Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kroniki Archeo. Zagadka Diamentowej Doliny. Tom 5 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
E-book: EPUB,
35,99 zł
Audiobook
39,99 zł
35,99
3599 pkt
punktów Virtualo

Kroniki Archeo. Zagadka Diamentowej Doliny. Tom 5 - ebook

Ania i Bartek wyjeżdżają na ferie zimowe do cioci i są zachwyceni – lecą aż do Tasmanii! Ciocia przygotowała dla nich wyjątkowy plan: zwiedzanie wyspy, a potem wyprawa kamperem przez Australię w poszukiwaniu diamentów. Z pozoru jest to tylko zabawa w odkrywców cennych kamieni, jednak przygoda szybko zamienia się w niebezpieczne śledztwo. Śladem dzieci rusza groźna szajka łowców skarbów, która zrobi wszystko, by przejąć od nich mapę prowadzącą do tajemniczej doliny pełnej diamentów. W trakcie podróży bohaterowie natrafiają również na ślady tragicznych wydarzeń sprzed wielu lat i odkrywają, że ich wyprawa może mieć więcej wspólnego z historią, niż ktokolwiek przypuszczał.

Im dalej w głąb australijskich bezdroży, tym wyraźniej widać, że nie wszyscy chcą, aby prawda wyszła na jaw. Szybko robi się groźnie: złodzieje, katastrofa lotnicza i bezwzględna australijska przyroda to tylko część zagrożeń. Rodzinna wyprawa staje się walką o bezpieczeństwo i o to, by wrócić cało do domu.

„Kroniki Archeo. Zagadka Diamentowej Doliny” to przygodówka pełna akcji, zagadek i egzotycznych miejsc, idealna dla młodych czytelników lubiących szybką akcję, odkrywanie tajemnic i odrobinę sensacji. Książka rozwija ciekawość świata, oswaja geograficzne odległości, pokazuje różne kultury i uczy, że w trudnych sytuacjach liczą się przede wszystkim odwaga, spryt i umiejętność logicznego myślenia. To również kontynuacja serii, która przyciąga humorem, dynamiką i bohaterami, z którymi łatwo się zaprzyjaźnić.

Seria „Kroniki Archeo” to pełna przygód, humoru i zagadek seria książek dla młodych czytelników, którzy lubią tajemnice, podróże i dynamiczną akcję. Bohaterami cyklu są Ania i Bartek – rodzeństwo, które podczas rodzinnych wypraw trafia w sam środek niezwykłych zagadek związanych z historią, archeologią i tajemnicami przeszłości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-922-1
Rozmiar pliku: 14 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Królowa Wiktoria Hanowerska urodziła się 24 maja 1819 roku w Londynie. Została królową w wieku 18 lat. Poślubiła księcia Alberta Sachsen-Coburg-Gotha, który był jej wielką miłością. Sama mu się oświadczyła, ponieważ książę jako niższy rangą nie mógł tego uczynić. Z ich związku narodziło się dziewięcioro dzieci. Byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Gdy w 1861 roku książę niespodziewanie zmarł na tyfus, królowa pogrążyła się w żałobie. Do końca życia ubierała się wyłącznie w czarne suknie i wycofała się z życia publicznego. Nazywano ją Wdową z Windsoru. Przez ponad 63 lata była królową Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. 1 stycznia 1877 roku została również cesarzową Indii. Okres rządów Wiktorii Hanowerskiej został nazwany od jej imienia epoką wiktoriańską, a sama królowa stała się symbolem brytyjskiej potęgi. Był to okres kolonialnych podbojów, rewolucji przemysłowej, rosnącego dobrobytu, ale i rozwarstwienia społeczeństwa. Królowa Wiktoria zmarła 22 stycznia 1901 roku w Cowes na wyspie Wight. Wielu współcześnie panujących monarchów jest z nią spokrewnionych.

ROZDZIAŁ I
OKRUTNY WYROK

– Czy skazany przyznaje się do winy? – Sędzia Alan Brown zwrócił się surowym tonem do drobnego, trzęsącego się ze strachu, umorusanego dziewięciolatka.

Chłopiec był tak przestraszony, że nie mógł wykrztusić ani jednego słowa na swoją obronę. Pokręcił jedynie przecząco głową.

– On jest niewinny! – załkała głośno jego matka. – Błagam, oszczędźcie go! Jest niewinny! – powtórzyła, zalewając się łzami. Rozpaczliwie wyciągała ręce w stronę sędziego w białej peruce, przed którym stało drżące jak osika jej jedyne, ukochane dziecko. Żandarm odepchnął kobietę gwałtownie.

– Uciszcie tę pomywaczkę! – rozkazał sędzia Brown, jeden z najsurowszych pracowników wymiaru sprawiedliwości Jej Królewskiej Mości królowej Wiktorii.

Dla sędziego Browna, człowieka o szarych, zimnych i bezdusznych oczach, nie było ważne, że chłopiec ma zaledwie dziewięć lat. Traktował go jak dorosłego. Sędzia nie znosił biednych, brudnych, ubranych w łachmany wyrostków włóczących się po ulicach Londynu. Uważał, że z tych dzieci nic dobrego nie wyrośnie. Za najdrobniejsze przewinienie, choćby kradzież kromki chleba, skazywał je na długoletnie więzienie. Zupełnie nie obchodziło go, że ci mali skazańcy byli często sierotami, których nikt nie chciał przygarnąć.

Gdy Beth dowiedziała się, że sędzia Alan Brown będzie prowadził sprawę jej syna, omal nie umarła z rozpaczy. Wiedziała, że nie uwierzy w jej zapewnienia o niewinności Williama. Była tylko biedną pomywaczką. Jaką zatem wartość miało jej słowo przeciwko słowu lorda Corneliusa? To lord Cornelius Cavendish, u którego pracowała, oskarżył jej syna o kradzież cennego rodowego sygnetu z diamentem. Syn lorda, trzynastoletni Arthur, twierdził, że na własne oczy widział, jak mały William kradnie sygnet ze szkatuły stojącej na biurku w gabinecie lorda. Chociaż nie było na to żadnego dowodu i nie znaleziono sygnetu ani przy Williamie, ani w domu pomywaczki, to chłopca uznano za winnego.

– Na pewno sprzedał sygnet! – stwierdził komisarz policji i tak zakończyło się całe dochodzenie. Jest świadek i jest sprawca!

Dla policji wszystko było jasne. Jednak nie dla Beth, matki chłopca. Chociaż była biedna jak mysz kościelna, starała się go wychować na porządnego człowieka. William był dobrym dzieckiem i na pewno nie ukradł sygnetu, ale któż chciałby w to uwierzyć?!

– Czy oskarżony przyznaje się do winy? – zapytał grzmiąco sędzia Brown.

– Nie, niczego nie ukradłem! – wydusił wreszcie chłopiec drżącym głosem.

– Śmiesz bezczelnie kłamać?! – wrzasnął sędzia.

Arthur Cavendish, siedzący na sali razem ze swoim ojcem, rzucił przerażonemu chłopcu złośliwe, kpiące spojrzenie.

– Widziałem, to on ukradł sygnet! – Wyciągnął oskarżycielsko palec w kierunku Williama.

– Sprawa jest zatem zamknięta! – zagrzmiał sędzia Alan Brown. – Synu pomywaczki, skazuję cię na…

Sędzia zmarszczył brwi w namyśle. Najchętniej skazałby tego małego wyrzutka społeczeństwa na karę śmierci, i to nie byłoby nic niezwykłego w jego karierze, ale tego dnia miał akurat wyjątkowo dobry nastrój, więc postanowił zastosować nieco łagodniejszy wymiar kary.

– Skazuję cię na trzydzieści lat pracy w kolonii karnej w Point Puer! – wydał straszny wyrok, który dla małego Williama był równoznaczny ze śmiercią. – To cię oduczy kraść! – dodał sędzia z satysfakcją.

– Och, nieeee! – Beth Dickins rzuciła się z pięściami na żandarmów odgradzających ją od syna. – On przecież nic nie zrobił!

Po policzkach chłopca potoczyły się wielkie łzy. Nie mógł nawet pożegnać się ze swoją mamą.

– Wyrok wykonać natychmiast! – Sędzia Brown grzmotnął sędziowskim młotkiem w stół.

Zaraz potem Williama Dickinsa zakuto w ciężkie kajdany.

– Synku! – wołała Beth z rozpaczą, gdy żandarmi siłą wyprowadzali ją z sali rozpraw.

W porcie w Portsmouth czekał już statek, który powoli zapełniał się więźniami skazanymi na zesłanie do kolonii karnej, znajdującej się na drugim krańcu świata. William wiedział, że już nigdy nie ujrzy matki, a ona wiedziała, że nie zobaczy więcej swojego jedynego dziecka.

Jedynie lord Cavendish, usatysfakcjonowany wyrokiem, w dobrym nastroju opuszczał gmach sądu. Zupełnie nie wzruszył go los chłopca ani jego matki, którą zresztą zwolnił z posady pomywaczki.

– Nie możemy w naszym domu tolerować kłamczuchów i złodziei, prawda, ojcze? – Arthur, podobny do swego ojca jak dwie krople wody, z tym samym pogardliwym uśmieszkiem patrzył na rozpacz Beth.

– Oczywiście, synu – potwierdził skwapliwie lord. – Ten łobuz zasłużył na przykładną karę.

– Tak, zasłużył – przytaknął gorliwie Arthur lizusowskim tonem i patrzył, jak wyprowadzają małego skazańca.

William już nie płakał. Jego los został przypieczętowany. Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego wyrządzono mu tak wielką krzywdę. Był przecież niewinny. Z okratowanego okna powozu więziennego, który miał przewieźć go do portu, po raz ostatni rzucił matce pełne smutku spojrzenie, a potem popatrzył w zimną twarz Arthura Cavendisha, który uśmiechał się z wyższością.

Syn lorda dyskretnie sięgnął do kieszeni i, na chwilę krótką jak mgnienie oka, wysunął z niej coś błyszczącego. Zrobił to tak, że jedynie mały Dickins mógł to zobaczyć.

William wstrzymał oddech.

– Sygnet! – szepnął wstrząśnięty. – Sygnet! – zawołał głośniej, szarpiąc kajdanami. – On go ma!

Ale nikt nie mógł już tego usłyszeć, ponieważ więzienny powóz toczył się z głośnym turkotem po londyńskim bruku w stronę Portsmouth, gdzie czekał okręt pełen więźniów zesłanych na odbycie kary w Port Arthur i Point Puer. W głowie chłopca kołatała się już teraz tylko jedna myśl: dlaczego? Dlaczego on to zrobił? Dlaczego syn lorda był tak okrutny? Nim zamknięto Williama pod ciemnym, cuchnącym pokładem, chłopiec podjął decyzję:

– Ucieknę!

Port Arthur – największa kolonia karna w Australii. Kolonię utworzono w 1833 roku na Półwyspie Tasmana. Zsyłano do niej więźniów, najczęściej ciężkich recydywistów z całego Imperium Brytyjskiego. W kolonii panowały surowe warunki i zaostrzone środki bezpieczeństwa. Jej położenie uniemożliwiało ucieczkę. Aby odizolować młodzież od starszych więźniów, na pobliskiej wyspie Point Puer utworzono więzienie dla chłopców w wieku 9-17 lat. Najczęściej pochodzili oni z brytyjskich slumsów. Duży nacisk kładziono w tym miejscu na resocjalizację nieletnich więźniów.ROZDZIAŁ II
NIESPODZIEWANY TELEFON

Ania razem ze swoją koleżanką Jagodą Kłosek wolno kierowały się w stronę Bursztynowej Willi. Przyjaciółki miały wspólnie odrabiać lekcje. Jagoda chciała też obejrzeć wszystkie Kroniki Archeo, jakie do tej pory sporządziła Ania.

– Czy twój brat będzie teraz w domu? – spytała z niewinną minką.

Ania wiedziała, że przyjaciółka bardzo lubi Bartka. Gdy tylko się pojawiał, Jagoda robiła do niego maślane oczy, ale on nie zwracał na nią najmniejszej uwagi.

– Mój brat będzie chyba teraz na zamku u wujka Ryszarda.

– Och, to szkoda – jęknęła Jagoda z nutką zawodu w głosie. Zaraz jednak pocieszyła ją myśl, że Ania jeszcze raz opowie jej o swoich najnowszych przygodach w Japonii, pokaże zdjęcia i Kroniki. To było tak ekscytujące, że mogła tego słuchać na okrągło. – Wybieracie się gdzieś znowu? – spytała.

– Mamy zaproszenie od lady Ginevry Carnarvon do Londynu, ale pojedziemy dopiero w wakacje. Bardzo się cieszę, bo znowu zobaczę się z Mary Jane, Jimem i Martinem – powiedziała Ania.

– Ciekawe, jak teraz wygląda Martin. – Jagoda się rozmarzyła.

– Dokładnie tak samo jak Jim! – zażartowała z uśmiechem Ania.

– Ale Martin jest od Jima o wiele spokojniejszy – stwierdziła Jagoda. Miała okazję poznać obu Gardnerów ubiegłego lata, gdy spędzali wakacje w Zalesiu Królewskim. – Chociaż faktycznie, czasem mam kłopot, żeby ich odróżnić. – Westchnęła na wspomnienie chłopców identycznych jak dwie krople wody.

– Pokażę ci ich zdjęcia, mam je wklejone w Kronice – pocieszyła ją Ania. Wiedziała, że jej przyjaciółka jest bardzo kochliwa i co kilka tygodni przeżywała fascynację jakimś nowym chłopcem lub gwiazdorem.

Dziewczynki doszły do Bursztynowej Willi, jak Ania nazywała swój dom, i otworzyły furtkę prowadzącą do ogrodu. Zawsze, kiedy Ania ją zamykała, lubiła popatrzeć na widoczne stąd wzgórze z zamkiem, w którym mieszkał i pracował wujek Ryszard, a Bartek ćwiczył się w rycerskim rzemiośle w Bractwie Rycerskim.

– O, jesteście już, dziewczynki. – Mama Ani przywitała je na progu domu.

Dzisiaj wcześniej skończyła pracę i przygotowywała w domu jakiś referat.

– Jak było w szkole? – zagadnęła.

– Ogłoszono konkurs na najgrzeczniejszą klasę! – nie omieszkała poinformować Jagoda. – Tomek Barański i Marcin Trzepałka już się naradzają, bo bardzo chcą, żebyśmy wygrali. Klasa, która wygra, otrzyma Puchar Grzeczności!

– Oho, to rzeczywiście będzie się działo! – Pani Beata się roześmiała, ponieważ dobrze znała obu rozrabiaków i wiedziała, jak lubią broić.

– Odrobimy lekcje, a potem pooglądamy sobie moje Kroniki – powiedziała Ania i pociągnęła koleżankę do swojego pokoju na piętrze.

– W takim razie przyniosę wam sok i ciasteczka. – Mama przeszła do kuchni.

W momencie gdy kładła na talerzyk czekoladowe ciastka, rozległ się dźwięk telefonu. Nie mogła uwierzyć własnym uszom, kiedy w słuchawce odezwał się głos dawno niewidzianej kuzynki Barbary, mieszkającej od wielu lat w Hobart, na dalekiej Tasmanii, niewielkiej wyspie leżącej u południowych brzegów Australii. Barbara, jak przystało na dziennikarkę, miała bardzo ciekawą historię do opowiedzenia. Tym razem badała sprawę pewnego poszukiwacza złota. Beata Ostrowska słuchała z wielką ciekawością i chrupała przy tym ciasteczka, których nie zdążyła zanieść Ani i jej koleżance.

– Ania z Bartkiem mają niedługo ferie zimowe, więc pomyślałam sobie, że może przylecielibyście do nas na trochę? Jeszcze nigdy nie odwiedziliście mnie w Australii, więc to byłby doskonały moment na mały wypad na antypody. Co o tym sądzisz? – Barbara zaskoczyła kuzynkę tym zaproszeniem.

– Rzeczywiście, nie widziałyśmy się już kilka lat i od dawna zamierzałam cię odwiedzić, ale wiesz, jak to jest, zawsze wyskoczy coś niespodziewanego – mówiła Beata Ostrowska, a jednocześnie zastanawiała się nad propozycją Barbary. – „Właściwie, czemu nie?” – pomyślała podekscytowana. – Dzieciaki byłyby przeszczęśliwe! – dodała głośno do słuchawki. – Muszę jeszcze tylko porozmawiać z Adamem – powiedziała. – Wiesz, dopiero co wróciliśmy z Japonii i sporo tam przeżyliśmy.

– Jasne, obgadajcie ten pomysł. Mam jednak nadzieję, że przyjedziecie. Moglibyśmy razem poszukać żyły złota. – Kuzynka się zaśmiała.

– Kusząca propozycja – stwierdziła Beata z uśmiechem.

– W takim razie zadzwonię jeszcze jutro, gdy zatrzymam się w jakimś następnym motelu, i dacie mi odpowiedź. – Barbara ziewnęła. Ze względu na różnicę czasu i zmęczenie podróżą, w której akurat była, ledwie trzymała się na nogach. – Pozdrów Adama i ucałuj ode mnie dzieciaki! – powiedziała jeszcze.

– Dziękuję, pozdrowię i ucałuję. Daj znać, jak czegoś się dowiesz o tym złocie!

– Jasne! No to pa!

– Pa! – powiedziały sobie obie kuzynki, po czym się rozłączyły.

„Żyła złota, hm” – zamyśliła się pani Beata i chrupnęła ostatnie ciasteczko na talerzyku. Po chwili zorientowała się, że sama wszystkie zjadła, wyjęła więc nowe i zaniosła dziewczynkom na górę.ROZDZIAŁ III
MROCZNY MOTEL

Barbara Lawson, na co dzień dziennikarka mieszkająca w Hobart na Tasmanii, jechała swoją wysłużoną terenówką po australijskich bezdrożach. Przejechała już siedemset kilometrów i nie napotkała żywej duszy, a na drodze minęły ją zaledwie trzy samochody i dwa ogromne pociągi drogowe. Barbara bardzo nie lubiła tych ostatnich – podmuch towarzyszący mijaniu takiego pociągu drogowego mógł z łatwością zmieść jej auto z drogi na pobocze pokryte czerwonym, jałowym pyłem. Zostało jej jeszcze kilka kilometrów do maleńkiego punktu na mapie oznaczającego miejsce, w którym zamierzała przenocować.

Pociąg drogowy: rodzaj samochodu ciężarowego z dużą liczbą naczep, który jest wykorzystywany do transportu towarowego. Australijskie pociągi drogowe wyposażone są w potężne zderzaki chroniące przed kangurami.

Była już wyczerpana, a od domu dzieliły ją tysiące kilometrów. Komuś, kto nie mieszka w Australii, trudno sobie wyobrazić, jak wielkie odległości trzeba czasem pokonywać, żeby dotrzeć z punktu A do punktu B. Barbara Lawson była obywatelką australijską już od wielu lat i zdążyła się do tego przyzwyczaić. Przemierzała teraz bezkresną pustynię, niewyobrażalną pustkę, przetykaną tylko czasami trawą spinifex, ciągnącą się po horyzont. Nic, tylko czerwony piasek i trawa, której ukłucie powoduje trudno gojące się rany. Gdyby nie klimatyzowane wnętrze samochodu, w czterdziestostopniowym upale wyschłaby na wiór w ciągu kilkunastu godzin. Palące słońce i błękitne niebo bez jednej chmurki nie pozostawiały co do tego żadnych złudzeń.

– Powinnam leżeć sobie teraz na plaży albo surfować na desce w przyjemnych, chłodnych falach oceanu. – Barbara rozmarzyła się, patrząc nieco posępnym wzrokiem na iście marsjański krajobraz za szybą samochodu.

Trawa spinifex: wysoka, twarda, ostra trawa. Powoduje trudno gojące się rany.

Dziennikarka nie bez przyczyny znajdowała się w tym niegościnnym miejscu, w którym naprawdę można by nagrywać filmy science fiction. Wszystko po to, aby zdobyć informację. Nie byle jaką informację. Otóż pojawiła się plotka, która w szybkim tempie dotarła również na Tasmanię, o fenomenalnym odkryciu pewnego farmera. Wieść niosła, że na pustyni przypadkiem znalazł ogromny samorodek złota ważący prawie pięć kilogramów! Samorodek leżał sobie po prostu w oślepiającym blasku słońca i czekał na szczęśliwego znalazcę. Farmer zabłądził na pustyni i zrządzeniem losu wpadł właśnie na tę grudę złota, a dokładnie potknął się o nią i wyrżnął nosem w czerwoną ziemię. Tak głosiła plotka. Może brzmiała nazbyt fantastycznie, ale Barbara wiedziała, że nie takie rzeczy zdarzają się w Australii. Mogła to być najszczersza prawda. Wszak przeważająca część tego kraju pozostaje niezamieszkana.

Samorodek: bryłka złota lub innego metalu czy minerału znaleziona w piasku, mule itp.

Australijczycy zasiedlają głównie wybrzeża, a w najbardziej niegościnnych miejscach mieszkają Aborygeni, rdzenni mieszkańcy tego kontynentu. Ogromne przestrzenie wciąż pozostają niezbadane. Dlatego Australia jest istnym rajem dla przyrodników. Co rusz odkrywane są tu zwierzęta lub rośliny uznawane za wymarłe od milionów lat. Nie tak dawno Barbara pisała przecież artykuł o stromatolitach, które wciąż zdumiewają tym, że pochodzą z odległych czasów, kiedy na Ziemi rodziło się życie. Teraz jednak bardziej od stromatolitów interesowała ją ta gruda złota. Tak samo jak mieszkańców Hobart. Wieść o złocie ożywiła nieco senną atmosferę miasta i stała się przedmiotem wielu rozmów i ploteczek. Wkrótce każdy był gotów wyruszyć na poszukiwania. Nie da się ukryć, że Hobart opętała prawdziwa gorączka złota! Dlatego Barbara postanowiła sprawdzić, czy wieść o złocie jest prawdziwa. Nie mogła dopuścić do tego, by mieszkańcy jej miasta porzucili swoje rodziny, obowiązki i wyruszyli na poszukiwanie skarbów, opierając się jedynie na niesprawdzonych pogłoskach.

Niestety, Barbara nie miała dla nich dobrych wiadomości. Odnalazła owego farmera, który rzeczywiście znalazł samorodek złota, lecz nie był on aż tak duży, jak głosiła plotka. Choć rzeczywiście ważył ponad kilogram. Farmer miał jednak ze swoim odkryciem poważny problem. Otóż w żaden sposób nie potrafił wrócić do miejsca, w którym dokonał znaleziska. Próbował wiele razy, ale jego usilne starania nie przynosiły zamierzonych efektów. Może wydawać się to dziwne, lecz biorąc pod uwagę fakt, że znalazł swoją grudkę złota na pustyni o obszarze kilku europejskich krajów, przestaje to zdumiewać. W każdej swojej części pustynia wygląda niemal tak samo. To było jak szukanie igły w stogu siana. Próbował nawet umyślnie potykać się o różne kamienie, mając nadzieję, że znowu trafi na ten właściwy i całą żyłę złota. Nabawił się tylko kilku urazów, a złota nie znalazł. Najwidoczniej odnalezienie grudki było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, jaki przytrafia się tylko raz w życiu.

Aborygeni: rdzenni mieszkańcy Australii. Przybyli na ten kontynent prawdopodobnie około 50 tysięcy lat temu z południowo-wschodniej Azji. Prowadzili koczowniczy tryb życia i byli silnie związani z naturą. Zajmowali się łowiectwem i zbieractwem, a plemiona mieszkające na wybrzeżach także rybołówstwem. Biali przybysze, którzy osiedlali się w Australii, dopuszczali się wielu okrucieństw wobec rdzennej ludności. Nie akceptowali ani nie rozumieli trybu życia i wierzeń Aborygenów. Nie uznano ich nawet za gatunek ludzki i wpisano do księgi fauny australijskiej. Biali systematycznie wypierali liczne plemiona z ziem, które ci zajmowali od tysięcy lat. Jeszcze dziś niektórzy Aborygeni żyją w rezerwatach, zamieszkują także tereny słabo zaludnione i nieurodzajne. Polityka rządu nie zawsze ułatwiała im asymilację we współczesnym społeczeństwie. Dopiero w 2008 roku premier Australii oficjalnie przeprosił Aborygenów za prześladowania i dyskryminację.

Stromatolity: skały węglanowe, które powstają za sprawą sinic. Występowały na Ziemi już ponad 3 mld lat temu.

Barbara Lawson rozmyślała o tym wszystkim i o rozczarowaniu, jakie wywoła u niektórych mieszkańców Hobart, kiedy zamieści te informacje w gazecie, gdy wreszcie ujrzała majaczące w oddali zabudowania. Według mapy, na którą właśnie zerknęła, powinno to być Coward Springs, miejsce, gdzie zamierzała odpocząć i przenocować. Jazda po zmierzchu nie była bezpieczna, również ze względu na kangury, którym zdarzały się nagłe wtargnięcia na drogę. Przejechała jeszcze kilka kilometrów i zatrzymała się przed maleńką stacją benzynową. Uzupełniła zapas paliwa i rozejrzała się po miasteczku. Było naprawdę niewielkie, ale zdawało się posiadać wszystko, co niezbędne do przeżycia na takim odludziu. Ku swojej wielkiej uldze Barbara zobaczyła nawet budynek z dyndającym na wietrze szyldem „Motel”. Natychmiast skierowała kroki właśnie tam. Wnętrze motelu posiadało dość surrealistyczny wystrój. Barbara miała wrażenie, jakby cofnęła się w czasie i nagle znalazła się w epoce kolonizacji Australii. Dom zbudowany był w stylu wiktoriańskim i można się było domyślać, że musieli go kiedyś wznieść Anglicy. Wnętrze było mroczne i przytłaczające wielością ciężkich, zakurzonych kotar i zasłon. Przez krótką chwilę Barbara nie widziała właściwie nic, a jej wzrok, porażony oślepiającym słońcem, musiał się przyzwyczaić do zaciemnionego wnętrza. Dzięki kotarom dosyć szczelnie zakrywającym okna, w głównym pomieszczeniu motelu było w miarę chłodno i przyjemnie.

– Dzień dobry, czy jest tu ktoś? – Po chwili oczekiwania za staroświeckim, porysowanym kontuarem Barbara zdecydowała się zawołać kogoś z obsługi motelu. Gdzieś za plecami usłyszała coś jakby tupot maleńkich nóżek. „Szczur?”. Obejrzała się niespokojnie. Była odważną kobietą i zwykle niczego się nie bała, ale to miejsce sprawiło, że poczuła dreszcz na plecach.

Postanowiła spróbować ponownie.

– Halo! Czy jest tu ktoś? – zawołała, tym razem nieco głośniej, i ruszyła po wąskich schodach prowadzących na wyższe kondygnacje budynku. – Wymarli, czy co? – mruknęła lekko poirytowana.

Na ścianach, meblach i półkach rozmieszczona była niezliczona liczba przeróżnych dziwnych przedmiotów, portretów, bibelotów i zdjęć.

– Chce pani u nas zamieszkać?

Barbara podskoczyła na sam dźwięk tego pytania. Spod schodów, ze schowka na miotły, wyszła staruszka. Na nosie miała wielką brodawkę i w tych okolicznościach przypominała Barbarze czarownicę.

– Chyba znajdzie się wolny pokój. – Wiekowa Carmen Wood, powiedziała to takim tonem, jakby przez jej motel przetaczały się tabuny turystów.

Dziennikarka uśmiechnęła się nieśmiało i zeszła z półpiętra, na które zdążyła już wejść. Nim udzieliła odpowiedzi, szybko zlustrowała widoczny stąd na parterze pokój z kominkiem. „Po co w tych upałach kominek?” – pomyślała i rozejrzała się, czy przypadkiem nie znajdzie gdzieś dowodów jakiejś zbrodni i trupów pod dywanem. Rozbuchana wyobraźnia podpowiadała jej najgorsze scenariusze. Był to jednak jedyny motel w promieniu siedmiuset kilometrów. Musiała w nim przenocować.

– Byłabym szczęśliwa, gdyby znalazł się dla mnie pokój – skłamała.

– Zobaczmy... – Starsza pani pośliniła palec i nieśpiesznie przewróciła kartki dużej bordowej księgi. W ogromnym skupieniu sprawdzała, czy w pustym motelu znajdzie się wolne miejsce. – Powinno coś być – wymruczała pod nosem.

Barbara westchnęła, przestępując z nogi na nogę, ale nie chciała być niegrzeczna. Marzyła o kąpieli i dobrej kolacji.

– Tak, tak…

Staruszka mruczała, a potem zastygła nad księgą jak figura z wosku.

Po minucie Barbara chrząknęła znacząco, ale kobieta nawet nie drgnęła. Wreszcie dziennikarka zaczęła się obawiać, że Carmen w tej właśnie chwili zeszła z tego świata.

– Proszę pani! Nic pani nie jest? – Dotknęła staruszki palcem.

Wtedy rozległo się przeciągłe, przeraźliwe chrapnięcie przypominające dźwięk piły motorowej.

– A nie, nic mi nie jest. – Carmen się otrząsnęła. – Chyba zdrzemnęłam się chwileńkę – dodała z usprawiedliwiającym uśmiechem.

„Też za chwilę zasnę, i to na stojąco, jeśli nie dostanę pokoju!” – pomyślała Barbara.

– No to zobaczmy jeszcze raz. – Właścicielka motelu przewróciła stronę w księdze i po raz kolejny zaczęła wodzić po niej palcem, jakby sprawdzała listę obecności.

– Ale na tej stronie już pani sprawdzała! – Barbara przeraziła się, że będzie musiała czekać kolejne minuty, a była już naprawdę głodna i zmęczona.

– Doprawdy? – Staruszka popatrzyła na dziennikarkę, jakby dopiero co ją ujrzała. – Zapomniałam. Muszę sprawdzić jeszcze raz. Nie mogę przecież się pomylić i przydzielić pani pokoju, w którym ktoś już mieszka! – wyjaśniła, licząc na to, że Barbara zrozumie ten doniosły fakt.

Dziennikarka na poważnie zaczęła się zastanawiać nad noclegiem w samochodzie, gdy weszła młoda dziewczyna z dużym tatuażem na ręce i kolczykami w uszach i w nosie.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij