Krewni - ebook
Piekło jest puste,
a wszystkie diabły są tutaj.
William Szekspir
Burza
Kruk dotknął policzka dziewczyny. Nawet przez lateksową rękawiczkę poczuł, że jest zimny.
Prawa dłoń była odcięta, starannie umyta i idealnie biała, za to prześcieradło w tym miejscu zesztywniało od krwi.
Brutalne morderstwo jest szeroko komentowane, a gdy jeszcze znany trójmiejski architekt zgłasza zaginięcie żony, policja i prokuratura skłaniają się do opinii, że w mieście grasuje seryjny morderca.
Zgorzkniały i sfrustrowany Kruk coraz częściej rozpamiętuje sprawy, w których wymiar sprawiedliwości okazał się bezsilny. Tym razem postanawia grać równie nieczysto i bezwzględnie jak przestępcy, nawet za cenę utraty dobrego imienia i pracy, która jest dla niego wszystkim.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-276-4043-7 |
| Rozmiar pliku: | 1 005 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Spała na boku z głową na rękach złożonych jak do modlitwy. Niczym mała dziewczynka. Rzeka gęstych włosów zasłaniała jej twarz za sprawą matki, która zagarnęła je tam przed wyjściem z sypialni.
„Tu się śpi” – głosił napis w drewnianej ramce zawieszonej nad łóżkiem.
Śpij, pomyślał mężczyzna, który stał u wezgłowia łóżka przy oknie. Ja będę cicho.
Ale czy tamten drugi będzie?
Nieco dalej na podłodze klęczał człowiek, który nie miał twarzy i bawił się czymś w skupieniu. Błędem byłoby mu przeszkadzać, gdy sięgał do walizki i wyciągał z niej swoje przerażające zabawki.
Nie, tamten też nikogo nie obudzi. Tacy jak on są przyzwyczajeni do ciszy.
Mężczyzna przy oknie uchylił białą zasłonę, która częściowo przesłaniała drzwi tarasowe. Poczuł na twarzy ciepłą smugę czerwcowego światła i przez moment wyobraził sobie, że idzie w tym świetle nadmorskim deptakiem, a potem wchodzi na plażę i rzuca się do morza, żeby zmyć z siebie cały ten obłęd. Przez chwilę bawił się tym wyobrażeniem, po czym znowu zwrócił się ku wnętrzu sypialni.
Dominowały szarości i granaty, oprócz łóżka stały tu jeszcze komoda ze szklanym blatem, toaletka ze zbitym lustrem, stolik z małą lampką i szafa. Nawet ozdobne poduszki miały zgaszone kolory.
Na korytarzu zazgrzytał telefon komórkowy. Jego przeszywający dźwięk powtórzył się trzykrotnie, zanim wysoka kobieta w garsonce zdążyła odebrać. Powiedziała do telefonu kilka ostrych słów, ale mężczyzna przy oknie tylko na nią patrzył i nie zadał sobie trudu, by zrozumieć, o czym mówi.
Spojrzał na łóżko z niepokojem, jednak dziewczyna wciąż spała.
Jego wzrok łagodnie prześlizgnął się po pościeli utkanej w misterne kwiatowe wzory. To naprawdę ładna pościel, pomyślał.
Z kuchni dobiegł krzyk. Nie przebrzmiał, tylko lekko opadł i trwał, po czym przeszedł w niemal zwierzęce wycie. Mężczyzna na moment przymknął oczy, bo dosięgnął go ból kryjący się za tym dźwiękiem. Nawet to nie obudziło dziewczyny.
Nic już jej nie obudzi. Spała zbyt głęboko.
Kobieta w garsonce skończyła rozmawiać przez telefon, po czym oznajmiła:
– Matkę wysyłam do szpitala. – Dochodziła dopiero dziewiąta trzydzieści rano, ale jej twarz zdradzała oznaki wyczerpania. – Niech ją czymś naszprycują, tu sobie nie poradzimy.
Popatrzyła, jakby na coś czekała. Mężczyzna przy oknie skinął głową, przyzwalając, choć nie musiała go pytać o pozwolenie. Zniknęła w kuchni.
Człowiek bez twarzy podniósł się z podłogi, zdjął białą maskę i odzyskał twarz.
– Sprawca urządził sobie spacer, zanim zaniósł dłoń do łazienki, stąd tyle krwawych plam na podłodze.
– Ile spędzisz tu czasu?
– Cały dzień. Chcę zebrać jak najwięcej próbek.
W przedpokoju zaroiło się od ludzi. Dwóch umundurowanych policjantów prowadziło słaniającą się czarnowłosą kobietę. Głowę obracała w kierunku sypialni, a otyły mężczyzna w garniturze usiłował coś do niej mówić i jednocześnie zasłonić jej widok.
Gdy wyprowadzono ją z mieszkania, na chwilę zapadła cisza.
Otyły człowiek w garniturze wrócił i stanął w drzwiach sypialni. Ciężko oddychał i się pocił.
– Koszmar. – Rzucił szybkie spojrzenie w stronę łóżka. – Dobra, ta pani jest spokojniejsza i sprawi nam mniej kłopotów.
Cofnął się do kuchni, gdzie zostawił narzędzia.
Mężczyzna przy oknie nie odezwał się. Pragnął, aby dziewczyna się pośpieszyła i otworzyła oczy, wstała, zanim tamten wróci rozpocząć czynności. Zanim ją rozbierze, zacznie oglądać jej skórę centymetr po centymetrze, uciśnie ciało w miejscach plam opadowych, włoży w odbyt termometr, próbując oszacować czas śmierci. Zanim technik, znowu w masce lub bez, zacznie robić zdjęcia jej zmiażdżonej szyi. Zostało jej jeszcze trochę czasu, żeby powstrzymać to wszystko, ale miała go coraz mniej. Za chwilę medyk w garniturze formalnie stwierdzi zgon, i z tą chwilą młoda kobieta przestanie być człowiekiem, a stanie się rzeczą. Nie całkiem zwykłą rzeczą, rzeczą sui generis, wobec której prawo nakazywało szacunek, ale jednak rzeczą, po którą przyjedzie wesoły autobus.
Wstrzymał oddech. Co się dziś z nim działo…
Po raz kolejny popatrzył na dziewczynę, na jej upiornie zmienioną twarz za zasłoną włosów. Doskonale wiedział, co się z nim działo. Z przeszłości wypłynęła inna twarz, nieco młodsza, ale równie upiorna, i te dwie twarze zlały mu się w jedną. Nigdy się od tego nie uwolnię, pomyślał. Tyle razy wydawało mi się, że czas zrobił swoje, ale to ciągle wraca.
Z trudem zapanował nad sobą. Na szczęście technik zajęty był robotą i patrzył w inną stronę. Może to wszystko by nie wracało, gdyby wtedy, w dalekiej przeszłości, udało się zrobić, co należało.
Dotknął dłoni wsuniętej pod policzek dziewczyny. Nawet przez lateksową rękawiczkę poczuł, że jest zimna. Oczywiście, że zimna.
Pomiędzy drobnym nadgarstkiem a przedramieniem widniała szczelina.
Prawa dłoń była odcięta, starannie umyta i idealnie biała, za to prześcieradło w tym miejscu zesztywniało od krwi. Zaschnięte kropelki widniały na twarzy, włosach i ciele dziewczyny.
Zabiję tego, kto ci to zrobił, pomyślał.
Technik schował coś do leżącej w rogu pokoju walizki i wyprostował się.
– Matka mogła zatrzeć sporo śladów. Myślisz, że straciła rozum?
Mężczyzna przy oknie nie odpowiedział, bo zapatrzył się na ogród za szybą.
– Dopadnij sprawcę – mówił dalej technik. – Zafundujmy mu dożywocie. – Czekał na reakcję, ale się nie doczekał. – Hej, komisarzu, co z tobą? Sławek…
Komisarz Sławomir Kruk drgnął, odwrócił się od okna i napotkał wzrok technika.
– Tak, dopadniemy go. Zrobimy, co trzeba.2
Telefon zadzwonił, ale Grzegorz Konieczny nie odebrał. Dzwoniła Iwona, jego młodsza siostra, u której ostatnio mieszkał i dla której nie miał teraz czasu. Był już spóźniony, adwokat czekał. Wyłączył dźwięk w iPhonie i nacisnął przycisk domofonu.
Wszedł do budynku. Nie zdążył schować smartfona, gdy poczuł w dłoni wibracje. Tym razem dzwonił agent nieruchomości. Ten telefon musiał odebrać.
– O co chodzi? – spytał, rozglądając się po ponurej klatce schodowej wiekowej gdańskiej kamienicy.
Głos młodego pośrednika pełen był bólu.
– Za dwie godziny spotykam się z kupującymi.
– Coś nie tak?
– Proszę się wycofać. Jeszcze możemy.
Grzegorz Konieczny wbiegał po schodach, przeskakując po dwa stopnie.
– Nie ma mowy.
– Jeśli da mi pan kilka tygodni, sprzedam to mieszkanie za sto tysięcy więcej, może nawet sto dziesięć tysięcy. Mam dwóch innych klientów. Muszą załatwić formalności kredytowe, ale oferują wysoki zadatek.
– Niech pan nie kombinuje. Pańska prowizja i tak jest wysoka.
– Nie o to chodzi. To będzie najgorsza transakcja, w jakiej uczestniczyłem. Czuję się, jakbym pana okradał.
– Proszę robić to, na co dostał pan pełnomocnictwo.
Z aparatu dobiegło ciężkie westchnienie.
– Nie zmieni pan zdania?
– Niech pan zawrze transakcję. Cała suma za mieszkanie ma znaleźć się na moim koncie jeszcze dzisiaj. To jest pana jedyne zmartwienie. Żebym dostał dzisiaj pieniądze.
– Rozumiem.
– Na pewno pan rozumie?
– Na pewno. – W głosie pośrednika zadźwięczała gorycz. – Sprzedać mieszkanie za bezcen, przelać pieniądze, zapomnieć.
– Byle pan nie zapomniał o swojej prowizji. Niech pan ją sobie potrąci.
– Szlag by to trafił. Ale tak, oczywiście wezmę swoją krwawą prowizję. Może być pan tego pewien.
Gdy skończyli rozmawiać, znowu zadzwoniła Iwona. Konieczny zawahał się, czy jednak nie odebrać, ale na progu kancelarii witał go już człowiek bez szyi.
Skinieniem głowy zaprosił gościa do środka.
Był ochroniarzem Brunona Kanta, który nigdzie się bez niego nie ruszał. Na początku Konieczny uważał, że ten ochroniarz jest po to, żeby adwokat mógł się wyróżnić i lepiej sprzedawać. Odkąd bliżej poznał Kanta, przestał tak myśleć. Teraz dla odmiany dziwił się, że nawet z takim przybocznym do tej pory ktoś go nie odstrzelił.
Ochroniarz, potężnie zbudowany facet o zadziwiająco inteligentnym spojrzeniu, wskazał otwarte drzwi gabinetu szefa.
Konieczny schował telefon do kieszeni marynarki. Przywitał się z Kantem. Usiedli.
– Moja asystentka ma dziś wolne – powiedział adwokat. – Ani ja, ani Bolo nie umiemy parzyć kawy.
Uśmiechał się groteskowo. Miał niedowład części twarzy i pewnie dlatego zapuścił brodę, a może po prostu chciał być modny. Brunon Kant zawsze się lekko uśmiechał, jakby świat i jego ciemne strony całkiem go bawiły.
– Złożył pan wniosek? – spytał Grzegorz Konieczny.
– Może.
– To nie jest odpowiedź.
– A to, co do tej pory dostałem, to nie honorarium. Ponoszę spore koszty i zaufałem panu, że zostaną pokryte.
Grzegorz nie potrafił ocenić, czy w słowach o zaufaniu nie kryła się groźba. Wyjął z kieszeni i rzucił na stół plik banknotów spiętych banderolą.
Kant sięgnął po pieniądze, rozdarł banderolę i zaczął liczyć. Był jak pokerzysta, który po raz tysięczny bawi się talią kart.
– A reszta? – Wstał i umieścił banknoty w sejfie w ścianie.
– Sprzedaję mieszkanie, dzisiaj spłyną pieniądze. Przekażę je panu jutro do południa.
Adwokat z zadowoleniem skinął głową.
– Zastanawiałem się rano przy goleniu, co zrobi pański brat, gdy znajdzie się na wolności. Musi żywić urazę do niektórych osób.
Konieczny lepiej obejrzał sobie zarośniętą twarz adwokata. Nie wyglądało na to, żeby choć raz golił się w tym stuleciu.
– Dowie się pan, gdy już wyjdzie.
– Tego się właśnie obawiam. Pomijam, za co siedzi pan Dariusz, ale nawet za kratami wyrobił sobie opinię bardzo brutalnego człowieka. Bardzo brutalny pośród innych brutalnych… Cóż, to robi wrażenie.
– Ale przecież nie na panu.
Adwokat uśmiechnął się szerzej i jeszcze bardziej groteskowo.
Grzegorz Konieczny chwilę przyglądał się eleganckim wydaniom ksiąg prawniczych, ustawionych równiutko na półkach regału z egzotycznego drewna. Na piersi czuł wibrowanie telefonu.
– Złożył pan wniosek? – powtórzył pytanie.
– Pański brat opuści areszt za trzy dni.
To zgadzało się z wcześniejszymi przechwałkami adwokata, ale Grzegorz i tak nie za bardzo w to wierzył. Iwona i jej córka Basia przeciwnie. Zaczęły już przygotowania.
– A jeśli nie?
– Jestem optymistą.
– A jeśli sąd się nie przychyli?
– Wtedy pański brat pozostanie za kratami, a ja będę potrzebować jeszcze więcej pieniędzy.
– Niech pan nie próbuje nas naciągać, bo…
Adwokat grzecznie czekał na ciąg dalszy, który jednak nie nastąpił.
– Jak się nie podoba, wróćcie do swojego poprzedniego prawnika.
Konieczny milczał długą chwilę, po czym stwierdził:
– W porządku. Niech pan robi swoje.
– Robię. Ale niczego nie obiecuję. Może pan stracić te pieniądze i jeszcze więcej, bo prawda jest taka, że owszem, może nam się nie udać. Dotarło?
Znowu wibracje w kieszeni. Konieczny poddał się, wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Iwona, kolejny raz.
– Przepraszam, muszę oddzwonić.
Adwokat, niczym pan i władca, wykonał przyzwalający gest.
– Iwonko, o co chodzi?
Grzegorz Konieczny długą chwilę słuchał przyśpieszonego, gasnącego głosu siostry.
– Tak – odparł na pytanie, czy zaraz przyjedzie. W uszach mu dudniło, pojawił się ucisk w skroniach. – Natychmiast.
Wstał z trudem niczym stary człowiek, choć dopiero co skończył czterdzieści sześć lat. Adwokat patrzył na niego bez słowa.
– Basia nie żyje – powiedział Konieczny, czując, że braknie mu tchu. – Zamordowana… Iwona znalazła ją w domu Darka.3
Petersowie byli bliźniakami i mało kto potrafił ich rozróżnić. Kruk spędził z nimi sporo czasu, usiłując się zaprzyjaźnić, ale wciąż wydawali mu się identyczni.
Po powrocie z oględzin miejsca ujawnienia zwłok Barbary Malewskiej poszedł na izbę zatrzymań, aby ich pożegnać, gdy będą wychodzić do domu po czterdziestu ośmiu godzinach policyjnej gościny.
Ani się ucieszyli, ani się nie ucieszyli na jego widok. Ściągnięto ich tutaj w związku z rabunkiem transportu papierosów wartego pół miliona złotych z magazynu na terenie portu. W trakcie rabunku ciężko pobity został strażnik. Czynności operacyjne wykazały, że sprawcami mogli być bliźniacy. Zebrano trochę dowodów, ale prokuratura oceniła je jako niewystarczające, aby postawić zarzuty.
Braci mimo to zatrzymano, a Kruk robił, co mógł, aby odnieśli wrażenie, że jest po nich. Chciał ich skłonić do mówienia, bo kiedy człowiek mówi, zwłaszcza w nerwach, łatwo może powiedzieć za dużo. Miał cichą nadzieję, taką naprawdę małą, że jeśli dobrze się za nich zabierze, może nawet przyznają się do winy.
Przesłuchiwał ich osobno, ponieważ jednak byli do siebie podobni, miał wrażenie, że gapi się wciąż na tę samą gębę, którą sobie nawzajem pożyczali.
To znaczy usiłował ich przesłuchać.
Bo odmówili składania wyjaśnień.
I cały czas milczeli.
Kruk, który wziął do pomocy Pawła Lalkarza, robił, co mógł, aby to milczenie przełamać. Grali dobrego i złego glinę, na przemian współczuli i grozili, obiecywali i straszyli, ale bracia zarówno dobrego, jak i złego policjanta zbywali tym samym milczeniem. Kruk poświęcił całą noc, żeby ściągać ich na przemian do pokoju przesłuchań, co było ryzykownym zagraniem przede wszystkim dla komisarza. Oskarżał, rozgrzeszał, usprawiedliwiał, prowokował. W rezultacie spędził tę noc na niekończącym się monologu, a Petersowie mu tylko towarzyszyli.
Nad ranem usiłował wmówić każdemu z bliźniaków z osobna, że ten drugi zaczął się pruć i jego wyjaśnienia obciążają drugiego. To była jedyna próba, która emocjonalnie poruszyła braci.
To znaczy młodszy o kilka minut Peters w wyraźnym rozbawieniu uniósł brwi, zaś starszy nawet wydał z siebie dźwięk. Powiedział coś na kształt:
– O ho, ho.
I tyle.
Przez cały ten czas bliźniacy nie zadali sobie trudu, żeby zażądać adwokata. Znali swoje podstawowe prawa, nie przejmowali się przekraczaniem tych praw przez policję, nie skarżyli się, nie protestowali, po prostu milczeli.
A teraz wychodzili na wolność równie niewzruszeni, jak przychodzili, obojętni i nietykalni. Kruk miał kaca, że odgrywał całą tę żałosną komedię, i że odgrywał ją na darmo.
Gdy w końcu zniknęli za horyzontem, udał się prosto do Marcina Zycha, naczelnika wydziału dochodzeniowo-śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Zastał go w gabinecie, gdy na kartce papieru pisał odręcznie jakiś tekst.
– Posłałem Petersów do domu – powiedział Kruk. – Mogą dziś palić tysiące fajek naraz.
Marcin machnął ręką. Nawet nie chciało mu się komentować. Za to Kruk zrobił się gadatliwy:
– Nie myślisz czasem, że my jedynie udajemy, że łapiemy bandziorów? Mamy mundury i fajne czapki, żeby w nich ładnie wyglądać. Możemy robić wrażenie na starszych paniach.
– Kiedy ostatni raz miałeś na sobie mundur? – mruknął Zych.
– Jak klient się nie zlituje i nie przyzna, chuja mu zrobimy.
Marcin podniósł wzrok znad zapisanej do połowy kartki.
– Nie czytałeś dzisiaj gazet?
– Pieprzę gazety.
– Szkoda. Dowiedziałbyś się, że policja zatrzymała nastolatka z gramem zioła i jakiegoś dziadka za kradzież batona w markecie. Ty, niedołęgo, wypuściłeś dwóch, twoi błyskotliwi koledzy dwóch złapali. W starciu policja – bandyci remis.
– Daj mi spokój.
– Trzeba zbierać dowody. – Zych ponownie machnął ręką, definitywnie kończąc temat. Przyjrzał się Krukowi uważnie. Zbyt uważnie. – Jak oględziny?
Kruk chwilę zbierał myśli.
– Dwudziestolatka. Barbara Malewska. Uduszona. Zapakowana do łóżka. Upozowana. Zabójca się postarał.
Zych skinął głową, a Kruk mówił dalej:
– Sypialnia pochlapana krwią. Sprawca odciął ofierze dłoń, pospacerował z nią po domu, zaniósł do łazienki i tam umył do czysta.
Zych uniósł wzrok.
– Odcięto jej dłoń?
– Ze śladów wynika, że po śmierci.
– Jakiś rytuał świra?
– Odcięto prawą dłoń. Użyto noża z kuchni. Tyle wiem i tyle gadam.
– Gadaj dalej.
– Zdarzenie miało miejsce w domu wuja dziewczyny przy Migowskiej. Od matki wiemy, że Barbara Malewska często tam pomieszkiwała, tę sypialnię, w której ją znaleźliśmy, nawet urządziła pod siebie. Ostatnie miesiące miała cały lokal na własność, bo wuj siedzi na Kurkowej.
– Za co?
– Kojarzysz sprawę napaści na dom jednorodzinny sprzed roku, kiedy właściciel odpalił jednego z napastników?
– Słyszałem, że to nie była napaść. I to robiła miejska. – Marcin znów głowę miał opuszczoną i pisał swój tekst. – Coś znaleźliście?
– Norbert zrobił, co mógł. Samych próbek krwi zebrał kilkadziesiąt. Analizy potrwają.
– Oszalał – warknął Marcin. – Nie wie, jakie to koszta? Najbardziej obiecujące próbki do analizy, reszta niech spoczywa w pokoju.
– Przy tej sprawie trzeba mocno pochodzić, a ja mam masę innych.
– Chcesz stworzyć grupę śledczą?
– Dobrze by było.
– Dostaniesz Maszyńskiego do papierkowej roboty.
Dwumetrowy, ważący aktualnie sto czterdzieści kilo suchej masy Radek do papierowej roboty. Kruk omal nie zaśmiał się Zychowi w twarz. Ale dobra, dogadywał się z Radkiem, znali się od lat i Kruk mógł liczyć na jego lojalność. Papierowo będą zapóźnieni, obaj się do tego nie nadają, za to jeśli trzeba będzie zrzucić komuś sufit na głowę, Radek będzie jak znalazł.
– Co dalej?
– To wszystko.
– I to jest ta twoja grupa?
– Nie narzekaj, możesz przekazać inne sprawy. Jak będziesz potrzebował wsparcia, wal do mnie jak do przełożonego, który wiele może. Paweł też ci pomoże, jeśli zaczniesz go błagać.
Marcin skupił się na pisaniu. Kruk zastanowił się, co on tak zawzięcie gryzmoli. Siedzieli w milczeniu.
– Co jest? – odezwał się naczelnik.
Kruk uświadomił sobie, że Zych przestał pisać i uważnie mu się przygląda.
– Bo co?
– Przecież widzę po tobie.
– Nic nie widzisz.
– Znam cię.
Kruk wzruszył ramionami.
– Miała niewiele ponad dwadzieścia lat, to jeszcze dziewczyna.
Marcin odłożył długopis. Nagle zrobił się bardzo poważny, wręcz zmęczony. Utkwił w komisarzu spojrzenie, w którym mieszały się różne uczucia.
– Powiedz mi, Sławek, istnieje ryzyko, że ci w tej sprawie odbije?
– Skądże.
– Jesteś pewny?
– Jestem.
Na czole Marcina pojawiły się bruzdy.
– To dobrze – powiedział cicho. – Bardzo dobrze.
– Skąd to pytanie?
– Przez ostatnie miesiące często je sobie zadaję.
– A kiedy zacząłeś?
– W nocy z osiemnastego na dziewiętnastego lutego tego roku. Pamiętasz tę noc?
Kruk nie odpowiedział. Starał się nie pamiętać.
– Wtedy, kiedy byłem świadkiem – mówił dalej Marcin – jak rzuciłeś się, żeby nieprzytomnego człowieka…
– Bandziora – przerwał mu Kruk.
Zych pokręcił głową.
– Od lat wyciszam twoje numery, Sławek. Matylda ma o to pretensje. Mówi, że w ten sposób wcale cię nie chronię, że mając moje poparcie, stajesz się tylko jeszcze bardziej brutalny. Zawsze ją zbywałem, uważałem, że nie rozumie, z czym się zmagamy. Ale tamtej nocy…
– Nie myślałem wtedy jasno.
Marcin Zych popatrzył Krukowi w twarz.
– Można to podciągnąć pod próbę zabójstwa i mam gdzieś, że to bandzior. Zdajesz sobie sprawę, ile zawdzięczasz Pawłowi?
Kruk milczał. Zych ciężko westchnął.
– Pamiętam okoliczności. Pamiętam też, że wcześniej prawie zatłukłeś tego faceta gołymi rękami. Sytuacje ekstremalne ujawniają, co naprawdę w nas siedzi. Ty nie myślisz jak policja. Ty myślisz jak oni.
– Jak kto?
Zych nachylił się nad biurkiem.
– Bandziory.
– Już mnie nazywano bandytą.
– Być może nim jesteś. Nie daje mi to spokoju.
– Nic nie wspominałeś.
– Nie mam pewności, kim sam jestem. Dzwoniła Marta.
– Jaka Marta?
– Nie rżnij głupa, kurwa, nie ze mną. Prokurator Krynicka. Niepokoi się, obserwowała cię dziś na miejscu ujawnienia zwłok. Mówiła, że wyglądałeś dziwnie.
– Niby jak?
– Jakbyś odpłynął. Tak się wyraziła.
– Bzdura.
Zapadła cisza, podczas której nie patrzyli na siebie.
– Po telefonie od Krynickiej umówiłem cię z Moniką Paczulską. Zgłosisz się do niej jutro dwunasta trzydzieści. Nie miała wolnych terminów, ale dla ciebie znalazła.
– Robisz ze mnie zjeba?
– Ludzie chodzą do psychologów. To od dawna modne.
Kruk powoli pokręcił głową.
– Wpół do pierwszej… Mam nowe śledztwo w sprawie zabójstwa, tylko jednego człowieka, a ty rozwalasz mi dzień.
– Jestem twoim szefem, pamiętasz? – Zych, nie czekając na odpowiedź, dodał: – Masz to gdzieś. Wiesz, kim jest Rudy Giuliani?
– No.
– To dobrze. Bo teraz będzie tak: ja będę Giuliani, a ty będziesz Nowy Jork. Rozumiesz, o co mi chodzi?
– Coś mi świta.
– Jesteś ciekawy, co tutaj piszę? – Kruk spojrzał pytająco i Marcin odpowiedział na to nieme pytanie: – Twoje zwolnienie dyscyplinarne.
Przez chwilę świat spowolnił, jakby coś się zacięło w jego mechanizmach. A potem znowu ruszył z miejsca, jakby nigdy nic.
– Tylko na niby. Jesteśmy kumplami, byłem ciekawy, czy jestem w stanie to zrobić.
Kruk spojrzał na zapisaną równym pismem kartkę.
– Wygląda na to, że jesteś.
– Obserwuję cię ostatnio. Nawet z tymi Petersami… Poświęciłeś całą noc, żeby się nad nimi znęcać.
– Nie mogę spać. A oni się nie obrazili.
– Będziesz miał szczęście, jak nie poszczują cię w nagrodę adwokatem.
– Miałem się z nimi cackać?
– Miałeś działać w ramach prawa.
Kruk pokręcił głową.
– Marcin…
– Od zawsze jestem po twojej stronie, Sławek. Ale zacząłem się zastanawiać. Niepokoję się.
– Zapomniałeś, dlaczego poszliśmy do policji?
– Nie pierdol, to nie ma nic do rzeczy. Matylda mówi, że się staczasz. I że muszę ci pomóc, póki jest na to czas.
– Wywalając mnie z roboty?
– Tak naprawdę to się robi inaczej, daje się polecenie do kadr. – Marcin Zych przedarł zapisaną kartkę. – To tylko próba. Nawet nie generalna. Ale już wiem, że potrafię.4
Zza ściany dobiegała muzyka, ale goście jeszcze nie zaczęli się schodzić. Brakowało całej godziny do otwarcia klubu. Dzień był powszedni, pewnie pojawi się paru ludzi, jak zwykle zbyt mało, aby dało się wyjść na swoje, jednak Leona Stompura nic to nie obchodziło.
Biuro oddzielała od pozostałej części klubu jedynie ceglana ścianka, ale i tak można się tu było schronić przed resztą. Zwłaszcza przed Ante, który wprowadzał w obowiązki nową barmankę. Było to jedno z niewielu zadań, których nie zwalał na Leona. Rekrutacja i szkolenie barmanek. I przystawianie się do nich z pozycji szefa tego bałaganu.
Leon usiadł przy stole, na który rzucił portfel. Przez kilka minut powstrzymywał się, tylko się gapił, w końcu jednak podniósł go i otworzył. Spojrzał na zdjęcie za przezroczystą folią. Była to portretowa fotografia dziewczyny. Zwykła fotografia, zwykła dziewczyna, ładna, ale nie jakoś nadzwyczajnie.
A jednak ta dziewczyna zmieniła jego życie.
A raczej zmieniła je ta fotografia.
Wiedział, że ma obsesję, i że to nie jest zdrowe. Kiedy tylko nie był z Natalią, miał poczucie, że marnuje czas. Ale ona musiała chodzić do pracy, on też miał obowiązki w klubie. Wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby razem zamieszkali. Niestety ona nigdy o tym nie wspomniała, a on nie miał odwagi, by jej to zaproponować.
I gdy nie było jej przy nim, tęsknił. A kiedy tęsknił, gapił się na jej zdjęcie. Usiłował odczytać wyraz jej twarzy, odgadnąć, co czuła w chwili, gdy zdjęcie było robione.
Pytał ją o to wiele razy. Nie potrafiła sobie przypomnieć, pamiętała jedynie, że była wtedy szczęśliwa. To stan, o którym zdążyła zapomnieć, ale Leon miał nadzieję, że dzięki niemu, dzięki temu, co dla niej robił, szczęście kiedyś powróci.
– Jesteś pojebany – usłyszał za sobą głos. – Ale to już wiesz.
Ante.
Bezszelestnie stanął za plecami Leona, który pośpiesznie zamknął portfel. Fotografia zniknęła i od razu poczuł się samotny.
– To zdjęcie znowu sprowadzi na nas nieszczęście – ciągnął Ante.
– Już to mówiłeś.
– Wiele razy.
Ante ciężko usiadł za swoim biurkiem. Krzywił się, jakby właśnie zjadł coś kwaśnego. Miał dwadzieścia trzy lata, był o miesiąc młodszy, ale uważał, że zna życie.
– Myślałem, że jak ją w końcu przelecisz, przestaniesz mieć na jej punkcie taki odpał.
Leon przygryzł wargi. Nie odezwał się.
– Przeleciałeś ją czy nie?
– Nie twoja sprawa.
– Ile to już trwa? Natalia dała ci dupy? – Ante czekał na odpowiedź, a gdy się nie doczekał, westchnął. – Jesteś beznadziejny w tych sprawach.
Leon pomyślał o pewnej nocy. To działo się nie tak dawno temu. Widział przed sobą twarz Natalii, jej ciało, które chciała mu ofiarować, ale nie potrafiła. Nagle, kiedy wydawało się już, że jest dobrze, wybuchnęła płaczem. Płakała, przepraszała, mówiła, że chce się dla niego otworzyć, tylko jeszcze dla niej za wcześnie.
– Jest jej ciężko – powiedział Leon cicho. – Wciąż czeka.
Ante wzruszył ramionami.
– Zakochałeś się. Jesteś pizdą.
– Nie chcę jej skrzywdzić.
– Nie krzywdź jej – zgodził się Ante, przymrużył oczy. – Zaproś ją tutaj. Powinna tu często przychodzić, na pewno by chciała.
Leon popatrzył w podłogę.
– Nie mów tak.
– To miejsce jest magiczne, zwłaszcza nocą. Diabły wyglądają na nas ze ścian, a my możemy śmiać się z nich, bo to my jesteśmy diabłami.
– Przestań. – Leon spojrzał na malowidło za plecami Antego, które przedstawiało trzy z licznych demonów zdobiących ściany klubu, gdy pochylają się nad sponiewieranym grzesznikiem. Jeden z tych demonów trzymał klucz do piekła. – Mam prośbę.
– Byle nie o pieniądze.
– Natalia powinna brać nadgodziny, bo jak nie, szef ją wywali. Chociaż na kilka godzin w tygodniu musi zatrudnić niańkę do dziecka.
– Jej chłopak to kawał gnoja, wiesz? Tak zostawić młodą mamę na pastwę losu…
– Przestań o nim gadać.
Ante oglądał swoje paznokcie. Uwielbiał mieć przewagę.
– A więc znowu chodzi o pieniądze. Dobra, zaproś ją tutaj.
– Co?
– Zaproś Natalię. Nie trzymaj jej z daleka ode mnie.
– Nie trzymam.
– Więc niech tu przyjdzie. Zabawmy się.
– Jak?
– Wiesz jak. – Roześmiał się na cały głos, a Leon ostatnio coraz gorzej znosił, gdy Ante zachowywał się w taki sposób. – Nie będzie nudno, co? – Oczy mu błyszczały. – Powiedz, że ją zaprosisz. Ile kasy potrzebujesz?
– Dałbyś mi dwa koła akonto wypłaty.
– Jak ty się ładnie wysławiasz, „akonto” to jakoś z francuska? Dam ci, jeśli ona tu przyjdzie.
Milczenie.
– To będzie niewinna zabawa – kontynuował Ante. – Żeby nie było nudno. Prawda, że nie będzie?
– Tak – warknął Leon. – Jeśli ciebie spotka, to nie będzie.
– No i dobrze. Przecież o to chodzi, żeby nie było.
Zadzwonił telefon Antego.
Leon od zawsze zazdrościł mu arogancji, pewności siebie i ojca, który niczego mu nie żałował. Klub Krypta 66 należał do Henryka Łozowskiego, dzięki czemu jego syn Antoni mógł bawić się w menedżera. Był prawdopodobnie najgorszym z możliwych menedżerów, taboret na jego miejscu sprawdziłby się lepiej, bo taboret przynajmniej nie wyciągałby łap do każdej barmanki.
Leon nienawidził tego klubu, tych popieprzonych malunków na ścianach, tej nazwy. I powoli zaczynał nienawidzić Antego, choć akurat na to nie mógł sobie pozwolić.
Ostatnio chodził spłukany, bo usiłował pomagać Natalii, a Ante był jego jedynym źródłem gotówki. Ojciec Leona nie zamierzał mu pomagać. Był zły, że jego syn pracował w klubie.
Młody Łozowski skończył rozmawiać.
– Dasz mi te dwa koła? – spytał Leon.
Dostrzegł zmianę w wyrazie twarzy kolegi.
– Musimy zająć się czymś ważnym. Właśnie dostałem cynk.
– Jaki?
– Świadkowie w sprawie Koniecznego przyjechali do Gdańska, a ja wiem, kim są i gdzie się zadekowali.
– Skąd to wiesz? Znowu dzwonił ten facet?
– Dziwny jest, szepcze do słuchawki.
– Ufasz mu?
– Przecież go nie znam. Ale jego informacje się sprawdzają. Wiedział, że Konieczny zmieni adwokata, a ten powoła nowych świadków. A teraz podał adres, gdzie możemy ich znaleźć.
Leon poczuł niepokój. Zdało mu się, że diabeł na ścianie poruszył kluczem, zapraszając do piekła.
– Po co to robi?
– Skąd mam wiedzieć? Może on też nie chce, żeby Konieczny wylazł z pudła. Jednego nie rozumiem. Za każdym razem, gdy kończymy rozmowę, mówi jakoś tak niezrozumiale.
– A co mówi?
Ante wzruszył ramionami, milczał chwilę.
– Może w ten sposób chce powiedzieć „do widzenia”?
– Co mówi? – powtórzył Leon.
Ante odparł niepewnie, co mu się rzadko zdarzało:
– Szosza, szosza.5
Aspirant Radek Maszyński uśmiechnął się szeroko na wiadomość, że przydzielono go do grupy śledczej.
– Kto jeszcze jest z nami? – spytał Kruka.
– Tylko ty i ja.
– Żartujesz? – Uśmiech zmniejszył się o połowę.
– Tak, kurwa. Żartowniś ze mnie.
Maszyński oczy miał przekrwione. Nie sypiał nocami i skarżył się, że jego mieszkanie przypomina strefę wojny. Właśnie urodziło mu się trzecie dziecko, a tłoczył się z żoną i pozostałymi dzieciakami w trzydziestosześciometrowej kawalerce.
– Będę twoim popychadłem?
– Marcin chce, żebyś zajął się papierami.
Wielka łapa opadła z trzaskiem na kolano. Dźwięk był taki, jakby ktoś strzelił z wiatrówki.
– Będę popychadłem, kurwa jego mać.
Pokój Kruka na komendzie był niewielki, a wydawał się śmiesznie mały, gdy siedział w nim Radek. Patrycji Maszyńskiej, jego żonie, śmiesznie małe musiało wydawać się ich mieszkanie, kiedy mąż wracał z pracy.
Radek zwierzył się Sławkowi, że kiedyś zapytała go w gniewie, dlaczego mając takiego faceta, musi mieszkać w kurniku. I czy nie wolałby zostać gangsterem?
– Udało się rozpytać sąsiadów? – spytał Kruk.
– Nie wszystkich. – Maszyński spojrzał na zegarek. – Siedemnasta. Nieobecni wkrótce zaczną wracać do domów.
– Może byś zwolnił mundurowych i sam się za to zabrał?
– Ja?
Kruk wzruszył ramionami.
– Zrobisz to lepiej.
– Obiecałem Pati, że wieczorem pomogę z dzieciakami.
– Radziu, zdarzyło się zabójstwo.
– Strażakom zdarzają się pożary, lekarzom wypadki, a nam zabójstwa. Za każdym razem mam jebać życie rodzinne?
Kruk zastanowił się. Logika Maszyńskiego była nie do odparcia. I należało wyrzucić ją na śmietnik, jeśli chciało się wyników.
– Masz rację – rzekł Kruk. – Ruszaj do domu.
Na twarzy Maszyńskiego pojawił się wyraz bólu.
– Dobra, pogadam z sąsiadami. Po co mi rodzina? Jak Pati mnie zostawi, będę żył sam, też fajnie. Prawda, że fajnie jest żyć samemu, Sławek?
– Odwal się.
– Zadzwonię do niej.
Maszyński wyszedł na korytarz i słychać było jego przytłumiony głos. Kruk chwilę podsłuchiwał, potem wyjął smartfona i uruchomił galerię zdjęć. Zrobił kilka fotografii na miejscu zdarzenia. Wciąż je przeglądał, gdy wrócił Maszyński. Po rozmowie z żoną stał się odrobinę mniejszy.
– Co sądzisz?
Kruk pokazał mu zdjęcie z sypialni, w której znaleziono ciało. Nie było na nim ofiary, zdjęcie przedstawiało toaletkę z rozbitym lustrem. Stłuczenie wyglądało jak lodowe słońce, pośrodku wielka dziura i rozchodzące się od niej promieniście pęknięcia. Toaletka i podłoga wokół pokryte były kawałkami szkła.
– O co pytasz?
– O twoje zdanie, kto i po co to zrobił.
Radek popatrzył nieufnie.
Wiedzieli z oględzin, że lustro zostało stłuczone szklanką, która najprawdopodobniej stała na szafce nocnej przy łóżku. Na szafce pozostała butelka częściowo napełniona wodą mineralną marki Cisowianka.
– Sina madonna kłóciła się ze sprawcą, któreś z nich chwyciło szklankę i rzuciło nią w lustro.
„Sina madonna”. Przed oczami Kruka pojawiła się twarz Barbary Malewskiej, która dla Radka i innych policjantów obecnych na oględzinach przestała mieć imię i nazwisko, a stała się właśnie tym.
– To by znaczyło – mruknął Kruk, aby cokolwiek powiedzieć – że doszło do interakcji. Sprawca nie zaskoczył ofiary we śnie.
Spojrzenie Maszyńskiego stało się jeszcze bardziej nieufne.
– Albo zaskoczył, skoro miała na sobie piżamę. Obudził ją rzutem w lustro i zaczął dusić. Ale nie ma śladów włamania, więc jednak nie zaskoczył, sama musiała go wpuścić. Dobrze go znała, skoro otworzyła mu w nocy, jeśli naprawdę otworzyła mu w nocy, bo nie mamy żadnej pewności, czy nie wszedł wcześniej. Ofiara mogła też nie zabezpieczyć drzwi albo sprawca miał klucz, a wtedy mógł zaskoczyć.
Kruk wygasił smartfona. Takie ględzenie nie miało sensu. Zaczął je wyłącznie po to, żeby zagadać Radka. Czuł się winny, że zleca mu robotę w terenie i odciąga od dzieciaków.
Ale Maszyński był inteligentny, zależało mu i mimo że wyglądał jak Hulk, potrafił wzbudzić zaufanie. Ludzie najpierw byli onieśmieleni, gdy się pojawiał. Potem zaczynał z nimi rozmawiać i docierało do nich, że mają przed sobą myślącego człowieka, któremu dobrze z oczu patrzy. W końcu następowała konkluzja, że ten olbrzym stoi po stronie prawa, po ich stronie, i z wielkiej radości, że istnieją tacy policjanci, ludzie się otwierali.
Z mundurowymi bywało różnie, człowiek nigdy nie miał pewności.
Różnie bywało też z samym Krukiem. Dlatego wolał, aby tę część postępowania zrobił Radek.
– Pojedziesz do jej rodziny? – spytał Maszyński.
– Nie dziś. Matka jest w fatalnym stanie.
– No tak.
Maszyński także widział matkę. Przyszła rano do domu brata, żeby spotkać się z córką. To ona znalazła zwłoki. To ona zawiadomiła policję.
Czekała przy łóżku, pracowicie wygładzając pościel, mówiąc do córki, układając jej włosy, zasłaniając tymi włosami twarz dziewczyny, usiłując wprowadzić porządek w chaos nie do pojęcia. Aby policjanci, którzy się pojawią, nie patrzyli na potwornie zmienioną twarz, na wybałuszone oczy, na wypadający z ust język.
Szok odebrał jej poczucie realności. W umyśle, który bronił się przed przyjęciem faktów, zapaliła się myśl, że córka musi dobrze wyglądać, gdy do pokoju wejdą obcy ludzie.
Mówiła o tym w kuchni prokurator Marcie Krynickiej z uśmiechem, który należał do innego miejsca i czasu, przekonana, że wszystko, co zrobiła, było najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem.
Kruk strząsnął z siebie tamto wspomnienie.
Maszyński spytał:
– Coś wiemy bliżej o sinej madonnie?
Kruk zdawał sobie sprawę, że określenie Radka, z pozoru bezduszne, było próbą oswojenia koszmaru, ale i tak poczuł, że budzi się w nim sprzeciw.
– Nie mów tak o niej.
– Daj spokój. Nikt nas nie słyszy. Nikogo nie krzywdzimy.
– Ona słyszy.
– Kto?
– Zmarła.
W oczach Radka błysnęło. Przygarbił się, niby jego uwagę przykuł jakiś pyłek, który osiadł mu na rękawie koszuli, ale kątem oka obserwował Kruka.
– Czuję – powiedział – że praca z tobą przy tej sprawie wiele mnie nauczy.6
Telefon z informacją, gdzie zamieszkali świadkowie, którzy mieli zeznawać na rozprawie za dwa dni, nie był jedynym telefonem odebranym przez Antego.
Dzwonił jego ojciec. Właśnie się dowiedział, że Baśka Malewska nie żyje. Ktoś ją udusił.
Leon i Ante długo patrzyli na siebie w milczeniu.
Milczeli także teraz, kiedy parkowali przed wielokolorowym blokiem na Kombatantów i wpatrywali się w okno na piątym piętrze.
– Jesteś pewny, że ruszą się z domu? – spytał Leon. – Jest już po dwudziestej.
To był jeden z najdłuższych dni w roku, wciąż było jasno i ciepło. W samochodzie szumiała klimatyzacja.
– Piszczący głosik powiedział, że facet jest zestrachany i Kant wciąż musi go głaskać. Zaprosił ich oboje na kolację Pod Łososiem, bo facet lubi ryby.
– Skąd Kant wytrzasnął tych świadków?
– Mężczyzna jest ze Szczecina, to profesor czegoś tam, pracuje na uczelni, ma poważanie i sąd mu uwierzy. A zezna, że widział nas, jak wybiegamy z domu Koniecznego i ściągamy kominiarki. Oboje zeznają, że siedzieli w samochodzie przy ulicy i wszystko widzieli.
– A ta kobieta?
– Informator nic o niej nie mówił. Pewnie ona też się stracha, skoro ma kłamać w sądzie.
– Ja też się stracham. Tym, co mamy zrobić. Ostatnim razem, gdy wleźliśmy gdzieś bez zaproszenia, pamiętasz, co się stało?
– Przestań, Leo. Nie wkurwiaj mnie. Niby dlaczego teraz tu jesteśmy? Właśnie dlatego, że tamto się stało. A tamto się stało przez ciebie. Stul dziób.
Niedaleko zatrzymała się taksówka. Kierowca nie wyłączał silnika. Ante wyprostował się i utkwił wzrok w drzwiach na klatkę schodową.
– Słuchaj – powiedział Leon. – Potrzebuję tych pieniędzy. Dasz mi je?
– Nie teraz. Zaraz wyjdą.
– Ala ja naprawdę potrzebuję.
– Pieniądze to nie wszystko.
– Obiecałem Natalii, że jej pomogę.
– Niech jeszcze trochę zaczeka, graj na czas. Nie mogę dać ci pieniędzy. Przecież wiesz. – Ante obrócił się, położył Leonowi dłoń na ramieniu i spojrzał wodnistymi oczami. – Przecież wiesz, dlaczego nie mogę. Prawda, Leo? Wiesz.
Leon dał za wygraną.
– Wiem.
– Powiedz. Chcę to usłyszeć. Dlaczego nie mogę?
– Bo nie będę głodny.
– Tak. Nie będziesz głodny, a gdy człowiek jest syty, rozleniwia się.
– Ty się nie rozleniwiasz.
– Ja to co innego. Jestem inny.
Leon zrzucił dłoń Antego ze swojego ramienia.
– Dobra. Nie to nie.
– No chyba że przyprowadzisz ją do Krypty. Dla rozrywki się złamię.
– Powiedziałem, że nie.
– Znasz sposób, jak można szybko zarobić.
– Zapomnij o tym.
– To nie, tamto nie… Naprawdę chcesz tych pieniędzy czy tylko tak gadasz? – Znów obserwował drzwi. – Są.
Z budynku wyszła kobieta w towarzystwie mężczyzny. Oboje w średnim wieku, ubrani skromnie. Rozejrzeli się niespokojnie, dostrzegli taksówkę i natychmiast wsiedli. Taksówka odjechała.
– Kłamliwy profesorek jest w drodze na rybkę – powiedział Ante. – Idziemy.
Stanęli przy domofonie. Ante wybrał numer jednego z mieszkań na wyższych piętrach.
– Tak? – usłyszeli męski głos.
– Bardzo przepraszam, jestem nowym sąsiadem, zapomniałem kodu. Czy mógłby mi pan otworzyć?
– Otwórz pan sobie kluczem.
W głośniku szczęknęła odkładana słuchawka. Ante wyszczerzył się do Leona.
– Spryciarz.
Wybrał inny numer i tym razem się udało. Weszli na klatkę. Ante nie miał ochoty czekać na windę, więc wbiegli po schodach na piąte piętro. Zdyszani zatrzymali się pod drzwiami jednego z mieszkań.
Leon stanął tak, aby zasłonić wizjer mieszkania naprzeciwko, podczas gdy Ante majstrował przy zamku. Mieli wprawę w takich rzeczach.
Otwarcie drzwi zajęło Antemu dwie minuty. Cicho weszli do mieszkania.
Pozostali tam kolejne siedem minut. W tym czasie Leon zdążył przeszukać bagaże mężczyzny i kobiety, ale nic interesującego nie znalazł. Ante umieścił miniaturowe mikrofony w odpowiednich miejscach.
Potem, posługując się narzędziem, którego nigdy nie dał Leonowi nawet potrzymać, z powrotem zamknął zamki i obaj wrócili do samochodu.
– Myślisz, że coś się nagra? – spytał Leon.
– Pewnie. Przecież jeszcze dwa dni. Oboje się boją, muszą o czymś rozmawiać. Mają zmyślać w sądzie, pewnie nawet będą ćwiczyć, co powiedzą.
– A jak nam się uda, sąd nie odrzuci tych nagrań jako zatrutych owoców?
– Owoców zatrutego drzewa. Niech się tym martwi prokurator. – Ante przekręcił kluczyk w stacyjce i włączył radio. – Zapomniałem cię zapytać, co robiłeś wczoraj wieczorem. – Jego głos najpewniej miał być lekki i zwyczajny, i nawet mógłby za taki uchodzić, gdyby nie zwracać uwagi na pobrzmiewające w nim napięcie. – Nie przyszedłeś do pracy. Nie odbierałeś telefonów.
– Miałem zły dzień.
Ante skinął głową, jakby odpowiedź go zadowoliła, ale kątem oka obserwował Leona.
On zaś udał, że nie zdaje sobie z tego sprawy.7
W pierwszych dniach po tamtej lutowej nocy w domu na uboczu, kiedy omal nie stracił życia, Kruk nie czuł nic specjalnego. Wszystko było w porządku, przeżył, tylko to się liczyło.
Wrócił do zwykłej rutyny i dobrze mu szło.
A potem zaczęły się sny.
W tych snach oglądał siebie z zewnątrz. Zakrwawiony pochylał się nad nieprzytomnym człowiekiem i unosił skute kajdankami ręce, aby zadać kolejny cios. Tamten od dawna się nie bronił, ale Kruka to nie obchodziło. Chciał go zabić. Chciał go zabić, bo się bał. Czuł panikę na myśl, że ten człowiek wstanie i będzie dalej chodził po ziemi, okrutny, obojętny, bez sumienia.
I że będzie mścił się na świecie za to, że jest tym, kim jest. Że jest zdolny do wszystkiego.
Mścił się na niewinnych. I na winnych.
Na Kruku.
I Kruk nie chciał do tego dopuścić, dlatego nie przestawał uderzać, choć głowa tamtego człowieka przypominała krwawą miazgę.
W ulotnej rzeczywistości koszmaru ktoś zawsze chwytał go za ramię i wtedy się budził.
Do dzisiaj.
Dziś sen trwał dalej. Rozwijał się, a Kruk wciąż uderzał, uderzał, uderzał…
Z wysiłkiem wstał z łóżka, powlókł się do łazienki i wsadził głowę pod lodowaty prysznic.
Dygotał z zimna.
Wytarł się, nagi wyszedł z łazienki, stanął przy oknie. Słońce wzeszło, czuł ciepło na twarzy, na piersi. Powoli się uspokajał.
Ostatnio zamknięte pomieszczenia zaczęły go dusić. Gdziekolwiek wchodził, szukał okna, aby upewnić się, że istnieje świat poza ścianami budynków.
Widok nieba, słońca, drzew – to na niego działało.
Odszedł od okna, aby się ubrać. Spojrzał w swoją twarz w lustrze. Uśmiechnął się na próbę.
W ogóle po tobie nie widać, że masz problem, pomyślał.
A potem przypomniał sobie rozmowę z Marcinem Zychem, a także to, z czym zadzwoniła do naczelnika prokurator Marta Krynicka, zaplanowaną wbrew woli Kruka wizytę u policyjnej psycholog – i przestał się uśmiechać.