Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Królestwo w ruinach - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
23 maja 2023
Ebook
44,90 zł
Audiobook
49,90 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Królestwo w ruinach - ebook

Trzeci tom pełnego pikanterii, rozkosznie mrocznego retellingu Pięknej i Bestii!

Nigdy nie zaprzedawaj duszy Królowi Demonów.

Finley, chcąc ocalić wszystkich, na których jej zależało, musi dokończyć misję zaczętą przez Nyfaina i doprowadzić do własnej zguby.

Zawarła układ z najbardziej podstępną istotą na świecie, przez co lochy stały się jej nowym domem. Jednak Finley nie zamierza odpuścić. Zniszczenie Doliona będzie jej najwyższym celem.

Jedyne, co musi zrobić, to uciec z Królestwa Demonów i wrócić do Złotego smoczego księcia. Najlepiej zachowując przy tym życie.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8320-758-2
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

FINLEY

Ześlizgnęłam się z ramienia króla demonów, spadając prosto w błoto i mokrą trawę. W chwili gdy uderzyłam o kamień, poczułam, że w moim lewym biodrze eksploduje ból, a to dodało kolejne obrażenia do stłuczeń już zgromadzonych podczas wyprawy. Ta kuriozalna wycieczka trwała od trzech dni, a jej cel stanowiło to przeklęte królestwo demonów. Mój miecz nadal spoczywał w pochwie przytroczonej do boku. Król demonów, Dolion, pozwolił mi go ze sobą zabrać, dobrze wiedząc, że nie mam zielonego pojęcia, jak się nim posługiwać. To taki jego mały żarcik.

– Tak, jasne, po prostu postaw mnie gdziekolwiek – wymamrotałam i podniosłam się z kamienia, krzywiąc się z bólu.

Ogromna, zasilana magią łódź, która przeniosła nas na tę ciemną i deszczową wyspę, została zacumowana i podskakiwała na rozciągającym się za nami nieprzeniknionym morzu. Łodzie, unosząc się na wodzie, wpływały na piaszczysty brzeg, wypuszczając na ląd demony i rozmaity ładunek.

Niedaleko mnie rozległy się chlupoczące kroki. Po chwili Jedrek, mój przygłupi narzeczony, runął obok z płaczem.

– Milcz – rozkazałam.

Za późno.

Jego wcześniejszy środek transportu, demon o surowych rysach i sylwetce skrywającej ogromną siłę, zamachnął się na niego nogą, a Jedrek z wyciem rzucił się do ucieczki, tocząc się wprost w błoto i trawę.

– Wszystko w porządku. Zaraz się do tego przyzwyczai. – Wyciągnęłam rękę i skierowałam się w stronę tego tchórza, minimalnie osłaniając go swoim ciałem.

Zdążyłam się nauczyć, że jeśli naprawdę będą chcieli go zaatakować – albo mnie – to po prostu to zrobią. Mimo to nie mogłam się powstrzymać od interwencji. Jedynym powodem, dla którego Dolion zniósł magiczne ograniczenie z naszych ludzi, było to, że zgodziłam się poślubić Jedreka. Co oznaczało, że gość musi do tego czasu pozostać przy życiu.

– Witaj w moim zamku, księżniczko. – Dolion spojrzał na mnie z uśmieszkiem rysującym się na bladej twarzy. Deszcz powoli spływał po jego ciemnych, zakręconych rogach. – Twój nowy dom.

Poczułam, jak żal ściska mi serce. Zdałam sobie sprawę z ogromu poniesionej straty, a to mogło grozić tym, że zaraz wybuchnę płaczem, przypominając sobie sposób, w jaki patrzył na mnie Nyfain, zanim zostałam zabrana. I jego bezdenną rozpacz. Desperację, by zatrzymać mnie przy sobie, w swoim królestwie, w swoim życiu.

Pod koniec dał mi odejść. Wiedziałam, że uwierzył, że opuszczam go na zawsze. Myślał, że ostatecznie uwolnię się od demonów. Był pewien, że jestem w stanie to zrobić, po czym zacznę nowe życie gdzie indziej. Zależało mu na moim szczęściu, a jednak uważał, że nie ma niczego, co mógłby mi zaoferować. Idiota. Wróciłabym do niego bez wahania. Jedyny powód, dla którego zgodziłam się na całą tę farsę, stanowiło zniesienie magicznego ograniczenia. Zrobiłabym wszystko, żeby wyzwolić moje królestwo i towarzysza. W chwili gdy zaklęcie zniknie, Nyfain odzyska zdolność, by użyć swojej magii alfy i wydobyć z poddanych ich wewnętrzne zwierzęta. Dzięki temu dałby naszym ludziom szansę do walki… Zamierzałam uciec – prosto do Nyfaina – i sprawić, że złamiemy klątwę razem. Potem przyjdzie czas na walkę.

Z całych sił trzymałam się swojego postanowienia. Spojrzałam na Doliona przez zacinający deszcz, zdeterminowana, by nigdy nie zobaczył mojego cierpienia. Ani on, ani Nyfain nie dowiedzą się, ile mnie to wszystko kosztowało.

– Rozwinąłeś całkiem niezły dywan powitalny – skomentowałam, podnosząc ręce i obracając je wierzchem do góry, żeby zobaczyć, jak powoli zasycha na nich warstwa błota. – Sam zajmowałeś się kształtowaniem krajobrazu?

Spojrzał na mnie gniewnie, jego wzrok błądził po mojej twarzy. Ciemność spływała z jego wąskich ramion niczym peleryna.

– Taka silna. I jakże głupia. – Doskoczył do mnie i uderzył, jego ciężki but wylądował na moim udzie.

Zawibrował we mnie ból.

Spójrz!

Syknęłam, ale zrobiłam, co kazała moja smoczyca, unikając tym samym kolejnego kopnięcia. Dolion nieźle się spisał, udając układnego i zrównoważonego podczas pobytu w zamku Nyfaina – może z wyjątkiem chwili, gdy książę pokrzyżował mu szyki – ale koniec końców miał paskudny temperament. Temperament, którego ostrza skierowane zostały nie tylko w Jedreka i we mnie. Surowo karał własnych ludzi, jeśli nie podążali za jego rozkazami lub nie robili tego wystarczająco szybko. Zrobisz coś źle, nawet przez przypadek? Kara będzie równie dotkliwa. Używał swojej mocy i pozycji, by zastraszać innych. Rządził za pomocą strachu i kija.

Z książek historycznych wiedziałam, że przywódcy tego rodzaju władali niepewnie ze swoich tronów. Zastanawiałam się, jak łatwo byłoby go obalić.

– To nic takiego w porównaniu do tej smoczej rudery, którą tak ukochałaś – oświadczył i mogłam usłyszeć w jego głosie nutę samozadowolenia.

Ma trochę racji, wymruczała moja smoczyca.

Przede mną roztaczał się budzący grozę zamek posadowiony na szczycie wzgórza. Blade światło księżyca prześwitywało przez przerwy między gęstymi chmurami, padając na wąskie iglice, zawaliste wieże i nadając całości nieco dziwacznego, nieregularnego kształtu. Otwory strzelnicze zostały wybite w pierwszych dwóch poziomach zamku, ustępując bardziej nowoczesnym prostokątnym oknom na kolejnych dwóch piętrach. Z kolei piąty poziom wyglądał jak warownia, której gładkość ścian pozwalała przypuszczać, że została wybudowana w ostatnim stuleciu.

Ogólne wrażenie było groteskowe. Ci, którzy to zaprojektowali, z pewnością nie robili tego na trzeźwo.

Nieprzeniknione morze otaczało twierdzę, a piaszczysty brzeg, przy którym zacumowaliśmy, przekształcił się w skaliste i postrzępione podłoże w miarę wznoszenia się gruntu. Po drugiej stronie zamku, z tego, co zapamiętałam z map, które czytałam, powinny znajdować się klify. Oznaczało to, że jedyna droga wejścia i wyjścia prowadziła przez silnie strzeżony brzeg. Albo to, albo latanie.

– Jest olbrzymi… – stwierdziłam beznamiętnym tonem.

Dolion nadął się lekko, jego uśmieszek przekształcił się w grymas zadowolenia.

Dokończyłam swoją myśl:

– Wygląda, jakbyś musiał nim sobie rekompensować pewne braki…

Szeroki uśmiech spełzł z jego twarzy, z oczu biła groźba.

– Witaj w swoim koszmarze, wasza wysokość.

– Zdrówko! – powiedziałam, z uśmiechem unosząc dłonie. – Właściwie, myślę, że potrzebuję drinka, żeby wznieść za to toast. Zechciałbyś przynieść mi jakiegoś? Niestety, zapomniałeś o moim kamerdynerze, kiedy mnie zabrałeś. Och, i nie jestem niczyją waszą wysokością. Zwyczajna ze mnie dziewczyna. Myślałam, że ktoś ci o tym wspomniał…

– Jesteś niekwestionowaną towarzyszką smoczego księcia. Czyżby ci o tym nie wspomniał?

List Nyfaina spoczywający w mojej tylnej kieszeni nagle zrobił się ciężki. Nie skomentowałam słów króla demonów. Dolion był przebiegłym skurwysynem, który wykorzystałby każdą słabość przeciwko mnie. Myślał, że jestem tępą idiotką, która nie umie dochowywać tajemnic. A przecież trzymałam gębę na kłódkę w ważnych sprawach dotyczących Nyfaina, jego królestwa, poddanych i złamania demonicznej klątwy.

– Chociaż nie, masz rację. Nigdy nie będziesz należeć do rodziny królewskiej. Przecież zginiesz w moim lochu z rąk mojego dworu. Ostatecznie twój smoczy książę też umrze. Twoja śmierć stanie się jego zgubą.

– Nyfain od dawna jest zgubiony. Oboje od dawna jesteśmy. Ale doceniam twój zapał – mruknęłam do niego.

Oczy Doliona zwęziły się, gdy tak na mnie patrzył. Nie był do końca pewien, co na to odpowiedzieć.

Podejrzewałam, że to, co mu powiedziałam, nie miało dla niego większego sensu. On nigdy nie został pozbawiony wszystkiego jak Nyfain. Nie spędził szesnastu lat, oglądając, jak jego ukochane królestwo popada w ruinę. A już na pewno nie dorastał w biedzie, uwięziony jak ja. Niezdolna do sięgnięcia po magię, z którą się urodziłam, walcząc z klątwą, odbierającą powoli życia tym, których kochałam. Nie, Dolion nie miał pojęcia, jak wygląda zguba. Nie nauczył się też, jak podźwignąć się z popiołów straty. Dopilnuję, żeby tego drugiego nigdy się nie dowiedział, ponieważ to ja będą tą suką, która spali jego świat do gołej ziemi.

Ściągnął usta i zerknął na stojących za nim sługusów.

– Zabierzcie ją do lochów. Na około, pamiętajcie. Musimy coś zrobić z tym unoszącym się wokół niej smrodem, zanim ktokolwiek z dworu będzie mógł ją zobaczyć. – Skierował uwagę z powrotem na mnie. – To było mądre zagranie twojego smoka, by okryć cię własnym zapachem. Wygląda na to, że nawet będąc pokonaną bestią, nadal tkwi w nim dziedzictwo alfy. Jednak nie ochroni cię to na długo. – Dolion zlustrował moją twarz. – Poinstruujcie strażników, żeby nie uszkodzili jej tej buźki. Chcę, by mój dwór był naocznym świadkiem upadku Pięknej.

– A co z jej rękami? – zapytał demon wiszący nad Jedrekiem. – Czy skóra w tym miejscu nie będzie widoczna?

– Tak, racja. Nie uszkodźcie rąk w żadnym wypadku. Szyi też nie, chociaż będziemy musieli zakryć te niedorzeczne ślady po ukąszeniach, znajdujące się na jej ramieniu. Zmiennokształtni… – wypluł to słowo. – Cóż za barbarzyństwo tak oznakowywać swoje towarzyszki. Obrzydliwe.

– A to? – Demon wystąpił naprzód, kopiąc Jedreka w nogę, na co mężczyzna zwinął się w jeszcze ciaśniejszy kłębek.

– Ten jest całkiem przystojny, jak na zmiennokształtnego, prawda? – stwierdził oceniająco Dolion i spojrzał na Jedreka.

– Znam kilka dam, które z chęcią zrobiłyby z niego swoje zwierzątko. Poleć straży, żeby traktowali go łagodnie, o ile będzie współpracować.

– Ale nie księżniczkę?

Dolion uśmiechnął się szyderczo w odpowiedzi.

– Ona nie będzie współpracować. Jej smok jej na to nie pozwoli.

Nie myli się, pomyślała moja smoczyca.

Król dał znak, a demony znajdujące się wokół wystąpiły naprzód. Dwa pochwyciły Jedreka i postawiwszy go na nogi, zaczęły popychać w kierunku zamku. Pozostała dwójka złapała mnie za ręce i szarpnięciem zmusiła do wstania, wykręcając mi przy tym boleśnie ramię.

Spojrzenie Doliona wędrowało po mojej twarzy, kiedy wyciągnął do mnie rękę. Walczyłam ze sobą, by się nie odsunąć, gdy delikatnie odgarniał mi włosy z policzka, a następnie przejechał wypielęgnowanymi paznokciami wzdłuż mojej szczęki aż do podbródka. Zwiększając nacisk palców, przechylił na bok moją głowę.

– Nawet taka zaniedbana jesteś piękna. Sam nie miałbym nic przeciwko, żeby wykorzystać cię w roli własnego zwierzątka. Jeden potężny smok na mojej smyczy i jego partnerka na każde moje zawołanie. – Cień uśmiechu wykrzywił mu usta, a mój smok, szarpiąc się, próbował wyrwać się z uścisku woli, by wyjść na wolność i zmiażdżyć kilka kości.

– Gdy tylko pozbędziemy się z ciebie tego smrodu, tak się stanie. Masz na to moje słowo, będziesz błagać o mojego kutasa. Nawet pozwolę twojemu smoczemu księciu oglądać, jak to będziesz robić, tuż przed tym, jak cię zabiję.

– Hmm, cóż za oferta – skwitowałam, puszczając do niego oczko. – To bardzo kuszące, ale niestety muszę podziękować. Mam słabość do kutasów w smoczych rozmiarach. Nie zadowalają mnie pomniejsze przystawki.

W odpowiedzi parsknął śmiechem.

– Nawet smoki upadają. Koniec końców zostaniesz moją małą owieczką spragnioną uwagi. A cały mój dwór będzie świadkiem twojego upadku.

Przeszył mnie dreszcz, ale powstrzymałam się od jakiegokolwiek ruchu.

– Obiecanki cacanki.

– Czas, wasza wysokość – podkreślił, podczas gdy jego wstrętny wzrok nadal błąkał się po moim ciele. – Wszystko, czego potrzeba, to czas. Nawet najsilniejsza istota złamie się pod wpływem odpowiedniej ilości czasu i nacisku. – Z jego spojrzenia wyzierał głód. – A ja mam cały czas tego świata.

Jego dłoń zjechała niżej, kierując się ku piersiom. Przygotowałam się na jego dotyk, jednak zanim dotarł do mojej klatki piersiowej, zatrzymał dłoń, a między jego brwiami pojawiła się zmarszczka.

Dotykanie mojej twarzy to jedno – Dolion miał wystarczającą ilość mocy, żeby móc przeciwstawić się wpływowi Nyfaina, wykonując tak łagodny gest – ale moje piersi to już zupełnie inna kwestia. Dotykanie mnie w tym miejscu byłoby o wiele bardziej intymne, erotyczne. Dlatego, próbując mnie tam dotknąć, odczuł w pełni potęgę smoczej ochrony. Nie miało znaczenia, że cudownego księcia nie było tu fizycznie, takiego z krwi i kości.

Dolion oderwał ode mnie dłoń i odwrócił się, gwałtownie ruszając w kierunku zamku, a grupa jego najsilniejszych sługusów podążyła w ślad za nim.

– Idziemy – zakomenderował demon pokryty czarnymi łuskami, popychając mnie do przodu.

W miarę wspinania się ku zamkowi uderzył w nas wiatr, przewracając mnie na bok w stronę Jedreka, który przycupnął w przemoczonych ubraniach, zerkając na coś za mną. Podążając za jego spojrzeniem, zobaczyłam szczyt wzgórza porośnięty surową roślinnością – nie było tam niczego poza kilkoma gołymi drzewami, wygiętymi pod wpływem nieustającego wiatru, cherlawych krzaków i trawy. Po drugiej stronie morze rozciągało się w nieprzeniknionej czerni. Moja smocza moc pozwalała mi widzieć w ciemnościach, w czarno-biało-żółtym spektrum, ale nie na tak dużą odległość jak ta. W ciągu dnia krajobraz zapewne wyglądałby tak, jakby morze ciągnęło się bez końca.

Zgraja Doliona szła naprzód w kierunku okazałego frontowego wejścia, zwieńczonego wielkim łukiem wjazdowym. Byłam za daleko, by dostrzec szczegóły. Oczywiście nie zmierzaliśmy w tamtą stronę, ponieważ zanim dotarliśmy na szczyt smaganego wiatrem wzgórza, strażnicy skręcili w prawo. Brnęliśmy dalej, wzdłuż murów zamku, najprawdopodobniej podążając najszybszą drogą do lochów.

Kiedy byliśmy już wystarczająco blisko zamczyska, spojrzałam na to monstrum, które licznymi wieżami sięgało nieba, praktycznie przebijając się przez grube deszczowe chmury. Albo tylko tak mi się wydawało.

Do czasu, aż dotarliśmy do małego wału u podstawy muru, zaczęły mnie boleć nogi. Znajdujące się w ogrodzeniu metalowe drzwi wyraźnie prowadziły w dół. Zawiasy zatrzeszczały, kiedy jeden z demonów przygarbił się i ciągnąc, otworzył wrota bez użycia klucza. Spojrzał w nieprzeniknioną otchłań, której ciemność nie zdradzała niczego.

– Czy jego wysokość wspomniał coś o magicznym zamknięciu? – zapytał, po czym po chwili wahania dodał głośniej: – Czy ktoś wie, czy zdjęli osłonę z wejścia? – Spojrzał na demona, który trzymał Jedreka, a jego płaska twarz wyrażała zaniepokojenie. – Czy ktokolwiek o to zapytał?

Osłona.

Ach, żaden klucz nie okazał się potrzebny, ponieważ zamek był magiczny. Cholera. Czytając o demonach i ich zamkach, starając się przygotować na ten moment, nie natknęłam się na taki rodzaj ich brudnej magii.

– Govam może zdjąć osłonę – rozległa się odpowiedź. – Dysponuje potrzebną do tego magią.

Tłum poruszył się, w poszukiwaniu wspomnianego Govama, kimkolwiek on był.

– Nie w tym momencie. – Głęboki, brzmiący na nieco znudzony głos rozbrzmiał gdzieś za mną. – Mam potrzebne umiejętności, ale stłumili mi je jako karę na czas trwania służby.

Kilka demonów zaczęło narzekać, ponownie zwracając się w kierunku demona stojącego niedaleko ziejącej ciemności.

– Spróbuj – odezwał się ponownie ktoś z tyłu. – Przejdź się kawałek.

– Co? Żeby stracić nogę? Spierdalaj. – Demon stojący przy drzwiach wypatrywał kogoś w gromadzącym się wokół nas tłumie. – Sonassa, ty spróbuj.

– Tak samo jak ty, Ressfu, ja również nie jestem skłonna stracić nogi, a też nie będę tą, którą jego wysokość ukaże za sprzeniewierzenie się swoim obowiązkom. – Kobiecy śmiech rozległ się gdzieś za mną.

Ressfu, demon stojący przy drzwiach, oblizał bladożółte usta, nieco jaśniejsze od reszty jego twarzy. Tak jak wszystkie znajdujące się w okolicy demony, posiadał zdolność przybierania ludzkiej formy, jednak najwyraźniej miał to gdzieś. Z drugiej strony, dlaczego miałby się tym przejmować? W końcu znajdował się wśród swoich, pozostali też byli w swoich naturalnych postaciach – począwszy od form pokrytych skórą podobną do ludzkiej, przez łuski, na piórach skończywszy.

– Zurgi, pobiegnij i dowiedz się, czy zabezpieczenia zostały wyłączone – zakomenderował Ressfu.

Z tyłu rozległo się niespokojne szuranie.

– To zajmie wieki. Wiesz dobrze, jak jest w lochach. Jego wysokość nie wprowadził tam żadnych zasad. Pozwala oficerom robić, co im się żywnie podoba, dopóki tworzą dla niego potwory.

Demon przy drzwiach spojrzał w nieprzeniknione ciemności, wyraźnie zastanawiając się, co dalej. Kiedy ponownie podniósł wzrok, jego spojrzenie przesunęło się po Jedreku i spoczęło na mnie. Na widok jego zdecydowanego spojrzenia, przewróciło mi się w żołądku.

– Ty, zmiennokształtna, chodź tutaj! – zawołał, wzywając mnie gestem.

Niepokój zaczął mrowić, objawiając się ciarkami na ciele.

Kurwa.ROZDZIAŁ DRUGI

FINLEY

– Nie ona, idioto. – Za moimi plecami rozległ się znajomy głos. Sonassa. ‒ To partnerka smoczego księcia, nasz król ma wobec niej plany. Poza tym nie słyszałeś, co powiedział? Prędzej czy później ona zostanie jego zwierzątkiem.

– Jego wysokość powiedział tylko, żeby nie uszkodzić jej twarzy i ramion, nie wspomniał nic o nogach – odparował Ressfu.

– Jestem pewna, że oczekuje, że nadal będą na swoim miejscu – nie dawała za wygraną Sonassa.

Ressfu spojrzał na kogoś za mną, prawdopodobnie na Sonassę, wyraźnie analizując jej słowa. Niepokój zagnieździł się w moim brzuchu, musiałam wymyślić, co zrobię, gdy postanowią sprawdzić zabezpieczenia, robiąc ze mnie królika doświadczalnego.

Żaden problem, pomyślała moja smoczyca. Złap tego chujka Ressfu i rzuć go prosto w tę czarną dziurę. Zobacz, czy umrze. Ostatecznie mogą nam skopać dupę, ale to i tak lepsze od stracenia nogi.

Cóż, miała rację.

– Dobra – odezwał się Ressfu, zanim odsunął się na bok. – Luru, chodź tu. Jesteś najniżej w hierarchii. Sprawdź, czy droga jest wolna, dotykając wejścia ogonem.

Luru, garbaty demon o chropowatej skórze, nie sprawiał wrażenia, jakby się z nim zgadzał. Zachowując neutralny wyraz twarzy, przysunął się bliżej, spoglądając w przestrzeń pomiędzy Ressfu a wejściem do lochów.

– Myślę, że raczej wszystko jest w porządku – stwierdził słabym głosem, stojąc na krawędzi wejścia. – Może i oficerowie nie są kontrolowani, ale zawsze są punktualni. Nieustannie pożądają nowych więźniów, szczególnie jeśli to smoki. Wiedzieli, że król planował przyprowadzić więźniów mniej więcej w tym czasie.

– Niby skąd mieli o tym wiedzieć? – zapytał Ressfu. – Obecność tych zmiennokształtnych nie była planowana.

– Nie, nie ci konkretni, ale jego wysokość prawie zawsze wraca z jakimiś zmiennokształtnymi z tamtego królestwa, prawda? I zawsze przysyła ich tą drogą, żeby ich oczyścić. Prawda?

Brzmiało, jakby Luru próbował przekonać sam siebie. A jednak sens jego słów dał mi do myślenia. Czy w takim razie w lochach znajdowali się ludzie z mojego królestwa – a nawet z mojej wioski?!

Z mocno bijącym sercem czekałam na rozwój wydarzeń. Luru dalej przedstawiał swoje argumenty do czasu, aż naprzód wystąpiły dwa demony i brutalnie go pochwyciły.

– Pójdę na około! – wrzeszczał, podczas gdy demony spychały go stopień za stopniem w kierunku drzwi. – Jestem szybki! Szybko biegam! A oficerowie mnie lubią. Pójdę… Nie!

Opuścili go jeszcze niżej, a on podwinął swój cienki ogon i ugiął nogi, zwisając nad ciemnością.

– Nie, proszę! – błagał.

– Rzućcie go – rozkazał Ressfu.

Luru zaczął krzyczeć i wić się, kiedy demony, które go złapały, zrzuciły go na coś, co na pewno było klatką schodową. Nadal się wijąc, spadł, uderzając w ziemię pod dziwnym kątem. Jego krzyki ustąpiły pełnym bólu stęknięciom. Po chwili dało się słyszeć, jak znowu krzyczy coraz ciszej, w miarę spadania ze schodów.

– Tchórz. – Ktoś wypluł to słowo.

Sonassa zaśmiała się w odpowiedzi.

– A ty? Myślisz, że podszedłbyś do takiej sytuacji z większym spokojem? Swoją drogą, nie zauważyłam, żebyś się zgłosił na ochotnika do tego zadania.

Kilka demonów zarechotało.

– Wszystko w porządku, osłony zostały zdjęte – stwierdził Ressfu, kiwając głową.

Dwa demony już zdążyły przejść przez wejście i zaczęły schodzić po schodach jeden za drugim, znikając w ciemnościach.

Trzymające mnie demony ruszyły do przodu, popychaniem zmuszając mnie do przyspieszenia, mimo że się nie ociągałam. Kiedy dotarliśmy do wejścia, powstrzymał nas Ressfu.

– Czekajcie – zarządził, mierząc wzrokiem moją twarz. Jego usta wykrzywiły się w złowieszczym uśmiechu. – Poszczęściło ci się, smoku. Musisz to wiedzieć. Zastanawiam się, co sprawi, że zaczniesz skomleć z bólu. Zawsze z przyjemnością oglądam, jak twoja rasa drży z przerażenia.

Demony obok mnie zaśmiały się mrocznie. Ressfu sięgnął po mnie i chwycił moje ramię w szponiastą łapę, szarpiąc w kierunku schodów. Ciemność skrywała to, co znajdowało się poniżej. Ciemność z rodzaju tych gęstych i nieprzeniknionych, co wskazywało na działanie magii.

– Czy twój rodzaj został tak wychowany, żeby nie odczuwać strachu? Zaraz to sprawdzimy.

Jego oddech cuchnął padliną. Wypchnął mnie za próg drzwi, prosto w nicość. Natychmiast porwała mnie grawitacja, szarpiąc w dół.

Osłaniaj głowę, ostrzegła moja smoczyca, uderzając we mnie swoją magią. Słodki ogień przepłynął przez żyły, zmysły się wyostrzyły, a proces myślenia przyspieszył w miarę obmywania przez magicznie zasilaną ciemność. Przestałam cokolwiek widzieć. Zamknęłam oczy, aby mnie to nie rozpraszało, skupiając się na pozostałych zmysłach i potrzebie przetrwania. W moje nozdrza uderzył odór wymiocin, moczu i rozkładu spowitego wonią stęchlizny, jakby pleśni. Okręciłam się i pochyliłam, żeby znajdować się bokiem do źródła smrodu. Chwilę później wpadłam na coś twardego, uderzając o róg na wpół biodrem, a na wpół przytoczoną do pasa pochwą na miecz. Stękając, owinęłam rękami głowę najściślej, jak to możliwe.

Trzymajcie się ludzie, zaraz zrobimy małe akrobacje, pomyślałam z desperacją, zwracając się do mojej wyimaginowanej publiczności, co robiłam zawsze w kryzysowych sytuacjach.

Smoczyca musiała wyczuć moje zdenerwowanie, ponieważ nie zareagowała na ten wewnętrzny monolog, nazywając mnie kretynką.

Poślizgnęłam się, tuż przed tym, jak siła rozpędu pozbawiła mnie równowagi, grożąc, że resztę drogi odbędę głową w dół. Wewnętrzne zwierzę nieustannie napełniało mnie mocą, czerpiąc ją od smoka Nyfaina. Dzieląca nas odległość nie miała znaczenia, nadal mogliśmy wyczuwać się przez więź. Świadomość, że byłam w tarapatach, a on nie mógł przyjść mi z pomocą, zapewne doprowadzała Nyfaina do szału, ale nie mogłam teraz o tym myśleć. Brałam od niego wszystko, co mogłam, żeby przetrwać.

Dodatkowa moc uśmierzyła ból i zmniejszyła zadrapania wywołane pierwszym upadkiem. Zwinęłam się w jeszcze ciaśniejszy kłębek i ustawiając pod kątem, przeleciałam do góry nogami, uderzając kostką o stopień. Z bólu ugięła się pode mną druga noga. Teraz moja górna część ciała przeleciała nad dolną. Byłam całkowicie pozbawiona kontroli. Bezwładnie pędziłam w dół.

Obok mnie, a następnie niżej zabrzęczał metal. Jakimś sposobem mój miecz musiał poluzować i wypaść z pochwy, a teraz, tak jak ja, spadał. Wprost fantastycznie. Jakbym potrzebowała kolejnej rzeczy, o którą musiałam się martwić.

Moja druga kostka trzasnęła o stopień.

Chrup.

Ogromne cierpienie przysłoniło cały mój świat, wyciskając łzy z oczu. Najprawdopodobniej była złamana. W najlepszym przypadku pęknięta.

Lot zdawał się trwać wieczność, a agonia wypełniająca moje ciało stawała się coraz bardziej nie do zniesienia wraz z każdym kolejnym uderzeniem w świeżo złamaną kostkę.

Kilka drżących chwil później spadłam na coś miękkiego. Moje nogi nie radziły sobie za dobrze, biorąc pod uwagę zderzenie z kamiennym podłożem z siłą wystarczającą do posłania gorących iskier czystego cierpienia w dół mojego ciała.

Z ciągle przymkniętymi oczami wzięłam przerywany wdech. Pozwoliłam samotnej łzie spłynąć po pulsującym policzku. Przynajmniej nie czułam, żeby coś się we mnie wbijało. Musiałam ominąć miecz.

Świat przestał wirować, a ja odniosłam wrażenie, że coś mokrego i ciepłego wsiąka mi we włosy. Mrugnęłam i otworzyłam oczy, bojąc się poruszyć, żeby nie urazić kostki. Rozejrzałam się po otaczających mnie grubo ciosanych ścianach, które nie były ani oświetlone, ani magicznie pokryte ciemnością. Moja smocza zdolność do widzenia w mroku była wystarczająco dobra, żebym zdała sobie sprawę, w jak przygnębiającym miejscu się znalazłam.

– Co on, kurwa, sobie myślał? – W górze rozległ się znajomy głos.

Govam, tak się do niego zwracali.

Bezceremonialnie złapał mnie za ramiona i podniósł, przez co zaczepiłam o coś stopą, a moja uszkodzona kostka zapulsowała.

Bolały mnie boki, czułam łupanie w plecach i pieczenie na ciele w miejscach, gdzie zdarłam skórę o kamień. Ale żyłam. Dotarłam na dół.

– Martwił się, żeby nie straciła nogi, a następnie zrzucił ją z pierdolonych schodów? Przecież mógł ją zabić.

Poczułam ukłucie w biodrze, zanim usłyszałam dźwięk wsuwanego do pochwy miecza. To Govam włożył miecz do osłony, upewniając się, że jest zabezpieczony. Musiał złapać go, gdy spadł, ratując mnie tym samym od śmierci przez nabicie się na własne ostrze.

– To nie nasz problem.

Wokół Govama unosił się silny zapach. Miał przyzwoity zasób mocy, większy od pozostałych demonów.

Stęknęłam, kiedy wreszcie dostrzegłam, czym było to miękkie coś, na czym wylądowałam. A raczej na kim. Na Luru, który nie miał się tak dobrze jak ja. Leżał z pękniętą czaszką, jego pierś lśniła od krwi. Musiał doznać złamań wewnętrznych, bo kości przebiły skórę.

Govam popchnął mnie na ścianę, zmuszając do przeniesienia ciężaru ciała na ranną nogę, przez co z mojej piersi o mało co nie wyrwał się zduszony szloch.

– Widzisz? – stwierdził Govam w chwili, gdy pojawił się drugi demon, o szerokiej twarzy i tak samo szerokim nosie, po czym zaczął mi się przyglądać.

Szeroka Twarz wskazał na moją kostkę, uniesioną w powietrzu i pulsującą.

– Jest kurewsko poturbowana – potwierdził.

– No trudno. Uzdrowi się. Kiedy ich magia nie jest stłumiona, smoki szybko się leczą.

– Co ją powstrzymuje przed zmianą? Nigdy nie miałem odwagi, żeby zapytać kogoś wyżej w hierarchii. Wydaje się głupotą pozwolić smokowi, żeby się zmienił. Są ogromne i złośliwe.

– Ten konkretny smok jeszcze nigdy się nie zmienił, tak myślę. Z tego, co zrozumiałem, podczas pierwszego razu musi być przez kogoś prowadzona, inaczej umrze.

– A co ze smokami, które znajdują się w lochach? Jak je teraz powstrzymamy, skoro magia została uwolniona?

Govam, wyglądający bardziej ludzko od pozostałych, jeśli pominąć delikatnie szary odcień skóry, podrapał się z namysłem po brodzie.

– Tylko kilka z nich pochodzi z jej królestwa. Z tego, co wiem, blokada została zdjęta, ale zmiennokształtni i tak potrzebują swojego alfy, żeby pomógł im uwolnić ich zwierzęta. Dopóki to się nie wydarzy, nie dysponują żadnymi przywilejami zmiennokształtności. A nawet jeżeli ta tutaj mogłaby uwolnić ich smoki, to nadal są uwięzione w lochach i zdążymy je zabić, zanim się stąd wydostaną. Nie są niezniszczalne.

Stałam kompletnie nieruchomo, upewniając się, że mam całkowicie nieobecny wyraz twarzy. Właśnie potwierdzili, że są tutaj smoki. Te z naszego królestwa musiały zostać schwytane bez wiedzy Nyfaina. Albo to, albo sam Nyfain nie mógł mi tego powiedzieć z powodu magicznego knebla wplecionego w klątwę. Mimo wszystko oznaczało to, że miałam pomoc. Potencjalnych sprzymierzeńców.

Szeroka Twarz pokręcił głową, zerkając najpierw na moje ciało, a następnie na oblicze.

– Doprowadzenie jej do porządku zajmie cholernie dużo czasu. Jest w totalnej rozsypce.

– Tak jak powiedziałeś, to nie nasz problem.

W ciemności gromadzącej się na klatce schodowej pojawiły się czyjeś nogi. Na pierwszym planie pojawił się Jedrek, ze świeżym śladem po uderzeniu, znaczącym jego policzek. Prawdopodobnie próbował się uwolnić i został pobity. Spowijająca zejście magia musiała wygłuszyć wszystkie dźwięki, bo nie dotarły do nas żadne odgłosy bicia. Przywódca, Ressfu pojawił się na schodach z ręką spoczywającą na ramieniu Jedreka. Rozejrzał się, zatrzymując spojrzenie na strzaskanym ciele Luru. Jego twarz wykrzywiła się w panice, która po chwili ustąpiła czystemu zaniepokojeniu. Musiał się zorientować, czyje to ciało. Chwilę później wbił we mnie wzrok, a sprawiał przy tym wrażenie, jakby mu ulżyło. Najwyraźniej żałował swojego wcześniejszego zachowania, tego, że poddał się głupiemu impulsowi i zrzucił mnie w dół. To dobra wiadomość. Liczyłam na to, że często będą ulegać takim impulsom. Głupie kreatury, nawet jeśli tylko czasami zachowywały się nierozsądnie, łatwiej było oszukać.

Pozostałe demony podążały za Ressfu, kilka z nich, schodząc po schodach, przyglądało się moim obrażeniom.

Kiedy Ressfu pokonał ostatni stopień, sięgnął po mnie.

– Jej kostka jest strzaskana – poinformował go Govam, nadal mnie trzymając. – Tak jak jej twarz. Odniosła też garstkę innych obrażeń, lecąc po schodach na łeb na szyję. – W jego głosie nie pobrzmiewało oskarżenie, a mimo to Ressfu najeżył się w odpowiedzi.

– Uleczy się – skwitował, szarpiąc mnie w kierunku tunelu.

Starałam się podskakiwać na jednej nodze, ale chcąc uniknąć upadku, musiałam rozłożyć ciężar ciała również na uszkodzoną kostkę. Agonia wybuchła w moim wnętrzu i nie byłam w stanie zdusić łkania. Starając się nie upaść, cały czas podskakiwałam na drugiej nodze. Na próżno. W chwili gdy straciłam równowagę, pochyliłam się do przodu i wyrzuciłam przed siebie ręce, żeby się czegoś złapać, czyjeś silne ramię owinęło się wokół mojej talii i przyciągnęło do nieznajomej klatki piersiowej.

– Pieprzony idiota – wymamrotał ledwo słyszalnie Govam, trzymając mnie w taki sposób, żebym mogła oprzeć się na zdrowej nodze. – Denski, złap ją z drugiej strony. Miejmy to już za sobą. Rzygam już tą wyprawą.

Ze zbiorowiska wyłonił się szczupły demon, jego zapach sugerował, że mocą dorównywał Govamowi, co oznaczało, że miał jej więcej niż Szeroka Twarz i prawdopodobnie Ressfu, chociaż trudno to było stwierdzić, biorąc pod uwagę, jak wiele demonów się tu zgromadziło.

Złapali mnie za ramiona, a ja kuśtykałam między nimi w stronę korytarza. Rozlegający się za nami odgłos szurania wskazywał, że reszta podążała za nami.

Minęliśmy zakręt i weszliśmy w mrok. Oczywiście wszyscy widzieli w ciemności, poza Jedrekiem, który potykał się w uścisku trzymających go demonów. Z chwilą zdjęcia klątwy ograniczenie zniknęło również z niego, tak jak ze wszystkich pozostałych mieszkańców Wyvern. Mimo to nie użyłam swojej mocy, żeby pomóc mu uwolnić jego zwierzę tylko po to, żeby mógł widzieć w ciemności. Obawiałam się, że spanikuje i spróbuje się zmienić.

Nad nami rozciągał się nisko zawieszony, zaokrąglony sufit z otworem na samym środku, przez który przebijała się wąska smuga czerwonawego światła. Przechodząc pod nim, spojrzałam ku górze, jednak niczego nie dostrzegłam. W miarę jak szliśmy, ciemność znowu zaczęła gęstnieć.

Nieco dalej tunel zaczął się lekko zwężać. Na pierwszy rzut oka zdawał się kończyć kratami, spomiędzy których przebijało to samo czerwonawe światło co wcześniej. Zza krat było widać więcej grubo ciosanych ścian, niczym nieróżniących się od tych, które mijaliśmy.

Govam zatrzymał się przed nimi bez słowa, a po chwili podszedł do nas Ressfu z kluczem w dłoni. Zanim otworzył drzwi, rzucił okiem na moje stopy. Następnie posyłając Govamowi twarde spojrzenie, skierował się do wejścia i skręcił w prawo.

Govam i Denski, nie patrząc na siebie ani razu, ruszyli w tym samym momencie. Kuśtykałam między nimi z pulsującą z bólu kostką, a pot pokrył całe moje ciało, chociaż panował tu lekki chłód.

Ze ścian zwieszały się pochodnie; było ich niewiele i zostały rozmieszczone bardzo rzadko, a jednak dawały wystarczająco dużo światła, żebym widziała wszystko bez konieczności sięgania do moich smoczych mocy. Nie miałam pojęcia, dlaczego elektronika czy też magicznie zasilane światło z poprzednich pomieszczeń zostało tu zastąpione pochodniami. Na rozdrożu skręciliśmy w prawo tylko po to, żeby dotrzeć do kolejnego skrzyżowania, na którym z kolei obraliśmy kierunek w lewo. Zauważałam subtelne zmiany na ścianach, mogące pomóc mi w znalezieniu drogi powrotnej, a w tym czasie moja smoczyca zapamiętywała poszczególne zapachy. Po jeszcze jednym zakręcie korytarz kończył się gigantyczną czaszką, której szczyt sięgał sufitu, a broda dotykała ziemi. Kości policzkowe rozciągały się na szerokość korytarza, a oczodoły jarzyły się na czerwono. W lekko uchylonej paszczy każdy ząb był ostro zakończony, nadając całości upiornego wrażenia.

Ressfu wszedł prosto w tę paszczę, a kiedy już dotarł do końca, sięgnął w bok czaszki i otworzył ją jak drzwi. Poniewczasie zorientowałam się, że to w rzeczywistości płaskorzeźba dająca złudne wrażenie trójwymiarowości.

– Fajowo – skomentowałam cicho, kiedy mijaliśmy wejście.

Demony obok mnie udawały, że niczego nie słyszą.

Po drugiej stronie smród przybrał na sile do takiego stopnia, że czułam się, jakbym w nim pływała. Ostra woń była jednocześnie zatęchła i kwaśna, przesycona zapachem potu, śmierci i rozkładu. Wydawała się tak gęsta, że czułam ją na języku, a oczy mi łzawiły. Moja smoczyca wzdrygnęła się na takie porażenie zmysłów.

Pomarańczowa poświata biła ze znajdującego się przed nami korytarza, który następnie ustąpił miejsca ogromnemu pomieszczeniu z rozciągającym się z niego mostem linowym, zwisającym nad przepaścią pełną czegoś, co wyglądało jak roztopiona lawa mieniąca się pomarańczą, żółcią i czerwienią. Nie biło od niej gorąco, a jednak powietrze wokół drżało.

– Trzeba ją przenieść – powiedział Denski, kiedy zatrzymaliśmy się przed wejściem na most.

Ressfu ruszył pierwszy, chwytając się łańcuchów z obu stron. Z każdym jego krokiem most lekko się bujał, a ubrania falowały pod wpływem prądów powietrza.

– Ja to zrobię – zaproponował Govam, na co Denski się odsunął, a Govam zwrócił się do mnie niskim głosem: – Smoku, wiem, że cierpisz, ale teraz musisz się wzorowo zachowywać. To nie czas na odpierdalanie dziwnych akcji. Nie masz dokąd uciec. Jeśli spróbujesz, daleko nie zajdziesz. A zabijając nas oboje, niczego nie zyskasz. Najlepiej, jeśli będziesz się dobrze zachowywać. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

Co on sobie myśli, że zamierzamy wrzucić siebie i jego do demonicznej lawy czy cokolwiek to, do cholery, jest?, zapytała moja smoczyca.

Na to wygląda. Ciekawe, czy inne smoki, które tu trafiły, były na tyle zdesperowane, żeby próbować skrócić swoje cierpienie w każdy możliwy sposób.

Ta myśl napełniła mnie smutkiem, jednak odepchnęłam emocje na bok. Jeśli rzeczywiście były na tyle zdesperowane, wykorzystam to, żeby wszystkich nas stąd wydostać.

Kiwnęłam i czekałam, aż Govam skończy mi się przyglądać. Kiedy najwyraźniej był usatysfakcjonowany i uznał, że nie kłamię, również kiwnął głową.

– Jak chcesz być niesiona? – zapytał.

Uniosłam brew.

– Wygodnie?

Pomiędzy jego brwiami pojawiła się zmarszczka.

– Govam, co to za opóźnienie? – zapytała demonica stojąca za jego plecami.

W tym czasie Ressfu zszedł z mostu po drugiej stronie rozpadliny i zniecierpliwiony, obejrzał się za siebie.

Govam nadal czekał, patrząc na mnie.

– W takim razie na barana – oznajmiłam.

Bez słowa odwrócił się do mnie plecami i kucnął, rozkładając ramiona, żebym mogła się na niego wspiąć. Denski wystąpił naprzód, żeby mi pomóc, a następnie Govam otoczył ramionami moje kolana i się wyprostował.

– Jestem tuż za tobą – zapewnił Denski, a ja poczułam, że chwyta mnie za koszulkę w okolicach krzyża.

– Jak wielu ludzi próbowało się zabić, rzucając się z krawędzi…

Ledwo skończyłam wypowiadać te słowa, zanim runęła na mnie fala brutalnego strachu. Z chwilą wejścia na most surowe przerażenie chwyciło mnie za serce. Oblał mnie zimny pot i nagle poczułam desperacką potrzebę rzucenia się do ucieczki. Ratowania się. Rzucenia z mostu, byle tylko to zakończyć.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: