Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Krew na naszych rękach? - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 kwietnia 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Krew na naszych rękach? - ebook

Religia Holocaustu i tożsamość Europy Nowe, znacznie rozszerzone wydanie, prawie 100 stron nowego tekstu

Przeważająca część zachodnich elit intelektualnych została zainfekowana czymś, co można by nazwać religią Holocaustu. Podstawą tej religii jest twierdzenie, że Holocaust był zbrodnią nieporównywalną z żadną inną w dziejach świata a Żydzi byli ofiarą bardziej niewinną niż wszyscy pozostali ludzie. Po drugie, że w tej zbrodni uczestniczyła cała ludzkość. Nawet jeśli organizatorami zabójstw byli niemieccy naziści, to zrealizowali oni ukryte marzenie milionów zwykłych ludzi o usunięciu Żydów. Po trzecie, źródłem tego krwiożerczego pragnienia było chrześcijaństwo, które od początku zaraziło ludy wrogością do Żydów. Po czwarte, wszyscy ludzie, także ci, którzy cierpieli pod niemiecką okupacją, także Polacy, mają krew na rękach.

  • Dlaczego Polacy przegrywają starcie o pamięć?
  • W jaki sposób zbrodnie na jednym narodzie, na Żydach, nagle stały się jedynym symbolem uniwersalnego mordu?
  • Dlaczego współczesny Kościół pogodził się z rolą, jaką narzuciła mu religia Holocaustu: praktycznie uznał swoją winę za doprowadzenie do zbrodni?
  • Dlaczego tylu Żydów zaangażowało się w komunizm? Czy ich motywem była zemsta na chrześcijaństwie? I dlaczego przypominanie o tym jest antysemityzmem?
  • Czy w wypadku badań nad Holocaustem mamy do czynienia z historią czy raczej z jakąś sektą? Tylko w obrębie sekty nie liczy się ustalanie faktów i prawdy.

Stałym motywem dialogu chrześcijańsko-żydowskiego jest zgłaszany przez stronę żydowską i przyjmowany ze zrozumieniem przez przedstawicieli Kościoła postulat uderzenia się przez chrześcijan we własne piersi za prawdziwe lub rzekome błędy ich przodków popełnione wobec wspólnoty żydowskiej. Obszerny dodatek, który wprowadziłem do tej książki – na dobrą sprawę mógłby być osobną rozprawą – na pewno pozwoli prowadzić ten dialog w bardziej zrównoważony, a przez to bardziej owocny sposób.Paweł Lisicki

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Politologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68771-12-1
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP DO WYDANIA DRUGIEGO

K_rew na naszych rękach?_ napisałem ponad dziesięć lat temu. Moim celem było pokazanie tego, co nazwałem religią Holocaustu albo holocaustianizmem, pokazanie ideologii, która zdominowała zachodnie myślenie elit intelektualnych i politycznych. Na czym ona dokładnie polega, wyjaśniam w książce. Określeń „religia Holocaustu” i „ideologia Holocaustu” używam wymiennie. Naturalnie w tym wypadku słowo „religia” ma charakter metaforyczny, opisuje pewną postawę, która w potocznym rozumieniu, takim, jakie uznała postoświeceniowa świadomość, łączy się z religijnością, a więc z bezkrytycznym i fanatycznym przyjmowaniem pewnych twierdzeń, które próbuje się narzucić innym. W języku klasycznym należałoby mówić nie o religii, ale o bałwochwalstwie.

Nie sądzę, żeby mimo upływu czasu cokolwiek, jeśli chodzi o znaczenie i wpływy holocaustianizmu, się zmieniło. Owszem, pojawiło się w Polsce kilka nazwisk nowych, kilku autorów w roku 2015 jeszcze nie tak znanych. Najbardziej rozpoznawalny stał się Jan Grabowski, profesor historii Uniwersytetu w Ottawie, współzałożyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, członek Royal Society of Canada. Według niego, jak wiadomo, Polacy byli w pełnym tego słowa znaczeniu współsprawcami zabijania Żydów. I nic ich nie usprawiedliwia.

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w marcu 2018 roku mówił: „Jak te ponad 6600 polskich drzewek skonfrontuje się z liczbą Żydów, którzy uciekli z gett i szukali ratunku, a znaleźli śmierć z ręki lub przy współudziale Polaków, to nagle się okazuje, że brakuje powodów do narodowej pychy”. Nie wiadomo, o jaką pychę mu chodziło, raczej chodzi bowiem o zwykłe, ludzkie oczekiwanie wdzięczności. Tyle że wyznawcy holocaustianizmu, jak wszyscy fanatycy, których wyróżnia obsesja na punkcie własnych krzywd i niezdolność dostrzeżenia cierpienia innych, takiego słowa jak „wdzięczność” nie znają. Dlatego profesor Grabowski raz po raz na różne sposoby dowodzi, że Polacy zabili (tu padają różne dość pokrętne uzasadnienia wyliczeń) dwieście tysięcy Żydów.

On sam tłumaczył to w tym wywiadzie następująco: „Mówiłem, że według moich szacunków Polacy mogą być odpowiedzialni lub współodpowiedzialni za śmierć większości tych ludzi – a to ważne rozróżnienie. Bo część Żydów niewątpliwie zginęła bezpośrednio z polskiej ręki, a część zabili Niemcy, lecz na skutek polskich donosów bądź też po tym, jak Polacy doprowadzili i oddali żydowskie ofiary w ręce niemieckiej policji”. Wielu specjalistów krok po kroku wykazało, że szacunki te oparte są na całkowicie fałszywych przesłankach. Nie zamierzam teraz powtarzać różnych argumentów, bo nie o nie tu chodzi. Profesor Grabowski jest po prostu doskonałym, modelowym wręcz przykładem osoby, którą nazwałem w swojej książce „wyznawcą holocaustianizmu”. Dwoi się i troi, byle tylko nikt nie podważył najważniejszych dogmatów tej ideologii.

Tak na przykład jego esej pod znamiennym tytułem _Wybielanie. Polska i Żydzi_ ukazał się w sierpniu 2024 roku w jednym z najważniejszych pism intelektualnych wydawanych w Wielkiej Brytanii, które ma także znaczący wpływ na opinię w całym świecie anglosaskim, a mianowicie w „The Jewish Quarterly”. Był to nie tylko kolejny (który to już z rzędu?) agresywny i nienawistny atak na polską pamięć i tożsamość, lecz także swego rodzaju szkic strategii, której należy użyć, zdaniem Grabowskiego, żeby Polakom wreszcie wtłoczyć do głów miazmaty holocaustianizmu.

Według profesora historii na Uniwersytecie w Ottawie polski rząd (chodziło o rząd Prawa i Sprawiedliwości) prowadził politykę negacjonizmu i wypaczenia w odniesieniu do Holocaustu. „Polska stała się liderem światowym w relatywizacji Holocaustu, w odjudaizowaniu Holocaustu i zazdrości wywołanej Holocaustem, głosząc teorię spisku żydowsko-bolszewickiego i przypisując ofiarom winę za ich prześladowania”. Piękne, nieprawdaż? Żadne z tych twierdzeń nie jest prawdziwe. W Polsce nie tylko nie relatywizuje się Holocaustu i nie odbiera się Żydom prawa do pamięci o nim – cóż za absurd – lecz wręcz przeciwnie, od lat polskie władze robiły, co się da, żeby spełniać żydowskie postulaty i oczekiwania. Skutek jest dokładnie taki, jak można było przewidzieć: im więcej się daje, tym większe są wymagania i tym głośniejsze żądania. Im więcej troski okazuje się żydowskiej pamięci, tym bardziej trzeba się liczyć z niezadowoleniem i sarkaniem, czego esej Grabowskiego jest skrajnym przykładem.

Nie jest on ani badaczem, ani historykiem, tylko zaciekłym ideologiem opisanego przeze mnie we _Krwi na naszych rękach_? zjawiska holocaustianizmu, a więc pewnej formy _quasireligii_, która głosi jedyność, wyższość, ekskluzywizm i absolutność cierpienia żydowskiego, co pozwala zgłaszać następnie tym, którzy uważają się za dziedziców ofiar, roszczenia tak finansowe, jak polityczne. Grabowski _et consortes_ są sprawnymi aktywistami polityki cmentarnej lub też polityki uprawianej na grobach, która polega na tym, żeby maksymalnie wykorzystać pamięć niewinnych ofiar niemieckich zbrodni do osiągnięcia szerszych, współczesnych celów. Dlatego jego pisarstwo nie ma nic wspólnego z historią.

Pisał choćby, że w Polsce wojnę przeżyło… mniej niż 30 tys. Żydów. Wygląda zatem na to, że mniej przeżyło, niż później z niej wyjechało. Dalej: „Nigdzie indziej w Europie Holocaust nie był tak kompletny, tak totalny, nigdzie indziej destrukcja narodu żydowskiego nie postępowała z równie koszmarną doskonałością”. Dlaczego? Odpowiedź jest jasna i tłumaczy rzekomą wrogość polskich elit do pamięci żydowskiej: „Przodkowie uczestniczyli w niemieckim ludobójczym przedsięwzięciu”. Zdaniem Grabowskiego Polska „próbuje obciążyć całą winą Niemcy”, nie zważając na poziom własnego zaangażowania w zbrodnię. Motywem jest chciwość, a mianowicie dążenie do zachowania majątków żydowskich.

Podobne tezy pojawiały się często w jego wypowiedziach z ostatnich lat. W marcu 2024 roku w radiu TOK FM Grabowski stwierdził, że gdy rozpoczęła się faza likwidacji gett, Polacy z obserwatorów zagłady stali się „aktorami”, którzy decydowali o życiu i śmierci Żydów.

„O ile dla Niemca ktoś, kto mówił po polsku z akcentem, był nie do wychwycenia, bo Niemcy po polsku po prostu nie mówili, o tyle dla Polaka ktoś, kto »żydłaczył«, od razu stanowił obiekt zainteresowania. Mój ojciec powiedział mi, że on podczas wojny nigdy nie bał się Niemców, tak jak bał się Polaków” – mówił Grabowski w TOK FM.

Zero zdziwień. Cała kariera i rozpoznawalność pana Grabowskiego oparte są na tym, że schlebia liberalnemu motłochowi, który pławi się w opowieściach o strasznych Polakach. Polskość dla jego przedstawicieli – doskonale reprezentowanych przez pracowników medialnych TOK FM – to coś, co należy przezwyciężyć. Owszem, walczą oni chętnie ze wszystkimi możliwymi uprzedzeniami rasowymi, z wyjątkiem jednego, a mianowicie żydowskiego. Dlatego pozwalają panu Grabowskiemu opowiadać kłamstwa bez słowa krytyki. Otóż gdyby zdobyli się na minimum wysiłku i sprawdzili (jest to skądinąd ich obowiązek), co dokładnie mówił wspomniany przez pana Grabowskiego jego ojciec, dowiedzieliby się, że w rzeczywistości twierdził całkiem co innego, niż przypisał mu syn.

W swoich wspomnieniach ojciec pana Grabowskiego, Zbigniew Ryszard, napisał: „Będący na usługach Gestapo Żydzi najlepiej rozpoznawali innych Żydów”. A więc przekazał dokładną odwrotność tego, co przypisał mu syn.

Gdyby liberalny motłoch wiedział o systemie Judenratów, o policji żydowskiej w gettach i o roli żydowskich agentów gestapo, nie łykałby tak łatwo opowieści pana Grabowskiego juniora. No ale gdyby nie łykał i gdyby wiedział, nie byłby motłochem. Najwyraźniej w świadomości wydawców Radia TOK FM nie mieściło się przypuszczenie, że zaproszony przez nich do rozprawy z polską pamięcią kapłan holocaustianizmu przekręci nawet słowa własnego ojca. Cel, jak wiadomo, uświęca środki. A celem jest walka z polskim nacjonalizmem, straszną chorobą, więc i lekarstwo musi być gorzkie.

W późniejszym tekście w „The Jewish Quarterly” kanadyjski historyk użala się także nad innymi przykładami wypaczeń, które odnajduje na Węgrzech czy w Bułgarii, by wrócić do swego ulubionego refrenu, a mianowicie do opisu tego, jak polskie władze i instytucje „negują” Holocaust i wybielają polskość. To najważniejszy fragment tekstu, bo pokazuje, co najbardziej rozwściecza holocaustianistów i jakie fakty są dla ich narracji najbardziej niewygodne.

Oto i one. Po pierwsze, wspominanie o udziale w nadzorowanej przez Niemców zbrodni żydowskiej policji i rad żydowskich (Judenratów). Wiele lat temu wskazała na to żydowska intelektualistka Hannah Arendt, która napisała, że liczba ofiar niemieckiej machiny zbrodni nigdy nie byłaby tak wielka, gdyby nie współudział instytucji żydowskich. To prawda. Nikt jednak do tej pory nie podjął próby dokładnego zbadania tego problemu we właściwy sposób. Ten kluczowy dla skali zbrodni czynnik – masowa i lojalna współpraca Żydów z niemieckimi organami terroru – jest najzwyczajniej w świecie pomijany. Podobnie jak nie sposób dowiedzieć się, jaka była wśród Polaków ukrywających Żydów liczba ofiar żydowskich donosów.

Drugim najważniejszym zagrożeniem dla narracji holocaustiańskiej, o którym wspomina Grabowski, jest współpraca dużych grup żydowskich z komunistami. Wspominanie o tych faktach ma być przejawem ulegania antysemickim stereotypom. Dodatkowym niebezpieczeństwem dla holocaustianistów jest „próba podniesienia wojennych cierpień swej własnej grupy narodowej do upragnionego »żydowskiego« poziomu, zjawisko znane jako zazdrość o Holocaust”. Trudno o bardziej pogardliwe i lekceważące podejście do polskich ofiar i polskiej pamięci. Nie dziwi mnie to zresztą, skoro ważnym elementem religii holocaustiańskiej jest żydowski ekskluzywizm, a więc, mówiąc bardziej dosadnie, rasizm, zgodnie z którym inne niż żydowskie cierpienia mają z natury rzeczy niższą wartość.

Z całej sprawy można wyciągnąć kilka morałów. Po pierwsze, wrogość do Polski ma się w wielu środowiskach żydowskich dobrze. Po drugie, ma bardzo wpływowych mocodawców – „The Jewish Quarterly” to pismo wychodzące od 1871 roku, wspierane przez Stowarzyszenie Anglo-Żydowskie, jedną z najbardziej szacownych organizacji prosyjonistycznych. Po trzecie, nie mamy do czynienia z pojedynczym wybrykiem radykała z Kanady, ale ze świadomą antypolską strategią. Po czwarte, nie ma mowy o żadnym dialogu, bo strona reprezentowana przez Grabowskiego nie jest do niego zdolna.

Grabowski nie jest jedynym nowym guru, który objawił się w ostatnich dziesięciu latach. Inną kapłanką tej samej religii jest profesor Barbara Engelking. W rozmowie z telewizją TVN, w 80. rocznicę powstania w getcie warszawskim w 2023 roku, powiedziała, że „Polacy mieli potencjał, by stać się sojusznikami Żydów, i można było mieć nadzieję, że będą się inaczej zachowywać, że będą neutralni, że będą życzliwi, że nie będą do tego stopnia wykorzystywać sytuacji i nie będzie tak rozpowszechnionego szmalcownictwa. (…) Żydzi nieprawdopodobnie rozczarowali się co do Polaków w czasie wojny. (…) Żydzi wiedzieli, czego się od Niemców spodziewać. Niemiec był wrogiem i ta relacja była bardzo klarowna, czarno-biała, a relacja z Polakami była dużo bardziej złożona”. A wszystko to po to, by podsumować: „Wydaje mi się, że to rozczarowanie odgrywa pewną rolę, że Polacy po prostu zawiedli”.

Te powtarzane niczym mantra hasła – „Polacy zawiedli”, „Polacy byli gorsi od Niemców”, „Polacy są współsprawcami”, „Polacy byli szmalcownikami”, „Polacy wydawali”, „Polacy rozczarowali” – mają się wbić w naszą świadomość. Ma to doprowadzić do zniszczenia dumy z polskości, do zachwiania własnej tożsamości narodowej (ależ byliśmy podli, ściślej, ależ podli byli nasi przodkowie) i uczynić nas podatnymi na ewentualne roszczenia – czy to polityczne (wszyscy wspieramy Izrael), czy też finansowe. Te wypowiedzi nie mają nic wspólnego z historią, są formą brutalnego uprawiania polityki i szerzenia ideologii holocaustianizmu. Można by powiedzieć, że jest to najbardziej perfidna i zarazem modelowa forma tego, co nazywa się uprawianiem polityki na grobach.

Za to zresztą zostaje się nagrodzonym. Tak, w niepodległej Polsce, szczególnie po 2023 roku, holocaustianiści mają przed sobą świetlaną przyszłość, co przypadek Barbary Engelking właśnie doskonale obrazuje. W czerwcu 2025 roku bowiem, najwyraźniej w uznaniu dotychczasowych zasług, Barbara Engelking została mianowana przez minister kultury Hannę Wróblewską na stanowisko szefowej Rady Muzeum Auschwitz-Birkenau. Od tej pory ta jedna z najważniejszych instytucji zajmujących się polską historią znalazła się w rękach sekty holocaustiańskiej. Mówię o sekcie nie bez kozery. Przecież nie kto inny, jak właśnie mianowana przez rząd premiera Donalda Tuska na to stanowisko Barbara Engelking w 2011 roku złożyła prawdziwe holocaustiańskie wyznanie wiary. Wtedy to, mówiąc o ofiarach wojny, stwierdziła: „Dla Polaków to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć, a dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym...”. Była to chyba najsłynniejsza wypowiedź Barbary Engelking w programie Moniki Olejnik w 2011 roku. Nie sposób nie dostrzec w tych słowach rasizmu. Dla pani Engelking śmierć nie-Żydów miała charakter biologiczny, wręcz chciałoby się powiedzieć, zwierzęcy, a dla Żydów, jako istot wyższych, metafizyczny. Ale profesor nie tylko takimi naukami zasłużyła sobie na nagrodę.

Jak udowodnili to różni historycy IPN, na czele z doktorem Piotrem Gontarczykiem, profesor Engelking, szefowa Rady, dowolnie kształtowała fragmenty źródeł historycznych, a to skracając je, a to zmieniając ich sens, a to wykrzywiając ich znaczenie, po to tylko, by obciążyć Polaków winą za śmierć Żydów. Mimo że zarzuty postawiono publicznie i są one gruntownie uzasadnione – czytelnik mógł porównać oryginalny tekst źródła i jego odpowiednio wyrychtowaną przez badaczkę formę – nikt nie zareagował.

Właściwie powinno to prowadzić do dramatycznych wniosków. Po pierwsze: Czy w wypadku osób badających Holocaust można mieć w stosunku do ich ustaleń zaufanie czy też, przeciwnie, mamy do czynienia z bajdurzeniem? Jeśli środowisko naukowe toleruje sytuację, w której kariery robią ludzie dopuszczający się podobnych praktyk, to podcina gałąź, na której siedzi. Okazuje się, że nie mamy do czynienia z nauką, a więc racjonalną formą dochodzenia do prawdy historycznej na bazie obiektywnych kryteriów i aprobowanej przez wszystkich metodologii, ale z legendami, z imaginacją, z uprzedzeniami i idiosynkrazją.

Po drugie, nie jest mi znana tego rodzaju tolerancja wobec podobnych praktyk w żadnej innej dziedzinie historii. Nigdy nie słyszałem o historykach, którzy wycinaliby jakieś fragmenty z tekstów źródłowych lub dodawaliby do nich treści, jeśli rzecz dotyczy innego okresu dziejów niż druga wojna światowa i innej grupy etnicznej niż Żydzi. Czy zatem w wypadku badań nad Holocaustem mamy do czynienia z historią czy jednak z religią, a raczej z jakąś, jak to napisałem, sektą? Tylko w obrębie sekty nie liczy się ustalanie faktów i prawdy. Sekciarze przyjmują słowa swoich guru, bo im wierzą. Słuchają ich ze względu na pobudzenie uczuciowe, a nie ze względu na racjonalne argumenty. Nie kwestionują, nie pytają, nie podają w wątpliwość.

Po trzecie, pojawia się pytanie o skalę wypaczeń i fałszerstw. Jeden z historyków zadał sobie trud dokładnego zbadania liczb podawanych przez panią Engelking i wykazał, że zawyżała dane dotyczące ofiar żydowskich w konkretnych przypadkach. W oczywisty sposób jego ustalenia mają ograniczony charakter. Jednak logika (uwaga: właśnie myślenie logiczne odróżnia badacza od szamana) pozwala ekstrapolować te ustalenia. Czy można zatem przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza jakiekolwiek inne tezy grona osób z Centrum Badań nad Holocaustem? Nie można.

Wszystko to pokazuje, mam nadzieję, jak prawdziwe były opisy holocautianizmu, które zawarłem w _Krwi na naszych rękach_? Tekst książki ukazuje się w niezmienionej postaci. Natomiast postanowiłem go uzupełnić o jeden duży rozdział, lekko licząc, jest to niemal jedna czwarta całości, poświęcony problemowi współpracy Żydów z bolszewizmem. W Polsce potocznie mówi się w tym wypadku o żydokomunie. Czytając po latach swoją książkę, uznałem, że pominięcie tej kwestii – nieproporcjonalnego udziału Żydów w ruchu rewolucyjnym i tym samym ich udziału w masowym terrorze – stanowi znaczący brak w rozważaniach nad odpowiedzialnością. Mimo że po _Krwi na naszych rękach_? w międzyczasie napisałem jeszcze dwie książki, które w pewien sposób rozwijały zawarte w niej intuicje, a więc _Mit starszych braci w wierze_ oraz _Mesjasz i Trzecia Świątynia_, w żadnej z nich wątek masowego i ochoczego zaangażowania żydowskiego w bolszewizm nie znalazł właściwego miejsca. Pora to zmienić.

Jak wiadomo, stałym motywem dialogu chrześcijańsko-żydowskiego jest zgłaszany przez stronę żydowską i przyjmowany ze zrozumieniem przez przedstawicieli Kościoła postulat uderzenia się przez chrześcijan we własne piersi za prawdziwe lub rzekome błędy ich przodków popełnione wobec wspólnoty żydowskiej. Obszerny dodatek, który wprowadziłem do tej książki – na dobrą sprawę mógłby być osobną rozprawą – na pewno pozwoli prowadzić ten dialog w bardziej zrównoważony, a przez to bardziej owocny sposób.WSTĘP

Pewnego dnia, była późna jesień, ranek pochmurny i szary, słuchałem radia. W audycji ktoś komentował opublikowany właśnie przez niemiecki „Die Welt” artykuł Jana Tomasza Grossa, w którym autor dowodził, że Polacy dlatego nie chcą przyjmować muzułmańskich imigrantów, że od zawsze są ksenofobami, nacjonalistami i antysemitami. Zaproszony do studia gość plótł coś o tym, że trzeba takie głosy z uwagą i pokorą przyjmować, że zamiast się sprzeciwiać i protestować, należy uderzyć się w piersi. I dodał: „Wszyscy mamy krew na rękach”. Tak, jako żywo, perorował, że my, Polacy, my, Europejczycy, musimy rozumieć inną wrażliwość, musimy przyjąć do wiadomości, że brak reakcji i pomocy dla mordowanych przez nazistów Żydów (tak, tak właśnie powiedział, „przez nazistów”) czyni nas współodpowiedzialnymi, a jeśli nie chcemy tego uznać, to dlatego, że drzemie w nas ukryty, zawsze gotów się obudzić i doskoczyć do gardła, demon nacjonalizmu, egoizmu. Dalej lały się słowa potoczyste, gość się nakręcał, zapluwał, coraz głośniej na nas, Polaków (ach, jak chętnie by powiedział: „polaczków”) pohukiwał, do rachunku sumienia wzywał, do pokuty namawiał.

Rzadko mi się to zdarza, ale nie wytrzymałem, wściekły podszedłem do radia i z całej siły walnąłem w mały odbiornik. Zarzęził i padł. Pomyślałem: ty taki i owaki, będziesz mnie tu pouczał, ty jeden, nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś, ale ja żadnej krwi na rękach nie mam. Nie znoszę opowieści martyrologicznych, nie lubię obnosić się z ranami, widzę w tym coś babskiego i niemęskiego, ale skoro tak, skoro ktoś chce mnie szantażować i do muru przyprzeć, krwią innych obciążyć, w buty niemieckie ubrać, to takiemu komuś prędzej w twarz napluję, niż pokornie będę znosił, jak się mnie i bliskich poniewiera. Wujek, brat ojca, zginął w powstaniu, miał trzynaście lat, gówniarz; od kiedy pamiętam, odwiedzam jego grób na Powązkach. Babcia ze strony ojca – dawno już nie żyje – w powstaniu straciła rękę, pamiętam jej dziwną, niekształtną postać, jak toczyła się po nierównych chodnikach Warszawy, była słusznego wzrostu, kikut czynił ją dodatkowo niezdarną i ułomną. Ze strony mamy brat babci został zgładzony w Bergen-Belsen zastrzykiem fenolu, kolejnego w 1947 roku rozstrzelało UB w Częstochowie. Ani to powód do chwały, ani uznania. Ot, typowy, chciałoby się rzec, banalny polski los. Znam wielu stokroć bardziej wojną, śmiercią dotkniętych. Jednak kiedy słuchałem, jak ten radiowy mędrek wzywa mnie do pokuty, ględzi, że na mnie, na wszystkich krew żydowska ciąży, że teraz trzeba się kajać, w piersi bić, winy wyznawać, to taka mnie wściekłość ogarnęła, że szczęście jego, iż nie znalazł się blisko mnie.

Pomyślałem, że my, Polacy, nie potrafimy mówić o swoich cierpieniach i ranach. Ba, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby za te życia przegrane, stracone, przeklęte winić cały świat, kulturę, Europę. Żeby wszystkich wokół oskarżać i ciągle napierać, żeby ich do winy przymusić. A jednak w świecie, w jakim żyjemy, inaczej się nie da. Za zasłoną uścisków i uśmiechniętych twarzy, schowana za frazesami i ukłonami, za wyrazami grzeczności i wzajemnego zrozumienia, kryje się wściekła i bezwzględna walka o pamięć. W tej walce z różnych powodów przegrywamy. Nie rozumiemy bowiem, jak zmienił się świat wokół nas w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Naiwnie myślimy, że wszyscy pamiętają o naszych ranach, o zasługach, o krwi milionów ofiar. Guzik prawda. O krwi pamiętają, ale tej, co to nam ją chcą przypisać, o tej, co chcą na nas wylać.

Od połowy ubiegłego wieku w powszechnej świadomości świata jedyną ofiarą wojny stali się Żydzi. Przeciętny Amerykanin, Francuz czy Niemiec mniema, że druga wojna to był Holocaust i tyle. Byli jeszcze jacyś ludzie, którzy Żydów ratowali, reszta jednak, cała wielomilionowa rzesza, przyglądała się biernie albo wręcz w mordzie uczestniczyła. Otoczeni przez mrowie chrześcijańskiej tłuszczy, która czyhała na ich życie i majątek, Żydzi ginęli samotnie. W tej opowieści Hitler przekształca się z Niemca, z niemieckiego nazisty w wyraziciela ukrytych pragnień i dążeń zdeptanych przez niego ludów. Wyrasta niemal na zbawiciela, na kogoś, kto nie tyle podbił i prześladował, ile zrealizował ukryte i podświadome pragnienie zbrodni wszystkich na Żydach.

Ta chora, obsesyjna opowieść coraz szybciej opanowuje umysły. Staje się religią, mitem, dogmatem bezwzględnym i nieznoszącym sprzeciwu. Wszystko w niej staje się wykoślawione i odwrócone. Hitler to nie zbrodniarz i morderca ludów, ale wyłącznie zabójca Żydów; podbite narody, Polacy, Serbowie, Rosjanie czy Białorusini, to nie osobne ofiary, ale nieistotny nawóz historii, przypis do wielkiej tragedii Holocaustu. A chrześcijaństwo? Przestaje ono być religią, która dodawała ducha, krzewiła miłość bliźniego, wzywała do poświęceń, skłaniała do ofiar za innych, obcych, często uznawanych za wrogów, ale staje się narzędziem opresji, narzędziem, za pomocą którego zbrodniarze mogli swobodnie zadawać śmierć. Gorzej jeszcze. Chrześcijaństwo staje się wehikułem, dzięki któremu wiele środowisk żydowskich bez oporów i żenady może przypisywać innym winę i opowiadać, że wszyscy goje mają krew na rękach. Bo byli ochrzczeni, bo wyrośli w cieniu kościołów i krzyża. Religia, która kiedyś niosła wyzwolenie, stała się z dnia na dzień znakiem niewoli. Za pośrednictwem chrześcijaństwa, twierdzi się, zło i niegodziwość, nienawiść i antysemityzm wlały się w krwiobieg narodów.

Tę zmianę mało kto w Polsce rozumie. Od czasu do czasu, kiedy znany mędrek z Ameryki lub Francji czy też innego oświeconego państwa powie to, co mówią wszyscy, podnoszą się głosy sprzeciwu i oburzenia. A potem gasną. Złość umiera równie szybko, jak się narodziła. Wypala się, wyładowuje. Niektórym może się zdawać, że protesty poskutkowały, że inni wreszcie nas zrozumieli, że przecież nasze polskie cierpienie jest tak oczywiste i tak niepodważalne, iż jedynie ignorancja mogła sprawić, że je przeoczono. Nieprawda. Owszem, niewiedza ma znaczenie, ale zła wola również.

Przeważająca część zachodnich elit intelektualnych została zainfekowana czymś, co można by nazwać religią Holocaustu. Opiera się ona na czterech dogmatach. Po pierwsze, Holocaust był zbrodnią nieporównywalną z żadną inną w dziejach świata: bardziej okrutną, bardziej straszną, bardziej ohydną, niż cokolwiek i kiedykolwiek miało miejsce. Żydzi byli ofiarą bardziej niewinną niż wszyscy pozostali ludzie. Po drugie, uczestniczyła w tej zbrodni cała ludzkość: nawet jeśli organizatorami zabójstw byli niemieccy naziści, to zrealizowali oni ukryte marzenie milionów zwykłych ludzi, utajone i podświadome pragnienie usunięcia Żydów. Po trzecie, źródłem tego krwiożerczego, ohydnego pragnienia było chrześcijaństwo, która to religia od początku zaraziła ludy wrogością do Żydów. Adolf Hitler był zatem dziedzicem wiekowej tradycji nienawiści. Dzieje Kościoła to dzieje rosnącej przemocy i wrogości. Po czwarte wreszcie, co jest konsekwencją trzech pierwszych dogmatów, wszyscy ludzie, także ci, którzy cierpieli pod niemiecką okupacją, także Polacy, mają krew na rękach. Są podwójnie napiętnowani: raz jako katolicy, dwa – bo na ich ziemi doszło do mordu. Oparta na tych czterech dogmatach religia jest coraz powszechniej wyznawana przez elity uniwersyteckie, intelektualne i polityczne Zachodu. Wyznają ją profesorowie teologii, historii i innych nauk humanistycznych na wielu renomowanych uczelniach USA, Kanady, Wielkiej Brytanii czy Francji, w dużym stopniu opanowała ona także umysły przedstawicieli Kościoła.

Niestety, jej sukces ma dla Polaków, dla polskiej pamięci skutki dramatyczne. Polacy mogą być albo sprawiedliwymi ratującymi Żydów (to jednak tylko przywilej nielicznych), albo współsprawcami, biernymi lub czynnymi, zbrodni (to przeznaczenie ogółu, który mógł zabijać, przyglądać się biernie zabijaniu, udawać, że nie widzi, wreszcie korzystać z zabijania). Dla polskiej osobnej pamięci, dla polskich ofiar, które ginęły niezależnie od Żydów, w ogóle w takim ujęciu nie ma miejsca.

W niniejszej książce próbuję powiedzieć, jak do tego doszło. Próbuję pokazać, w jaki sposób zbrodnie na jednym narodzie, na Żydach, nagle stały się jedynym symbolem uniwersalnego mordu. Dlaczego współczesny Kościół pogodził się z rolą, jaką narzuciła mu religia Holocaustu: praktycznie uznał swoją winę za doprowadzenie do zbrodni, nawet jeśli przed taką deklaracją wciąż się wzdraga, i ogłosił, że będzie zwalczał antysemityzm, do którego propagowania w dziejach w znacznym stopniu się przyznał. To jeden z najważniejszych fragmentów tej opowieści: zmiana stosunku Kościoła otworzyła bowiem drzwi do powszechnego oskarżenia. Jeśli wszyscy Europejczycy byli i są w jakimś stopniu związani z kulturą chrześcijańską, nawet jeśli od dawna już nie wyznają religii Chrystusa, to i tak zostali zainfekowani trucizną.

Wreszcie postaram się pokazać, dlaczego Polacy przegrywają starcie o pamięć. Tak, książka to tylko słowa. To tylko próba przekazania wiedzy i obudzenia świadomości. Nie zmienia to biegu historii, nie pozwala wierzyć, że krzyk polskich ofiar okrutnych reżimów – tych, którzy ginęli w operacji NKWD, podczas niemieckich mordów w ramach akcji AB, w Katyniu, w Ponarach czy w Auschwitz, na Wołyniu czy w Palmirach, czy na Zamojszczyźnie, czy na Woli – nie zostanie przykryty i stłumiony innym krzykiem innych niewinnych ofiar. Że stanie się osobną, ważną i autonomiczną częścią solidarnej opowieści wszystkich ofiar, bez względu na narodowość, o zbrodniczym szaleństwie rozpętanym przez bolszewików i nazistów. Że to naiwne? Oczywiście. Jednak taka naiwność jest lepsza niż gniew wyładowywany na odbiorniku radiowym. Może dzięki niej czyjeś sumienie się poruszy. Może.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij