Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Krew nie woda - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 maja 2026
3520 pkt
punktów Virtualo

Krew nie woda - ebook

Niektóre potwory istnieją naprawdę.

Mylne tropy. Fałszywy potwór. Prawdziwe zło.

Inspektor Jack Logan pracuje w policji od dwudziestu lat i spotkał już niejedno monstrum. Przeniósł się na spokojne szkockie wyżyny, by uciec od spraw, które nie pozwalają mu w nocy zasnąć. Nic z tego. Na brzegu Loch Ness zostaje znalezione bestialsko okaleczone ciało. Media od razu ogłaszają: „Potwór z jeziora zaatakował”. Natychmiast ściągają tam tłumy łowców Nessie, turystów oraz ludzi żądnych krwi. Logan i jego zespół muszą działać szybko, by amatorzy sensacji nie zatarli śladów. Presja rośnie z każdą godziną, tropów jest wiele, tym bardziej że fałszywe potwory odwracają uwagę od prawdziwego zła.

To śledztwo może okazać się największym wyzwaniem w karierze Jacka. Lecz jeśli wykona choć jeden fałszywy ruch – zarazem ostatnim.

Tymczasem daje o sobie znać dawny wróg…

Mroczny klimat, szybkie tempo i czarny humor – szkocki „tartan noir” w najlepszym wydaniu.

J.D. Kirk to szkocki autor kryminałów, który skrywa wielką tajemnicę: tak naprawdę nie istnieje. Pod swoim prawdziwym nazwiskiem – Barry Hutchison – opublikował wiele nagradzanych książek dla dzieci i dorosłych, scenariuszy i komiksów. Liczne morderstwa popełnia zaś jako J.D. Kirk (nikt nie wie, co oznacza J.D., ale też nikomu to specjalnie nie przeszkadza). Odkąd w 2019 roku napisał pierwszą powieść o Jacku Loganie, sprzedał ponad trzy miliony książek, wielokrotnie trafiał na listy bestsellerów, a w 2024 roku Amazon zaliczył go do sześciu najbardziej poczytnych autorów formatu kindle. Fani kochają go za dynamiczne zwroty akcji, mrożące krew w żyłach morderstwa i poczucie humoru.

Recenzje:

Inspektor Logan z pewnością stanie się jednym z ulubionych detektywów Szkocji. – Adam Croft

Wciągająca. – Simon McCleave

Wybitna. – Caro Ramsay

Błyskotliwa i piekielnie zabawna. – Marion Todd

Żwawe tempo i iskrzące dialogi. – Douglas Skelton

Przemawiająca do wyobraźni i surowa. – Lynne McEwan

Perfekcyjnie wyważone tempo, wspaniale nakreśleni bohaterowie… z wystarczającą liczbą zwrotów akcji, by zadowolić nawet najbardziej wymagających czytelników – ta książka mknie niczym rozpędzony pociąg. – James Oswald

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8444-605-8
Rozmiar pliku: 630 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Czekały ich kłopoty. Nie miała co do tego wątpliwości.

Zsuwając się niezdarnie ze skarpy, czuła na plecach wzrok rodziców. Była pewna, że tata krzyknie za nią, gdy będzie się przedzierała przez wrzosy. Pewna, że usłyszy chrobot suwaka namiotu, że zobaczy omiatający kemping snop światła z latarki czołówki, kiedy ostrożnym krokiem pokona kilka kamiennych stopni, za którymi woda stykała się z lądem.

Ale nic takiego się nie wydarzyło. Stała drżąca na brzegu jeziora, słuchając delikatnego plusku fal i nerwowego łomotu własnego serca.

Nathan wyprzedził ją o parę kroków i w blasku księżyca podskakiwał na jednej nodze, zdejmując but. Oddalili się o dobre sto metrów i stracili pole namiotowe z oczu.

– Tak naprawdę tego nie zrobimy, prawda? – zapytała Lolly, a jej głos zabrzmiał jak stłumiony do szeptu chichot. Myśl, że zostaną przyłapani, wywoływała dreszcz przerażenia.

Ztrała Nathana zaledwie półtora dnia, ale szybko zmienił nudne szkockie wakacje z rodziną pod namiotem w znacznie mniej uciążliwą mękę. Był od niej starszy o dwa lata – za kilka tygodni zaczynał ostatnią klasę szkoły średniej – i natychmiast poczuła do niego sympatię.

Był zabawniejszy od chłopaków u niej w domu. I inteligentniejszy. Potrafił opowiedzieć jej szczegółowo o historii tego miejsca. Owszem, tata w drodze przekazał jej prawie dokładnie te same informacje, ale różnica polegała na tym, że Nathan opowiadał w taki sposób, że nie miała ochoty się pociąć. Potrafił sprawić, że to wszystko wydawało się interesujące.

Pomyślała, że chętnie posłuchałaby nawet wtedy, gdyby czytał listę zadań z matematyki na egzamin końcowy.

Mieszkał tuż pod Oksfordem, sto pięćdziesiąt kilometrów od niej. Już poprzedniego wieczoru zaplanowali, że spotkają się po powrocie z wakacji, ustalając szczegóły przez Snapchat. Lolly przez parę godzin leżała w śpiworze i przy akompaniamencie pochrapywania rodziców zza płóciennej ścianki wymieniała z Nathanem wiadomości i zdjęcia.

Nathan naprawdę umiał w GIF-y i kiedy przysłał jej wersję mema z „rozkojarzonym chłopakiem”, gdzie w miejsce twarzy tej atrakcyjnej dziewczyny przechodzącej obok wkleił jej zdjęcie, poczuła, jak jej serce przyspiesza.

Przez chwilę było to wręcz niepokojące, dopóki nie uświadomiła sobie, że to wcale nie zawał, tylko tak – właśnie tak – objawia się miłość.

– Jasne, że zrobimy. Ale jest lodowata! – wrzasnął, gdy włożył bosą stopę do wody i natychmiast ją wyciągnął. Zrzucił drugi but i zdjął skarpetkę. – Pospiesz się, zanim odmrożę sobie palce!

– Nie brzmi zachęcająco – mruknęła, ale czubkiem jednego adidasa zahaczyła piętę drugiego i zsunęła but.

Kamienie były gładkie i zaokrąglone, więc całkiem wygodnie stało się na nich boso. Nathan zdjął już T-shirt, a ona przez chwilę gapiła się na jego nagi tors trochę z podziwem, ale głównie ze zdumieniem.

To się naprawdę dzieje? Zerknęła nerwowo w stronę kempingu, wciąż spodziewając się ujrzeć blask czołówki ojca, która jak snop światła latarni morskiej prześlizguje się po powierzchni wody. Kiedy jej nie zobaczyła, nie była pewna, czy towarzyszy temu ulga, czy rozczarowanie.

Nathan zasłonił sobie dłońmi sutki i zatrzepotał rzęsami. Lolly mimo zdenerwowania parsknęła śmiechem. A może właśnie z powodu napięcia.

– Nie śmiej się! Bo mnie peszysz – powiedział.

Stłumiła chichot, a w miejsce rozbawienia na jej twarzy pojawiła się niepewność.

– Wszystko w porządku? – zapytał, opuszczając ręce. Sięgnął po T-shirt, który przed chwilą rzucił na kamienie. – Mam to włożyć z powrotem?

Lolly po krótkim namyśle pokręciła głową. Sięgnęła do guzików bluzy i usiłowała je rozpiąć, ale palce drżały jej z zimna, zdenerwowania i… czegoś jeszcze. Może niecierpliwości. Nie umiała tego nazwać, ale to chyba było przyjemne.

Raczej.

Skrzyżowała na piersi ramiona pokryte gęsią skórką i pomyślała, że powinna była zabrać na wakacje ładniejszy biustonosz albo chociaż lepiej wypełnić ten, który miała na sobie.

Nathanowi to jednak nie przeszkadzało. Usłyszała, jak wstrzymał oddech, i miała nadzieję, że w ciemności nie zauważył jej rumieńca.

– Wow – rzucił tylko, po czym zaczął się wyswobadzać z dżinsów.

Rzucił je obok T-shirtu i wyciągnął w górę ręce, prezentując się jak nagroda w teleturnieju.

– Ta-daam!

W jego szerokim uśmiechu nie było ani śladu wstydu czy skrępowania, które czuła Lolly. Jego bielizna była tak obcisła, że ukazywała wypukłość – w jednej chwili jej podniecenie zmąciła niepewność podszyta lękiem.

Naprawdę chciała to zrobić?

Nathan zauważył, gdzie skierowała wzrok, i odwrócił się z zakłopotaniem.

– Zimno, co nie? – powiedział z tym samym uśmiechem. – I tej wersji będę się trzymał.

Omiótł ją wzrokiem od pasa w dół.

– Twoja kolej. – Pokazał na jej bojówki z obciętymi nogawkami.

Nadal stała ze skrzyżowanymi rękami, usiłując opanować drżenie. Wyschło jej w ustach. Wydawało się jej, że powinna coś powiedzieć, przekonać go, że to był błąd, ale nie mogła wydobyć z siebie ani słowa.

Co się z nią dzieje? Przecież jej się podobał. Naprawdę podobał. A ona podobała się jemu. Czyli idealny układ, prawda? Tak to się właśnie powinno odbywać. Lepiej tu z nim niż w domu na jakiejś imprezie z kimś, kto pół roku później nie będzie jej już obchodził.

Prawda?

Podszedł bliżej. Poczuła bijące od niego ciepło. Miękła przy nim jak wosk.

– Ej, nic się nie stało, nic się nie stało – powtarzał uspokajającym tonem. Położył dłonie na jej ramionach. W świetle księżyca wyglądał tak spokojnie, tak łagodnie. Prawie jak anioł. W odróżnieniu od niej miał prawie nieskazitelnie gładką skórę. Ogarnęła ją chęć, by przesunąć po niej dłonią i sprawdzić, czy jest prawdziwa.

– Przecież chcemy tylko popływać, nic więcej – zapewnił.

– Ni-ic? – wydukała Lolly, jakby brakowało jej tchu.

– To zależy od ciebie – obiecał Nathan. – Nie zrobię nic, co mogłoby sprawić ci przykrość.

Z trudem przełknęła ślinę. Skinęła głową.

– To dobrze. – Nachylił się, dopóki nie poczuła na skórze ciepła jego oddechu. – Zaufaj mi, okej?

Zadrżała, czując na ramionach delikatny dotyk jego palców. Kiedy połaskotały ją w żebra, a dłonie musnęły jej zasłonięte piersi, omal nie dostała spazmów.

Pocałował ją. Miał miękkie wargi, ale przywarły do niej tak niespodziewanie, że podziałało to na nią jak uderzenie młotem. Zaskoczona sapnęła mu prosto do ust, a on cofnął się, w zdumieniu marszcząc brwi.

– Przepraszam – szepnęła zarumieniona ze wstydu. – Bo to tak… ty tak… nie spodziewałam się.

Zesztywniała i zamknęła oczy, a on znowu ją pocałował. Tym razem na szczęście nie wydała żadnego mimowolnego dźwięku, nawet gdy poczuła, jak wpycha jej do ust język.

Język. Wpakował jej język do ust.

Celowo.

Czy to miłe uczucie? Nie była pewna. Prawdopodobnie tak. Ściślej rzecz biorąc, nie było niemiłe. Zdecydowanie dziwne. Wił się jak robak, ocierając się o jej język.

Żałowała, że przed wyjściem nie umyła zębów.

Tak bardzo skupiła się na walce języków i martwiła higieną swoich zębów, że nie zauważyła, jak ukradkiem rozpiął jej szorty, dopóki nie opadły na ziemię.

Teraz całował jej szyję, mniej delikatnie niż usta. Położył dłoń na jej pośladku i ugniatał go przez cienką bawełnę majtek.

Druga dłoń pociągnęła w górę jedną miseczkę biustonosza, odsłaniając na chwilę pierś, którą zaraz przykryły jego łapczywe palce, by mieć ją tylko dla siebie. Jęknął i przycisnął się do niej, wyraźnie dając jej odczuć wypukłość w bokserkach.

– Chwilę – wykrztusiła Lolly. – Przestań.

Przerwał tylko po to, aby szepnąć jej do ucha: „To nic złego”, po czym oderwał rękę od jej pupy i wsunął między ich ciała. Palce dotknęły brzucha, wśliznęły się pod bieliznę i zaczęły skradać się przez jej włosy łonowe.

– Nie, powiedziałam przestań! – zaprotestowała bardziej stanowczo, niż zamierzała, ale jej ostry ton go powstrzymał.

Odepchnęła go i zobaczyła, jak twarz wykrzywia mu grymas frustracji. Trwało to nie dłużej niż ułamek sekundy, po którym zamaskował rozczarowanie czymś milszym i łagodniejszym.

– Co się stało? – zapytał. – Coś nie tak?

Lolly poprawiła biustonosz i podciągnęła szorty.

– Co ty wyprawiasz? – fuknął Nathan. – Daj spokój. Przecież to tylko zabawa.

– Nie chcę. – Unikała jego spojrzenia. – Przepraszam.

– Co? Dlaczego? Jutro jadę do domu – przypomniał jej Nathan, starając się zamaskować zniecierpliwienie. – Nie będziemy mieli innej okazji.

Lolly podniosła bluzę i wsunęła ramię do rękawa.

– Możemy się spotkać w domu. Trochę lepiej się poznamy, zanim… zanim… no, wiesz. Zanim coś razem zrobimy.

– Ja pierdolę. Ile ty masz lat, dwanaście? – warknął Nathan. Słysząc jego ton, poczuła się, jakby wymierzył jej policzek. – Mieszkamy sto pięćdziesiąt kilometrów od siebie. Nigdy się nie spotkamy. To nasza jedyna okazja.

– Mówiliśmy przecież…

– Jezu, naprawdę myślałaś, że będziemy… Że zostaniesz moją dziewczyną, a ja twoim chłopakiem? Że to będzie związek na odległość?! – Od pogardy w jego głosie policzki zapiekły ją ze wstydu. – Przykro mi to mówić, ale tak się nie stanie. Więcej okazji nie będzie. Teraz albo nigdy.

Lolly opanowała zażenowanie i zaczęła zapinać bluzę. Zdziwiona zauważyła, że tym razem ręce już w ogóle nie drżą.

– W takim razie nigdy – oznajmiła.

Zaskoczyła ją stanowczość we własnym głosie. Sądząc po minie, Nathan też się zdziwił.

– Hej, czekaj. Daj spokój – powiedział znowu łagodniej i zrobił krok w jej stronę.

– Przysięgam, że rozwalę ci głowę kamieniem, jak podejdziesz bliżej – ostrzegła.

– Dobra, w porządku! Jezu… – Podniósł ręce w geście kapitulacji. – Przepraszam. Naprawdę. Poniosło mnie. Przegiąłem. Ale to dlatego, że… – Wskazał na nią. – Zresztą popatrz do lustra. Jesteś piękna.

Lolly nie odpowiedziała. Podmuch wiatru znad wody burzył jej włosy.

– Jasne, spotkamy się po powrocie do domu – ciągnął Nathan. – Mogę przyjechać pociągiem. Jak mówiłaś, poznamy się lepiej. Albo ty przyjedziesz do mnie. Przedstawię cię swoim kumplom. Ale to tępaki. Chyba powinienem cię uprzedzić.

– Tacy jak ty?

– Gorsi ode mnie – odparł. – Jeżeli potrafisz to sobie wyobrazić.

Westchnęła. Wiedziała, że powinna już odejść, mimo to stopy nie kwapiły się, by z powrotem wskoczyć do adidasów.

– Chodź popływać – poprosił. – Nic więcej. Tylko popływać.

– Nie, dziękuję – powiedziała, choć z mniejszym przekonaniem niż parę chwil wcześniej.

Nathan ruszył tyłem w stronę wody. Znowu uśmiechał się od ucha do ucha i robił słodkie oczy.

– A jak Nessie mnie złapie? – zapytał. – Chyba nie pozwolisz, żebym popłynął sam w paszczę strasznego potwora, prawda?

Lolly ze złością uświadomiła sobie, że kąciki jej ust drgają i się unoszą, gdy stopy Nathana rozgarnęły fale, a jego oczy i usta zrobiły się okrągłe ze zdumienia.

– Cholera, ale zimna! Czemu t-taka zimna?

– Bo jesteśmy w Szkocji.

– Ale jest lipiec! – Nathan klepał się dłońmi po odkrytych ramionach.

– Ale jesteśmy w Szkocji – powtórzyła Lolly.

– W-wiem, ale m-mimo wszy-ystko… – ciągnął Nathan, szczękając zębami. Zmusił się do następnych kroków w głąb lodowatej wody, która rozbryzgiwała się wokół jego nóg. – Można b-by pomyśleć, że będzie p-przynajmniej t-t-trochę…

Nagle runął na wznak z pobladłą w panice twarzą i wymachując rękami. Rozległ się wrzask, potem plusk.

I zapadła cisza.

– Bardzo zabawne – powiedziała Lolly, patrząc na miejsce, gdzie zniknął pod wodą.

Na powierzchni jeziora leniwie rozchodziły się zmarszczki, blask księżyca przez chwilę tańczył na grzbietach drobnych fal, które zaraz zniknęły i tafla wody znowu się wygładziła.

– Nathan? – odważyła się zawołać, choć niezbyt głośno. – Nathan, to nie jest śmieszne.

Zrobiła krok w stronę jeziora i krzyknęła ze zgrozą, bo nagle wyskoczył spod powierzchni z szeroko otwartymi oczami, rozpaczliwie łapiąc powietrze. Usiłował chwycić ją za rękę. Z początku myślała, że próbuje wciągnąć ją do wody, ale zobaczyła strach w jego oczach, a w jego ruchach panikę.

– Co? Co się stało? – wykrztusiła piskliwie, bo udzieliła się jej panika Nathana. – O co chodzi?

Ślizgając się i potykając, wypełzł na brzeg na czworakach. Kaszlał, charczał i pluł wodą. Lolly zobaczyła ciemny kształt, który tuż za nim wyłonił się z jeziora. Odtrącił go kopniakiem z przeraźliwym piskiem rannego zwierzęcia, ale długa granatowa macka zdołała opleść jego stopę i uwiązać do bezkształtnej masy.

Nie, nie była jednak taka bezkształtna.

Gdy ciemna woda opadła i światło księżyca padło na tajemniczą rzecz, Lolly zobaczyła dłoń ze zgiętymi palcami skierowanymi w górę jak odnóża martwego pająka.

Ujrzała sine i zimne ramię.

Ujrzała twarz. Pozbawioną oczu, a mimo to wpatrującą się w nią z fałdów całunu z jasnozielonej nieprzemakalnej plandeki. Wpatrującą się rozpaczliwie i błagalnie.

Oskarżycielsko.

Stojąc po kostki w ciemnej wodzie i drżąc w przenikliwym chłodzie nocy, Lolly zaczęła wrzeszczeć… i nie potrafiła przestać.ROZDZIAŁ 2

Starszy inspektor Jack Logan siedział w maleńkiej kawiarni w Dumbarton, sączył kawę, której jakość bardzo go rozczarowała, i zerkał na drzwi, ilekroć ktoś wchodził.

Nie lubił czekać. Podczas służby w policji, a zwłaszcza kilku ostatnich lat spędzonych w zespole specjalnym, zyskał sławę z wielu powodów. Jednym z nich na pewno nie była cierpliwość.

– Może jednak przyniosę kartę, synu?

Logan podniósł wzrok znad opróżnionego w dwóch trzecich kubka i ujrzał uśmiechniętą twarz właścicielki. Mimo że kobieta stała, była niewiele wyższa od siedzącego detektywa. Patrzyła na niego wyczekująco zza dużych okularów w kanciastych oprawkach, powiększających jej oczy do nieproporcjonalnych owadzich rozmiarów, i ściskała oburącz zalaminowany arkusz formatu A4.

– Dziękuję, nie trzeba. Czekam na kogoś.

– Aha, czekasz? – Właścicielka miała zdarty głos nałogowej palaczki. Wieloletnie uzależnienie zdradzały palce w jaskrawożółtym kolorze kontrastującym z białym menu.

Spojrzała w stronę drzwi, potem na zegar ścienny.

– Niedługo pora lunchu, synu. Zrobi się tłoczno.

Logan rozejrzał się wokół. Oprócz niego jedyną klientką kawiarni była młoda kobieta z niemowlęciem, pozostałych kilkanaście stolików stało pustych.

– Nie licząc mnie, jest tu tylko jedna osoba – zauważył.

– Dwie – poprawiła właścicielka.

– Co, ten maluch? – zdziwił się inspektor, wskazując kciukiem dziecko. Niemowlak pochłaniał właśnie mleko z butelki. – Chyba minie jeszcze sporo czasu, zanim zamówi panini z szynką i serem. Prawda?

– To jest ona – odparła właścicielka. – Moja wnuczka.

– Aha, czyli nawet nie jest prawdziwą klientką?

– Mówię tylko, że ten stolik będzie potrzebny – ucięła kobieta, przybierając nagle opryskliwy ton. – Nie wyrzucam cię z lokalu, ale stolik będzie potrzebny. Dla ludzi, którzy będą chcieli jeść.

Logan westchnął. Przez okno zobaczył kobietę w niebieskiej kurtce, ale minęła drzwi, nie zatrzymując się.

To nie ona.

– No tak. Dobrze, w takim razie chyba poproszę o menu. – Wyciągnął do niej rękę.

Właścicielka uśmiechnęła się, skinęła głową i podała mu zalaminowaną kartę. Logan położył ją na blacie zadrukowaną stroną do dołu, nawet do niej nie zaglądając. Uśmiech starszej pani przybladł.

– Nie chcesz zajrzeć?

– Może za chwilę – odrzekł Logan. – W końcu zerknę.

Chciała odpowiedzieć. Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, krzywiąc otoczone zmarszczkami wargi na znak niezadowolenia, po czym odwróciła się i zaczęła z hałasem zbierać brudne naczynia z sąsiedniego stolika.

Otworzyły się drzwi. Oczy Logana powędrowały w tamtą stronę, ale do kawiarni weszło dwóch robotników z gazetami pod pachą. Wnosząc z logo na odblaskowych kamizelkach, pracowali w służbach komunalnych. Piątkowy lunch. Tradycyjny fajrant.

– Jak tam, kochana, wszystko w porządku? – zagadnął starszy z nich, kiedy zajęli miejsca przy stoliku. – Daj nam dwie bułki z Lorne, jak będziesz miała chwilkę.

– Nie ma sprawy, skarbie – odparła właścicielka, posyłając przy tym Loganowi wymowne spojrzenie: „A nie mówiłam?” połączone z: „Lepiej coś zamów, i to szybko”.

Inspektor odprowadził ją wzrokiem do drzwi na zaplecze, poświęcił kilka sekund, by zmierzyć taksującym spojrzeniem pracowników komunalnych, a potem znowu popatrzył na wejście.

Czekał.

Nie znosił czekać.

Szczególnie gdy czekał na coś, co, jak przypuszczał, raczej się nie stanie.

Pierwszy raz pomyślał, że nic z tego nie będzie, jakieś czterdzieści pięć minut temu, gdy spóźniała się raptem o dwadzieścia minut. Teraz, gdy od umówionej pory minęła godzina, miał już prawie stuprocentową pewność.

Postanowił dać jej jeszcze pięć minut.

No, może dziesięć. Mogła utknąć w korku. Kiedy Logan tu jechał, Mostem Erskine płynął nieprzerwany strumień aut, a skoro nadjeżdżała z innej strony, nie wiadomo, czy nie zatrzymał jej zator w innym miejscu. W końcu był szczyt sezonu wakacyjnego.

Wypił łyk kawy i skrzywił się z niesmakiem. Zimna.

Nie odważył się zamówić następnej, nie biorąc niczego do jedzenia. Nie warto było następować na odcisk drobnej starowince z Glasgow, a przypuszczał, że i tak już igrał z losem.

Odwrócił menu, by je przeczytać, i już się zastanawiał nad black puddingiem Stornoway z karmelizowaną cebulką, gdy usłyszał sygnał swojego telefonu. Zanim zerknął na ekran, wiedział już, co tam zobaczy.

Mam opóźnienie. Nie dam rady. Srki.

Odczytał wiadomość cztery czy pięć razy i dopiero wtedy wstukał odpowiedź.

Dzisiaj wyjeżdżam na północ. Nie wiem, kiedy wrócę. Dobrze byłoby się spotkać.

Wszystko napisał porządnie. Nie przepadał za tymi głupimi skrótami typu CU, BTW i LOL.

Przeczytał swoją wiadomość dwa razy i skasował ostatnie zdanie.

Po chwili wpisał je z powrotem i wcisnął WYŚLIJ.

Czekał ze wzrokiem wbitym w ekran.

Nadal czekał, gdy właścicielka podała facetom w odblaskowych kamizelkach zamówione bułki z kiełbasą, po czym przydreptała do jego stolika.

– Już wybrałeś? – zapytała.

Logan podniósł głowę.

– Co?

Wskazała na menu, które nadal ściskał w lewej dłoni.

– Wiesz już, na co masz ochotę?

Logan spojrzał na kartę, a potem na swój telefon. Ekran był ciemny, głośnik milczał.

– Poproszę tylko rachunek – zdecydował.

Starsza pani przyjrzała mu się znad okularów.

– Co się stało? Dziewczyna się umówiła i wystawiła do wiatru?

– Córka – wyjaśnił i wstał, odsuwając krzesło. – Ale tak, coś w tym stylu.

*

Logan otworzył bagażnik Forda Focusa i rzucił płaszcz na walizki. Kupił trzy, zakładając, że zmieszczą wszystko, co chciał ze sobą zabrać. Ostatecznie udało mu się szczelnie wypełnić jedną, drugą do połowy, a trzecią wstawił do wynajętej komórki, razem z pudłami, torbami i wszelkimi rupieciami, z których opróżnił mieszkanie w ciągu kilku weekendów.

Znowu sprawdził telefon, tak na wszelki wypadek.

Nic. Naprawdę totalnie go olała.

Chyba jednak nie mógł jej winić. Bóg mu świadkiem, że przez długie lata nieraz robił to samo zarówno jej, jak i jej matce.

Wsunął telefon do kieszeni, otworzył drzwi po stronie kierowcy i przez chwilę stał, patrząc na fotel i myśląc o czekającej go drodze. Oraz o tej, którą już pokonał.

Minęły cztery miesiące, odkąd ostatecznie zamknął sprawę Owena Petriego i mógł zapomnieć o historii Szeptacza.

W każdym razie starał się zapomnieć.

W rzeczywistości nie było to jednak zakończenie, na jakie liczył. Wręcz przeciwnie. Owszem. W końcu się dowiedział, co się stało z pierwszą ofiarą Petriego. Znalazł odpowiedź, tyle że nie taką, jakiej oczekiwał.

Patrząc wstecz, chyba nawet wolałby jej nie znać.

Ale, tak czy inaczej, sprawa się skończyła i wraz z upływem kolejnych tygodni dochodził do wniosku, że Glasgow coraz mniej mu się podoba. Wychował się w tym mieście, spędził tutaj większą część dorosłego życia, ale coraz częściej przypominało mu o największych porażkach – ludziach, których nie zdołał uratować, i sprawach, których nie potrafił rozwiązać. Mordercach, którzy uniknęli kary. Ofiarach, które nie zostały pomszczone.

Wszędzie oglądał swoje przegrane, wszędzie potykał się o granice, które musiał przekroczyć, by wypełnić swoje zadanie. Jak gdyby chodził po cmentarzysku złych wspomnień.

Niemal dokładnie sześć tygodni po zamknięciu sprawy Petriego złożył wniosek o przeniesienie na północ Szkocji. Gozer – czyli nadinspektor Gordon Mackenzie, jak należało się do niego zwracać w bezpośrednim kontakcie – oczywiście odrzucił prośbę, a zastępczyni komendanta też z początku w ogóle nie chciała o tym słyszeć. Logan miał jednak na oboje sporo haków i gdy delikatnie im o tym przypomniał, opór szybko skruszał.

Poza tym starszy inspektor Grant od lat domagał się przeniesienia do służby w Central Belt, więc wystarczyło po prostu dokonać zwyczajnej wymiany.

– Będzie pan tam miał spokój – zauważył Gozer, gdy Logan prawdopodobnie po raz ostatni stanął przed jego biurkiem. – Zwariuje pan.

– Spokój brzmi całkiem nieźle – odparł Logan. – Zaryzykuję.

Uścisnęli sobie dłonie i inspektor wymknął się tylnymi drzwiami, żeby uniknąć spotkania z członkami zespołu, którzy uśmiechaliby się, życzyli mu powodzenia i poklepywali go po plecach. Byli całkiem w porządku, ale nigdy nie przepadał za nadmierną poufałością.

A teraz, stojąc na parkingu przed sklepem ASDA i patrząc na fotel kierowcy, lekko skinął głową.

– No dobra – mruknął. Wsiadł do samochodu, zatrzasnął drzwi i odpalił silnik.

Po zaledwie pięciu minutach jazdy, gdy był jeszcze na drodze szybkiego ruchu przed rondem w Stirling, na ekranie telefonu wyświetlił się numer z Inverness.

Stuknął w zieloną ikonkę.

– Starszy inspektor Logan.

– Jack, tu Ben. Jedziesz już?

Logan od dawna znał inspektora Bena Forde’a. Od razu się domyślił, że coś się stało.

– Dopiero wyjechałem. Czemu pytasz?

– W drodze będziesz musiał zrobić mały objazd – zadudnił przez głośniki samochodu Ben. – W Fort Augustus skręć w boczną drogę. W Foyers jest kemping, zaraz przy brzegu Loch Ness. Tam się spotkamy.

Logan zerknął w lusterko wsteczne, po czym zjechał na prawy pas, by wyprzedzić sznur wolniejszych aut.

– Coś się tam stało? – zapytał.

– Taa… – Rozległo się ciche cmoknięcie, a potem Ben gwałtownie wypuścił powietrze. – Można tak powiedzieć.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij