Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Królowa Ogrodów Kosmosu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3484 pkt
punktów Virtualo

Królowa Ogrodów Kosmosu - ebook

Pragnienia mają swoją cenę – a Ziemia musi ją zapłacić.

Nad Ziemię nadciąga kataklizm, który ma oczyścić ją ze złej energii nagromadzonej na wyspie zamieszkałej przez Alantów. Ta pradawna rasa zapędziła się w dążeniu do nieśmiertelności i teraz musi stawić czoła własnemu końcowi.

Ludzie przygotowują się do opuszczenia znanych sobie krain. Pragną schronić się w wysokich górach, gdyż upatrują w nich szansy na przetrwanie, a na ich czele staje młoda Irika, mieszkanka krainy nad oceanem. W tym samym czasie jej ukochany, Gerumid, próbuje znaleźć sposób na ocalenie Ziemi i udaje się na Alantę.

Tam, gdzie wszystko się zaczęło – i gdzie wszystko może się skończyć.

„Królowa Ogrodów Kosmosu” to niezwykła powieść o granicach ludzkiego poznania, pragnieniu nieśmiertelności i sile, która tworzy oraz niszczy całe światy. To podróż przez przestrzeń, czas i emocje – aż po sam początek istnienia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-301-6
Rozmiar pliku: 1 006 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I

IRI­KA

Pła­ski te­ren spra­wiał, że Bin, sto­ją­cy na nie­wiel­kim, nie­po­ro­śnię­tym ni­czym oprócz traw wznie­sie­niu, wi­dział przed so­bą da­le­ką prze­strzeń. Znał każ­dy skra­wek te­go te­re­nu i z przy­jem­no­ścią pa­trzył, jak wierz­choł­ki drzew po­chy­la­ły się na sła­bym wie­trze. Wy­so­kie so­sny sta­ły od­dzie­lo­ne od sie­bie, a prze­strzeń mię­dzy ni­mi wy­peł­nia­ły brzo­zy, two­rząc z li­ścia­sty­mi krze­wa­mi nie­wiel­kie za­gaj­ni­ki. Zie­mia by­ła po­kry­ta tra­wą, któ­ra do­pie­ro co się za­zie­le­ni­ła, a ca­ły ob­szar prze­ci­na­ły nie­bie­skie wstę­gi wol­no pły­ną­cych rzek. Naj­bli­żej nie­go, pra­wie u stóp wzgó­rza, wi­ła się, po­ły­sku­jąc drob­ny­mi ni­czym ry­bia łu­ska fa­la­mi, do­stoj­na La­na. Nie­co da­lej, z pra­wej stro­ny, wpa­da­ła do niej in­na, rów­nie sze­ro­ka rze­ka, któ­ra na­zy­wa­ła się Le­na. Ich ra­mio­na two­rzy­ły ze wznie­sie­nia trud­no do­stęp­ną en­kla­wę.

Bin ob­ró­cił się, by prze­biec wzro­kiem po ca­łym ho­ry­zon­cie. Te­re­ny po za­chod­niej stro­nie się­ga­ły aż do nie­wi­docz­ne­go stąd mo­rza, a po wschod­niej rów­nież nie­wi­docz­nych gór.

Ubie­głej je­sie­ni zza La­ny przy­by­ła gru­pa lu­dzi. Przy­wę­dro­wa­li z bar­dzo da­le­ka, znad oce­anu. Bin ni­g­dy nie był nad oce­anem. Naj­dal­szy­mi po­dró­ża­mi, ja­kie od­był, by­ły wę­drów­ki do wiel­kie­go je­zio­ra w gó­rach, gdzie znaj­du­ją się źró­dła rze­ki Le­ny. Nie­wie­le ro­dzin za­miesz­ki­wa­ło tam­te te­re­ny. Do­mo­stwa tych, któ­rzy go­dzi­li się na cięż­kie wa­run­ki, znaj­do­wa­ły się w od­da­le­niu kil­ku dni mar­szu od sie­bie. Jed­ną z tych ro­dzin by­li je­go krew­ni miesz­ka­ją­cy na sa­mym brze­gu je­zio­ra. Da­lej kra­ina by­ła już bez­lud­na, a nie­bo­sięż­ne gó­ry ja­śnia­ły bla­skiem śnie­gu wiecz­nie le­żą­ce­go na ich szczy­tach. Je­dy­nie my­śli­wi za­pusz­cza­li się w tam­te miej­sca. Bin znał się na my­śli­stwie i czas od­wie­dzin u wu­jo­stwa wy­ko­rzy­sty­wał na po­lo­wa­nia. Wte­dy przez wie­le dni wę­dro­wał po gó­rach, po­zna­jąc ich roz­le­głe te­re­ny, któ­re sta­no­wi­ły prak­tycz­nie gra­ni­cę cy­wi­li­za­cji.

Te­raz, sto­jąc na wzgó­rzu, przy­po­mniał so­bie wy­da­rze­nie sprzed pra­wie pół ro­ku. Ko­bie­ta, a ra­czej dziew­czy­na, któ­ra prze­wo­dzi­ła wę­drow­com, by­ła wy­so­ka i zgrab­na. Ciem­ne wło­sy mia­ła dość krót­ko ob­cię­te. Ubra­na by­ła w kom­bi­ne­zon z ma­te­ria­łu, na któ­ry na­rzu­ci­ła do­pa­so­wa­ną do fi­gu­ry kurt­kę. Na no­gach no­si­ła so­lid­ne trze­wi­ki ze skó­ry. Od pierw­sze­go spo­tka­nia wzbu­dzi­ła w nim za­ufa­nie, a jed­no­cze­śnie bar­dzo mu się spodo­ba­ła. Na­zy­wa­ła się Iri­ka. Przy­by­sze za­trzy­ma­li się w je­go wio­sce, by prze­cze­kać nad­cho­dzą­cą zi­mę. Bin na wła­sną proś­bę zo­stał ich opie­ku­nem.

W tam­tym cza­sie więk­szość lu­dzi od wie­lu mie­się­cy od­czu­wa­ła nie­po­kój, któ­re­go źró­dła nikt nie po­tra­fił okre­ślić. Roz­mo­wy z cu­dzo­ziem­ca­mi, wę­dru­ją­cy­mi po świe­cie kup­ca­mi i przy­by­sza­mi po­zwo­li­ły usta­lić, że na­pię­cie i oba­wa o przy­szłość by­ły po­wszech­ne we wszyst­kich kra­inach two­rzą­cych zna­ny świat. Prze­ka­zy­wa­no so­bie wi­zje o wiel­kim za­gro­że­niu i nie­szczę­ściach, ja­kie mia­ły do­tknąć lu­dzi. Nikt nie umiał jed­nak udzie­lić in­for­ma­cji o przy­czy­nie ka­ta­stro­fy, a to skut­ko­wa­ło tym, że nie zna­no spo­so­bu za­że­gna­nia nie­szczę­ścia. Przy­by­cie wę­drow­ców wzbu­dzi­ło ogrom­ną cie­ka­wość. Za­sta­na­wia­no się, ja­ki ma zwią­zek z za­po­wie­dzią świa­to­wej ka­ta­stro­fy.

Bin ucie­szył się, że po­wie­rzo­no mu czu­wa­nie nad przy­by­sza­mi. Da­wa­ło mu to moż­li­wość czę­ste­go kon­tak­tu z ni­mi, a chciał się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej o przy­czy­nach nie­po­ko­ju na świe­cie. Nie bez zna­cze­nia, a mo­że na­wet istot­niej­sze by­ło to, że w każ­dej chwi­li mógł spo­ty­kać się z Iri­ką. Już na tym pierw­szym spo­tka­niu za­da­wał lu­dziom wie­le py­tań – ich od­po­wie­dzi jed­nak ni­cze­go mu nie wy­ja­śnia­ły i go nie uspo­ka­ja­ły.

– Pró­bu­je­my się oca­lić przed wiel­ką ka­ta­stro­fą, któ­ra ma ogar­nąć ca­łą zie­mię. – Usły­szał, gdy za­py­tał o po­wód i cel ich wę­drów­ki. – Prze­po­wied­nie i pro­roc­twa mó­wią, że na­stą­pi ona nie­ba­wem i bę­dzie wszech­ogar­nia­ją­cym ka­ta­kli­zmem. Je­dy­nym miej­scem ra­tun­ku ma­ją być wy­so­kie gó­ry. Tam więc idzie­my. Z wiel­kim bó­lem roz­sta­li­śmy się ze swo­imi bli­ski­mi i krew­ny­mi. Opu­ści­li­śmy te­re­ny, na któ­rych ży­li­śmy od nie­pa­mięt­nych cza­sów. To Iri­ka prze­ko­na­ła nas do te­go. Ci, któ­rych tu wi­dzisz, uwie­rzy­li jej, ale wie­lu po­zo­sta­ło w swo­ich do­mach.

– Dłu­go wę­dru­je­cie? – spy­tał Bin.

– O tak. – Usły­szał prze­cią­głą od­po­wiedź. – Z wio­ski wy­szli­śmy że­gna­ni pła­czem i la­men­tem po­zo­sta­ją­cych. Wszy­scy na­si bli­scy, krew­ni, ro­dzi­ce wie­dzie­li, że już ni­g­dy się nie zo­ba­czy­my. Od te­go pa­mięt­ne­go dnia wę­dru­je­my co­dzien­nie od ra­na do zmierz­chu. Prze­by­li­śmy już więk­szość dro­gi. Nie­dłu­go do­trze­my do gór i w ich naj­wyż­szych, moż­li­wych jesz­cze do za­sie­dle­nia par­tiach, za­ło­ży­my osie­dle. Bę­dzie­my tam cze­kać na ka­ta­klizm, ma­jąc na­dzie­ję, że tra­gicz­ne pro­roc­two się nie speł­ni.

Bin słu­chał tych opo­wie­ści, przy­pa­tru­jąc się jed­no­cze­śnie Iri­ce. Fa­scy­no­wa­ła go jej po­stać, zgrab­ne ru­chy oraz pew­ne i wy­ra­zi­ste ge­sty. Wkrót­ce za­uwa­żył, jak wie­lo­krot­nie spo­glą­da­ła w je­go stro­nę, a to po­zwo­li­ło mu mieć na­dzie­ję, że nie jest jej obo­jęt­ny.

Na dru­gi dzień, wcze­snym ran­kiem, Bin po­szedł do obo­zo­wi­ska z pro­po­zy­cją od­by­cia wspól­nych mo­dłów z oka­zji ob­cho­dzo­ne­go świę­ta. Oka­za­ło się jed­nak, że przy­szedł zbyt wcze­śnie i więk­szość lu­dzi jesz­cze spa­ła, ale nie Iri­ka. Zo­ba­czył ją, jak sta­ła przed swo­im na­mio­tem, coś przy nim po­pra­wia­jąc. Dziew­czy­na wy­czu­ła, że jest przez ko­goś ob­ser­wo­wa­na, ro­zej­rza­ła się. Ich wzrok się spo­tkał. Wte­dy po­de­szła do Bi­na, wzię­ła go za rę­kę, jak­by od daw­na się zna­li, i po­pro­wa­dzi­ła ścież­ką wzdłuż stru­my­ka.

– Chcesz wie­dzieć, dla­cze­go tu je­ste­śmy? Opo­wiem ci wszyst­ko od po­cząt­ku. – Nie cze­ka­jąc na przy­zwo­le­nie, Iri­ka roz­po­czę­ła dłu­gą opo­wieść.

By­ło to już bar­dzo daw­no te­mu. By­łam wte­dy mło­dą, cie­kaw­ską pa­nien­ką po­szu­ku­ją­cą swo­je­go miej­sca na świe­cie. Któ­re­goś dnia obu­dzi­łam się wcze­śnie ra­no, bo w cha­cie moc­no pach­nia­ło dy­mem. Przy­po­mnia­łam so­bie, że oj­ciec i moi dwaj bra­cia uma­wia­li się na ry­by. Do­my­śli­łam się, że wy­cho­dząc, do­rzu­ci­li chru­stu do ognia, któ­ry te­raz nad­mier­nie dy­mił. Le­ża­łam przy­kry­ta mięk­ką po­ście­lą. Pod­nio­słam gło­wę i ro­zej­rza­łam się. By­ło ja­sno. Zo­ba­czy­łam śpią­cą mat­kę, mo­ją sio­strę z jej dwoj­giem dzie­ci i bab­cię. Męż­czyzn nie by­ło. „To do­brze” – po­my­śla­łam – „lu­bię pie­czo­ne ry­by”. Wsta­łam, za­bra­łam w rę­ce mo­ją odzież zdję­tą na noc i pra­wie nie­ubra­na wy­szłam z cha­ty. Po­czu­łam rześ­ki chłód. By się roz­grzać, po­bie­głam w stro­nę stru­my­ka. Za­sta­łam już tam dwie ko­bie­ty z dzieć­mi. W cie­płe dni stru­myk słu­żył nam do ką­pie­li, to­a­le­ty i pra­nia, ale miał jesz­cze jed­ną waż­ną funk­cję. W dro­dze do nie­go i nad je­go brze­giem moż­na by­ło spo­tkać wszyst­kich lu­dzi z wio­ski. Wy­mie­nia­no się tu in­for­ma­cja­mi o drob­nych i po­waż­nych spra­wach, ale też za­wzię­cie plot­ko­wa­no. Tym ra­zem usły­sza­łam do­no­śny wrzask dzie­ci, któ­re ich mat­ki bez­li­to­śnie pod­da­wa­ły oczysz­cza­ją­ce­mu dzia­ła­niu zim­nej wo­dy. Po­zdro­wi­łam obie ko­bie­ty gło­śnym okrzy­kiem, na co usły­sza­łam we­so­łą od­po­wiedź i jesz­cze więk­szy pisk dzie­ci.

We­szłam do stru­mie­nia nie­co wy­żej od za­sta­nej gro­mad­ki, schy­li­łam się i za­nu­rzy­łam rę­ce w prze­pły­wa­ją­cej wo­dzie. Na­bra­łam jej w zło­żo­ne dło­nie, wy­pro­sto­wa­łam się i od­chy­li­łam gło­wę tak, jak­bym chcia­ła kon­tem­plo­wać ob­ło­ki. Wów­czas gwał­tow­nie unio­słam rę­ce, by wo­da wy­la­ła mi się na twarz. Uwiel­biam mo­ment, gdy zim­ne kro­ple spły­wa­ją po mnie ciur­kiem. Roz­ko­szu­ję się wte­dy od­czu­ciem gę­siej skór­ki, któ­ra stop­nio­wo obej­mu­je każ­dy za­ka­ma­rek cia­ła. Za­czę­łam ener­gicz­nie roz­cie­rać wo­dę. Skó­ra szyb­ko się na­sy­ci­ła i roz­grza­ła. Mo­głam się już ubrać. Na cien­ką, de­li­kat­ną ko­szul­kę ubra­łam suk­nię się­ga­ją­cą ko­lan, na nią kurt­kę bez rę­ka­wów, a no­gi obu­łam w san­da­ły z gru­bej skó­ry. Po­tem, by uło­żyć wło­sy, uję­łam je w dło­nie.

– Weź. – Usły­sza­łam na­gle obok sie­bie. To był Grid. Lu­bi­łam go. Czę­sto urzą­dza­li­śmy wspól­ne za­ba­wy, ką­pie­le w mo­rzu lub po pro­stu cho­dzi­li­śmy do la­su zbie­rać grzy­by i ja­go­dy. Był mo­im ró­wie­śni­kiem.

– Zro­bi­łem go dla cie­bie. Je­że­li po­zwo­lisz, to po­mo­gę ci roz­cze­sać wło­sy – do­koń­czył.

Spoj­rza­łam na wy­cią­gnię­tą rę­kę. Trzy­mał w niej grze­bień. Uśmiech­nę­łam się.

– Dzię­ku­ję, grze­bień wy­pró­bu­ję, ale cze­sać bę­dę się sa­ma – od­po­wie­dzia­łam. – Nie po­trwa to dłu­go, bo nie­daw­no cze­sa­ła mnie bab­cia.

Grze­bień był ład­ny i wy­god­ny. Wy­rzeź­bio­no na nim sce­nę z cie­trze­wia­mi. De­li­kat­ne li­nie ry­tów wier­nie od­da­wa­ły szcze­gó­ły upie­rze­nia i lek­kość pta­sich ru­chów.

– Ład­ny.

– Kość dał mi oj­ciec. Gdy po­ka­za­łem mu go­to­wy grze­bień i po­wie­dzia­łem, że zro­bi­łem go dla cie­bie, był za­do­wo­lo­ny i się uśmiech­nął.

Wte­dy zro­zu­mia­łam, że Grid przy­szedł do mnie nie tyl­ko po to, by po­da­ro­wać mi grze­bień. Był na­pię­ty i pa­trzył na mnie z nie­pew­no­ścią. Chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale się ocią­gał. Do­my­śli­łam się, że chciał wy­znać mi swo­je uczu­cia. Nie chcia­łam do te­go do­pu­ścić. W je­go bli­sko­ści mo­je ser­ce nie bi­ło moc­niej, a w pier­siach nie czu­łam drże­nia. Nie ko­cha­łam go. Był też in­ny po­wód – nie­pew­ność co do przy­szło­ści ota­cza­ją­ce­go nas świa­ta. Od pew­ne­go cza­su, z każ­dym mie­sią­cem wy­raź­niej ob­ja­wia­ła się we mnie umie­jęt­ność od­czu­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści do­tych­czas dla mnie ukry­tych. Wy­czu­wa­łam nie­spo­koj­ne drże­nia zie­mi i po­wie­trza, sły­sza­łam prze­peł­nio­ne stra­chem dźwię­ki do­cie­ra­ją­ce do mnie z roz­iskrzo­ne­go gwiaz­da­mi nie­ba. Emo­cje, ja­kich z te­go po­wo­du do­zna­wa­łam, by­ły nie­po­ko­ją­ce.

– Chodź ze mną – ode­zwa­łam się do Gri­da, by prze­rwać mil­cze­nie oraz nie do­pu­ścić do wy­ja­wie­nia głów­ne­go po­wo­du je­go wi­zy­ty. – Idę na ło­wi­sko, gdzie mój oj­ciec i bra­cia od wcze­sne­go ran­ka ło­wią ry­by.

Nie cze­ka­łam na je­go de­cy­zję i ru­szy­łam w dro­gę. Ło­wi­sko by­ło w miej­scu, gdzie stru­myk wpa­dał do sze­ro­kiej na kil­ka­dzie­siąt me­trów, le­ni­wie pły­ną­cej Ta­gi. Do­syć sze­ro­ka ścież­ka pro­wa­dzi­ła brze­giem rzecz­ki, pro­stu­jąc nie­któ­re za­ko­la. Ką­tem oka wi­dzia­łam, że Grid z ocią­ga­niem ru­szył za mną. Trzy­mał się jed­nak kil­ka me­trów z ty­łu. Wi­dać by­ło, że zro­zu­miał zna­cze­nie mo­je­go za­cho­wa­nia i roz­wa­żał, co po­wi­nien zro­bić.

Szli­śmy bez słów. Nie­spo­dzie­wa­nie, z przo­du, w nie­wiel­kiej od nas od­le­gło­ści, usły­sza­łam ci­chy sze­lest i trzask ła­ma­nych ga­łą­zek. Oko­li­ca wio­ski nie by­ła nie­bez­piecz­na. Dzi­kie zwie­rzę­ta rzad­ko pod­cho­dzi­ły pod za­bu­do­wa­nia i nikt nie pa­mię­tał, by kie­dy­kol­wiek za­ata­ko­wa­ły lu­dzi. Prze­stra­szy­łam się jed­nak i przy­sta­nę­łam. Grid pod­szedł do mnie i sta­nął obok. Na­słu­chi­wa­li­śmy. Oprócz szu­mu wy­wo­ła­ne­go wia­trem nic nie by­ło sły­chać. Chwi­lę po­tem usły­sza­łam głos i zo­ba­czy­łam zna­jo­mą po­stać.

– Nie bój­cie się. To ja. Mia­łem ocho­tę po­mysz­ko­wać po oko­li­cy. A wy do­kąd idzie­cie?

Na ścież­kę, tuż przed na­mi, wy­szedł Ge­ru­mid. Pa­trzył na Gri­da i uśmie­chał się iro­nicz­nie. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­dał na­stęp­ne py­ta­nie:

– Co to, bo­isz się sa­ma cho­dzić i zna­la­złaś so­bie ochro­nę?

Iri­ka prze­rwa­ła opo­wieść i zwró­ci­ła się do Bi­na:

– Wy­ja­śnię ci, kim jest Ge­ru­mid, gdyż jest to bar­dzo waż­na oso­ba i od­gry­wa w dzie­ją­cych się wy­da­rze­niach za­sad­ni­czą ro­lę.

Ro­zej­rza­ła się wo­kół, a za­uwa­żyw­szy zwa­lo­ne drze­wo, usia­dła na nim i za­pro­si­ła ge­stem Bi­na, by do niej do­łą­czył. Kon­ty­nu­owa­ła swo­ją hi­sto­rię:

Miesz­ka­my w An­do­nii, kra­inie le­żą­cej nad mo­rzem, a w za­sa­dzie nad za­to­ką wiel­kie­go oce­anu. Prze­wo­dzi nam oj­ciec Ge­ru­mi­da, mą­dry, roz­waż­ny i bar­dzo od­po­wie­dzial­ny czło­wiek. Je­go eru­dy­cja, na­by­ta pod­czas wę­dró­wek, w trak­cie któ­rych prze­mie­rzył ca­ły kon­ty­nent od oce­anu do oce­anu, prze­wyż­sza wie­dzę wszyst­kich lu­dzi. Bar­dzo lu­bi­łam słu­chać je­go opo­wie­ści. To dzię­ki nie­mu do­wie­dzia­łam się, że na po­łu­dniu kon­ty­nen­tu, na ma­łych, od­izo­lo­wa­nych od oto­cze­nia te­re­nach, miesz­ka­ją pry­mi­tyw­ne isto­ty po­dob­ne do nas. Mi­mo że po­ro­zu­mie­wa­ją się mo­wą, są na ty­le od­mien­ne, że nie za­li­cza­my ich do na­szej ra­sy. Ca­łą po­zo­sta­łą zie­mię za­sie­dla­ją lu­dzie ta­cy jak my, po­sia­da­ją­cy bar­dzo po­dob­ny ję­zyk, wy­zna­ją­cy te sa­me za­sa­dy mo­ral­ne i ma­ją­cy wspól­ne fun­da­men­ty re­li­gii. Róż­ni nas tyl­ko sto­pień roz­wo­ju ma­te­rial­ne­go. Naj­wy­god­niej urzą­dzi­li się lu­dzie miesz­ka­ją­cy bli­sko wy­brze­ża oce­anicz­ne­go. Roz­wi­nę­li kul­tu­rę i sztu­kę oraz ota­cza­ją się kunsz­tow­nie wy­ko­na­ny­mi przed­mio­ta­mi zbyt­ku. Po­sia­da­ją szko­ły, w któ­rych kształ­cą mło­dych. W par­kach i miej­scach pu­blicz­nych usta­wia­ją prze­pięk­ne rzeź­by przed­sta­wia­ją­ce wy­bit­nych lu­dzi, a tak­że sce­ny ze zwie­rzę­ta­mi i mo­ty­wa­mi ro­ślin­ny­mi. Opa­no­wa­li umie­jęt­ność ob­rób­ki ka­mie­ni bez uży­cia na­rzę­dzi. Do­ko­nu­ją te­go, ge­ne­ru­jąc fa­le wpły­wa­ją­ce na for­mę i struk­tu­rę skał. Dzię­ki te­mu wzno­szą im­po­nu­ją­ce bu­dow­le. Sztu­ki tej na­uczy­li ich miesz­kań­cy ogrom­nej wy­spy po­ło­żo­nej na środ­ku oce­anu. Lu­dzie stam­tąd, któ­rych na­zy­wa­my Alan­ta­mi, od­wie­dza­ją cza­sem lu­dzi miesz­ka­ją­cych wzdłuż wy­brze­ży i prze­ka­zu­ją im cen­ne in­for­ma­cje. Uczą ich upra­wy zie­mi, me­dy­cy­ny i uzdra­wia­nia oraz tech­no­lo­gii bu­do­wy róż­nych ma­szyn i urzą­dzeń. W cza­sie ich wi­zyt do­cho­dzi czę­sto do nie­wy­tłu­ma­czal­nych zda­rzeń. W ta­jem­ni­czy spo­sób zni­ka wte­dy wie­lu lu­dzi. W więk­szo­ści przy­pad­ków ni­g­dy nie znaj­do­wa­no na­wet ich ciał. Je­dy­nie spo­ra­dycz­nie, nie­raz do­pie­ro po kil­ku dniach, tra­fia­no na oka­le­czo­ne szcząt­ki. Cho­ciaż ni­g­dy nie zna­le­zio­no do­wo­dów, uwa­ża­no, że przy­czy­nia­ją się do te­go lu­dzie z wy­spy. W naj­gor­szych wa­run­kach ży­ją lu­dzie z in­te­rio­ru, naj­bar­dziej od­da­le­ni od wy­brze­ża. Ich kon­takt z na­szą cy­wi­li­za­cją jest rzad­ki i dla­te­go od­bie­ga­ją od na­szych stan­dar­dów. An­do­nia i mo­ja wio­ska wcho­dzą w skład Ibe­ra­ny, kra­iny obej­mu­ją­cej ob­szar nad brze­giem oce­anu i mórz. Naj­więk­szym mia­stem Ibe­ra­ny jest Bil­bio, któ­re le­ży nad oce­anem. Przy­by­wa­ją do nie­go kup­cy i po­dróż­ni z naj­dal­szych za­kąt­ków. Dzię­ki nim zdo­by­wa­my in­for­ma­cje o wszyst­kich waż­nych zda­rze­niach, któ­re mia­ły miej­sce na świe­cie. W Bil­bio znaj­du­je się szko­ła, w któ­rej uzy­sku­je­my wie­dzę i umie­jęt­no­ści po­zwa­la­ją­ce nam wieść do­stat­nie ży­cie.

Mło­dzi lu­dzie z mo­jej wio­ski re­gu­lar­nie po­bie­ra­ją w niej na­uki. Obo­wiąz­kiem uczniów, któ­rych się tam wy­sy­ła, jest prze­ka­zy­wa­nie uzy­ska­nej wie­dzy i umie­jęt­no­ści ca­łej spo­łecz­no­ści. Po­zwa­la to wszyst­kim za­po­znać się z naj­now­szą wie­dzą i me­to­da­mi pro­duk­cji, co przy­czy­nia się do po­lep­sza­nia ja­ko­ści na­sze­go ży­cia.

Ge­ru­mi­da, w to­wa­rzy­stwie trzech in­nych ko­le­gów, wy­sła­no na na­uki do mia­sta, ale tym ra­zem otrzy­ma­li do­dat­ko­we po­le­ce­nie. W związ­ku z po­wta­rza­ją­cy­mi się pro­roc­twa­mi i prze­po­wied­nia­mi ka­ta­stro­fy, któ­ra mia­ła na­wie­dzić Zie­mię, mie­li się do­wie­dzieć, co o tym mó­wią w Bil­bio, czy po­dej­mo­wa­ne są środ­ki za­rad­cze, a naj­waż­niej­sze – jak się ra­to­wać.

Sie­dze­nie na pniu nie by­ło wy­god­ne, więc Iri­ka prze­rwa­ła na chwi­lę opo­wieść, by po­pra­wić swo­je uło­że­nie. Bin wy­ko­rzy­stał ten mo­ment i przy­su­nął się tak bli­sko, że do­tknę­li się ra­mio­na­mi. Wy­czu­wa­jąc, że nie by­ła te­mu nie­przy­chyl­na, ujął jej dłoń. Iri­ka rze­czy­wi­ście nie za­pro­te­sto­wa­ła, a wręcz prze­ciw­nie – od­wró­ci­ła się w je­go stro­nę, uchwy­ci­ła je­go dru­gą dłoń i czu­le się uśmiech­nę­ła. Po­zo­sta­li w tej po­zy­cji, a ona roz­po­czę­ła ko­lej­ną część swe­go opo­wia­da­nia:

– Gdy Ge­ru­mid z to­wa­rzy­sza­mi do­tarł do szko­ły, na oce­anie w po­bli­żu mia­sta za­uwa­żo­no sta­tek Alan­tów. Mło­dzi, bez­ro­zum­nie za­cie­ka­wie­ni, ca­łą czwór­ką uda­li się na wy­brze­że, by od­szu­kać i zo­ba­czyć przy­by­szów. Po trzech dniach do szko­ły wró­cił tyl­ko Ge­ru­mid – in­nych ni­g­dy już nie zo­ba­czo­no. Za­raz po po­wro­cie chło­piec twier­dził, że nic nie wie i ni­cze­go nie pa­mię­ta. Dzi­wił się, że mi­nę­ły już trzy dni, wy­da­wa­ło mu się, że nie by­ło żad­ne­go upły­wu cza­su i że jesz­cze ni­g­dzie nie po­szli. Nic nie wie­dział o lo­sie ko­le­gów. Gdy wró­cił do na­szej wio­ski, z cza­sem po­wró­ci­ła mu pa­mięć o tym tra­gicz­nym zda­rze­niu. Po­wo­li przy­po­mi­nał so­bie szcze­gó­ły tam­tych nie­szczę­snych dni. Twier­dził, że zo­sta­li upro­wa­dze­ni przez Alan­tów, a on otrzy­mał od nich mi­sję, któ­ra mia­ła po­le­gać na prze­ka­za­niu wszyst­kim lu­dziom ostrze­że­nia przed nad­cho­dzą­cą ka­ta­stro­fą. Miał rów­nież prze­ka­zać wie­dzę o po­cząt­kach Ko­smo­su, po­wsta­niu ra­sy Alan­tów, na­szym po­cho­dze­niu oraz przy­czy­nach nad­cho­dzą­ce­go ka­ta­kli­zmu.

Iri­ka pu­ści­ła dłoń Bi­na, wsta­ła i za­czę­ła prze­cha­dzać się wo­kół. Kon­ty­nu­owa­ła opo­wieść:

– O Ge­ru­mi­dzie jesz­cze wie­le usły­szysz, gdyż jest po­sta­cią two­rzą­cą na­sze dzie­je. Te­raz jed­nak do­koń­czę hi­sto­rię mo­jej wy­pra­wy z Gri­dem – po­wie­dzia­ła Iri­ka, wra­ca­jąc do mo­men­tu spo­tka­nia z Ge­ru­mi­dem.

– Idzie­my na ło­wi­sko, gdzie oj­ciec i moi bra­cia ło­wią ry­by – od­po­wie­dzia­łam szyb­ko, aby za­po­biec za­tar­go­wi z Gri­dem, któ­ry po­czuł się ura­żo­ny.

– Tak? Wi­dzia­łem ich, wra­cam stam­tąd. Ma­ją uda­ny po­łów – po­wie­dział Ge­ru­mid, sta­ra­jąc się za­ła­go­dzić swo­ją wcze­śniej­szą wy­po­wiedź. – Ład­nie wy­glą­dasz – szep­nął mi do ucha, po czym mi­nął nas i znik­nął za za­krę­tem ścież­ki. Z Gri­dem ru­szy­li­śmy da­lej.

– Wi­taj­cie – za­wo­ła­łam z da­le­ka, gdy tyl­ko uj­rza­łam oj­ca i bra­ci. – Przy­szłam po­pa­trzeć na rze­kę i mo­rze, a Grid zgo­dził się mi to­wa­rzy­szyć – do­da­łam, gdy by­łam już bli­żej, po­ka­zu­jąc oj­cu grze­bień, któ­ry trzy­ma­łam w dło­ni.

W oczach oj­ca do­strze­głam błysk za­do­wo­le­nia. Czę­sto od­no­sił się do Gri­da z przy­chyl­no­ścią i życz­li­wo­ścią. By­łam pew­na, że szyb­ko za­ak­cep­to­wał­by go przy mnie.

Spoj­rza­łam przed sie­bie, szu­ka­jąc wzro­kiem mor­skie­go ho­ry­zon­tu. Za rze­ką roz­cią­gał się błot­ni­sty ob­szar, po­ro­śnię­ty rzad­ki­mi kę­pa­mi traw i ni­ski­mi, pło­żą­cy­mi się krze­wa­mi. Do­pie­ro za nim le­żał wą­ski pa­sek zło­ci­ste­go pia­sku i fa­lu­ją­ce, si­ne mo­rze.

Ten wi­dok za­wsze mnie za­chwy­cał. Pod­czas sil­nych wia­trów sły­chać by­ło głu­chy ło­skot fal ude­rza­ją­cych o brzeg. W let­nie upa­ły czę­sto cho­dzi­li­śmy na pla­żę, by się ką­pać. Na­uczy­łam się pły­wać i z przy­jem­no­ścią po­zwa­la­łam, by ła­god­ne fa­le ko­ły­sa­ły mnie na wo­dzie.

Dziś nie by­ło na to cza­su. Skoń­czo­no ło­wić ry­by i szy­ko­wa­no się do po­wro­tu. Spoj­rza­łam jesz­cze raz na mo­rze. Słoń­ce by­ło już pra­wie na li­nii ho­ry­zon­tu. Bli­sko brze­gu, na fa­lach, uno­si­ły się dwa ła­bę­dzie. Wi­dok tych pta­ków jak zwy­kle wpra­wił mnie w za­chwyt. Mo­głam za­tra­cić się w cza­sie, kon­tem­plu­jąc ich har­mo­nię kształ­tów i ele­gan­cję ru­chów.

Jed­nak tym ra­zem coś in­ne­go przy­cią­gnę­ło mo­ją uwa­gę i skie­ro­wa­ło wzrok na peł­ne mo­rze. Po­wie­trze na lą­dzie by­ło przej­rzy­ste, ale ho­ry­zont spo­wi­ja­ła de­li­kat­na mgła – stał się ulot­ny, pra­wie nie­wi­docz­ny. Wszyst­ko zle­wa­ło się w sza­rą, nie­wy­raź­ną prze­strzeń, gdzie­nie­gdzie upstrzo­ną bar­dziej przej­rzy­sty­mi frag­men­ta­mi z wi­docz­ny­mi grzy­wa­mi fal.

– Sta­tek – krzyk­nę­łam, pod­nie­co­na wi­do­kiem cze­goś, cze­go za­rys ma­ja­czył w od­da­li.

Nad wo­dą uno­si­ło się, nie do­ty­ka­jąc jesz­cze fal, czer­wo­no-po­ma­rań­czo­we słoń­ce, a tuż obok nie­go do­strze­głam ja­kiś oso­bli­wy obiekt, błysz­czą­cy fe­no­men wiel­ko­ścią po­rów­ny­wal­ny ze słoń­cem, bar­dzo po­wo­li prze­su­wa­ją­cy się na wschód. Wszy­scy od­wró­ci­li się i od­szu­ka­li wzro­kiem wska­zy­wa­ny prze­ze mnie punkt. Okrzy­ki nie­do­wie­rza­nia po­twier­dzi­ły, że zo­ba­czy­li to, co ja – ma­je­sta­tycz­ną bu­dow­lę wy­da­ją­cą się nie z te­go świa­ta, któ­ra wzno­si­ła się wy­so­ko po­nad mor­ski ho­ry­zont i błysz­cza­ła na tle wo­dy wy­ra­zi­stą, bia­łą po­świa­tą.

– Nie. – Usły­sza­łam po chwi­li głos oj­ca. – To gó­ra lo­do­wa. Ni­g­dy nie wi­dzia­no tu stat­ku – do­dał, jak­by chciał przy­pie­czę­to­wać swo­ją oce­nę.

Spoj­rza­łam na ho­ry­zont jesz­cze raz, bar­dzo uważ­nie. Wy­da­wa­ło mi się, że obiekt zmie­nia ko­lo­ry i ła­god­nie pul­su­je. To nie mo­gła być gó­ra lo­do­wa. Chcia­łam po­wie­dzieć to oj­cu, ale on i bra­cia ode­szli już da­le­ko, zni­kli za nie­wiel­kim wznie­sie­niem. Zro­zu­mia­łam, że nie in­te­re­so­wa­ła go ta spra­wa, bo nie miał wpły­wu na to, co mo­gło się wy­da­rzyć. Je­śli to by­ła gó­ra lo­do­wa, prze­pły­nie i znik­nie bez śla­du. Je­śli to sta­tek Alan­tów, nie mo­gli­by­śmy się prze­ciw­sta­wić ich dzia­ła­niom. Nie by­ło cza­su na dal­sze roz­my­śla­nia. Po­bie­głam za męż­czy­zna­mi, któ­rzy we­szli już do la­su.

Gdy wró­ci­li­śmy do osie­dla, za­sta­li­śmy tam Lo­gę. Przy­szła, by zwo­łać jak naj­wię­cej lu­dzi. Mia­ła waż­ną wia­do­mość do­ty­czą­cą przy­szło­ści na­szej wio­ski i wszyst­kich ży­ją­cych istot.

Lo­ga mia­ła wiel­ki dar. Po­tra­fi­ła na­wią­zy­wać kon­tak­ty ze zwie­rzę­ta­mi, prze­wi­dy­wać przy­szłość, opusz­czać swo­je cia­ło i po­dró­żo­wać w nie­wi­dzial­ny spo­sób do bli­skich i od­le­głych miejsc. Wie­lu lu­dzi mia­ło ta­kie umie­jęt­no­ści, ale rzad­ko kto pa­no­wał nad ni­mi tak jak ona. Po­dzi­wia­łam ją i jej dar. By­łam nią za­uro­czo­na. Ona też mnie lu­bi­ła. Czę­sto za­pra­sza­ła mnie do sie­bie i czę­sto­wa­ła rzad­ki­mi przy­sma­ka­mi. Opo­wia­da­ła mi o rze­czy­wi­sto­ściach, któ­re po­zna­ła dzię­ki nad­na­tu­ral­nym umie­jęt­no­ściom. Jej na­uki wpro­wa­dza­ły har­mo­nię do mo­jej wie­dzy o świe­cie, uzu­peł­nia­jąc to, cze­go uczy­łam się w szko­le i w do­mu. Na­uczy­ła mnie ro­zu­mieć in­for­ma­cje na­pły­wa­ją­ce z zie­mi, po­wie­trza, wo­dy, a na­wet Ko­smo­su. Po­ka­za­ła mi, jak opu­ścić cia­ło i po­dró­żo­wać w prze­strze­ni bez oba­wy o po­wrót.

Na apel Lo­gi przed za­cho­dem słoń­ca zgro­ma­dzi­ła się więk­szość lu­dzi z na­szej wio­ski.

– Mia­łam pro­ro­cze wi­dze­nie – roz­po­czę­ła Lo­ga – do­ty­czą­ce na­szej przy­szło­ści. Nad­cią­ga wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo. Wi­dzia­łam, jak Zie­mia wy­bu­chła. Ogrom­ne wul­ka­ny za­la­ły pło­ną­cą la­wą ca­łe kon­ty­nen­ty. Wi­dzia­łam, jak ro­śli­ny, zwie­rzę­ta i lu­dzi tra­wi po­żar, za­ta­pia je wo­da, jak ga­śnie słoń­ce, księ­życ i wszyst­kie gwiaz­dy. Wo­da w rze­kach i mo­rzach sta­ła się czer­wo­na jak krew. Wi­dzia­łam też kra­iny, któ­re na wie­ki za­sy­pa­ne zo­sta­ły śnie­giem, a rze­ki po nich pły­ną­ce sta­nę­ły sku­te lo­dem. Świat zgi­nie. Nikt nie bę­dzie opła­ki­wał tej tra­ge­dii, bo ni­ko­go nie bę­dzie, a ci, któ­rzy prze­ży­ją, stra­cą ro­zum. Mi­mo że żad­ne wi­docz­ne ozna­ki nie za­po­wia­da­ją ta­kie­go nie­szczę­ścia, to czas je­go na­dej­ścia jest bli­ski. W ni­czym nie mo­gę was po­cie­szyć, gdyż nie znam przy­czy­ny ani spo­so­bu ra­tun­ku.

Chcia­ła jesz­cze coś mó­wić, ale Ge­ru­mid zbli­żył się do pod­wyż­sze­nia, na któ­rym sta­ła Lo­ga, i gło­śno, pra­wie krzy­cząc, po­wie­dział:

– Ja znam przy­czy­nę tej tra­ge­dii i spo­sób, by jej za­po­biec.

Okrzy­ki gro­zy i prze­ra­że­nia, któ­re to­wa­rzy­szy­ły wi­zjom Lo­gi, na­gle usta­ły. Po sło­wach Ge­ru­mi­da za­pa­no­wa­ła głę­bo­ka ci­sza. Pa­trzy­li­śmy na nie­go z nie­do­wie­rza­niem, bo ni­g­dy nie ujaw­nił, że po­sia­da dar ja­sno­wi­dze­nia. W na­pię­ciu cze­ka­li­śmy na je­go dal­sze sło­wa. Wte­dy wy­ja­śni­ło się, że je­go wie­dza nie jest nad­przy­ro­dzo­na, lecz po­cho­dzi od Alan­tów.

– Gdy ra­zem z ko­le­ga­mi do­tar­łem do szko­ły w Bil­bio – za­czął Ge­ru­mid ci­cho, ale stop­nio­wo je­go wy­po­wiedź na­bie­ra­ła eks­pre­sji i emo­cji – usły­sza­łem, że gdzieś nie­da­le­ko mia­sta prze­by­wa­ją przy­by­sze z ta­jem­ni­czej wy­spy na oce­anie. Po­sta­no­wi­li­śmy ich od­szu­kać, ma­jąc na­dzie­ję, że na­uczą nas za­klęć al­bo ofia­ru­ją rze­czy o cu­dow­nych wła­ści­wo­ściach. Nie prze­wi­dzie­li­śmy, że jak wie­lu in­nych cie­kaw­skich mo­że­my już ni­g­dy nie wró­cić do szko­ły i na­szej wio­ski. Dwa dni szu­ka­li­śmy Alan­tów, cho­dząc w po­bli­żu brze­gu oce­anu, na­słu­chu­jąc i wy­pa­tru­jąc przy­by­szów. Na­gle usły­sze­li­śmy dziw­ny dźwięk, któ­ry po chwi­li stał się in­ten­syw­nym ja­zgo­tem, prze­kra­cza­ją­cym gra­ni­cę to­le­ran­cji na­sze­go słu­chu. Stra­ci­li­śmy wła­dzę nad cia­ła­mi i osu­nę­li­śmy się na zie­mię, jed­nak za­cho­wa­li­śmy świa­do­mość wszyst­kie­go, co się wo­kół dzia­ło. Wkrót­ce po­ja­wi­ło się przy nas kil­ku lu­dzi. Je­den z nich za­czął ma­ni­pu­lo­wać przed­mio­tem w kształ­cie ma­łe­go ko­szycz­ka, któ­ry trzy­mał w dło­ni. Po­czu­łem, że uno­szę się nad zie­mię i prze­miesz­czam w ich kie­run­ku. To sa­mo sta­ło się z mo­imi to­wa­rzy­sza­mi. Wkrót­ce wszy­scy le­że­li­śmy bez­wład­ni na pod­ło­dze po­jaz­du, któ­rym po nas przy­by­li. W gło­wie usły­sza­łem sło­wa:

– Nie bój się, to­bie nic się nie sta­nie. Zo­sta­łeś wy­bra­ny i wró­cisz do swo­ich.

Plat­for­ma ru­szy­ła i po chwi­li do­tar­li­śmy nad oce­an. Bli­sko brze­gu, na fa­lach uno­sił się ol­brzy­mi ku­li­sty obiekt pul­su­ją­cy ła­god­ny­mi bar­wa­mi błę­ki­tu i mor­skiej zie­le­ni. Prze­trans­por­to­wa­no nas do środ­ka i umiesz­czo­no w od­dziel­nych, ale umoż­li­wia­ją­cych wzro­ko­wy i słow­ny kon­takt, klat­kach. Do­pó­ki by­li­śmy bez czu­cia, mo­gli­śmy tyl­ko spo­glą­dać na oto­cze­nie, gdy jed­nak pa­ra­liż ustą­pił, za­czę­li­śmy wo­łać o po­moc. Był to da­rem­ny wy­si­łek. Nikt nie za­re­ago­wał na na­sze krzy­ki. Prze­sta­li­śmy w ocze­ki­wa­niu na naj­gor­sze. Roz­glą­da­li­śmy się wo­kół i by­li­śmy prze­ra­że­ni tym, co wi­dzie­li­śmy. W po­miesz­cze­niach po­dob­nych do tych, w któ­rych my by­li­śmy, uwię­zio­nych by­ło set­ki istot. Prze­pro­wa­dza­no na nich eks­pe­ry­men­ty. Dla mnie by­ły one nie­po­ję­te i okrut­ne, nie­god­ne lu­dzi. Te be­stial­skie ba­da­nia pro­wa­dzi­ły za­zwy­czaj do śmier­ci w dłu­go­trwa­łych mę­kach. Prze­pro­wa­dza­ją­cy te prak­ty­ki nie zwa­ża­li na to, ja­ki wy­rzą­dza­ją ból. Zda­wa­ło się, że nie sły­szą ry­ku oka­le­cza­nych zwie­rząt, krzy­ku i pła­czu lu­dzi lub ję­ków stwo­rzo­nych tu ludz­kich hy­bryd. Mo­ich to­wa­rzy­szy rów­nież pod­da­no tym okrut­nym do­świad­cze­niom. Pa­trzy­łem, jak umie­ra­li, cier­piąc przy tym okrut­ne mę­ki. Pła­ka­łem, ale nie po­tra­fi­łem te­mu za­ra­dzić. Zo­ba­czy­łem jesz­cze, jak roz­ci­na­ją cia­ła mo­ich to­wa­rzy­szy, am­pu­tu­ją z nich róż­ne or­ga­ny, a na­wet ca­łe frag­men­ty cia­ła. To, co po­zo­sta­ło po do nie­daw­na ży­wych chłop­cach wrzu­co­no do wiel­kich po­jem­ni­ków i gdzieś wy­wie­zio­no. Po chwi­li zbli­ży­ła się do mnie ja­kaś po­stać, a w gło­wie usły­sza­łem prze­kaz:

– To, co tu wi­dzisz i cze­go je­steś świad­kiem, przy­czy­nia się do ist­nie­nia na­sze­go świa­ta. Dzię­ki ta­kim do­świad­cze­niom i eks­pe­ry­men­tom stwo­rzy­li­śmy was. To dzię­ki nam ży­je­cie na tej pla­ne­cie. Je­ste­śmy wa­szy­mi stwór­ca­mi. Wła­śnie nad­szedł czas, by to ujaw­nić i by lu­dzie o tym wie­dzie­li. Ty bę­dziesz na­szym na­rzę­dziem, któ­re te­go do­ko­na. Wszyst­kie in­for­ma­cje po­trzeb­ne do wy­peł­nie­nia tej mi­sji zo­sta­ną ci za­pi­sa­ne bez­po­śred­nio w pa­mię­ci. Bę­dziesz ich nie­świa­do­my do cza­su, gdy sto­sow­nie do har­mo­no­gra­mu prze­ni­kać bę­dą do two­jej świa­do­mo­ści, a ty, eta­pa­mi, prze­ka­zy­wać je bę­dziesz lu­dziom.

Prze­kaz się skoń­czył, a przede mną po­ja­wi­ła się nie­wiel­ka, uno­szą­ca się nad pod­ło­gą plat­for­ma. Oso­ba, któ­ra prze­ka­zy­wa­ła mi in­for­ma­cje, we­szła na nią i ru­chem rę­ki wska­za­ła miej­sce obok sie­bie. Gdy tam się zna­la­złem, nad plat­for­mą ufor­mo­wa­ła się prze­zro­czy­sta, pra­wie nie­wi­docz­na osło­na w kształ­cie klo­sza. Po­jazd za­czął się prze­miesz­czać w nie­po­ję­ty dla mnie spo­sób. Zni­ka­li­śmy w jed­nym miej­scu, by w na­stęp­nej chwi­li po­ja­wić się w in­nym. Nie by­ło w tym prze­no­sze­niu się z miej­sca na miej­sce żad­ne­go wy­czu­wal­ne­go ru­chu ani upły­wu cza­su. Po­ka­za­no mi w ten spo­sób struk­tu­rę obiek­tu, w któ­rym się znaj­do­wa­li­śmy. By­ło to ogrom­ne, pły­wa­ją­ce po oce­anie la­bo­ra­to­rium. Wy­ja­śnio­no mi, że po­dob­nych kon­struk­cji by­ło kil­ka­na­ście. Alan­ci oba­wia­li się o czy­stość swo­jej ra­sy i ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa przy­ję­li za­sa­dę, że stat­ki, któ­re mia­ły na swych po­kła­dach lu­dzi z kon­ty­nen­tów, ni­g­dy nie mo­gły zbli­żyć się do ich wy­spy. Za­in­sta­lo­wa­ne za­bez­pie­cze­nia spra­wia­ły, że każ­da pró­ba do­pły­nię­cia do wy­spy, skoń­czy­ła­by się cał­ko­wi­tą de­struk­cją obiek­tu. La­bo­ra­to­ria by­ły nie­zbęd­ne ze wzglę­du na ko­niecz­ność utrzy­ma­nia nas, lu­dzi, na od­po­wied­nim do po­trzeb Alan­tów po­zio­mie roz­wo­ju. Za po­mo­cą prze­pro­wa­dza­nych eks­pe­ry­men­tów mo­dy­fi­ku­ją na­sze or­ga­ni­zmy tak, by zwięk­szyć na­szą in­te­li­gen­cję, wy­trzy­ma­łość, by­śmy two­rzy­li wła­ści­we z ich punk­tu wi­dze­nia struk­tu­ry spo­łecz­ne, kul­tu­ro­we i by­li bar­dziej dla nich przy­dat­ni. Zo­sta­łem za­po­zna­ny rów­nież z ko­smo­lo­gią, ko­smo­go­nią i hi­sto­rią Alan­tów. Zro­zu­mie­nie wie­dzy, któ­rą po­sia­dłem i któ­rą mu­szę wam prze­ka­zać, nie bę­dzie ła­twe.

– Do­brze Ge­ru­mi­dzie, ale nie te­raz – gło­śno za­wo­ła­ła Lo­ga – jest już póź­no. – To, o czym mó­wisz, nie zmie­nia fak­tu, a ra­czej po­twier­dza, że nie­bez­pie­czeń­stwo ist­nie­je. Dzi­siaj za­kończ­my już na­sze spo­tka­nie. Niech wszy­scy w do­mach spo­koj­nie prze­my­ślą, jak od­po­wie­dzieć na to we­zwa­nie. Spo­tkaj­my się tu ju­tro, by wy­słu­chać do koń­ca re­la­cji Ge­ru­mi­da i okre­ślić, co da­lej ro­bić.

Ra­no, gdy lu­dzie wró­ci­li na wzgó­rze, Ge­ru­mid tak roz­po­czął prze­kaz Alan­tów:

– Nie­skoń­czo­ność za­wie­ra­ją­ca się w punk­cie, bez­czas i Moż­li­wość bez gra­nic i ogra­ni­czeń, to by­ło przed ist­nie­niem. Dzię­ki po­sia­da­nym wła­ści­wo­ściom Moż­li­wość ufor­mo­wa­ła po­sia­da­ją­ce po­ten­cjał nie­sta­cjo­nar­ne po­le świa­do­mo­ści i cza­su. Po­ten­cjał te­go po­la cha­rak­te­ry­zo­wał się ze­ro­wym sta­nem in­for­ma­cji, ale za­wie­rał w so­bie wszyst­kie moż­li­we zda­rze­nia wraz ze wszyst­ki­mi ewen­tu­al­no­ścia­mi, w tym praw­do­po­do­bień­stwo utwo­rze­nia fluk­tu­acji. Za­bu­rze­nie, bę­dą­ce na­stęp­stwem za­ist­nie­nia tej moż­li­wo­ści, wy­wo­ła­ło zmia­nę sta­nu in­for­ma­cji na nie­ze­ro­wy. Zu­ni­fi­ko­wa­nie ze­ro­we­go i nie­ze­ro­we­go sta­nu in­for­ma­cji wy­od­ręb­ni­ło z Moż­li­wo­ści świa­do­mość i upły­wa­ją­cy czas, a to spo­wo­do­wa­ło przy­rost in­for­ma­cji. No­wy, trze­ci skład­nik dał po­czą­tek trans­for­ma­cji po­la świa­do­mo­ści i cza­su w prze­strzeń za­wie­ra­ją­cą świa­do­mość, czas i in­for­ma­cję, czy­li byt pod­sta­wo­wy, Ży­cie. Ży­cie jest toż­sa­me z Ko­smo­sem. Bez­względ­ną ko­niecz­no­ścią ist­nie­nia Ży­cia jest przy­rost in­for­ma­cji w upły­wie cza­su. Uzy­ski­wa­na in­for­ma­cja prze­twa­rza­na jest przez Ży­cie w pier­wot­ną ener­gię, wy­stę­pu­ją­cą w du­ali­stycz­nej po­sta­ci: ener­gii fi­zycz­nej i me­ta­fi­zycz­nej. Za przy­czy­ną tych ener­gii ist­nie­ją świa­ty fi­zycz­ne i świa­ty du­cho­we, a ogół tych świa­tów sta­no­wi Wszech­świat.

Ge­ru­mid prze­rwał i po­pa­trzył na słu­cha­ją­cych. Na ich twa­rzach ry­so­wa­ło się zdu­mie­nie i cie­ka­wość. Za­czę­li po­na­glać go, by kon­ty­nu­ował prze­kaz.

– Naj­bar­dziej ak­tyw­ny­mi skła­do­wy­mi Ko­smo­su w zdo­by­wa­niu in­for­ma­cji – wzno­wił wy­po­wiedź Ge­ru­mid – są isto­ty ży­we. Wy­od­ręb­ni­ły się one z pier­wot­nej ener­gii dzię­ki wo­li wy­ra­żo­nej przez Ży­cie oraz przy­wi­le­jo­wi two­rze­nia in­dy­wi­du­al­ne­go po­la ener­gii ży­cia, w któ­rym mo­gą gro­ma­dzić in­for­ma­cje na wła­sne po­trze­by. Za­sób gro­ma­dzo­nych in­for­ma­cji oraz przy­wi­lej wol­no­ści de­cy­do­wa­nia umoż­li­wia­ją isto­tom do­ko­ny­wa­nie wy­bo­ru, czy­li obie­ra­nia kie­run­ku swe­go prze­miesz­cza­nia się w prze­strze­ni świa­do­mo­ści, cza­su i in­for­ma­cji. Zdol­ność ta pro­wa­dzi do prze­kształ­ca­nia ich w by­ty co­raz do­sko­nal­sze, zdol­ne kre­ować wła­sne, wszech­stron­ne rze­czy­wi­sto­ści. No­we rze­czy­wi­sto­ści przy­czy­nia­ją się do nie­ustan­nej eks­pan­sji Ko­smo­su. W ten spo­sób Ży­cie się roz­wi­ja, wzbo­ga­ca­ne co­raz licz­niej­szy­mi i ob­fit­szy­mi stru­mie­nia­mi in­for­ma­cji. Me­cha­nizm wzro­stu Ko­smo­su opar­ty jest na kre­owa­niu ma­tryc z in­for­ma­cja­mi two­rzą­cy­mi rze­czy­wi­stość. Za­pi­sy na ma­try­cach do­ko­ny­wa­ne są dzię­ki no­wym in­for­ma­cjom po­zy­ski­wa­nym z po­la ener­gii ży­cia istot ży­wych. Z za­so­bu wia­do­mo­ści zgro­ma­dzo­nych na ma­try­cach ufor­mo­wa­ło się ko­smicz­ne po­le in­for­ma­cji.

In­te­li­gen­cja jest na­tu­ral­nym i bez­po­śred­nim re­zul­ta­tem pro­ce­sów za­cho­dzą­cych w Ko­smo­sie. Im Ko­smos star­szy, tym wię­cej za­miesz­ku­je go istot in­te­li­gent­nych. Ich ba­da­nia, do­cie­ka­nia i wnio­ski z tych dzia­łań przy­czy­nia­ją się, po­przez za­pi­sy na ma­try­cach kreu­ją­cych rze­czy­wi­stość, do przy­spie­sza­nia eks­pan­sji Ko­smo­su. Nie wszyst­kie kie­run­ki zmian są jed­nak przez Ko­smos ak­cep­to­wa­ne. Po prze­kro­cze­niu punk­tu kry­tycz­ne­go za­so­bów in­for­ma­tycz­nych ko­smicz­ne po­le in­for­ma­cji sta­ło się nie­podat­ne na czyn­ni­ki mo­gą­ce je zde­sta­bi­li­zo­wać. Po­le sta­ło się au­to­no­micz­ne i za­czę­ło prze­ja­wiać nie­któ­re ce­chy istot ży­wych, szcze­gól­nie obro­nę wła­sne­go ist­nie­nia. Od te­go mo­men­tu każ­dą nie­zgod­ność, któ­ra mo­gła­by do­pro­wa­dzić do za­chwia­nia rów­no­wa­gi i za­gro­że­nia je­go ist­nie­nia, po­le na­tych­miast izo­lu­je i usu­wa. Cza­sy, któ­rych do­świad­cza te­raz Zie­mia, są bez­po­śred­nim re­zul­ta­tem te­go pro­ce­su.

Prze­rwał, gdyż usły­szał od­gło­sy wzbu­rze­nia wśród zgro­ma­dzo­nych:

– Wy­ja­śnij, czym za­wi­ni­li­śmy?!

– W ja­ki spo­sób za­gra­ża­my Ko­smo­so­wi?!

– Dla­cze­go mu­si­my zgi­nąć?!

Ge­ru­mid, by uspo­ko­ić emo­cje, uniósł rę­ce.

– Bądź­cie cier­pli­wi – po­wie­dział – wszyst­ko, co prze­ka­za­li mi Alan­ci, ja prze­ka­żę wam, tak jak mi to na­ka­za­li.

Po­cze­kał, aż tłum się uspo­ko­ił.

– Ży­cie we wszech­świe­cie przy­bie­ra nie­wy­obra­żal­nie róż­ne for­my – roz­po­czął po­now­nie. – Na Zie­mi rów­nież po­wsta­ło ich wie­le, a wśród nich Pra­sta­rzy, isto­ty in­te­li­gent­ne, na­zy­wa­ne przez nas, Ibe­ra­nów, Alan­ta­mi. Są oni na­tu­ral­ny­mi dzieć­mi Ko­smo­su i jed­ną z nie­zli­czo­nych in­te­li­gent­nych ras, któ­re na­ro­dzi­ły się wraz z je­go po­cząt­kiem. Od za­ra­nia dzie­jów two­rzą swo­ją cy­wi­li­za­cję. Na pew­nym, dość od­le­głym już eta­pie, od­kry­li ist­nie­nie Ko­smicz­ne­go Po­la In­for­ma­cji. Zba­daw­szy ten fe­no­men, stwier­dzi­li, że za­wie­ra w so­bie tak­że nie­wiel­ką cząst­kę ich, ludz­kiej ener­gii ży­cia. Sta­no­wi­ło to prze­łom w ich roz­wo­ju. Zro­zu­mie­li, że wy­ko­rzy­stu­jąc moc in­for­ma­cji, mo­gą stać się naj­po­tęż­niej­szy­mi isto­ta­mi w ko­smo­sie. Za­pra­gnę­li te­go. Wy­ko­rzy­stu­jąc swo­ją świa­do­mość, wy­od­ręb­ni­li przy­na­leż­ne tyl­ko jed­nej oso­bie in­dy­wi­du­al­ne, ludz­kie po­le ener­gii ży­cia. Na­stęp­nie wszyst­kie in­dy­wi­du­al­ne po­la po­łą­czy­li w zwar­ty układ i umie­ści­li w izo­lo­wa­nej, ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni. Pod wzglę­dem wła­ści­wo­ści układ za­wie­ra­ją­cy ener­gię ży­cia lu­dzi był toż­sa­my z Ko­smicz­nym Po­lem In­for­ma­cji, lecz je­go po­ten­cjał był nie­po­rów­ny­wal­nie mniej­szy. Od­izo­lo­wa­nie ukła­du ludz­kie­go po­la ży­cia od Ko­smicz­ne­go Po­la In­for­ma­cji spra­wi­ło, że po­ja­wił się stru­mień ko­smicz­nej ener­gii, któ­ry dą­żył do wy­rów­na­nia róż­ni­cy po­ten­cja­łów, a w za­sa­dzie wchło­nię­cia ludz­kie­go po­la i za­war­tej w nim in­for­ma­cji. Pra­sta­rzy, prze­wi­du­jąc ta­ką re­ak­cję, opra­co­wa­li tech­no­lo­gię kon­tro­lo­wa­nia wiel­ko­ści por­cji ko­smicz­nej ener­gii wpro­wa­dza­nej jed­no­ra­zo­wo do za­sob­ni­ka z ener­gią ży­cia lu­dzi. Po­przez agre­ga­cję tre­ści za­war­tej w ta­kiej por­cji czer­pią moc z Ko­smicz­ne­go Po­la In­for­ma­cji. Z upły­wem cza­su swo­im za­so­bem in­for­ma­cji za­czę­li do­rów­ny­wać Ko­smo­so­wi. Stwier­dzi­li, że mo­gą i po­win­ni stać się nie­śmier­tel­ny­mi. Re­ali­zu­jąc ten pro­jekt, zro­zu­mie­li, że je­że­li do two­rze­nia po­la ener­gii ży­cia wy­ko­rzy­sty­wać bę­dą swo­ją wła­sną ener­gię, to po nie­okre­ślo­nym, ale skoń­czo­nym cza­sie po­ten­cja­ły obu pól, to jest ko­smicz­ne­go i ich ludz­kie­go, wy­rów­na­ją się, a oni utra­cą in­dy­wi­du­al­ność i zo­sta­ną wchło­nię­ci przez Ko­smicz­ne Po­le In­for­ma­cji. Nie chcie­li te­go, gdyż pra­gnę­li za­cho­wać swą od­ręb­ność. Szyb­ko zna­leź­li roz­wią­za­nie. By­ło nim po­wo­ła­nie do ży­cia no­wej ra­sy istot, lu­dzi stwo­rzo­nych na ich po­do­bień­stwo po to, by mo­gli od nich po­bie­rać ener­gię ży­cia. Wszy­scy, któ­rzy tu je­ste­ście, wiedz­cie, że je­ste­śmy ty­mi ludź­mi, je­ste­śmy stwo­rze­ni przez Pra­sta­rych, przez Alan­tów.

Ge­ru­mid prze­rwał wy­czer­pa­ny. W trak­cie opo­wia­da­nia wi­dać by­ło, że słabł co­raz bar­dziej. W koń­cu osu­nął się na ko­la­na, a po chwi­li upadł na twarz bez oznak świa­do­mo­ści. Po­bie­głam do nie­go, ale Lo­ga już się nim za­opie­ko­wa­ła. Po­ło­ży­ła go na wznak i cu­ci­ła, uży­wa­jąc olej­ków, któ­re za­wsze mia­ła przy so­bie. Po chwi­li Ge­ru­mid otwo­rzył oczy i ro­zej­rzał się po ota­cza­ją­cych go lu­dziach. Za­uwa­żyw­szy mnie, uśmiech­nął się i po­wie­dział nie­spo­dzie­wa­nie moc­nym gło­sem:

– My­ślę, że wiem, w ja­ki spo­sób ura­to­wać cie­bie i świat.

Wie­dzia­łam, czu­łam, że oprócz de­kla­ra­cji zło­żo­nej wszyst­kim by­ło to przede wszyst­kim wy­zna­nie uczu­cia do mnie. Nie od­nio­słam się do tych słów, je­dy­nie od­wza­jem­ni­łam uśmiech.

Tu Iri­ka prze­rwa­ła opo­wia­da­nie, wró­ci­ła do cza­su rze­czy­wi­ste­go i oznaj­mi­ła Bi­no­wi:

– Dzi­siaj ob­cho­dzi­my świę­to. Pój­dę już, by przy­go­to­wać się do mo­dli­twy, a opo­wieść do­koń­czę kie­dy in­dziej.

– Wła­śnie w tej spra­wie do cie­bie przy­sze­dłem. My też dzi­siaj świę­tu­je­my i dla­te­go pro­po­nu­je­my wspól­ne od­mó­wie­nie mo­dlitw. Miej­sce, w któ­rym się spo­ty­ka­my, znaj­du­je się w gó­rze stru­my­ka.

*

Iri­ka i jej to­wa­rzy­sze przy­ję­li za­pro­sze­nie. Mi­mo na­ra­sta­ją­ce­go nie­po­ko­ju miej­sco­wi i przy­by­sze by­li życz­li­wi wzglę­dem sie­bie. Na miej­sce mo­dli­twy po­szli we wspól­nej pro­ce­sji. By­ło to ma­low­ni­cze miej­sce, oto­czo­ne buj­ną ro­ślin­no­ścią i szu­mem wo­dy, co do­da­wa­ło uro­ku ca­łe­mu wy­da­rze­niu. Bin za­dbał o to, by iść bli­sko Iri­ki.

Roz­mo­wy pod­czas dro­gi to­czy­ły się wo­kół ko­smo­go­nii i struk­tu­ry rze­czy­wi­sto­ści. Mi­mo że per­cep­cje obu wspól­not ni­g­dy nie wy­szły po­za ziem­ski świat fi­zycz­ny, po­wszech­na by­ła wia­ra, że w ko­smo­sie ist­nie­je nie­skoń­czo­na licz­ba rze­czy­wi­sto­ści za­miesz­ki­wa­nych przez isto­ty świa­do­me. Nie­któ­re z tych istot mo­gą swo­bod­nie prze­ni­kać róż­ne świa­ty, in­ne, tak jak lu­dzie, są przy­na­leż­ne tyl­ko jed­ne­mu.

– Czy wie­rzysz, że ist­nie­ją in­ne świa­ty? – za­py­ta­ła Iri­ka, spo­glą­da­jąc na Bi­na.

– Tak, wie­rzę – od­po­wie­dział z prze­ko­na­niem. – Na­sze cia­ła mo­gą być schro­nie­niem dla wie­lu du­chów, któ­re po­cho­dzą z tych nie­wi­dzial­nych świa­tów.

Ob­rzę­dy re­li­gij­ne w za­sad­ni­czej czę­ści po­le­ga­ją na kon­tak­cie z du­cha­mi, jak na­zy­wa­no stwo­rze­nia z in­nych, nie­wi­dzial­nych dla lu­dzi świa­tów. Uwa­ża się, że cia­ła istot ziem­skich są schro­nie­niem dla wie­lu du­chów. Lu­dzie wy­ko­rzy­sty­wa­li ich obec­ność, od­czu­wa­jąc jed­no­cze­śnie wo­bec nich mie­szan­kę cie­ka­wo­ści i sza­cun­ku.

Na­to­miast dla tych du­cho­wych istot ziem­skie cia­ło by­ło ro­dza­jem awa­ta­ra, dzię­ki któ­re­mu mo­gły ob­co­wać z ener­gią i ziem­ską ma­te­rią. Dwie z tych du­cho­wych istot wpły­wa­ją bez­po­śred­nio na czy­ny czło­wie­ka, kształ­tu­ją je­go oso­bo­wość i prze­bieg ży­cia. Są to Duch Świa­do­mo­ści oraz Duch In­tu­icji.

Dzię­ki Świa­do­mo­ści lu­dzie są za­nu­rze­ni w nur­cie jed­no­staj­nie prze­pły­wa­ją­ce­go cza­su i do­świad­cza­ją od­dzia­ły­wa­nia świa­ta fi­zycz­ne­go. Duch ten wpły­wa na ludz­kie czy­ny, kie­ru­jąc się ro­zu­mem i lo­gi­ką. Lu­dzie utoż­sa­mia­ją się z nim, na­zy­wa­jąc go: Ja.

Duch In­tu­icji, czę­sto na­zy­wa­ny po pro­stu In­tu­icją, dzia­ła bar­dzo spon­ta­nicz­nie. Spro­wa­dza to nie­raz na czło­wie­ka sto­su­ją­ce­go się do pro­po­no­wa­nych przez nią roz­wią­zań wie­le kło­po­tów i roz­cza­ro­wań – stąd du­cha te­go na­zy­wa się rów­nież Ułu­dą. Re­kom­pen­sa­tą za ne­ga­tyw­ne skut­ki tych po­rad jest eu­fo­ria, ja­ka ogar­nia lu­dzi, gdy pod­ję­te dzia­ła­nie oka­zu­je się kre­atyw­ne i wła­ści­we. Wska­zów­ki, ja­kich lu­dziom udzie­la In­tu­icja, są re­zul­ta­tem te­go, że mo­że ona chwi­lo­wo prze­by­wać po­za nur­tem cza­su. Po­zna­je dzię­ki te­mu naj­bliż­szą lub nie­co dal­szą przy­szłość, tak jak czło­wiek pa­trzą­cy na prze­pły­wa­ją­cą rze­kę wi­dzi jej bieg za­rów­no przed nim, jak i za nim. Zna­jąc naj­bliż­szą przy­szłość, In­tu­icja wska­zu­je kie­ru­nek, w któ­rym czło­wiek ma po­dą­żać. Lu­dzie, któ­rzy sto­su­ją się do tych su­ge­stii, mó­wią, że ma­ją prze­czu­cie al­bo wła­śnie in­tu­icję. In­tu­icja po­sia­da jesz­cze jed­ną, nie­zwy­kle waż­ną zdol­ność. Jest nią moż­li­wość po­ro­zu­mie­wa­nia się z nad­zwy­czaj­ny­mi, ab­so­lut­nie do­sko­na­ły­mi isto­ta­mi zwa­ny­mi Du­cha­mi Opie­ku­na­mi. Lu­dzie nie po­tra­fią bez­po­śred­nio zwra­cać się do nich i, by prze­ka­zy­wać im swo­je proś­by i mo­dli­twy, mu­szą po­le­gać na po­mo­cy In­tu­icji. Du­chy Opie­ku­ni tyl­ko cza­sa­mi gosz­czą w cia­łach lu­dzi, na sta­łe za­miesz­ku­ją naj­wyż­sze sfe­ry du­cho­we. Prze­strzeń oraz czas są dla nich ele­men­ta­mi pla­stycz­ny­mi, da­ją­cy­mi się do­wol­nie for­mo­wać. Spra­wia to, że zmie­nia­jąc rze­czy­wi­stość w świe­cie fi­zycz­nym, po­tra­fią speł­niać proś­by mo­dlą­cych się lu­dzi i kształ­to­wać ich lo­sy zgod­nie z wy­ra­żo­ną w mo­dli­twach wo­lą. Aby sku­tecz­nie mo­dlić się do swo­ich Opie­ku­nów, lu­dzie mu­szą naj­pierw zgro­ma­dzić jak naj­wię­cej ener­gii ży­cia, a na­stęp­nie prze­ka­zać ją Ułu­dzie, pro­sząc, by wraz z in­ten­cją mo­dli­twy prze­ka­za­ła ją Opie­ku­no­wi. Gdy to na­stą­pi, Opie­kun od­czy­tu­je proś­by czło­wie­ka i, je­że­li są zgod­ne z ce­la­mi Ko­smo­su, urze­czy­wist­nia je. Do­me­ną Opie­ku­nów jest do­bro Ko­smo­su, a zmia­ny rze­czy­wi­sto­ści, któ­re wpro­wa­dza­ją, nie mo­gą być z nią nie­zgod­ne. Nad­rzęd­nym zaś za­da­niem Opie­ku­nów jest za­pew­nie­nie sta­łe­go roz­wo­ju Ko­smo­su, czy­li po­więk­sza­nie je­go za­so­bów in­for­ma­cji. No­wych in­for­ma­cji do­star­cza­ją isto­ty, któ­re go za­sie­dla­ją i ob­ser­wu­ją. Im ob­ser­wa­to­rzy znaj­du­ją się na wyż­szym stop­niu roz­wo­ju, tym wię­cej po­zy­sku­ją in­for­ma­cji. Opie­ku­no­wie, dla za­pew­nie­nia po­myśl­ne­go prze­bie­gu ewo­lu­cji Ko­smo­su, trosz­czą się więc głów­nie o by­ty in­te­li­gent­ne i po­mna­ża­ją ich licz­ność. Te trzy isto­ty du­cho­we: Świa­do­mość, In­tu­icja i Opie­kun two­rzą ludz­ką du­szę. Gdy cia­ło czło­wie­ka jest ży­we, wspól­nie je za­miesz­ku­ją i wy­ko­rzy­stu­ją do swo­ich ce­lów. W chwi­li śmier­ci du­sza opusz­cza cia­ło, roz­dzie­la się, a two­rzą­ce ją isto­ty wra­ca­ją do swo­ich świa­tów. Wy­móg po­więk­sza­nia za­so­bów Ko­smicz­ne­go Po­la In­for­ma­cji spra­wia, że Opie­ku­no­wie ini­cju­ją pro­ces re­in­kar­na­cji, po­wo­łu­ją no­we du­sze i za­sie­dla­ją ni­mi cia­ła no­wych istot.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij