-
nowość
Kroniki Czarownic. Zaklęcie Ariany - ebook
Kroniki Czarownic. Zaklęcie Ariany - ebook
By przywrócić pamięć o tych, którzy poświęcili wszystko aby one były bezpieczne, Sara Amelia i Wioletta muszą odnaleźć Srebrne Źrenice i otworzyć Kryptę Dusz. Zadanie nie będzie łatwe. Tym bardziej że w mroku czai się zło. „By zrozumieć kim jesteśmy, musimy poznać tych, którzy poświęcili wszystko, byśmy mogły żyć.”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8431-567-5 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
odnajdziesz drogę, uwolnisz pamięć.
Odkryjesz to co było ukryte.
A gdy zapłoną Srebrne Źrenice,
otworzysz Kryptę ukrytą,
a świat już pozna tą tajemnicę.
Gdy przejdą przez Bramę dusze zaklęte,
wypowiedz Słowo — zdejmij Zaklęcie.
Powrócą siostry a także bracia,
Żeby w pamięci dziurę załatać.
Gdy Krypta Dusz zniknie na dobre,
odejdzie co stare.
Nadejdzie Nowe.
.
Dla Mariusza.
Obyś trwał przy mnie zawsze,
Jak strażnik moich zaklęć i tajemnic.
Bo miłość — nawet ta najcichsza —
Jest największym darem,
Jaki znam.
Żadna miłość nie powinna być zakazana,
bez względu na to, jakie nosi imię1 Z Lustra
W podziemiach opuszczonego zamku zapłonął krąg świec. Ich płomienie oświetliły ogromne lustro w zdobionej w węże ramie.
Tafla lustra zadrżała niczym zmącone deszczem jezioro i wyłoniła się z niego wysoka postać w szacie z kapturem, zasłaniającym twarz.
Postać rozejrzała się po komnacie i zrzuciła kaptur, ukazując twarz pięknej kobiety. Jej spojrzenie było zimne jak stal a cera porcelanowa, blada, z którą kontrastowały soczyście czerwone usta. Wszystko okalały proste kruczoczarne włosy. — Jak miło jest wrócić — szepnęła kobieta, przekrzywiając głowę, jak zaciekawione dziecko — Bez pomocy mojej bezużytecznej córki. Ciekawe gdzie ona się podziewa… Nie wyczuwam jej obecności. Wygląda na to że mnie zawiodła. Na szczęście nie polegałam na niej całkowicie, inaczej mój plan powrotu z Wymiaru Lustrzanego nigdy by się nie powiódł. Spotka ją za to zasłużona kara. A teraz czas przywdziać się przyzwoicie do okoliczności i zwołać moje siostry — to mówiąc, machnęła różdżką a jej czarna szata zniknęła w płomieniach a zamiast niej pojawiła się długa czarna suknia obszyta złotem.
— Niech zapłonie krąg ognia! Przyjdźcie siostry z otchłani czasu i przestrzeni! Nadszedł czas pojednania! — zawołała kobieta — Ja Kendra Mściwa wzywam was tu i teraz!
Krąg ułożonych świec zapłonął wysoko, pod sklepienie a lustro w wężowej ramie zalśniło srebrnym blaskiem. Tafla lustra rozpłynęła się całkowicie niczym wosk rozlewając się po posadzce, tworząc cztery słupiaste odlewy. Z tych odlewów powstały postacie czterech kobiet. Każda z tych kobiet była piękna i każda z nich była na swój sposób oryginalna.
Jedna miała różowe włosy i żółte oczy jastrzębia, skryte za drucianymi okularami. Druga miała zielone włosy i mnóstwo kolczyków nawet na twarzy. Trzecia z nich wglądała jak łowczyni w czarnym skórzanym stroju z wieloma sztyletami po bokach. Czwarta z nich wyglądałaby bardzo zwyczajnie, gdyby nie tatuaże rozlewające się po jej ramionach i sięgające piersi.
— Witajcie moje siostry! Koniec czasu posuchy. Dzisiejsza noc będzie Nocą Czarownic, Nocą Łowów!
— Czy tak ja obiecałaś znajdziemy drogę do Bruxoru?
— Och tak! Bruxor to mój cel… Dawno temu moje rywalki ukryły w tutejszym lesie portal do Bruxoru.
— Tak ale świat się zmienił, minęło wiele lat. Czy nadal będziesz w stanie odnaleźć Portal? — spytała jedna z wiedźm.
— Nie spocznę póki go nie odnajdę- odparła Kendra — A na razie zabawimy się tutaj.
— Znajdziemy tu jakąś rozrywkę?
— Moja droga, rozrywek będzie tu co niemiara. Wiele młodych, pięknych dusz do sprowadzenia na mroczną ścieżkę i tyle samo świeżej krwi.
— Nikt nie stanie nam na przeszkodzie? — chciała wiedzieć wiedźma o zielonych włosach.
— Och na pewno ktoś będzie próbował nam przeszkodzić. I to będzie dla nas kolejną rozrywką. Z tego co się orientuję żyją tu młode czarownice, potomkinie Założycielek tej śmiesznej osady. Możemy się nieźle zabawić.
— Ale Kendro, skoro to potomkinie tych Założycielek, o których nam opowiadałaś, to jak mamy je pokonać? — spytała Wanda.
— Są młode, ułomne i niedorozwinięte jeśli chodzi o umiejętności magiczne — zaśmiała się Kendra.
— Skoro są takie słabe i jak mówisz niedorozwinięte, to jak były w stanie pokonać twoją córkę?! — dziwiła się Letycja.
— Milcz! — ryknęła Kendra tak że aż pogasły wszystkie świece w komnacie — Powierzanie tej misji mojej córce było błędem. Jedyne co jej się udało to zdobycie dostatecznej wiedzy aby pomóc nam się wydostać z wymiaru lustrzanego. Czy to wam nie wystarczy moje drogie? — ton jej głosu złagodniał, a świece znów zapłonęły ciepłym blaskiem.
— Jak zamierzasz to rozegrać? — spytała zielonowłosa, przymilnym głosem.
— Przyczaimy się tu, w tym zamku a część z nas wmiesza się w tą małą społeczność i postara się rozejrzeć. Gdyby ktoś pytał to jesteśmy krewnymi Ksandry lub po prostu nowymi właścicielkami zamku.
— Słabe to trochę. Nie sądzę że są aż tak głupie, te młode czarownice, domyślą się kim jesteśmy. Tym bardziej jeżeli powołamy się na Ksandrę. Miały z nią już do czynienia, wiedzą kim była…
— Masz rację — zamyśliła się Kendra — Masz rację… Musimy coś wymyślić… Zajmij się tym Wando — zwróciła się do kobiety z żółtymi oczami ukrytymi za okularami w drucianej oprawie.
— Tak jest, pani — Wanda odwróciła się jak żołnierz na jednej nodze i odmaszerowała. W oczach miała jednak strach.
— Teraz powinnyśmy odpocząć — powiedziała Kendra, zwracając się do reszty kobiet — zamek jest duży, każda powinna sobie znaleźć jakąś komnatę. Odpocznijcie, nabierzcie sił. Czeka nas dużo pracy.
Kobiety rozeszły się po zamku udając się na spoczynek, tylko zielonowłosa została przy Kendrze, widać było że jest jej najbliższa, najbardziej oddana.
— Chciałabym zostać sama, Cyntio — mruknęła Kendra.
— Nie będę ci na razie potrzebna?
— Nie. Odpocznij, zasłużyłaś. Gdy będę cię potrzebować wezwę cię.
Cyntia skłoniła się nieznacznie i oddaliła się, pozostawiając Kendrę samą w podziemnym lochu zamku.
Wiedźma krążyła po podziemnej komnacie bijąc się z myślami. Nic nie szło po jej myśli. Ksandra zawiodła i zniknęła. Młode czarownice żyją i na pewno rosną w siłę z dnia na dzień. Musze mieć bardzo dobry plan by wkraść się w społeczeństwo miasteczka i troszeczkę w nim zamieszać, wzbudzić strach i potęgować go z każdym dniem, tak aby nikt nie miał odwagi stanąć przeciwko mnie i moim nowym popleczniczkom. Bo jeżeli zobaczą że nie wzbudzam respektu przestaną mi ufać i odwrócą się ode mnie. A na razie są mi jeszcze potrzebne, żeby dostać się do Bruxoru.
Wanda obmyśli chytry plan wtopienia się w tłum tych naiwnych śmiertelników a potem wszystko potoczy się lawinowo. Ważne że jestem wolna, pomyślała. Trochę się tu zabawię z trójką młodych czarownic a potem zdobędę tron Bruxoru.
Lecz najpierw odwiedzę starego znajomego, pomyślała. Znajomego, który stworzył mój medalion.
Otuliła się szczelnie szatą i naciągnęła kaptur na głowę, Gdy wychodziła z zamku nie zauważyła czujnych żółtych oczu, obserwujących ją przez witrażowe okno pałacu. Nim rozejrzała się niespokojnie, różowa czupryna zniknęła za zasłonką.
Wieczór był ciepły a trawa pod jej stopami miękka. Kendra kroczyła pewnie przez wrzosowiska, nie zwracając uwagi na plączące się w jej szatę łodygi i liście. Musiała przemierzyć prawie cała Dolinę Jezior, aby dostać się nad rzekę. O wiele łatwiej by jej było gdyby mogła swobodnie używać magii. Jednak do tego potrzebowała swojego medalionu…
Dotarła nad rzekę bardzo późno. Noc była w pełni a sierp księżyca oświetlał jej ostatnie kilka metrów wędrówki. On tam był. W miejscu, w którym go zostawiła wieki temu. Żył przez tyle lat, rosnąc jak drzewo, które tak miłował. Wypowiedziała jego imię a liście dębu zaszumiały niespokojnie, przeganiając śpiące w nich ptaki.
— Witaj druidzie! — zawołała, teatralnym gestem odrzucając kaptur z głowy. Jej długie czarne włosy rozwiał wiatr. Na pięknej twarzy zagościł okrutny uśmiech…
Gdy Kendra wróciła do zamku było już późno.
Od razu udała się do kuchni pełnej małych gnomów o zielonej skórze, które pracowały zawzięcie przy palenisku pieca i krojących warzywa i mięso.
— Widzę że przygotowujecie kolację — rzekła wiedźma — jesteście ohydne, to fakt, ale pracowitości nie można wam odmówić. Chociaż to udało się osiągnąć mojej córce.
— Tak, Pani, oni pracują oni będą dobre sługi! — zaskrzeczał jeden z gnomów.
— W to nie wątpię. Czy wiecie gdzie moja córka przechowuje eliksiry?
— Pani pójdzie za nim, on pokaże wszystko łaskawej pani — powiedział gnom, prowadząc Kendrę w głąb kuchni, gdzie w ścianie były ukryte drzwi do spiżarni.
Gnom odsunął się i zaprosił ją gestem do wnętrza spiżarni, pełnej pólek wypełnionych fiolkami z przeróżnymi eliksirami.
Kendra sprawdziła wszystko dokładnie, odczytując etykiety na buteleczkach i wybrała jedną z nich o barwie świeżej krwi.
— Kolacja ma być gotowa za godzinę. Będziemy czekały w jadalni — rozkazała.
— Tak jest Pani! — zawołał gnom, a reszta z nich zaczęła się miotać jak w ukropie, pracując przy przygotowywaniu jedzenia.
Kendra udała się do wolnej sypialni i wzięła kąpiel w przylegającej do niej toalecie. Jej strój i dłonie były całe uwalane ziemią i trawą. Woda była gorąca tak bardzo że w łazience zaparowały wszystkie lustra.
Gdy już odświeżona stanęła przed szafą pełną ubrań, jej ciało nadal parowało. Wybrała jedną z wytwornych sukien swojej córki i zeszła do jadalni gdzie już czekały na nią pozostałe kobiety, także wypoczęte i odświeżone.
Zasiadły do stołu, na którym zaczęły się pojawiać przeróżne potrawy. Wiedźmy spojrzały zdumione na zastawiony stół i na Kendrę.
— Smacznego, moje drogie. Słudzy mojej córki nadal spisują się świetnie.
— Obsługa — pierwsza klasa! — Zawołała kobieta z tatuażami na piersiach — Wygląda apetycznie!
— Ciesze się Amando, mama nadzieję że będzie nam smakować.
— Czy przybyli już nasi towarzysze? — spytała wiedźma w skórzanym stroju łowcy.
— Tak, Letycjo. Wasze kotołaki są w ogrodzie — powiedziała Wanda, zwracając się do Letycji i Amandy — Twój wąż Cyntio jest na łowach w piwnicy. A mój kruk śpi w mojej komnacie.
— Świetnie — uśmiechnęła się Cyntia — W moim świecie mówimy na towarzysza „chowaniec”. A co z twoim, Kendro?
— Spokojnie. Jest gdzieś tu, w tym świecie i czeka na moje wezwanie. Na razie pozwolę mu jeszcze spać spokojnie.
— Czekał na ciebie cały ten czas?
— Oczywiście. Czuję jego uśpioną energię. Nie zajmuj tym teraz głowy Cyntio. Jedzmy!
Wszystkie spojrzały na nią troszeczkę zdziwione, ale żadna nie zadawała pytań.
Każda z kobiet spojrzała na Kendrę jakby powiedziała coś bardzo dziwnego. Jednak ona nie dała po sobie poznać że w ogóle to zauważyła.
— Urządziłam sobie małą wycieczkę po Dolinie, gdy odpoczywałyście i mam kilka propozycji — odezwała się Kendra podczas gdy gnomy podawały deser.
— Mów pani — zaskrzeczała podniecona Cyntia — Czekamy z niecierpliwością!
— Otóż mam zadanie dla ciebie, Wando — zwróciła się Kendra do kobiety z różowymi włosami.
— Słucham, zatem — odparła Wanda, widząc naburmuszoną minę Cyntii.
— Trwa tu teraz tak zwany sezon wakacyjny… Mogłabyś udawać turystkę, która chce wynająć pokój w miasteczku lub na jego obrzeżach.
— Chętnie — ucieszyła się Wanda — To bardzo piękne miejsce i z chęcią…
— Przypominam ci że nie robisz tego dla własnej przyujemności! — przerwała jej Kendra — Twoim zadaniem będzie wyśledzenie potomkiń Seleny, Ariany i Walkirii.
Wszystkie kobiety przy stole, oprócz Cyntii, spojrzały po sobie zaskoczone.
— Chyba zapominasz — powiedziała Amanda, wstając od stołu — że nie jesteśmy twoimi sługami, Kendro!
— Dokładnie — odezwała się Letycja — To dzięki naszej pomocy opuściłaś Wymiar Lustrzany!
Kendra zmierzyła je wzrokiem, jednak po chwili jej twarz złagodniała. Uśmiechnęła się ciepło do Wandy i powiedziała :
— Przepraszam… Usiądźćie proszę — zwróciła się do Amandy i Letycji, które zamierzały odejść od stołu — Dla was też mam… do was też mam prośbę — jej ton głosu był przymilny i słodki.
Na chwilę zapadła cisza, którą przerywało szuranie krzeseł Amandy i Letycji i mlaskanie Cyntii, zajadającej lody z kryształowego pucharu.
— Dobrze — odezwała się Wanda — Zrobię to o co prosisz… Lecz co zamierzasz zrobić dalej z tymi dziedziczkami, kiedy już je odnajdziemy? Są potomkami twoich śmiertelnych wrogów więc…
— Więc chyba odpowiedź nasuwa się sama, prawda? — parsknęła Kendra.
Kolejna pauza. W powietrzu było czuć dziwne elektryzujące napięcie. Wanda zmrużyła oczy, jakby głęboko nad czymś myślała. Nie odezwała się jednak.
— Amando, Letycjo. Moja prośśśba… — słowo „prośba „jakby uwięzło Kendrze w gardle — Chciałabym abyście Zniknęły w tłumie. Być może pod przykrywką podróżniczek lub krewnych mieszkańców miasta. Chcę żebyście zapolowały na informacje. Jeżeli wyczujecie jakieś drgania magii, natychmiast dacie mi znać, dobrze?
— Ciężko będzie wykonać to zadanie… prośbę — zauważyła z przekąsem Amanda — Ponieważ magia silnie pulsuje pod całą powierzchnią Doliny. Czuć ją wszędzie.
— Ale oczywiście zrobimy co w naszej mocy — odezwała się pośpiesznie Letycja, widząc twarz Kendry, którą pokrył cień gniewu.
— A ja, pani? — Cyntia prawie padła na kolana przed Kendrą, jej puchar po lodach potoczył się po stole…
— Cyntio ty zostaniesz przy mnie. Potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać. Ty rozumiesz mnie najlepiej — rzekła Kendra, dodając w myślach: „Ty głupia służalcza istoto. Twoje ślepe oddanie jeszcze mi się przyda”
Słowa wiedźmy nie zrobiły wrażenia ani na Wandzie ani na Amandzie i Letycji. Wzruszyły tylko ramionami. Za to Cyntia była wręcz w ekstazie. Za tak wielkie uznanie w oczach Kendry, była gotowa całować ją po stopach.
Amanda spojrzała na nią z niesmakiem i bez słowa wstała od stołu, Letycja ruszyła za nią jak cień. Wanda po chwili poszła w ich ślady i opuściła jadalnię, rzucając ukradkowe spojrzenia, mrużąc co chwilę oczy za swoimi drucianymi okularami.2 Czarodziej i Druid
Wakacje mijały beztrosko, mimo że w środku cała drżałam, nie mając żadnej wiadomości o Kery. Popołudniami siedziałyśmy z Amelią i Wiolettą w Korzeniu, często towarzyszyli nam nasi chłopcy. Wiktor, Artur i Damian byli już całkowicie wtajemniczeni w nasze sekretne magiczne życie i bardzo ich ono ciekawiło. Zadawali dużo pytań i czasami nawet pomagali nam zrozumieć pewne kwestie lub przepisy znajdywane w księgach które sprowadziły do Korzenia dla nas Elia i Patra.
Wiktor uwielbiał zagłębiać się zwłaszcza w tych księgach, które opowiadały o historii Bruxoru lub w podręcznikach do zaklęć i uroków.
Damian często szalał na miotle z Wiolettą, lub ćwiczyli walkę wręcz. Byli niesamowitą parą pełną energii wspaniałej wspólnej pasji. Ich związek umacniał się z dnia na dzień, aż czasami byłam zazdrosna o Wiolettę.
Artur i Amelia często medytowali na polanie, chłonąc energię z ziemi, która była jednym z przychylnych Amelii żywiołów. Z początku sceptyczny chłopak przerodził się w opiekuńczego młodego mężczyznę, pełnego wewnętrznej siły widocznej w jego błękitnych oczach. O Amelię też byłam trochę zazdrosna.
Lecz widziałam ich aury. Były piękne, czyste i pełne miłości i ciepła.
Po rytuale przebudzenia mocy zyskałam między innymi taką umiejętność. Widzenie ludzkiej aury i wyczuwanie ich emocji. Było tego znacznie więcej. Każda z nas nie była już zwykłym człowiekiem. Byłyśmy teraz czarownicami z krwi i kości. Miałyśmy wyostrzone zmysły, nasze ciała nie były już kruche i delikatne a nasze umysły chłonęły i zapamiętywały ogrom wiedzy.
Z wyglądu też się zmieniłyśmy. Ja u siebie zauważyłam lekką zmianę w kolorze włosów, które były teraz bardziej czerwone niż rude, nieskazitelna cera i moje oczy do tej pory zielone zyskały złote plamki i ciemne otoczki wokół tęczówek. To samo wydarzyło się u Wioletty i Amelii.
Tak bardzo się zamyśliłam że prawie nie zauważyłam lekkiego poruszenia energii tuż przy Lustrze Seleny. Zbiegliśmy tam wszyscy po drewnianych schodkach. Po drodze zagięłam delikatnie róg księgi, którą podsunął mi Wiktor i wsunęłam ją do torby, obiecując sobie że do niej wrócę.
Przez taflę lustra przedostały się trzy osoby. Była to Kera w zwiewnej seledynowej sukni z odsłoniętymi plecami, Elia ubrana dość oficjalnie jak zawsze, w prostą szatę nauczycielki i Tauren, który jako mężczyzna miał na sobie fioletową szatę czarodzieja narzuconą na granatowy garnitur obszyty złotymi nićmi.
— Witajcie kochani! — zawołała Kera -Widzę że jest nas więcej — dodała patrząc z uśmiechem na Wiktora, Damiana i Artura — Świetnie!
— Co się dzieje?
— Czemu tak długo?
— Martwiłyśmy się!
Zaczęłyśmy się przekrzykiwać razem z Wiolettą i Amelią. Tauren uciszył nas gestem uniesienia obu rąk i rzekł:
— Usiądźmy.
Zapadła cisza i wszyscy zasiedliśmy przy okrągłym stole w centrum Korzenia tuż przy Lustrze Seleny.
— Rzeczy trochę się pozmieniały. Zacznijmy od tego że czasy w naszych światach zaczęły się synchronizować po waszym rytuale przebudzenia- zaczęła Kera.
— Co ty gadasz?! — wypaliła Wioletta.
Kera uśmiechnęła się i kontynuowała :
— Zatem nie było nas zaledwie kilka dni. Miałyście prawo się martwic a nawet złościć, biorąc pod uwagę fakt że nie miałyście pojęcia że czasy zaczynają się równać.
Ale zacznijmy od najważniejszego. Ksandra stanęła przed sądem czarownic i została skazana na wygnanie na Równiny Potępionych.
— Jak się z tym czujesz? — spytałam. Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem — No co, to w końcu jej siostra!
— Saro… Tak to moja siostra i czuję się z tym dziwnie. Mimo że wiem że została zmanipulowana przez naszą okrutną matkę to wiem że wszystkich tych okropności dopuściła się świadomie. Nikt nią nie kontrolował. Wykonywała rozkazy. Być może robiła to ze strachu przed Kendrą, co nie zmienia faktu że mogła się jej sprzeciwić. Strach nie może ci odbierać tego kim jesteś. Strach uczynił ją słabą. Wiemy że Kendra posiada dar perswazji bo tak zdarzyło się już w przeszłości, gdy rzuciła urok na całą społeczność osady by pomogli jej zgładzić Założycielki. W tym przypadku o żadnym uroku nie ma mowy. Niemniej jej skrucha i obszerna zeznania przed sądem sprawiły że otrzymała łagodniejszy wyrok.
— Wygnanie jest łagodniejszym wyrokiem? — zdziwiła się Amelia — A co by było najwyższym wymiarem kary?
— Śmierć.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Aż nagle Wioletta poderwała się z miejsca.
— A gdzie jest Patra?!
Elia uśmiechnęła się tajemniczo, ale wydawała się być zasmucona nieobecnością koleżanki, z którą przeważnie się sprzeczała.
— Nie mogła dziś z nami przybyć. Musiała pozostać w Zamku Bubonen i przygotować się do kolejnego semestru. Dostała promocję na Mistrzynię klasy drugiej — wyjaśniła Elia, z dumą w głosie.
— Wow — wyrwało się Wioletcie — A co to właściwie znaczy?
Wszyscy zachichotaliśmy. Ale rzeczywiście sama chciałam wiedzieć co oznacza awans Patry. Z wyjaśnieniami pośpieszyła nam Kera.
— Dotąd Patra była mistrzynią trzeciej klasy i nauczała młodsze dziewczęta. Jej ostatnie osiągnięcia i zdobyta wiedza sprawiły że osiągnęła kolejny poziom wtajemniczenia. Same przyznacie chyba że jej burza, która wraz z deszczem, który wymazał pamięć mieszkańcom waszego miasteczka była imponującym dokonaniem?
Przytaknęłyśmy entuzjastycznie, chłopcy zaś spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
— Jakoś chyba nie do końca, bo my pamiętamy wszystko — odezwał się Wiktor.
— Bo tak miało być Wik — zwróciłam się do niego ksywką, której używali tylko jego koledzy.
— Aha… ok — bąknął, jednak się uśmiechając.
— Tak więc teraz Patra będzie należeć do kręgu mistrzyń drugiego stopnia i będzie mogła razem z Elią zasiadać w radzie.
— To wielkie wyróżnienie — powiedziała Amelia — I moim zdaniem Patra w pełni na nie zasłużyła.
— Oczywiście — uśmiechnęła się Elia — Ale teraz przed nią dużo pracy. Ale nie martwcie się na opewno się jeszcze zobaczycie.
— Dobrze więc przejdźmy do konkretów — Kera wstała od stołu i zaczęła krążyć po sali głównej Korzenia — Czy tu w dolinie nie wydarzyło się nic złego?
— Cisza i spokój — odpowiedziała natychmiast Wioletta.
— Cieszy mnie ta wiadomość. Bardzo jednak niepokoją mnie słowa Ksandry, ostrzegające nas przed powrotem Kendry… Jeżeli uda jej się wydostać z wymiaru lustrzanego będziecie w wielkim niebezpieczeństwie.
Zapadła długa cisza. Spodziewałam się tego od bitwy na Spalonym Wzgórzu, lecz wciąż odpychałam od siebie tę myśl.
— Dlatego ja zostanę w dolinie — Odezwał się Tauren, wyrywając nas z zamyślenia — Brama pozostała bez strażnika. Znowu obejmę tę funkcję a przy okazji będę blisko was żeby służyć pomocą.
— Zapewne Kendrze będzie zależało na odnalezieniu Lustra Seleny. Nie spocznie póki go nie odnajdzie bo będzie chciała wrócić do Bruxoru żeby przejąć władzę — zamyśliła się Kera.
— Jesteś tego pewna — spytała Amelia.
— Chciała tego dokonać na początku, tylko na drodze stanęły jej Selena, Ariana i Walkiria. Jeśli nie znajdzie Lustra, a na pewno nie znajdzie, jej uwaga zwróci się w waszą stronę. Tego jestem pewna. Jesteście potomkiniami znienawidzonych przez nią czarownic. Będzie chciała was unicestwić.
— Pocieszające — mruknęła Wioletta.
— Nie zapominajcie dlaczego byłyście wychowywane w tajemnicy a poznałyście się dopiero wtedy gdy otrzymałyście medaliony. Pamiętajcie też o tym co was spotkało… ojciec Sary i twoi rodzice Amelio, Wypadek rodziców Wioletty. To nie przypadki. Za wszystkim stoi Ksandra jako marionetka Kendry. Czyli sama Kendra, chcąca wymazać wasze rodziny z kart historii, a tym samym raz na zawsze zniszczyć dziedzictwo Seleny, Ariany i Walkirii, których krew płynie w waszych żyłach.
— Jesteśmy tego świadome — rzekłam — Wszystko co powiedziałaś to prawda, ale Kendra nie wie jaką mocą władamy. Nie zna nas i nie wie że jesteśmy czarownicami, które przeszły rytuał przemiany.
— Racja Saro — uśmiechnął się smutno Tauren — Lecz Kendra to czarownica licząca sobie stulecia, jeśli brać po uwagę wasz dotychczasowy czas, Ma za sobą lata doświadczeń. Lata które naznaczone są krwią wielu ludzi i istot magicznych. Ma na rękach nawet krew Seleny i jej przyjaciółek. A tylko one były w stanie się z nią równać.
— Dlatego bez obrazy, dziewczęta — weszła mu w słowo Elia — ale jeśli chcecie stanąć twarzą w twarz z Kendrą, i nie zginąć, to czeka was jeszcze dużo pracy.
Spojrzałam na Amelię i Wiolettę, miały przerażone twarze chyba tak samo jak ja.
— Dla was też mam pewną propozycję chłopaki — odezwał się Taurem w stronę Wiktora, Artura i Damiana — Nie władacie co prawda żadną mocą ale mam dla was propozycję. Może chcielibyście nauczyć się ode mnie kilku przydatnych sztuczek i chwytów?
Oczy chłopców mało nie eksplodowały, gdy usłyszeli propozycję czarodzieja. Zaczęli entuzjastycznie kiwać głowami i przekrzykiwać się nawzajem.
— Uznam to za zgodę — uśmiechnął się Tauren.
*******************
Wróciłam do domu odprowadzona przez Wiktora. Pocałował mnie czule na pożegnanie i ruszył do domu, wciąż podekscytowany faktem że on, Damian i Artur będą się mogli pobierać nauki u Taurena. Sama byłam ciekawa czego mógłby nauczyć ich czarodziej. Tym bardziej że chłopcy nie przejawiali żadnej mocy magicznej. Ufałam jednak że Tauren wie co robi i na pewno ma konkretny plan jeśli chodzi o mojego chłopaka i jego przyjaciół.
Mama i babcia siedziały w salonie popijając mrożoną herbatę. Ciotki robiły ostatnie zakupy w mieście, przed powrotem do swoich domów. Nawet trochę się cieszyłam z ich wyjazdu. Ostatnio sporo namieszały przez swoją znajomość z hrabiną Żmijewską.
Usiadłam razem z mamą i babcią, nalewając sobie herbaty z dzbanka. To było upalne lato. Patrzyłam jak moja szklanka poci się wypełniona zimnym płynem.
Uniosłam wzrok i zauważyłam że mama bacznie mi się przygląda. Babcie błądziła gdzieś wzrokiem, jakby chciała uniknąć nadchodzącej rozmowy.
— Czy coś się stało? — spytałam w końcu.
— Dostałam pracę — wypaliła mama.
Byłam w szoku. Mama zrezygnowała z pracy po śmierci taty, żebyśmy mogły się tu sprowadzić.
— To świetnie! — zawołałam.
— Chciałabym o tym z tobą porozmawiać. To nie jest całkiem nowa praca. Odezwali się do mnie z redakcji w której pracowałam wcześniej. Zwolniło się miejsce redaktora naczelnego kolumny kulturalnej. Zaoferowali mi to stanowisko, pomimo mojego wcześniejszego odejścia.
— Pewnie nie mogą znaleźć nikogo lepszego — zaśmiałam się — To wspaniałą wiadomość mamo.
— Obawiam się że nie rozumiesz, Saro. Redakcja znajduje się w mieście prawie sto kilometrów stąd — powiedziała zasmucona mama.
— Rozumiem, mamo. Ale w czym problem?
— Problem w tym że żeby podjąć tę pracę musiałabym wrócić do miasta, choć na jakiś czas… wyprowadzić się… Oczywiście przyjeżdżałabym na przykład na weekendy lub dni wolne…
W mojej głowie już galopowały myśli. Wiedziałam że mama kochała swoją pracę. A jej wyjazd przyniósłby mi wielką ulgę. W mieście byłaby bezpieczna, z dala od wszystkich moich magicznych problemów. Tym bardziej gdyby w Dolinie Jezior pojawiła się Kendra…
— Co o tym myślisz kochanie?
Wyrwałam się z zamyślenia i ukradkiem spojrzałam na babcię. Wydawało mi się że nieznacznie kiwnęła głową, tak abym tylko ja to zauważyła.
— To wspaniały pomysł! Przecież wiem jak bardzo kochałaś swoją pracę. I domyślam się jak bardzo za tym tęsknisz. Myślę...nie jestem pewna że powinnaś się zgodzić. Ja zostanę tu z babcią i co weekend będę na ciebie czekać!
— Na prawdę?! Nie wiedziałam jak zareagujesz. Nie chciałam cię zostawiać tu z tym wszystkim samej. Chciałam abyś czuła moje wsparcie — zawołała podekscytowana mama.
— Nigdy nie jestem sama, mamo. Nie zapominaj. A twoje i babci wsparcie czuję na każdym kroku. Nawet jeśli was przy mnie nie ma. Należy ci się to. Powinnaś robić to co kochasz.
Babcia uśmiechnęła się do mnie i puściła oko a mama podbiegła żeby mnie uściskać.
— Jestem z ciebie taka dumna. Jesteś taka… dorosła. Nie wiem w którym momencie to się stało, ale wydajesz się być odmieniona.
Oczywiście moja mama nie wiedziała wszystkiego o tym czym się zajmowałam jako czarownica. Nie mówiłam jej o wszystkich przeprowadzonych rytuałach i rzuconych zaklęciach. Gdyby wiedziała że pisałam w starym notesie własną krwią, żeby skontaktować się ze swoją przodkinią na pewno wpadłaby w panikę. Teraz gdy nad doliną wisiała groźba powrotu Kendry, jej wyjazd do pracy w mieście był najlepszym rozwiązaniem. Nie będę musiała się martwić czy nic jej się nie stanie. Bo tego bym nie zniosła.
— Jeszcze dziś oddzwonię do redakcji i wyjadę jutro razem z ciotkami — zawołała mama, z entuzjazmem — Tym razem to ja trochę u nich pomieszkam dodała ze złośliwym uśmieszkiem — Za pewne będę tego żałować, więc będę musiała sobie coś szybko znaleźć.
Mama opuściła salon, żeby skontaktować się z redakcją a ja zostałam sam na sam z babcią
— Postąpiłaś słusznie. Powinna wrócić do życia. A ta praca jej to zapewni. Odkąd zaczęłaś władać magią martwiła się o ciebie każdego dnia. Bała się że któregoś dnia straci cię tak jak Sebastiana.
— Tak się nie stanie, babciu. Tego możesz być pewna.
— Och skarbie, ja to wiem. Widzę więcej niż ci się wydaje. Zapominasz że to ja byłam poprzednią powierniczką medalionu — zaśmiała się babcia.
Uśmiechnęłam się do babci i bezwiednie chwyciłam za medalion zawieszony na mojej szyi
— Ja też chciałabym o czymś z tobą porozmawiać. Została jeszcze ponad połowa wakacji, a skoro twoja mama i ciotki opuszczają nas na jakiś czas, to chciałabym wynająć kilka pokoi wczasowiczom.
— O! — zdziwiłam się — Czy chodzi o pieniądze?
— Ależ skąd! Hrabia Ludomirski poprosił mnie o to, ze względu na to, że ten sezon jest bardzo upalny, a turyści zjeżdżają się nad jeziora i rozkoszują się wspaniałymi widokami naszej doliny. W miasteczku nie ma za wiele pokoi do wynajęcia a Zamek Loklyr ma bardzo skromną część mieszkalną. Większa część zamku to swoiste muzeum. Więc przystałam na jego prośbę
— Rozumiem babciu. Wielu ich będzie? Tych wczasowiczów?
— Najwyżej kilku. Choć w tym roku przybyły do doliny prawdziwe tłumy. Mówię ci to tylko dlatego żebyś była ostrożna. Nie chciałabym żebyś przez przypadek zdradziła się przed kimś obcym, dobrze?
— Jasne babciu, zrozumiałam. Będę bardzo dyskretna.
— Moja dziewczynka. Lidia ma rację zmieniłaś się. Ja bym powiedziała że ewoluowałaś.
Było tak duszno na dworze że w swoim pokoju musiałam otworzyć okno i zostawić uchylone drzwi aby osiągnąć jakiś przeciąg. Ale to nic nie dało. Nie znałam żadnego zaklęcia na zmianę pogody więc musiałam włączyć wiatrak. Poczułam ulgę zdejmując klejące się do ciała ubranie. Zapewne Wioletta ze swoją władzą nad żywiołami wody i powietrza mogłaby mi ulżyć. Uśmiechnęłam się do siebie, wyobrażając sobie ją jak ochładza się wyczarowaną przez siebie lekką i chłodną wodną bryzą. Leżałam na łóżku w samej bieliźnie myśląc o dzisiejszym dniu. O spotkaniu z Kerą i Elią oraz Taurenem. O decyzji babci w sprawie wczasowiczów i o jutrzejszym wyjeździe mamy. Najbardziej w świecie nie chciałam się z nią rozstawać ani na sekundę, ale w głębi serca wiedziałam że to będzie najlepsze dla nas obu. Mama wróci do pracy, która była jej życiem, s a ja będę spokojniejsza wiedząc że nikt nie będzie chciał jej skrzywdzić żeby dostać się do mnie.
Noc była ciężka do przeżycia ze względu na wciąż panujący upał. Co prawda wieczór przyniósł lekka ulgę, ale i tak nie mogłam zasnąć. Krążyłam po pokoju bez celu. W końcu sięgnęłam do torby i wyciągnęłam z niej książkę, którą wzięłam z Korzenia. Otworzyłam ja w miejscu które zaznaczyłam i zaczęłam czytać.
Był tam rozdział o transfiguracji przedmiotów i istot żywych. Był także dobry kawał poświęcony także transfiguracji w rzucaniu uroków i klątw jak i odwracaniu ich.
Przypomniał mi się moment w którym pocałunek Kery zdjął klątwę z Taurena, przywracając mu ludzką postać. I wtedy do głowy wpadł mi zwariowany pomysł.
Czy można by było zdjąć czar rzucony na Aro? Czy udałoby się przywrócić mu ludzką postać i uwolnić go z drzewnego więzienia w którym tkwił od wielu lat? A jeśli tak, to dlaczego nikt do tej pory tego nie zrobił?
***********
O poranku, równie upalnym jak wczorajszy dzień, stałam przed pałacem, żegnając mamę i ciotki, które wyjeżdżały do miasta. Mama jechała do pracy a ciotki wracały do swojego rodzinnego domu. Domu, który był również rodzinnym domem mojej mamy.
Gdy ściskałam się z mamą zadzwonił mój telefon, ale zignorowałam wibracje w kieszeni. Ten moment był dla mnie ważny. Ulżyło mi że mama w mieście będzie bezpieczna i z dala od tego co może się tu wydarzyć, jeśli spełni się ten mroczny scenariusz Ksandry…
Kolejny dzwonek i kolejne wibracje w kieszeni. Odczytywałam wiadomość, jednocześnie machając, siedzącej już w aucie mamie.
„Pilne!!!! spotkajmy się u Aro! Amelia”
— Czy coś się stało kochanie? — spytała babcia widząc moją zdziwioną minę.
— Muszę lecieć babciu! — odparłam tylko — Amelia wydaje się być… — w tym momencie poczułam przenikający mnie strach, wręcz panikę i wielki wielki żal. Uczucia te nie były moje ale jakby przez jakiś woal w moim umyśle poczułam bliskość Amelii, widziałam jej aurę i czułam wibracje. Nasza moc ewoluowała z każdym dniem. Teraz zrozumiałam że te uczucia należą do Amelii i skoro była tak przerażona, to musiało się stać coś złego.
Ucałowałam babcię i powiedziałam :
— Niedługo wrócę, nie martw się proszę. Wygląda na to że Amelia potrzebuje mojej pomocy.
— Chciałabym żebyś wróciła zanim przybędzie sezonowa lokatorka, lub lokator naszego pałacu — powiedziała cicho babcia — Nie chcę być sama w tym momencie. Możesz to dla mnie zrobić?
— Oczywiście! — przyrzekłam — Ale teraz… ała! — zawołałam, bo myśli Amelii w mojej głowie stawały się coraz bardziej natarczywie rozpaczliwe.
— Saro?!
— To nic takiego babciu, wygląda na to że jako czarownice zyskałyśmy nową moc. A mianowicie wydaje mi się że nasze umysły są ze sobą połączone.
— Bardzo praktyczna umiejętność — zauważyła babcia.
— Taaak, lecz na razie czuję tylko strach Amelii i to że bardzo nas teraz potrzebuje…
— Więc leć, już więcej cię nie zatrzymuję. Leć!
Spojrzałam jeszcze raz na babcię z miłością i niezwłocznie pobiegłam nad brzeg jeziora, gdzie rósł dąb Aro. Przez cała drogę czułam w sercu dziwne uczucie bólu i strachu, które kierowały teraz Amelią. Nie sądziłam że nasza moc wzrośnie aż tak że będziemy mogły wyczuwać się na odległość.
Od Rytuału Przebudzenia nasza moc wzrastała z każdym dniem i praktycznie codziennie uczyłyśmy się nowych rzeczy i zyskiwałyśmy nowe możliwości.
Gdy dobiegałam nad brzeg jeziora z daleka ujrzałam Amelię, lecz po dębie, którym był Aro nie było ani śladu. Za to w miejscu w którym rósł ziała wielka dziura.
Z przeciwnej strony jeziora nadbiegała Wioletta, cała czerwona na twarzy i zdyszana, ale oczywiście w butach na wysokim obcasie.
Gdy dotarłyśmy do Amelii nadal klęczała nad wielką dziurą w ziemi i wpatrywała się w jej głąb z ogromnym strachem. Tez tam zajrzałam i to co zobaczyłam wprawiło mnie w wielkie zdumienie. Już wiedziałam dlaczego Amelia odczuwała tak silne emocje. Na dnie dziury jakby w jakimś kraterze spoczywało ciało mężczyzny w pozycji embrionalnej, w skrzyżowanych ramionach trzymał ogromny bursztyn, większy nawet od strusiego jaja. Jego szaty były szare niczym ziemia na której spoczywał, był nieprzytomny lub … martwy.
— Czy to Aro? Spytała zziajana Wioletta.
— Nie mam pojęcia — odpowiedziała Amelia — Poczułam coś bardzo dziwnego, coś jakby ukłucie w sercu a w głowie usłyszałam jego głos, wzywający na pomoc. Natychmiast tu przybiegłam i już go takim zastałam. Nie było drzewa tylko ta dziura a na jej dnie mężczyzna.
Stałyśmy zastanawiając się nadal nad tym, co mogło wydarzyć się z Aro, gdy Wioletta zapytała:
— Słuchajcie, czy wy też doświadczyłyście tej mentalnej więzi między nami?
— Właśnie też chciałam o tym porozmawiać — wtrąciłam.
— Tak to fascynujące, naprawdę! — zdenerwowała się Amelia — Lecz czy mogłybyśmy porozmawiać o tym później? Czuję że on żyje. Poza tym widzę że oddycha. Mogłybyśmy najpierw zająć się nim?
— Masz rację, przepraszam — bąknęłam.
— Zabierzmy go do Leśnej Osady. Afun na pewno będzie wiedział jak mu pomóc. Będę goi lewitowała, a wy będziecie nas osłaniać, aby nikt nas nie zobaczył — zaproponowała Wioletta.
— Świetny pomysł! — ucieszyła się Amelia.
Wioletta delikatnie siła swojej magii uniosła Aro, razem z bursztynem spoczywającym w jego ramionach a ja i Amelia rzuciłyśmy krótkie zaklęcie, dzięki któremu nie dojrzą nas niepowołane oczy.
Ruszyłyśmy przez polanę w stronę lasu ku Leśnej bramie. Wioletta bardzo skupiona na swoim zadaniu szła przodem. Aro wciąż był nieprzytomny, jego głowa chwiała się delikatnie podczas powietrznej wędrówki. Kamień w jego dłoniach lśnił w słońcu.
Gdy dotarłyśmy do polany ukrytej w lesie na której stała Brama zauważyłyśmy jej nową Strażniczkę. Mepo natychmiast podbiegła do nas, widząc co się dzieje. Pokrótce wyjaśniłyśmy jej sytuację i kim może być nieprzytomny mężczyzna. Driada była w szoku lecz zachowała spokój i natychmiast przeprowadziła nas przez Bramę i razem z nami ruszyła na spotkanie z Afunem.
— Pobiegnę przodem i opowiem wszystko Afunowi, aby był gotowy na wasze przybycie — zaproponowała i zniknęła w wirze liści lecąc niczym zielony wiatr, mknący między drzewami.
Ja z Amelią zdjęłyśmy zaklęcie maskujące i wspierając Wiolettę ruszyłyśmy dalej. Po kilkudziesięciu metrach napotkałyśmy przedziwny widok:
Na pięknej polanie wśród ogromnych kamieni ułożonych w kręgu stali nasi chłopcy w towarzystwie Taurena i jeszcze jednej dziwnej istoty. Wiktor, Artur i Damian mieli na sobie tylko płócienne spodnie a ich nagie torsy lśniły od potu. Każdy z nich trzymał w dłoni rzeźbiony kostur i wykonywali coś w rodzaju tańca. Istota która ich instruowała była mężczyzną. Wysoki potężnie zbudowany tak że każdy mięsień pod jego skórą tańczył przy najlżejszym ruchu. Przy nim nasi chłopcy wyglądali jak chucherka. Mężczyzna mia długie czarne włosy związane w kitek i przeplatane kolorowymi koralikami i szpiczaste uszy. Jego skóra miała srebrny odcień.
Tauren stał spokojny, oparty o jeden z wystających z ziemi głazów, lecz gdy już nas dostrzegł, powiedział coś do mężczyzny o srebrnej skórze i wszyscy podeszli do nas śpiesznym krokiem.
My stałyśmy jak wmurowane w ziemię. Gdy zobaczyłam Wiktora z bliska z jego nagim torsem, poczułam dziwny ucisk w żołądku.
— Co tu robicie dziewczęta? I kto to jest? — zapytał Tauren trochę zszokowany.
— To Aro — odpowiedziała szybko Amelia, uciekając wzrokiem od półnagiego Artura.
— Jak to, Aro? Przecież on…
— Dziś rano usłyszałam jak mnie wzywa. Jakbym była połączona z nam niewidzialną więzią. I gdy pobiegłam na miejsce zastałam w ziemi wielką dziurę a w niej tego mężczyznę. Dlatego myślę że to właśnie on.
— Oczywiście że to on. Poznaję go — zawołał Tauren — Ale jak do tego doszło że odzyskał ludzką postać?
— Tego nie wiemy — odezwała się Wioletta — Zabieramy go jak najszybciej do Afuna.
— Dobry pomysł — odezwał się elf o srebrnej skórze. Jego głos był głęboki i twardy — nazywam się Marlin — przedstawił się nam — wy to Sara, Amelia i Wioletta, wiele już o was słyszałem od mojego mistrza Afuna. Miło mi was poznać.
Jeszce raz spojrzałam na jego twarz, miła lecz jednak jakaś surowa. Kwadratowa szczęka, prosty nos i brązowe oczy ze złotymi plamkami. Chyba nie do końca był elfem…
„Mi też nie do końca wygląda na elfa czystej krwi” usłyszałam w głowie głos Amelii.
„Co nie zmienia faktu że jest bardziej pociągający od tych czysto krwistych” Wtrącił się głos Wioletty.
— Marlin na moją prośbę zajął się treningiem specjalnym chłopców. Marlin jest pół elfem i wieloletnim uczniem Afuna — wyjaśnił Tauren.
— Pół elfem? — nie wytrzymała Wioletta.
— Moją matką była śmiertelniczka, mieszkająca w Dolinie Jezior.
— No dobrze dziewczęta, dość tych pogaduszek! Chłopcy muszą wracać na trening, który jest dla was tajny i raczej nie powinnyście na razie o nim wiedzieć. A poza tym chyba miałyście zaprowadzić Aro do Afuna — zawołał Tauren — Pójdę tam z wami.
— Oczywiście! — odpowiedziała Amelia — już biegniemy. Mam nadzieję że przyjdzie nam się jeszcze spotkać — zwróciła się do Marlina.
— To będzie dla mnie zaszczyt — odpowiedział z uśmiechem, który dziwnie wykrzywił jego surową twarz.
Ruszyłyśmy dalej z Taurenem na czele. Gdy dotarliśmy do chatki Afuna czekała przed nią Mepo razem z faunem.
Afun wskazał nam miejsce na posłaniu z mchu i gałęzi, gdzie złożyłyśmy śpiącego Aro i jego bursztyn. Faun szaman bez słowa pochylił się nad ciałem druida szepcząc nie zrozumiałe słowa. Ciało nieprzytomnego druida pulsowało jakby otaczało je dziwne niewidzialne pole siłowe, a słowa Afuna się od niego odbijały. Po kilkunastu minutach faun powstał i przemówił do nas smutnym głosem:
— Niestety, ale otacza go bardzo silna mroczna aura, która utrzymuje go w stanie śpiączki. Nie jestem jeszcze w stanie do niego dotrzeć.
— Więc co teraz? — spytałam.
— Magia tego miejsca jest dosyć silna aby zniwelować działanie mrocznej magii — wtrąciła się Mepo — przebywając tutaj będzie odzyskiwał siły.
— Ja dodatkowo przeprowadzę jeszcze kilka rytuałów oczyszczających, aby pomóc mu wrócić. Musicie go tu zostawić. Ja i Marlin zajmiemy się nim.
— Marlin też? — zaciekawiła się Wioletta.
— Marlin jest moim uczniem. A poza tym myślę że razem z Aro przyprowadziłyście kogoś za kim Marlin bardzo tęskni.
Spojrzałyśmy po sobie zdziwione, nie wiedząc o czym mówi Afun. Lecz ten pośpieszył z wyjaśnieniem.
— Przy Aro wyczuwam drugą formę życia. Domyślam się że jest zamknięta właśnie w tym bursztynie. I jeśli się nie mylę jest to uczennica i pomocnica druida.
— A co ma z tym wspólnego Marlin? — zastanowiła się Amelia.
— To dłuższa historia. Powiem tylko tyle że uczennica Aro była kiedyś bardzo bliska Marlinowi. Sądzę że będzie w stanie zrobić wszystko żeby ją ocalić.
— No dobrze, ale co będzie z Aro. Czy jego ktoś ocali? — chciała wiedzieć Amelia.
— Rozumiem że się martwisz Amelio — wtrącił się do rozmowy Tauren — To zrozumiałe zważywszy na to że Aro jest twoim pra pra pra pradziadkiem.
— Ou… no tak — zawołała Wioletta, waląc się otwartą dłonią w czoło.
— Zapewne dlatego usłyszałam jego wołanie jako pierwsza a wtedy nawiązałam mentalną więź z Sarą i Wiolettą.
— Co zrobiłaś? — zdziwił się Tauren.
— Od dzisiejszego poranka potrafimy porozumiewać się telepatycznie, jeszcze nie osiągnęłyśmy w tym perfekcji ale myślę że to właśnie Amelia aktywowała między nami tę więź mentalną — wyjaśniłam.
— Ja?! — zdziwiła się trochę Amelia.
— Tak. Twoje wezwanie było tak silne że mało nie rozerwało mi głowy — zauważyła Wioletta — Czułam twój strach i rozpacz. I wiedziałam już że nas potrzebujesz. I o dziwo czułam też gdzie jesteś.
— No dziewczęta, cały czas mnie zaskakujecie. Od waszego rytuału Przebudzenia stajecie się coraz potężniejsze. Moja ukochana, Kera już i tak jest z was dumna po bitwie na Spalonym Wzgórzu, więc nie wiem co powie teraz — rzekł rozpromieniony Tauren.
— Rytuał Przebudzenia to dopiero początek. Przed naszymi czarownicami jeszcze długa droga — szepnął Afun — To prawda, zyskujecie nowe możliwości i stajecie się coraz silniejsze. Ale coś mi mówi że odzyskanie przez Aro ludzkiej postaci nie jest przypadkowe — ostrzegł Afun.
— Tak. Nie ufajcie teraz nikomu obcemu. W waszej Dolinie może się dziać coś dziwnego a powrót Aro w ludzkiej postaci to dopiero początek dziwnych wypadków — odezwała się Mepo.
Po tej dziwnej wymianie zdań zostawiłyśmy Aro pod opieką Afuna i powoli opuściłyśmy Leśną Osadę.
Byłam ciekawa czy spotkamy jeszcze chłopców, lecz nigdzie ich nie było a kamienny krąg zniknął.
— Też bym jeszcze raz chętnie popatrzyła na Damiana bez koszulki — uśmiechnęła się do mnie Wioletta.
— Wiecie, ta cała więź między nami to super sprawa, ale myślę że powinnyśmy nauczyć się też blokować nasze umysły przed niechcianymi gośćmi — powiedziałam, rumieniąc się.
Wioletta i Amelia zachichotały.