Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Krew i Przysięga. Mrok Poświęcenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 września 2026
32,99
3299 pkt
punktów Virtualo

Krew i Przysięga. Mrok Poświęcenia - ebook

Zło nigdy nie odchodzi. Czeka na właściwy moment…

Piotr, Wojownik Słońca, zniknął. Przez lata żył w ukryciu wraz z Julią – z dala od bitew i wielkich przepowiedni. Gdy jednak na horyzoncie pojawiają się znaki powrotu pradawnego zła, musi porzucić spokojne życie i zmierzyć się z mrocznym przeznaczeniem.

Wezwany przez króla wyrusza w podróż, by zgłębić tajemnicę niebezpiecznej siły zagrażającej całemu królestwu. Zło zostawia po sobie krwawą ścieżkę, a Wojownik Słońca musi nią podążać, by doprowadzić do ostatecznego starcia. Może jednak nie być gotowy na cenę, jaką przyjdzie mu za to zapłacić...

„Krew i Przysięga. Mrok poświęcenia” to drugi tom porywającej serii fantasy, która zabiera czytelników w podróż przez lodowate grobowce, spieczoną słońcem pustynię i ziemie, na których rozkwita magia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-771-7
Rozmiar pliku: 795 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Zło ni­g­dy nie gi­nie. Może zo­stać po­ko­na­ne, może zo­stać wy­gna­ne, może na­wet na chwi­lę znik­nąć z oczu świa­ta – lecz ni­g­dy nie prze­sta­je ist­nieć. Wciąż trwa, ukry­te w naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­kach swe­go Kró­le­stwa, skry­te w cie­niu, gdzie nie się­ga ludz­kie spoj­rze­nie. Tam, wśród ruin daw­no za­po­mnia­nych twierdz, szept prze­szło­ści mie­sza się z ci­szą, a ono cze­ka.

Nie śpi. Nie za­po­mi­na.

Jak pa­jąk w swej sie­ci cier­pli­wie tka nici in­tryg, przy­go­to­wu­jąc ko­lej­ny atak. Może mi­nąć rok, de­ka­da, a na­wet całe wie­ki – ale zło ni­g­dy nie po­rzu­ca swej wal­ki. Nie moż­na go uni­ce­stwić, moż­na je­dy­nie opóź­nić jego na­dej­ście. Moż­na je po­wstrzy­mać… lecz tyl­ko na chwi­lę.

Prze­po­wied­nie się wy­peł­nia­ją, a na ich miej­scu ro­dzą się nowe. Sta­re hi­sto­rie, któ­re wy­da­wa­ły się za­mknię­te, na­gle wra­ca­ją, by spleść losy ko­lej­nych po­ko­leń. Czas nie nisz­czy le­gend – on je umac­nia. Tak jest i tym ra­zem. Le­gen­da po­tęż­nych bra­ci wciąż żyje, nie­prze­rwa­nie po­wta­rza­na wśród szep­tów wia­tru i za­po­mnia­nych pie­śni bar­dów. Lu­dzie za­czy­na­ją mó­wić o ich po­tę­dze, o ich przy­się­dze, o bi­twach, któ­re sto­czy­li. Świat pa­mię­ta. Lecz pa­mię­ta tak­że o tym, że nie każ­da woj­na koń­czy się zwy­cię­stwem. Nie każ­da wal­ka może być wy­gra­na.

Te­raz nad­cho­dzi bu­rza. Ciem­ność znów uno­si gło­wę, sil­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Zło nie jest już tyl­ko cie­niem prze­szło­ści – ono ro­śnie, na­bie­ra kształ­tu, gro­ma­dzi siły. Nie­ba­wem ude­rzy z mocą tak wiel­ką, że hi­sto­ria, któ­rą zna­no do tej pory, może prze­stać mieć zna­cze­nie.

Do­bro musi być go­to­we na wszyst­ko.

A jed­nak… co, je­śli ist­nie­je trze­cia dro­ga?

Może świat nie jest tyl­ko are­ną wal­ki mię­dzy świa­tłem a cie­niem. Może ist­nie­je coś wię­cej – coś, cze­go nie prze­wi­dzia­ły na­wet naj­star­sze prze­po­wied­nie. Może od­po­wiedź kry­je się tam, gdzie nikt jesz­cze nie szu­kał – w sa­mym ser­cu tego, co nie­zna­ne.

Jed­no jest pew­ne – to nie ko­niec przy­go­dy chło­pa­ka. Jego los nie zo­stał jesz­cze za­pi­sa­ny do koń­ca. A w ciem­no­ści, gdzieś poza gra­ni­ca­mi zna­nej rze­czy­wi­sto­ści, ktoś – lub coś – cze­ka na jego ko­lej­ny krok.

Gdy cień zstą­pi na świat, a mrok przy­sło­ni świa­tłość,

Na­ro­dzi się wróg, któ­ry znisz­czy rów­no­wa­gę wszech­świa­ta.

Jego moc nie zna gra­nic, a imię przy­no­si strach i śmierć.

Bra­cia, choć od­dzie­le­ni zdra­dą, zjed­no­czą się w ob­li­czu za­gro­że­nia.

Ich moce po­łą­czą się, by mo­gli sta­nąć na­prze­ciw wro­go­wi,

Lecz ta fu­zja kosz­to­wać ich bę­dzie wszyst­ko – ich ser­ca, ich du­sze.

Tyl­ko ra­zem, w jed­nym ak­cie po­świę­ce­nia, po­ko­na­ją to, co po­wsta­ło z ich roz­bi­cia.

Ale je­śli za­wio­dą, świat po­grą­ży się w wiecz­nej ciem­no­ści…AKT I

Tam, gdzie zaczyna się historia

Po­łu­dnie w wio­sce Dra­miz. Słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie, a cie­płe pro­mie­nie roz­świe­tla­ły wszyst­ko do­oko­ła. Wio­ska tęt­ni­ła ży­ciem. Róż­ne za­pa­chy mie­sza­ły się ze sobą w po­wie­trzu – aro­mat świe­że­go sia­na, mięk­kiej zie­mi, świe­żo sko­szo­nej tra­wy i dymu z ko­min­ków. To był zwy­kły, ale jak­że pięk­ny dzień, pe­łen obo­wiąz­ków, któ­re od nie­pa­mięt­nych cza­sów wy­peł­nia­ły ży­cie miesz­kań­ców.

Z jed­nej stro­ny wio­ski lu­dzie pra­co­wa­li przy zwie­rzę­tach go­spo­dar­czych – kar­mi­li je, pie­lę­gno­wa­li i do­pro­wa­dza­li do po­rząd­ku. Inni uda­li się na po­lo­wa­nie, ich cie­nie prze­su­wa­ły się po łą­kach jak cisi wo­jow­ni­cy na­tu­ry. W po­lach pra­co­wa­li rol­ni­cy – przy­ci­na­li plo­ny, sa­dzi­li nowe ro­śli­ny, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach zie­mi prze­siąk­nię­tej ży­ciem. Ko­wal kuł że­la­zo w swo­jej kuź­ni, a ko­bie­ty w do­mach za­mia­ta­ły pod­ło­gi i dba­ły o po­rzą­dek.

Dzie­ci bie­ga­ły po wio­sce, śmie­jąc się i gra­jąc w ber­ka, go­niąc się po bru­ko­wa­nych ścież­kach, nie­waż­ne, czy w bu­tach, czy boso – dla nich li­czy­ła się tyl­ko za­ba­wa. Ich śmiech niósł się echem, roz­brzmie­wa­jąc wśród wą­skich uli­czek i do­mów z drew­nia­ny­mi da­cha­mi, któ­re z bie­giem lat na­bra­ły pięk­ne­go, głę­bo­kie­go ko­lo­ru.

W sa­mym ser­cu tego co­dzien­ne­go ży­cia, w jed­nym z do­mów, ko­bie­ta o po­god­nym wy­ra­zie twa­rzy za­wo­ła­ła do swo­jej cór­ki:

– Kla­ro! – Jej głos był miły i spo­koj­ny, pe­łen tro­ski – taki, jaki może być tyl­ko głos mat­ki.

Dziew­czyn­ka, krę­cąc mio­tłą, z któ­rej opa­da­ły drob­ne kłacz­ki ku­rzu, unio­sła gło­wę, a jej twarz roz­ja­śnił uśmiech.

– Skoń­czy­łam, mamo – od­po­wie­dzia­ła, po czym odło­ży­ła mio­tłę na bok i we­szła do są­sied­niej izby, gdzie cze­ka­ła już na nią mat­ka.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się, wi­dząc, że cór­ka jest go­to­wa do wy­ko­na­nia ko­lej­ne­go za­da­nia.

– Weź te pa­kun­ki, pro­szę, i za­nieś swo­jej ulu­bio­nej cio­ci. – I po­da­jąc jej dwa spo­re ko­sze, je­den wy­peł­nio­ny je­dze­niem, dru­gi ma­te­ria­ła­mi na ubra­nia, do­da­ła: – A gdy to zro­bisz, w domu bę­dzie cze­ka­ła na cie­bie mała na­gro­da. – Mó­wiąc to, wska­zał na trzy­ma­ny w ręku pla­ster mio­du, któ­ry dziew­czyn­ka uwiel­bia­ła.

Kla­ra nie mo­gła ukryć swo­je­go en­tu­zja­zmu, gdy usły­sza­ła o na­gro­dzie. Jej oczy bły­snę­ły, a ser­ce pod­sko­czy­ło z ra­do­ści. Uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko, bio­rąc oba pa­kun­ki, i sta­ran­nie uło­ży­ła je w wi­kli­no­wym ko­szu, któ­ry za­wie­si­ła na ra­mie­niu. Z ra­do­ścią, jak­by nio­sła skarb, wy­bie­gła z domu, kie­ru­jąc się w stro­nę domu cio­ci. Po­ma­cha­ła jesz­cze do swo­ich przy­ja­ciół, któ­rzy wła­śnie wra­ca­li z pola.

Je­den z chłop­ców, wi­dząc ją we­so­łą i peł­ną ener­gii, za­wo­łał:

– Cześć, Kla­ro! Gdzie się wy­bie­rasz?

Dziew­czy­na za­trzy­ma­ła się na chwi­lę, by od­po­wie­dzieć.

– Do cio­ci, z je­dze­niem od mamy.

Star­sza pani, któ­ra sta­ła obok, tak­że za­uwa­ży­ła dziew­czyn­kę.

– O, Kla­ra! To cio­cia pew­nie już cze­ka. Nie za­trzy­muj się, bo pew­nie się nie­cier­pli­wi.

Kla­ra kiw­nę­ła gło­wą, dzię­ku­jąc za życz­li­wość, i kon­ty­nu­owa­ła swo­ją dro­gę.

Gdy do­tar­ła do domu cio­ci, za­my­śli­ła się. Wi­dzia­ła go nie pierw­szy raz, ale za każ­dym ra­zem tak samo dzi­wił ją swo­ją in­no­ścią. Wy­raź­nie róż­nił się od resz­ty wio­ski. Był nowy, świe­żo zbu­do­wa­ny z drew­na, któ­re jesz­cze nie ściem­nia­ło. Ota­cza­ją­cy go ogród wy­peł­nia­ły buj­ne, ko­lo­ro­we kwia­ty, któ­re przy­cią­ga­ły wzrok – jak ma­gicz­ne wy­spy w mo­rzu zie­le­ni. Z za­chwy­tem ob­ser­wo­wa­ła ich bar­wy, po­dzi­wia­jąc szcze­gó­ły, któ­re tyl­ko do­peł­nia­ły ob­raz tego spo­koj­ne­go, uro­kli­we­go miej­sca.

Kla­ra za­pu­ka­ła, ser­ce jej za­bi­ło moc­niej. Nie mo­gła się do­cze­kać, aż zo­ba­czy swo­ją cio­cię.

Po chwi­li drzwi się otwo­rzy­ły, a przed nią sta­nę­ła pięk­na, mło­da ko­bie­ta. Mia­ła dłu­gie, rude wło­sy, któ­re lśni­ły w świe­tle słoń­ca jak ogni­ste pło­mie­nie, a jej nie­bie­skie oczy błysz­cza­ły cie­płem i ser­decz­no­ścią. Ubra­na była skrom­nie, jak ty­po­wa miesz­kan­ka wio­ski – w wy­god­ne spodnie, bia­łą ko­szu­lę z rę­ka­wa­mi pod­wi­nię­ty­mi do łok­ci oraz cien­ką brą­zo­wą ka­mi­zel­kę. Przy­cią­ga­ła uwa­gę swo­ją na­tu­ral­ną uro­dą i spo­koj­ną pew­no­ścią sie­bie. Cio­cia nie no­si­ła su­kie­nek – nie lu­bi­ła ich, czu­ła się w nich skrę­po­wa­na.

– Kla­ra! – za­wo­ła­ła z ra­do­ścią, gdy uj­rza­ła dziew­czyn­kę. – Jak do­brze cię wi­dzieć!

Kla­ra od razu po­sta­wi­ła wi­kli­no­wy ko­szyk na zie­mi, po­de­szła do cio­ci i moc­no ją przy­tu­li­ła.

– Cio­ciu Ju­lio, jak do­brze cię wi­dzieć! Tę­sk­ni­łam za tobą!

Ju­lia, lek­ko za­sko­czo­na, za­śmia­ła się cie­pło, a na jej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz zdzi­wie­nia.

– Ależ, Kla­ro, prze­cież wi­dzia­ły­śmy się za­le­d­wie dwa dni temu.

Kla­ra uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– Tak, ale dla mnie to były wie­ki. Lu­bię spę­dzać z tobą czas.

Ju­lia ro­ze­śmia­ła się cie­pło.

– Wiem, wiem. Coś o tym wiem. – Spoj­rza­ła na nią z roz­ba­wie­niem.

– A Piotr? Gdzie on się po­dzie­wa? – za­py­ta­ła Kla­ra.

– Tre­nu­je za do­mem – od­po­wie­dzia­ła ze spo­ko­jem Ju­lia.

Dziew­czyn­ka lek­ko unio­sła brwi, pa­trząc na cio­cię.

– Mo­że­my go od­wie­dzić?

Ju­lia przez chwi­lę się za­sta­na­wia­ła, a po­tem ski­nę­ła gło­wą, uśmie­cha­jąc się.

– Pew­nie, cze­mu nie.

Wzię­ła Kla­rę za rękę, a dziew­czyn­ka chwy­ci­ła ko­szyk, któ­ry zo­sta­wi­ła przy drzwiach, i ra­zem ru­szy­ły za dom, aby zo­ba­czyć, co robi Piotr.

Po­wę­dro­wa­ły w stro­nę roz­le­głe­go, pu­ste­go pola, któ­re roz­cią­ga­ło się za do­mem Ju­lii. Let­ni wiatr de­li­kat­nie po­ru­szał źdźbła­mi tra­wy, a cie­płe słoń­ce, choć po­wo­li chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, ogrze­wa­ło zie­mię. Ju­lia i mała Kla­ra zna­la­zły schro­nie­nie w cie­niu sta­rej ja­bło­ni, któ­rej ko­na­ry roz­po­ście­ra­ły się nad nimi ni­czym ochron­ny pa­ra­sol. Li­ście sze­le­ści­ły de­li­kat­nie, a za­pach doj­rze­wa­ją­cych owo­ców mie­szał się z aro­ma­tem po­wie­trza.

Ich wzrok padł na sto­ją­ce­go w od­da­li chło­pa­ka. Piotr, ba­lan­su­jąc na jed­nym pal­cu, wy­wró­co­ny do góry no­ga­mi, utrzy­my­wał rów­no­wa­gę na zło­tej włócz­ni, któ­rej ostrze tkwi­ło w zie­mi. Kla­ra zmarsz­czy­ła brwi, zdzi­wio­na nie­zwy­kłą po­zy­cją chło­pa­ka.

– Cio­ciu, dla­cze­go on tak dziw­nie stoi? – za­py­ta­ła, nie kry­jąc cie­ka­wo­ści.

Ju­lia, przy­glą­da­jąc się Pio­tro­wi z roz­ba­wie­niem, od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nym to­nem:

– Przy­go­to­wu­je się do tre­nin­gu. To dla nie­go ro­dzaj me­dy­ta­cji, spo­sób na ze­bra­nie sił i sku­pie­nie. Za­raz sama zo­ba­czysz…

Chwi­lę póź­niej Piotr płyn­nie ze­sko­czył z włócz­ni i wy­lą­do­wał pew­nie na no­gach. Chwy­cił broń, przy­brał po­zy­cję bo­jo­wą, a jego ru­chy na­bra­ły dy­na­mi­ki. Za­czął wy­ma­chi­wać włócz­nią w pre­cy­zyj­ny, nie­mal hip­no­ty­zu­ją­cy spo­sób. Kla­ra wpa­try­wa­ła się w nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

– On… on tań­czy? – za­py­ta­ła z za­chwy­tem.

– Moż­na tak po­wie­dzieć. Jest oswo­jo­ny ze swo­ją bro­nią. Jego ru­chy są har­mo­nij­ne, ale śmier­tel­nie sku­tecz­ne – wy­ja­śni­ła Ju­lia.

Kla­ra zmru­ży­ła oczy, bo do­strze­gła coś dziw­ne­go.

– Cio­ciu… jego oczy… One są żół­te! Ale prze­cież Piotr ma brą­zo­we oczy!

Ju­lia wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła na Pio­tra z lek­kim na­pię­ciem.

– To znak, że wszedł w trans bo­jo­wy. Je­śli tyl­ko śro­dek jego oczu jest żół­ty, to na­dal ma nad wszyst­kim kon­tro­lę. Ale je­śli całe oczy roz­bły­sną na zło­to… – Za­wa­ha­ła się. – Wte­dy jego moc przej­mu­je nad nim kon­tro­lę. W ta­kim sta­nie jest nie­prze­wi­dy­wal­ny… i le­piej trzy­mać się od nie­go z da­le­ka.

Kla­ra prze­łknę­ła śli­nę, czu­jąc dreszcz nie­po­ko­ju, ale nie mo­gła ode­rwać wzro­ku od chło­pa­ka. Piotr in­ten­sy­fi­ko­wał swój tre­ning – jego dłuż­sze, brą­zo­we wło­sy fa­lo­wa­ły na wie­trze, a kro­ple potu błysz­cza­ły na na­giej klat­ce pier­sio­wej. Ob­rót, pi­ru­et, prze­wrót, cię­cie – każ­dy ruch płyn­ny, ale pe­łen siły. Sły­chać było jego przy­spie­szo­ny od­dech, ale nie za­mie­rzał się pod­dać. Znów ob­rót, cię­cie, unik, cios…

Na­gle, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, chło­pak wy­sko­czył w górę. Ża­den czło­wiek nie był­by w sta­nie wzbić się na taką wy­so­kość! Bę­dąc w po­wie­trzu, rzu­cił zło­tą włócz­nię, a ta z nie­zwy­kłą pręd­ko­ścią prze­szy­ła imi­tu­ją­cą wro­ga drew­nia­ną ścia­nę.

Kie­dy wy­lą­do­wał, wy­cią­gnął przed sie­bie rękę. W miej­scu mię­dzy nad­garst­kiem a łok­ciem roz­bły­sły dziw­ne sym­bo­le, ukła­da­ją­ce się w pul­su­ją­ce świa­tło. W jed­nej chwi­li włócz­nia wró­ci­ła do jego dło­ni, a po­tęż­na fala ener­gii ro­ze­szła się wo­kół nie­go, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze dro­bin­ki ku­rzu i tra­wy.

Ką­tem oka Piotr do­strzegł swo­ją wi­dow­nię. Jego oczy po­wo­li wra­ca­ły do na­tu­ral­ne­go brą­zo­we­go ko­lo­ru. Uśmiech­nął się, odło­żył broń i po­biegł przy­wi­tać się z dziew­czy­na­mi.

Kla­ra nie mo­gła się po­wstrzy­mać – pierw­sza rzu­ci­ła się do nie­go, śmie­jąc się ra­do­śnie. Piotr przy­tu­lił ją moc­no, a Ju­lia spo­koj­nie kro­czy­ła w ich stro­nę z uśmie­chem na ustach.

– Jest i mój wo­jow­nik – po­wie­dzia­ła, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie. Nie był naj­sil­niej­szym czło­wie­kiem na świe­cie, ale jego syl­wet­ka była har­mo­nij­na, do­brze zbu­do­wa­na, z wy­raź­nie za­ry­so­wa­ny­mi mię­śnia­mi. Był sobą. Au­ten­tycz­nym sobą.

De­li­kat­nie mu­snę­ła jego usta po­ca­łun­kiem. Rzad­ko to ro­bi­ła, ale lu­bi­ła te chwi­le.

– Cie­szę się, że was wi­dzę! – po­wie­dzia­ła Kla­ra, jed­nak za­raz do­da­ła z nutą smut­ku: – Ale mu­szę już wra­cać do domu. Mama się bę­dzie mar­twić…

Para ski­nę­ła gło­wą. Kla­ra po­ma­cha­ła im jesz­cze na po­że­gna­nie i po­bie­gła w stro­nę swo­je­go domu, szczę­śli­wa, że mo­gła ich od­wie­dzić.

Ju­lia zo­sta­ła sam na sam z Pio­trem. Chło­pak ob­jął ją w pa­sie jed­ną ręką, a dru­gą wy­cią­gnął w bok. Włócz­nia na­tych­miast do nie­go wró­ci­ła.

– My­ślisz, że by­li­by­śmy do­bry­mi ro­dzi­ca­mi? – za­py­ta­ła Ju­lia na­gle, pa­trząc mu w oczy.

Piotr uśmiech­nął się lek­ko.

– Kto wie? Ale na dzie­ci trze­ba so­bie za­słu­żyć.

Ju­lia unio­sła brwi, nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­ła. Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i skie­ro­wa­ła się do domu. Gdy już od­cho­dzi­ła, rzu­ci­ła przez ra­mię:

– A, i jesz­cze coś, Pio­trze… Ogól się.

Piotr zmarsz­czył brwi, za­sko­czo­ny.

– My­śla­łem, że bro­da do­da­je mi po­wa­gi…

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go z fi­glar­nym uśmie­chem.

– Może i tak, ale ła­sko­cze przy ca­ło­wa­niu. A ja za tym nie prze­pa­dam. – Od­wró­ci­ła się i znik­nę­ła za drzwia­mi.

Piotr po­dra­pał się po za­ro­ście, za­sta­na­wia­jąc się nad jej sło­wa­mi.

– Hm… może fak­tycz­nie…

Wes­tchnął, po czym udał się przed dom, gdzie cze­ka­ła brzy­twa i mi­ska z wodą. Je­śli jego uko­cha­na mia­ła ra­cję, to nie było in­ne­go wyj­ścia – czas speł­nić jej ży­cze­nie.

Nie­ba­wem, świe­żo ogo­lo­ny i umy­ty, wcią­gnął na sie­bie swo­je wy­god­ne, luź­ne ubra­nia, któ­re nie krę­po­wa­ły ru­chów. Przy­zwy­cza­ił się do nich – były ide­al­ne za­rów­no do tre­nin­gu, jak i do co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Miał za­miar za­jąć się pra­cą, jak co dzień, lecz nie zdą­żył wie­le zro­bić, gdyż do jego cha­ty przy­był nie­spo­dzie­wa­ny gość.

W pro­gu sta­nął star­szy wio­ski, Ram­wik – męż­czy­zna o dłu­gich, si­wych wło­sach i twa­rzy po­kry­tej licz­ny­mi zmarszcz­ka­mi, świad­czą­cy­mi o la­tach cięż­kiej pra­cy i do­świad­cze­nia. Jego po­sta­wa była wy­pro­sto­wa­na, ale oczy peł­ne tro­ski i za­my­śle­nia.

– Wi­taj, Pio­trze – przy­wi­tał się, ski­nąw­szy lek­ko gło­wą.

Chło­pak na­tych­miast ukło­nił się z sza­cun­kiem.

– Wi­taj, Ram­wi­ku. Cze­mu za­wdzię­czam two­je od­wie­dzi­ny?

Sta­rzec spoj­rzał na nie­go uważ­nie, jak­by wa­żył każ­de sło­wo, za­nim wresz­cie za­dał py­ta­nie.

– Po­wiedz mi, Pio­trze, do­brze się wam tu żyje? Czy wio­ska jest dla cie­bie i Ju­lii od­po­wied­nim miej­scem?

Piotr uniósł brwi, wy­czu­wa­jąc, że py­ta­nie nie pa­dło bez po­wo­du. Ram­wik nie był czło­wie­kiem, któ­ry mó­wił­by coś bez przy­czy­ny. Coś mu­sia­ło go tra­pić.

– Oczy­wi­ście! – od­po­wie­dział chło­pak z en­tu­zja­zmem. – To wspa­nia­ła wio­ska, peł­na do­brych lu­dzi. Jak mo­gło­by być ina­czej?

Jed­nak za­miast uśmie­chu na twa­rzy star­ca po­ja­wił się cień smut­ku. Jego oczy na mo­ment po­sza­rza­ły jesz­cze bar­dziej, a rysy stę­ża­ły.

– Przy­bądź­cie do mnie wie­czo­rem, za­nim słoń­ce zaj­dzie. Mu­si­my po­roz­ma­wiać – po­wie­dział ci­cho, po czym ob­ró­cił się i od­szedł, zo­sta­wia­jąc Pio­tra w za­my­śle­niu.

Chło­pak stał jesz­cze chwi­lę w pro­gu, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co mo­gło tak zmar­twić Ram­wi­ka. W koń­cu wes­tchnął, wszedł do swo­jej cha­ty i opo­wie­dział wszyst­ko Ju­lii.

Dziew­czy­na, sły­sząc jego sło­wa, skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si i zmarsz­czy­ła brwi.

– I co te­raz? – za­py­ta­ła.

Piotr wzru­szył ra­mio­na­mi, ale jego głos był spo­koj­ny.

– Pój­dzie­my do nie­go. Wte­dy wszyst­ko się wy­ja­śni.

Ju­lia ski­nę­ła gło­wą, ale nim wró­ci­ła do swo­ich za­jęć, ro­zej­rza­ła się ostroż­nie wo­kół, jak­by chcia­ła się upew­nić, że nikt ich nie pod­słu­chu­je. Po chwi­li na­chy­li­ła się ku Pio­tro­wi i ści­szo­nym gło­sem za­py­ta­ła:

– A co z Azao? Ode­zwał się? Ostrzegł cię przed czymś?

Piotr spo­chmur­niał.

– Nie – od­po­wie­dział chłod­no. – Mil­czy od wie­lu dni.

– My­ślisz, że to zły znak?

Chło­pak po­krę­cił gło­wą i ode­tchnął głę­bo­ko.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Pew­nie cho­dzi o ja­kiś dro­biazg, a my nie­po­trzeb­nie się mar­twi­my.

Ju­lia spoj­rza­ła na nie­go uważ­nie, jak­by chcia­ła się upew­nić, że na­praw­dę w to wie­rzy.

– Obyś miał ra­cję… – rze­kła ci­cho.

Obo­je wró­ci­li do swo­ich obo­wiąz­ków, sta­ra­jąc się nie my­śleć o nad­cho­dzą­cym spo­tka­niu. Jed­nak do koń­ca dnia w ich gło­wach krą­ży­ło jed­no py­ta­nie: co tak na­praw­dę chce im po­wie­dzieć Ram­wik?

*

Gdy słoń­ce po­wo­li cho­wa­ło się za wzgó­rza­mi, a nie­bo stop­nio­wo tra­ci­ło swój zło­ci­sty blask, wieś po­grą­ża­ła się w spo­koj­nej wie­czor­nej au­rze. Lu­dzie koń­czy­li swo­je za­ję­cia – jed­ni wra­ca­li do do­mów, by od­po­cząć w cie­ple ro­dzin­ne­go ogni­ska, inni kie­ro­wa­li się do karcz­my, by przy ku­flu piwa omó­wić wy­da­rze­nia mi­nio­ne­go dnia. Zmierzch przy­no­sił uko­je­nie po cięż­kiej pra­cy, a ulicz­ki wy­peł­niał ci­chy gwar ostat­nich roz­mów przed snem.

Ju­lia i Piotr, zgod­nie z wcze­śniej­szy­mi usta­le­nia­mi, uda­li się do domu Ram­wi­ka, star­sze­go wio­ski. Nie wie­dzie­li, co ich tam cze­ka, ale szli z prze­ko­na­niem, że ta wi­zy­ta może być dla nich klu­czo­wa. Po dro­dze mi­ja­li miesz­kań­ców, z któ­rych wie­lu zdą­ży­li już bli­żej po­znać i po­lu­bić. Każ­de­go wi­ta­li cie­płym uśmie­chem i uprzej­mym ski­nie­niem gło­wy.

Mała Kla­ra, dziew­czyn­ka o ja­snych wło­sach i błysz­czą­cych oczach, za­uwa­żyw­szy ich z da­le­ka, pod­bie­gła z dzie­cię­cym en­tu­zja­zmem, by po­ma­chać im na po­że­gna­nie. Już ju­tro, z pierw­szy­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, znów ich po­wi­ta, jak mia­ła to w zwy­cza­ju. Choć Kla­ra nie była spo­krew­nio­na ani z Ju­lią, ani z Pio­trem, da­rzy­ła ich ogrom­ną sym­pa­tią. To wła­śnie ona jako pierw­sza z wio­ski od­wa­ży­ła się za­przy­jaź­nić z nowo przy­by­ły­mi. Ju­lia była jed­nak od niej znacz­nie star­sza, więc dziew­czyn­ka, chcąc oka­zać jej sza­cu­nek, za­czę­ła na­zy­wać ją cio­cią. Ju­lię to roz­czu­li­ło i chęt­nie przy­ję­ła ten ty­tuł, któ­ry od tam­tej pory to­wa­rzy­szył ich re­la­cji.

W koń­cu para do­tar­ła do domu Ram­wi­ka. Drew­nia­ne drzwi wy­glą­da­ły na sta­re, ale so­lid­ne, a z wnę­trza domu są­czy­ło się cie­płe świa­tło świec. Piotr prze­pu­ścił Ju­lię przo­dem, a sam wszedł za­raz za nią i za­mknął drzwi, by od­ciąć się od chłod­ne­go po­wie­wu wie­czor­ne­go wia­tru.

Wnę­trze nie róż­ni­ło się od ty­po­we­go wiej­skie­go domu – schlud­ne i funk­cjo­nal­ne. Choć Ram­wik był naj­bo­gat­szym miesz­kań­cem wio­ski, ni­g­dy się nie ob­no­sił ze swo­im ma­jąt­kiem. Wręcz prze­ciw­nie – ce­nił pro­sto­tę i wie­lo­krot­nie po­wta­rzał, że nie jest waż­niej­szy od po­zo­sta­łych miesz­kań­ców.

Już od pro­gu sły­chać było oży­wio­ną de­ba­tę do­cho­dzą­cą z głów­nej izby. W cen­tral­nym po­miesz­cze­niu, wo­kół so­lid­ne­go, pro­sto­kąt­ne­go drew­nia­ne­go sto­łu sta­ło trzech męż­czyzn. Jed­nym z nich był Ram­wik. Obok nie­go – jego naj­star­szy syn, El­wik, któ­ry miał w przy­szło­ści prze­jąć urząd star­sze­go. Był wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, o krót­kich blond wło­sach i rów­nie krót­kim za­ro­ście. Wy­róż­niał się po­sta­wą i pew­no­ścią sie­bie. To on jako pierw­szy za­uwa­żył nad­cho­dzą­cą parę.

– Oj­cze, przy­by­li – oznaj­mił, spo­glą­da­jąc na Ram­wi­ka.

Star­szy wio­ski pod­niósł wzrok na Pio­tra, uśmiech­nął się lek­ko i ge­stem dło­ni za­pro­sił ich bli­żej.

– Do­brze, że je­ste­ście. Po­dejdź­cie, po­znaj­cie na­sze­go go­ścia. Oto czci­god­ny Wil­mir, wy­słan­nik kró­lew­ski – po­wie­dział, wska­zu­jąc trze­cie­go męż­czy­znę.

Piotr i Ju­lia spoj­rze­li na nie­zna­jo­me­go. Od razu było wi­dać, że przy­był z bo­gat­szych stron – zdra­dzał go jego ubiór. Sza­ty z dro­go­cen­nych tka­nin, ozdo­bio­ne zło­ty­mi nić­mi, w bar­wach czer­ni i czer­wie­ni, wy­róż­nia­ły go na tle skrom­nej izby. Na gło­wie no­sił ele­ganc­ki be­ret przy­stro­jo­ny pa­wim piór­kiem, co spra­wia­ło, że wy­glą­dał na wy­nio­słe­go.

Wil­mir skło­nił się nie­znacz­nie w stro­nę Pio­tra, po czym prze­mó­wił gło­sem peł­nym pew­no­ści sie­bie:

– Tak, zga­dza się. Je­stem wy­słan­ni­kiem na­sze­go ko­cha­ne­go kró­la, Mi­ro­bo­ra Wa­lecz­ne­go. Przy­sy­ła mnie tu­taj, gdyż do­cie­ra­ją do nie­go opo­wie­ści o bo­ha­te­rze, któ­re­go na­zy­wa­ją Wo­jow­ni­kiem Słoń­ca. Po­wiedz­cie mi… czy to praw­da?

W izbie za­pa­dła na­gła ci­sza. Wszy­scy obec­ni za­czę­li ner­wo­wo, lecz dys­kret­nie spo­glą­dać w pod­ło­gę. Tyl­ko Piotr po­zo­stał nie­wzru­szo­ny.

– Pa­nie – ode­zwał się w koń­cu. – Skąd po­mysł, że ktoś taki ist­nie­je? A je­śli na­wet, to dla­cze­go miał­by znaj­do­wać się wła­śnie tu­taj?

Kró­lew­ski wy­słan­nik uważ­nie przy­glą­dał się Pio­tro­wi, jak­by pró­bo­wał do­strzec w nim coś wię­cej niż pro­ste­go wie­śnia­ka.

– A jak wy­tłu­ma­czy­cie fakt, że pod­czas gdy inne wio­ski są nisz­czo­ne przez ban­dy­tów, wa­sza po­zo­sta­je nie­tknię­ta od lat? – za­py­tał z chy­trym uśmie­chem.

Ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Piotr, nie­wzru­szo­ny, od­po­wie­dział chłod­no:

– Mamy po pro­stu szczę­ście i tyle.

Wil­mir zmru­żył oczy. Wi­dać było, że jego cier­pli­wość się koń­czy.

– Albo mi za­raz po­wie­cie, gdzie go znaj­dę, albo sam król zrów­na tę wio­skę z zie­mią i nie zo­sta­wi przy ży­ciu ni­ko­go – oświad­czył ostro.

Na­pię­cie w izbie ro­sło. Na twa­rzach miesz­kań­ców ma­lo­wał się strach, at­mos­fe­ra gęst­nia­ła z każ­dą se­kun­dą. Ju­lia chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale Piotr de­li­kat­nie uniósł dłoń, by ją po­wstrzy­mać.

– O, pa­nie – prze­rwał ci­szę. – Przy­zna­ję, ta wio­ska fak­tycz­nie ma swo­je­go obroń­cę, ta­jem­ni­cze­go wo­jow­ni­ka. Ale nikt, oprócz mnie, nie ma z nim kon­tak­tu. Ja je­stem jego ocza­mi i usza­mi. Je­śli więc masz do nie­go spra­wę, mu­sisz naj­pierw po­roz­ma­wiać ze mną. Jed­nak ostrze­gam… je­śli choć jed­ne­mu miesz­kań­co­wi coś się sta­nie, ścią­gnie­cie na sie­bie jego gniew.

Od­waż­ne stwier­dze­nie. Wil­mir, szla­chet­nie uro­dzo­ny, był wy­raź­nie ura­żo­ny, że pro­sty wie­śniak ośmie­la się dyk­to­wać mu wa­run­ki. Jed­nak nie dał tego po so­bie po­znać.

– Król wzy­wa Wo­jow­ni­ka Słoń­ca do sie­bie – oznaj­mił lo­do­wa­to. – Nad­cią­ga wróg, z któ­rym na­wet mój wład­ca nie może wy­grać.

Ram­wik i Piotr spoj­rze­li na sie­bie z za­sko­cze­niem. Ju­lia, wciąż peł­na obaw, za­py­ta­ła:

– A co ten wo­jow­nik ma do woj­ny kró­la?

Wil­mir spoj­rzał na nią z wyż­szo­ścią.

– Ta wio­ska na­le­ży do kró­la. Sko­ro Wo­jow­nik Słoń­ca po­ja­wia się na jej obrze­żach, to zna­czy, że jest jego pod­wład­nym. A każ­dy pod­wład­ny wi­nien jest kró­lo­wi bez­gra­nicz­ne od­da­nie.

Piotr już miał od­mó­wić, gdy na­gle coś się sta­ło. W jego gło­wie roz­brzmiał głos. Azao, ta­jem­ni­cza isto­ta, któ­ra od kil­ku dni mil­cza­ła, na­gle się ode­zwa­ła.

– _Przyj­mij pro­po­zy­cję._

Piotr za­marł. Nie ro­zu­miał dla­cze­go, ale wie­dział, że nie może zi­gno­ro­wać tego gło­su. Spoj­rzał na Wil­mi­ra.

– Do­brze. Przy­bę­dzie.

Na twa­rzy wy­słan­ni­ka po­ja­wił się trium­fal­ny uśmiech.

– Za trzy dni ma się sta­wić w pa­ła­cu w mie­ście Wen­do­grad. Sko­ro wszyst­ko usta­lo­ne, pój­dę od­po­cząć. Ju­tro wy­ru­szam do kró­la. Że­gnam. – Ob­ró­cił się i wy­szedł.

Gdy drzwi się za nim za­trza­snę­ły, Ram­wik ode­tchnął cięż­ko, po czym spoj­rzał na Pio­tra z tro­ską.

– To nie­bez­piecz­ny czło­wiek – po­wie­dział ci­cho. – Sko­ro król wy­słał tu wła­śnie jego, to zna­czy, że spra­wa jest na­praw­dę po­waż­na. Pio­trze, nie mu­sia­łeś się zga­dzać. Przy­się­ga­li­śmy, że cię nie wy­da­my.

Piotr pod­szedł do Ram­wi­ka i po­ło­żył dłoń na jego ra­mie­niu.

– Wiem. Ale nie chcę ry­zy­ko­wać, że coś wam się sta­nie. Po­ja­dę do kró­la. I tak już dość dla nas zro­bi­li­ście.

Ram­wik uśmiech­nął się smut­no.

– Kie­dy kil­ka lat temu mój syn El­wik przy­pro­wa­dził was tu­taj, wie­dzia­łem, że je­ste­ście wy­jąt­ko­wi. Nie my­li­łem się. Dzię­ki wam wio­ska mia­ła ochro­nę, o któ­rą bła­ga­ła kró­la przez lata. Nie chcie­li­ście za­pła­ty, tyl­ko schro­nie­nia. Wa­sza po­moc była nie­oce­nio­na. To my wam dzię­ku­je­my. Za­wsze bę­dzie­cie tu mile wi­dzia­ni.

Ju­lia otar­ła łzę wzru­sze­nia.

– Wró­ci­my, jak tyl­ko wszyst­ko się skoń­czy – obie­ca­ła.

Ram­wik ski­nął gło­wą.

– Wra­caj­cie cali i zdro­wi.

Para wy­szła z domu. Wio­ska po­grą­żo­na była w ci­szy, a srebr­ne świa­tło księ­ży­ca de­li­kat­nie roz­ja­śnia­ło ciem­ność. Idąc w stro­nę cha­ty, Ju­lia sko­men­to­wa­ła całą sy­tu­ację:

– No pro­szę, po­tęż­ny Mi­ro­bor Wa­lecz­ny, nie­zwy­cię­żo­ny król, po­trze­bu­je po­mo­cy. Cóż za iro­nia…

– Nikt nie jest nie­zwy­cię­żo­ny, każ­dy w koń­cu tra­fi na sil­niej­sze­go – od­rzekł Piotr.

Sły­sząc wca­le nie żar­to­bli­wy ton chło­pa­ka, Ju­lia za­py­ta­ła:

– Dla­cze­go się zgo­dzi­łeś?

Piotr spoj­rzał na nią po­waż­nie.

– Azao się ode­zwał. Ka­zał mi to zro­bić.

Ju­lia po­czu­ła zim­ny dreszcz.

– To nie wró­ży nic do­bre­go. Jadę z tobą.

– Nie ma mowy – za­pro­te­sto­wał Piotr.

Spoj­rza­ła na nie­go z de­ter­mi­na­cją.

– To nie była proś­ba. Ktoś musi się tobą za­jąć.

Piotr uśmiech­nął się lek­ko i przy­tu­lił ją. Wie­dzie­li, że ju­tro cze­ka ich trud­na po­dróż.

*

Noc była dłu­ga. W izbie pa­no­wał pół­mrok, a je­dy­nym źró­dłem świa­tła było sła­be mi­go­ta­nie żaru w pa­le­ni­sku. Ju­lia le­ża­ła obok Pio­tra w du­żym, po­dwój­nym łożu, wy­ście­lo­nym mięk­ki­mi skó­ra­mi zwie­rząt. Choć spa­ła, jej od­dech był płyt­ki, a twarz nie­spo­koj­na. Każ­dy sze­lest, moc­niej­szy po­dmuch wia­tru czy skrzyp­nię­cie drew­na mo­gły ją zbu­dzić. Była czuj­na na­wet we śnie.

Piotr nie spał. Nie mógł. My­śli ko­tło­wa­ły mu się w gło­wie, nie po­zwa­la­jąc na choć­by chwi­lę od­po­czyn­ku. Dla­cze­go Azao ka­zał mu przy­jąć tę ofer­tę? Co ta­kie­go się wy­da­rzy? Jaką przy­szłość przy­nie­sie ta de­cy­zja? Tych py­tań było zbyt wie­le, a od­po­wie­dzi – żad­nej.

Po dłuż­szej chwi­li prze­wra­ca­nia się z boku na bok pod­jął de­cy­zję. Mu­siał się przejść. Ostroż­nie, by nie zbu­dzić Ju­lii, wy­su­nął się z łóż­ka. Wcią­gnął na sie­bie swo­ją lek­ką skó­rza­ną zbro­ję i spoj­rzał na drzwi. Skrzyp­nę­ły­by, a on nie chciał ry­zy­ko­wać. Za­mknął oczy, sku­pił się na swo­jej mocy, a po chwi­li jego cia­ło roz­my­ło się w zło­ci­stej po­świa­cie. Prze­nik­nął przez ścia­nę i po­ja­wił się na ze­wnątrz.

Wio­ska, któ­ra kil­ka lat temu sta­ła się jego do­mem, wy­glą­da­ła te­raz jak wy­mar­łe miej­sce. Ciem­ność po­chła­nia­ła drew­nia­ne cha­ty, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach wil­got­nej zie­mi. Żad­ne­go świa­tła w oknach, żad­nych roz­mów, żad­ne­go ży­cia – wszy­scy spa­li. Spa­ce­ro­wał bez celu, pró­bu­jąc upo­rząd­ko­wać my­śli. Czy po­wi­nien się ujaw­nić? Po­ka­zać swo­ją praw­dzi­wą na­tu­rę? Je­śli tak, sta­nie się kimś wię­cej niż tyl­ko wie­śnia­kiem. Bę­dzie le­gen­dą. Ale to ozna­cza­ło­by utra­tę wol­no­ści.

Na­cią­gnął kap­tur na gło­wę, czu­jąc, jak chłod­ny wiatr sma­ga jego wło­sy. Czy po­wi­nien za­brać Ju­lię? Była wa­lecz­na, mą­dra, zdol­na. Wie­le razy udo­wod­ni­ła swo­ją war­tość. Ale je­śli coś jej się sta­nie? Tego by nie zniósł.

Wes­tchnął, kie­ru­jąc się w stro­nę domu.

Wte­dy usły­szał sze­lest.

Za­trzy­mał się.

Zer­k­nął w bok, by zlo­ka­li­zo­wać źró­dło dźwię­ku. To nie był wiatr. Uniósł dłoń i w tej sa­mej chwi­li w jego ręce po­ja­wi­ła się Zło­ta Włócz­nia. Ostrze roz­bły­sło, rzu­ci­ło świa­tło na po­bli­skie krze­wy. I wte­dy ją zo­ba­czył.

Była drob­na, nie­mal jak dziec­ko. Jej skó­ra mia­ła ko­lor śnież­nej bie­li, a oczy lśni­ły in­ten­syw­ną zie­le­nią. Ubra­nia, ja­kie mia­ła na so­bie, wy­glą­da­ły ni­czym utka­ne z li­ści, kwia­tów i pną­czy.

Nie była czło­wie­kiem.

Pa­trzy­ła na nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Nie ucie­ka­ła, ale też nie pod­cho­dzi­ła. Piotr kuc­nął, by nie wy­glą­dać groź­nie.

Isto­ta prze­chy­li­ła gło­wę w bok, jak­by go ana­li­zo­wa­ła. Po chwi­li zro­bi­ła krok do przo­du. Po­tem ko­lej­ny. Na­gle jej twarz się zmie­ni­ła. Cie­ka­wość ustą­pi­ła miej­sca prze­ra­że­niu.

Bez ostrze­że­nia rzu­ci­ła się do uciecz­ki.

– Cze­kaj! – krzyk­nął Piotr, ru­sza­jąc za nią. – Nie chcę cię skrzyw­dzić!

Dziew­czyn­ka była nie­wia­ry­god­nie szyb­ka. Prze­mknę­ła przez pola i wpa­dła mię­dzy drze­wa. Piotr mógł­by ją do­go­nić, gdy­by użył swo­jej mocy. Ale nie chciał jej prze­stra­szyć jesz­cze bar­dziej. Biegł za nią, choć wie­dział, że ciem­ność lasu dzia­ła na jego nie­ko­rzyść. Po chwi­li za­mknął oczy, wziął głę­bo­ki wdech i sku­pił moc. Gdy po­now­nie je otwo­rzył, jego tę­czów­ki roz­bły­sły zło­tym świa­tłem.

Te­raz wi­dział w ciem­no­ści jak w dzień.

Las wo­kół nie­go… zmie­niał się.

Drze­wa sta­wa­ły się po­tęż­niej­sze, ich ko­rze­nie opla­ta­ły zie­mię ni­czym węże. Po­wie­trze zro­bi­ło się cięż­sze, wil­got­ne, a wo­kół uno­si­ła się dziw­na, nie­wi­dzial­na aura.

Za­trzy­mał się.

Coś było nie tak.

Ru­szył ostroż­nie do przo­du. Gdy prze­dzie­rał się przez gę­stwi­nę, na­gle do­strzegł coś, co nie­mal za­par­ło mu dech w pier­siach. Po­śród dzi­kiej dżun­gli, ukry­ta mię­dzy po­tęż­ny­mi drze­wa­mi, sta­ła świą­ty­nia.

Ka­mien­na bu­dow­la wy­glą­da­ła na sta­rą, a jej ścia­ny po­kry­te były rzeź­bie­nia­mi i sym­bo­la­mi, któ­rych zna­cze­nia nie znał. To nie mógł być przy­pa­dek. Miej­sce do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ło za­po­mnia­ne mia­sto, któ­re od­krył przed laty.

– Azao… co chcesz mi po­ka­zać? – szep­nął.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij