-
nowość
Krew i Przysięga. Mrok Poświęcenia - ebook
Krew i Przysięga. Mrok Poświęcenia - ebook
Zło nigdy nie odchodzi. Czeka na właściwy moment…
Piotr, Wojownik Słońca, zniknął. Przez lata żył w ukryciu wraz z Julią – z dala od bitew i wielkich przepowiedni. Gdy jednak na horyzoncie pojawiają się znaki powrotu pradawnego zła, musi porzucić spokojne życie i zmierzyć się z mrocznym przeznaczeniem.
Wezwany przez króla wyrusza w podróż, by zgłębić tajemnicę niebezpiecznej siły zagrażającej całemu królestwu. Zło zostawia po sobie krwawą ścieżkę, a Wojownik Słońca musi nią podążać, by doprowadzić do ostatecznego starcia. Może jednak nie być gotowy na cenę, jaką przyjdzie mu za to zapłacić...
„Krew i Przysięga. Mrok poświęcenia” to drugi tom porywającej serii fantasy, która zabiera czytelników w podróż przez lodowate grobowce, spieczoną słońcem pustynię i ziemie, na których rozkwita magia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-771-7 |
| Rozmiar pliku: | 795 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zło nigdy nie ginie. Może zostać pokonane, może zostać wygnane, może nawet na chwilę zniknąć z oczu świata – lecz nigdy nie przestaje istnieć. Wciąż trwa, ukryte w najciemniejszych zakamarkach swego Królestwa, skryte w cieniu, gdzie nie sięga ludzkie spojrzenie. Tam, wśród ruin dawno zapomnianych twierdz, szept przeszłości miesza się z ciszą, a ono czeka.
Nie śpi. Nie zapomina.
Jak pająk w swej sieci cierpliwie tka nici intryg, przygotowując kolejny atak. Może minąć rok, dekada, a nawet całe wieki – ale zło nigdy nie porzuca swej walki. Nie można go unicestwić, można jedynie opóźnić jego nadejście. Można je powstrzymać… lecz tylko na chwilę.
Przepowiednie się wypełniają, a na ich miejscu rodzą się nowe. Stare historie, które wydawały się zamknięte, nagle wracają, by spleść losy kolejnych pokoleń. Czas nie niszczy legend – on je umacnia. Tak jest i tym razem. Legenda potężnych braci wciąż żyje, nieprzerwanie powtarzana wśród szeptów wiatru i zapomnianych pieśni bardów. Ludzie zaczynają mówić o ich potędze, o ich przysiędze, o bitwach, które stoczyli. Świat pamięta. Lecz pamięta także o tym, że nie każda wojna kończy się zwycięstwem. Nie każda walka może być wygrana.
Teraz nadchodzi burza. Ciemność znów unosi głowę, silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Zło nie jest już tylko cieniem przeszłości – ono rośnie, nabiera kształtu, gromadzi siły. Niebawem uderzy z mocą tak wielką, że historia, którą znano do tej pory, może przestać mieć znaczenie.
Dobro musi być gotowe na wszystko.
A jednak… co, jeśli istnieje trzecia droga?
Może świat nie jest tylko areną walki między światłem a cieniem. Może istnieje coś więcej – coś, czego nie przewidziały nawet najstarsze przepowiednie. Może odpowiedź kryje się tam, gdzie nikt jeszcze nie szukał – w samym sercu tego, co nieznane.
Jedno jest pewne – to nie koniec przygody chłopaka. Jego los nie został jeszcze zapisany do końca. A w ciemności, gdzieś poza granicami znanej rzeczywistości, ktoś – lub coś – czeka na jego kolejny krok.
Gdy cień zstąpi na świat, a mrok przysłoni światłość,
Narodzi się wróg, który zniszczy równowagę wszechświata.
Jego moc nie zna granic, a imię przynosi strach i śmierć.
Bracia, choć oddzieleni zdradą, zjednoczą się w obliczu zagrożenia.
Ich moce połączą się, by mogli stanąć naprzeciw wrogowi,
Lecz ta fuzja kosztować ich będzie wszystko – ich serca, ich dusze.
Tylko razem, w jednym akcie poświęcenia, pokonają to, co powstało z ich rozbicia.
Ale jeśli zawiodą, świat pogrąży się w wiecznej ciemności…AKT I
Tam, gdzie zaczyna się historia
Południe w wiosce Dramiz. Słońce stało wysoko na niebie, a ciepłe promienie rozświetlały wszystko dookoła. Wioska tętniła życiem. Różne zapachy mieszały się ze sobą w powietrzu – aromat świeżego siana, miękkiej ziemi, świeżo skoszonej trawy i dymu z kominków. To był zwykły, ale jakże piękny dzień, pełen obowiązków, które od niepamiętnych czasów wypełniały życie mieszkańców.
Z jednej strony wioski ludzie pracowali przy zwierzętach gospodarczych – karmili je, pielęgnowali i doprowadzali do porządku. Inni udali się na polowanie, ich cienie przesuwały się po łąkach jak cisi wojownicy natury. W polach pracowali rolnicy – przycinali plony, sadzili nowe rośliny, a w powietrzu unosił się zapach ziemi przesiąkniętej życiem. Kowal kuł żelazo w swojej kuźni, a kobiety w domach zamiatały podłogi i dbały o porządek.
Dzieci biegały po wiosce, śmiejąc się i grając w berka, goniąc się po brukowanych ścieżkach, nieważne, czy w butach, czy boso – dla nich liczyła się tylko zabawa. Ich śmiech niósł się echem, rozbrzmiewając wśród wąskich uliczek i domów z drewnianymi dachami, które z biegiem lat nabrały pięknego, głębokiego koloru.
W samym sercu tego codziennego życia, w jednym z domów, kobieta o pogodnym wyrazie twarzy zawołała do swojej córki:
– Klaro! – Jej głos był miły i spokojny, pełen troski – taki, jaki może być tylko głos matki.
Dziewczynka, kręcąc miotłą, z której opadały drobne kłaczki kurzu, uniosła głowę, a jej twarz rozjaśnił uśmiech.
– Skończyłam, mamo – odpowiedziała, po czym odłożyła miotłę na bok i weszła do sąsiedniej izby, gdzie czekała już na nią matka.
Kobieta uśmiechnęła się, widząc, że córka jest gotowa do wykonania kolejnego zadania.
– Weź te pakunki, proszę, i zanieś swojej ulubionej cioci. – I podając jej dwa spore kosze, jeden wypełniony jedzeniem, drugi materiałami na ubrania, dodała: – A gdy to zrobisz, w domu będzie czekała na ciebie mała nagroda. – Mówiąc to, wskazał na trzymany w ręku plaster miodu, który dziewczynka uwielbiała.
Klara nie mogła ukryć swojego entuzjazmu, gdy usłyszała o nagrodzie. Jej oczy błysnęły, a serce podskoczyło z radości. Uśmiechnęła się szeroko, biorąc oba pakunki, i starannie ułożyła je w wiklinowym koszu, który zawiesiła na ramieniu. Z radością, jakby niosła skarb, wybiegła z domu, kierując się w stronę domu cioci. Pomachała jeszcze do swoich przyjaciół, którzy właśnie wracali z pola.
Jeden z chłopców, widząc ją wesołą i pełną energii, zawołał:
– Cześć, Klaro! Gdzie się wybierasz?
Dziewczyna zatrzymała się na chwilę, by odpowiedzieć.
– Do cioci, z jedzeniem od mamy.
Starsza pani, która stała obok, także zauważyła dziewczynkę.
– O, Klara! To ciocia pewnie już czeka. Nie zatrzymuj się, bo pewnie się niecierpliwi.
Klara kiwnęła głową, dziękując za życzliwość, i kontynuowała swoją drogę.
Gdy dotarła do domu cioci, zamyśliła się. Widziała go nie pierwszy raz, ale za każdym razem tak samo dziwił ją swoją innością. Wyraźnie różnił się od reszty wioski. Był nowy, świeżo zbudowany z drewna, które jeszcze nie ściemniało. Otaczający go ogród wypełniały bujne, kolorowe kwiaty, które przyciągały wzrok – jak magiczne wyspy w morzu zieleni. Z zachwytem obserwowała ich barwy, podziwiając szczegóły, które tylko dopełniały obraz tego spokojnego, urokliwego miejsca.
Klara zapukała, serce jej zabiło mocniej. Nie mogła się doczekać, aż zobaczy swoją ciocię.
Po chwili drzwi się otworzyły, a przed nią stanęła piękna, młoda kobieta. Miała długie, rude włosy, które lśniły w świetle słońca jak ogniste płomienie, a jej niebieskie oczy błyszczały ciepłem i serdecznością. Ubrana była skromnie, jak typowa mieszkanka wioski – w wygodne spodnie, białą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci oraz cienką brązową kamizelkę. Przyciągała uwagę swoją naturalną urodą i spokojną pewnością siebie. Ciocia nie nosiła sukienek – nie lubiła ich, czuła się w nich skrępowana.
– Klara! – zawołała z radością, gdy ujrzała dziewczynkę. – Jak dobrze cię widzieć!
Klara od razu postawiła wiklinowy koszyk na ziemi, podeszła do cioci i mocno ją przytuliła.
– Ciociu Julio, jak dobrze cię widzieć! Tęskniłam za tobą!
Julia, lekko zaskoczona, zaśmiała się ciepło, a na jej twarzy pojawił się wyraz zdziwienia.
– Ależ, Klaro, przecież widziałyśmy się zaledwie dwa dni temu.
Klara uśmiechnęła się szeroko.
– Tak, ale dla mnie to były wieki. Lubię spędzać z tobą czas.
Julia roześmiała się ciepło.
– Wiem, wiem. Coś o tym wiem. – Spojrzała na nią z rozbawieniem.
– A Piotr? Gdzie on się podziewa? – zapytała Klara.
– Trenuje za domem – odpowiedziała ze spokojem Julia.
Dziewczynka lekko uniosła brwi, patrząc na ciocię.
– Możemy go odwiedzić?
Julia przez chwilę się zastanawiała, a potem skinęła głową, uśmiechając się.
– Pewnie, czemu nie.
Wzięła Klarę za rękę, a dziewczynka chwyciła koszyk, który zostawiła przy drzwiach, i razem ruszyły za dom, aby zobaczyć, co robi Piotr.
Powędrowały w stronę rozległego, pustego pola, które rozciągało się za domem Julii. Letni wiatr delikatnie poruszał źdźbłami trawy, a ciepłe słońce, choć powoli chyliło się ku zachodowi, ogrzewało ziemię. Julia i mała Klara znalazły schronienie w cieniu starej jabłoni, której konary rozpościerały się nad nimi niczym ochronny parasol. Liście szeleściły delikatnie, a zapach dojrzewających owoców mieszał się z aromatem powietrza.
Ich wzrok padł na stojącego w oddali chłopaka. Piotr, balansując na jednym palcu, wywrócony do góry nogami, utrzymywał równowagę na złotej włóczni, której ostrze tkwiło w ziemi. Klara zmarszczyła brwi, zdziwiona niezwykłą pozycją chłopaka.
– Ciociu, dlaczego on tak dziwnie stoi? – zapytała, nie kryjąc ciekawości.
Julia, przyglądając się Piotrowi z rozbawieniem, odpowiedziała spokojnym tonem:
– Przygotowuje się do treningu. To dla niego rodzaj medytacji, sposób na zebranie sił i skupienie. Zaraz sama zobaczysz…
Chwilę później Piotr płynnie zeskoczył z włóczni i wylądował pewnie na nogach. Chwycił broń, przybrał pozycję bojową, a jego ruchy nabrały dynamiki. Zaczął wymachiwać włócznią w precyzyjny, niemal hipnotyzujący sposób. Klara wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami.
– On… on tańczy? – zapytała z zachwytem.
– Można tak powiedzieć. Jest oswojony ze swoją bronią. Jego ruchy są harmonijne, ale śmiertelnie skuteczne – wyjaśniła Julia.
Klara zmrużyła oczy, bo dostrzegła coś dziwnego.
– Ciociu… jego oczy… One są żółte! Ale przecież Piotr ma brązowe oczy!
Julia westchnęła i spojrzała na Piotra z lekkim napięciem.
– To znak, że wszedł w trans bojowy. Jeśli tylko środek jego oczu jest żółty, to nadal ma nad wszystkim kontrolę. Ale jeśli całe oczy rozbłysną na złoto… – Zawahała się. – Wtedy jego moc przejmuje nad nim kontrolę. W takim stanie jest nieprzewidywalny… i lepiej trzymać się od niego z daleka.
Klara przełknęła ślinę, czując dreszcz niepokoju, ale nie mogła oderwać wzroku od chłopaka. Piotr intensyfikował swój trening – jego dłuższe, brązowe włosy falowały na wietrze, a krople potu błyszczały na nagiej klatce piersiowej. Obrót, piruet, przewrót, cięcie – każdy ruch płynny, ale pełen siły. Słychać było jego przyspieszony oddech, ale nie zamierzał się poddać. Znów obrót, cięcie, unik, cios…
Nagle, zupełnie niespodziewanie, chłopak wyskoczył w górę. Żaden człowiek nie byłby w stanie wzbić się na taką wysokość! Będąc w powietrzu, rzucił złotą włócznię, a ta z niezwykłą prędkością przeszyła imitującą wroga drewnianą ścianę.
Kiedy wylądował, wyciągnął przed siebie rękę. W miejscu między nadgarstkiem a łokciem rozbłysły dziwne symbole, układające się w pulsujące światło. W jednej chwili włócznia wróciła do jego dłoni, a potężna fala energii rozeszła się wokół niego, wzbijając w powietrze drobinki kurzu i trawy.
Kątem oka Piotr dostrzegł swoją widownię. Jego oczy powoli wracały do naturalnego brązowego koloru. Uśmiechnął się, odłożył broń i pobiegł przywitać się z dziewczynami.
Klara nie mogła się powstrzymać – pierwsza rzuciła się do niego, śmiejąc się radośnie. Piotr przytulił ją mocno, a Julia spokojnie kroczyła w ich stronę z uśmiechem na ustach.
– Jest i mój wojownik – powiedziała, przyglądając mu się uważnie. Nie był najsilniejszym człowiekiem na świecie, ale jego sylwetka była harmonijna, dobrze zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Był sobą. Autentycznym sobą.
Delikatnie musnęła jego usta pocałunkiem. Rzadko to robiła, ale lubiła te chwile.
– Cieszę się, że was widzę! – powiedziała Klara, jednak zaraz dodała z nutą smutku: – Ale muszę już wracać do domu. Mama się będzie martwić…
Para skinęła głową. Klara pomachała im jeszcze na pożegnanie i pobiegła w stronę swojego domu, szczęśliwa, że mogła ich odwiedzić.
Julia została sam na sam z Piotrem. Chłopak objął ją w pasie jedną ręką, a drugą wyciągnął w bok. Włócznia natychmiast do niego wróciła.
– Myślisz, że bylibyśmy dobrymi rodzicami? – zapytała Julia nagle, patrząc mu w oczy.
Piotr uśmiechnął się lekko.
– Kto wie? Ale na dzieci trzeba sobie zasłużyć.
Julia uniosła brwi, nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Wzruszyła ramionami i skierowała się do domu. Gdy już odchodziła, rzuciła przez ramię:
– A, i jeszcze coś, Piotrze… Ogól się.
Piotr zmarszczył brwi, zaskoczony.
– Myślałem, że broda dodaje mi powagi…
Kobieta spojrzała na niego z figlarnym uśmiechem.
– Może i tak, ale łaskocze przy całowaniu. A ja za tym nie przepadam. – Odwróciła się i zniknęła za drzwiami.
Piotr podrapał się po zaroście, zastanawiając się nad jej słowami.
– Hm… może faktycznie…
Westchnął, po czym udał się przed dom, gdzie czekała brzytwa i miska z wodą. Jeśli jego ukochana miała rację, to nie było innego wyjścia – czas spełnić jej życzenie.
Niebawem, świeżo ogolony i umyty, wciągnął na siebie swoje wygodne, luźne ubrania, które nie krępowały ruchów. Przyzwyczaił się do nich – były idealne zarówno do treningu, jak i do codziennych obowiązków. Miał zamiar zająć się pracą, jak co dzień, lecz nie zdążył wiele zrobić, gdyż do jego chaty przybył niespodziewany gość.
W progu stanął starszy wioski, Ramwik – mężczyzna o długich, siwych włosach i twarzy pokrytej licznymi zmarszczkami, świadczącymi o latach ciężkiej pracy i doświadczenia. Jego postawa była wyprostowana, ale oczy pełne troski i zamyślenia.
– Witaj, Piotrze – przywitał się, skinąwszy lekko głową.
Chłopak natychmiast ukłonił się z szacunkiem.
– Witaj, Ramwiku. Czemu zawdzięczam twoje odwiedziny?
Starzec spojrzał na niego uważnie, jakby ważył każde słowo, zanim wreszcie zadał pytanie.
– Powiedz mi, Piotrze, dobrze się wam tu żyje? Czy wioska jest dla ciebie i Julii odpowiednim miejscem?
Piotr uniósł brwi, wyczuwając, że pytanie nie padło bez powodu. Ramwik nie był człowiekiem, który mówiłby coś bez przyczyny. Coś musiało go trapić.
– Oczywiście! – odpowiedział chłopak z entuzjazmem. – To wspaniała wioska, pełna dobrych ludzi. Jak mogłoby być inaczej?
Jednak zamiast uśmiechu na twarzy starca pojawił się cień smutku. Jego oczy na moment poszarzały jeszcze bardziej, a rysy stężały.
– Przybądźcie do mnie wieczorem, zanim słońce zajdzie. Musimy porozmawiać – powiedział cicho, po czym obrócił się i odszedł, zostawiając Piotra w zamyśleniu.
Chłopak stał jeszcze chwilę w progu, próbując zrozumieć, co mogło tak zmartwić Ramwika. W końcu westchnął, wszedł do swojej chaty i opowiedział wszystko Julii.
Dziewczyna, słysząc jego słowa, skrzyżowała ręce na piersi i zmarszczyła brwi.
– I co teraz? – zapytała.
Piotr wzruszył ramionami, ale jego głos był spokojny.
– Pójdziemy do niego. Wtedy wszystko się wyjaśni.
Julia skinęła głową, ale nim wróciła do swoich zajęć, rozejrzała się ostrożnie wokół, jakby chciała się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje. Po chwili nachyliła się ku Piotrowi i ściszonym głosem zapytała:
– A co z Azao? Odezwał się? Ostrzegł cię przed czymś?
Piotr spochmurniał.
– Nie – odpowiedział chłodno. – Milczy od wielu dni.
– Myślisz, że to zły znak?
Chłopak pokręcił głową i odetchnął głęboko.
– Wszystko będzie dobrze. Pewnie chodzi o jakiś drobiazg, a my niepotrzebnie się martwimy.
Julia spojrzała na niego uważnie, jakby chciała się upewnić, że naprawdę w to wierzy.
– Obyś miał rację… – rzekła cicho.
Oboje wrócili do swoich obowiązków, starając się nie myśleć o nadchodzącym spotkaniu. Jednak do końca dnia w ich głowach krążyło jedno pytanie: co tak naprawdę chce im powiedzieć Ramwik?
*
Gdy słońce powoli chowało się za wzgórzami, a niebo stopniowo traciło swój złocisty blask, wieś pogrążała się w spokojnej wieczornej aurze. Ludzie kończyli swoje zajęcia – jedni wracali do domów, by odpocząć w cieple rodzinnego ogniska, inni kierowali się do karczmy, by przy kuflu piwa omówić wydarzenia minionego dnia. Zmierzch przynosił ukojenie po ciężkiej pracy, a uliczki wypełniał cichy gwar ostatnich rozmów przed snem.
Julia i Piotr, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, udali się do domu Ramwika, starszego wioski. Nie wiedzieli, co ich tam czeka, ale szli z przekonaniem, że ta wizyta może być dla nich kluczowa. Po drodze mijali mieszkańców, z których wielu zdążyli już bliżej poznać i polubić. Każdego witali ciepłym uśmiechem i uprzejmym skinieniem głowy.
Mała Klara, dziewczynka o jasnych włosach i błyszczących oczach, zauważywszy ich z daleka, podbiegła z dziecięcym entuzjazmem, by pomachać im na pożegnanie. Już jutro, z pierwszymi promieniami słońca, znów ich powita, jak miała to w zwyczaju. Choć Klara nie była spokrewniona ani z Julią, ani z Piotrem, darzyła ich ogromną sympatią. To właśnie ona jako pierwsza z wioski odważyła się zaprzyjaźnić z nowo przybyłymi. Julia była jednak od niej znacznie starsza, więc dziewczynka, chcąc okazać jej szacunek, zaczęła nazywać ją ciocią. Julię to rozczuliło i chętnie przyjęła ten tytuł, który od tamtej pory towarzyszył ich relacji.
W końcu para dotarła do domu Ramwika. Drewniane drzwi wyglądały na stare, ale solidne, a z wnętrza domu sączyło się ciepłe światło świec. Piotr przepuścił Julię przodem, a sam wszedł zaraz za nią i zamknął drzwi, by odciąć się od chłodnego powiewu wieczornego wiatru.
Wnętrze nie różniło się od typowego wiejskiego domu – schludne i funkcjonalne. Choć Ramwik był najbogatszym mieszkańcem wioski, nigdy się nie obnosił ze swoim majątkiem. Wręcz przeciwnie – cenił prostotę i wielokrotnie powtarzał, że nie jest ważniejszy od pozostałych mieszkańców.
Już od progu słychać było ożywioną debatę dochodzącą z głównej izby. W centralnym pomieszczeniu, wokół solidnego, prostokątnego drewnianego stołu stało trzech mężczyzn. Jednym z nich był Ramwik. Obok niego – jego najstarszy syn, Elwik, który miał w przyszłości przejąć urząd starszego. Był wysoki, dobrze zbudowany, o krótkich blond włosach i równie krótkim zaroście. Wyróżniał się postawą i pewnością siebie. To on jako pierwszy zauważył nadchodzącą parę.
– Ojcze, przybyli – oznajmił, spoglądając na Ramwika.
Starszy wioski podniósł wzrok na Piotra, uśmiechnął się lekko i gestem dłoni zaprosił ich bliżej.
– Dobrze, że jesteście. Podejdźcie, poznajcie naszego gościa. Oto czcigodny Wilmir, wysłannik królewski – powiedział, wskazując trzeciego mężczyznę.
Piotr i Julia spojrzeli na nieznajomego. Od razu było widać, że przybył z bogatszych stron – zdradzał go jego ubiór. Szaty z drogocennych tkanin, ozdobione złotymi nićmi, w barwach czerni i czerwieni, wyróżniały go na tle skromnej izby. Na głowie nosił elegancki beret przystrojony pawim piórkiem, co sprawiało, że wyglądał na wyniosłego.
Wilmir skłonił się nieznacznie w stronę Piotra, po czym przemówił głosem pełnym pewności siebie:
– Tak, zgadza się. Jestem wysłannikiem naszego kochanego króla, Mirobora Walecznego. Przysyła mnie tutaj, gdyż docierają do niego opowieści o bohaterze, którego nazywają Wojownikiem Słońca. Powiedzcie mi… czy to prawda?
W izbie zapadła nagła cisza. Wszyscy obecni zaczęli nerwowo, lecz dyskretnie spoglądać w podłogę. Tylko Piotr pozostał niewzruszony.
– Panie – odezwał się w końcu. – Skąd pomysł, że ktoś taki istnieje? A jeśli nawet, to dlaczego miałby znajdować się właśnie tutaj?
Królewski wysłannik uważnie przyglądał się Piotrowi, jakby próbował dostrzec w nim coś więcej niż prostego wieśniaka.
– A jak wytłumaczycie fakt, że podczas gdy inne wioski są niszczone przez bandytów, wasza pozostaje nietknięta od lat? – zapytał z chytrym uśmiechem.
Ich spojrzenia się spotkały. Piotr, niewzruszony, odpowiedział chłodno:
– Mamy po prostu szczęście i tyle.
Wilmir zmrużył oczy. Widać było, że jego cierpliwość się kończy.
– Albo mi zaraz powiecie, gdzie go znajdę, albo sam król zrówna tę wioskę z ziemią i nie zostawi przy życiu nikogo – oświadczył ostro.
Napięcie w izbie rosło. Na twarzach mieszkańców malował się strach, atmosfera gęstniała z każdą sekundą. Julia chciała coś powiedzieć, ale Piotr delikatnie uniósł dłoń, by ją powstrzymać.
– O, panie – przerwał ciszę. – Przyznaję, ta wioska faktycznie ma swojego obrońcę, tajemniczego wojownika. Ale nikt, oprócz mnie, nie ma z nim kontaktu. Ja jestem jego oczami i uszami. Jeśli więc masz do niego sprawę, musisz najpierw porozmawiać ze mną. Jednak ostrzegam… jeśli choć jednemu mieszkańcowi coś się stanie, ściągniecie na siebie jego gniew.
Odważne stwierdzenie. Wilmir, szlachetnie urodzony, był wyraźnie urażony, że prosty wieśniak ośmiela się dyktować mu warunki. Jednak nie dał tego po sobie poznać.
– Król wzywa Wojownika Słońca do siebie – oznajmił lodowato. – Nadciąga wróg, z którym nawet mój władca nie może wygrać.
Ramwik i Piotr spojrzeli na siebie z zaskoczeniem. Julia, wciąż pełna obaw, zapytała:
– A co ten wojownik ma do wojny króla?
Wilmir spojrzał na nią z wyższością.
– Ta wioska należy do króla. Skoro Wojownik Słońca pojawia się na jej obrzeżach, to znaczy, że jest jego podwładnym. A każdy podwładny winien jest królowi bezgraniczne oddanie.
Piotr już miał odmówić, gdy nagle coś się stało. W jego głowie rozbrzmiał głos. Azao, tajemnicza istota, która od kilku dni milczała, nagle się odezwała.
– _Przyjmij propozycję._
Piotr zamarł. Nie rozumiał dlaczego, ale wiedział, że nie może zignorować tego głosu. Spojrzał na Wilmira.
– Dobrze. Przybędzie.
Na twarzy wysłannika pojawił się triumfalny uśmiech.
– Za trzy dni ma się stawić w pałacu w mieście Wendograd. Skoro wszystko ustalone, pójdę odpocząć. Jutro wyruszam do króla. Żegnam. – Obrócił się i wyszedł.
Gdy drzwi się za nim zatrzasnęły, Ramwik odetchnął ciężko, po czym spojrzał na Piotra z troską.
– To niebezpieczny człowiek – powiedział cicho. – Skoro król wysłał tu właśnie jego, to znaczy, że sprawa jest naprawdę poważna. Piotrze, nie musiałeś się zgadzać. Przysięgaliśmy, że cię nie wydamy.
Piotr podszedł do Ramwika i położył dłoń na jego ramieniu.
– Wiem. Ale nie chcę ryzykować, że coś wam się stanie. Pojadę do króla. I tak już dość dla nas zrobiliście.
Ramwik uśmiechnął się smutno.
– Kiedy kilka lat temu mój syn Elwik przyprowadził was tutaj, wiedziałem, że jesteście wyjątkowi. Nie myliłem się. Dzięki wam wioska miała ochronę, o którą błagała króla przez lata. Nie chcieliście zapłaty, tylko schronienia. Wasza pomoc była nieoceniona. To my wam dziękujemy. Zawsze będziecie tu mile widziani.
Julia otarła łzę wzruszenia.
– Wrócimy, jak tylko wszystko się skończy – obiecała.
Ramwik skinął głową.
– Wracajcie cali i zdrowi.
Para wyszła z domu. Wioska pogrążona była w ciszy, a srebrne światło księżyca delikatnie rozjaśniało ciemność. Idąc w stronę chaty, Julia skomentowała całą sytuację:
– No proszę, potężny Mirobor Waleczny, niezwyciężony król, potrzebuje pomocy. Cóż za ironia…
– Nikt nie jest niezwyciężony, każdy w końcu trafi na silniejszego – odrzekł Piotr.
Słysząc wcale nie żartobliwy ton chłopaka, Julia zapytała:
– Dlaczego się zgodziłeś?
Piotr spojrzał na nią poważnie.
– Azao się odezwał. Kazał mi to zrobić.
Julia poczuła zimny dreszcz.
– To nie wróży nic dobrego. Jadę z tobą.
– Nie ma mowy – zaprotestował Piotr.
Spojrzała na niego z determinacją.
– To nie była prośba. Ktoś musi się tobą zająć.
Piotr uśmiechnął się lekko i przytulił ją. Wiedzieli, że jutro czeka ich trudna podróż.
*
Noc była długa. W izbie panował półmrok, a jedynym źródłem światła było słabe migotanie żaru w palenisku. Julia leżała obok Piotra w dużym, podwójnym łożu, wyścielonym miękkimi skórami zwierząt. Choć spała, jej oddech był płytki, a twarz niespokojna. Każdy szelest, mocniejszy podmuch wiatru czy skrzypnięcie drewna mogły ją zbudzić. Była czujna nawet we śnie.
Piotr nie spał. Nie mógł. Myśli kotłowały mu się w głowie, nie pozwalając na choćby chwilę odpoczynku. Dlaczego Azao kazał mu przyjąć tę ofertę? Co takiego się wydarzy? Jaką przyszłość przyniesie ta decyzja? Tych pytań było zbyt wiele, a odpowiedzi – żadnej.
Po dłuższej chwili przewracania się z boku na bok podjął decyzję. Musiał się przejść. Ostrożnie, by nie zbudzić Julii, wysunął się z łóżka. Wciągnął na siebie swoją lekką skórzaną zbroję i spojrzał na drzwi. Skrzypnęłyby, a on nie chciał ryzykować. Zamknął oczy, skupił się na swojej mocy, a po chwili jego ciało rozmyło się w złocistej poświacie. Przeniknął przez ścianę i pojawił się na zewnątrz.
Wioska, która kilka lat temu stała się jego domem, wyglądała teraz jak wymarłe miejsce. Ciemność pochłaniała drewniane chaty, a w powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi. Żadnego światła w oknach, żadnych rozmów, żadnego życia – wszyscy spali. Spacerował bez celu, próbując uporządkować myśli. Czy powinien się ujawnić? Pokazać swoją prawdziwą naturę? Jeśli tak, stanie się kimś więcej niż tylko wieśniakiem. Będzie legendą. Ale to oznaczałoby utratę wolności.
Naciągnął kaptur na głowę, czując, jak chłodny wiatr smaga jego włosy. Czy powinien zabrać Julię? Była waleczna, mądra, zdolna. Wiele razy udowodniła swoją wartość. Ale jeśli coś jej się stanie? Tego by nie zniósł.
Westchnął, kierując się w stronę domu.
Wtedy usłyszał szelest.
Zatrzymał się.
Zerknął w bok, by zlokalizować źródło dźwięku. To nie był wiatr. Uniósł dłoń i w tej samej chwili w jego ręce pojawiła się Złota Włócznia. Ostrze rozbłysło, rzuciło światło na pobliskie krzewy. I wtedy ją zobaczył.
Była drobna, niemal jak dziecko. Jej skóra miała kolor śnieżnej bieli, a oczy lśniły intensywną zielenią. Ubrania, jakie miała na sobie, wyglądały niczym utkane z liści, kwiatów i pnączy.
Nie była człowiekiem.
Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nie uciekała, ale też nie podchodziła. Piotr kucnął, by nie wyglądać groźnie.
Istota przechyliła głowę w bok, jakby go analizowała. Po chwili zrobiła krok do przodu. Potem kolejny. Nagle jej twarz się zmieniła. Ciekawość ustąpiła miejsca przerażeniu.
Bez ostrzeżenia rzuciła się do ucieczki.
– Czekaj! – krzyknął Piotr, ruszając za nią. – Nie chcę cię skrzywdzić!
Dziewczynka była niewiarygodnie szybka. Przemknęła przez pola i wpadła między drzewa. Piotr mógłby ją dogonić, gdyby użył swojej mocy. Ale nie chciał jej przestraszyć jeszcze bardziej. Biegł za nią, choć wiedział, że ciemność lasu działa na jego niekorzyść. Po chwili zamknął oczy, wziął głęboki wdech i skupił moc. Gdy ponownie je otworzył, jego tęczówki rozbłysły złotym światłem.
Teraz widział w ciemności jak w dzień.
Las wokół niego… zmieniał się.
Drzewa stawały się potężniejsze, ich korzenie oplatały ziemię niczym węże. Powietrze zrobiło się cięższe, wilgotne, a wokół unosiła się dziwna, niewidzialna aura.
Zatrzymał się.
Coś było nie tak.
Ruszył ostrożnie do przodu. Gdy przedzierał się przez gęstwinę, nagle dostrzegł coś, co niemal zaparło mu dech w piersiach. Pośród dzikiej dżungli, ukryta między potężnymi drzewami, stała świątynia.
Kamienna budowla wyglądała na starą, a jej ściany pokryte były rzeźbieniami i symbolami, których znaczenia nie znał. To nie mógł być przypadek. Miejsce do złudzenia przypominało zapomniane miasto, które odkrył przed laty.
– Azao… co chcesz mi pokazać? – szepnął.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.