Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kronika Lechii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 września 2026
50,48 zł
5048 pkt
punktów Virtualo

Kronika Lechii - ebook

„Kronika Lechii. Legendy siedmiu plemion” to najnowsza część cyklu „Saga Prapolska” autorstwa Angela Voxworda. Siedem plemion — Polanie, Wiślanie, Goplanie, Pomorzanie, Mazowszanie, Ślężanie i Lędzianie — siedem krain i siedem tradycji splata się tu w jedną opowieść o dawnej Lechii. Wśród grodów, puszcz, rzek i gór ożywają legendy o bogach, bohaterach, kapłanach i istotach świata niewidzialnego. To literacka podróż ku pamięci, wierzeniom i dziedzictwu dawnych ludów.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-494-9
Rozmiar pliku: 5,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zanim pojawiły się pierwsze królewskie korony, zanim kamienne grody wzniosły swoje wały ku niebu, zanim kronikarze zaczęli zapisywać dzieje ludzkich rodów — istniała pamięć przekazywana ustami starszych, pieśnią wieszczów i szeptem kapłanów. W czasach, gdy świat ludzi był jeszcze blisko świata bogów, gdy święte gaje były świątyniami, a rzeki i góry uważano za miejsca naznaczone boską obecnością, narodziła się Lechia — córka bogów i wybranka pradawnej kapłanki Roda-Światowida. Z jej narodzinami związana była obietnica: że nadejdzie czas, gdy rozproszone rody i plemiona odnajdą wspólną drogę, a ziemia między morzem a wielkimi rzekami stanie się domem jednego ludu. Lechia nie była jedynie imieniem kobiety ani nazwą krainy. Była symbolem więzi między niebem a ziemią, między dziedzictwem przodków a przyszłością ich potomków. Jej los został spleciony z losem Samona — wielkiego wodza, prawodawcy i ojca Słowian, którego imię przetrwało w najstarszych podaniach. Jako jedna z jego żon stała się matką przymierza, które miało połączyć rody żyjące między Bałtykiem, górami i wschodnimi rubieżami. Z tego przymierza wyrosło siedem wielkich plemion Lechii — siedem ludów, siedem tradycji i siedem straży powierzonych przez bogów.

Pierwsi byli Polanie, strażnicy żyznych pól i ogniska jedności. To oni mieli w przyszłości stać się sercem zjednoczonej ziemi lechickiej, a ich grody przechowywały pamięć o pierwszych władcach. Na południu żyli Wiślanie, potomkowie ludzi Wielkiej Rzeki, strzegący dawnych grodów, świętych wzgórz i tajemnic przekazywanych przez pokolenia. Ich ziemia była krainą mądrości, gdzie woda niosła wspomnienia dawnych czasów. Pośród bezkresnych puszcz i rozległych równin mieszkali Mazowszanie — lud lasów, łowców i wojowników. Ich zadaniem było strzec pierwotnej siły natury i miejsc, gdzie według podań przemawiały duchy przodków. Nad wielką wodą żyli Pomorzanie, dzieci morza i bursztynu. Znali szlaki prowadzące ku dalekim krainom, a ich łodzie przemierzały fale, niosąc sławę Lechii poza granice rodzinnej ziemi. U stóp świętej góry Ślęży trwali Ślężanie — strażnicy dawnych obrzędów i miejsc mocy. W ich pieśniach zachowały się opowieści o czasach, gdy kapłani stawali między światem ludzi a światem bogów. Na wschodnich krańcach Lechii czuwali Lędzianie, strażnicy granic i pierwszego światła wschodzącego nad ziemią przodków. Ich imię miało przetrwać w pamięci sąsiednich ludów jako określenie mieszkańców tej ziemi. A wśród jezior i mgieł krainy Gopła żyli Goplanie — lud związany z wodą, tajemnicą i dawnymi przepowiedniami. W ich opowieściach przechowały się legendy o pierwszych rodach, których losy miały na zawsze zmienić dzieje Lechii. Siedem plemion, siedem dróg, siedem darów otrzymanych od bogów. Każde inne, lecz połączone wspólnym pochodzeniem i wspólną pamięcią.

Ta księga jest zbiorem ich legend, klechd i podań — opowieści o bohaterach, kapłanach, wojownikach i tych, którzy żyli na granicy świata znanego i tajemniczego. Niech więc zostaną przywołane dawne imiona, niech przemówią miejsca, które pamiętają pierwsze kroki przodków, i niech zabrzmią pieśni tych, których głosy ucichły przed wiekami. Naród, który zachowuje swoje opowieści, zachowuje również swoją duszę. A pierwsza opowieść zaczyna się tam, gdzie zaczęła się Lechia.Legenda początku Lechii

W czasach, gdy ludzie jeszcze częściej wsłuchiwali się w głos bogów niż w szczęk oręża, przy Świętym Gaju mieszkała Lechia — córka bogów i córka kapłanki Roda-Światowida. Nie posiadała własnego rodu, którym mogłaby władać, ani ziemi, którą mogłaby nazwać swoją. Jej dziedzictwem nie były pola, grody ani skarby, lecz tajemnica przekazana przez matkę — strażniczkę dawnych praw. Kapłanka od lat strzegła świętego miejsca, gdzie według podań bogowie przemawiali przez znaki natury. To tam Lechia nauczyła się rozumieć mowę gwiazd, szum drzew i szept przodków. Pewnej nocy, gdy księżyc stanął wysoko nad świętym gajem, wydarzył się znak niezwykły. Wszystkie ognie przy świętych ołtarzach zapłonęły jednocześnie, choć nikt ich nie rozpalał. Kapłanka Roda upadła na kolana i ujrzała wizję.

Zobaczyła daleką krainę nad wielką rzeką. Widziała ludzi rozproszonych między wieloma plemionami, widziała wojowników walczących nie o chwałę, lecz o przetrwanie. A pośród nich ujrzała człowieka, który miał zjednoczyć tych, których inni chcieli podzielić. Gdy wizja minęła, powiedziała do córki:

— Czas nadszedł. Musisz wyruszyć ku południu. Tam odnajdziesz męża wybranego przez los. Przekażesz mu słowa przepowiedni, bo jego czyny otworzą drogę dla przyszłych pokoleń.

Lechia zapytała:

— Jak rozpoznam tego, którego szukam?

Matka odpowiedziała:

— Poznasz go po tym, że nie będzie pragnął panować nad ludźmi, lecz ich jednoczyć.

Lechia opuściła więc dom z błogosławieństwem matki i starszyzny. Nie prowadziła jej armia ani orszak. Nie miała bogactw ani znaków królewskich. Szła sama, niosąc jedynie pamięć kapłanów i słowa przepowiedni. Przemierzała lasy, doliny i ziemie wielu ludów. Pytała o człowieka, który potrafił połączyć zwaśnione rody. A im dalej szła, tym częściej słyszała jedno imię: Samon.

Mówiono o nim, iż przybył z dalekich stron, lecz stał się przyjacielem Słowian. Że nie zdobywał ludzi strachem, ale zyskiwał ich zaufanie. W czasach niezgody potrafił stworzyć wspólnotę.

Kiedy Lechia przybyła do Panonii, ujrzała Samona pośród zgromadzonych plemion, które przedstawiały mu swoje najpiękniejsze córki. Junaczka nie przemówiła do niego jak poddana do władcy, lecz jak posłanka bogów do człowieka, którego czekało wielkie zadanie. Powiedziała:

— Samonie, przychodzę ze świętego gaju, gdzie przechowywane są najstarsze wspomnienia świata. Nie niosę ci złota ani wojska. Niosę słowa przepowiedni.

Samon odpowiedział:

— Powiedz więc, co zostało zapisane w znakach od bogów.

Lechia rzekła:

— Przyjdzie czas, gdy z wielu rodów powstanie jeden wielki lud. Jego początki nie będą w mieczu ani w bogactwie, lecz w pamięci przodków. Z twojego przymierza zrodzi się ten, który stanie się pierwszym korzeniem nowego rodu.

Samon zapytał:

— Kim będzie ten, który ma nadejść?

Lechia odpowiedziała:

— Będzie nosił imię pamiętane do kresu czasu. Nie będzie tylko synem człowieka. Będzie początkiem pamięci wielu pokoleń.

Od tego dnia Samon i Lechia szli wspólną drogą. Ojciec Słowian uczynił boginię jedną ze swych żon. On niósł doświadczenie wodza i jednoczyciela ludów. Ona niosła dziedzictwo Świętego Gaju i słowa przepowiedni. A kiedy narodził się ich syn, starsi powiedzieli:

— Oto narodził się pierwszy korzeń drzewa, którego gałęzie sięgną wielu krain. I nadano mu imię: Lech a przydomek Prarodny nadały mu jego dzieci. Nie miał być jedynie synem swoich rodziców. Miał być początkiem nowego rodu.Polanie — Strażnicy Złotych Pól

Kraina: Wielkopolska, okolice Gniezna i Poznania

Znak: Orzeł nad kłosem zboża

Żywioł: Ziemia

Polanie byli ludem rozległych równin, żyznych pól i świętych gajów rozciągających się w sercu Lechii. Ich ziemie obfitowały w zboże, lasy i rzeki, dzięki czemu należały do najbogatszych krain słowiańskiego świata. Wśród wszystkich plemion słynęli z pracowitości, wytrwałości oraz zdolności jednoczenia rodów pod wspólnym sztandarem. Według legendy, gdy Lechia powierzała swoim dzieciom straż nad poszczególnymi krainami, Polanie otrzymali najważniejsze zadanie — ochronę Świętej Ziemi Przodków. To właśnie tutaj miały spoczywać korzenie pierwszych rodów Lechitów oraz kamienie pamięci pozostawione przez dawnych bohaterów. Bogowie obdarzyli ich siłą Ziemi, dzięki której potrafili budować potężne grody i przetrwać najcięższe próby. Orzeł nad kłosem zboża był symbolem ich przeznaczenia. Orzeł oznaczał władzę, czujność i opiekę nad całym ludem, zaś kłos przypominał o dostatku oraz więzi z ziemią. Wierzono, że gdy biały orzeł krąży nad polami, bogowie błogosławią plonom i przyszłym władcom. Polanie budowali potężne warownie, które z czasem stały się sercem rodzącego się państwa. Ich książęta jednoczyli sąsiednie plemiona, a mędrcy przechowywali pamięć o dawnych prawach i obyczajach. Z ich rodu wywodziła się dynastia Piastów, której przeznaczeniem było zjednoczenie ziem lechickich pod jednym berłem.

Cechy plemienia:

• Wytrwałość i przywiązanie do ziemi

• Umiejętność jednoczenia rodów i plemion

• Potężne grody i silna organizacja

• Szacunek dla tradycji przodków

• Rozwinięte rolnictwo i gospodarność

Dar Żywiołu Ziemi: Polanie potrafili wyczuwać siłę ukrytą w ziemi, przewidywać urodzaj lub nieurodzaj oraz odnajdywać miejsca sprzyjające budowie grodów. W legendach mówiono, że sama ziemia przemawia do nich poprzez drżenie korzeni i szum dojrzewających zbóż.

Święte Zwierzę: Orzeł Biały — królewski strażnik niebios i symbol boskiego przeznaczenia. Według podań prowadził wybranych wodzów ku miejscom, gdzie miały powstać grody przyszłego królestwa.

Motto: „Z ziemi przodków wyrasta siła narodu.”

Pieśń o trzech braciach

W czasach, gdy pamięć starsza była od pisma, a dzieje rodów przekazywano przy świętych ogniach z ust ojców na usta synów, żył mąż wielkiego rodu zwany Samon. Miał on wiele żon i wiele potomstwa. Był Ojcem Rodu — tym, którego słowo kończyło spory, a wyrok przyjmowano z takim samym szacunkiem, jak prawa przodków. Pod jego opieką żyły setki ludzi. Wojownicy strzegli granic, myśliwi zapuszczali się w puszcze, bartnicy wybierali miód z leśnych barci, a kobiety uprawiały żyzne pola nad wielką rzeką. Każdego wieczoru dym z ognisk unosił się nad osadą, a śmiech dzieci mieszał się z pieśniami bajarzy.

Los sprawił, że w później starości, trzy najmłodsze żony Samona powiły mu synów. Pierwszy narodził siłę syn Lechii i zwał się Lech. Drugi był Czech z matki Morawi, która zmarła przy porodzie, a trzeci Rus, którego matką była Ładoga. Już od najmłodszych lat starszyzna mówiła, że każdy z nich ma wielką przyszłość.

Pewnego ranka trzej chłopcy wracali z puszczy. Każdy niósł coś innego. Lech miał na ramieniu worek pełen ziół. Czech ciągnął za poroże młodego jelenia. Rus przyniósł dziwny kamień pokryty błyszczącymi żyłkami. Przy studni czekał na nich ojciec. Spojrzał na synów i uśmiechnął się pod siwym wąsem.

— Cóż przynosicie swemu ojcu?

Lech położył worek na ziemi.

— Zielarka mówiła, że tej zimy wielu zachoruje. Zebrałem zioła, zanim zakwitły.

Ojciec skinął głową.

— Pomyślałeś o tych, którzy przyjdą po tobie.

Następnie zwrócił się do Czecha.

— A ty?

Czech rzucił jelenia u stóp ojca.

— Mięsa wystarczy dla całego domu.

— Sam go upolowałeś?

— Nie. Lech pomógł mi go osaczyć.

Ojciec spojrzał na najstarszego syna.

— To prawda?

Lech tylko skinął głową.

— Dlaczego więc pozwoliłeś bratu przypisać sobie całą zdobycz?

— Bo to on pierwszy dosięgnął jelenia.

Ojciec nic nie odpowiedział. Na końcu spojrzał na najmłodszego.

— Rusie, a cóż ty niesiesz?

Chłopiec wyciągnął kamień.

— Nie wiem.

Czech roześmiał się.

— Nawet nie wie, po co go zabrał!

Rus nie obraził się.

— Znalazłem go nad rzeką. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego kamienia. Nie wiem czemu służy i skąd pochodzi.

Ojciec wziął przedmiot w dłonie. Przez chwilę obracał go w palcach.

— Nie przyniesie nam pożywienia.

Rus spuścił głowę.

— Wiem.

— Ale dzięki takim ludziom świat staje się większy.

Chłopiec spojrzał na ojca zdziwiony.

— Naprawdę?

— Tak. Bo ten, kto zastanawia się, odkrywa więcej niż ten, kto zna wszystkie odpowiedzi.

Wieczorem, gdy ucichły prace, ojciec usiadł przy ognisku wraz z najstarszym żercą. Trzej bracia siedzieli nieopodal.

Kapłan długo im się przyglądał. W końcu odezwał się cicho.

— Widzisz w nich to samo co ja?

Ojciec nie odpowiedział od razu.

— Powiedz pierwszy. — zachęcił kapłana.

Starzec wskazał Lecha.

— Ten będzie słuchał ludzi.

Potem spojrzał na Czecha.

— Ten będzie ich prowadził.

Na końcu zatrzymał wzrok na Rusie.

— A ten nigdy nie pozostanie długo w jednym miejscu.

Czech uśmiechnął się szeroko.

— Skąd możesz to wiedzieć, starcze?

Żerca odwzajemnił uśmiech.

— Bo od początku wieczerzy patrzysz na włócznie wojowników.

Rus zaśmiał się.

— A ja?

— Ty od godziny patrzysz tam, gdzie kończy się droga.

Lech zapytał spokojnie:

— A ja? Na co patrzyłem?

Żerca spojrzał w płomienie.

— Na ludzi.

Zapadła cisza.

Ojciec położył dłoń na ramieniu najstarszego syna.

— Pamiętaj, Lechu.

— O czym, ojcze?

— Wojownik zdobywa ziemię.

— Wiem.

— Wędrowiec odnajduje drogę.

Rus skinął głową.

— A ten, kto ma przewodzić rodowi…

Lech podniósł wzrok.

— ...musi najpierw nauczyć się słuchać.

Ojciec uśmiechnął się.

— Dobrze mnie zrozumiałeś.

Minęły lata. Chłopcy stali się młodzieńcami. Lech wyrósł na wysokiego i silnego mężczyznę. Rzadko podnosił głos, lecz gdy przemawiał, nawet najstarsi wojownicy milkli. Czech był najszybszy we władaniu włócznią. Na igrzyskach nikt nie potrafił pokonać go w zapasach ani w biegu. Rus znał wszystkie rzeki, brody i leśne ścieżki w okolicy. Często znikał na wiele dni, by powrócić z opowieściami o dalekich wzgórzach i nieznanych plemionach.

Pewnego letniego dnia bracia wspięli się na wysokie wzgórze. Przed nimi rozciągał się świat. Na południu błękitniały góry. Na północy ciągnęły się bezkresne puszcze. Na wschodzie połyskiwały wielkie rzeki.

Rus odezwał się pierwszy.

— Myślicie, że tam mieszkają ludzie?

— Na pewno — odparł Czech.

— A jeśli są silniejsi od nas?

Czech uśmiechnął się.

— To będziemy musieli stać się jeszcze silniejsi.

Lech długo patrzył przed siebie.

— Nie o to należy pytać.

Obaj spojrzeli na starszego brata.

— Więc o co?

Lech odpowiedział cicho:

— Czy kiedyś i my będziemy musieli opuścić tę ziemię?

Bracia zamilkli. Żaden z nich nie znał odpowiedzi.

Tymczasem u podnóża wzgórza stał ich ojciec. Patrzył na synów długo i w milczeniu. Obok niego zatrzymał się siwowłosy kącisz.

— Dorastają.

Samon westchnął ciężko.

— Wiem.

— A zatem zbliża się dzień, którego obaj od dawna się obawiamy.

Ojciec nie odpowiedział. Patrzył tylko na trzech synów stojących razem na wzgórzu. W głębi serca wiedział już, że wkrótce nadejdzie czas wielkiej wędrówki, która na zawsze odmieni los rodu. Pamiętnego dnia Samon zwołał wielki wiec. Przybyli wszyscy starsi, wojownicy i gospodarze. Sprawa była ważna. Ojciec Rodu postarzał się i był coraz słabszy, częściej siedział przy ogniu, a jego włosy stały się białe jak zimowy śnieg.

Najstarszy żerca przemówił:

— Nadszedł czas, aby lud wiedział, kto po tobie poprowadzi ród.

Wszyscy spojrzeli na Lecha. Lecz zanim ktokolwiek wypowiedział jego imię, odezwał się Rus.

— Dlaczego wszyscy już wiedzą?

Zapadła cisza. Samon spojrzał na najmłodszego syna.

— Co masz na myśli, Rusie?

Rus wystąpił przed krąg.

— Wszyscy patrzą na Lecha, bo urodził się pierwszy.

Lech milczał.

— Lecz czy pierwszeństwo narodzin daje człowiekowi mądrość?

Nikt nie odpowiedział.

Rus mówił dalej.

— Czy ziemia wybiera wodza według wieku? Czy rzeka płynie dlatego, że pierwsza kropla była najstarsza?

Czech zmarszczył brwi.

— Bracie, waż słowa.

Rus spojrzał na niego.

— Czy mówię nieprawdę?

— Mówisz ostro.

— Bo prawda rzadko jest łagodna.

Najstarszy z wojowników podniósł głos.

— Lech nie otrzymał tego prawa tylko przez narodziny!

Rus spojrzał na niego.

— A przez co?

— Przez czyny.

— Jakie czyny?

— Przez lata służył rodowi.

Rus odpowiedział:

— Ja także.

— Ty?

— Czy nie ja odkrywałem nowe drogi? Czy nie ja znałem rzeki i ziemie, których nie znaliście?

Czech zrobił krok naprzód.

— Nikt nie odbiera ci zasług.

— A jednak wszyscy chcą, abym stał za bratem.

Lech pierwszy raz przemówił.

— Rusie.

Młodszy brat spojrzał na niego.

— Czego chcesz?

— Chcę, aby mój lud widział we mnie kogoś więcej niż młodszego syna.

Lech odpowiedział spokojnie:

— A ja chcę, abyś nie musiał walczyć o miejsce, które już masz w naszym rodzie.

Rus pokręcił głową.

— Ty tego nie rozumiesz.

— Więc wyjaśnij.

Rus spojrzał na wszystkich.

— Ty jesteś korzeniem.

Wskazał na Czecha.

— On jest siłą.

Potem wskazał siebie.

— A ja jestem drogą.

— I co z tego wynika? — zapytał Lech.

Rus odpowiedział:

— Że nie urodziłem się po to, aby całe życie stać w cieniu drzewa.

Słowa te wywołały poruszenie. Jedni przyznawali Rusowi rację. Inni szeptali, że zapomniał o prawach przodków. Ojciec Rodu długo milczał. W końcu podniósł rękę. Wszyscy ucichli.

— Rusie.

— Słucham, ojcze.

— Powiedz mi jedną rzecz.

— Jaką?

— Czy pragniesz dobra rodu?

Rus zawahał się.

— Tak.

— Czy chcesz podnieść rękę przeciw braciom?

Rus spojrzał na Lecha i Czecha. Po chwili odpowiedział:

— Nie.

— Czy więc chcesz, aby twoje pragnienie stało się przyczyną rozłamu?

Rus spuścił wzrok. Po raz pierwszy zabrakło mu odpowiedzi.

Samon wstał. Mimo wieku nadal budził podziw i szacunek. Jego głos był spokojny, ale wszyscy wiedzieli, że właśnie zapadnie wyrok.

— Trzej synowie. — podszedł do starego dębu stojącego przy świętym kręgu. — Ten dąb wyrósł z jednego nasienia. — dotknął pnia. — Lecz jego gałęzie sięgają różnych stron świata. — spojrzał na synów. — Czy mam odciąć jedną gałąź, aby druga rosła prosto? — nikt się nie odezwał. — Nie. — kontynuował — Czy mam zmusić wszystkie gałęzie, aby rosły w jednym kierunku?

— Nie — odpowiedzieli starsi.

Wódz Pannończyków skinął głową.

— Zatem taki będzie mój wyrok. — zwrócił się do synów. — Nie rozdzielicie się. Nie odejdziecie w gniewie. Nie będzie między wami wojny. Wyruszycie razem. Zabierzecie ze sobą swoich ludzi. Poszukacie ziemi, którą przeznaczył wam los. A gdy nadejdzie czas, drogi same pokażą wam wasze przeznaczenie.

Rus pochylił głowę.

— Czy to kara, ojcze?

Starzec spojrzał na niego.

— Nie.

— Więc co?

— Próba.

— Dla kogo?

— Dla was wszystkich. — spojrzał na Lecha. — Czy potrafisz prowadzić lud bez pychy? — popatrzył na Czecha. — Czy potrafisz być silny bez gniewu? — zerknął na Rusa. — Czy potrafisz szukać własnej drogi, nie niszcząc drogi braci?

Trzej bracia milczeli. Lecz każdy zrozumiał, że od tego dnia ich los został związany z wielką wędrówką. Tak zapadł wyrok wiecu. Nie miecz miał rozdzielić braci. Nie gniew czy zdrada. Lecz sama droga, która miała pokazać każdemu z nich miejsce przeznaczone przez los.

Minęło wiele dni od chwili, gdy Samon ogłosił swój wyrok. W osadzie trwały przygotowania. Kowale naprawiali wozy.

Kobiety suszyły zapasy zboża i ziół. Wojownicy wybierali najlepsze konie i ostrzyli broń. Nikt nie wiedział, co znajdzie się za granicą znanych ziem.

W noc przed odejściem Ojciec Rodu wezwał trzech synów do świętego kręgu.

Nie było tam całego ludu. Tylko oni, najstarszy żerca i ogień, który od pokoleń płonął przy rodzie. Samon długo patrzył na płomienie. W końcu przemówił:

— Jutro opuścicie ziemię, na której spoczywają kości naszych ojców.

Lech skłonił głowę.

— Będzie nam jej brakować.

— Każdemu człowiekowi brakuje miejsca, w którym pierwszy raz ujrzał światło.

Czech ścisnął dłoń.

— Lecz jeśli droga wymaga próby, przejdziemy ją.

Rus patrzył w ciemność poza kręgiem ognia. Ojciec zauważył to.

— A ty, Rusie?

— Ja już widzę to, czego jeszcze nie ma.

Starzec westchnął.

— I właśnie dlatego musisz pamiętać o tym, co było.

Następnie podał pierwszy dar. Był to niewielki znak wycięty z najstarszego dębu w Świętym Gaju. Położył go w dłoniach Lecha.

— To Znak Pamięci.

Lech spojrzał na niego uważnie.

— Czego ma strzec?

— Tego, czego nie można zobaczyć oczami.

— Czego?

— Imion przodków. Przysiąg. Praw, które istniały, zanim człowiek wypowiedział pierwsze słowo.

Lech przycisnął znak do piersi.

— Nie pozwolę, aby zostały zapomniane.

Potem ojciec zwrócił się do Czecha. Przyniesiono włócznię wykutą przez najlepszych kowali Pannonii.

— To Włócznia Strażnika.

Czech chwycił ją mocno.

— Czy mam nią zdobywać ziemie?

Ojciec spojrzał surowo.

— Nie.

— Więc po co ją otrzymuję?

— Abyś pamiętał, że siła bez prawa jest tylko przemocą.

Czech pochylił głowę.

— Będę jej godny.

Na końcu ojciec podszedł do Rusa. Wziął drewniany kostur podróżny z rak żercy.

Nie był zdobiony złotem ani srebrem. Był prosty.

— To Kostur Drogi. — Rus uśmiechnął się lekko. — Wiedziałeś, że właśnie taki dar powinienem otrzymać.

— Wiedziałem.

— Czy gniewasz się na mnie, ojcze?

Samon spojrzał mu w oczy.

— Za to, że pragniesz własnej drogi?

Pokręcił głową.

— Nie.

— Za to, że chciałem więcej?

— Nie.

— Więc za co?

Ojciec odpowiedział:

— Za to, że czasem zapominasz, iż droga samotnego człowieka może stać się zgubą dla całego rodu.

Rus milczał. Po chwili przyjął kostur.

— Zapamiętam.

Nadszedł dzień odejścia. O świcie cały lud zebrał się przy świętym miejscu przodków. Młodzieńcy dotykali ziemi dłońmi. Kobiety żegnały drzewa, pod którymi bawiły się jako dzieci. Wojownicy stali w milczeniu. Nikt nie śpiewał. Nikt nie cieszył się z drogi. Bo nawet największa nadzieja nie odbiera bólu pożegnania.

Jedna z kobieta najstarszego rodu podeszła do Lecha.

— Dokąd poprowadzisz nas, synu?

Lech odpowiedział:

— Tam, gdzie znajdziemy ziemię godną naszych dzieci.

— A jeśli jej nie znajdziesz?

Lech spojrzał na ludzi stojących za nim.

— Wtedy będę szukał dalej.

Czech stanął obok niego.

— A jeśli przyjdzie walczyć? — pytała kobieta

— Wtedy będę walczył — odpowiedział.

Rus dodał:

— A jeśli trzeba będzie iść jeszcze dalej?

Lech spojrzał na niego.

— Wtedy pójdziemy.

Po raz pierwszy od wielu dni trzej bracia stali ramię w ramię. Przed odejściem Ojciec Rodu uklęknął przy ziemi. Położył na niej dłoń.

— Niech matka ziemia prowadzi was do celu, który wam bogowie wyznaczyli. Pamiętajcie o nas, o tych drzewach i wodach. — potem zwrócił się do synów. — Ruszajcie.

Wielka wędrówka się rozpoczęła. Szli przez wiele dni. Przez puszcze, których końca nie było widać. Przez rzeki szerokie jak jeziora. Przez krainy, gdzie nigdy wcześniej nie stanęła stopa ich rodu. Nie każdy dzień był zwycięstwem.

Były noce głodu. Były burze, które łamały wozy. Byli ludzie, którzy tracili nadzieję. Pewnego wieczoru, gdy ulewa zniszczyła część zapasów, wojownicy przyszli do braci.

— Jak długo jeszcze mamy iść?

Czech odpowiedział:

— Dopóki nie znajdziemy miejsca, które będziemy mogli nazwać swoim.

Rus dodał:

— A może takie miejsce istnieje daleko stąd.

Jeden z wojowników spojrzał na niego gniewnie.

— Zawsze patrzysz dalej niż inni.

Rus odpowiedział:

— Bo ktoś musi patrzeć tam, gdzie jeszcze nie doszliśmy.

Lech przerwał spór.

— Dość. — spojrzał na obu braci. — Każdy z was mówi prawdę. Czech patrzy na to, co trzeba obronić. Rus na to, co trzeba odkryć. A ja muszę pamiętać o tych, którzy idą za nami.

Po wielu księżycach dotarli do miejsca, którego nikt wcześniej nie znał. Przed nimi stał wielki kamień. Od niego odchodziły trzy drogi. Jedna prowadziła ku wysokim górom. Druga ku wielkim rzekom i bezkresnym równinom. Trzecia ku spokojnym ziemiom pełnym lasów i pól. Lud zatrzymał się. Wszyscy wiedzieli że właśnie nadszedł czas rozstania.

Czech pierwszy spojrzał na góry.

— Tam jest moja droga.

Rus patrzył na wschód.

— Tam woła mnie świat.

Lech długo milczał.

W końcu spojrzał na trzecią drogę.

— A tam może być nasz dom.

Wieczorem rozpalono ostatni wspólny ogień. Trzej bracia siedzieli przy nim po raz ostatni jako jeden lud.

Czech powiedział:

— Myślałem kiedyś, że moje zwycięstwo będzie wtedy, gdy pokonam wszystkich.

Lech spojrzał na niego.

— A teraz?

— Teraz wiem, że największym zwycięstwem jest nie pokonać brata.

Rus milczał długo. W końcu powiedział:

— Byłem przekonany, że muszę znaleźć własne miejsce, aby udowodnić swoją wartość.

— A dziś? — zapytał Lech.

Rus spojrzał w ogień.

— Teraz wiem, że własna droga nie oznacza zapomnienia o początku.

O świcie nadszedł czas rozejścia się ku przeznaczeniu.

Czech objął Lecha.

— Bracie.

— Tak?

— Jeśli kiedyś nasze ludy się spotkają… Niech pamiętają o naszym braterstwie.

Rus położył dłoń na ramieniu obu braci.

— Niech nigdy nie powiedzą, że byliśmy sobie obcy.

Lech odpowiedział:

— Bo nie byliśmy. — objął braci. — Byliśmy jednym drzewem. Tylko los dał nam trzy gałęzie.

Czech ruszył pierwszy. Rus odszedł chwilę później. Lech został jeszcze przez chwilę i patrzył, jak sylwetki jego braci znikają w dali. Potem odwrócił się do swojego ludu. Wziął w dłoń Znak Pamięci.

I poprowadził ich dalej. Ku ziemi, która miała stać się ojczyzną Lecha oraz jego potomstwa. Minęło wiele księżyców od dnia, gdy trzy drogi rozdzieliły losy trzech braci. Lech prowadził swój lud przez ziemie, których nie znały jeszcze pieśni żadnych bajarzy.

Nie szukał ziemi najbogatszej. Nie szukał miejsca, gdzie łatwo byłoby zwyciężyć.

Szukał miejsca, gdzie jego lud mógłby żyć spokojnie. Każdego ranka wychodził pierwszy. Każdego wieczoru wracał ostatni. Pytał starszych, czy nikt nie został w drodze. Pytał wojowników, czy konie są gotowe. Pytał matek, czy dzieci mają schronienie. Pewnego dnia jeden z młodych wojów zapytał:

— Lechu, dlaczego tak bardzo troszczysz się o tych, którzy nie mogą walczyć?

Lech spojrzał na niego.

— Bo wojownik, który chroni tylko wojowników, nie jest wodzem.

— Kim więc jest prawdziwy wódz?

Lech odpowiedział:

— Tym, który niesie ciężar wszystkich.

Droga nie była łatwa. Pewnej zimy śniegi przykryły ścieżki. Zapasy zaczęły się kończyć. Ludzie zaczęli szeptać, że może trzeba zawrócić. Wtedy rada wodzów przyszła do Lecha.

— Wielu traci nadzieję.

Lech zapytał:

— A wy ją straciliście?

Odparł najodważniejszy przywódca drużyny.

— Nie.

— Więc dlaczego pytacie mnie o innych?

Wojownik uśmiechnął się smutno.

— Bo czasem nawet najmądrzejszy człowiek potrzebuje usłyszeć, że idzie właściwą drogą.

Lech spojrzał ku północy.

— Nie wiem, czy droga jest właściwa.

— A jednak idziesz?

— Tak.

— Dlaczego?

Lech odpowiedział:

— Bo jeśli zatrzymamy się ze strachu, nigdy nie znajdziemy naszego domu.

Po wielu miesiącach wędrówki lud Lecha dotarł do krainy, gdzie ziemia była żyzna, lasy pełne zwierzyny, a wody spokojne.

Nie było tam wielkich gór czy bezkresnych pustyń. Była za to ziemia, która dawała człowiekowi wszystko, czego potrzebował. Pewnego poranka zwiadowcy przybiegli do obozu.

— Wodzu! To chyba kres naszej wędrówki.

— Dlaczego?

— Przed nami wielkie jezioro.

— Jak wielkie?

— Tak wielkie, że nie widzimy drugiego brzegu.

Lech wyruszył z nimi. Gdy ujrzał wodę, długo milczał. Na środku jeziora znajdowała się wyspa, a obok kolejna, mniejsza. Otoczone wodą, spokojne i bezpieczne. Kapłanka i wieszczka, która towarzyszyła ojcu Lachów rzekła:

— Miejsce takie nie zdarza się często.

Lech zapytał:

— Co widzisz?

Kapłanka odpowiedziała:

— Miejsce, gdzie człowiek może wznieść dom.

Lech patrzył na wyspę.

— Niech więc powstanie tam nasza siedziba.

I tak lud Lecha osiadł przy wodach jeziora. Wzniesiono na wielkiej wyspie gród, a na mniejszej wyrocznię i dom kapłanki. Pewnego dnia, gdy Lech wraz z wojownikami objeżdżał nowe ziemie, dotarł do osady położonej niedaleko jeziora. Mieszkał tam ród ludzi spokojnych i pracowitych. Ich przywódca miał córkę imieniem Leda. Nie była kobietą, która szukała sławy. Nie nosiła ozdób po to, aby inni ją podziwiali.

Znano ją z mądrości i odwagi. Tego dnia, gdy Lech przybył do osady, ujrzał ją przy studni. Pomagała starszej kobiecie nieść wodę. Lech zatrzymał konia. Zachwycił się jej urodą. Opowieści o niej były bardziej niż prawdziwe. Zapytał:

— Czy córka wodza zawsze wykonuje pracę służebnych?

Leda spojrzała na niego spokojnie.

— Czy wódz, który nie potrafi służyć swoim ludziom, zasługuje na ich posłuszeństwo?

Lech uśmiechnął się.

— Mądre słowa.

— A ty kim jesteś, że pytasz?

— Człowiekiem, który szuka ukojenia dla swego serca.

Leda spojrzała na niego uważniej.

— A znalazłeś?

Lech spojrzał w stronę jeziora.

— Jeszcze nie wiem.

— Więc nadal szukasz?

— Tak.

— W takim razie nie szukaj tylko ukojenia.

Lech zdziwił się.

— Czego jeszcze?

Leda odpowiedziała:

— Serce potrzebuje nie tylko ukojenia czy rozkoszy. Potrzebują innego seca, które stanie się ich domem.

Od tego dnia Lech często odwiedzał ród Ledy. Rozmawiali o ziemi, ludziach i przyszłości. Lech podziwiał jej rozwagę.

Leda zaś widziała w nim nie tylko wojownika i wodza, lecz człowieka, który niósł odpowiedzialność za tysiące istnień. Po pewnym czasie ojciec Lechitów powiedział do niej:

— Wiele dróg przeszedłem. Wiele ziem widziałem. Lecz dopiero tutaj przy tobie poczułem, że mam to czego szukałem.

Leda odpowiedziała:

— Bo czasem człowiek nie znajduje ziemi. Czasem ziemia znajduje jego, gdyż to moc serca i bogów wiąże losy rodów.

Z czasem lud Lecha i Ledy połączyły się.

Zaczęto budować nowe osady wokół jeziora. Wznoszono kuźnie i warsztaty rzemieślnicze. Obsiewano pola. Tworzyła się nowa społeczność silna i zwarta.

Pewnego dnia żerczyni powiedziała:

— Ten lud nie jest już tylko wędrowcami.

Lech zapytał:

— Kim więc jesteśmy?

Kapłanka spojrzała na rozległe pola.

— Jesteśmy tymi, którzy związali swoje życie z tą ziemią. Tymi, którzy strzegą pól. Tymi, którzy czerpią siłę z pracy własnych rąk. I dlatego odtąd nazywać nas będą Polanami.

Lech powtórzył to słowo.

— Polanie. Brzmi jak obietnica.

Wieczorem przy wielkim ogniu Lech wspominał swoich braci. Leda usiadła obok niego.

— Myślisz o nich?

— Każdego dnia.

— Żałujesz, że poszli innymi drogami?

Lech spojrzał na płomienie.

— Nie, bo drzewo nie przestaje być jednym drzewem tylko dlatego, że jego gałęzie rosną w różne strony.

Leda położyła dłoń na jego ręce a on ucałował ją w czoło. Wiele tygodni później doszło do swaćby Lech i Ledy. Podczas uczty, ojciec Lachów ogłosił, że jezioro otaczające gród zwać się ma Lednicą a gród Ostrowem. Wtedy cały lud po raz pierwszy nazwał tę ziemię swoją ojczyzną. Tak zakończyła się wielka wędrówka Lecha.Pieśń o narodzinach plemion Lechii

Na długo przed tym, zanim kamienne świątynie wzniosły się nad ziemiami północy, zanim kronikarze zapisali pierwsze imiona książąt, między błękitnymi jeziorami, szerokimi rzekami i nieprzebytymi puszczami rozciągała się kraina zwana Lechią. Nie miała jeszcze jednego władcy nad wszystkimi ludami ani murów z kamienia. Jej granic strzegły lasy, mokradła i rzeki, a największym bogactwem były żyzna ziemia, wolni ludzie i pamięć przodków. W samym sercu tej krainy, pośród wód wielkiego jeziora, wznosił się gród Lecha Prarodnego i jego małżonki Ledy. Dębowe wały otaczały domostwa, spichlerze i warsztaty rzemieślników. W dzień słychać było stukot kowalskich młotów, śmiech dzieci i nawoływania rybaków wracających z połowu, nocą zaś strażnicy obchodzili wały z płonącymi łuczywami, wypatrując niebezpieczeństwa. Nieopodal grodu leżała niewielka wyspa porośnięta pradawnymi dębami. Mówiono, że rosły tam od początku świata, a ich korzenie pamiętały pierwsze świty i pierwsze burze. Pośrodku wyspy stał najstarszy z nich. Tak potężny, że czterech rosłych wojowników nie zdołałoby objąć jego pnia. Nazywano go Drzewem Roda. Tam znajdował się święty gaj poświęcony Rodowi-Światowidowi — Stwórcy Nieba i Ziemi, Ojcu czasu, losu i wszelkiego istnienia. Nie przedstawiano go początkowo w ludzkiej postaci, gdyż kapłani mawiali:

— Jak zamknąć w drewnie Tego, który stworzył drzewa? Jak wyrzeźbić Tego, który ukształtował człowieka?

Dlatego największą świętością był sam dąb. Każdego roku, gdy nadchodziły Szczodre Gody, cały gród przeprawiał się łodziami na wyspę. Najpierw szli kapłani odziani w białe lniane szaty przepasane czerwonymi pasami. Za nimi podążali kniaź i starsi rodów. Potem wojownicy. Na końcu kobiety, dzieci i rzemieślnicy. Nikt nie niósł broni obnażonej. Przed Drzewem Roda wszelki gniew musiał zamilknąć. Tak to czczono boga nad bogami i ojca nad ojcami.

Tego roku zima ustąpiła wcześniej niż zwykle. Lód pękł z donośnym hukiem, a żurawie powróciły znad dalekich krain.

Kapłan Miłomir spojrzał ku niebu.

— Jare Gody przyjdą wcześniej. — rzekł cicho.

— To dobry znak? — zapytała Leda.

Starzec długo milczał.

— Dobre znaki często poprzedzają wielkie próby.

Wieść o jego słowach szybko rozeszła się po grodzie. Jedni widzieli w nich zapowiedź urodzaju. Inni szeptali o nadchodzącej wojnie. Lech nie powiedział nic. Patrzył jedynie na swoje siedmioro dzieci. Najstarszy syn ostrzył włócznię. Drugi budował nową łódź. Trzeci wrócił z polowania z jeleniem na ramionach. Najmłodszy uczył się od kowali. Córki przędły len i śpiewały pieśni tak stare, że tylko kapłani znali ich początek. Lech wiedział jednak to, czego nie wiedział nikt. Jego dzieci dorosły. A dorosłe drzewo nie zatrzymuje swoich gałęzi przy pniu.

Kilka dni później rozesłano posłańców. Róg z tura zabrzmiał nad jeziorami. Na jego głos przybywali wodzowie okolicznych rodów. Jedni przypłynęli dłubankami. Inni przyjechali konno. Jeszcze inni przyszli pieszo przez puszcze. Wieczorem przy świętym dębie zapłonęło wielkie ognisko.

Lech powstał.

— Sława Rodowi. Witajcie na wiecu.

— Sława bogom. Witaj, Lechu! — odpowiedzieli zgodnym głosem.

Najstarszy ze starszyzny, Siemowit z rodu myśliwych, odezwał się pierwszy.

— Dawno nie zwoływałeś wiecu, kniaziu.

— Bo dawno nie było sprawy większej od tej.

Na polanie zapadła cisza. Słychać było jedynie trzask drewna i szum liści.

Lech podniósł dębową laskę.

— Powiedzcie… co daje siłę ludowi?

— Miecze! — zawołał wojownik.

— Grody! — odparł inny.

— Konie! — zawołał ktoś.

— Żelazo! — rzekł stary kowal.

— Liczni synowie! — wykrzyknęła kobieta.

Lech pokręcił głową.

— Wszystko to można utracić. — popatrzył na Święty Dąb. — Ziemię można spalić. Gród można zdobyć i niszczyć. Miecz można złamać. Lecz jest coś, czego nie odbierze żaden wróg.

— Co takiego? — zapytała Leda.

Lech spojrzał na zgromadzonych.

— Jedność. — położył dłoń na chropowatej korze. — Tak jak korzenie karmią wszystkie konary, tak wspólna pamięć karmi wszystkie rody.

Starszyzna przytaknęła. Jedynie wojownik Bożygniew zmarszczył brwi.

— Łatwo mówić o jedności, gdy wszyscy siedzą przy jednym ogniu. A co będzie, gdy zabraknie ziemi? Gdy nasze dzieci zaczną spierać się o lasy, rzeki i pola?

Kniaź długo patrzył w płomienie. Wreszcie odpowiedział spokojnie:

— Wtedy nie będą już tylko moimi dziećmi. Staną się ojcami nowych ludów.

Po polanie przebiegł szmer.

— Chcesz kniaziu rozdzielić własny ród? — zapytał ktoś z niedowierzaniem.

— Nie rozdzielić. — włożył do ognia kij. — Rozszerzyć. — wyjął żyjący się patyk i uniósł. — Tak jak z jednego żaru można rozpalić wiele ognisk, nie gasząc pierwszego.

Kilka tygodni później rozpoczęły się przygotowania do wielkiego święta Stada — czasu, gdy wszystkie rody spotykały się na wspólnej uczcie, zawodach i naradach. Kobiety piekły chleby z nowej mąki. Bartnicy otwierali beczki pachnącego miodu. Kowale ostrzyli miecze i włócznie na pokazy sprawności. Młodzieńcy ścigali się konno. Dzieci plotły wieńce z dębowych liści. Kapłani rozpalili ogień, który miał płonąć przez siedem dni i siedem nocy. Nadszedł poranek Stada. Kącisz uniósł ręce ku koronie świętego dębu i przemówił:

— Rodzie-Światowidzie, Ojcze wszelkiego istnienia, spraw, aby pamięć była silniejsza od pychy, zgoda mocniejsza od gniewu, a mądrość prowadziła tych, którzy obejmą władzę po swoich ojcach.

Wiatr poruszył gałęziami. Nad polaną przeleciał biały orzeł. Wszyscy zamilkli.

Tylko Bożygniew stojąc obok kapłanki wyszeptał:

— Nigdy nie widziałem go tak nisko… to jakoś znak albo cud.

Żercztni uśmiechnął się.

— Nie każdy znak oznacza cud. Ale każdy może przypominać człowiekowi, kim powinien być.

Lech patrzył za oddalającym się ptakiem.

Nie wiedział jeszcze, że właśnie rozpoczął się ostatni rok, w którym jego wszystkie dzieci mieszkają pod jednym dachem. A przyszłe pokolenia miały zapamiętać, że wielkość Lechii nie narodziła się z podboju, lecz z odwagi, przysięgi i zgody ludzi, którzy potrafili pozostać jedną rodziną, choć los poprowadził ich w siedem różnych stron. Lecz zanim to nastało przyszedł czas radości. Lato nadeszło w całej swej chwale. Słońce królowało nad Lechią, a łany zbóż falowały niczym złote morze. W puszczach dojrzewały poziomki, na mokradłach kwitły kaczeńce, a rybacy wracali z jezior z łodziami pełnymi sumów i szczupaków. Lecz wszyscy czekali na jedną noc. Na Noc Kupały. Była to najkrótsza noc roku — czas ognia i wody, miłości, odwagi oraz nadziei. Wierzono, że tej jednej nocy granica między światem ludzi a tajemnicami losu staje się cieńsza niż pajęcza nić. Na Ostrowie oraz podgrodziu od świtu trwały przygotowania. Dziewczęta plotły wianki z dębowych liści, macierzanki, rumianku i bławatków. Młodzieńcy znosili drewno na ogromne ogniska. Starcy oczyszczali święty gaj, a kapłani przygotowywali ofiarne palenisko pod potężnym dębem Roda-Światowida pośród kamiennego kręgu. Wieczorem Lech Prarodny stanął przed swoim ludem i przemówił:

— Niech tej nocy nie będzie między nami gniewu. Niech zwaśnieni podadzą sobie dłonie. Niech każdy pamięta, że jesteśmy jednym rodem.

Ludzie odpowiedzieli donośnym okrzykiem.

— Jednym rodem!

Zapłonęły ogniska. Młodzi przeskakiwali przez płomienie, wierząc, że ogień wypala lęk, a pozostawia odwagę. Dziewczęta puszczały wianki na jezioro. — Jedne płynęły daleko. Inne zatrzymywały się przy brzegu. Jeszcze inne stykały się ze sobą, wywołując śmiech i żarty panien na brzegu. Gdy księżyc wspiął się wysoko nad lasami, kapłan podszedł do Lecha.

— To już czas.

Prarodny skinął głową.

— Czy ona już przybyła?

— Czeka.

Na skraju świętego gaju, gdzie rosły stare drzewa, siedziała samotna kobieta. Jej włosy były bielsze od porannej mgły. Oczy miała jasne jak tafla jeziora. Nazywano ją Miłowidą. Nie była kapłanką. Nie należała do żadnego rodu.

Mówiono, że urodziła się podczas burzy, a pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszała, był grzmot Peruna. Jeszcze inni twierdzili, że przez siedem dni błąkała się jako dziecko po puszczy i odnalazł ją sam Leszy. Ona nigdy nie potwierdzała żadnej z tych opowieści. Do dziś nikt nie wie skąd była. Widziała jednak więcej niż inni.

Lech podszedł do niej.

— Witaj, Miłowido.

— Witaj, Lechu… Synu Samona, ojcze wielu ludów.

— Wezwałaś mnie i mojej dzieci.

— Nie.

Staruszka uśmiechnęła się tajemniczo.

— To Rod wezwał was.

Na polanie zapadła cisza. Kapłani zgasili wszystkie pochodnie. Pozostał jedynie blask księżyca oraz płomień pod świętym dębem. Miłowida uniosła ręce.

— Rodzie-Światowidzie… Ojcze początku i końca… Jeśli taka jest Twoja wola, pozwól ujrzeć nić przeznaczenia.

Wiatr ucichł. Nawet liście przestały szeleścić. Wieszczka otworzyła oczy.

— Niech podejdzie najstarszy syn.

Polan uklęknął. Miłowida położyła dłoń na jego czole. Po chwili przemówiła głosem, który zdawał się należeć do kogoś znacznie starszego od niej.

— Widzę pola bez końca… Widzę tysiące dymów unoszących się nad chatami… Widzę gród większy od wszystkich grodów… Ty pozostaniesz przy korzeniu.

Twoje plemię stanie się sercem Lechii. Lecz pamiętaj… Największym wrogiem serca jest pycha.

Polan skłonił głowę, po czym ucałował dłonie starej kobiety.

Przed wieszczkę wystąpił drugi syn.

— Widzę wielką rzekę… Widzę grody odbijające się w wodzie… Widzę ludzi, którzy przyjdą z południa. Jedni przyniosą handel. Inni miecze. Ty Wisławie nauczysz swój lud rozpoznawać jednych od drugich.

Młodzieniec postąpił podobnie jak jego brat.

Trzeci syn Lecha uklęknął przed widzącą.

Miłowida westchnęła.

— Widzę nieprzebyte puszcze… Wilki… Tury… I ludzi, którzy zapomnieli, że las jest domem, a nie zdobyczą. Ty zostaniesz strażnikiem borów. Dopóki będą stały drzewa, będzie żyło twoje plemię, Borowicie.

Chłopak podziękował i oddał hołd wieszczce.

Czwarty syn spojrzał odważnie w oczy starej kobiety, która rzekła:

— Widzę morze. Burze. Dalekie okręty.

Bursztyn jaśniejący niczym zastygłe promienie słońca. Morzywoju twój lud będzie znał świat dalej niż inni. Ale pamiętaj… Kto zbyt długo patrzy ku obcym krainom, może zapomnieć drogę do własnego domu.

Najstarsza córka uklękła spokojnie. Miłowida uśmiechnęła się.

— Widzę świętą górę. Widzę płomień, który nigdy nie gaśnie. Ty Raduniu pojednasz skłócone rody. Tam, gdzie inni zobaczą spór, ty odnajdziesz zgodę.

Druga córka usłyszała słowa:

— Widzę wschodnie drogi. Widzę jeźdźców. Kupców. Posłów. I wojowników.

Twoi potomkowie będą pierwszą tarczą Lechii. Nie dlatego, że kochają wojnę. Lecz dlatego, że kochają pokój. Takie jest twoje przeznaczenie Lędo.

Najmłodsza córka Lecha podeszła jako ostatnia. Wieszczka zamilkła. Bardzo długo miała zamknięte oczy. Tak długo, że kapłani zaczęli szeptać między sobą.

Nagle Miłowida otworzyła szeroko oczy.

— Jeziora… Mgły… Pieśni… Widzę dzieci słuchające dawnych opowieści. Jeśli kiedyś Lechici zapomną własne dzieje…

Twój ród będzie ich strażnikiem, potężna Mietlano.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. Lecz Miłowida nie opuściła rąk. Jej twarz pobladła.

— To jeszcze nie koniec…

Lech zrobił krok naprzód.

— Co widzisz?

— Ogień… Bardzo wiele ognia… Siedem ognisk płonie osobno. Potem gasną.

Na końcu pozostaje tylko jedno. Jedno tak wielkie, że jego blask odbija się w tysiącach tarcz.

Lech zmarszczył brwi.

— Czy to znak zwycięstwa?

Wieszczka odpowiedziała cicho:

— Zwycięstwo i próba mają to samo oblicze. — dodała. -Jeżeli siedem gałęzi zapomni o swoim korzeniu… Drzewo uschnie. Jeżeli jednak pozostaną jedną rodziną… Żaden wróg nie złamie Lechii.

Na polanie zapanowała cisza.

W tej samej chwili z ciemności dali dobiegł przeciągły wilczy skowyt. Nad koroną świętego dębu przeleciał biały orzeł i usiadł na najwyższej gałęzi.

Kapłan wyszeptał:

— Zapamiętajcie tę noc. Nie dlatego, że usłyszeliście przyszłość. Lecz dlatego, że od tej chwili każdy z was będzie ją współtworzył własnymi czynami.

Lech objął wzrokiem swoje dzieci. Nie widział już chłopców i dziewcząt. Widział przyszłych założycieli wielkich plemion.

Księżyc, pełny i jasny, zawisł nad świętym dębem niczym milczący świadek przepowiedni, której znaczenie miały zrozumieć dopiero przyszłe pokolenia.

Mijały lata. Siedmioro dzieci Lecha Prarodnego rozeszło się po rozległych ziemiach między górami, puszczami, rzekami i morzem. Tam, gdzie niegdyś rozbrzmiewały jedynie odgłosy dzikiej przyrody, wyrosły nowe grody, osady i święte miejsca. Każdy ród pielęgnował własne zwyczaje, pieśni i opowieści, lecz wszystkie rozpoczynały się od tych samych słów:

— Jesteśmy dziećmi Lecha Prarodnego, ojca Lechii, naszej matki i karmicielki.

Polanie strzegli żyznych pól i wielkiego grodu przodków. Wiślanie czuwali nad szeroką rzeką i szlakami kupieckimi. Mazowszanie bronili bezkresnych puszcz.

Pomorzanie wypływali na morze, niosąc bursztyn ku odległym krainom. Ślężanie strzegli świętej góry i dawnych przysiąg.

Lędzianie czuwali nad wschodnimi drogami. Goplanie przechowywali pamięć o początkach i dawne pieśni przodków. Choć dzieliły ich wielkie odległości, każdej wiosny posłańcy wyruszali do grodu Lecha. Wieźli dary: worki zboża, bursztyn, miód, skóry, sól, ryby i miecze wykute przez najlepszych kowali. Lecz największym darem nie były bogactwa. Była nim obecność. Raz do roku wszystkie plemiona spotykały się przy świętym gaju Roda-Światowida. Tam gasły dawne spory, odnawiano przysięgi i wspominano tych, którzy odeszli do krainy przodków. Starcy opowiadali dzieciom historię pierwszego wiecu, pierwszego ognia i pierwszego słowa wypowiedzianego przez Lecha pod świętym dębem.

Pewnego roku Lech Prarodny, już bardzo sędziwy, poprosił, aby zaprowadzono go do Drzewa Roda. Oparł dłoń o chropowatą korę. Milczał długo. Wreszcie przemówił:

— Spójrzcie na ten dąb. — wszyscy unieśli głowy ku potężnym konarom. — Czy któraś gałąź żyje tylko dla siebie?

— Nie! — odpowiedzieli zgodnie.

— Czy korzenie pytają, który konar jest ważniejszy?

— Nie.

Lech uśmiechnął się.

— Tak samo jest z narodem. Każdy ród jest inną gałęzią. Jedni mieszkają nad morzem, inni nad rzekami, jeszcze inni pośród puszcz i gór. Lecz wszystkie gałęzie czerpią życie z jednego korzenia. Gdy zaczynają walczyć między sobą, słabnie całe drzewo. Gdy wspierają się nawzajem, staje się ono silniejsze od największej burzy.

Młody wojownik zapytał:

— Ojcze Lechu… a co jest tym korzeniem?

Starzec spojrzał na wszystkich zebranych.

— Pamięć i więzy krwi. — wziął sztylet i naciął palec a krew popłynęła po korze drzewa. — Nie pamięć dawnych waśni. Nie pamięć krzywd. — kontynuował. — Lecz pamięć tego, kim jesteśmy. Pamięć przodków, którzy uczyli nas pracować uczciwie, dotrzymywać przysięgi, szanować starszych, bronić słabszych i kochać ziemię, która nas wykarmiła. — Lech nabrał głęboko powietrza. — Ziemia nie należy do człowieka. To człowiek należy do swojej ziemi. Otrzymuje ją od przodków tylko po to, aby przekazać ją dzieciom bogatszą, bezpieczniejszą i piękniejszą.

Zapadła cisza. Słychać było jedynie wiatr poruszający liśćmi świętego dębu.

Wtedy Lech uniósł dębowy kostur kniazia i rzekł:

— Przysięgnijcie na Roda!

Siedmiu wodzów wysunęło miecze. Nie unieśli ich przeciw sobie. Skierowali ostrza ku ziemi.

— Przysięgamy!

— Że nie podniesiemy ręki na braci bez sprawiedliwej przyczyny.

— Przysięgamy!

— Że będziemy strzec ziemi ojców.

— Przysięgamy!

— Że żadne plemię nie pozostanie samo w godzinie próby.

— Przysięgamy!

Lech zamknął oczy. Na jego twarzy pojawił się spokojny uśmiech.

— Teraz wiem, że moje dzieło nie umrze.

Tej samej chwili wiatr poruszył koroną świętego dębu, jakby sam Rod potwierdził słowa przysięgi. Nad jeziorem zatoczył krąg biały orzeł. Niektórzy dostrzegli w tym jedynie pięknego ptaka.

Inni zobaczyli znak nadziei. A najstarsi powiedzieli:

— Nie znaki czynią naród wielkim. Naród staje się wielki wtedy, gdy jego synowie i córki pozostają wierni temu, co święte.

Minęły pokolenia. Zmieniały się grody.

Zmieniały się obyczaje. Zmieniały się języki, którymi przemawiali potomkowie dawnych rodów. Lecz ilekroć nad Lechią zbierały się ciemne chmury, wracano pamięcią do słów Lecha Prarodnego.

Powtarzano je przy ogniskach, w domach, na wiecach i podczas wychowywania dzieci:

„Naród jest jak drzewo. Korzenie to pamięć przodków. Pień to jedność. Gałęzie to ludzie. Liście oraz żołędzie to kolejne pokolenia. Gdy uschną korzenie, uschnie całe drzewo. Lecz gdy korzenie pozostaną żywe, żadna burza nie zdoła go złamać.”

I dlatego potomkowie siedmiu plemion przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie najważniejsze dziedzictwo nie w złocie ani w mieczach, lecz w pamięci i krwi, odpowiedzialności oraz miłości do ojczystej ziemi. Bo siła Lechii nigdy nie rodziła się z pychy ani z podboju. Rodziła się z jedności, wierności danemu słowu, szacunku dla przodków, z przekonania, że przyszłość każdego narodu zaczyna się od ludzi, którzy potrafią powiedzieć:

„Jesteśmy różnymi gałęziami jednego drzewa.”
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij