w mrok z zasępioną miną. Tak czy inaczej trzeba się będzie z nim skontaktować. Przywołała Braciszków.
Po chwili w pomieszczeniu pojawiła się mglista sylwetka o krzywych nogach. Prawa ręka zjawy kończyła się na wysokości łokcia. To był Przechył, mistrz oblężeń. Stracili go niedawno. Cień pochylił nieco głowę.
– _Blask_ – wydyszał.
Zdziwiła się, słysząc wypowiedziane na głos słowo.
– Mam wiadomość dla K’azza, Przechył.
– _Mogę ją dostarczyć_ – wycedził cień starego mężczyzny. – _Ale nie gwarantuję, że odpowie._
– Rozumiem. Przybyli do nas goście z Jacuruku. Ponownie odwiedził ich Oprawca i zdają się sugerować, że to my ponosimy za to odpowiedzialność.
– _Wyczuliśmy tych dwoje_ – wyszeptał Przechył. – _Ledwie można zwać ich ludźmi._
Zasępiła się, usłyszawszy te słowa.
– Przekażesz wiadomość?
– _Jasne. Już się za to biorę. Cieszę się, że mogłem cię zobaczyć, Blask._
Cień ruszył ku drzwiom, jakby musiał je otworzyć, żeby wyjść. Przeniknął jednak bez przeszkód przez grubo ciosane deski, zostawiając za sobą chmurę kurzu opadającego powoli na podłogę.
Zdziwiona Blask uklękła, dotknęła dłonią pyłu, a potem wyprostowała się i przyjrzała własnym palcom. Można by niemal pomyśleć, że Przechył nadal żyje. Nigdy dotąd nie widziała, by wokół sylwetki któregoś z Braciszków zbierał się kurz. Ale z drugiej strony często występował jako rzecznik poległych Zaprzysiężonych. Strzepnęła kurz z dłoni i wróciła za biurko.
* * *
Szczerze mówiąc, nie liczyła na odpowiedź. K’azz wyłączył ze Ślubów Oprawcę i tych, którzy opowiedzieli się po jego stronie. Już przed ponad rokiem wykluczył ich z szeregów Gwardii. Oprawca osobiście odpowiadał za swoje czyny, a kompania nie miała z nimi nic wspólnego… bez względu na to, co mieliby twierdzić inni. Goście mogli tu sobie czekać, jak długo zechcą. Nic im to nie da. W ciągu kilku następnych dni ignorowała ich, jednocześnie aprobując wszystkie prośby miejscowych kupców o pokrycie kosztów naprawy statku.
Dlatego cztery dni później poczuła się zaskoczona, gdy Ogilvy, jeden z regularnych żołnierzy, rekrut z Trzeciego Zaciągu, zapukał do jej drzwi i wszedł do środka, unosząc pokrytą bliznami, poobijaną dłoń do naznaczonego równie wieloma szramami bezwłosego czoła.
K’azz, pani – oznajmił ochrypłym głosem i pokłonił się jej, jakby była szlachetnie urodzona.
Wielokrotnie powtarzała mu, że wystarczy zasalutować, ale te maniery najwyraźniej głęboko zapisały się w jego jaźni. Kłaniał się jej nisko i tytułował ją panią, nawet kiedy mu mówiła, żeby tego nie robił. Po prostu musiała się do tego przyzwyczaić.
Skinęła głową i odesłała go, po czym odłożyła gęsie pióro i wstała od biurka, by zejść na dół. Zatrzymała się na moment przed lustrem z polerowanego brązu i przyjrzała swemu odbiciu. Niska smagła kobieta o długich, czarnych włosach splecionych w warkocz. Tak się składało, że miała na sobie długą suknię z brokatu, z rozcięciami i obszytą koronką na bokach. Była ciasna na górze i w rękawach, rozszerzających się dopiero przy nadgarstkach. Nie zastanawiała się nad tym przedtem, ale rezygnacja ze skórzanej kurty i aketonu świadczyła, że raczej poważnie traktuje swą rolę pełniącej obowiązki gubernatora.
Ale ta twarz! Zawsze taka poważna, dziewczyno. Nos spłaszczony jak u karczemnej dziewki wdającej się w bijatyki i w dodatku te cholernie cienkie wargi.
Skrzywiła się z niezadowoleniem.
Ale przynajmniej nikt nie umknie z wyciem w noc na mój widok.
Zresztą kogo to obchodziło? Otworzyła drzwi, złapała zawieszony na kołku sztylet w pochwie i zatknęła go sobie za pas z tyłu, a potem zeszła na dół krętymi schodami.
* * *
Znalazła go, gdy głaskał jednego ze swych kilku wierzchowców. Skórzany strój miał brudny po podróży, a wysokie mokasyny ciasno opięte wokół kolan. Rozczochrane włosy opadały mu na plecy i widziało się w nich pasemka siwizny. Odwrócił się, zanim zdążyła do niego podejść. Zatrzymała się. Po raz kolejny przeżyła szok na jego widok. Pamiętała go jako młodego mężczyznę, a teraz był stary. Z pewnością miał za sobą trudne czasy, bo jeszcze bardziej stracił na wadze. Oczy o bystrym wyrazie były zapadnięte, a wydatne kości policzkowe wydawały się ostre jak noże. Zapuścił brodę, również upstrzoną plamkami siwizny.
Jest stary. Postarzał się przedwcześnie. Przedwcześnie? Wszyscy jesteśmy starzy, dziewczyno! Masz ponad sto dwadzieścia lat!
Otrząsnęła się, podeszła bliżej, ujęła jego chłodne dłonie i ucałowała go w oba policzki.
– Witaj! Co się z tobą działo?
– Szukałem dróg prowadzących do jeziora Jorrick.
– Naprawdę zamierzasz je nazwać na jego cześć?
Uśmiechnął się.
– Czemu by nie? W Genabackis uważają go za bohatera.
– Hmm… pewnie tak. Zostaniesz tu na dłużej?
Błyszczące oczy, do tej pory wpatrujące się w nią uważnie, przesunęły się w bok.
– Być może. Wybacz, że zwaliłem ci na głowę całą papierkową robotę.
– Nie mnie, tylko Bluesowi.
– Ach! Nic dziwnego, że stąd uciekł. Masz o nich jakieś wieści?
– Być może dotarli już do Korelu.
– Zostało im tylko odnaleźć Kratę i uwolnić go ze Sztormowego Muru. O ile to rzeczywiście on. Wkrótce powinni wrócić.
– Powinnam była pójść z nimi. – Blues sobie poradzi. Jest najlepszy z nas. – Brakuje mi go. Ciebie też mi brakowało…
Na ogorzałej od wiatru skórze wokół oczu mężczyzny pojawiły się zmarszczki. K’azz opuścił wzrok.
– Mnie również brakowało was wszystkich. Co z tymi gośćmi?
Blask ruszyła ku otwartej bramie fortecy.
– Gwynn mówi, że to słudzy Ardaty.
K’azz szedł u jej boku, splatając dłonie za plecami.
– Tak. Wyczuwam ich obecność. Z pewnością zaliczają się do najpotężniejszych. W ten sposób przekazuje nam, że traktuje swą wiadomość bardzo poważnie. Niestety nie możemy spełnić jej życzenia…
– Tak im powiedziałam. – Ale chcą to usłyszeć ode mnie. – Tak. – Dlatego tu przybyłem…
Spojrzenie Blask padło na krętą, wysypaną żwirem drogę wiodącą do miasteczka.
A kiedy odejdą, ty również nas opuścisz? Wrócisz na pustkowia? Nie martwisz się tym, jakie skutki mogą wywołać tak długie okresy twojej nieobecności? Plotkami i niepokojem? Nie wśród Zaprzysiężonych, oczywiście, ale co z regularnymi żołnierzami i cywilami? Niektórzy twierdzą nawet, że dawno już umarłeś, a my po prostu sprawujemy władzę w twoim imieniu.
Niemniej w dawnych dniach często rozpuszczali fałszywe pogłoski o jego obecności bądź zniknięciu… Blues i inni nawet przebierali się czasem za niego… wszystko to miało stanowić zabezpieczenie przed nieustanną groźbą ze strony cholernych skrytobójców ze Szponu…
Zatrzymała się nagle, uświadamiając sobie, że już dotarli do miasteczka. Długa droga w dół klifów minęła jej w mgnieniu oka. Najwyraźniej przez cały czas nie odzywali się ani słowem.
Przed nimi, na głównej ulicy, z gospody wyszło dwoje gości. Z pewnością obie strony równie dobrze wyczuwały swą bliskość. Wysoki mężczyzna, Nagal, musiał się pochylić, żeby zmieścić się w niskim wejściu. Z okien i otwartych drzwi wychylali się ciekawscy tubylcy, obserwujący zmierzające ku sobie pary. Blask zauważyła, że żadne z ich czwórki nie ma broni dłuższej niż sztylet. Czyżby to była celowa ostrożność?
Ciemnoskóra kobieta pokłoniła się płytko z cichym grzechotem lasu amuletów opadających jej na piersi. K’azz odwzajemnił ukłon.
– Witaj, diuku D’Avore – rzekła. – Czy może jesteś księciem? – Nosiłem wiele tytułów – odparł ze spokojem. – Ale sugeruję ten, z którego jestem najbardziej dumny. Dowódca.
– Jak sobie życzysz… dowódco. Ja jestem Rutana, a to jest Nagal.
Wysoki mężczyzna, który sprawiał wrażenie, że cały czas uśmiecha się skrycie, również się ukłonił.
– Witajcie w Stratemie. W czym możemy wam pomóc?
– Dostałeś moją wiadomość – warknęła. – Powinieneś znać odpowiedź na to pytanie. Twój wasal, Oprawca, wrócił do Jacuruku i chce zacząć wojnę przeciwko nam. Masz obowiązek pomóc nam uwolnić się od niego.
– Nie jest już moim wasalem i nie odpowiadam za jego czyny.
Kobieta nie dała się powstrzymać. Uniosła podbródek i wykrzywiła usta w jeszcze bardziej skwaszonym grymasie.
– A co z reparacjami za zbrodnie, które popełnił na naszych ziemiach, kiedy jeszcze nim był? – zapytała. – Wyeliminowanie go mogłoby pokryć ten dług!
Po raz kolejny Blask zatkało na widok bezczelności Rutany.
Bogowie na górze! Przebywa w krainie, którą włada K’azz, i oskarża go o zbrodnie popełnione przez kogoś innego daleko stąd!
Tego nie sposób było tolerować. Na miejscu K’azza natychmiast kazałaby jej odejść.
Jego cierpliwość zdawała się jednak niewyczerpana. Przechylił tylko głowę, jakby chciał przyjrzeć się Rutanie pod wszystkimi możliwymi kątami. Potem zmarszczył w zamyśleniu brwi.
– Rutana, przychodzi mi na myśl, że gdy Oprawca po raz pierwszy przybył na Jacuruku, został wasalem twojej pani. Czyż nie tak?
Kobieta szarpnęła gwałtownie za rzemienie na ramionach. Jej twarz pociemniała z wściekłości. Po chwili zapanowała nad emocjami w wystarczającym stopniu, żeby odpowiedzieć.
– Nie zawarto formalnej ugody. Przez pewien czas oboje tylko współpracowali ze sobą.
K’azz wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że uważa ten temat za zamknięty.
– Tak czy inaczej Oprawca już dawno ruszył własną drogą i nie mogę odpowiadać za jego poczynania.
– Ale Śluby nadal go podtrzymują – odezwał się niespodziewanie Nagal cichym, melodyjnym głosem. – Twoje Śluby, K’azz.
Na twarzy księcia pojawił się grymas bólu.
– Odebrałbym mu tę moc, gdyby leżało to w moich możliwościach – odparł z wyraźnymi wysiłkiem. – Wyłączyłem go ze Ślubów.
– To za mało – nie ustępował Nagal. – Nadal go obejmują. Nasza pani zna ich tajemnicę. Czy nie jesteś ciekawy, K’azz?
Blask ogarnął głęboki niepokój. Za pośrednictwem tych dwóch sług wyczuwała dotykający ich wpływ Ardaty, pani wszystkich czarownic. Zrobiło się jej niedobrze. Jej ciało pokryły ciarki, jakby coś je splugawiło. Widziała, że K’azzem wstrząsnęło to, co można było zinterpretować tylko jako dotknięcie Ascendentu proponującego, że zbada coś, co stanowiło podstawę jego tożsamości.
– Nie kwestionuję mądrości ani mocy waszej pani – zaczął ostrożnie. – Być może w przyszłości skorzystam z jej szczodrej oferty. – Pochylił głowę, nie odrywając spojrzenia od dwojga gości. – Ale na razie życzę wam bezpiecznego powrotu do domu.
Odwrócił się i oddalił sztywnym krokiem. Blask podążyła za nim tyłem, cały czas wpatrując się w Rutanę i Nagala.
– Tak jest, w przyszłości! – zawołał wysoki mężczyzna. – Czasu z pewnością nam nie zabraknie.
K’azz zatrzymał się na moment, ale ponownie ruszył przed siebie.
– Jest jeszcze jedno! – zawołała Rutana.
Dowódca Karmazynowej Gwardii odwrócił się z westchnieniem.
– Słucham?
– Ponieważ nie jesteś skłonny do współpracy, moja pani pozwoliła mi ujawnić jeszcze jeden fakt.
– Tak?
– Wiesz, że posiada moc jasnowidzącej i prorokini. Przewidziała, że wkrótce dojdzie do ataku na dolmeny z Tien. Co ty na to, K’azz? Czy można do tego dopuścić?
W pierwszej chwili to niejasne ostrzeżenie nic nie znaczyło dla Blask. Potem przypomniała sobie, gdzie słyszała tę dziwną nazwę. Tam właśnie uwięziono K’azza, gdy przebywał na ziemiach Jacuruku. Natychmiast skierowała na niego spojrzenie i zdumiał ją widok jego reakcji. Twarz dowódcy zrobiła się biała jak kreda. Pochylił wyraźnie ramiona, jakby dźwigał na nich brzemię. Pokręcił głową.
– To się nie może wydarzyć – wychrypiał z wysiłkiem.
Rutana uśmiechnęła się triumfalnie.
– W tej sprawie moja pani zgadza się z tobą, książę.
– Osiągnęłaś swój cel, czarownico. – Spojrzał na Blask. – Wezwij Zaprzysiężonych. Wyruszam do Jacuruku – oznajmił i oddalił się.
Blask śledziła go zdumionym spojrzeniem. Tak po prostu? Jedna niejasna groźba, informacja, czy co tam właściwie to było, i już się zgodził?
Zerknęła na dwójkę gości, ale ignorowali ją, wlepiając chciwe spojrzenia w sztywną jak kij sylwetkę K’azza wlekącego się z wysiłkiem przed siebie.
* * *
Dziób statku wbił się w brzeg z ostrym zgrzytem drewna drapiącego piasek. Stojący na przodzie kapitan rozejrzał się po wydmach i karłowatej roślinności ciągnącej się w głąb lądu. Załoga i wojownicy czekali na jego rozkazy. Choć był okrutny i brutalny, poprowadził ich do wielu udanych ataków i ufali jego przywództwu na wojnie. Jego szary kolczy płaszcz, podarty i wystrzępiony, opadał na deski pokładu, a włosy oraz broda również były długie, siwe i rozczochrane. Niektórzy zwali go Szarym Duchem, ale tylko najcichszym szeptem. Sam wolał tytuł wodza wojennego.
Przeskoczył przez burtę z dzikim wrzaskiem i wylądował w płytkiej wodzie. Jego ludzie podążyli za nim, wyjąc niczym wilki. Jeśli któregoś z nich można było nazwać zastępcą dowódcy, był nim Scarza. Niektórzy szeptali, że w żyłach potężnie zbudowanego wojownika płynie spora domieszka krwi Trellów. Podszedł teraz do wodza wojennego, zauważając, że rdza z noszonej przez niego zbroi zostawia w wodzie czerwony ślad, wyglądający jak plama krwi.
– Ziemia się nie zatrzęsła, Scarza – zauważył wódz wojenny, osłaniając oczy przed słońcem i spoglądając na porośnięty karłowatą roślinnością obszar. – Nie zadęto w trąby. Nie nadszedł koniec świata.
– O czym mówisz, wodzu wojenny?
Mężczyzna skierował na niego spojrzenie starych, pożółkłych oczu, ale zaraz je odwrócił.
– O niczym, mój drogi Scarza… po prostu minęło bardzo wiele lat, odkąd ostatnio chodziłem po tym brzegu.
– A czego mamy dokonać w tej ponurej krainie, budzącej we mnie bolesne wspomnienie ojczyzny?
Wódz wojenny uśmiechnął się. Bruzdy przecinające jego starą twarz pogłębiły się jeszcze. Najwyraźniej odpowiadało mu zgryźliwe poczucie humoru jego zastępcy.
– Nie chodzi mi o te ziemie, Scarza. Interesuje mnie sąsiednie królestwo. Władający nim butni magowie popadli w samozadowolenie.
Każą się tytułować wielkimi alchemikami i teurgami. Tutaj natomiast znajdziemy bandy obdartusów, żyjących z łupienia taumaturgów. Weźmiemy ich pod swoje skrzydła i pokażemy, jakie korzyści może im przynieść zorganizowana kampania.
– Masz na myśli śmierć?
Chudy mężczyzna opuścił kąciki ust, jakby w wyrazie lekkiej dezaprobaty.
– Z czasem tak – przyznał.
Wódz wojenny spojrzał w stronę morza. Wszystkie dziesięć statków łupieżców przybiło już do brzegu.
– Na razie roześlij zwiadowców, wyładuj wszystko i rozmontuj statki. Będziemy potrzebowali drewna.
Scarza ukłonił się mu.
– Już się robi, wodzu wojenny.
Posiwiały mężczyzna ponownie skierował uwagę w głąb lądu.
– Wróciłem, cholerny kręgu magów – wydyszał. – I co teraz zrobicie? Tak jest… co zrobicie?