Król popiołów - ebook
Wszystko płonie
Tajemnice, które zaraz zapłoną… i rodzina trawiona przez ogień.
Roman Carruthers zostawił za sobą dym i żar rodzinnego krematorium w Jefferson Run w Wirginii. Cieszy się życiem pełnym przepychu jako doradca finansowy w Atlancie, dopóki nie odbiera telefonu od siostry, Neveah. Dowiaduje się, że ich ojciec zapadł w śpiączkę po tym, jak uległ wypadkowi. Gdy Roman wraca do domu, odkrywa, że zdarzenie może nie być tym, na co wygląda, a jego brat, Dante, jest po uszy zadłużony u bezwzględnych przestępców.
Roman jest gotów zrobić wszystko, by chronić swoją rodzinę.
Jako finansowy geniusz z głową do liczb i talentem do pomnażania majątków swoich klientów, Roman musi wykorzystać wszystkie swoje umiejętności, by ratować bliskich. Jednocześnie musi zmierzyć się z cieniem, który prześladuje ich od dwudziestu lat: zaginięciem matki, gdy Roman i jego rodzeństwo byli jeszcze nastolatkami. To zagadka, którą Neveah – poświęcająca życie, by utrzymać rodzinę w całości – jest zdeterminowana rozwiązać raz na zawsze.
Rodzina Carruthersów musi się zjednoczyć, by przetrwać – inaczej ich świat obróci się w popiół. Bo jak od dziecka powtarzał im ojciec: nic nie trwa wiecznie.
Wszystko płonie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-300-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Śni mu się matka.
W sepiowym filtrze, który łagodzi filmową ostrość snu, jej mahoniowa skóra jest ciemniejsza i ma intensywniejszą barwę. Oczy, głębokie i szeroko otwarte, skrzą się niczym świetliki. Włosy, ścięte krótko z tyłu i kręcone na górze, też zdają się błyszczeć. Ma na sobie strój pielęgniarki, w którym widział ją ostatni raz. Mankiet lewej nogawki spodni jest usiany malutkimi kropelkami krwi i wygląda tak, jakby widniał na nim abstrakcyjny tatuaż z henny.
Wyciąga we śnie rękę, ale nie tę z wartym dwanaście tysięcy dolarów zegarku na nadgarstku, tylko rękę szesnastolatka. Lecz zanim zdąży jej dotknąć, matka rozpływa się niczym zdjęcie z polaroidu wywołane na odwyrtkę.
A wtedy on budzi się z jej imieniem na ustach.
Czeka na niego smak leżącej obok kobiety. Czeka na jego język, na wstyd, że go odnalazł. Kobieta odwraca się i zarzuca mu na uda delikatnie umięśnioną nogę.
– Roman… – szepcze z modlitewną powagą.
Roman przetacza się i odsuwa od niej. Zna jej pseudonim sceniczny, lecz w tej chwili go nie pamięta.
– Hm?
– Zjemy coś?
Znów się przesuwają i zmieniają pozycję, aż kobieta układa się plecami do niego, ugina nogi w kolanach i podciąga je niemal do piersi.
Roman zamyka oczy i bierze głęboki oddech.
– Hm. – Kładzie rękę na dole jej pleców i zatacza łagodne kręgi czubkami palców.
– Pójdziemy do Mammy’s? Umieram z głodu.
Jej imię wciąż mu umyka, lecz widzi je oczami wyobraźni. Litery są poplątane, jak te w gazetowych krzyżówkach, które rozwiązywała kiedyś matka.
Kobieta odwraca się do niego i Roman widzi teraz jej delikatnie zarysowany podbródek, pełne usta. Kobieta uśmiecha się i jej jasnoniebieskie oczy zdają się sypać iskrami. Kiedy spytał ją, czy nosi soczewki kontaktowe, dała mu żartobliwie kuksańca w bok. Jej oczy błyszczały jak…
Szafiry. Miała na imię Szafirka. A jej przyjaciółka – Genesis. Spała teraz w pokoju gościnnym z jego kumplem, Khalilem. Wszyscy czworo byli na przyjęciu, które Lil Glock 9 – a tak naprawdę Franklin Parrish – wydał z okazji premiery swojego najnowszego singla. Na imprezie zorganizowanej przez firmę Romana, co miało podnieść zainteresowanie nową piosenką Lila, która pojawiła się na wszystkich większych platformach streamingowych. Roman zdawał sobie sprawę, że dla fanów Glocka impreza była jedynie fasadą. Pretekstem do tego, aby paść krzyżem u stóp swojego idola. Bo na streamingu Lil prawie nic nie zarabiał. Kosił kasę na koncertach i trasach koncertowych, lecz nawet one przestały już być żyłą złota. Roman, właściciel i szef firmy zajmującej się doradztwem finansowym, pomógł mu zmaksymalizować dochody i utrzymać je poza zasięgiem radarów urzędu skarbowego. Ponieważ wytwórnie fonograficzne wyciskały z muzyków coraz więcej pieniędzy i ponieważ muzycy tacy jak Lil Glock robili, co mogli, by wmówić ludziom, że wciąż są na topie, proces ten wymagał coraz bardziej kreatywnej księgowości.
Roman pamiętał jak przez mgłę, że Khalil przedstawił mu Szafirkę, zanim wsiedli do Porschaka i przemknęli przez Decatur w drodze do jego mieszkania.
Moje Porsche rocznik dwa tysiące dwanaście, pomyślał. Swoim klientom prawił kazania na temat odpowiedzialności finansowej, lecz niewielu z nich chciało jeździć dziesięcioletnim Porsche albo wypożyczać biżuterię na przyjęcia czy sesje zdjęciowe. Wiedział, że jako doradca inwestycyjny w jednym z najbogatszych miast Ameryki musi się odpowiednio prezentować, lecz nie zamierzał przenosić się w tym celu do przytułku dla ubogich.
– Niczego nie będę wypożyczał. Chcę jeździć własnym – oświadczył Lil Glock, kiedy Roman próbował mu wytłumaczyć koncept deprecjacji.
A teraz usłyszał głos mężczyzny, a potem śmiech kobiety dochodzące z sąsiedniego pokoju. Khalil i Genesis też już się obudzili. Kilka sekund później ktoś zapukał do drzwi sypialni.
– Hej, idziemy coś zjeść. Idziecie z nami?
Roman wyobraził sobie, jak Khalil stuka w drewno grubymi, wytatuowanymi kłykciami, wypełniając swym ciałem prawie całą futrynę. Był ochroniarzem wielu przedstawicieli atlanckiej elity. Płynął przez ich świat jak delfin, który przecinając fale, ratuje zbłąkanych żeglarzy, ale Roman wiedział, co te tatuaże znaczą. Wiedział też, że Khalil nie jest delfinem. Tylko rekinem.
– Tak, muszę tylko… – Komórka zagrała _Dla Elizy_ i urwał w połowie zdania. Wypełznął spod ud Szafirki i sięgnął po leżący na stoliku telefon. Poranne słońce wspinało się już na ściany górujących nad Hotlantą wieżowców, pozłacając je jak płomień lampki oliwnej. Dotknął ekranu.
Neveah.
Wziął głęboki oddech i odebrał. Czuł, że coś się stało. Był tego równie pewny jak faktu, że wschodzące słońce rzuca cienie na jego wielkie łóżko. Tak, coś się stało, inaczej siostra by nie zadzwoniła.
– Hej, co tam? – rzucił.
– Tata… Tata miał wypadek. Jest w śpiączce. Musisz przyjechać, Rome – mówiła szeptem.
Zostawił Khalila z dziewczynami i zszedł na dół, gdzie wśród licznych spółek inwestycyjno-finansowych, które wyrastały w Atlancie jak grzyby po deszczu, królowała jego firma: Carruthers i Wspólnicy.
– Niech Simon weźmie za mnie spotkanie z tym nowym piosenkarzem z Sony – polecił swojej sekretarce, Keishy, która gorączkowo notowała jego słowa na tablecie. – A Gary i Nick spotkanie z Gospodyniami Domowymi z Atlanty. Przełóż spotkanie z Elianem Rhodesem. Z nim chcę rozmawiać osobiście. Sokołów bardzo niepokoją jego nawyki konsumpcyjne. Odwołaj spotkanie z Lilem Glockiem. Przełóż spotkanie z Kee Law Group. I niech nikt nie rozmawia z rektorem Morehouse College, dopóki nie wrócę.
– A kiedy wrócisz? – spytała Keisha.
Roman potarł czoło.
– Kiedy będę miał pewność, że ojciec nie umrze.
***
Samolot miał dopiero o ósmej wieczorem. Na wcześniejsze nie było już miejsc, mimo że mieszkał w jednym z największych węzłów przesiadkowych Delty. Zdążył się spakować, przekazał podwładnym swoje obowiązki i dał Khalilowi zapasowe klucze do mieszkania. Był gotowy do drogi.
Pozostała mu do zrobienia tylko jedna rzecz.
Roman spojrzał na zegarek. Przyjechał punktualnie, ale choć minęło już dziesięć minut, sesja jeszcze się nie zaczęła. Wiedział, że to celowa strategia, lecz był trochę zirytowany.
Siedział w wykwintnie skromnym przedpokoju w luksusowym, jednopiętrowym domu kolonialnym stojącym na końcu wytwornej ślepej uliczki parę kroków od Peach Tree Road w Buckhead. Z ukrytych głośników płynęła instrumentalna muzyka New Age, a w kątach paliły się kadzidełka. Kiedy muzyka osiągnęła crescendo, zastukał palcem w kolano.
W drzwiach stanęła Panna Delikatna. Nareszcie.
Wysoka, prawie tak wysoka jak on – musiała mierzyć metr siedemdziesiąt pięć, metr osiemdziesiąt – miała skórę ciemną jak najciemniejsza noc. I gruby, czarny warkocz, który opadał aż do krągłych, mięsistych pośladków. Oceniał ją na czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat. Trudno było powiedzieć. Miała zupełnie gładką twarz i ciało jędrniejsze niż ciało kobiety, z którą spędził tę noc. Jeśli miała pięćdziesiąt lat, była dokładnie piętnaście lat starsza od niego.
Podobało mu się to. A raczej właśnie tego potrzebował.
– Możesz już wrócić – rzuciła głosem swobodnym, lecz stanowczym i nieznoszącym sprzeciwu.
– Tak, mamo – powiedział, czując, że język ma jak z waty.
Kajdanki wpiły mu się w nadgarstki tylko na tyle, by wiedział, że tam są. Nic go nie bolało. Ból, ten prawdziwy, miał dopiero nadejść. Palący ucisk kajdanek był niemal miłym doznaniem. Znajomym uczuciem, które go odprężało, mimo że miał już szybki, urywany oddech. Nie bał się, nie. Oboje pamiętali hasło bezpieczeństwa, jedno słowo. Gdyby je wypowiedział, Panna Delikatna by go uwolniła. Natychmiast, kiedy tylko padłoby z jego ust.
Uwolniłaby go przynajmniej w sensie fizycznym.
Ale w jego umyśle, między cieniami skrytych żądz i zmierzchem nienawiści do samego siebie, było miejsce, gdzie czas zwalniał, gdzie realny świat odpływał w niebyt i gdzie hasło nie działało. Gdzie Panna Delikatna ignorowała wszelkie protesty. Gdzie dostawał to, czego pragnął w najgłębszych, najmroczniejszych zakamarkach serca.
Pokuty. Kary. Rozgrzeszenia.
Zwykle odwiedzał ją raz w miesiącu, chyba że miał wyjątkowo stresujący tydzień, jak choćby wtedy, kiedy jeden z jego klientów chciał zainwestować wszystkie swoje oszczędności, prawie czterdzieści milionów dolarów, w korporację kryptowalutową. Właśnie wtedy, w chwilach, kiedy czuł się jak Atlas dźwigający na swych barkach życie klientów, ich spuściznę, ich zasłużony lub niezasłużony dobrobyt, przychodził tu na „dodatkową” sesję.
Wiedział, że dla kogoś takiego jak Panna Delikatna jest tylko typowym klientem. Bogatym biznesmanem pragnącym odrzucić władzę, którą niefrasobliwie dzierżył w pracy, i poddać się czyjejś kontroli. Gdyby miał być ze sobą szczery, między innymi dlatego ją odwiedzał, dlatego takich miejsc szukał. Ale tylko między innymi, bo kierowały nim znacznie głębsze powody. Nie chodziło o seks. Tak, było w tym dużo seksualności, lecz nie seksu. Seksualność była jedynie piórem, którym pisali coś, co musiał bez końca czytać: jego własną opowieść.
Opowieść o tym, że w dniu, w którym matka przepadła bez śladu, nie pozwala jej wyjść z domu. Podanie ludowe, w którym jak klasyczny bohater zatrzymuje ją, by nie zniknęła niczym poranna rosa w promieniach wschodzącego słońca.
Panna Delikatna obeszła wielki krzyż Świętego Andrzeja, głośno postukując wysokimi szpilkami. Zatrzymała się tuż za nim. Poczuł na szyi jej oddech.
– Przykro ci? Żałujesz, że jesteś nic niewartym synem? – Mówiła teraz głosem dużo głębszym niż w przedpokoju. Melodyjnym i soczystym.
Jak anioł z czarną aureolą.
– Tak, żałuję – szepnął. – Przepraszam, mamo.
Stanęła przed nim. W ręku miała pleciony kańczug. Rozłożyła go i dziewięć rzemieni zaszeleściło jak skórzaste skrzydła nietoperza.
– Chyba ci nie wierzę – powiedziała.
***
Godzinę później on zapinał szytą na zamówienie błękitną koszulę od Blugiallo, a Panna Delikatna – tak naprawdę nazywała się zupełnie inaczej – chowała swoje zabawki w miękkim, różowym świetle lamp ledowych, zamontowanych na cokołach pod sufitem. Uważał, że zamiast jak gotycki loch, pomieszczenie, w którym przyjmowała klientów, wygląda jak obsceniczny buduar.
Wyposażony w pleciony kańczug.
Odchrząknął.
– Muszę odwołać przyszłotygodniową sesję – powiedział cicho. – Mój ojciec miał wypadek. Jadę do domu. Nie wiem, na jak długo.
Panna Delikatna wciągnęła powietrze przez zęby.
– Mimo to przyszedłeś tu, zamiast od razu wsiąść do samolotu i usiąść przy jego łóżku?
Zapiekły go policzki.
– Tak, bo… rzadko jeżdżę do domu. Mam złe wspomnienia. A to pomaga mi się z nimi uporać.
Zastukały obcasy i podeszła bliżej. Stanęła przed nim i spojrzała mu w oczy. Poczuł zapach jej potu. Prosił o intensywną sesję i spełniła jego prośbę. Poczuł też zapach mydła albo żelu pod prysznic. I jej zapach naturalny. Agresywny i odurzający.
– Sesja już się skończyła, więc powiem to z zawodowej uprzejmości. Jeśli twojemu ojcu stało się coś złego, kiedy tu byłeś, nigdy tego sobie nie wybaczysz. A już teraz masz z tym problem.
Nachyliła się do jego ucha i cichym szeptem dodała:
– Lubisz tworzyć sytuacje, w których czeka cię kara. Nawet jeśli musisz ukarać się sam. To nie jest jedna z nich. Tu chodzi o twojego ojca. Dlatego idź już. Idź.
– Chciałem tylko… Musiałem…
Przerwała mu uniesieniem brwi.
– To nie jest prośba – rzuciła ostro.
***
Wiele godzin później Roman siedział w pierwszej klasie samolotu, sącząc Jamesona z lodem z plastikowego kubka, podczas gdy stewardesa demonstrowała procedury bezpieczeństwa, co zawsze go trochę śmieszyło. Pasy, którymi kazano im przypiąć się do fotela, były jak hełmy skoczków spadochronowych. Miały jedynie sprawić, żeby pasażerowie lepiej się poczuli podczas niezwykle niebezpiecznej podróży, w którą właśnie się udawali. Bo w pojedynku ziemi z ludzkim ciałem zawsze wygrywa ziemia.
Dopił drinka i zamknął oczy. Pomyślał, jak wielką moc mają ludzkie tragedie. Że nieproszone wkraczają w życie i beztrosko wywracają je do góry nogami. Spotykał się kiedyś z kobietą, fizykiem teoretycznym. Po seksie kładła mu się na piersi i opowiadała o swoich dorosłych już dzieciach albo o artykule, który właśnie opublikowała w jakimś czasopiśmie naukowym. Lecz pewnego razu z niemal biblijnym namaszczeniem zaczęła mówić o naturze wszechświata.
– Kiedyś bałam się, że wszechświat jest zły. A teraz wolałabym chyba, żeby naprawdę taki był. Bo ze złem można negocjować, bo zło ma cel bez względu na to, jak może być potworny. Ale zdałam sobie sprawę, że wszechświat jest obojętny, co jest dużo bardziej przerażające.
Kiedy samolot kołował na pas startowy, doszedł do wniosku, że nie zgadza się z tą oceną. Jego zdaniem wszechświat był zarówno zły, jak i obojętny. Przerażający i idiotycznie apatyczny. Był niczym gniewny bóg niefrasobliwie kroczący przez przestrzeń i czas.
Na wewnętrznym ekranie powiek oglądał film ze swoim ojcem i zaginioną od dziewiętnastu lat matką w rolach głównych. Widział, jak na oczach wszechświata, który wzruszywszy ramionami, obojętnie kroczy dalej, oboje rozmywają się i zmieniają w niesiony wiatrem pył.ROZDZIAŁ 2
Gdy wylądowali na międzynarodowym lotnisku w Richmond, od razu zadzwonił do Nevei. Odebrała po pierwszym sygnale, głosem szorstkim jak gruboziarnisty papier ścierny.
– Tak.
– To ja.
– Nie spojrzałam na ekran. Myślałam, że dzwonią ze szpitala. Która godzina?
Spojrzał na zegarek.
– Za dwadzieścia dziesiąta. Jesteś w domu?
– Tak.
– A Dante?
Siostra ni to chrząknęła, ni jęknęła.
– Nie widziałam go od wypadku. Nie wiem. Ale to nic nowego.
Powiedziała to z uszczypliwą nutą w głosie, lecz pominął to, zignorował, dobrze wiedząc, że mówi tak czasem i do niego, i do jego brata. Brat był po prostu bliższym celem.
– Jestem na lotnisku. Wynajmę samochód. Mam po ciebie przyjechać czy spotkamy się w szpitalu?
– Rome, jest już po godzinach odwiedzin…
– Muszę go zobaczyć. Jedziesz czy nie?
Milczała przez chwilę. To, czego przez ten czas nie powiedziała, mówiło samo za siebie. Doskonale to słyszał.
_Aha, więc nagle się o niego zatroszczyłeś, tak?_
_Nagle przyjeżdżasz tu jak wielki bogacz i myślisz, że wszystko możesz?_
_Nie było cię w domu pięć lat. Pięć, kurwa, lat!_
Lecz ani jedno z tych słów nie przemknęło między wieżami telefonii komórkowej. Usłyszał tylko ciężkie westchnienie. Jedno z tych, które siostra wydawała chyba od początku czasu.
– Spotkajmy się w szpitalu.
***
Zjechał z międzystanówki 64 za wielkim tirem, który wydmuchiwał kłęby czarnego dymu z pionowych rur wydechowych zamontowanych po obu stronach szoferki, i ścisnęło go w brzuchu, gdy pokonawszy łagodny, pochyły zakręt, znalazł się na Harper Street. Zostawił za sobą nieczynny dworzec autobusowy, minął pierwsze z czterech skrzyżowań ze światłami w tej części miasta, a potem dwa sklepy z filmami dla dorosłych, anachronizmy, które przetrwały dzięki lubieżnym potrzebom mieszkańców Jefferson Run. Mieściły się naprzeciwko siebie, jeden po lewej stronie ulicy, drugi po prawej, i sprzedawały również zabawki erotyczne, kostiumy oraz podrabiane tabletki na potencję. Były istnymi rogami obfitości zaspokajającymi najniższe żądze ciała.
Hipokryta, pomyślał, bo kiedy poprawił się na siedzeniu wynajętego sedana, zapiekły go pręgi na plecach. Jechał wzdłuż rzędu meksykańskich restauracji i kantorów, potem był komis, a później kolejny szereg opuszczonych budynków i magazynów. Skręcił w lewo, w Lillyhammer Street, i kątem oka zarejestrował restaurację Churche’a, fast food, który uparcie utrzymywał się na powierzchni, być może dzięki personelowi dobrze wyszkolonemu w serwowaniu kurczaków i okładaniu klientów pięściami.
Zatrzymał się przed znakiem STOP. Po lewej stronie był szpital. Ale gdyby skręcił w prawo i wyjechał poza granice miasta, zobaczyłby park przemysłowy, jedną z tych zainspirowanych brutalizmem szkarad. Większość firm, które działały tam, kiedy był dzieckiem, już nie istniała. Wiedział to od ojca, z ich rozmów telefonicznych. Ale krematorium Carruthersów, ten zakurzony monolit z czerwonej cegły, sterczący na tle rozpościerającego się nad miastem nieba, wciąż stało.
Nazywanie tej niegdyś tętniącej życiem osady miastem było wspaniałomyślną przesadą i obrazą dla prawdziwych miast Starego Dominium. W ostatniej klasie ogólniaka (siedziby Mocarnych Byków) napisał esej na temat wychwalanej niegdyś przeszłości przemysłowej tych okolic. Leżące na styku dwóch rzek i dwóch autostrad międzystanowych Jefferson Run było swego czasu ważnym centrum produkcyjnym. Mieściła się tu duża wytwórnia klocków hamulcowych, kilka składów tytoniowych, wytwórnia słoików do weków oraz Uniwersytet Prossera, jedna z najstarszych wyższych uczelni w stanie, kształcąca studentów pochodzenia afroamerykańskiego. Oni też mieli swoich Mocarnych Byków. Romana zawsze to bawiło.
Na widok tych wszystkich zabitych deskami okien i popsutych latarni pomyślał, że Jefferson Run – albo Jefferson Got the Runs, jak nazwał je kiedyś jeden z jego kumpli – było jak sztucznie podtrzymywany przy życiu pacjent, który jest zbyt uparty, by zrozumieć, że umiera.
Nie uszło jego uwadze, że tę samą analogię można by odnieść do jego ojca tkwiącego w pułapce między życiem i tym, co jest potem. Ale Keith Carruthers nie był umierającym miastem. Był człowiekiem, który poświęcił wszystko dla rodziny. Poświęcił więcej, niż ludzie mogli sobie wyobrazić. Wciąż żył i Roman nie zamierzał pozwolić mu odejść. Nigdy. Pod żadnym pozorem.
Zobaczył siostrę, która obejmując się wpół, stała w szpitalnym holu. Szczupła, lecz silna, o jasnobrązowej cerze, miała budowę ojca i krótką fryzurę podkreślającą duże oczy i pełne usta. Była piękną kobietą, ale widział, że na jej twarz powoli wkrada się czas. Wiele lat pomagała ojcu w krematorium, podczas gdy on wyrabiał sobie pozycję w Hotlancie, tej nowej czarnej mekce, ucząc się robić interesy ze snobami, którzy nazywali to miasto swoim domem. A Dante… Cóż, Dante zawsze grał rolę małego księcia.
– Hej – rzucił.
Neveah odwróciła się i zacisnęła usta w czymś, co przy odrobinie dobrej woli można by nazwać uśmiechem. Objął ją na powitanie i po krótkim wahaniu ona objęła jego. Tak, było między nimi dużo goryczy, i tak, nie dźwigał tak wielkich ciężarów jak ona, ale wciąż byli bratem i siostrą. Wszyscy troje, on, ona i Dante, wyszli z tego samego łona. Sprowadziła ich na świat ta sama alchemia miłości, namiętności oraz wspólnej dla ich rodziców potrzeby. Ta magia zjednoczyła ich na całe życie, choć nie zapewniła tego samego ojcu i matce. Byli rodzeństwem, krew z krwi, kość z kości. Tego, co wiedzieli, nie wiedział i nie mógłby zrozumieć nikt inny. Dochowywali swoich tajemnic. Słowem, łączyło ich to, co większość rodzin.
– Co się stało? – spytał.
Siostra pogłaskała go po plecach i uwolniła się z objęć. Omal nie skrzywił się z bólu, gdy przesunęła ręką po świeżych pręgach.
– Wpadł pod pociąg. Jechał samochodem i pociąg zepchnął go z drogi. Lekarze mówią, że ma złamane oba biodra. I dziewięć żeber. Miał wylew. Złamał nawet mały palec u ręki. – Neveah się rozpłakała.
– Chodźmy – powiedział. – Muszę go zobaczyć.
– Nie wpuszczą cię. Jest po dziewiątej.
– Wpuszczą. W której sali leży?
– W dwieście czterdziestej piątej, ale mówię ci, że nas nie wpuszczą.
Nie odpowiedział, tylko ruszył przed siebie korytarzem, mijając po drodze tabliczkę z napisem SALE 201–245. Przy komputerze na półokrągłej ladzie stanowiska pielęgniarek siedziała opalona biała blondynka z surowym kokiem na głowie.
– Przepraszam, ale godziny odwiedzin już minęły.
Przystanął.
– Właśnie przyleciałem z Atlanty. Mój ojciec tu leży i powiedziano mi, że jest w śpiączce. Nie chcę być trudny, ale muszę go zobaczyć. Jeśli wezwie pani ochronę czy policję, cóż, pani decyzja. Ale moja siostra ma komórkę i nagra naszą rozmowę. Do ósmej rano wasz szpital trafi do wszystkich mediów społecznościowych i przyciągnie uwagę setek osób, bo zatrzymaliście syna miejscowego biznesmena, który chciał jedynie odwiedzić ojca. Na pewno tego pani chce?
Pielęgniarka zaczerwieniła się.
– Proszę – wykrztusiła. – Ale tylko na pięć minut.
***
Sącząca się z przyciemnionych jarzeniówek poświata malowała pokój na niebiesko i miał wrażenie, że znalazł się nagle pod wodą. W kącie sapał respirator. Ojciec leżał na plecach. Miał zamknięte oczy i lekko otwarte usta, z których wystawała przezroczysta gruba rurka. Roman podszedł do łóżka i delikatnie ujął jego dłoń. Pod palcami wyczuł blizny, rozstępy, ślady po zadrapaniach i oparzeniach. Opowiadały historię determinacji i niepowodzeń. Sukcesów i smutków.
Lekko zacisnął palce. Miał nadzieję, że ojciec zaciśnie swoje, lecz tego nie zrobił. Neveah stanęła po drugiej stronie łóżka i oparła się o poręcz.
– Lekarz powiedział, że trzeba do niego mówić. Podobno ludzie w śpiączce wszystko słyszą. Nie wiem, ale ja w to nie wierzę.
Roman znów ścisnął dłoń ojca.
– To ja, tato, Rome. Jestem tu…
Na twarzy ojca nie drgnął ani jeden mięsień.
– Długo zostaniesz? – spytała Neveah.
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Mam dużo pracy.
– Tak, Atlanta to teraz twój dom…
Puścił to mimo uszu.
– Pytam, bo w chłodni czeka sześć ciał – ciągnęła. – Dante miał mi pomóc, ale nie odzywa się od wypadku. Tak to nazywają…
– „Tak to nazywają”? Co to znaczy?
Oblizała usta.
– Dwa tygodnie temu ktoś przeciął opony w naszych furgonetkach, w obydwu. A tydzień wcześniej namalował sprejem „187” na frontowych drzwiach. A teraz tata wpada pod pociąg? Jak dla mnie to za dużo przypadków.
– Kto by chciał zrobić mu krzywdę? – spytał. – Przecież z nikim nie rywalizuje. Zawsze powtarza, że dopóki ludzie umierają, nic nie wygryzie go z interesu.
– Nie wiem i to mnie martwi. Więc jak? Pomożesz mi jutro? W chłodni mam faceta, który waży dwieście siedemdziesiąt dwa kilogramy.
Zabrał rękę. Wytarł oczy, choć nie było w nich łez. Chciał zapłakać, ale widok ojca podłączonego do tych wszystkich rurek i aparatów zamknął drzwi do jego serca i uwięził łzy za tamą.
– Tak, pomogę – odparł.
– Dziękuję.
– Nie musisz mi za nic dziękować, przecież wiesz.
Zadzwoniła komórka i Neveah wyjęła ją z kieszeni dżinsów.
– Zaraz wracam.
– To Dante?
– Nie. – Siostra wyszła na korytarz.
Wziął ojca za rękę i dotknął jego twarzy. Tata miał zimną, wilgotną skórę. I lekko rozchylone powieki odsłaniające skrawki białek oczu.
Wzdrygnął się, głęboko odetchnął i też wyszedł na korytarz. Neveah opierała się o ścianę, mówiąc coś cicho do telefonu. Chciał jej dać trochę prywatności, więc przystanął, lecz i tak usłyszał końcówkę rozmowy.
– Dobrze, spróbuję. Przyślij mi to… Przecież mówię, że spróbuję. Jestem z bratem w szpitalu, u ojca. Tak, dobra, na razie.
Rozłączyła się i schowała komórkę do kieszeni. Nie mógł rozszyfrować wyrazu jej twarzy. To nie był gniew, ale i nie radość. Raczej rezygnacja.
– Jadę do domu – powiedział.
– Mam coś do zrobienia, dam ci klucz. Zostaw go pod doniczką na tarasie. – Wyjęła pęk kluczy i zdjęła jeden z kółka.
– Okej. Trzymasz się jakoś?
– Nie. Nie mogę tego znieść. Tego, że ojciec tu leży i mam na głowie całą robotę. Jakbym znowu straciła mamę. Dlatego nie, w ogóle się nie trzymam.
Dotknął jej ramienia.
– Nie to miałem na myśli.
Poklepała jego dłoń i machnęła ręką.
– Wiem. To był ciężki rok, i tyle. Nigdy nie mieliśmy tak dużo pracy. Covid omal nas nie wykończył. I prawie cały czas byliśmy tylko we dwoje, ja i ojciec. Teraz jest trochę lepiej… – Westchnęła. – To tylko stres.
Chciał jej powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Że wrócił do domu, aby sprowadzić ten statek na właściwy kurs, i tym razem zrobi, co trzeba. Że jej starszy brat wszystko naprostuje. Ale tego nie powiedział, bo nie chciał kłamać. Tak, jutro jej pomoże, bo powinien pomóc, lecz gdyby miał być szczery – a wiedział, że rodzinna szczerość to rzadki towar – to nie chciał pracować w krematorium. Nie chciał czuć zapachu palonego ciała, nie chciał, żeby znowu cuchnęły mu włosy. Nie, żeby nie był wdzięczny za życie, którym on, jego brat i siostra żyli dzięki płomieniom. Ale nie zamierzał zostać Królem Popiołów. Ten tytuł należał do jego ojca, a on nie miał nic przeciwko temu, żeby Keith Carruthers żył z nim dalej albo wraz z nim spłonął.ROZDZIAŁ 3
Zaparkował na asfaltowym podjeździe przed domem, w którym ojciec mieszkał z Neveją i Dantem. Nowoczesnym, jednokondygnacyjnym domem farmerskim z tarasem biegnącym wzdłuż całego frontu. Wyjął torby z bagażnika i zaniósł je do pokoju gościnnego. Budynek był trzy razy większy od tego, w którym wychowywali się w czasach, kiedy ich rodzice oszczędzali każdego centa na krematorium. Ojciec był wtedy grabarzem w dużej firmie pogrzebowej Bamy Mathewsa z siedzibą w wirginijskim Petersburgu, a mama, instrumentariuszka, pracowała w tym samym szpitalu, w którym ojciec leżał teraz, balansując na granicy między tym światem i następnym. Roman dobrze pamiętał duszący upał, który otulał go jak całun, i przenikliwe zimno wypełniające ich aluminiowy barak stojący na osiedlu przyczep mieszkalnych w Shady Hill na przedmieściach Jefferson Run.
Dzięki czasowi i wytrwałości udało im się przeprowadzić do tej dwudziestowiecznej rezydencji na szczycie wzgórza w dzielnicy zamkniętych osiedli i posiadłości zarządzanych przez Stowarzyszenie Właścicieli Domów. Do pięknej, ponadtrzystasiedemdziesięciometrowej rezydencji, w której matka zdążyła pomieszkać ledwie pół roku.
Bo według policji 6 czerwca 2004 roku Bonita Carruthers wyszła z miejscowego szpitala po nocnym dyżurze i zniknęła jak chmura pyłu na letnim wietrze.
Wszedł do kuchni, ukucnął i otworzył szafkę pod zlewem. Butelka ojca wciąż tam stała, dokładnie jak wtedy, kiedy jako prawie nastolatek podpijał z niej z Dantem. Nalał sobie whisky i wrzucił do szklanki dwie kostki lodu.
Upił łyk i spojrzał na ceramicznego misia, słoik na ciasteczka stojący na lodówce. Miś, jasnobrązowy i uśmiechnięty, pojawił się tam jeszcze przed zniknięciem matki. Miał jaskrawoczerwoną kokardkę, a jego głowa była wieczkiem. Ilekroć przynosili krzesło z jadalni, aby podwędzić kilka ciasteczek przed kolacją, Roman mówił bratu, że zaraz będą musieli ją obciąć. Po zniknięciu mamy ten żart przestał się siostrze podobać. Pewnego razu spytała:
– Rome, a jeśli ktoś ją zabił? Obciął jej głowę i…
– Przestań, dobra? – przerwał jej Dante.
Potem już nigdy misia nie otwierali.
Zamknął oczy, próbując odpędzić obraz matki leżącej bez głowy w płytkim grobie.
Upił kolejny łyk, wyszedł na taras, usiadł w bujaku i spojrzał na szybko ciemniejące niebo. Potem na trawnik i zbocze wzgórza ciągnące się wzdłuż torów. U stóp wzgórza zaczynał się chodnik przecinający centrum miasta. Ale tu, gdzie ojciec zbudował swój pokryty sidingiem zamek, miasto nie było krzykiem, tylko cichym szeptem. A na tyłach domu, za ceglanym grillem, który zbudował z wujkiem Haroldem, czyhał wiecznie rozrastający się las, być może na dzień, w którym ktoś pstryknie przełącznikiem albo upuści kubek i zdmuchnie światło ludzkiego istnienia jak dziecko świecę. Czekał, aby odzyskać utraconą ziemię, niebo i noc.
Znów pociągnął ze szklanki. Dwudziestopięcioletni Macallan. Spływał do żołądka gładko i chętnie, jak kobieta lub mężczyzna rozpaczliwie pragnący tego, co każe mu upaść na kolana. Przytknął szklankę do ust.
Może las rzeczywiście powinien to wszystko odebrać, pomyślał i wyobraził sobie, jak jego rodzinne miasto i cała Wirginia musiały wyglądać przed nastaniem ery człowieka. Rajski ogród, który ludzie zniszczyli.
– Za dużo myślisz – wymamrotał.
Panującą u stóp wzgórza noc rozświetliły dwa jaskrawe reflektory i obok jego sedana zaparkował czerwony Dodge Challenger. Reflektory błysnęły i zgasły. Otworzyły się drzwi i z samochodu wysiadł Dante. Zamknął drzwi, zrobił pół kroku w prawo, potem pół w lewo, później wyprostował się i ruszył w stronę domu. Miał nieobecne spojrzenie.
Był nawalony jak stodoła.
Roman dopił drinka i postawił szklankę na stoliku obok bujaka. Wstał, kiedy brat wszedł na pierwszy stopnień schodów. Dante jeszcze go nie zauważył. Był ubrany na wczesną wirginijską jesień, w czarną skórzaną kurtkę, czarno-biały podkoszulek z American Roots i obcisłe niebieskie dżinsy z nogawkami kończącymi się tuż nad cholewkami staromodnych Timberlandów. Ostatni raz Roman widział go pięć lat temu i przez ten czas brat zdążył zapuścić kozią bródkę, a raczej jej namiastkę tak rzadką, że można by ją zetrzeć kciukiem i kilkoma kropelkami śliny. Ze zwężającymi się ku tyłowi dłuższymi włosami na środku głowy i cieniowanymi bokami, afro-Dante był nowym wcieleniem czarnoskórego hipstera.
– Dante.
Brat poderwał głowę i rozszerzyły mu się oczy.
– Rome! Kiedy przyjechałeś? – Nie bełkotał. Mówił czystym, radosnym głosem.
– Dzisiaj. Właśnie wróciłem od taty.
Dante drgnął.
– Aha. – Powiedział tylko tyle.
On ruszył na górę, a Roman na dół i kiedy spotkali się w połowie schodów, Roman objął go na powitanie. Brat mocno objął jego. Był kruchy jak pisklę. Kości miał jak ze szkła, skórę jak krepina. Kiedy on ostatni raz jadł?
Ale ściskał go jak szczęki pułapki na niedźwiedzie.
– Dobrze cię widzieć – wymamrotał mu w pierś.
– Ciebie też. Chodź, wejdźmy do środka.
Weszli i brat od razu skręcił do kuchni. Whisky wciąż stała na ladzie. Dante wypiął się na szklankę i pociągnął długi łyk z butelki.
– Powiedz, jak to się stało – poprosił Roman. – Ktoś go potrącił i zwiał? Nev mówi, że policja uznała to za wypadek, ale ona w to nie wierzy.
– Nie wiem, nie mam pojęcia – odparł brat. – Kurde, nie spytasz nawet, jak mi leci? Ostatni raz gadaliśmy rok temu. – Znów przytknął butelkę do ust.
– Pisałem do ciebie w zeszłym tygodniu. Nie odpowiedziałeś. Nie odbierz tego źle, ale ojciec leży w szpitalu, a ty jesteś na chodzie.
– Kurwa, wiem, że jest w szpitalu. Wiem. Ale mógłbyś spytać i o mnie. Zrobić dwie rzeczy naraz. – Dante roześmiał się, lecz był to śmiech podszyty rozpaczą.
– Masz rację. Mogę zrobić jedno i drugie. Jak ci leci?
Brat oparł się o blat i energicznie potarł spodnie, jakby miał coś cuchnącego na rękach i chciał się tego pozbyć.
– Dobrze. Chyba dobrze. Ten wypadek… Mocno mnie to walnęło. No i kilka miesięcy temu rozstałem się z Thalią. Nie mogłem się pozbierać. Za dużo się działo. Za dużo złego. Sam nie wiem. – Umilkł i spojrzał na porcelitowego misia.
– Zastanawiam się czasem, jak by to było, gdyby żyła. Tata umie tylko ciężko pracować. Nigdy mnie nie chwali. Nie mówi, że jest ze mnie dumny. Kurczę, on mnie chyba nawet nie lubi. A mama… Mama umiała to powiedzieć. Powiedzieć, że kocha nas bardziej niż słońce, księżyc i wszystkie gwiazdy. – Potarł twarz. – I mówiła szczerze. To się czuło. Nie mówiła tak, bo czymś nas zraniła i chciała to naprawić. Mówiła prosto z serca. W moim świecie niewielu jest takich jak ona.
Romana ścisnęło w gardle, jakby wyrosła tam gula twarda i ostra jak kawałek obsydianu. On też tęsknił za matką, lecz w przeciwieństwie do brata nigdy nie zdjął zakrwawionych bandaży i nie odsłonił się tak, jak przed chwilą Dante. Nie robił tego nawet przy kobietach, które brał do łóżka, ani przy tej, która pejczem i krzykiem wypędzała z niego demony. Szczere wyznanie brata uzmysłowiło mu boleśnie, co tego dnia stracili. Oni matkę, ojciec żonę, a wszyscy wzór do naśladowania. Świecącą w ciemności latarnię, która wskazywała im drogę do domu. Która ich ogrzewała i dawała poczucie bezpieczeństwa, jakiego można zaznać tylko w ramionach matki.
– Wiem, że tatę trudno czasem kochać – powiedział. – Kiedy dorastaliśmy, krematorium było jego czwartym dzieckiem. Ale zbudował je cegła po cegle, z mamą. Zbudował dla nas ten dom. Posłał mnie na uniwerek do Georgii. Kupił ci Challengera. Poświęcił dla nas dosłownie wszystko. Może i nie jest za miły, ale jest dobrym człowiekiem, a to coś znaczy. Musisz do niego pójść. I to szybko. Jest w kiepskim stanie. Gdyby coś się stało, żałowałbyś, że się z nim nie pożegnałeś.
Dante spojrzał na swoje buty.
– Pójdę, okej? – szepnął. – Pójdę. Nie musisz mnie dołować.
Roman milczał. Nie chciał powiedzieć czegoś infantylnego czy zbyt dosadnego. Nie powinien zmuszać go szantażem do odwiedzin ojca, a on właśnie to zrobił, bo wyrzuty sumienia są potężnym bodźcem i nie mógł znieść myśli, że ich tata może odejść, nie pożegnawszy się z dziećmi. Stracili już tę okazję z matką.
Nie chciał, żeby to się powtórzyło. Poza tym brat był dorosły.
– Dobra, jutro do niego pójdę – powiedział Dante. – A teraz jadę. Muszę stąd wyjść. – Odepchnął się od blatu.
– Chcesz gdzieś jechać? Na pewno? Omal nie rozwaliłeś domu.
Brat przewrócił oczami.
– Bywało gorzej. Jadę tylko na Millicent Avenue.
– Co tam teraz jest? To tam była ta duża pralnia samoobsługowa i bar country? Jak on się nazywał… Pod Złotym Kaktusem?
– Nie, Pod Złotą Ostrogą, ale mieli na szyldzie wielkiego, podświetlonego kaktusa. Już ich nie ma, bracie. Teraz jest tam klub. U Candy. Chodzę tam się wyluzować. Na razie.
– Ledwo wszedłeś do domu i już chcesz usiąść za kółkiem?
– Jedną z zalet bycia dorosłym jest to, że nie trzeba prosić nikogo o pozwolenie – odparł Dante ze śmiechem. Ruszył do drzwi, lecz przystanął. – Jeśli tak bardzo się o mnie martwisz, to może poprowadzisz? Wiem, nasz mały klubik nie może konkurować z wypasionymi knajpami w Atlancie, ale wypijesz przynajmniej drinka z bratem. Tam się nie da. – Zagryzł dolną wargę i uniósł brwi.
– A więc, żeby ocalić twoje prawo jazdy, a może i życie, muszę pojechać do waszego najmodniejszego klubu i wypić szklankę mętnej, rozwodnionej gorzały?
– Mówisz tak, jakby była to straszna speluna – odparł Dante. – Właściwie to jest speluna, ale nie musisz tego podkreślać.
Spojrzał na brata.
Brat na niego.
Roman wybuchnął śmiechem. Śmiał się pierwszy raz, odkąd Neveah zadzwoniła do niego rano, szczerze i prawdziwie, i musiał przyznać, że wbrew temu, co się działo, poczuł się dużo lepiej.
– Chodź, głupku – rzucił. – Napijemy się taniej wódy, kupimy udko kurczaka, podzielimy je na pół, położymy na dwie kromki chleba i powiemy, że to kanapki.
– Widzisz? – powiedział Dante. – Teraz mówisz jak swojak, a nie jak piękniś z Hotlanty.
Poszli do wyjścia.ROZDZIAŁ 4
Klub U Candy mieścił się w starym, podniszczonym magazynie na rogu Millicent Avenue i Lady Smith Boulevard, w którym kiedyś funkcjonował wspomniany wyżej bar Pod Złotą Ostrogą. Roman zastanawiał się, nie pierwszy już raz, jakie kobiety – choć na pewno piękne – zainspirowały ojców miasta do nazwania ich imieniem tylu ulic w Jefferson Run. Zastanawiał się również, co by pomyślały na widok stanu, w jakim te ulice teraz były.
Za magazynem rozciągał się wielki, pusty plac, który służył za parking. Tuż przed skrzyżowaniem z Lady Smith Roman skręcił w alejkę biegnącą między klubem i rozpadającą się pralnią. Wiciokrzew i dzikie pnącza obejmowały jej ściany jak postrach wszystkich mężczyzn, dawno niewidziana kochanka, jedna z tych, które znajdą cię, nawet jeśli zwiałeś na drugi koniec kraju.
Dojechał do końca placu i zaparkował. Podobał mu się samochód brata. Porsche było chyba lepsze, ale nie dałby za to głowy. Kiedy jechali przez miasto, silnik dławił się już przy dozwolonej prawem prędkości. Khalil opowiadał mu kiedyś o swoim starym kumplu, którego spotkał w czasach, gdy pracował jeszcze dla władców Żelaznego Korytarza, ludzi trudniących się przerzutem broni na Wschodnie Wybrzeże. Powiedział, że gość, słynny kierowca ucieczkowy, potrafiłby przejechać na wstecznym przez ucho igielne, i to z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Roman pomyślał, że gdyby ktoś taki zasiadł za kierownicą Challengera, prześcignąłby każdego w każdym samochodzie.
– Zobaczysz, tu jest luz – powiedział Dante. – Nie jak w tej knajpie przy torach. Tam strzelają do ludzi tak często, że powinno się im wydawać kamizelki kuloodporne, kiedy płacą za wstęp.
– Jest aż tak źle? – spytał Roman. – Nic dziwnego, że tata ma tyle roboty.
Brat znowu umilkł. Ciągle się miotał. Albo radośnie gadał, albo milczał z rozdziawionymi ustami. Roman wiedział, że Dante zmaga się z wieloma problemami. Był nie tylko najmłodszy z nich pod względem chronologicznym, ale i najmniej dojrzały emocjonalnie. Roman pamiętał, jak jego siedmioletni brat rozpłakał się, kiedy ojciec zabił siekierą mokasyna na podwórku, przekonany, że rodzice węża będą się zastanawiali, gdzie przepadło ich dziecko. A oni, Roman i Neveah, konali ze śmiechu, słysząc, że ich braciszek martwi się o rodzinę jadowitego gada.
Po zniknięciu matki jego troska przestała być zabawna.
Dante otrząsnął się, prychnął, odkaszlnął i się pozbierał.
– Tak, dobrze nie jest. Chodź, przedstawię cię naszym najpiękniejszym laskom. W Atlancie pewnie nie zmieściłyby się w pierwszej dziesiątce, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. – Uśmiechnął się, ale chyba z przymusem.
Zapłacili za wstęp i weszli do środka.
Wnętrze klubu tonęło w blasku ledowych świateł. Były na wszystkich możliwych kanciastych powierzchniach. Wzdłuż barowej lady biegł rząd czerwonych. Niebieskimi ozdobiono cokoły pod sufitem. Spod stolików stojących z przodu sali sączyło się miękkie światło białych. Mały parkiet za stolikami otoczono popartowymi neonami i lampkami, też ledowymi. A wypisane na ścianach hasła, takie jak NIE BIERZ KOKI W TOALECIE czy PRZESTAŃ PIĆ, ZANIM WYŚLESZ TEGO SMS-A, dzieliły miejsce z serduszkami z neonowych rurek, rozciągniętych jak toffi i jakby rozczesanych.
– Chodź, postawię ci drinka. – Dante przebił się przez tłum do baru. Usiadł na stołku, a Roman obok niego.
W klubie panowała miła kombinacja domowej atmosfery i małomiasteczkowych aspiracji do wyrafinowania. Muzyka przywoływała na myśl gliniaste drogi, a bluesa puszczano tu przez hiphopowy filtr Brudnego Południa.
Kilka osób go pamiętało. To więcej, niż się spodziewał. Nie było go w domu pięć lat, mimo to ludzie poklepywali go po plecach albo niezręcznie i bez końca ściskali mu dłoń.
To, że rozpoznawał tyle twarzy, było pocieszające, a zarazem trochę smutne. Z Jefferson Run trudno było wyjechać, jeszcze trudniej zaś wyjechać na zawsze.
Dante zamówił dwa szoty Jamesona i dwa koktajle Crown-and-Cokes. Podkradły się do niego trzy urokliwe dziewczyny.
– Hej, przystojniaczku, postawisz nam coś? – spytała ta z bladoniebieskim afro na głowie. Miała złote koronki na pierwszych czterech zębach i oczy jak płynna platyna. Była w tak obcisłych dżinsach, że musiała się w nich urodzić, i w króciutkim podkoszulku, który prawie nie zakrywał jej obwisłych piersi.
– Trina, dla ciebie wszystko, kochanie.
Zamówił trzy niebieskie likiery cytrusowe. Kiedy barman postawił kieliszki na ladzie, Dante rozdał je dziewczynom. Zrobił to bezwiednie, nie popatrzył nawet, jak odchodzą i wtapiają się w tłum.
– Wciąż to tu piją? – spytał Roman.
– Trina tak, bo pasuje do koloru jej włosów. Dobra, wzniosę toast. Za mojego Romana, który ma łeb jak sklep i nogi śmierdzące trzydniową smażoną cebulą, ale poza tym jest chyba spoko.
Roman podniósł kieliszek i trącili się szkłem.
– A ja piję za mojego młodszego brata, który do czternastego roku życia wierzył w wielkanocnego zajączka.
– Głupi jesteś. Byłeś kiedyś na imprezie dla futrzaków? Wielkanocny zajączek to czysty zbok.
Wychylili whisky i Roman zapił ją zaskakująco słabym koktajlem. Do Dantego podeszły dwie pary i też poprosiły go o drinka. Brat niemal natychmiast się zgodził.
– Moim klientom zwykle odradzam stawianie drinków na imprezach. Udawanie kogoś z dużą kasą źle wpływa na plany emerytalne – powiedział Roman zaszokowany tym, jak szybko znowu zaczął mówić z intonacją charakterystyczną dla mieszkańców jego rodzinnego miasta.
Dante stłumił śmiech.
– Dobrze, że nie jestem twoim klientem.
Roman pokręcił głową.
– Chcę tylko powiedzieć, że ojciec jest w szpitalu i powinieneś trochę oszczędzać. Neveah mówi, że tata ma dobre ubezpieczenie zdrowotne, ale rachunków za leczenie szybko przybędzie. My nazywamy to „nieprzewidzianymi wydatkami”.
Bratu opadły ramiona.
– Wiem, okej? Wiem. Uważasz, że nie myślę o tacie? Myślę cały czas, w każdej sekundzie dnia. O tym, jak wykrwawia się na tych torach, na tych samych torach, przy których znaleźli auto mamy. I twoim zdaniem o nim nie myślę? Wal się, Rome. Chciałem tylko pobyć przez chwilę ze starszym bratem. Wiem, że ty i Neveah uważacie, że na nim pasożytuję, ale ja go kocham, wiesz? Nie jestem tak bystry jak ty czy ona. Nie umiem kierować firmą. Nigdy nie będę doradcą finansowym. Umiem tylko wydawać pieniądze, a nie mówić ludziom, co mają zrobić z kasą. Jak choćby ci tu. Wiem, że lubią mnie tylko dlatego, że im stawiam, ale nie za to kocham tatę.
W krwistoczerwonym świetle lampek otaczających wiszące za barem lustro Roman zobaczył łzy spływające powoli po policzkach brata.
Objął go mocno.
– Hej, hej, wiem, że go kochasz. Chciałem…
– …cię przypilnować – dokończył za niego Dante. – Wiem. Zawsze to robisz. – On też objął Romana i przyciągnął go bliżej. – Tęskniłem za tobą. Tak bardzo tęskniłem. Mam mętlik we łbie, braciszku. Wszystko mi się miesza.
– Spokojnie, będzie dobrze, zobaczysz. Wróciłem. Słyszysz? Wróciłem do domu.
Zdawał sobie sprawę, że oszczędził siostrze tego dobroczynnego kłamstwa. Ale każdy, kto znał jego rodzeństwo, zgodziłby się, że Dante potrzebował więcej kłamstw niż ona.
***
Po trzeciej kolejce spojrzał na zegarek i stwierdził, że jest po pierwszej w nocy. Ziewnął i lekko klepnął brata w ramię. Dante z trudem panował nad kiwającą się na boki głową.
– Dobra, zapłaćmy i spadajmy stąd. Wcześnie wstaję, idę pomóc Nevei. A ty musisz się przespać. Cholera, ja też. Lecę z nóg.
Brat spojrzał na niego i już miał zaprotestować, gdy nagle rozszerzyły mu się oczy.
Roman zerknął przez ramię.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_