Królestwo Polskie - ebook
Po ukazie carskim z 1864 Królestwo Polskie wraca na mapy. Odnowiona unia jednak zostaje wystawiona na próbę w czasie rewolucji w 1905 r.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-307-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Prolog
Unia polsko-rosyjska
Po stłumieniu powstania styczniowego wydawało się, że car znów nakaże represję, wywózki, rusyfikację.
Aleksander Wielopolski wszedł do rezydencji Fiodora Berga, namiestnika Królestwa.
— Niech pan siada. — powiedział Berg nie podnosząc wzroku.
Usiadł.
— Wiem, po co pan tu jest. — Rosjanin spojrzał na niego. — Chce pan ratować trupa.
— Ja działam tylko w interesie mojego narodu. — powiedział powoli Polak. — Ta awantura wybuchła bez mojej wiedzy.
— Imperator rozważa zniesienie Królestwa jako takiego. — stwierdził Berg.
— Czy jest jakaś inna możliwość? — spytał Wielopolski.
— Nie ukrywam, wolałbym zachować urząd… — generał spojrzał na niego uważnie. — Ale niech pan wie, że Cesarza będzie ciężko przekonać.
Berg przez chwilę milczał. Wstał, podszedł do okna i spojrzał na zasnutą dymem Warszawę.
— Cesarz nie ma sentymentów. — powiedział wreszcie. — Ma pamięć. A pamięta bunty, nie lojalność.
— Pamięta też, kto potrafi utrzymać porządek. odparł Wielopolski spokojnie. — Królestwo w obecnej formie jest problemem. Ale jego likwidacja będzie sygnałem słabości.
Berg odwrócił się gwałtownie.
— Słabości? Po zdławieniu wystąpień?
— Tak. Bo pokaże, że imperium nie umie rządzić, a jedynie karać. — Wielopolski spojrzał namiestnikowi prosto w oczy. — Europa nie uwierzy w porządek zaprowadzony wyłącznie bagnetem.
Generał zmrużył oczy.
— Pan chce unii.
— Chcę odpowiedzialności — poprawił go Polak. — Cesarz jako król Polski. Jedna osoba, dwa porządki. Bez iluzji suwerenności, ale i bez likwidacji instytucji.
— To oznacza oddanie części kontroli. — mruknął Berg.
— To oznacza przerzucenie odpowiedzialności. — odparł Wielopolski. — Jeśli Królestwo się zbuntuje, zbuntuje się przeciw własnemu królowi. Jeśli będzie lojalne — Cesarz zyska stabilną zachodnią granicę.
Zapadła cisza.
— Cesarz zapyta. — powiedział w końcu Berg. — Co pan daje w zamian.
— Spokój. Administrację. I ludzi, którzy będą bronić porządku, nie mitu.
Berg wrócił do biurka.
— Napisze pan projekt. Nie akt. Ukaz. Cesarz nie będzie się z nikim umawiał jak równy z równym.
— Rozumiem.
— I proszę pamiętać. — dodał cicho generał. — Jeśli to się nie uda, nie będzie już Królestwa, tylko prowincja.
Wielopolski skinął głową.
— Wtedy historia osądzi nas obu.
Kilka dni później ukazał się ukaz carski.
Ukaz Cesarski
MY, ALEKSANDER II, Z BOŻEJ ŁASKI CESARZ I SAMOWŁADCA WSZECHROSJI, KRÓL POLSKI, OŚWIADCZAMY, CO NASTĘPUJE:
W trosce o zachowanie porządku publicznego, jedności państwa oraz dobra ludów zamieszkujących Królestwo Polskie, uznaliśmy za stosowne potwierdzić i uregulować zasady sprawowania władzy w tej części naszych ziem.
§1
Królestwo Polskie pozostaje w nierozerwalnym związku personalnym z Cesarstwem Rosyjskim poprzez osobę panującego, który nosi tytuł Króla Polskiego.
§2
Administracja Królestwa Polskiego wykonywana jest przez organy miejscowe, działające w imieniu Korony Polskiej i pod najwyższym zwierzchnictwem monarchy.
§3
Prawo krajowe Królestwa Polskiego pozostaje w mocy we wszystkich sprawach wewnętrznych, o ile nie stoi w sprzeczności z interesem ogólnopaństwowym Cesarstwa.
§4
Język polski zachowuje zastosowanie w urzędach, sądach i szkolnictwie Królestwa Polskiego.
§5
Wojsko Królestwa Polskiego stanowi odrębną formację, podporządkowaną Koronie Polskiej, z obowiązkiem współdziałania z siłami cesarskimi na mocy rozkazów monarchy.
§6
Polityka zagraniczna oraz sprawy wojny i pokoju pozostają wyłączną prerogatywą Korony Cesarskiej.
§7
Wszelkie dążenia do nieporządku, buntu lub naruszenia niniejszego ukazu będą traktowane jako wystąpienie przeciwko prawowitej władzy królewskiej.
Dany w Petersburgu,
roku Pańskiego tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego.
— Niech pan tego nie zepsuje. — powiedział Berg. — Rosja pamięta.
Wielopolski mógł być zadowolony. Ocalił Polskę przed zagładą.Rozdział 1
Rewolucja
Zygmunt Mrokowski, urodzony w Warszawie w 1900 roku, był zaledwie kilkuletnim chłopcem, gdy zaczęła się ta cała awantura.
Nie rozumiał jej przyczyn ani celów. Zapamiętał natomiast dźwięki: krzyk, stukot butów na bruku, trzask tłuczonego szkła. Miasto, które dotąd było przewidywalne — z porannym ruchem tramwajów, z wojskiem stojącym na warcie, z urzędami otwieranymi o stałych godzinach — nagle straciło swój rytm.
Masy robotników gromadziły się na ulicach. Najpierw stali, potem ruszali. Atakowali urzędy władzy: budynki skarbowe, komisariaty, biura administracji. Nie wyglądało to jak powstanie, raczej jak nagły wybuch gniewu, którego nikt nie próbował ująć w słowa. Szyby pękały, bramy ustępowały, a dokumenty wynoszono na ulicę i deptano, jakby same w sobie były winne.
Najbardziej niezrozumiały był jednak bezruch.
Wojsko stało na rogach ulic. Policja obserwowała tłum. Mundury były obecne, broń była widoczna — lecz rozkaz nie nadchodził. Żołnierze patrzyli przed siebie, jakby cała ta scena ich nie dotyczyła. Jakby miasto znalazło się na chwilę poza porządkiem, choć porządek formalnie nadal istniał.
Zygmunt patrzył na to z okna mieszkania, zanim matka zasunęła firankę i kazała mu odejść.
— To przejdzie. — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Ojciec wrócił późno. Nie mówił wiele. Zdjął płaszcz, umył ręce i długo siedział przy stole w milczeniu. Dopiero po chwili rzucił, że w Łodzi jest gorzej, że w Petersburgu strzelano, że car obiecał reformy. Dla Zygmunta były to słowa pozbawione znaczenia. Ważniejsze było to, że dorośli mówili ciszej niż zwykle.
W kolejnych miesiącach miasto stopniowo wracało do pozornej normalności. Strajki wygasały, demonstracje rozbijano, a administracja odzyskiwała kontrolę nad ulicami. Gazety pisały o porządku, o uspokojeniu nastrojów, o koniecznych środkach nadzwyczajnych. Wszystko odbywało się zgodnie z prawem — albo przynajmniej tak to przedstawiano.
Państwo zadziałało.
Ale nawet dziecko mogło wyczuć, że było to inne działanie niż dawniej. Bardziej ostrożne, bardziej nerwowe. Jakby każdy rozkaz musiał zostać najpierw usprawiedliwiony, a każda decyzja — wytłumaczona.
Pod koniec roku Warszawa znów funkcjonowała. Urzędy pracowały, wojsko maszerowało, szkoły były otwarte. Imperium trwało, Królestwo istniało, prawo obowiązywało.
Tylko coś niewidocznego uległo zmianie.
Wiele lat później Zygmunt Mrokowski zrozumiał, że w 1905 roku państwo zwyciężyło.
I że po raz pierwszy to zwycięstwo nie przyniosło nikomu ulgi.
…
Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę!
Choć burza wrogich żywiołów wyje,
Choć nas dziś gnębią siły ponure,
Chociaż niepewne jutro niczyje…
O!… bo to sztandar całej ludzkości,
To hasło święte, pieśń zmartwychwstania,
To tryumf pracy — sprawiedliwości,
To zorza wszystkich ludów zbratania.
Naprzód, Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!
Dziś, gdy roboczy lud ginie z głodu,
Zbrodnią w rozkoszy tonąć, jak w błocie;
I hańba temu, kto z nas za młodu
Lęka się stanąć choć na szafocie!
Nikt za ideę nie ginie marnie,
Z czasem zwycięża Chrystus Judasza!
Niech święty ogień młodość ogarnie,
Choć wielu padnie — lecz przyszłość nasza!
Naprzód, Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!
Hura!… zerwijmy z carów korony,
Gdy ludy dotąd chodzą w cierniowej;
I w krwi zatopmy nadgniłe trony,
Spurpurowione we krwi ludowej!…
Ha!… zemsta straszna dzisiejszym katom,
Co wysysają życie z milionów!…
Ha!… zemsta carom i plutokratom!
A przyjdzie żniwo przyszłości plonów!
Naprzód, Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!
…
— Co mamy robić? — spytał minister spraw wewnętrznych. — To nie jest powstanie. To rewolucja.
Roman Dmowski będący od roku namiestnikiem długo milczał.
— Kim są buntownicy? — spytał w końcu.
— To robotnicy, działacze PPS i SDKPiL, inteligencja. — odparł minister.
— Trzeba użyć wojska. — powiedział minister wojny.
— A jeśli to już czas? — spytał minister spraw wewnętrznych.
— Na co? — spytał Dmowski.
— Na niepodległość. — powiedział.
— Nie. — Dmowski spojrzał na niego uważnie. — Wtedy utożsamimy się z buntownikami. Jeśli mamy odzyskać pełną niepodległość to w drodze zwiększania autonomie, nie przez bunt.
— Problem w tym, że unia personalna była możliwa dzięki buntowi w 1863. — rzekł minister spraw zagranicznych.
— Chaos — powtórzył minister spraw wewnętrznych, jakby smakował słowo. — A jeśli chaos już się zaczął, tylko udajemy, że go nie widzimy?
Minister wojny odchrząknął.
— Ulice jeszcze są nasze. Garnizony czekają. Jeśli nie wydamy rozkazu dziś, jutro może być za późno.
— Wojsko jest środkiem, nie rozwiązaniem — odpowiedział Dmowski chłodno. — Użycie siły bez programu politycznego to tylko odroczenie problemu.
— Program? — prychnął ktoś z końca stołu. — Tłum nie czyta programów.
— Tłum nie musi — odparł Dmowski. — Wystarczy, że czytają je ci, którzy będą rządzić po nim.
Zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, że to prawda, i wszyscy wiedzieli, jak bardzo jest to niewygodne.
— Petersburskie ministerstwo czeka na raport — odezwał się w końcu sekretarz. — Chcą wiedzieć, czy sytuacja jest pod kontrolą.
Dmowski skinął głową.
— Jest. O ile zachowamy spokój.
— A jeśli car zapyta, dlaczego nie strzelaliśmy? — spytał minister wojny.
— Odpowiemy, że nie było potrzeby — powiedział Dmowski. — Że Królestwo potrafi utrzymać porządek własnymi środkami.
— To ryzyko — zauważył ktoś cicho.
— Każda decyzja nim jest — odparł. — Ale bunt to ryzyko absolutne. Autonomia można zwiększać stopniowo. Bunt nie zna stopni.
Minister spraw wewnętrznych wstał i podszedł do okna. Spojrzał na plac, na którym jeszcze kilka dni wcześniej gromadził się tłum.
— Ludzie krzyczą „wolność”, nie „autonomia”.
— Bo wolność brzmi prościej — odpowiedział Dmowski. — Ale państwa nie buduje się z haseł.
Odwrócił się w stronę stołu.
— Panowie, jeśli dziś utożsamimy się z rewolucją, jutro nie będziemy mieli czym jej zastąpić. Jeśli natomiast przetrwamy ten rok, za kilka lat nikt nie będzie pamiętał, że imperium zawahało się przez chwilę.
Nikt nie zaprzeczył.
Decyzja zapadła bez głosowania.
Wojska nie użyto.Rozdział 2
Reforma
W 1906 roku państwo postanowiło udowodnić, że panuje nad sytuacją.
Nie uczyniono tego przez demonstrację siły, lecz przez język ustaw, rozporządzeń i komisji. W gazetach coraz rzadziej pojawiało się słowo „rewolucja”, częściej natomiast pisano o „uspokojeniu nastrojów”, „normalizacji” i „koniecznych korektach administracyjnych”. Królestwo wracało do form, które znało najlepiej — do procedury.
Wprowadzono ograniczone reformy. Rozszerzono kompetencje samorządów miejskich, zwiększono udział Polaków w administracji niższego szczebla, obiecano zmiany w systemie szkolnictwa. Wszystko to miało jeden cel: przekonać społeczeństwo, że bunt nie jest jedynym językiem, którym można rozmawiać z władzą.
Dmowski mówił wówczas, że państwo nie może okazywać strachu. Może natomiast okazać rozsądek.
Z perspektywy Petersburga Królestwo zachowało się poprawnie. Raporty podkreślały brak eskalacji, sprawność aparatu i zdolność lokalnych elit do utrzymania porządku. Była to pochwała chłodna, niemal techniczna, ale wystarczająca, by nie ingerować bezpośrednio. Autonomia pozostała nienaruszona — a to samo w sobie uznano za sukces.
Na ulicach było spokojniej, choć spokój ten miał charakter ostrożny. Strajki wygasały, lecz nie znikały. Demonstracje przenosiły się do sal zebrań i lokali partyjnych. Gniew nie zniknął; nauczył się jedynie nowych form.
Zygmunt Mrokowski miał sześć lat i po raz pierwszy poszedł do szkoły.
Uczył się liter, rachunków i zasad zachowania. Uczył się, że świat składa się z reguł, których należy przestrzegać, aby wszystko działało. Nauczyciel mówił o porządku, o obowiązkach obywatela, o państwie jako wspólnym wysiłku. Dla chłopca było to zrozumiałe i pocieszające. Po roku chaosu normalność miała wyraźne granice i nazwy.
Ojciec Zygmunta twierdził, że 1905 był ostrzeżeniem, a 1906 — dowodem dojrzałości. Że system potrafi się poprawić, jeśli da mu się czas. Matka wolała nie wracać do tamtych wydarzeń. W domu mówiło się teraz mniej o polityce, więcej o przyszłości.
Państwo zyskało oddech.
Ale nie wszyscy uwierzyli w jego trwałość. Młodsi działacze mówili o reformach jako o zasłonie dymnej. Robotnicy przyjmowali ustępstwa, lecz nie traktowali ich jako końca drogi. Nawet w administracji pojawiały się głosy, że uspokojenie jest chwilowe, a fundamenty — nadwyrężone.
Dmowski pozostawał konsekwentny. Reforma była dla niego nie celem, lecz metodą. Każda nowa kompetencja, każdy urząd obsadzony przez Polaka, każdy zapisany paragraf traktował jak element większej konstrukcji, której nie należało wznosić w pośpiechu.
— Państwa nie buduje się na ruinach. — powtarzał. — Buduje się je na tym, co przetrwało.
— Czas przywrócić konstytucję nie możemy funkcjonować w oparciu na carskim ukazie. — powiedział minister spraw wewnętrznych.
— Niech będzie. — rzekł Dmowski.
…
USTAWA KONSTYTUCYJNA KRÓLESTWA POLSKIEGO
Z DNIA 27 LISTOPADA 1815 R.
TYTUŁ I. STOSUNKI POLITYCZNE KRÓLESTWA
ART.1. Królestwo Polskie jest na zawsze połączone z Cesarstwem Rosyjskim.
ART.2.
Unia polsko-rosyjska
Po stłumieniu powstania styczniowego wydawało się, że car znów nakaże represję, wywózki, rusyfikację.
Aleksander Wielopolski wszedł do rezydencji Fiodora Berga, namiestnika Królestwa.
— Niech pan siada. — powiedział Berg nie podnosząc wzroku.
Usiadł.
— Wiem, po co pan tu jest. — Rosjanin spojrzał na niego. — Chce pan ratować trupa.
— Ja działam tylko w interesie mojego narodu. — powiedział powoli Polak. — Ta awantura wybuchła bez mojej wiedzy.
— Imperator rozważa zniesienie Królestwa jako takiego. — stwierdził Berg.
— Czy jest jakaś inna możliwość? — spytał Wielopolski.
— Nie ukrywam, wolałbym zachować urząd… — generał spojrzał na niego uważnie. — Ale niech pan wie, że Cesarza będzie ciężko przekonać.
Berg przez chwilę milczał. Wstał, podszedł do okna i spojrzał na zasnutą dymem Warszawę.
— Cesarz nie ma sentymentów. — powiedział wreszcie. — Ma pamięć. A pamięta bunty, nie lojalność.
— Pamięta też, kto potrafi utrzymać porządek. odparł Wielopolski spokojnie. — Królestwo w obecnej formie jest problemem. Ale jego likwidacja będzie sygnałem słabości.
Berg odwrócił się gwałtownie.
— Słabości? Po zdławieniu wystąpień?
— Tak. Bo pokaże, że imperium nie umie rządzić, a jedynie karać. — Wielopolski spojrzał namiestnikowi prosto w oczy. — Europa nie uwierzy w porządek zaprowadzony wyłącznie bagnetem.
Generał zmrużył oczy.
— Pan chce unii.
— Chcę odpowiedzialności — poprawił go Polak. — Cesarz jako król Polski. Jedna osoba, dwa porządki. Bez iluzji suwerenności, ale i bez likwidacji instytucji.
— To oznacza oddanie części kontroli. — mruknął Berg.
— To oznacza przerzucenie odpowiedzialności. — odparł Wielopolski. — Jeśli Królestwo się zbuntuje, zbuntuje się przeciw własnemu królowi. Jeśli będzie lojalne — Cesarz zyska stabilną zachodnią granicę.
Zapadła cisza.
— Cesarz zapyta. — powiedział w końcu Berg. — Co pan daje w zamian.
— Spokój. Administrację. I ludzi, którzy będą bronić porządku, nie mitu.
Berg wrócił do biurka.
— Napisze pan projekt. Nie akt. Ukaz. Cesarz nie będzie się z nikim umawiał jak równy z równym.
— Rozumiem.
— I proszę pamiętać. — dodał cicho generał. — Jeśli to się nie uda, nie będzie już Królestwa, tylko prowincja.
Wielopolski skinął głową.
— Wtedy historia osądzi nas obu.
Kilka dni później ukazał się ukaz carski.
Ukaz Cesarski
MY, ALEKSANDER II, Z BOŻEJ ŁASKI CESARZ I SAMOWŁADCA WSZECHROSJI, KRÓL POLSKI, OŚWIADCZAMY, CO NASTĘPUJE:
W trosce o zachowanie porządku publicznego, jedności państwa oraz dobra ludów zamieszkujących Królestwo Polskie, uznaliśmy za stosowne potwierdzić i uregulować zasady sprawowania władzy w tej części naszych ziem.
§1
Królestwo Polskie pozostaje w nierozerwalnym związku personalnym z Cesarstwem Rosyjskim poprzez osobę panującego, który nosi tytuł Króla Polskiego.
§2
Administracja Królestwa Polskiego wykonywana jest przez organy miejscowe, działające w imieniu Korony Polskiej i pod najwyższym zwierzchnictwem monarchy.
§3
Prawo krajowe Królestwa Polskiego pozostaje w mocy we wszystkich sprawach wewnętrznych, o ile nie stoi w sprzeczności z interesem ogólnopaństwowym Cesarstwa.
§4
Język polski zachowuje zastosowanie w urzędach, sądach i szkolnictwie Królestwa Polskiego.
§5
Wojsko Królestwa Polskiego stanowi odrębną formację, podporządkowaną Koronie Polskiej, z obowiązkiem współdziałania z siłami cesarskimi na mocy rozkazów monarchy.
§6
Polityka zagraniczna oraz sprawy wojny i pokoju pozostają wyłączną prerogatywą Korony Cesarskiej.
§7
Wszelkie dążenia do nieporządku, buntu lub naruszenia niniejszego ukazu będą traktowane jako wystąpienie przeciwko prawowitej władzy królewskiej.
Dany w Petersburgu,
roku Pańskiego tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego.
— Niech pan tego nie zepsuje. — powiedział Berg. — Rosja pamięta.
Wielopolski mógł być zadowolony. Ocalił Polskę przed zagładą.Rozdział 1
Rewolucja
Zygmunt Mrokowski, urodzony w Warszawie w 1900 roku, był zaledwie kilkuletnim chłopcem, gdy zaczęła się ta cała awantura.
Nie rozumiał jej przyczyn ani celów. Zapamiętał natomiast dźwięki: krzyk, stukot butów na bruku, trzask tłuczonego szkła. Miasto, które dotąd było przewidywalne — z porannym ruchem tramwajów, z wojskiem stojącym na warcie, z urzędami otwieranymi o stałych godzinach — nagle straciło swój rytm.
Masy robotników gromadziły się na ulicach. Najpierw stali, potem ruszali. Atakowali urzędy władzy: budynki skarbowe, komisariaty, biura administracji. Nie wyglądało to jak powstanie, raczej jak nagły wybuch gniewu, którego nikt nie próbował ująć w słowa. Szyby pękały, bramy ustępowały, a dokumenty wynoszono na ulicę i deptano, jakby same w sobie były winne.
Najbardziej niezrozumiały był jednak bezruch.
Wojsko stało na rogach ulic. Policja obserwowała tłum. Mundury były obecne, broń była widoczna — lecz rozkaz nie nadchodził. Żołnierze patrzyli przed siebie, jakby cała ta scena ich nie dotyczyła. Jakby miasto znalazło się na chwilę poza porządkiem, choć porządek formalnie nadal istniał.
Zygmunt patrzył na to z okna mieszkania, zanim matka zasunęła firankę i kazała mu odejść.
— To przejdzie. — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Ojciec wrócił późno. Nie mówił wiele. Zdjął płaszcz, umył ręce i długo siedział przy stole w milczeniu. Dopiero po chwili rzucił, że w Łodzi jest gorzej, że w Petersburgu strzelano, że car obiecał reformy. Dla Zygmunta były to słowa pozbawione znaczenia. Ważniejsze było to, że dorośli mówili ciszej niż zwykle.
W kolejnych miesiącach miasto stopniowo wracało do pozornej normalności. Strajki wygasały, demonstracje rozbijano, a administracja odzyskiwała kontrolę nad ulicami. Gazety pisały o porządku, o uspokojeniu nastrojów, o koniecznych środkach nadzwyczajnych. Wszystko odbywało się zgodnie z prawem — albo przynajmniej tak to przedstawiano.
Państwo zadziałało.
Ale nawet dziecko mogło wyczuć, że było to inne działanie niż dawniej. Bardziej ostrożne, bardziej nerwowe. Jakby każdy rozkaz musiał zostać najpierw usprawiedliwiony, a każda decyzja — wytłumaczona.
Pod koniec roku Warszawa znów funkcjonowała. Urzędy pracowały, wojsko maszerowało, szkoły były otwarte. Imperium trwało, Królestwo istniało, prawo obowiązywało.
Tylko coś niewidocznego uległo zmianie.
Wiele lat później Zygmunt Mrokowski zrozumiał, że w 1905 roku państwo zwyciężyło.
I że po raz pierwszy to zwycięstwo nie przyniosło nikomu ulgi.
…
Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę!
Choć burza wrogich żywiołów wyje,
Choć nas dziś gnębią siły ponure,
Chociaż niepewne jutro niczyje…
O!… bo to sztandar całej ludzkości,
To hasło święte, pieśń zmartwychwstania,
To tryumf pracy — sprawiedliwości,
To zorza wszystkich ludów zbratania.
Naprzód, Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!
Dziś, gdy roboczy lud ginie z głodu,
Zbrodnią w rozkoszy tonąć, jak w błocie;
I hańba temu, kto z nas za młodu
Lęka się stanąć choć na szafocie!
Nikt za ideę nie ginie marnie,
Z czasem zwycięża Chrystus Judasza!
Niech święty ogień młodość ogarnie,
Choć wielu padnie — lecz przyszłość nasza!
Naprzód, Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!
Hura!… zerwijmy z carów korony,
Gdy ludy dotąd chodzą w cierniowej;
I w krwi zatopmy nadgniłe trony,
Spurpurowione we krwi ludowej!…
Ha!… zemsta straszna dzisiejszym katom,
Co wysysają życie z milionów!…
Ha!… zemsta carom i plutokratom!
A przyjdzie żniwo przyszłości plonów!
Naprzód, Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!
…
— Co mamy robić? — spytał minister spraw wewnętrznych. — To nie jest powstanie. To rewolucja.
Roman Dmowski będący od roku namiestnikiem długo milczał.
— Kim są buntownicy? — spytał w końcu.
— To robotnicy, działacze PPS i SDKPiL, inteligencja. — odparł minister.
— Trzeba użyć wojska. — powiedział minister wojny.
— A jeśli to już czas? — spytał minister spraw wewnętrznych.
— Na co? — spytał Dmowski.
— Na niepodległość. — powiedział.
— Nie. — Dmowski spojrzał na niego uważnie. — Wtedy utożsamimy się z buntownikami. Jeśli mamy odzyskać pełną niepodległość to w drodze zwiększania autonomie, nie przez bunt.
— Problem w tym, że unia personalna była możliwa dzięki buntowi w 1863. — rzekł minister spraw zagranicznych.
— Chaos — powtórzył minister spraw wewnętrznych, jakby smakował słowo. — A jeśli chaos już się zaczął, tylko udajemy, że go nie widzimy?
Minister wojny odchrząknął.
— Ulice jeszcze są nasze. Garnizony czekają. Jeśli nie wydamy rozkazu dziś, jutro może być za późno.
— Wojsko jest środkiem, nie rozwiązaniem — odpowiedział Dmowski chłodno. — Użycie siły bez programu politycznego to tylko odroczenie problemu.
— Program? — prychnął ktoś z końca stołu. — Tłum nie czyta programów.
— Tłum nie musi — odparł Dmowski. — Wystarczy, że czytają je ci, którzy będą rządzić po nim.
Zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, że to prawda, i wszyscy wiedzieli, jak bardzo jest to niewygodne.
— Petersburskie ministerstwo czeka na raport — odezwał się w końcu sekretarz. — Chcą wiedzieć, czy sytuacja jest pod kontrolą.
Dmowski skinął głową.
— Jest. O ile zachowamy spokój.
— A jeśli car zapyta, dlaczego nie strzelaliśmy? — spytał minister wojny.
— Odpowiemy, że nie było potrzeby — powiedział Dmowski. — Że Królestwo potrafi utrzymać porządek własnymi środkami.
— To ryzyko — zauważył ktoś cicho.
— Każda decyzja nim jest — odparł. — Ale bunt to ryzyko absolutne. Autonomia można zwiększać stopniowo. Bunt nie zna stopni.
Minister spraw wewnętrznych wstał i podszedł do okna. Spojrzał na plac, na którym jeszcze kilka dni wcześniej gromadził się tłum.
— Ludzie krzyczą „wolność”, nie „autonomia”.
— Bo wolność brzmi prościej — odpowiedział Dmowski. — Ale państwa nie buduje się z haseł.
Odwrócił się w stronę stołu.
— Panowie, jeśli dziś utożsamimy się z rewolucją, jutro nie będziemy mieli czym jej zastąpić. Jeśli natomiast przetrwamy ten rok, za kilka lat nikt nie będzie pamiętał, że imperium zawahało się przez chwilę.
Nikt nie zaprzeczył.
Decyzja zapadła bez głosowania.
Wojska nie użyto.Rozdział 2
Reforma
W 1906 roku państwo postanowiło udowodnić, że panuje nad sytuacją.
Nie uczyniono tego przez demonstrację siły, lecz przez język ustaw, rozporządzeń i komisji. W gazetach coraz rzadziej pojawiało się słowo „rewolucja”, częściej natomiast pisano o „uspokojeniu nastrojów”, „normalizacji” i „koniecznych korektach administracyjnych”. Królestwo wracało do form, które znało najlepiej — do procedury.
Wprowadzono ograniczone reformy. Rozszerzono kompetencje samorządów miejskich, zwiększono udział Polaków w administracji niższego szczebla, obiecano zmiany w systemie szkolnictwa. Wszystko to miało jeden cel: przekonać społeczeństwo, że bunt nie jest jedynym językiem, którym można rozmawiać z władzą.
Dmowski mówił wówczas, że państwo nie może okazywać strachu. Może natomiast okazać rozsądek.
Z perspektywy Petersburga Królestwo zachowało się poprawnie. Raporty podkreślały brak eskalacji, sprawność aparatu i zdolność lokalnych elit do utrzymania porządku. Była to pochwała chłodna, niemal techniczna, ale wystarczająca, by nie ingerować bezpośrednio. Autonomia pozostała nienaruszona — a to samo w sobie uznano za sukces.
Na ulicach było spokojniej, choć spokój ten miał charakter ostrożny. Strajki wygasały, lecz nie znikały. Demonstracje przenosiły się do sal zebrań i lokali partyjnych. Gniew nie zniknął; nauczył się jedynie nowych form.
Zygmunt Mrokowski miał sześć lat i po raz pierwszy poszedł do szkoły.
Uczył się liter, rachunków i zasad zachowania. Uczył się, że świat składa się z reguł, których należy przestrzegać, aby wszystko działało. Nauczyciel mówił o porządku, o obowiązkach obywatela, o państwie jako wspólnym wysiłku. Dla chłopca było to zrozumiałe i pocieszające. Po roku chaosu normalność miała wyraźne granice i nazwy.
Ojciec Zygmunta twierdził, że 1905 był ostrzeżeniem, a 1906 — dowodem dojrzałości. Że system potrafi się poprawić, jeśli da mu się czas. Matka wolała nie wracać do tamtych wydarzeń. W domu mówiło się teraz mniej o polityce, więcej o przyszłości.
Państwo zyskało oddech.
Ale nie wszyscy uwierzyli w jego trwałość. Młodsi działacze mówili o reformach jako o zasłonie dymnej. Robotnicy przyjmowali ustępstwa, lecz nie traktowali ich jako końca drogi. Nawet w administracji pojawiały się głosy, że uspokojenie jest chwilowe, a fundamenty — nadwyrężone.
Dmowski pozostawał konsekwentny. Reforma była dla niego nie celem, lecz metodą. Każda nowa kompetencja, każdy urząd obsadzony przez Polaka, każdy zapisany paragraf traktował jak element większej konstrukcji, której nie należało wznosić w pośpiechu.
— Państwa nie buduje się na ruinach. — powtarzał. — Buduje się je na tym, co przetrwało.
— Czas przywrócić konstytucję nie możemy funkcjonować w oparciu na carskim ukazie. — powiedział minister spraw wewnętrznych.
— Niech będzie. — rzekł Dmowski.
…
USTAWA KONSTYTUCYJNA KRÓLESTWA POLSKIEGO
Z DNIA 27 LISTOPADA 1815 R.
TYTUŁ I. STOSUNKI POLITYCZNE KRÓLESTWA
ART.1. Królestwo Polskie jest na zawsze połączone z Cesarstwem Rosyjskim.
ART.2.
więcej..