-
nowość
Kroniki Czarownic. Rytuał Walkirii - ebook
Kroniki Czarownic. Rytuał Walkirii - ebook
Rytuał Walkirii to finałowy tom trylogii fantasy Kroniki Czarownic — opowieści o magii, przeznaczeniu i sile siostrzanej więzi. W Dolinie Siedmiu Jezior wschodzi krwawy księżyc.Triada musi się odrodzić. Po tym, jak klątwa Śmierci na Jawie spada na Sarę, a Wioletta wyrusza samotnie w niebezpieczną podróż w poszukiwaniu artefaktu Walkirii, los całego świata magii wisi na włosku. Amelia zmaga się z tajemnicami Księgi Ariany,. Czas dzieciństwa się kończy.Czas potęgi dopiero się zaczyna.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-194-8 |
| Rozmiar pliku: | 3,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
My, które niegdyś chodziłyśmy po ziemi Doliny i strzegłyśmy jej światła — Selena, Ariana i Walkiria, Córki Światła i Cienia — spisujemy ten Kodeks, by pamięć o nas nie zginęła, a moc naszych artefaktów nie popadła w zapomnienie.
Z miecza powstała Moc,
by bronić świat przed mrokiem.
Z Księgi wypłynęła Wiedza,
by światło nigdy nie zgasło.
Z Kotła narodziło się Życie,
by to co umiera, mogło powrócić.
Lecz gdy Cień pożre nasze serca, a zdrada zrodzi zło silniejsze niż śmierć — wówczas artefakty zostaną rozdzielone, a pamięć o Triadzie zniknie w odmętach czasu.
Tylko Trzy Córki Trzech odnajdą na nowo Ścieżkę. One wypowiedzą słowa, które przywrócą pamięć i zjednoczą los. One dopełnią Rytuału Odrodzenia a Miecz, Księga i Kocioł znów przemówią jednym głosem. Niechaj więc szukają — lecz nie oczami, a sercem. Bo tylko czyste serce odnajdzie drogę do Triady, a tylko Jedność Trzech otworzy Bramę Zapomnianej Potęgi.
Jako rzecze Kodeks, niech tak się stanie!
Trzeci tom dedykuję sobie —
za to, że miałem odwagę spojrzeć w Lustro Seleny, wypowiedziałem Zaklęcie Ariany i uwierzyłem,
że Rytuał Walkirii skrywa moc spełnionych marzeń.
Dedykację tę kieruję także do Was,
Czytelników, bo bez Was magia tej opowieści nie
rozświetliłaby świata.
Niech Kroniki Czarownic będą świadectwem,
że nawet w ciszy, samotności i zwątpieniu
można odnaleźć własną moc.1. Zapach Magii
Sierp Księżyca lśnił jasno na niebie. Ostatnio często spoglądałam w nocne niebo razem z Artemisem. Mój kot i ja wciąż uczyliśmy się poznawać łączącą nas więź. Jednak najczęściej patrzyliśmy w gwiazdy w milczeniu.
To wydawała się być długa zima, mimo że mrozy i śniegi odpuściły już w styczniu.
W głębi serca czułam, że ten czas tak mi się dłużył, bo nie było przy mnie Wiktora.
Artur i Damian wrócili z Irlandii do Doliny Jezior razem z Marlinem. Ich trening tam przyniósł podobno niespodziewane rezultaty. Jednak mnie zastanawiało to, dlaczego Wiktor nie wrócił do domu razem z nimi.
Marlin cierpliwie wyjaśnił mi, że z Wiktorem skontaktowała się ambasada, ponieważ jego rodzice przed swoją śmiercią pozostawili tam coś tylko dla niego.
— Wiktor miał stawić się w siedzibie ambasady sam, ponieważ jego rodzice pozostawili jasne wytyczne: Rzeczy mają trafić tylko i wyłącznie do rąk Wiktora — rzekł Marlin, próbując mi nakreślić całą sytuację — Chłopak był zdziwiony, jednak w Irlandii wydarzyło się coś co… — elf zawiesił głos — Sądzę, że Wiktor sam ci to wyjaśni. W każdym razie, był przekonany że to co czeka na niego w ambasadzie ma niesamowicie ważne znaczenie dla niego. I dla całej Doliny.
Razem z Amelią i Wiolettą zastanawiałyśmy się co takiego pozostawili po sobie rodzice Wiktora i dlaczego to wszystko działo się właśnie teraz. A najbardziej zastanawiające było to, że dziadek Wiktora, hrabia Olaf Ludomirski o niczym nie miał pojęcia…
Po zdjęciu przez nas Zaklęcia Ariany w miasteczku i całej Dolinie wiele się zmieniło. Istoty magiczne i ludzie żyli obok siebie zupełnie jakby taka wspólnota istniała tu od zawsze. Miło było spotkać w miasteczku Wandę, która na co dzień mieszkała w Leśnej Osadzie. Amanda i Letycja znalazły nawet pracę w Dębowie w starym sklepie z antykami i bibliotece. Wszystko układało się naprawdę dobrze, jednak wiedziałyśmy, że gdzieś tam, w górach Bruxoru, Kendra być może szykuje się do kolejnego ataku.
Selena, Ariana i Walkiria postawiły przed nami ważne zadanie. Największe z nich spadło na Wiolettę. Wciąż gryzła się sama ze sobą, próbując odnaleźć choćby cień śladu po trzecim artefakcie. Amelia przewertowała wszystkie księgi jakie znalazła w Korzeniu a ja szukałam w miejskiej bibliotece w dziale z historią i legendami. Jednak nasze starania nie przyniosły żadnego skutku. Nie było nic co mogłoby nas naprowadzić na drogę do Artefaktu Walkirii.
— Wygląda na to, że muszę zrobić to o czym mówiła Walkiria — jęknęła zrezygnowana Wioletta — Muszę się otworzyć, poszukać jej w snach i wizjach…
— Pamiętaj, że jesteśmy z tobą — odezwała się Amelia znad moździerza — Gdybyś tylko czegoś potrzebowała, daj znać.
— Właściwie jest coś co mogłybyście dla mnie zrobić — Wioletta uśmiechnęła się przebiegle.
— Mów! — poprosiłam.
— Ten wasz eliksir… Wywar Widzenia! Może dzięki niemu mogłabym wejść głębiej…
— Głębiej? Zamierzasz wprowadzić się w trans? Duchowa Wędrówka? — zdziwiła się Amelia — Czytałam o tym. To bardzo niebezpieczne! Możesz nigdy nie wrócić!
— Hej! Nie aż tak — uspokoiła ją Wioletta — Chcę tylko pobudzić moje wewnętrzne oko by zobaczyło, to co ukryte.
— Uff — westchnęła Amelia — W takim razie możemy przygotować z Sarą, dla ciebie cały zapas Wywaru Widzenia.
— Jasne! — zgodziłam się z uśmiechem.
— Czy pamiętasz jeszcze jak wyglądało nasze życie przed przeprowadzką do Doliny Jezior? — zapytała mama znad kubka z kawą.
Zastanowiłam się przez chwilę. Tamten czas, czas sprzed przeprowadzki tutaj, czas przed otrzymaniem medalionu od babci i poznaniu Wioletty i Amelii, był jakby przeszłym życiem. Życiem, które teraz nic dla mnie nie znaczyło. Wydawało się puste i niewiele z niego pamiętam.
— Jak przez mgłę… — odparłam po chwili.
— A pamiętasz jak bardzo nie chciałaś tu przyjeżdżać? — drążyła dalej mama.
— Pamiętam — burknęłam. Artemis otarł się o mnie i cicho zamruczał.
Rzeczywiście tak było. Tak bardzo nie chciałam zamieszkać w miejscu gdzie wychował się mój tata. Do miejsca gdzie jest pochowany. Bałam się, że zbyt wiele rzeczy w Dolinie będzie mi o nim boleśnie przypominać.
Jednak medalion po Selenie i przyjaźń z Amelią i Wiolettą zmieniły wszystko. Dolina Jezior jest mi przeznaczona. Mi oraz Amelii i Wioletcie. Teraz to wiem na pewno. Razem musimy stać się Triadą, by móc ją chronić.
Powrót do normalności nie był łatwy, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Więc w szkole czułam się troszeczkę oderwana od rzeczywistości. Zadziwiające jednak było to, że na lekcjach z chemii radziłam sobie nawet lepiej od Amelii. Do tej pory to ona otrzymywała najwyższe oceny praktycznie z każdego przedmiotu. Wiedziałam, że to mój „gen alchemika”, jak nazwała to Wioletta, miał z tym wiele wspólnego.
Gdy w końcu w szkole pojawił się Wiktor, i podszedł do mojego stolika na stołówce, wydawał się taki poważny i zarazem smutny. Jego twarz rozjaśnił na chwilę uśmiech, gdy rzuciłam mu się w ramiona.
— Gdzie Amelia i Wioletta? — zapytał siadając naprzeciwko mnie.
— Amelia jest jeszcze na zajęciach. Ja mam okienko. A Wioletta… chyba zerwała się z lekcji razem z Damianem.
— Może my też się… urwiemy? — zaproponował nagle — Mam ci sporo do opowiedzenia. I już nie mogę się doczekać, żeby ci to powiedzieć. Wiesz na pewno dlaczego mój pobyt w Irlandii trochę się przedłużył.
— Tak — odparłam, zaciekawiona — Marlin coś wspominał. Twoi rodzice zostawili ci tam coś w depozycie…
Wiktor rozejrzał się po stołówce i wyciągnął z torby na ramieniu wielką papierową kopertę. Widać było, że była już otwierana wielokrotnie przez niego.
— Może jednak faktycznie nie tutaj… — mruknęłam, gdy do stolika obok usiadła jakaś dziewczyna.
— U mnie czy u ciebie? — zapytał tylko.
— Najlepiej będzie w Korzeniu. Za pół godziny? — zaproponowałam.
— Oczywiście! — powiedział, wstając od stolika — Do zobaczenia.
Gdy dotarłam do Leśnej Osady Wiktor już czekał przy strumieniu, wypływającym spod powierzchni Korzenia. Miał ze sobą tę wielką papierową kopertę.
— O, jesteś już — ucieszył się.
— Tak — odparłam z uśmiechem — Zatrzymała mnie na chwilę babcia.
— Rozumiem. To może wejdziemy do środka? — spytał, wskazując na Korzeń — Już nie mogę się doczekać aż wszystko ci opowiem.
— Ja też — dodałam.
Wewnątrz Korzenia było cicho a ciepłe światło świec i blask kryształów sprawiały, że przedmioty na naszych stanowiskach lśniły tajemniczym blaskiem. Szklane retorty i fiolki odbijały refleksy świateł, w kryształowej kuli Wioletty wirowała nieprzenikniona mgła, a zioła przy stoliku Amelii wydzielały kojącą woń.
Usiedliśmy z Wiktorem w centrum, przy okrągłym stole, naprzeciwko Lustra Seleny. Wiktor delikatnie otworzył przyniesioną kopertę i wyjął z niej kilka pozornie zwykłych przedmiotów: srebrny kieszonkowy zegarek, otwierany medalion na łańcuszku, cienkim jak pajęczyna i oprawiony w czerwoną skórę notes.
— W Irlandii było… niesamowicie — zaczął — Treningi z Marlinem polegały przede wszystkim na medytacji. Odwiedziliśmy kilka „Miejsc Mocy”, jak nazwał je Marlin. Lecz gdy trafiliśmy na pole kurhanów… — Wiktor zawiesił głos i spojrzał pusto w przestrzeń.
— Co się stało? — zmartwiłam się.
— Widziałem ich Saro — wyszeptał — Moich rodziców.
— Jak to? — zdziwiłam się.
— Podczas sesji medytacji wśród tych kurhanów… Przyszli do mnie. Rozmawiali ze mną. To było… niesamowite!
— Zapewne — mruknęłam — Mówiłam ci, że ta podróż będzie niesamowita. Wiedziałam, że ich tam odnajdziesz!
— Mówiłaś… To było takie piękne ale zarazem bolesne, wiesz?
— Wiem, Wiktor. Jednak jestem pewna, że gdybyś nie był gotów, na pewno by do ciebie nie przyszli.
— Powiedzieli to samo — uśmiechnął się — Mówię o tym spotkaniu tylko tobie.
— Nikomu nie powiem — zapewniłam go.
— Oni wiedzieli o wszystkim co dzieje się teraz w Dolinie… O tobie, Amelii i Wioletcie. O mnie, o nas… Czy to nie dziwne?
— Absolutnie nie — odrzekłam z przekonaniem — Wiesz, niektórzy, mimo, że opuszczają nasz świat, nie zawsze odchodzą na zawsze… Zostają przy nas. Czuwają nad nami. Myślę, że z twoimi rodzicami było podobnie.
— Ale dlaczego dopiero teraz? — spytał, ze łzami w oczach.
Zastanowiłam się przez chwilę. Odpowiedź była prosta, jednak chciałam żeby Wiktor chłonął tę chwilę. Delikatnie ujęłam jego dłoń i spojrzałam mu w oczy.
— To proste. Nie byłeś gotowy. Treningi z Marlinem, podróż do miejsca gdzie zginęli twoi rodzice, medytacje. To wszystko małymi krokami prowadziło cię do tego spotkania. Nie za wcześnie, nie za późno. To zdarzyło się w tym momencie, w którym miało się wydarzyć.
— Co ja bym bez ciebie zrobił? — powiedział, ocierając łzy z twarzy.
Zapadła trochę krępująca cisza, spojrzałam na przyniesione przez Wiktora przedmioty. Widział swoich rodziców… Przyszli do niego żeby go wesprzeć, nie by wzbudzić w nim smutek. To pewne. Wrócił odmieniony, tak jak przewidywałam.
— Saro, czy wszystko w porządku? — zapytał Wiktor, widząc moje zamyślone spojrzenie.
— Nie… tylko po prostu pomyślałam o twoich rodzicach… Przyszli do ciebie.
— Ty pewnie spotykasz duchy na każdym kroku? Tak jak spotkanie z Seleną, Arianą i Walkirią.
Zasępiłam się troszeczkę, przypominając sobie rozmowę z całkiem innym duchem… Duchem, którego sama wezwałam.
— Otóż nie — odparłam spokojnie — Spotkanie z Triadą to zupełnie co innego. Ale jest coś, czym chciałabym się z tobą podzielić. Chcę tylko żebyś zrozumiał różnicę.
— Saro, przerażasz mnie mówiąc w ten sposób… — Wiktor wyglądał na zmartwionego.
Westchnęłam i usiadłam przy stole. Nabrałam głośno powietrza i spojrzałam Wiktorowi w oczy.
— W zeszłym roku, tuż przed Balem Zimowym zrobiłam coś, czego nie powinnam była robić nigdy. Przywołałam ducha swojego taty…
— Co takiego?! — Wiktor był w szoku — Ale jak?
— Proszę daj mi skończyć — poprosiłam — Wmawiałam sobie, że robię to po to, by uzyskać wskazówki związane z trzecim artefaktem. Prawda jest taka, że zrobiłam to z egoistycznego poczucia tęsknoty… Widziałam go, rozmawiałam z nim i to ukoiło moje serce. Jednak wiem że zrobiłam coś złego. Nie wolno przyzywać tych którzy już nie należą do naszego świata…
Wiktor uśmiechnął się smutno i delikatnie pogłaskał mnie po dłoni.
— Wcale nie uważam, że zrobiłaś coś złego. Wręcz przeciwnie. Zrobiłaś to co podpowiadało ci serce. Zawsze tak robisz. Działasz z sercem, które jest pełne pasji i odwagi. Dlatego jesteś dla mnie taka niezwykła. I wiesz co, nie sądzę żeby ktokolwiek miał tyle odwagi, jaką ty miałaś, wykonując ten rytuał. Nie żałuj tego Saro.
— Amelia nie mogła mi tego wybaczyć…
— To trochę zrozumiałe w jej sytuacji… A co na to Wioletta?
— Stanęła po mojej stronie. Nigdy nie widziałam jej tak wściekłej. Tym bardziej na Amelię.
— Dziękuję, że się tym ze mną podzieliłaś — szepnął Wiktor.
— Dziękuję, że mnie zrozumiałeś. Jednak teraz mam nadzieję, że dostrzegłeś różnicę między pojawieniem się twoich rodziców a przywołaniem przeze mnie ojca.
Wiktor usiadł i delikatnie wziął do ręki otwierany medalion. Ciche kliknięcie oznajmiło jego otwarcie. Podał mi go na otwartej dłoni. Przyjrzałam mu się i zobaczyłam w środku malutkie zdjęcie przedstawiające wysokiego mężczyznę i kobietę o długich falowanych włosach. Między nimi stał mały chłopiec, na oko dziesięcioletni.
— To moi rodzice i ja — oznajmił to, czego się domyślałam — Rozumiem różnicę Saro. Oni do mnie przyszli bo ich potrzebowałem. Ty przywołałaś swojego tatę z tęsknoty… Przywołałaś go mimo, że nie należy już do tego świata. To prawda, nie powinnaś tego robić. I mam nadzieję, że nie powtórzysz tego nigdy. Mimo to chcę ci powiedzieć że wcale nie uważam, że powinnaś się czuć winna z tego powodu… to takie ludzkie: Tęsknota za kimś kogo się bardzo kochało. Taki ból nie znika z dnia na dzień.
Podniosłam wzrok. Wiktor patrzył na mnie z taką czułością, że cały mój żal wyparował.
— A teraz zostawmy przeszłość i spójrzmy na to co tu mamy — zawołał, wskazując na trzy pamiątki po rodzicach. Ominął zegarek i wskazał stanowczo na czerwony notes — Myślę, że to cię zainteresuje.
Wzięłam notes do ręki i otworzyłam go. Przekartkowałam go kilkakrotnie, zanim oznajmiłam zdziwiona :
— Jest pusty!
— No właśnie. Nie przypomina ci to czegoś?
— Dziennik Seleny! Myślisz, że…?
— Spróbuj!
Pobiegłam do mojego stanowiska alchemicznego i spomiędzy zwitków pergaminu i stosu fiolek wygrzebałam moje Athame. Siadając z powrotem do stołu szybko nakłułam opuszek palca. Kropla mojej krwi rozlała się na jednej z pożółkłych stron notesu, który wchłonął ją jak gąbka. Czułam jak serce podchodzi mi do gardła z przejęcia. Po chwili na stronicy pojawiło się jedno krótkie słowo: „Nie”.
Wiktor spojrzał na mnie zdziwiony a ja spróbowałam jeszcze raz lecz otrzymałam kolejną odmowę, a notes zafalował kartkami i sam się zamknął.
— No cóż… — mruknęłam rozczarowana.
— Dziwne. Ale proszę, zachowaj go — poprosił Wiktor — U ciebie będzie bezpieczny. A być może z czasem znajdziesz inny sposób żeby go odczytać.
Schowałam czerwony notes do torby, którą miałam na ramieniu. Zawsze miałam ją przy sobie, a nosiłam w niej Kronikę Seleny, książkę mojego ojca i kilka fiolek z eliksirami bojowymi, na wszelki wypadek.
— A to? — spytałam, wskazując na kieszonkowy zegarek.
— To tylko zegarek, który należał do mojego taty a wcześniej do dziadka Olafa i tak dalej… — Wiktor otworzył wieczko zegarka, a ja patrzyłam jak zaczarowana.
— Zwykły zegarek, tak?! — prychnęłam.
— No raczej tak… ja sam niestety nie potrafię go ani ustawić ani nakręcić by chodził…
— Wiktor, ten zegarek odmierza czas za pomocą faz księżyca! Spójrz, on nawet nie ma wskazówek tylko hologramową tarczę.
W tym momencie z Sali Rytualnej Korzenia dobiegło dziwne charczenie. Zerwaliśmy się ze stołków równocześnie i powoli ruszyliśmy w tamtym kierunku. W centrum komnaty w kręgu kryształów siedziała Wioletta. Jej oczy były zamknięte a w dłoniach trzymała kwarcowy kryształ, który pulsował światłem. Pod ścianą, naprzeciw niej z rozłożonymi nogami na wpół leżał Damian. To on wydawał z siebie te dziwne charczące dźwięki.
— Czy on… chrapie? — zdziwił się Wiktor.
— Widocznie medytacja z Wiolettą bardzo go zmęczyła — zachichotałam.
Cała ta scena rozładowała trochę napięcie a ja zapomniałam o poczuciu winy, po opowiedzeniu Wiktorowi o przywołaniu ducha mojego taty.
Wróciliśmy z Wiktorem do głównej sali Korzenia. Zebrałam swoje rzeczy do torby i upchnęłam w niej jeszcze tajemniczą czerwoną kronikę, athame odłożyłam na swoje stanowisko. Wiktor założył medalik swojej matki na szyję a ten piękny hologramowy zegarek wsunął do kieszeni.
— Teraz będę je miał zawsze przy sobie — szepnął, przyciągając mnie do siebie i całując tak namiętnie, że aż poczułam gorąco w całym ciele.
Wchodząc do domu zauważyłam w przedsionku stertę butów na podłodze i mnóstwo ubrań na wieszaku. Salon był pełen ludzi. Przy wielkim stole siedziała babcia, Wanda a przy kominku stała mama. Na sofie, z kubkami parującej kawy jak trzy kolorowe ptaki, siedziały siostry Sokołowskie. Ciotki Simona, Klara i Agata patrzyły na mnie jakby zobaczyły istotę z innej planety.
— Witaj kochanie! — zawołała mama z uśmiechem — Niespodzianka!
— I to jaka! — uśmiechnęłam się szeroko.
Uścisnęłam mamę i przywitałam się z ciotkami. Miałam wrażenie, że dotykają mnie bardzo delikatnie, jakby bały się, że mnie uszkodzą lub czymś się ode mnie zarażą. Postanowiłam nie zwracać na to uwagi. Usiadłam przy stole, a na moich kolanach natychmiast rozłożył się Artemis.
— Twoje ciotki są trochę zdezorientowane — zamruczał w mojej głowie — Czują, że coś się zmieniło, jednak ich ciasne umysły nie są w stanie tego ogarnąć.
— To dlatego zachowują się tak dziwnie w stosunku do mnie? — zapytałam kota.
— Nie przejmuj się, przejdzie im… z czasem — zachichotał.
Wanda uśmiechnęła się do mnie promiennie z drugiego końca stołu, widok Homera, jej kruka, który siedziała na jej ramieniu na pewno wprawiał ciotki w osłupienie.
— Zajechałam do szkoły żeby zrobić ci niespodziankę, ale już cię tam nie było — odezwała się spod okna mama.
— Wyszłam dziś wcześniej — mruknęłam.
Ciotka Simona cicho chrząknęła i spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Tak po prostu? Wyszłaś wcześniej? Kto ci dał pozwolenie?
— Simono! — syknęła zdenerwowana mama.
— Lidio, przyznaj, że nie panujesz nad własną córką! I tym wszystkim co się tutaj dzieje! Przecież to jakiś obłęd!
Ciotki Klara i Agata siedziały cicho. Zupełnie jak nie one. Ciotka Simona zawsze lubiła się wtrącać w nie swoje sprawy, to fakt, ale tą wypowiedzią dopiekła mi do żywego.
— Tylko spokojnie… — poprosił mnie Artemis.
— Jestem spokojna — odpowiedziałam mu w myślach.
— Przecież niedługo czeka cię egzamin dojrzałości i zakończenie szkoły — ciągnęła swój wywód ciotka — jak możesz tak po prostu wychodzić ze szkoły kiedy tylko ci się podoba?!
— Dosyć tego! — zawołała mama — Simono, albo zamilkniesz albo…
— Albo co? — najeżyła się Simona — Albo twoja córka rzuci na mnie urok?!
— Albo opuścisz ten pałac i więcej tu nie wrócisz — odezwała się babcia, wstając od stołu.
— Ja…
— Nie masz własnych dzieci, a próbujesz uczuć mnie jak mam wychowywać własną córkę?! — mama była wściekła. Wanda spuściła wzrok a ciotki Agata i Klara ukradkiem wyślizgnęły się z salonu.
Zapadła krępująca cisza. Ciotka Simona siedziała z obrażoną miną, ale milczała.
— Po obiedzie odwiozę was z powrotem do miasta. To był błąd, że was tu zabrałam — głos mamy był ostry i zimny.
— Nie — szepnęła ciotka Simona — Proszę, pozwól nam zostać — po jej policzkach popłynęły łzy — Nie wiem co we mnie wstąpiło…
— Zauważyłam — mruknęła mama — Zawsze byłaś despotyczna, jednak dziś przeszłaś samą siebie.
Ciotka już więcej się nie odezwała. Cisza napierała na uszy tak bardzo, że gdy usłyszałam głos Artemisa, poprzez naszą więź, aż podskoczyłam.
— Twoja ciotka dojdzie do siebie.
— Taak… Tylko czy był to skutek działanie magii w Dolinie czy ona naprawdę tak uważa?
— Skutki zdjęcia Zaklęcia Ariany mogą być inne u każdego śmiertelnika. Gdy to nastąpiło, twoje ciotki były daleko stąd. Teraz wróciły. A magia w Dolinie staje się coraz silniejsza. Może to mieć wpływ na ich zachowanie.
Popatrzyłam na ciotkę. Była wyraźnie skruszona i unikała mojego spojrzenia. Jeżeli magia tak silnie na nie działa, to obawiałam się, że prędzej postradają zmysły niż zrozumieją to co się tutaj dzieje.
Gdy po scenie z ciotką Simoną zamknęłam się razem z Artemisem w moim pokoju nadal nie mogłam uwierzyć, że to się stało naprawdę. Nie wiedząc co mam ze sobą zrobić, sięgnęłam do swojej torby i wyjęłam z niej czerwoną księgę, którą zostawił mi Wiktor.
— Hmmm — Artemis obwąchał przedmiot i parsknął — Ewidentnie emanuje magią… lecz jakąś inną.
— Czujesz zapach magii? — zdziwiłam się.
— Tak — odparł kot — Ty pachniesz dla mnie jak las i ogień. Trochę jak żywica i mokry dym. Duszący ale zarazem ciepły.
— Niesamowite! A do czego porównałbyś zapach tej kroniki?
— Coś… starego, pachnącego wilgocią. To pozostawia metaliczny posmak na języku… a zarazem kwiatową nutę, mam wrażenie, że gdzieś już czułem ten aromat…
Opowiedziałam Artemisowi o tym skąd mam ten przedmiot. To, że Kronika nie pozwalała mi się odczytać wcale go nie zdziwiło.
— Wyjaśnię ci to w ten sposób: To — trącił nosem czerwony notes — pachnie zupełnie jak nie ty. Nie należy do ciebie.
— Więc co mam z tym zrobić?
— Na razie byłbym ostrożny. Ukryj to i nie pokazuj nikomu. Tak będzie najrozsądniej. Przynajmniej przez jakiś czas.
— A Amelia i Wioletta? Może one mogłyby pomóc?
Artemis okrążył Kronikę kilkakrotnie, obwąchując ją jeszcze.
— Amelia ma przed sobą inne zadanie. Księga Ariany wciąż ma puste strony… A Wioletta stoi przed jeszcze trudniejszym wyzwaniem.
— No tak — mruknęłam — Trzeci Artefakt i zero wskazówek…
— Otóż to. Nie zajmujmy ich głów kolejnymi problemami.
Idąc za radą Artemisa ukryłam tajemniczą Kronikę w mojej torbie między Kroniką Seleny, a książką mojego taty. Uznałam, że przy mnie będzie bezpieczna. Gdy to robiłam do mojego pokoju wślizgnęła się mama. Wciąż była roztrzęsiona po kłótni z siostrą. Usiadła na brzegu łóżka i zaczęła machinalnie głaskać Artemisa.
— Przepraszam cię skarbie, nie powinnam była pozwalać im tu ze mną przyjeżdżać…
Domyśliłam się, że ma na myśli swoje siostry. Usiadłam obok i chwyciłam ją za rękę. Spojrzała na mnie z miną zbitego psa.
— To nie jej wina. Ciotka Simona może się tak zachowywać przez magię uwolnioną w Dolinie…
— Nie usprawiedliwiaj jej kochanie. To co powiedziała było okropne. Jakoś Klara i Agata nie odezwały się ani słowem.
— No właśnie! Nie dziwi cię to, że te dwie, zazwyczaj rozgadane i zwariowane ciotki, były tak cicho?
Mama spojrzała na mnie. Milczała dosyć długo. Ciszę przerwał Artemis, wskakując jej na kolana.
— Magia Doliny… — szepnęła mama, patrząc kotu w oczy — Jesteś pewna, że to było to?
— Artemis twierdzi, że to mogą być skutki oddziaływania magii. Ciotek nie było tu w momencie zdjęcia Zaklęcia Ariany. Teraz pojawiły się tu, gdy magia staje się coraz silniejsza. To zupełnie jakby nagle znalazły się w oku cyklonu… Nie wiem jak ci to wyjaśnić, ale nie oceniaj ich zbyt surowo. Przez jakiś czas mogą nie być sobą…
— Saro — odezwał się cicho kocur w mojej głowie — Myślę, że mogłabyś temu zaradzić.
— Ja? — byłam zdziwiona jego słowami. Mama przyglądała się nam w napięciu, jakby była świadoma naszej wymiany zdań.
— Twój Wywar Spokoju mógłby im trochę ulżyć — zauważył kot — Kilka kropel zaledwie, wystarczyłoby żeby złagodzić skutki odczuwania przez nie magii tak silnie.
Kiwnęłam głową i sięgnęłam do swojej torby. Buteleczki zadzwoniły, gdy próbowałam odszukać tę właściwą. Była na samym dnie. Wcisnęłam mamie w dłoń małą pękatą fiolkę z błękitnym płynem, z wirującymi drobinkami srebra.
— Kilka kropli do herbaty powinno załatwić sprawę. Dla ciotek — dodałam — To Wywar Spokoju.
Mama zacisnęła dłoń na buteleczce i uśmiechnęła się blado. Artemis zamiauczał i zaczął ocierać się o mamę, zupełnie jakby chciał ją zapewnić, że wszystko będzie dobrze.
— Dziękuję kochanie. Moja mała czarownico… — ulga na twarzy mamy była jak jasne światło dnia — Zrobię tak jak każesz. Kilka kropli…
— To im tylko pomoże. Będą spokojniejsze i łatwiej będzie im to wszystko zrozumieć — zapewniłam.
— Aż sama nabrałam ochoty na herbatę. Pójdę teraz do moich sióstr — uśmiechnęła się tajemniczo — zaproponuję wspólną herbatę i rozmowę.
— To świetny pomysł — zawołałam — Ja zajmę się nauką, bo przede mną przecież egzamin dojrzałości!
Mama i ja zaśmiałyśmy się tak głośno, że Artemis czmychnął pod komodę.
Nazajutrz wszystko się zmieniło. Gdy zobaczyłam ciotki przy śniadaniu, były uśmiechnięte. Co prawda ciotka Simona na początek uściskała mnie z całych sił i szepnęła :
— Przepraszam. Teraz już wszystko rozumiem, nasza mała czarownico…
Wzdrygnęłam się, jednak uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Tym bardziej po tym jak zauważyłam, że ciotki Agata i Klara ukradkiem karmią Artemisa pod stołem, cicho zastanawiając się czy nie jest aby księciem zaklętym w kota.2. Smocza Przestroga
Smocza Baszta tętniła życiem. O ile życiem można nazwać latające wszędzie nekromantyczne smoki i ożywione za pomocą czarnej magii skamieliny innych stworów, przetrzymywanych w laboratoriach i podziemiach tego miejsca.
Kendra przechadzała się po głównej sali, gładząc swoimi smukłymi palcami krawędzie Czarnego Sagana. Jej wzrok błądził wysoko, szukając kontaktu z Darkenem. Smok spał w jednym z legowisk, wydrążonych w ścianach baszty, wysoko pod samym sklepieniem.
Od czasu jego głośnego sprzeciwu wobec praktyk Cyntii, bestia unikała kontaktu. Kendrę trochę to denerwowało, ponieważ będzie potrzebowała jego pomocy przy zemście na młodej potomkini Seleny. Jednak nie zamierzała o tę pomoc prosić. Postanowiła cierpliwie czekać, a w tym czasie zajęła się zgłębianiem księgozbiorów o czarnych praktykach. Czarny Sagan był teraz narzędziem jej pracy. Za pomocą swojej mocy zmieniła jego strukturę i przystosowała go do służenia tylko jej. Naczynie było oporne. Zupełnie jakby miało własną wolę. Jednak wiedźmie udało się ją złamać. Teraz dzięki Czarnemu Saganowi i jej magii lodu mogła utworzyć portal do Doliny Jezior. Jej portal nie był tak trwały jak Lustro Seleny. Lustro stworzone z tafli lodu topniało po kilku godzinach. Niestety nie było szans na trwalszy efekt. Na razie musiało jej to wystarczyć, zanim smok odzyska swój rozum i przyjdzie prosić ją o wybaczenie.
Tymczasem Darken w ciszy obserwował jak Cyntia szkoli swoje małe bestie, tak aby były jej posłuszne w każdej sytuacji. Z niemałym lękiem przyglądał się jak Kendra przywołuje w saganie obraz młodej rudowłosej czarownicy i klnie pod nosem.
Rzucała groźby i przysięgała zemstę. Smok znał Kendrę od wieków, jednak niepokoiło go jej pragnienie zemsty na ludzkim pisklęciu. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna jest potomkinią Seleny i tak jak ona stanęła Kendrze na drodze do potęgi. Coś jednak nie pozwalało mu przestać myśleć o tym, jak jego pani zmieniła się po rytuale w Czarnym Saganie… Tak. Zawsze była okrutna i nie zważała na nic gdy mogła się zemścić, lub zrobić komuś krzywdę, by zdobyć jego magię… Teraz jednak obrała sobie za cel tylko jedną ofiarę. Tę, która ośmieliła się stawić jej czoła i zwyciężyła ją. Gdyby nie rytuał i smocza krew, Kendry mogłoby już nie być wśród żywych.
Już raz Kendra była w takim stanie. Po walce z Seleną Potężną. Był to spektakularny pojedynek i równie widowiskowa porażka jego pani. Cudem udało jej się ujść z życiem i zachować medalion. Jednak popadła w paranoję i tak silną żądzę zemsty, że dopuściła się wielu mordów na czarownicach i czarodziejach, tylko po to by odebrać im ich moc i zamknąć ją w swoim medalionie. Jej szał był porównywalny do tego w którym była w tej chwili.
Darken wiedział, że Kendra będzie chciała go wykorzystać żeby osiągnąć to, czego teraz pragnęła. Zadawał sobie jednak pytanie: Czy musi się na to godzić? Uśmiercenie jednej z młodych czarownic było ostatnią rzeczą w jakiej chciałby uczestniczyć…
Smok cicho westchnął i wysunął paszczę z legowiska. Wzywało go czyste niebo i ciepły wiatr Bruxoru, zupełnie jakby świat wiedział jak bardzo smok tęskni za wolnością. Bestia wsparła się na przednich łapach i rozpostarła skrzydła. Już widział błękit nieba, już czuł pęd powietrza pod skrzydłami, gdy moc Kendry ściągnęła go na dół i przygwoździła do kamiennej posadzki Smoczej Baszty.
— Wybierasz się gdzieś? — padło cyniczne pytanie — Wzywałam cię do siebie już wcześniej. Nie odpowiedziałeś…
— Wybacz Kendro, spałem…
— Pani… Nie Kendro. Masz zwracać się do mnie z szacunkiem!
Smok podźwignął się z trudem. Jego ciało było napięte niczym struna, jednak wypiął dumnie pokrytą łuskami pierś i spojrzał z góry na swoją „panią”. Jego żółte ślepia błądziły po jej wpół smoczej twarzy. Przez jeden krótki moment wydawało mu się iż dostrzegł cień strachu w jej ludzkim oku. Ta chwila jednak minęła bardzo szybko a wiedźma zadarła podbródek i zapytała lodowatym tonem :
— Zrozumiałeś?!
— Tak, pani — syknął Darken — Wybacz, muszę rozprostować skrzydła…
— Zejdź mi z oczu kreaturo! — warknęła — Ale pamiętaj na przyszłość: Zawsze masz przybywać kiedy cię wzywam!
— Tak jest — warknął smok przez zęby — Pani… — dodał, rozpościerając skrzydła.
Lecąc wzdłuż łańcucha gór, Darken wciąż słyszał w głowie szyderczy ton Kendry gdy nazwała go „kreaturą”. W momencie gdy zamknął swój umysł na czynniki zewnętrzne i skupił się na locie, dostrzegał więcej szczegółów w jakże surowym górskim krajobrazie. Złożył skrzydła i zniżył swój lot, manewrując między czarnymi skałami. Nie do wiary, że dawniej żyły tu smoki a teraz nie ma tu żadnego z nich. Zataczając kręgi w powietrzu wysoko ponad szczytami Smoczego Ogona, jego czuły wzrok przykuło coś, znajdującego się za łańcuchem gór. Obrał kierunek i poszybował na sam skraj kontynentu, gdzie ziemia była czarna i sypka niczym popiół wulkaniczny.
Gdy smok wylądował, wzbijając obłoki kurzu i pyłu, jego serce zadrżało ze smutku. Kiedy opadł ostatni pyłek, Darken stał pośrodku ogromnego cmentarzyska. Otaczały go smocze szczątki, kości, które próchniały na rozgrzanej, czarnej ziemi. Wiatr szarpał resztki błoniastych skrzydeł. Olbrzymie szkielety potężnych smoków, które w przeszłości władały niebem Bruxoru… Darken pochylił swój łeb, oddając hołd swoim przodkom. W tym momencie poczuł się bardzo samotny, wiedział, że tę tęsknotę będzie czuł do końca swoich dni.
Ucieszył się jednak zdając sobie sprawę, że Kendra nie wie o tym miejscu. Niekromantka Cyntia na pewno na jej rozkaz sprofanowała by to miejsce, chcąc „ożywić” szczątki na tym zapomnianym cmentarzysku.
Szybując nad surowym krajobrazem Pustkowia Bruxoru Darken dostrzegł małą błękitną plamkę na żółtym, naszpikowanym wapiennymi skałami, martwym piachu. Zniżył lot i wyostrzył swój smoczy wzrok. Nad kwiecistą mogiłą stała kobieta w zwiewnej niebieskiej, jak niebo sukni.
Gdy Darken wylądował na Pustkowiu, Kera nawet nie drgnęła. Odwróciła się jednak bardzo powoli, różdżka w jej dłoni lśniła srebrnym blaskiem, jak bardzo ostry sztylet.
— Mistrzyni Zamku Czarownic — wycharczał smok.
— Czego chcesz smoku? — spytała spokojnie Kera. Gorący wiatr Pustkowia delikatnie poruszył jej kreacją — I dlaczego słyszę cię w mojej głowie?
— Przyszedłem tu z własnej woli. A moją wolą jest to, abyś mnie usłyszała i wysłuchała — parsknął Darken nerwowo.
Kera zaśmiała się głośno i przyglądała się bestii, zupełnie jakby mogła prześwietlić ją wzrokiem.
— Z własnej woli? — zdziwiła się czarownica — I twoja pani pozwala ci mieć własną wolę?
Smok parsknął, a z jego nozdrzy uniosły się strużki dymu. Kilkakrotnie przestąpił z łapy na łapę, krusząc pazurami suchy, żółty piach Pustkowia.
— Mam dla ciebie ostrzeżenie — warknął w końcu.
— Ostrzeżenie?! — prychnęła Mistrzyni.
— Twoja matka wpada w obłęd…
— Nie nazywaj jej moją matką! — wykrzyknęła Kera, a z jej różdżki posypały się srebrne iskry — Urodziła mnie i porzuciła jako niemowlę, to wszystko co uczyniła. Nie ma prawa nazywać się moją matką!
— Dobrze więc… Kendra popadła w obłęd.
— Zawsze był obłąkana. Nie mówisz mi nic nowego.
— Masz rację — przyznał smok — Jednak tym razem jest inaczej. Jej obsesja jest niezdrowa. Obrała sobie za cel młodą rudowłosą czarownicę, która jest pod twoją opieką od początku.
— Sara — odparła krótko Kera.
— Tak. Potomkini Seleny jest jej celem.
— Od samego początku chciała je zgładzić. Znowu nie mówisz mi niczego czego nie wiem. Sam zapewne zdajesz sobie sprawę że wciąż pałała żądzą zemsty na całych rodach Seleny, Ariany i Walkirii.
— Pamiętam tamten czas. Jednak teraz…
— Więc nie rozumiem — przerwała smokowi Kera — co ciebie w tym dziwi. Jesteś przy niej od lat!
— Nie ufasz mi — warknął smok. To nie było pytanie.
— Jak mam zaufać bestii która niszczy, pali i zabija na zlecenie wiedźmy?!
Darken nie odpowiedział. Wyprostował się i już miał odlecieć, jednak coś nie pozwoliło mu odpuścić. Spojrzał z góry na czarownicę w błękicie. Tak niepodobną do swojej matki…
— Po pojedynku z … Sarą, Kendra ledwo przeżyła — odezwał się w końcu smok. Kera już otwierała usta żeby wejść mu w słowo. On na to nie pozwolił i kontynuował swoją wypowiedź — Dzięki mojej pomocy wróciła do zdrowia. Od tamtej pory szaleje i przysięga zemstę na młodej czarownicy o płomiennych włosach. Nie możesz do tego dopuścić jako ich opiekunka i nauczycielka!
— Czy ja dobrze rozumiem? Stajesz po przeciwnej stronie barykady bo…? Bo twoja pani zamierza zemścić się na Sarze?!
— Nie staję po żadnej ze stron — ryknął smok.
— Jednak zdradzasz mi jej plany pomimo tego, że jesteś jej Towarzyszem. Zdradzasz waszą Więź… Zdradzasz swoją panią!
— Kendra nigdy nie była moją panią. Ja nie byłem i nie będę jej Towarzyszem. Nie łączyła nas Więź. Byłem jej dłużnikiem, a łączyła nas spłata tego długu. Dług został spłacony gdy użyczyłem jej swojej krwi by mogła uleczyć swe rany, po tym jak pokonała ją Sara!
— Dług Krwi?! — Kera była w szoku. Wpatrywała się w smocze oczy, próbując dostrzec w nich to, czy mówi prawdę.
— Tak. Wykarmiła mnie swoją krwią, gdy byłem pisklęciem. Bez magii Bruxoru mógłbym nie przeżyć w świecie śmiertelników. Ocaliła mnie. Byłem jej winny życie. Nie musiałem się zgadzać na wszystko to, czego się dopuściła. Jednak musiałem być jej posłuszny.
Kera wciąż milczała. Szok nie znikała z jej twarzy a kolejne słowa smoka wprawiały ją w jeszcze większe zdumienie.
— Sara i jej towarzyszki to jeszcze pisklęta… dzieci. Ona chce je zabić — kontynuował Darken — A już na pewno śmierć czeka Sarę. Reszta pogrąży się w chaosie i nigdy nie staną się…
— Triadą — dokończyła Kera — Skąd o tym wiesz?
— Wiem o wielu rzeczach — przyznała spokojnie smok — Posiadam pamięć wszystkich smoków Bruxoru, a musisz pamiętać, że jestem ostatnim z nich…
— Czy ona zdaje sobie sprawę z wiedzy jaką posiadasz? Czy wie o Triadzie?
— Kendra nie ma pojęcia o wielu rzeczach. Nie zdaje sobie sprawy kim naprawdę są dziewczęta z Doliny Jezior. Dla niej liczy się wyłącznie potęga. I zemsta.
Kera spojrzała smutnym wzrokiem na kwiecistą mogiłę swojej siostry Ksandry.
— Wiesz co może cię spotkać, jeśli ona dowie się, że ze mną rozmawiałeś? Ona –-Kera wskazała na grób — była jej córką, którą traktowała jako narzędzie zemsty. Gdy Ksandra odwróciła się od niej poniosła największą karę.
— Czy ty mnie żałujesz? — zdziwił się smok.
— Jesteś, jak powiedziałeś, ostatnim smokiem Bruxoru. Zasługujesz na wolność nie na śmierć. Przyjmę twoją przestrogę i będę miała oko na dziewczęta. Ale ty również musisz mi coś obiecać.
— Czego ode mnie oczekujesz Mistrzyni Zamku Czarownic? — chciał wiedzieć Darken.
— Odejdź od niej. Uciekaj jak najdalej. Spłaciłeś swój dług. Bądź wolny!
Smok zmrużył żółte ślepia, a jego źrenice zamieniły się w pionowe szparki.
— Jeszcze nie teraz — odparł spokojnie — Gdy nadejdzie czas, będę wolny. Jednak czuję iż moja rola jeszcze nie dobiegła końca.
— Zrobiłeś i tak więcej niż możesz przypuszczać!
— Zaufałaś mi raz. Zaufaj kolejny. To jeszcze nie czas. Bym mógł być wolny. Triada musi się odrodzić. Dopilnuj tego, by tak mogło się stać. Chroń je póki same nie będą w stanie zniszczyć medalionu twojej… medalionu Kendry.
— Obiecuję! — zawołała Kera ze łzami w oczach.
Darken po raz kolejny wypuścił dum ze swoich nozdrzy, rozpostarł skrzydła i odleciał w kierunku łańcucha górskiego zwanego Smoczym Ogonem.
Kera jeszcze przez długi czas stała nad mogiłą swojej siostry Ksandry, zanim jej przyjaciółki, Elia i Patra nie zjawiły się szybując na grzbietach olbrzymich sów. Dołączyły do niej bez słowa, również wpatrując się smutnym wzrokiem w kwiecistą małą mogiłę pośrodku Pustkowia.
— Jest coś, co chciała byś nam powiedzieć — przerwała ciszę Elia. To nie było pytanie. Wpatrywała się w Wielką Mistrzynię, jakby czuła jej emocje.
Patra spoglądała to na jedną to na drugą przyjaciółkę, by po chwili zwrócić uwagę na ślady smoczych łap, pozostawione na piasku.
— Co tu się wydarzyło? — chciała wiedzieć Patra — Czy on chciał cię skrzywdzić?
— Nie! — zaprzeczyła stanowczo Kera, patrząc na zatroskane przyjaciółki — Wręcz przeciwnie. Przybył tu żeby mnie… nas ostrzec — Mistrzyni ze szczegółami zdała Elii i Patrze relację ze spotkania z Darkenem. Patra była oburzona, za to na Elii nie zrobiło to większego wrażenia.
— Studiowałam kiedyś wiedzę o smokach… — zamyśliła się — Czytałam nawet ich Kodeks…
— Przecież to smok Kendry! — sprzeciwiła się Patra.
— Smoki nie kłamią… — Elia wciąż mówiła bardziej do siebie.
Kera gestem ręki uciszyła zdenerwowaną Patrę i czekała na to co powie dalej Elia. Być może jej wiedza na temat smoków pomogłaby zrozumieć zachowanie Darkena.
— Jeżeli Darken niczego przed tobą nie ukrył, bo mógł tak zrobić, to… — Elia zawiesiła głos.
— No powiedz to wreszcie! — zniecierpliwiła się Patra.
Elia spojrzała w zamyśleniu w dal, gdzie rozciągał się Smoczy Ogon. Odwróciła się do przyjaciółek i powiedziała poważnym głosem:
— Dług Krwi to starożytny smoczy rytuał. Jeżeli on spłacił ten dług, to czyni go ostatnim wolnym smokiem Bruxoru. Powinnyśmy…
— Zaufać mu? — chciała wiedzieć Kera.
— Potraktować jego ostrzeżenie bardzo poważnie — sprostowała Elia.
— I przekonać do tego Sarę, Amelię i Wiolettę — mruknęła Patra — A to nie będzie łatwe, po tym jak smok je zaatakował i zniszczył Korzeń.
— Wracajmy do Bubonen, tam coś wymyślimy — zawyrokowała Wielka Mistrzyni.
— Tak — zgodziła się Elia — A ja poszukam jeszcze informacji o Długu Krwi w Smoczym Kodeksie.
Kera przywołała Azu swojego samca płomykówki, na którym tu przybyła. Ten zaś natychmiast przybrał postać olbrzymiej sowy a Elia i Patra dosiadły swoich olbrzymich strzyg. Gdy opuszczały Pustkowie, wiatr właśnie zacierał smocze ślady na żółtym piachu. Zupełnie jakby chciał zachować w tajemnicy to, co się tu wydarzyło.4. Rozmowy przy Ogniu
Cisza. Huk. Krzyk i znowu cisza. Powietrze wokół Amelii zadrżało a ona poczuła ogromny ból i pustkę w sercu. Coś w niej pękło, gdy nie odnalazła obecności Sary w swoim umyśle.
— Nieeeee!
Kendra zniknęła. Cyntia również zbiegła w stronę lasu, przepędzona przez Wandę. Za wiedźmą pofrunęło kilka wywern, które ocalały w bitwie. Przybyłe na polanę Amanda i Letycja nie zdołały już ich pochwycić.
Amelia zostawiła rannego Marlina, nad którym się pochylała, smarując jego rany maścią z wrotyczu, Sylfionu i łoju. W powietrzu wciąż unosił się jej silny aromat, pomieszany z zapachem krwi, potu i smrodem pozostałości po nekromantycznych stworzeniach. Dziewczyna wytarła dłonie o spodnie i odszukała wzrokiem Wiolettę.
Ta klęczała, trzymając się mocno za głowę i kołysząc się w tył i w przód. Obok niej, również na kolanach, Wiktor wył z rozpaczy, z martwą Sarą w ramionach.
— Nie, nie, nie… — szeptała do siebie Amelia, biegnąc w stronę przyjaciół — Tylko nie ona! — jej głos osłabł i po chwili osunęła się bez zmysłów na ziemię.
— Zemdlała — oznajmił Artur, przyklękając na jedno kolano obok swojej dziewczyny. Jego błękitne oczy patrzyły na nieruchome ciało rudowłosej Sary. Jej złoty medalion drgał słabym blaskiem a obrączka na jej palcu migotała zielonym światłem.
Wioletta poruszyła się niespokojnie, gdy Damian delikatnie położył rękę na jej drżącym ramieniu.
Cisza była wręcz namacalna. W kręgu wokół Wiktora zebrali się wszyscy uczestnicy bitwy. Amanda i Letycja tuliły się do siebie, patrząc z niedowierzaniem na Sarę leżącą bez zmysłów. Wanda cicho załkała, zakrywając usta dłońmi. Wioletta opuściła ręce wzdłuż ciała, a łzy nie przestawały jej płynąć z jej rozmazanych od tuszu oczu. Po chwili przez tłum zebranych przetoczył się zduszony pomruk, gdy do kręgu wkroczył duży bury kot.
— Miauuuuuu! — jego głos przypominał płacz, który zbudził nieprzytomną Amelię.
— Artemis! — szepnęła Amelia, ocierając twarz. Wciąż nie wierzyła w to co widzi… Kendra zabiła Sarę!
Artemis wpatrywał się w swoją Sarę, spoczywającą w ramionach Wiktora tak intensywnie, jakby chciał samym spojrzeniem przywrócić jej życie.
— Śmierć jeszcze po nią nie sięgnęła! — Amelia i Wioletta poderwały głowy, słysząc słowa Afuna.
Faun przyklęknął obok Wiktora i pogłaskał kota po głowie. Przyłożył dłoń do poranionej twarzy Sary i zamknął oczy. Wymruczał cicho dwa albo trzy słowa i otwierając oczy, zwrócił się do Artemisa :
— Wiesz co trzeba będzie robić, przyjacielu.
Kot cicho zamruczał i zrobił kilka kółek między nogami fauna.
— Zabierzmy ją do Korzenia — rzekł Afun, wstając — Trzeba opatrzyć jej rany — wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem — Pozwól chłopcze, że ja to zrobię.
Afun przejął delikatnie od Wiktora ciało Sary w swoje wielkie ramiona, unosząc ją jak najdelikatniejszy kwiat. Artemis wskoczył na pierś Sary i zwinął się w kłębek. Już więcej się nie poruszył.
— Artemis! — próbował go skarcić Wiktor.
— Zostaw. Kot wie co robi — mruknął Afun — To jej Towarzysz i teraz wyruszył w tą podróż z nią… By ją odnaleźć.
— Afunie, jesteś pewien że ona… — odezwała się cicho Wioletta, delikatnie ujmując dłoń Sary.
Z drugiej strony Amelia lekko przygładziła kosmyk włosów nieruchomej przyjaciółki, niesionej przez przywódcę Leśnego Ludu.
— Wszystko wyjaśnię w Korzeniu! — przerwał Afun, bo już dało się słyszeć z tłumu pojedyncze głosy — Wando, sprowadź proszę Sylvię Wilczewską.
Wanda otarła łzy z policzków i skinęła głową. Po chwili już biegła w stronę miasteczka. A dziwny pochód ruszył przez polanę w stronę lasu.
**********************
Gdy wkroczyli do Korzenia czekały tam na nich Kera, Elia i Patra. Po wyrazach ich twarzy było widać, że są świadome tragedii, jaka miała miejsce. Nikt z przybyłych się nie odezwał. Amelia razem z Wiolettą uniosły swoje różdżki, ich umysły połączyły się i wypowiedziały życzenie — nie zaklęcie. A wtedy w jednej ze ścian Korzenia, plecionej z masy pnączy i korzeni, utworzyła się głęboka nisza. Podobna do łoża lub szerokiej półki, nad która zamigotały ogniki lewitujących świec. Amelia przysiadła po turecku przy niszy, w której Afun złożył ciało Sary. Zaczęła delikatnie smarować rany na jej twarzy swoją uzdrawiającą maścią z Sylfionu i wrotyczu. Wszyscy wiedzieli, że wrotycz jest toksyczną rośliną, jednak w połączeniu z magicznym Sylfionem, tworzył niezwykłą maść uzdrawiającą. Wioletta z czułością wygładzała zmarszczki na ubraniu Sary. Wyglądała tak pięknie, gdy dziś rano przystępowała do egzaminu. W tej czarnej spódniczce i białej koszuli… A teraz wszystko było poszarpane przez szpony wywern, a jej krew przesiąkła przez ubranie. Do dziewcząt dołączyła Kasjopeja cicho nucąc :
— Tam, gdzie wiatr szepcze pośród starych drzew,
A rzeki niosą pamięć dawnych dni,
Śpimy ukryci w snach wieczności,
Czekając, aż znów rozbłyśnie świt.