Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Krew i kość. Imperium Malazańskie. Tom 5 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 lipca 2026
4999 pkt
punktów Virtualo

Krew i kość. Imperium Malazańskie. Tom 5 - ebook

Kolejna epicka opowieść o dziejach Malazu, napisana przez przyjaciela Stevena Eriksona i współtwórcę tego fascynującego świata.

W Darudżystanie, mieście snów, mieście błękitnego ognia, wreszcie zapanował pokój. Jego mieszkańcy mogą wrócić do polityki, handlu, swarów, a przede wszystkim cieszenia się życiem. Są jednak tacy, którzy nie pozwolą, by zapomniano o przeszłości. Uczony prowadzący wykopaliska na równinach natrafia na zamkniętą starożytną kryptę. Kupiec imieniem Skromny Wkład knuje spiski mające przepędzić resztki malazańskich najeźdźców. A ocalali agenci dawno obalonej mocy uświadamiają sobie, że zmiany, do których doszło, otwierają przed nimi szansę. Tymczasem w centrum wydarzeń gruby złodziej w czerwonej kamizelce chodzi po ulicach, w jednej ręce dzierżąc ciastko, a w drugiej losy miasta.

Daleko na południu ogromny Odprysk Księżyca rozbił się na Morzu Rivańskim, tworząc łańcuch wysepek, będący marzeniem wszystkich poszukiwaczy skarbów. Malazański weteran posługujący się pseudonimem „Rudy” postanawia spróbować tam szczęścia i być może również pożegnać się ze starymi przyjaciółmi. Znajduje jednak więcej niż się spodziewał, a poszukiwanie skarbów zmienia się w szalony, krwawy chaos. Zebrały się tam moce z całego świata, poszukujące legendarnego Tronu Nocy. Skutki tych wydarzeń sięgają daleko. Na niewielkiej wyspie u brzegów Genabackis lud, który odwrócił się plecami do podobnych pragnień, kieruje zamaskowane twarze ku kontynentowi i przypomina sobie stare proroctwo o powrocie.

A co z byłą szponką Imperium Malazańskiego, wędrującą teraz po najdalszych brzegach stworzenia? Jej misja – której sukces bądź porażkę już dawno przepowiedziała Królowa Snów – będzie miała znacznie większe znaczenie niż jej się zdaje.

 

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-67-7
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DRAMATIS PERSONAE

Z wioski w Królestwie Taumaturgów

SAENG: Potom­kini miej­sco­wej kapłanki

HANU: Jej brat

Z wioski w Himatanie

OROTH-EN: Star­szy wio­ski

URSA: Wojow­niczka

Górscy bandyci

KEN­JAK ASHE­VA­JAK: Władca ban­dy­tów

LOOR-SAN

MYINT

THET-MUN

Taumaturdzy

GOLAN: Dowódca Armii Spra­wie­dli­wej Kary

U-PRE: Jego zastępca

CIERŃ: Pro­fe­sjo­nalny skryba armii

WARIS: Ofi­cer armii

PON-LOR: Nowo wyszko­lony tau­ma­turg

TUN: Nad­zorca (odpo­wied­nik sier­żanta)

SURIN: Pierw­szy mistrz Kręgu Rzą­dzą­cego

Słudzy Ardaty

RUTANA: Cza­row­nica

NAGAL: Wojow­nik Citra­va­ghra: „Czło­wiek-lam­part”

Vara­kapi: „Czło­wiek-małpa”

Z plemion Adwami

JATAL: Książę Hafi­na­jów

ANDA­NII: Księż­niczka Veha­jarwi

GANELL: Wódz Awa­mi­rów

SHER’ TAL: Władca koni Saarów

PINAL: Władca koni Hafi­na­jów

WÓDZ WOJENNY: Dowódca najem­ni­ków

SCA­RZA: Jego zastępca

Zaprzysiężeni z Karmazynowej Gwardii

K’AZZ D’AVORE: Dowódca

BLASK: Kapi­tan

GWYNN: Mag, kie­dyś z kom­pa­nii Oprawcy

LOR-SINN: Mag

TUR­GAL

COLE

AMART

Wyłączeni ze Ślubów

OPRAWCA: Kapi­tan

HIA­CYNT: Porucz­nik

MARA: Mag

PŁA­TEK: Mag

CZER­WONY: Mag

SHI­JEL: Zbroj­mistrz

CZARNY MNIEJ­SZY

HIST

LEU­THAN

Malazańscy najemnicy

YUSEN: Kapi­tan

BURA­STAN: Porucz­nik

MURK: Mag

KWA­ŚNY: Mag

STA­JENNY: Żoł­nierz

GAR­BARZ: Żoł­nierz

DEE: Żoł­nierz

SŁO­DZIAK: Zwia­dowca

Inni

ARDATA: Znana też jako Kró­lowa Cza­row­nic

KRÓ­LOWA SNÓW: Znana też jako Cza­ro­dziejka albo T’riss

INA: Segu­leh, jedna z tysiąca naj­lep­szych, Jista­rii

KRÓ­LOWA CZA­ROW­NIC: Znana też jako Kró­lowa Potwo­rów albo Ardata

STA­RZEC KSIĘ­ŻYC: Stary męż­czy­zna

RIPAN: Jeden z jego potom­stwa

SIO­STRA ZŁO­ŚLI­WOŚĆ: Córka Dra­co­nusa

OSSERC: Tiste Lio­san, czczony przez nie­któ­rych jako bóg nieba

GOTHOS: JaghutPROLOG

W trze­cim księ­życu trze­ciego roku Wiel­kiej Suszy wypły­nę­li­śmy na morze u ujścia rzeki nie­opo­dal Świę­tego Uba­rydu. Pięt­na­stego dnia trze­ciego księ­życa dotar­li­śmy na wyspę bar­ba­rzyń­skich Falar­czy­ków. W dal­szej dro­dze nękały nas nie­ko­rzystne wia­try, które opóź­niły nasze przy­by­cie. Jesz­cze dalej natknę­li­śmy się na zdra­dziec­kie pola lodowe, przez które mogli­śmy żeglo­wać jedy­nie z naj­więk­szą ostroż­no­ścią. Dopiero w jede­na­stym księ­życu zarzu­ci­li­śmy wresz­cie kotwicę u ujścia wiel­kiej rzeki. Z pew­no­ścią tak krótka wizyta nie pozwo­liła nam poznać wszyst­kich zwy­cza­jów i oso­bli­wo­ści tej kra­iny, ale przy­naj­mniej możemy opi­sać jej zasad­ni­cze cechy.

Ular Takeq

_Zwy­czaje sta­ro­żyt­nego Jakal-Uku_

Dżun­glami Jacu­ruku wła­dały duchy. Saeng przy­po­mi­nała sobie, że kie­dyś nie spała przez całą noc, wytę­ża­jąc słuch, by zro­zu­mieć ich szepty. Cza­sami wyda­wały się jej bar­dziej kuszące niż wła­sne sny. W jed­nym ze swych naj­star­szych wspo­mnień szła sama pośród ską­pa­nych w bla­sku księ­życa liści, szu­ka­jąc źró­dła głosu dżun­gli. Tylko dziecko mogłoby być tak spo­kojne i nie­ustra­szone. Pamię­tała, że po jakimś cza­sie czy­jaś ręka popro­wa­dziła ją poprzez gęste papro­cie i kępy wil­got­nej trawy z powro­tem do wio­ski. Tam matka natych­miast wzięła ją w obję­cia i przy­tu­liła do chu­dej klatki pier­sio­wej. Twarz miała mokrą od łez. Saeng spo­koj­nie wytłu­ma­czyła jej, że wszystko jest w porządku. Nie było powodu do pła­czu. Przy­ja­ciółka odpro­wa­dziła ją do domu.

Rzecz jasna, wszy­scy póź­niej przy­się­gali, że widzieli, jak wró­ciła sama z mroku.

Od tego czasu ni­gdy już nie oba­wiała się nie­prze­li­czo­nych mil dżun­gli ota­cza­ją­cych wio­skę. To było nie­bez­pieczne i musiała przy­znać, że raczej lek­ko­myślne podej­ście w kra­inie, gdzie drzewa zdo­biły gir­landy kwia­tów i chustki modli­tewne ku czci nie­zli­czo­nych duchów, nie­spo­koj­nych umar­łych, widm, dawno zapo­mnia­nych bogów i sta­now­czo zbyt wielu zagi­nio­nych dzieci oraz doro­słych.

Z cza­sem nauczyła się zakra­dać do lasu, gdy tylko miała oka­zję. Pośród zwi­sa­ją­cych lian i liści wil­got­nych od noc­nej mgły przy­cho­dziły do niej dawne duchy kra­iny. Dowie­działa się od nich wielu rze­czy, o któ­rych dawno już zapo­mniano. Gdy ran­kiem wra­cała z wędrówki po leśnych ścież­kach, jej nogi pokry­wały źdźbła trawy oraz błoto, a we wło­sach miała paję­czyny. Z początku matka biła ją i krzy­czała.

– Nie jesteś nisko uro­dzoną córką wie­śniaka! – wołała. – Pocho­dzimy ze sta­ro­żyt­nej rodziny kapła­nek i jasno­wi­dzą­cych!

Pod­czas połu­dnio­wego posiłku matka czę­sto ści­skała jej dło­nie i powta­rzała zawsze tę samą opo­wieść:

– Saeng – zaczy­nała, jakby czuła się nią roz­cza­ro­wana. – Nasza rodzina docho­wała wier­no­ści sta­rej wie­rze. Nie tak, jak ciemni głupcy, któ­rzy nas ota­czają, pada­jący na twarz przed boż­kami, fety­szami i amu­le­tami. Wszy­scy powta­rzają prze­sądne bzdury o bogi­niach ziemi, zwie­rzę­cych bogach, prze­klę­tym królu-bogu albo Cza­row­nicy. Wszystko to tylko puste słowa albo nawet coś gor­szego. Kobiety z naszej rodziny pocho­dzą od sta­ro­żyt­nych kapła­nek Nieba i Słońca! Czcimy Świa­tło. Pamię­taj o tym. Świa­tło, które daje począ­tek wszel­kiemu życiu!

W takich chwi­lach matka pró­bo­wała patrzeć jej w oczy, jakby bła­gała córkę o zro­zu­mie­nie, ale Saeng zawsze odwra­cała wzrok.

– Tak, mamo – mam­ro­tała tylko.

W końcu matka dała sobie spo­kój z tymi bła­ga­niami i pozwo­liła jej wędro­wać po ota­cza­ją­cym je wiel­kim zie­lo­nym labi­ryn­cie w poszu­ki­wa­niu szep­czą­cych gło­sów.

Z bie­giem lat Saeng uczyła się coraz wię­cej. Zdała sobie sprawę, że potrafi przy­wo­ły­wać szep­czące głosy, i uświa­do­miła sobie, że są one budzą­cymi lęk duchami ziemi i przod­ków, Nak-ta. Jej moc rosła i przy­by­wały teraz do niej duchy z coraz odle­glej­szej prze­szło­ści. Wyma­gało to od niej cią­głego udo­sko­na­la­nia umie­jęt­no­ści. Dzięki szep­tom tych nie­spo­koj­nych umar­łych nauczyła się roz­ka­zy­wać zwie­rzę­tom, rozu­mieć głosy wia­tru, oszu­ki­wać zmy­sły oraz czer­pać wie­dzę z samej ziemi. Gdy była bli­ska snu, odno­siła wra­że­nie, że zbli­żają się do jej uszu i szep­czą do nich mroczne tajem­nice. Sta­ro­żytne, zaka­zane zaklę­cia, zapo­mniane, śmier­cio­no­śne osłony oraz sztuka pano­wa­nia nad zaka­mar­kami ludz­kiego umy­słu.

Począt­kowo nie zwra­cała na to uwagi, mimo że cie­nie zbli­żały się coraz bar­dziej i trud­niej jej było je lek­ce­wa­żyć. Aż wresz­cie, pew­nej nocy, mroczna, pazu­rza­sta łapa jed­nego z nich zaci­snęła się na jej ramie­niu.

– _Wielki król będzie z cie­bie zado­wo­lony_ – wyszep­tał cień gło­sem brzmią­cym jak sze­lest liści na wie­trze.

Przy­po­mniała sobie szok, jaki poczuła po lodo­wa­tym dotknię­ciu.

– Wszystko to obró­ciło się w proch już przed wie­kami.

– _Nie. To dzieje się teraz. Prze­stań opo­wia­dać głu­poty._

Duch zaczął się zapa­dać w wil­gotny grunt, cią­gnąc ją za ramię.

Nagły krzyk wstrzą­snął nią jesz­cze bar­dziej. Gałąź prze­szyła cień, roz­pra­sza­jąc go. Leżąca na ziemi Saeng ujrzała swego star­szego brata, Hanu, który roz­glą­dał się, ści­ska­jąc w ręce gotową do ponow­nego użytku gałąź. O dziwo, dziew­czyna poczuła jedy­nie obu­rze­nie.

– Skąd się tu wzią­łeś? – zapy­tała.

Pocią­gnął ją na nogi.

– A jak ci się zdaje? Posze­dłem za tobą. I dzięki za to przod­kom.

– Słu­cham? – Odsu­nęła się od niego tanecz­nym kro­kiem. – Jak czę­sto to robisz?

Wzru­szył w pół­mroku sze­ro­kimi ramio­nami.

– Kiedy tylko mogę. Ktoś musi mieć na cie­bie oko, kiedy odda­jesz się dzi­kim duchom.

– Potra­fię nad nimi zapa­no­wać.

– Naj­wy­raź­niej nie potra­fisz.

– Ten mnie zasko­czył. To wszystko. – Nagle nasu­nęła się jej pewna myśl. Pode­szła bli­żej, przy­gry­za­jąc wargę. – Nie… nie powiesz matce, prawda?

– Na Wielką Cza­row­nicę, pew­nie, że nie powiem. Ma wystar­cza­jąco wiele zmar­twień.

– No cóż… nie możesz mnie powstrzy­mać.

– To rów­nież jest oczy­wi­ste.

Skrzy­żo­wał na piersi musku­larne ramiona, spo­glą­da­jąc na sio­strę.

Unio­sła wyzy­wa­jąco pod­bró­dek i zoba­czyła, że po jego twa­rzy i ramio­nach spły­wają strużki wil­goci. Dzięki swym talen­tom wyczuła łomo­ta­nie jego serca oraz stru­mień szybko pły­ną­cej krwi.

Jest prze­ra­żony, uświa­do­miła sobie. Panicz­nie boi się nocy, tak samo jak oni wszy­scy. Ale poszedł za mną. Żeby zapew­nić mi bez­pie­czeń­stwo.

Hanu dyszał ciężko, wpa­tru­jąc się w głę­bo­kie leśne cie­nie.

– Przy­naj­mniej obie­caj, że następ­nym razem mnie obu­dzisz, dobra? Że nie pój­dziesz do lasu sama. – Spoj­rzał na nią bła­gal­nie. – Pro­szę.

Jak mogła mu odmó­wić? Z jej twa­rzy znik­nęła nie­ustę­pli­wość.

– Tak, Hanu. Obie­cuję.

* * *

W ciągu następ­nego roku zawsze wyglą­dało to tak samo. Budziła brata i razem wykra­dali się do dżun­gli, gdzie nawią­zy­wała więź z bytu­ją­cymi tam dzi­kimi duchami Nak-ta. A także ze znacz­nie star­szymi, tymi od kamieni, stru­mieni i wia­tru. Każ­dej nocy sie­działa godzi­nami, pil­nie strze­żona przez Hanu, i roz­ma­wiała z isto­tami, któ­rych on nie widział. Z cza­sem uświa­do­miła sobie, że choć może ją obro­nić przed wszel­kimi fizycz­nymi nie­bez­pie­czeń­stwami, jest bez­bronny wobec przy­mu­sów i uro­ków. Dla­tego pota­jem­nie rzu­cała na niego zaklę­cia bro­niące przed podobną magią.

– Z kim roz­ma­wiasz? – pytał od czasu do czasu, sie­dząc ze skrzy­żo­wa­nymi nogami pod drze­wem.

– Ze sta­rymi umar­łymi – odpo­wia­dała.

– Nie boisz się?

– Nie. Oni nie żyją.

Zdzi­wiony Hanu uniósł ręce nad głowę.

– W takim razie dla­czego stąd nie odejdą?

– Gnie­wają się. Tylko gniew ma moc potrzebną, by przy­kuć stopy duchów do ziemi.

Łyp­nął na nią zło­wrogo. Bał się, ale nie chciał się do tego przy­znać. Z upły­wem mie­sięcy coraz czę­ściej czy­nił jej wyrzuty.

– Nie powin­ni­śmy tu przy­cho­dzić – powta­rzał. – To nie­bez­pieczne.

Miał rację, ale z zupeł­nie innego powodu, niż wyda­wało się miesz­kań­com wio­ski.

Pew­nej nocy sie­działa na skraju dusz­nej, bagni­stej niecki i roz­ma­wiała z cie­niem kobiety, którą uto­piono w tym miej­scu. Według niej kie­dyś był tu wielki zbior­nik wodny. Zapew­niała, że woda w nim była czy­sta, a głę­bo­kość prze­wyż­szała wzrost wyso­kiego męż­czy­zny. Cze­ka­jący mię­dzy drze­wami tuż obok Hanu wyma­chi­wał wielką gałę­zią, uda­jąc jed­nego ze sta­ro­żyt­nych kró­lów-wojow­ni­ków.

– Uto­piono? – zapy­tała Saeng. – Jak to uto­piono?

– _Przy­wią­zali do mnie cięż­kie kamie­nie i wrzu­cili mnie do wody_ – odpo­wie­działa zjawa.

Saeng stłu­miła prze­kleń­stwo. Cza­sami umarli wszystko trak­to­wali dosłow­nie.

– Pyta­łam: dla­czego to zro­bili.

– _Byłam kapłanką sta­rej wiary._

– Sta­rej wiary? To zna­czy… – Saeng ści­szyła głos – …prze­klę­tego króla-boga?

– _Nie_ – odpo­wie­dział jej bez­na­miętny głos ducha. – _Nie jego. To na jego roz­kaz zabili mnie i spa­lili świą­ty­nię. Mówię o sta­ro­żyt­nej reli­gii. Kul­cie Świa­tła. Wiel­kiego Słońca._

Saeng odsko­czyła rap­tow­nie od skraju bagna. Po raz pierw­szy coś, co usły­szała od któ­re­goś z duchów, wnik­nęło głę­boko w jej serce.

U jej boku poja­wił się Hanu.

– Co to jest? – zapy­tał.

Saeng unio­sła dłoń do gar­dła.

– Duch – zdo­łała wykrztu­sić. Na sta­ro­żyt­nych! Czyżby matka od początku miała rację? – To kobieta, która podaje się za kapłankę sta­rej wiary.

Jej brat mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

– Któ­rej? One mnożą się jak muchy.

Saeng wpa­try­wała się w niego nie­ustę­pli­wie, aż wresz­cie ścią­gnął brwi.

– Nie… – wydy­szał, ale jego sio­stra ski­nęła z prze­ko­na­niem głową.

– Tej, o któ­rej cią­gle mówi matka…?

– _Tej samej wiary, która pły­nie w naszej krwi_ – dobiegł zza jej ple­ców głos cie­nia i Saeng znowu pod­sko­czyła. Zwró­ciła się w stronę kobiety.

– Co chcesz przez to powie­dzieć?

– Kto to jest? – zapy­tał Hanu, roz­glą­da­jąc się wkoło.

Duch uniósł rękę, wska­zu­jąc na dżun­glę.

– _A teraz nad­cho­dzi dla cie­bie czas próby. Czas pod­ję­cia decy­zji. Pamię­taj o wszyst­kim, czego cię nauczono._

Saeng spoj­rzała ze zdu­mie­niem na kobietę.

– Słu­cham? Czego mnie nauczono? Co masz na myśli?

Kobieta splo­tła przed sobą dło­nie. Saeng miała wra­że­nie, że patrzy na nią jak na wła­sną córkę.

– _Doprawdy, dziecko. Chyba nie myślisz, że wezwano cię tu bez powodu?_

– Co to jest? – wyszep­tał Hanu, nie dając za wygraną.

– Wezwano?

Cień roz­pro­szył się już niczym dym. Zwró­ciła się w stronę brata.

– Suge­ro­wała, że coś się zbliża.

Zmarsz­czył brwi, zasta­na­wia­jąc się.

– Zbliża się Dzień Wyboru – stwier­dził.

Oczy­wi­ście. Dzień Wyboru. Jej serce zawa­hało się nagle, jakby ktoś spró­bo­wał zaci­snąć na nim dłoń.

– Nie możesz tam iść.

Żach­nął się na te słowa.

– To obo­wiąz­kowe, Saeng. Jeśli się nie zja­wię, aresz­tują nas wszyst­kich. Na sta­ro­żyt­nych, wszy­scy nasi sąsie­dzi posta­rają się o to!

Saeng rozu­miała go. Prawda nie była przy­jemna, ale lepiej, żeby wybrano kogoś z innej rodziny niż któ­re­goś z nich.

* * *

Mie­siąc póź­niej przez ich pro­win­cję prze­szedł orszak spra­wu­ją­cych wła­dzę tau­ma­tur­gów. W końcu repre­zen­tant dotarł nawet do ich pozba­wio­nej zna­cze­nia wio­ski. Podró­żo­wał w wiel­kiej lek­tyce z lakie­ro­wa­nego drewna, wypo­sa­żo­nej w białe, jedwabne zasłony. Eskor­to­wało go dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy.

Saeng stała obok matki w tłu­mie wie­śnia­ków poga­nia­nych ostrymi ukłu­ciami kijów żoł­nie­rzy. Męż­czyźni w odpo­wied­nim wieku usta­wili się po dru­giej stro­nie. Bała się o Hanu, ale tylko tro­chę, minęło bowiem wiele lat, odkąd ostat­nio wybrano jed­nego z synów wio­ski.

Lek­tykę posta­wiono na ziemi i wysiadł z niej teurg. Miał na sobie piękny strój – wiele warstw jedwa­biu barwy naj­głęb­szego mor­skiego błę­kitu oraz zło­tych kwia­tów. Był niski i nieco gru­bawy. Dzier­żył jed­nak wszech­po­tężną buławę z kości sło­nio­wej, sym­bol swego urzędu. Trzy­mał ją nie­dbale w upier­ście­nio­nej dłoni i pod­rzu­cał od czasu do czasu.

Saeng przy­szło na myśl, że znu­dził się swoją pracą i po pro­stu odbęb­nia zle­cone zada­nia. Wypeł­niła ją gore­jąca nie­na­wiść do niego, zapewne rów­nie silna, jak jego nie­na­wiść do ich roz­pacz­li­wej nędzy, tanich, zabło­co­nych łach­ma­nów oraz odpo­wie­dzial­no­ści, która odcią­gała go od spi­sko­wa­nia w sto­licy, każąc mu podró­żo­wać do samego serca kraju.

Pobież­nie przyj­rzał się zgro­ma­dzo­nym męż­czy­znom, po czym wró­cił do chłod­nego wnę­trza lek­tyki.

Saeng ode­tchnęła z ulgą. Po raz kolejny nie wybrano nikogo z nich. Budzący lęk odle­gli władcy raz jesz­cze odwie­dzili wio­skę, ode­brali należne podatki oraz dary, przyj­rzeli się miej­sco­wym męż­czy­znom i ruszyli w dal­szą drogę, by wró­cić dopiero wtedy, gdy koło ich nie­szczę­snego losu wykona kolejny coroczny obrót.

Ale przed­sta­wi­ciel wła­dzy zatrzy­mał się nagle. Uniósł buławę i dotknął barku, tuż obok fałd tłusz­czu pokry­wa­ją­cych wygo­lony kark. Następ­nie wró­cił do zgro­ma­dzo­nych męż­czyzn i raz jesz­cze prze­szedł powoli wzdłuż sze­regu. Gdy dotarł do Hanu, zatrzy­mał się. Okuta zło­tem buława z kości sło­nio­wej pod­ska­ki­wała na jego ramie­niu. Pochy­lił się ku star­szemu bratu Saeng, jakby go obwą­chi­wał. Nagle zato­czył się do tyłu niczym ude­rzony. Odwró­cił głowę i jego czarne oczy prze­su­nęły się po zgro­ma­dzo­nych wie­śnia­kach. Spoj­rzał rów­nież na Saeng. Potem jego obwi­słe policzki roz­cią­gnęły się w peł­nym okrut­nej satys­fak­cji uśmie­chu i dotknął buławą piersi Hanu. Ich matka zato­czyła się z krzy­kiem do przodu, ale Saeng w porę zła­pała ją za rękę.

Hanu skie­ro­wał na nią zdu­mione spoj­rze­nie. Gapił się na sio­strę, gdy żoł­nie­rze wią­zali mu ręce, i nie odzy­wał się ani sło­wem, dopóki nie pogo­nili go naprzód. Potem obej­rzał się przez ramię.

– Nie martw się! – zawo­łał. – Będę cię chro­nił! Przy­się­gam! Przy­się­gam! – wołał raz po raz, aż żoł­nie­rze zaczęli szar­pać go za więzy.

Matka pła­kała w jej ramio­nach, ale Saeng nie odwra­cała wzroku od brata i pro­wa­dzą­cych go żoł­nie­rzy. Musiała patrzeć. Była mu to winna. Teurg, kim­kol­wiek mógł być – z pew­no­ścią jakimś drob­nym biu­ro­kratą ze spra­wu­ją­cej wła­dzę elity – wró­cił do lek­tyki. Dziew­czyna w końcu stra­ciła brata z oczu. Znik­nął razem z całą kolumną w gęstym listo­wiu, jakby dżun­gla połknęła go w cało­ści.

W tej samej chwili, na­dal pod­trzy­mu­jąc zroz­pa­czoną matkę, poprzy­się­gła zemstę na nich wszyst­kich. Za ich ucisk, ich pogardę i daninę krwi, którą ścią­gali z jej ludu. Kim byli, żeby sta­wiać takie żąda­nia? Powo­do­wać tak wiele cier­pień i nie­szczęść?

Sprawi, że spłoną. Przy­się­gła, że tak się sta­nie.

Cały czas sły­szała też jed­nak cich­szy głos wyszep­tu­jący podej­rze­nie, które paliło jej duszę niczym kwas.

Nie wybra­liby go, gdyby nie zaklę­cia, które na niego rzu­ci­łaś. Czyż to wszystko nie jest twoją winą?

* * *

Blask aku­rat była w por­cie, gdy do jed­nego z nabrzeży w Przy­stani dowlókł się sfa­ty­go­wany sta­tek. Wyczuła, że jest w nim coś dziw­nego, choć nie wła­dała magią i nie miała dostępu do żad­nej groty. Była jed­nak Zaprzy­się­żoną z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii i przed ponad stu laty ślu­bo­wała, że nie zaprze­sta­nie walki z Impe­rium Mala­zań­skim, dopóki będzie ist­niało. Z upły­wem lat odno­siła coraz sil­niej­sze wra­że­nie, że te śluby dały jej nad­na­tu­ralne zdol­no­ści postrze­ga­nia i nad­ludzką siłę. Wyczu­wała teraz rze­czy daw­niej znaj­du­jące się poza zasię­giem jej zmy­słów. Na przy­kład ten skromny dwu­masz­to­wiec, czy raczej jego pasa­że­ro­wie. Coś tam się kryło. To nie byli zwy­czajni przy­brzeżni kupcy, któ­rzy zgu­bili drogę, albo rybacy, któ­rych znio­sło z kursu. Po pokła­dzie tego statku kro­czyła moc. Ruszyła ku niemu, choć miała tylko koszulę narzu­coną na spodnie oraz długi nóż zatknięty za pas z tyłu.

Z pew­no­ścią byli to cudzo­ziemcy, ale nie potra­fiła okre­ślić ich pocho­dze­nia. Mieli pro­ste, czarne jak noc włosy i przy­sa­dzi­stą budowę. Nie­wiele prze­ra­stali ją wzro­stem, choć była bar­dzo drobna. Byli też ciem­no­skó­rzy – od jasno­orze­cho­wej barwy aż po głę­boki kolor spa­lo­nej słoń­cem ziemi. Sta­tek nie miał żad­nych zna­ków ani godeł. Nie można było wąt­pić, że ma za sobą bar­dzo trudny rejs. Załoga zajęła się przy­go­to­wa­niami do przy­bi­cia do brzegu. Choć Blask nie wie­działa zbyt wiele o żeglar­stwie, miała wra­że­nie, że mary­na­rzy powinno być zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Chło­paki i dziew­czyny krę­cące się po por­cie łapały rzu­cone cumy i poma­gały roz­wi­nąć trap z drewna oraz sznu­rów.

Pierw­sza na ląd zeszła kobieta o ude­rza­ją­cym wyglą­dzie. Była jesz­cze niż­sza od Blask i bole­śnie chuda. Włosy ota­czały jej głowę wielką, czarną chmurą. Miała na sobie luźną czarną suk­nię zakry­wa­jącą stopy. Na ramio­nach nosiła coś w rodzaju opa­sek, z któ­rych zwi­sały błysz­czące amu­lety i tali­zmany. Wię­cej podob­nych przed­mio­tów nosiła na licz­nych rze­mie­niach ota­cza­ją­cych szyję – las grze­cho­czą­cych bły­sko­tek.

Omio­tła Blask scep­tycz­nym spoj­rze­niem i oznaj­miła:

– Nie jesteś urzęd­ni­kiem por­to­wym.

Mówiła po taliań­sku cał­kiem nie­źle.

– A ty nie jesteś kapi­ta­nem statku.

Na tra­pie poja­wiła się kolejna postać, natych­miast odcią­ga­jąc uwagę Blask od kobiety – bar­dzo wysoki męż­czy­zna w licz­nych koszu­lach nało­żo­nych jedna na drugą. Za pasem miał krzywy nóż. On rów­nież był ciem­no­skóry, jak kobieta – skóra barwy żela­znego drewna, jak u miesz­kań­ców Itko Kan, a nie praw­dziwa dal­hoń­ska czerń. Dłu­gie włosy upiął na szczy­cie głowy jakąś wyrzeź­bioną z kamie­nia zapinką. Grube deski trapu ugi­nały się i skrzy­piały pod jego cię­ża­rem.

– To jedna z nich – mruk­nął, przyj­rzaw­szy się z uwagą Blask.

Nie dostrze­gała w jego oczach wyzwa­nia, ale coś w nich ją nie­po­ko­iło. Ich tęczówki lśniły jak posy­pane zło­tym pyłem.

W oczach kobiety nagle poja­wiła się ostroż­ność.

– Ach. Teraz rozu­miem. Dałam się nabrać… sądzi­łam, że nikt z Isturé nie chciałby się poja­wić w tak… nie­dba­łym stroju.

Blask zmarsz­czyła brwi. Nie tylko dla­tego, że mówiono o niej, jakby nie stała tuż obok dwojga cudzo­ziem­ców. To słowo… dla­czego podraż­niło ją, jakby prze­cią­gnięto jej po ple­cach tępym nożem.

Jed­nakże Blues wyje­chał na pół­noc i teraz ona peł­niła obo­wiązki guber­na­tora. Pochy­liła uprzej­mie głowę.

– Wybacz­cie, ale nie rozu­miem. Co zna­czy to słowo, któ­rego uży­łaś?

– Isturé. Tak nazy­wają was w naszej kra­inie.

– Nas?

– Zaprzy­się­żo­nych – odparła tamta, nawet nie pró­bu­jąc ukry­wać nie­smaku. – To zna­czy w przy­bli­że­niu „nie­śmier­telny bies”.

Blask cof­nęła się o krok. Jej dłoń odru­chowo powę­dro­wała do noża, który miała za pasem.

– Czego tu szu­ka­cie?

Kobieta roz­po­starła dło­nie w prze­pra­sza­ją­cym geście.

– Wybacz moją nad­mierną ner­wo­wość. Zle­cono mi zada­nie, któ­rego podej­muję się z nie­chę­cią. Przy­by­wamy z ofertą dla waszej Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii.

Blask roz­luź­niła się nieco. Mary­na­rze wspi­nali się na oli­no­wa­nie, by przy­go­to­wać sta­tek do koniecz­nych napraw. Nie nosili butów, a pode­szwy ich stóp były czarne od smoły.

– Ofertą? – powtó­rzyła z nie­do­wie­rza­niem w gło­sie. – A co to za oferta?

– Pro­po­zy­cja zatrud­nie­nia.

Wresz­cie zro­zu­miała. Potrzą­snęła głową.

– Obec­nie nie przyj­mu­jemy kon­trak­tów.

– Być może powi­nien o tym zde­cy­do­wać wasz dowódca. K’azz.

– Obec­nie… nie spo­tyka się z poten­cjal­nymi zle­ce­nio­daw­cami.

– Z nami się spo­tka.

– Bar­dzo w to…

– Czy w tej wio­sce jest jakaś gospoda albo zajazd?

Kar­ma­zy­nowa Gwar­dzistka zazgrzy­tała zębami, zła, że jej prze­rwano.

– Może lepiej by było, gdy­by­ście zostali na pokła­dzie.

– Nie sądzę. Mam już ser­decz­nie dość załogi. I oni mnie też.

To przy­naj­mniej potra­fię zro­zu­mieć.

– Skoro nale­gasz. – Ski­nęła dło­nią, zapra­sza­jąc dwoje cudzo­ziem­ców do pój­ścia za nią. – Mamy tu gospodę z kil­koma skrom­nymi poko­jami… ale nie mogę zagwa­ran­to­wać, że was przyjmą.

Kobieta uśmiech­nęła się niczym wilk, odsła­nia­jąc ostre jak igły zęby barwy kości sło­nio­wej.

– Pła­cimy dobrym zło­tem, a obe­rży­ści wszę­dzie są tacy sami.

Gdy wspi­nali się na łagodny stok, zmie­rza­jąc do osady, Blask przed­sta­wiła się przy­by­szom.

– Jestem Rutana – odpo­wie­działa kobieta. – A to jest Nagal – dodała, wska­zu­jąc na podą­ża­ją­cego za nimi powoli męż­czy­znę.

– Skąd przy­by­wa­cie?

Par­sk­nęła śmie­chem.

– Z kra­iny, która leży nie­da­leko stąd, ale z pew­no­ścią ni­gdy o niej nie sły­sza­łaś.

Już od dawna nikt nie nad­uży­wał tak bar­dzo cier­pli­wo­ści Blask.

– Prze­ko­najmy się – zdo­łała odpo­wie­dzieć spo­koj­nie.

– Pro­szę bar­dzo. Nie­któ­rzy znają naszą ojczy­znę jako Jacu­ruku.

Pomimo iry­ta­cji Blask była pod wra­że­niem.

– Znam tę nazwę. Ni­gdy tam nie byłam, ale K’azz był.

– Tak mi powie­dziano. Prze­ka­żesz K’azzowi naszą wia­do­mość.

Iry­ta­cja Blask ustą­piła miej­sca zdu­mie­niu nie­praw­do­po­dobną bez­czel­no­ścią kobiety.

– Tak? – zapy­tała. – Niby dla­czego?

– Zro­bisz to – odparła Rutana.

– A jak brzmi ta wia­do­mość?

Kobieta się zatrzy­mała. Łyp­nęła ze zło­ścią na Blask, jakby dopiero teraz zauwa­żyła ton jej głosu. Zaci­snęła moc­niej rze­myki ota­cza­jące jej lewe ramię i skrzy­wiła się, być może czu­jąc nagły ból w sta­rej ranie. Kar­ma­zy­nowa Gwar­dzistka dostrze­gła, że zwi­sa­jące z rze­mie­nia amu­lety są trój­kąt­nymi pude­łecz­kami. W każ­dym z nich znaj­do­wała się maleńka figurka.

– Na nasze zie­mie wtar­gnął Oprawca – wydu­siła kobieta. – Powtórz mu to, Isturé. Klą­twa zwana Oprawcą przy­była do naszej kra­iny.

* * *

Póź­niej Blask wezwała Lor-sinn i Gwynna, żeby poroz­ma­wiać o nowych przy­by­szach. Gwynn jak zwy­kle miał ponurą i kwa­śną minę, był ubrany na czarno, rzadko się odzy­wał, a jesz­cze rza­dziej uśmie­chał. Białe włosy, które nie­dawno mu wyro­sły, ster­czały na wszyst­kie strony. Blask z łatwo­ścią mogła sobie wyobra­zić, że spę­dza wolny czas, sie­dząc sztywno i wpa­tru­jąc się w ciem­ność, jakby sam czu­wał przy wła­snych zwło­kach. Druga z magów z jej kom­pa­nii, Lor-Sinn, na­dal czuła się wyraź­nie skrę­po­wana, sie­dząc obok Blask na krze­słach zwy­kle zaję­tych przez Blu­esa, Pal­czaka, Shell albo Dymka, który opu­ścił ich nie­dawno. Blask miała teraz oka­zję przyj­rzeć się jej uważ­niej i zorien­to­wała się, że kobieta powoli, lecz nie­ustan­nie traci pulchne kształty, które przy­cią­gały uwagę wielu męż­czyzn z kom­pa­nii.

Słu­żący przy­nie­śli zupę i Blask spoj­rzała na Lor.

– Na­dal pró­bu­jesz skon­tak­to­wać się z Czwartą w Assail?

– Tak jest, komen­dan­cie.

– Mów mi Blask.

– Hmm… tak, Blask. – Pochy­liła się nad bla­tem. Zawsze lubiła roz­ma­wiać o swo­jej pracy. – Ostat­nio w zeszłym tygo­dniu. Mogła­bym znowu spró­bo­wać otwo­rzyć por­tal, jeśli sobie życzysz…

– Wolę nie ryzy­ko­wać, Lor. Nie do Assail. Za wcze­śnie na tak dra­styczne kroki. – Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Gwynna. – A co z naszymi przy­ja­ciółmi z Pierw­szej?

Ponury nastrój maga pogłę­biał się z każdą chwilą. Wpa­try­wał się w zupę, jakby miał przed sobą coś nie­roz­po­zna­wal­nego.

– Nasi goście twier­dzą, że na­dal są na Jacu­ruku, komen­dan­cie.

– Pro­szę, wystar­czy Blask.

Gwynn pochy­lił głowę, a potem odło­żył sztućce, jakby nagle zmie­nił zda­nie, i wsparł pod­bró­dek na pię­ściach.

– Ta Rutana jest służką sta­ro­żyt­nej Ardaty, zwa­nej przez nie­któ­rych Kró­lową Cza­row­nic.

Blask ski­nęła głową i skosz­to­wała zupy. Była smaczna. Odło­żyła łyżkę. Słu­żący posta­wili przed nimi dru­gie danie – pie­czone dzi­kie ptac­two. Wcią­gnęła w płuca jego zapach, a potem wypro­sto­wała się i spoj­rzała w błysz­czące, nie­ru­chome oczy Gwynna.

– Nie­mniej zapew­niasz mnie, że są wro­gami Oprawcy.

– Bo są.

– Co pró­bu­jesz mi powie­dzieć?

– Chcą nas wcią­gnąć w swoją wojnę. Byłem tam, komen­dan­cie, i widzia­łem ją na wła­sne oczy. Sta­now­czo odra­dzam anga­żo­wa­nie się w ten kon­flikt.

– Rozu­miem. Dzię­kuję za szczerą opi­nię. – Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Lor. – A ty?

Użyt­kow­niczka magii wzru­szyła na­dal krą­głymi ramio­nami.

– To kwe­stia aka­de­micka. Nikt nie wie, w któ­rej czę­ści kon­ty­nentu prze­bywa K’azz.

Blask spoj­rzała na małego pie­czo­nego ptaka i skub­nęła kawa­łek skórki.

– Wyślę wia­do­mość przez naszych nie­ży­ją­cych Bra­cisz­ków. Znajdą go.

– Ale może nie raczyć odpo­wie­dzieć – zauwa­żył Gwynn.

To było nieco zbyt szczere, pomy­ślała Blask, zaci­ska­jąc w iry­ta­cji usta.

– Prze­ko­namy się.

* * *

Znacz­nie póź­niej sta­nęła pośrodku swego apar­ta­mentu. Kom­naty były kie­dyś wła­sno­ścią człon­ków dyna­stii, przed przy­by­ciem Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii wła­da­ją­cej tą pro­win­cją jako jed­nym z małych kró­lestw Stra­temu. Ofi­cjal­nie nale­żały do Blu­esa, gdyż to on pia­sto­wał obec­nie rota­cyjne sta­no­wi­sko guber­na­tora, a gdyby K’azz ich odwie­dził, przy­pa­dłyby jemu. Nie miało jed­nak zna­cze­nia, który z Zaprzy­się­żo­nych aktu­al­nie tu mieszka. Ume­blo­wa­nie było skromne – pry­cza do spa­nia i biurko do pracy. To wszystko. Był tu też kufer podróżny, w któ­rym Blask trzy­mała zbroję. Biczo­miecz wisiał w głów­nym kory­ta­rzu na dole.

Przy­glą­dała się ścia­nom z cio­sa­nego kamie­nia oraz zaku­rzo­nym gobe­li­nom z cza­sów daw­nej dyna­stii, na­dal butwie­ją­cym na ścia­nach w miej­scach, gdzie zastała je Gwar­dia, ale jej myśli cią­gle wra­cały do iry­tu­ją­cej kola­cji. Nie cho­dziło o Gwynna i jego nie­przy­jemne maniery, lecz o nie­obec­ność K’azza. Ich dowódca cze­goś uni­kał i ten fakt skła­niał ją do zasta­no­wie­nia. W chwi­lach gdy na­dal dopa­dały ją resztki próż­no­ści, wyobra­żała sobie, że to jej unika, ale w innych momen­tach prze­kli­nała go za ucieczkę przed odpo­wie­dzial­no­ścią. Budowa jed­no­li­tego pań­stwa od pod­staw była bar­dzo trud­nym zada­niem. Nale­żało pil­no­wać dróg, budo­wać mosty i pla­no­wać budowę nowych osad. Nie można było pozwo­lić, by o takich spra­wach decy­do­wał ślepy przy­pa­dek. A K’azz znik­nął, zosta­wia­jąc to nudne zada­nie innym. Podobny brak odpo­wie­dzial­no­ści znacz­nie pogor­szył jej opi­nię o nim. Otrzą­snęła się, wpa­tru­jąc się w mrok z zasę­pioną miną. Tak czy ina­czej trzeba się będzie z nim skon­tak­to­wać. Przy­wo­łała Bra­cisz­ków.

Po chwili w pomiesz­cze­niu poja­wiła się mgli­sta syl­wetka o krzy­wych nogach. Prawa ręka zjawy koń­czyła się na wyso­ko­ści łok­cia. To był Prze­chył, mistrz oblę­żeń. Stra­cili go nie­dawno. Cień pochy­lił nieco głowę.

– _Blask_ – wydy­szał.

Zdzi­wiła się, sły­sząc wypo­wie­dziane na głos słowo.

– Mam wia­do­mość dla K’azza, Prze­chył.

– _Mogę ją dostar­czyć_ – wyce­dził cień sta­rego męż­czy­zny. – _Ale nie gwa­ran­tuję, że odpo­wie._

– Rozu­miem. Przy­byli do nas goście z Jacu­ruku. Ponow­nie odwie­dził ich Oprawca i zdają się suge­ro­wać, że to my pono­simy za to odpo­wie­dzial­ność.

– _Wyczu­li­śmy tych dwoje_ – wyszep­tał Prze­chył. – _Led­wie można zwać ich ludźmi._

Zasę­piła się, usły­szaw­szy te słowa.

– Prze­ka­żesz wia­do­mość?

– _Jasne. Już się za to biorę. Cie­szę się, że mogłem cię zoba­czyć, Blask._

Cień ruszył ku drzwiom, jakby musiał je otwo­rzyć, żeby wyjść. Prze­nik­nął jed­nak bez prze­szkód przez grubo cio­sane deski, zosta­wia­jąc za sobą chmurę kurzu opa­da­ją­cego powoli na pod­łogę.

Zdzi­wiona Blask uklę­kła, dotknęła dło­nią pyłu, a potem wypro­sto­wała się i przyj­rzała wła­snym pal­com. Można by nie­mal pomy­śleć, że Prze­chył na­dal żyje. Ni­gdy dotąd nie widziała, by wokół syl­wetki któ­re­goś z Bra­cisz­ków zbie­rał się kurz. Ale z dru­giej strony czę­sto wystę­po­wał jako rzecz­nik pole­głych Zaprzy­się­żo­nych. Strzep­nęła kurz z dłoni i wró­ciła za biurko.

* * *

Szcze­rze mówiąc, nie liczyła na odpo­wiedź. K’azz wyłą­czył ze Ślu­bów Oprawcę i tych, któ­rzy opo­wie­dzieli się po jego stro­nie. Już przed ponad rokiem wyklu­czył ich z sze­re­gów Gwar­dii. Oprawca oso­bi­ście odpo­wia­dał za swoje czyny, a kom­pa­nia nie miała z nimi nic wspól­nego… bez względu na to, co mie­liby twier­dzić inni. Goście mogli tu sobie cze­kać, jak długo zechcą. Nic im to nie da. W ciągu kilku następ­nych dni igno­ro­wała ich, jed­no­cze­śnie apro­bu­jąc wszyst­kie prośby miej­sco­wych kup­ców o pokry­cie kosz­tów naprawy statku.

Dla­tego cztery dni póź­niej poczuła się zasko­czona, gdy Ogi­lvy, jeden z regu­lar­nych żoł­nie­rzy, rekrut z Trze­ciego Zaciągu, zapu­kał do jej drzwi i wszedł do środka, uno­sząc pokrytą bli­znami, poobi­janą dłoń do nazna­czo­nego rów­nie wie­loma szra­mami bez­wło­sego czoła.

K’azz, pani – oznaj­mił ochry­płym gło­sem i pokło­nił się jej, jakby była szla­chet­nie uro­dzona.

Wie­lo­krot­nie powta­rzała mu, że wystar­czy zasa­lu­to­wać, ale te maniery naj­wy­raź­niej głę­boko zapi­sały się w jego jaźni. Kła­niał się jej nisko i tytu­ło­wał ją panią, nawet kiedy mu mówiła, żeby tego nie robił. Po pro­stu musiała się do tego przy­zwy­czaić.

Ski­nęła głową i ode­słała go, po czym odło­żyła gęsie pióro i wstała od biurka, by zejść na dół. Zatrzy­mała się na moment przed lustrem z pole­ro­wa­nego brązu i przyj­rzała swemu odbi­ciu. Niska sma­gła kobieta o dłu­gich, czar­nych wło­sach sple­cio­nych w war­kocz. Tak się skła­dało, że miała na sobie długą suk­nię z bro­katu, z roz­cię­ciami i obszytą koronką na bokach. Była cia­sna na górze i w ręka­wach, roz­sze­rza­ją­cych się dopiero przy nad­garst­kach. Nie zasta­na­wiała się nad tym przed­tem, ale rezy­gna­cja ze skó­rza­nej kurty i ake­tonu świad­czyła, że raczej poważ­nie trak­tuje swą rolę peł­nią­cej obo­wiązki guber­na­tora.

Ale ta twarz! Zawsze taka poważna, dziew­czyno. Nos spłasz­czony jak u kar­czem­nej dziewki wda­ją­cej się w bija­tyki i w dodatku te cho­ler­nie cien­kie wargi.

Skrzy­wiła się z nie­za­do­wo­le­niem.

Ale przy­naj­mniej nikt nie umknie z wyciem w noc na mój widok.

Zresztą kogo to obcho­dziło? Otwo­rzyła drzwi, zła­pała zawie­szony na kołku szty­let w pochwie i zatknęła go sobie za pas z tyłu, a potem zeszła na dół krę­tymi scho­dami.

* * *

Zna­la­zła go, gdy gła­skał jed­nego ze swych kilku wierz­chow­ców. Skó­rzany strój miał brudny po podróży, a wyso­kie moka­syny cia­sno opięte wokół kolan. Roz­czo­chrane włosy opa­dały mu na plecy i widziało się w nich pasemka siwi­zny. Odwró­cił się, zanim zdą­żyła do niego podejść. Zatrzy­mała się. Po raz kolejny prze­żyła szok na jego widok. Pamię­tała go jako mło­dego męż­czy­znę, a teraz był stary. Z pew­no­ścią miał za sobą trudne czasy, bo jesz­cze bar­dziej stra­cił na wadze. Oczy o bystrym wyra­zie były zapad­nięte, a wydatne kości policz­kowe wyda­wały się ostre jak noże. Zapu­ścił brodę, rów­nież upstrzoną plam­kami siwi­zny.

Jest stary. Posta­rzał się przed­wcze­śnie. Przed­wcze­śnie? Wszy­scy jeste­śmy sta­rzy, dziew­czyno! Masz ponad sto dwa­dzie­ścia lat!

Otrzą­snęła się, pode­szła bli­żej, ujęła jego chłodne dło­nie i uca­ło­wała go w oba policzki.

– Witaj! Co się z tobą działo?

– Szu­ka­łem dróg pro­wa­dzą­cych do jeziora Jor­rick.

– Naprawdę zamie­rzasz je nazwać na jego cześć?

Uśmiech­nął się.

– Czemu by nie? W Gena­bac­kis uwa­żają go za boha­tera.

– Hmm… pew­nie tak. Zosta­niesz tu na dłu­żej?

Błysz­czące oczy, do tej pory wpa­tru­jące się w nią uważ­nie, prze­su­nęły się w bok.

– Być może. Wybacz, że zwa­li­łem ci na głowę całą papier­kową robotę.

– Nie mnie, tylko Blu­esowi.

– Ach! Nic dziw­nego, że stąd uciekł. Masz o nich jakieś wie­ści?

– Być może dotarli już do Korelu.

– Zostało im tylko odna­leźć Kratę i uwol­nić go ze Sztor­mo­wego Muru. O ile to rze­czy­wi­ście on. Wkrótce powinni wró­cić.

– Powin­nam była pójść z nimi. – Blues sobie pora­dzi. Jest naj­lep­szy z nas. – Bra­kuje mi go. Cie­bie też mi bra­ko­wało…

Na ogo­rza­łej od wia­tru skó­rze wokół oczu męż­czy­zny poja­wiły się zmarszczki. K’azz opu­ścił wzrok.

– Mnie rów­nież bra­ko­wało was wszyst­kich. Co z tymi gośćmi?

Blask ruszyła ku otwar­tej bra­mie for­tecy.

– Gwynn mówi, że to słu­dzy Ardaty.

K’azz szedł u jej boku, spla­ta­jąc dło­nie za ple­cami.

– Tak. Wyczu­wam ich obec­ność. Z pew­no­ścią zali­czają się do naj­po­tęż­niej­szych. W ten spo­sób prze­ka­zuje nam, że trak­tuje swą wia­do­mość bar­dzo poważ­nie. Nie­stety nie możemy speł­nić jej życze­nia…

– Tak im powie­dzia­łam. – Ale chcą to usły­szeć ode mnie. – Tak. – Dla­tego tu przy­by­łem…

Spoj­rze­nie Blask padło na krętą, wysy­paną żwi­rem drogę wio­dącą do mia­steczka.

A kiedy odejdą, ty rów­nież nas opu­ścisz? Wró­cisz na pust­ko­wia? Nie mar­twisz się tym, jakie skutki mogą wywo­łać tak dłu­gie okresy two­jej nie­obec­no­ści? Plot­kami i nie­po­ko­jem? Nie wśród Zaprzy­się­żo­nych, oczy­wi­ście, ale co z regu­lar­nymi żoł­nie­rzami i cywi­lami? Nie­któ­rzy twier­dzą nawet, że dawno już umar­łeś, a my po pro­stu spra­wu­jemy wła­dzę w twoim imie­niu.

Nie­mniej w daw­nych dniach czę­sto roz­pusz­czali fał­szywe pogło­ski o jego obec­no­ści bądź znik­nię­ciu… Blues i inni nawet prze­bie­rali się cza­sem za niego… wszystko to miało sta­no­wić zabez­pie­cze­nie przed nie­ustanną groźbą ze strony cho­ler­nych skry­to­bój­ców ze Szponu…

Zatrzy­mała się nagle, uświa­da­mia­jąc sobie, że już dotarli do mia­steczka. Długa droga w dół kli­fów minęła jej w mgnie­niu oka. Naj­wy­raź­niej przez cały czas nie odzy­wali się ani sło­wem.

Przed nimi, na głów­nej ulicy, z gospody wyszło dwoje gości. Z pew­no­ścią obie strony rów­nie dobrze wyczu­wały swą bli­skość. Wysoki męż­czy­zna, Nagal, musiał się pochy­lić, żeby zmie­ścić się w niskim wej­ściu. Z okien i otwar­tych drzwi wychy­lali się cie­kaw­scy tubylcy, obser­wu­jący zmie­rza­jące ku sobie pary. Blask zauwa­żyła, że żadne z ich czwórki nie ma broni dłuż­szej niż szty­let. Czyżby to była celowa ostroż­ność?

Ciem­no­skóra kobieta pokło­niła się płytko z cichym grze­cho­tem lasu amu­le­tów opa­da­ją­cych jej na piersi. K’azz odwza­jem­nił ukłon.

– Witaj, diuku D’Avore – rze­kła. – Czy może jesteś księ­ciem? – Nosi­łem wiele tytu­łów – odparł ze spo­ko­jem. – Ale suge­ruję ten, z któ­rego jestem naj­bar­dziej dumny. Dowódca.

– Jak sobie życzysz… dowódco. Ja jestem Rutana, a to jest Nagal.

Wysoki męż­czy­zna, który spra­wiał wra­że­nie, że cały czas uśmie­cha się skry­cie, rów­nież się ukło­nił.

– Witaj­cie w Stra­te­mie. W czym możemy wam pomóc?

– Dosta­łeś moją wia­do­mość – wark­nęła. – Powi­nie­neś znać odpo­wiedź na to pyta­nie. Twój wasal, Oprawca, wró­cił do Jacu­ruku i chce zacząć wojnę prze­ciwko nam. Masz obo­wią­zek pomóc nam uwol­nić się od niego.

– Nie jest już moim wasa­lem i nie odpo­wia­dam za jego czyny.

Kobieta nie dała się powstrzy­mać. Unio­sła pod­bró­dek i wykrzy­wiła usta w jesz­cze bar­dziej skwa­szo­nym gry­ma­sie.

– A co z repa­ra­cjami za zbrod­nie, które popeł­nił na naszych zie­miach, kiedy jesz­cze nim był? – zapy­tała. – Wyeli­mi­no­wa­nie go mogłoby pokryć ten dług!

Po raz kolejny Blask zatkało na widok bez­czel­no­ści Rutany.

Bogo­wie na górze! Prze­bywa w kra­inie, którą włada K’azz, i oskarża go o zbrod­nie popeł­nione przez kogoś innego daleko stąd!

Tego nie spo­sób było tole­ro­wać. Na miej­scu K’azza natych­miast kaza­łaby jej odejść.

Jego cier­pli­wość zda­wała się jed­nak nie­wy­czer­pana. Prze­chy­lił tylko głowę, jakby chciał przyj­rzeć się Ruta­nie pod wszyst­kimi moż­li­wymi kątami. Potem zmarsz­czył w zamy­śle­niu brwi.

– Rutana, przy­cho­dzi mi na myśl, że gdy Oprawca po raz pierw­szy przy­był na Jacu­ruku, został wasa­lem two­jej pani. Czyż nie tak?

Kobieta szarp­nęła gwał­tow­nie za rze­mie­nie na ramio­nach. Jej twarz pociem­niała z wście­kło­ści. Po chwili zapa­no­wała nad emo­cjami w wystar­cza­ją­cym stop­niu, żeby odpo­wie­dzieć.

– Nie zawarto for­mal­nej ugody. Przez pewien czas oboje tylko współ­pra­co­wali ze sobą.

K’azz wzru­szył ramio­nami, dając do zro­zu­mie­nia, że uważa ten temat za zamknięty.

– Tak czy ina­czej Oprawca już dawno ruszył wła­sną drogą i nie mogę odpo­wia­dać za jego poczy­na­nia.

– Ale Śluby na­dal go pod­trzy­mują – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Nagal cichym, melo­dyj­nym gło­sem. – Twoje Śluby, K’azz.

Na twa­rzy księ­cia poja­wił się gry­mas bólu.

– Ode­brał­bym mu tę moc, gdyby leżało to w moich moż­li­wo­ściach – odparł z wyraź­nymi wysił­kiem. – Wyłą­czy­łem go ze Ślu­bów.

– To za mało – nie ustę­po­wał Nagal. – Na­dal go obej­mują. Nasza pani zna ich tajem­nicę. Czy nie jesteś cie­kawy, K’azz?

Blask ogar­nął głę­boki nie­po­kój. Za pośred­nic­twem tych dwóch sług wyczu­wała doty­ka­jący ich wpływ Ardaty, pani wszyst­kich cza­row­nic. Zro­biło się jej nie­do­brze. Jej ciało pokryły ciarki, jakby coś je splu­ga­wiło. Widziała, że K’azzem wstrzą­snęło to, co można było zin­ter­pre­to­wać tylko jako dotknię­cie Ascen­dentu pro­po­nu­ją­cego, że zbada coś, co sta­no­wiło pod­stawę jego toż­sa­mo­ści.

– Nie kwe­stio­nuję mądro­ści ani mocy waszej pani – zaczął ostroż­nie. – Być może w przy­szło­ści sko­rzy­stam z jej szczo­drej oferty. – Pochy­lił głowę, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od dwojga gości. – Ale na razie życzę wam bez­piecz­nego powrotu do domu.

Odwró­cił się i odda­lił sztyw­nym kro­kiem. Blask podą­żyła za nim tyłem, cały czas wpa­tru­jąc się w Rutanę i Nagala.

– Tak jest, w przy­szło­ści! – zawo­łał wysoki męż­czy­zna. – Czasu z pew­no­ścią nam nie zabrak­nie.

K’azz zatrzy­mał się na moment, ale ponow­nie ruszył przed sie­bie.

– Jest jesz­cze jedno! – zawo­łała Rutana.

Dowódca Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii odwró­cił się z wes­tchnie­niem.

– Słu­cham?

– Ponie­waż nie jesteś skłonny do współ­pracy, moja pani pozwo­liła mi ujaw­nić jesz­cze jeden fakt.

– Tak?

– Wiesz, że posiada moc jasno­wi­dzą­cej i pro­ro­kini. Prze­wi­działa, że wkrótce doj­dzie do ataku na dolmeny z Tien. Co ty na to, K’azz? Czy można do tego dopu­ścić?

W pierw­szej chwili to nie­ja­sne ostrze­że­nie nic nie zna­czyło dla Blask. Potem przy­po­mniała sobie, gdzie sły­szała tę dziwną nazwę. Tam wła­śnie uwię­ziono K’azza, gdy prze­by­wał na zie­miach Jacu­ruku. Natych­miast skie­ro­wała na niego spoj­rze­nie i zdu­miał ją widok jego reak­cji. Twarz dowódcy zro­biła się biała jak kreda. Pochy­lił wyraź­nie ramiona, jakby dźwi­gał na nich brze­mię. Pokrę­cił głową.

– To się nie może wyda­rzyć – wychry­piał z wysił­kiem.

Rutana uśmiech­nęła się trium­fal­nie.

– W tej spra­wie moja pani zga­dza się z tobą, książę.

– Osią­gnę­łaś swój cel, cza­row­nico. – Spoj­rzał na Blask. – Wezwij Zaprzy­się­żo­nych. Wyru­szam do Jacu­ruku – oznaj­mił i odda­lił się.

Blask śle­dziła go zdu­mio­nym spoj­rze­niem. Tak po pro­stu? Jedna nie­ja­sna groźba, infor­ma­cja, czy co tam wła­ści­wie to było, i już się zgo­dził?

Zer­k­nęła na dwójkę gości, ale igno­ro­wali ją, wle­pia­jąc chciwe spoj­rze­nia w sztywną jak kij syl­wetkę K’azza wle­ką­cego się z wysił­kiem przed sie­bie.

* * *

Dziób statku wbił się w brzeg z ostrym zgrzy­tem drewna dra­pią­cego pia­sek. Sto­jący na przo­dzie kapi­tan rozej­rzał się po wydmach i kar­ło­wa­tej roślin­no­ści cią­gną­cej się w głąb lądu. Załoga i wojow­nicy cze­kali na jego roz­kazy. Choć był okrutny i bru­talny, popro­wa­dził ich do wielu uda­nych ata­ków i ufali jego przy­wódz­twu na woj­nie. Jego szary kol­czy płaszcz, podarty i wystrzę­piony, opa­dał na deski pokładu, a włosy oraz broda rów­nież były dłu­gie, siwe i roz­czo­chrane. Nie­któ­rzy zwali go Sza­rym Duchem, ale tylko naj­cich­szym szep­tem. Sam wolał tytuł wodza wojen­nego.

Prze­sko­czył przez burtę z dzi­kim wrza­skiem i wylą­do­wał w płyt­kiej wodzie. Jego ludzie podą­żyli za nim, wyjąc niczym wilki. Jeśli któ­re­goś z nich można było nazwać zastępcą dowódcy, był nim Sca­rza. Nie­któ­rzy szep­tali, że w żyłach potęż­nie zbu­do­wa­nego wojow­nika pły­nie spora domieszka krwi Trel­lów. Pod­szedł teraz do wodza wojen­nego, zauwa­ża­jąc, że rdza z noszo­nej przez niego zbroi zosta­wia w wodzie czer­wony ślad, wyglą­da­jący jak plama krwi.

– Zie­mia się nie zatrzę­sła, Sca­rza – zauwa­żył wódz wojenny, osła­nia­jąc oczy przed słoń­cem i spo­glą­da­jąc na poro­śnięty kar­ło­watą roślin­no­ścią obszar. – Nie zadęto w trąby. Nie nad­szedł koniec świata.

– O czym mówisz, wodzu wojenny?

Męż­czy­zna skie­ro­wał na niego spoj­rze­nie sta­rych, pożół­kłych oczu, ale zaraz je odwró­cił.

– O niczym, mój drogi Sca­rza… po pro­stu minęło bar­dzo wiele lat, odkąd ostat­nio cho­dzi­łem po tym brzegu.

– A czego mamy doko­nać w tej ponu­rej kra­inie, budzą­cej we mnie bole­sne wspo­mnie­nie ojczy­zny?

Wódz wojenny uśmiech­nął się. Bruzdy prze­ci­na­jące jego starą twarz pogłę­biły się jesz­cze. Naj­wy­raź­niej odpo­wia­dało mu zgryź­liwe poczu­cie humoru jego zastępcy.

– Nie cho­dzi mi o te zie­mie, Sca­rza. Inte­re­suje mnie sąsied­nie kró­le­stwo. Wła­da­jący nim butni mago­wie popa­dli w samo­za­do­wo­le­nie.

Każą się tytu­ło­wać wiel­kimi alche­mi­kami i teur­gami. Tutaj nato­miast znaj­dziemy bandy obdar­tu­sów, żyją­cych z łupie­nia tau­ma­tur­gów. Weź­miemy ich pod swoje skrzy­dła i poka­żemy, jakie korzy­ści może im przy­nieść zor­ga­ni­zo­wana kam­pa­nia.

– Masz na myśli śmierć?

Chudy męż­czy­zna opu­ścił kąciki ust, jakby w wyra­zie lek­kiej dez­apro­baty.

– Z cza­sem tak – przy­znał.

Wódz wojenny spoj­rzał w stronę morza. Wszyst­kie dzie­sięć stat­ków łupież­ców przy­biło już do brzegu.

– Na razie roze­ślij zwia­dow­ców, wyła­duj wszystko i roz­mon­tuj statki. Będziemy potrze­bo­wali drewna.

Sca­rza ukło­nił się mu.

– Już się robi, wodzu wojenny.

Posi­wiały męż­czy­zna ponow­nie skie­ro­wał uwagę w głąb lądu.

– Wró­ci­łem, cho­lerny kręgu magów – wydy­szał. – I co teraz zro­bi­cie? Tak jest… co zro­bi­cie?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij