Facebook - konwersja
Kroniki koronawirusowe - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Kroniki koronawirusowe - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Język:
Polski
Data wydania:
31 marca 2020
Rozmiar pliku:
629 KB
Zabezpieczenie:
brak
PROMOCJA
0,00
0,10
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Kroniki koronawirusowe - opis ebooka

Empik Go przedstawia książkę "Kroniki Koronawirusowe" Malcolma XD, autora autora rewelacyjnie przyjętej powieści "Emigracja" oraz zbioru "Pastrami".

W "Kronikach Koronowirusowych" Malcolm XD daje autorskie sprawozdanie z ucieczki z zagrożonej epidemią Warszawy. Reprezentanci wspólnoty mieszkaniowej w jego bloku zaopatrzeni w setki rolek papieru toaletowego podejmują próbę przedostania się na terytorium niezagrożone wirusem. Malcolm przyłącza się do tej barwnej grupy by z wrodzonym humorem i życiową mądrością opisać ekspedycję.

 

Autor okładki: Janek Koza

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zajrzyjcie dozorcy w gacie

Siedzę w domu, pukanie do drzwi, za drzwiami dozorca, to od razu się tłumaczę, że żadnej kartki o spotkaniu wspólnoty nie widziałem. Ten mi mówi, panie Malcolmie, proszę się nie przejmować, pan nie widziałeś, bo żadnej kartki nie wieszałem.

Wyczułem dziejową szansę, żebym w końcu to nie ja był opierdalany, więc przechodzę do ofensywy, że TA? TO CIEKAWE ZA CO PANU PŁACĄ, JAK ŻEŚ PAN KARTKI ZAPOMNIAŁ POWIESIĆ. A on się tłumaczy, że nie zapomniał, tylko było to niemożliwe, bo to nie jest regulaminowe, zaplanowane spotkanie wspólnoty, tylko spontaniczny samosąd sąsiedzki, i on z tej okazji zaprasza do kanciapy.

– A KOGO BĘDĄ SAMOSĄDZIĆ?

– TEGO TO, PROSZĘ PANA, JESZCZE NIE WIADOMO, BO NA SAMOSĄDZIE TO NIE JEST TAK, ŻE OD DAWNA ZAPOWIADAJĄ, ŻE NA PRZYKŁAD KAMILA P. PSEUDONIM „PLASTUŚ”, TYLKO TO JEST BARDZIEJ JAK NA TYCH URODZINACH NIESPODZIANKACH, CO ROBIĄ W AMERYCE, ŻE SIĘ CZŁOWIEK W OSTATNIEJ CHWILI DOWIADUJE.

No to lecimy we dwóch szybko do piwnicy, do kanciapy lokatorskiej, żeby nie zaczęli bez nas typa wieszać czy co tam się na samosądzie robi zamiast dmuchania świeczek. Wchodzimy do środka, od razu się za nami drzwi zatrzasnęły i wszyscy sąsiedzi już stoją dookoła nas w półokręgu i UUUUU, ŁADNIE, ŁADNIE, W KOŃCU JEST I GŁÓWNY WINOWAJCA.

Więc ja od razu obrona godna Sokratesa, czyli łzy w oczach i YYYY, ALE JA NIC NIE ZROBIŁEM, a ci pokazują na dozorcę, że nie ja, tylko on. To mi kamień momentalnie spadł z serca i szybko też zaczynam robić UUUUU na dozorcę, żeby potwierdzić swoją przynależność do grupy samosądzących, a nie samosądzonych, w której z kolei moje miejsce zajął on, utrzymując, że yyy, ale on nic nie zrobił. Ale wiadomo, że każdy tak mówi, więc nie ma mu co wierzyć.

Pan Marian spod dwunastki mówi na to, że zrobił, i to w dodatku rzecz okropną, bo wykorzystując swoją pozycję dozorcy, który z każdym się zna i mówi dzień dobry, zaraził cały blok tym słynnym koronawirusem.

Na słowo KORONAWIRUS wszyscy zgromadzeni biegiem do drzwi, które jednak były już zamknięte przez Mariana na klucz, a jeszcze do tego Malinoska z parteru zagrodziła je własnym starym ciałem. Ona widocznie w tym samosądzie też pełniła jedną z funkcji przewodnich. Koło drzwi stał też na dodatek dozorca, do którego ludzie bali się zbliżyć. Każdy pewnie zakładał, że może on akurat jeszcze tego koronawirusa nie ma, bo ludzie mają w takich sytuacjach często skłonność do takiego naiwnego optymizmu.

Pan Marian uspokaja zebranych, że drodzy państwo, spokojnie, i tak wszyscy umrzemy, tylko najpierw trzeba wymierzyć karę dozorcy, bo koronawirus koronawirusem, ale sprawiedliwości musi stać się zadość w miarę szybko, bo dozorca jako pacjent zero może pierwszy umrzeć i tym samym uniknąć kary. Mając to w perspektywie, wszyscy grzecznie usiedli na miejsca, bo faktycznie nie może tak być, żeby u nas coś komuś uszło na sucho.

Najpierw dla ustalenia faktów taka młoda z klatki obok pyta, skąd w ogóle wiadomo, że dozorca ma tego wirusa.

– BO KASZLE! I TO W DODATKU NA ZŁOŚĆ POD MOIM OKNEM KASZLE, ŻEBY MI WIĘCEJ NALECIAŁO!

Tak się poskarżyła pani Malinoska, która u nas w klatce mieszka na parterze.

Dozorca na to, że rzeczywiście, może mu się zdarzyło kaszlnąć, ale to dlatego, że pali papierosy nieprzerwanie od czterdziestu lat. A Malinoska to powinna wiedzieć najlepiej, bo w bloku od zawsze były grube afery właśnie o to, że on jej pali pod oknem. Ta natomiast twardo twierdzi, że kiedyś, owszem, palił, ale aż tak nie kaszlał, dopiero od kilku dni się zaczęło. Na to się odzywa chudy typ z czwartego piętra, żeby w takim razie się inni wypowiedzieli obiektywnie, czy pamiętają, że dozorca wcześniej kaszlał. Ale tu z kolei zaoponował pan Marian, który widocznie miał jakieś doświadczenia prawne, o których nie wiedzieliśmy, i mówi, że w sądzie jako dowód to nie może być zeznanie, że ktoś NIE PAMIĘTA, żeby dozorca kaszlał, tylko jednoznacznie musi się PAMIĘTAĆ, ŻE NIE kaszlał, bo takie są podstawy prawa jeszcze z czasów starożytno-rzymskich. No tak dokładnie to nikt nie pamiętał, żeby przed obliczem samosądu zaświadczyć o niewinności dozorcy, więc pętla się zaczęła zaciskać, metaforycznie, jak i dosłownie, bo zakładałem, że koniec będzie taki, że go będziemy w piwnicy wieszać.

Teraz z kolei taka młoda z drugiej klatki pyta, skąd niby dozorca mógł koronawirusa złapać u nas na osiedlu, skoro tego w Polsce jeszcze nikt nie ma. Na z gotową odpowiedzią, w charakterze oskarżyciela posiłkowego samosądowego, wyskakuje inny sąsiad, że jak to skąd, OD TEGO WŁOCHA.

Wszyscy pytają zdziwieni, jakiego Włocha, bo u nas na osiedlu żadnego nie ma, nawet w pizzerii Fantazja.

– NO TEGO, CO WYRUCHAŁ TEGO CHIŃCZYKA!

– JAKIEGO CHIŃCZYKA?

– TEGO, CO WYRUCHAŁ TEGO NIETOPERZA!

Jakaś sąsiadka mówi, że już by się pan wstydził takie rzeczy opowiadać. Że to nawet w telewizji mówili, że to najpierw wąż zjadł nietoperza, a potem Chińczyk zjadł węża. A już na pewno nikt nikogo ten tego, jak to się mówi.

– OHOHO, TO JAK PANI TELEWIZJI WIERZY, TO POWODZENIA PANI ŻYCZĘ! TAM TO PANI NIGDY PRAWDY NIE POWIEDZĄ.

– A NIBY DLACZEGO?

– BO PO PIERWSZE, W TELEWIZJI NAWET NIE MOŻNA POWIEDZIEĆ *WYRUCHAŁ*, BO JEST ZAKAZ. A PO DRUGIE, TO WIDZIAŁA PANI KIEDYŚ LATAJĄCEGO WĘŻA, ŻEBY W POWIETRZU MÓGŁ NIETOPERZA ZJEŚĆ? TAK BYŁO, JAK MÓWIĘ, CHIŃCZYK TEGO NIETOPERZA, A POTEM TEN WŁOCH JEGO!

Z logicznego punktu widzenia argument niby bez zarzutów, bo nigdy nie widziałem latającego węża, ale z drugiej strony to latającego Chińczyka też nigdy nie widziałem. Nie było jednak dużo czasu na rozważania, bo pan Marian od siebie dodał dygresję światopoglądową, że OD TEGO SIĘ ZACZYNA, A POTEM ZARAZ BĘDĄ CHCIELI DZIECI ADOPTOWAĆ! Natomiast w moim przekonaniu nawet najzagorzalsi przeciwnicy adopcji dzieci przez pary homoseksualne powinni przyznać, że ta adopcja jest na skali kontrowersji obyczajowych kilka poziomów niżej niż ruchanie latających węży – szczególnie takich z koronawirusem.

Ten wątek przerwał jednak chudy facet z czwartego piętra, że może samosądy nie słyną z przesadnej dbałości o szczegóły, ale jednak wypadałoby, skoro mamy wydać prawomocny wyrok, zakażenie dozorcy poprzeć badaniami naukowymi. Żeby nie było jak w tej słynnej sprawie w Ameryce, że facet dostał krzesło elektryczne, a dopiero potem, po trzydziestu latach, porównali próbki DNA i się okazało, że jednak nigdy żadnego nietoperza nie wyruchał.

Ktoś zaproponował, żeby dozorcy zajrzeć do gardła, bo może będzie wirusa widać, a ten facet od ruchania nietoperzy już krzyczy, że nie do gardła, tylko w gacie trzeba zajrzeć jak coś. A dlaczego w gacie? Nie wiadomo, ale zajrzeć nie zaszkodzi, prawda? Na to Malinoska mówi, że ona na pewno nie będzie zaglądała, bo nie po to pozostaje w tych sprawach nieaktywna od lat osiemdziesiątych, żeby teraz na sam koniec nagrzeszyć i pójść do piekła po śmierci. Pan Marian dodaje, że on też nie, bo od tego właśnie się zaczyna, a potem to już wiadomo. No i tak jakoś po kolei każdy miał jakiś powód, dla którego on nie mógł zajrzeć, więc koniec końców samosądowa przysięgła rada sąsiedzka ogłosiła werdykt, że w sytuacji niemożności ustalenia podstawowych faktów medycznych uznaje się, że dozorca nie jest winny, ale nie jest też niewinny, więc ma się pilnować i nikogo nie wkurwiać. Dozorca powiedział, że NO DOBRA, bo i tak się pewnie cieszył, że go nie powiesiliśmy.

A najbardziej to na tym skorzystała Malinoska, bo ona od czterdziestu lat walczyła, żeby on jej nie wkurwiał paleniem pod oknem.Tysiąc rolek

Piątek, trzecia w nocy, więc właściwie to już sobota.

Sam byłem w domu, bo starzy pojechali do mojego rodzinnego miasta 10 000–19 999 mieszkańców, żeby uporządkować papiery przed końcem świata. To śpię, no bo co mam robić – nawet przed epidemią nigdzie po nocy nie łaziłem, a co dopiero po.

Nagle budzi mnie takie ŁUB – DUBU DUBU – ŁUB ŁUB ŁUB – DUBU – ŁUB ŁUB – DUBU DUBU DUB. Zrywam się z łóżka i zaczynam chodzić po mieszkaniu i szukać, skąd tak stuka. Długo się nie nachodziłem, bo stukało od drzwi, więc właściwie pukało, tylko w taki nietypowy sposób DUBU DUBU – ŁUB ŁUB – DUBU ŁUBU. Otwieram zlękniony, a tam na klatce połowa sąsiadów stoi: stara Malinoska, pan Marian, dozorca i ta młoda z drugiej klatki, co się nazywa Aneta.

No to ja pierwsze co, to pod nogi patrzę, czy woda stoi, bo ostatni raz taki komitet to mnie odwiedził, jak mi poszedł zawór od pralki i zalałem pół bloku. No ale tam sucho, więc teraz z kolei patrzę na sąsiadów w sprawie wyjaśnienia, ale ci jeszcze zaciemniają obraz sytuacji, bo pytają:

– TO IDZIESZ PAN CZY NIE?!

– ALE DOKĄD?

– GŁUCHY PAN JESTEŚ? PRZECIEŻ PAN MARIAN PANU WSZYSTKO WYSTUKAŁ ALFABETEM MORSE’A.

To mówię, że nic nie zrozumiałem, a Marian się zaczyna tłumaczyć, że już trzydzieści lat minęło od jego działalności w Lidze Obrony Kraju, więc już co nieco mógł zapomnieć. Ja w ogóle nie byłem w tej lidze, więc wcale nie miałem okazji tego alfabetu zapamiętać, ale na szczęście Malinoska udzieliła mi wyjaśnień normalnym ALFABETEM POLSKA, że do piwnicy do kanciapy mam z nimi iść i tu na klatce na razie nie mogą więcej powiedzieć, bo ściany mają uszy.

Ostatni raz taką presję społeczną czułem na sobie, jak mnie w wieku nastoletnim chłopaki namawiali za szkołą, żebym szluga zapalił i wtedy też się zgodziłem, czego konsekwencje zresztą ponoszę do dzisiaj.

W piwnicy w kanciapie domagam się wyjaśnień, bo w końcu jest trzecia w nocy. A na to żądanie dozorca kładzie mi rękę na ramieniu, patrzy głęboko w oczy i pyta UCIEKASZ PAN STĄD Z NAMI? To rodzi kolejne moje pytania:

– Stąd w sensie z piwnicy? No bo dopiero co przyszliśmy przecież…

A na to pada doniosła, acz złowieszcza odpowiedź, że NIE! Z WARSZAWY!

– JAK Z WARSZAWY?

– TO CO PAN, NIC NIE WIESZ, CO SIĘ W KRAJU DZIEJE? ŻE WOJSKO ŚCIĄGAJĄ Z CAŁEJ POLSKI I JUŻ MIASTO OTOCZONE, I OD POJUTRZA BĘDZIE KORDON MILITARNO-SANITARNY? WJECHAĆ I WYJECHAĆ TYLKO Z RZĄDOWĄ PRZEPUSTKĄ BĘDZIESZ PAN MÓGŁ, A JAK NIE, TO MAJĄ PRZEPIS STRZELAĆ OSTRĄ AMUNICJĄ! A POTEM WARSZAWĘ PODZIELĄ NA TRZY STREFY.

– JAKIE STREFY?

– NO JEDNA DLA POLITYKÓW, CELEBRYTÓW I INNYCH BOGACZY, I ONI TAM WSZYSTKIEGO BĘDĄ MIELI O TAK – w tym momencie dozorca i wszyscy inni sąsiedzi pokazują rękami na wysokości czoła albo i wyżej, ile oni tam wszystkiego będą mieli. – DRUGA STREFA TO BĘDZIE DLA TYCH, CO DO ŁAGRU WYŚLĄ, ŻEBY NA NICH PRACOWALI. NO A TRZECIA, TO WIE PAN.

Niby się domyślałem, bo w końcu nie od dzisiaj mieszkam w Polsce, ale wolałem się upewnić, i okazało się, że zgodnie z moimi podejrzeniami – ta trzecia to do gazu. W tej sytuacji pytam, w której my mamy być. Domyślałem się, że raczej nie w tej dla bogaczy, ale liczyłem, że może się załapiemy do klasy średniej, co pójdzie do obozu pracy. A w tym obozie to, jak to klasa średnia, jakoś się powoli urządzimy. Najpierw się zacznie od dołu drabiny, jakiś JUNIOR QUARRY ASSISTANT w kamieniołomie. Potem, po dwóch, trzech latach, jak się wykaże, to awans na zastępcę regionalnego kierownika sprzedaży w latrynie, kredyt się weźmie na jakąś pryczę w baraku – niedużą, ale przytulną i w dobrej lokalizacji – a na starość, jak się uda coś odłożyć w trzecim filarze emerytalnym, to może jeszcze człowiek zwiedzi trochę świata – Buchenwald, Kołyma, może nawet jakiś postkolonialny obozik w Afryce czy Ameryce Południowej, tak bardziej egzotycznie. Te marzenia rozwiewa jednak dozorca:

– PANIE, GŁUPI PAN JESTEŚ? PRZECIEŻ TEGO NIE PODADZĄ. TRZEBA UCIEKAĆ, PÓKI SIĘ DA!

– ALE GDZIE?

Tu stara Malinoska ujawniła się jako jedna z osób odpowiedzialnych za logistykę.

– NA POŁUDNIE, TAM, GDZIE CIEPŁO, BO TEN WIRUS TO CIEPŁA NIE LUBI. NAJPIERW POD TARCZYN, BO JA TAM BRATANKA MAM, CO MA SADY. JABŁEK NAM DA NA DROGĘ, TO Z GŁODU NIE POMRZEMY. NO A POTEM TO SIĘ ZOBACZY.

Pan Marian miał już bardziej sprecyzowany plan, bo mówi, że A Z TARCZYNA TO JUŻ PROSTO – GRÓJEC, RADOM, POTEM KIELCE, KRAKÓW, ZAKOPANE. POTEM SŁOWACJA, WĘGRY, SERBIA, MACEDONIA I JUŻ JESTEŚMY W GRECJI.

– A W GRECJI TO CO?

– NO A Z GRECJI TO DO TURCJI.

To ja mówię, bój się pan Boga, jak do Turcji, przecież to przez morze i tam strzelają. A on mówi, że owszem, strzelają, ale paradoksalnie do tych, co uciekają od nich, a nie – do nich. Jeszcze się dozorca wtrącił, czy ja gazet nie czytam, telewizji nie oglądam, bo powszechnie wiadomo, że w Grecji to na każdej plaży leżą porzucone pontony, bo przecież potem nikt nie chodzi i tego nie sprząta. Jakiś sobie weźmiemy i popłyniemy.

– A Z TURCJI? – to już tylko dla formalności zapytałem, bo wiedziałem, w którym kierunku to wszystko zmierza, a mianowicie w kierunku południowo-wschodnim.

– NO DO SYRII, BO WYOBRAŹ PAN SOBIE, ŻE TAM ANI JEDNEGO WIRUSA NIE MA!

I wszyscy kiwają głowami i się z sobą zgadzają, że to prawda, że nie ma i każdy o tym słyszał. A syn pana Mariana, co już jest dorosły, to nawet mu pokazywał w internecie na takiej mapce interaktywnej z WHO. No to w tej sytuacji ja zwracam uwagę, że tam jest przecież centralnie kurwa wojna domowa z udziałem bomb beczkowych, Państwa Islamskiego i podobno nawet broni chemicznej. A ci mi rozentuzjazmowani potwierdzają, że oczywiście i że to właśnie dlatego stamtąd ludzie tylko wyjeżdżają, a nikt nie przyjeżdża i dlatego właśnie wirusa nikt nie przyniósł. My będziemy pierwsi, co przyjedziemy, tylko jak przekroczymy granicę, to od razu trzeba powiedzieć, żeby po nas już nikogo nie wpuszczali, bo może być więcej takich cwaniaków i zaraz ktoś jakieś choróbsko przywlecze.

– A JAK MIMO WSZYSTKO BĘDĄ CHCIELI WPUSZCZAĆ?

– TO IM OPOWIEMY TO WSZYSTKO, CO NA NICH NA CAŁYM ŚWIECIE NAWYGADYWALI PRZEZ OSTATNIE LATA, TO IM SIĘ KURWA ODECHCE.

Skoro trasa taka długa, to jeszcze jedna wątpliwość zakiełkowała w mojej głowie, mianowicie, jak tam trafić? Do Radomia to jestem w stanie prowadzić, ale potem już ciężko, bo tam teraz się pozmieniało, obwodnice otworzyli, gdzieś źle skręcimy i zamiast w Syrii, wylądujemy pod Rzeszowem. Pytam, czy mamy jakąś mapę, a Marian mówi, że nawet lepiej, zaczyna grzebać za szafą w kanciapie i wyciąga jebany globus. A na nim, jak to na globusie, Turcja i Syria razem to może jak paczka zapałek, a Polska to już w ogóle jak paznokieć. Tylko Warszawa była na niej zaznaczona kropką, a tu już akurat kurwa byliśmy, więc topograficznie rzecz biorąc, zbyt wiele nam to nie dało. Pana Mariana to nie rusza i mówi, że on był w Lidze Obrony Kraju, alfabet Morse’a zna, no ogólnie nas spokojnie doprowadzi, tylko jeszcze by mu się przydał kompas, i tu właśnie jest pytanie do mnie, czy przypadkiem nie jestem posiadaczem. Że właśnie z tego tytułu oni mnie zapraszają do ekspedycji. Chwilę się zastanowiłem, no i rzeczywiście, mam – nagrodę pocieszenia z olimpiady geograficznej jeszcze w podstawówce, z której odpadłem w eliminacjach do szczebla powiatowego i właśnie dlatego mnie tak pocieszali. Ale w podstawówce to ja byłem już kilka ładnych lat temu, więc się zacząłem martwić, czy się ten kompas nie przeterminował, bo podobno w międzyczasie było jakieś przebiegunowanie ziemi z północy na południe, a południa na północ, więc żebyśmy przypadkiem nie wyszli pod Ciechanowem albo, jeszcze gorzej, Trójmiastem zamiast pod Tarczynem. No ale jak go przyniosłem z mieszkania, to pan Marian spojrzał fachowym okiem weterana Ligi Obrony Kraju i mówi, że wszystko elegancko i możemy iść.

To ja pytam, jak to? Tak jak stoimy? Przecież to trzeba jakieś zapasy mieć – żywność, wodę, lekarstwa i tym podobne, bo jeszcze nie wyszliśmy z klatki, a mi się już trochę pić chce. A sąsiedzi na to szelmowskie uśmiechy i mówią, że wszystko jest już ogarnięte, że mają coś lepszego. Prowadzą mnie do piwnicy obok, a.k.a. komórki lokatorskiej, ta Aneta otwiera, a tam dosłownie dwie kurwa palety papieru toaletowego, wysokie tak na jakiś metr. Ja aż oniemiałem, a ci mówią HEHE CAŁE ŻYCIE SOBIE PAN W TEJ KLATCE MIESZKASZ, A BYŚ NIE PRZYPUSZCZAŁ, ŻE TU TAKIE SKARBY, CO? I mi tłumaczą, że ona, jako młoda, pracuje z definicji jako młodsza księgowa w jakiejś hurtowni i miała dojścia, i jak się zaczął ten cały koniec świata, to zrobili po cichu zrzutkę z wtajemniczonymi sąsiadami i nam ten papier odłożyła pod ladę – a właściwie obok, bo pod się nie mieścił. Tysiąc rolek w paczkach po dwieście sztuk. To nam nie trzeba żadnych zapasów, jak mamy taką twardą walutę, tylko idziemy z tym i po drodze przehandlujemy na co nam będzie potrzebne – sól, słoninę, chleb, smalec, amunicję, lekarstwa. Ludzie to z pocałowaniem ręki będą brali. A środki ochrony osobistej, których brakuje w całym kraju? To wystarczy papierem mordę obandażować i lepiej chroni niż taka maseczka, co ją ktoś brudnymi łapami w Chinach robił.

Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem przygotowania sąsiadów, więc mówię, no dobra, idziemy – żeby się nie rozmyślili z tym kompasem i mnie nie zostawili, bo do tej strefy dla celebrytów i bogaczy, to mnie na pewno nie wezmą. Oni mówią, że owszem, idziemy, tylko jeszcze ostatni test, i mnie pytają, czy mógłbym kaszlnąć. Ja mówię, że przepraszam, ale tak na zawołanie, przy wszystkich, to nie umiem, a akurat mi się nie chce. A oni na to, że i bardzo dobrze, że to było takie właśnie podchwytliwe pytanie i teraz oni już wiedzą na pewno, że ja też tego koronawirusa nie mam i możemy iść.Ucieczka z Warszawy

Szliśmy ulicami wymarłego miasta. Tętniące jeszcze niedawno życiem sklepy, restauracje i kawiarnie straszyły teraz czarnymi czeluściami witryn. Okna w domach szczelnie pozamykane, nie widać w nich nawet jednej osoby ciekawsko wyglądającej na zewnątrz. Na krzakach jak bezbarwne ptaki osiadły przyniesione przez wiatr foliowe rękawiczki jednorazowe do pieczywa. Gdyby tylko ludzie zawczasu wiedzieli, żeby z nich korzystać, a nie wszyscy te bułki brudnymi łapami, to może inaczej by się to potoczyło. Może nie musiałoby się tak skończyć.

Byliśmy już przy stacji Wilanowska, gdzie przez ostatnich dwadzieścia lat stały pomimo codziennych mandatów za nielegalny handel stragany, dające przyjezdnym i mieszkańcom warzywa, owoce, sznurówki oraz poczucie, że pewne rzeczy są niezmienne, że trwają. Na tłocznej zazwyczaj pętli autobusowej teraz żywej duszy, cisza dźwięczy w uszach, my nie przerywamy jej zbędnymi rozmowami, jakbyśmy nie chcieli naruszyć żałoby po znanym nam świecie, który właśnie odszedł.

Zbliżamy się do przystanku. Z każdym krokiem wyraźniej rysuje nam się na nim jakiś kształt. Wraz z malejącym dystansem rośnie niepokój. Po kolejnych kilkunastu metrach mamy już pewność, że to ludzkie zwłoki leżą na ławce. Przyglądamy się z bezpiecznej odległości. Młody chłopak, może z dwadzieścia lat, buzia chłopięca, nie dożył nawet porządnego zarostu i już zgasł. W telewizji mówili, że dla młodych ten wirus nie jest groźny. Dużo różnych rzeczy mówili w telewizji. Po zapachu wnioskujemy, że musi leżeć tutaj już kilka dni. Nie ma go komu zabrać, służby medyczne toną pod lawiną wezwań. Muszą skupić się tylko na tych przypadkach, które są jeszcze do uratowania. Chłopak pewnie wyszedł po makaron, papier toaletowy i spirytus. W domu zostawił starych rodziców, czekających z nadzieją na syna z zapasami. Jeden dzień, drugi, trzeci, piąty. Powoli musi do nich zacząć docierać świadomość, że nie wróci. A może wirus oszczędził im rozpaczy po stracie dziecka i ich też już zabrał?

Te rozważania przerwał niespodziewany przyjazd autobusu. Warszawskie służby miejskie zawsze trwały do końca. Kierowca, widząc nas obserwujących ciało, uchylił przednie drzwi i pyta, czy wsiadamy, bo musi jechać. Pan Marian, jakby nie słysząc go, rzuca w przestrzeń abstrakcyjne pytanie – ależ tu pusto, prawda?

– PANIE, A JAK MA BYĆ? SOBOTA JEST, PIĄTA RANO! NORMALNI LUDZIE PO DOMACH ŚPIĄ, TYLKO MNIE JAK ZWYKLE TE CHUJE Z CENTRALI DADZĄ TAKI GRAFIK! WIESZ PAN, O KTÓREJ JA MUSZĘ WSTAĆ, ŻEBY TU O PIĄTEJ AUTOBUSEM BYĆ? O TRZECIEJ PIĘTNAŚCIE! TO MI SIĘ W OGÓLE NIE OPŁACA IŚĆ SPAĆ! A MYŚLISZ PAN, ŻE KTOŚ MI PŁACI ZA TE NIEPRZESPANE GODZINY? HAHA, TO SIĘ PAN ZDZIWISZ! WSIADACIE CZY NIE, BO JA JUŻ MAM OPÓŹNIENIE!

No to wsiadamy, bo to może być nasza ostatnia szansa, żeby wydostać się z miasta. Każdy uczestnik naszej sąsiedzkiej ekspedycji niesie ze sobą po dwieście rolek papieru toaletowego – nasze trójwarstwowe przepustki do Syrii. Zakładam, że wśród czytelników nie ma takich bogaczy, co by kiedyś widzieli tyle papieru na raz, więc dla zwizualizowania wam tylko powiem, że żeby przejść z tym przez drzwi w autobusie, to trzeba się wpasować idealnie co do centymetra, jak w tetrisie. Niosąc te paczki papieru po ulicy, wyglądaliśmy jak niewolnicy w starożytnym Egipcie niosący wielkie bloki marmuru na budowę piramidy toaletowej. Kierowca jeszcze powiedział, że normalnie by nas musiał policzyć za nadwymiarowy bagaż, ale że to wczesny kurs i nikogo jeszcze nie ma, to w drodze wyjątku przymknie oko. Potem zapiszczał sygnałem ostrzegającym, że drzwi zamykają się. W ostatniej chwili stara Malinoska krzyknęła, że proszę zaczekać, nie możemy tego chłopca tak zostawić na przystanku, żeby go wrony zjadły! Czy może pan chociaż jakieś służby zawiadomić, żeby go zabrali i pochowali, nawet i w zbiorowej mogile, ale po chrześcijańsku. Kierowca poirytowany mówi, że on nie ma czasu na służby dzwonić, że inaczej to załatwimy, po czym woła:

– HALO! PANIE PIĘKNY! JEDZIESZ PAN CZY NIE, BO JA ODJEŻDŻAM!

Typ na przystanku się zerwał i mówi, że jedzie, jedzie, proszę czekać.

– ZARAZ, ZARAZ, KAWALERZE! NAJPIERW TRZY ZASADNICZE PYTANIA! MASZ PAN BILET?

– OCZYWIŚCIE, STUDENCKI KWARTALNY.

– A ZARZYGANY PAN JESTEŚ?

– NIE NO, CO PAN, PANIE KIEROWCA. JA KULTURALNY CHŁOPAK JESTEM, Z POŁOWINEK STUDENCKICH WRACAM, JAKI ZARZYGANY.

– NO DOBRA, A TEGO WIRUSA PAN MASZ?

– NIE NO CO PAN, JUŻ MÓWIŁEM, JA KULTURALNY CHŁOPAK, Z POŁOWINEK WRACAM.

I kierowca otworzył mu ostatnie drzwi, a student położył się na trójce na końcu autobusu i poszedł dalej spać. Ruszyliśmy w kierunku granic miasta.

Po jakimś czasie stara pani Malinoska zmęczona podróżą usiadła, oparła głowę o szybę i przysnęła. Wtedy przysiadł się do mnie pan Marian, szturchnął dyskretnie łokciem, wskazał na nią i szeptem powiedział:

– NAWET NA SŁOWACJĘ NIE DOJDZIE, NIE MA SZANS. WEDŁUG MOICH WYLICZEŃ TO PADNIE JESZCZE PRZED KIELCAMI, GDZIEŚ W OKOLICACH SKARŻYSKA.

– TO PO CO JĄ PAN BRAŁ NA TĘ WYPRAWĘ?

A Marian mi odpowiada, że słuchaj młody, w takich czasach przeżywają tylko najsilniejsi. Że on w książkach czytał, że jak z ludzie uciekali z łagrów na Syberii, to zawsze ze sobą brali jednego takiego, no wiesz, żeby go potem tego… no po prostu zjeść. Myślę sobie, ja pierdolę, to przecież ciężka patologia, żeby Malinoską zjeść, i to jeszcze pod Kielcami. W dodatku ona jest taka chuda, że tam nie ma co jeść nawet. Dosłownie sama skóra i kości. Co prawda jak byłem młodszy, to z pieczonego kurczaka to najbardziej lubiłem skórkę i mi rodzice oddawali, ale po pierwsze, to było dawno i już mi się trochę gust zmienił, a po drugie kurczak a Malinoska to dwie różne historie. Czułem, że do Mariana nie trafią żadne argumenty natury moralnej, więc podchodzę od strony praktycznej, że jak Malinoską zjemy, to kto będzie niósł jej papier toaletowy? Bo to może i lekkie, ale objętościowo tak duże, że dwóch opakowań nie da rady wziąć. No a przecież przy drodze takiego skarbu nie zostawimy.

A Marian mówi, że ten papier weźmiemy i zakopiemy razem z Malinoską – znaczy w domyśle z jej kośćmi – a potem, jeżeli kiedyś to wszystko się skończy i dożyjemy, i wrócimy z tej Syrii, to się odkopie i będziemy ustawieni do końca życia.

Potem jechaliśmy już w milczeniu. Wstawało słońce. W końcu autobus zatrzymał się, a kierowca oświadczył, że on już dalej nie pojedzie. Jak się popatrzyło za okno, trudno było mu się dziwić, bo na obrzeżach Warszawy realia były już w stu procentach postapokaliptyczne. Zniszczone budynki, walające się wszędzie śmieci, bezdomne psy, ludzie o bezwzględnych spojrzeniach – jednym słowem pętla autobusowa w Piasecznie.

Obudziliśmy panią Malinoską, wzięliśmy nasze papiery toaletowe i w dalszą drogę ruszyliśmy już pieszo. Kulturalny student, nie przerywając snu, pojechał natomiast z powrotem na Wilanowską.Stodoła Malinoskich

Droga z Piaseczna do Tarczyna, gdzie mieszkał bratanek pani Malinoskiej, zajęła nam cały dzień. Może się wydawać, że to tylko dwadzieścia kilometrów, ale przypominam, że nieśliśmy po dwieście rolek papieru toaletowego. Jak ktoś jest dobry z matematyki, to wie, że to tak, jakbyśmy przeszli dwieście kilometrów, niosąc po dwadzieścia rolek. A dwieście kilometrów przejść w jeden dzień to już konkretny wyczyn, szczególnie że tempo obniżali stara Malinoska i dozorca, który co chwila dostawał zadyszki. Nie był to natomiast jeden z objawów koronawirusa, tylko efekt tego, że w ciągu marszu wyjarał z trzy paczki szlugów – może i tanich, ale za to mocnych. Malinoska narzekała, że na nią kopci tak samo jak u nas w bloku, gdzie pali jej pod oknem, o co od lat toczą się grube afery na zebraniach wspólnoty. Skarżyła się, że nawet jak idzie na koniec świata do Syrii, to ten dym za nią wszędzie leci – i tak przez całe życie. Można by się w tym miejscu posłużyć teologicznym powiedzeniem, że każdy niesie swój krzyż, ale Malinoska, jak wspominałem, niosła akurat zupełnie dosłownie dwieście rolek papieru, więc temat już się robi grząski i ktoś mógłby się poczuć tym religijnie urażony, więc tak nie napiszę, bo nie chcę dokładać jeszcze teraz roboty policji w tych trudnych chwilach.

Po drodze zatrzymaliśmy się na postój przy ubogo wyglądającym gospodarstwie. Siedząca na ganku babulinka z radością dała nam w zamian za dwie rolki papieru cały gar kartofli ze zsiadłym mlekiem na posilenie. Mówi, że z nieba jej spadliśmy, bo jak to wszystko się tydzień temu zaczęło, to wysłała męża po zapasy do Biedronki i debil kupił mleko świeże, to z lodówki, zamiast pasteryzowanego, i już im się popsuło. Jedząc, przyglądałem się uważnie jej spracowanym dłoniom i znaczonej głębokimi zmarszczkami twarzy. Widać było, że nie jest to jej pierwszy koniec świata, ale nigdy w takich sytuacjach nie mogła pozwolić sobie na słabość, z choćby tak prozaicznego powodu, że codziennie ktoś musi wstać rano i wydoić krowy. Musiała w życiu wiele przejść, bo słysząc nasze opowieści o dramatycznej sytuacji w Warszawie, zwracała tylko oczy ku niebu i ze zrozumieniem kiwała głową, jakby doskonale rozumiała, o czym mówimy. Chcąc skorzystać z jej gromadzonego przez całe życie doświadczenia, zapytałem:

– Pani gospodarzowo, a za wojny, w sensie za okupacji, to co żeście jedli? Szczaw, pokrzywy, lebiodę?

Ona pyta, za której okupacji, więc ja z szacunkiem precyzuję, że za hitlerowskiej, bo sowiecką też przeżyła, a może i nawet jeszcze zabory.

– A SKĄD JA MAM WIEDZIEĆ? JA JESTEM ROCZNIK OSIEM DWA.

Sytuacja stała się niezręczna. Zapomniałem, że ludzie na południowym Mazowszu po prostu tak wyglądają – na północnym zresztą też. Z tego powodu postanowiliśmy ruszać dalej, w ramach podziękowania za strawę dając jej jeszcze pięć listków papieru w bonusie, a ona bardzo się ucieszyła i powiedziała, że zaraz poleci na pocztę i wyśle siostrze do Anglii, bo tam podobno jeszcze gorzej niż u nas.

Do bratanka Malinoskiej, pana Macieja, dotarliśmy, gdy zapadał już zmrok. Na środku zagraconego podwórka stał passat z podniesioną maską, przed którą stał około pięćdziesięcioletni Malinoski junior (jeżeli jeszcze można go tak nazwać) z dwoma facetami, tocząc przy piwie jakąś dysputę motoryzacyjną. Dookoła ganiały dzieci i kury, które – i jedne, i drugie – zostały zaraz przez gospodarza zapędzone do właściwych im domów, żeby nie plątały się pod nogami gościom, czyli nam. Młody Malinoski, nie zważając na obowiązujące zasady higieny, wylewnie przywitał się ze starą Malinoską, chwaląc ciotkę, że TAK JAK OBIECAŁA, TO RZECZYWIŚCIE ICH PRZYPROWADZIŁA. Wszyscy ucieszyliśmy się, że pan Maciej tak nas wyczekiwał, żeby uraczyć nas swoimi jabłkami, których w słynących z sadownictwa okolicach Tarczyna jest dostatek – a nawet dać taki zapas, żeby wystarczyło aż do samej Syrii.

Ten jednak zaproponował, że skoro przebyliśmy taki kawał z Warszawy, to żebyśmy od razu przeszli do interesów. Ta młoda Aneta z klatki obok pyta, jakich interesów, bo była młodszą księgową i się na tym trochę znała, a Malinoski na to mówi, że zaprasza za sobą, i nas prowadzi pod stodołę, która stanowiła jedną z granic podwórka, a ci faceci, co z nim stali przy passacie, otwierają dwustronne, drewniane wrota. To, co zobaczyliśmy za nimi, wprawiło nas w prawdziwe osłupienie.

Stodoła była po sufit wypełniona płynem do dezynfekcji z Orlenu. Nieprzebrana ilość pięciolitrowych baniaków dosłownie rozpierała ją na boki, upodabniając do pękatej beczki. Kilkadziesiąt pojemników, które widocznie opierały się o drzwi, po ich otwarciu wysypały nam się pod nogi. Malinoski nawet nie schylał się, żeby je podnieść, tylko z nonszalancją kopnął kilka z powrotem do budynku. Marian pyta:

– SKĄD PAN TO MA?

– NO NORMALNIE, KUPIŁEM, NA ORLENIE.

– NA JEDNYM ORLENIE TYLE BANIAKÓW?!

– NIE NO, NIE NA JEDNYM, HEHE.

– TO NA ILU?

– NA WSZYSTKICH.

– SAM PAN BYŁEŚ NA WSZYSTKICH ORLENACH W KRAJU?

– NIE NO, PRZECIEŻ NIE SAM! – rzekł na to młody Malinoski i zaczął zanosić się śmiechem, który udzielił się też wszystkim pozostałym, łącznie z autorem pytania, panem Marianem, no bo przecież facet by sam nie obleciał dwóch tysięcy stacji paliw, czy ile tam tego jest. Oczywiste było, że musieliśmy mieć do czynienia z ogólnokrajową, zorganizowaną siatką spekulantów. – ZE SZWAGREM BYŁEM I KOLEGĄ – doprecyzował, kiwając głową na tych dwóch typów z podwórka.

To teraz ja, nie mogąc uwierzyć, zacząłem dopytywać, że jak to, że się podzielili i poszli w świat, jak mityczni Lech, Czech i Rus, i każdy wrócił ze stoma tysiącami litrów płynu odkażającego? A ci w śmiech, a z nimi cała reszta, łącznie ze mną, bo dopiero gdy to pytanie wypowiedziałem, to sam usłyszałem, jakie było niedorzeczne.

– RAZEM JECHALIŚMY, BO MAMY TYLKO JEDEN SAMOCHÓD – dookreślił znowu Malinoski, wskazując na passata. – ZNACZY TUTAJ KOLEGA MA FORDA MONDEO, TYLKO CHWILOWO NIESPRAWNEGO.

– NO I JAK NIBY OBLECIELIŚCIE TYLE STACJI?

– NORMALNIE, ROPA TERAZ TANIA, TO KOSZTY NISKIE, ZAJEŻDŻAMY NA STACJĘ I RACH CIACH ODKAŻACZE. HOT DOGA I KAWKĘ W ŁAPĘ, CO BY CZASU NIE TRACIĆ, I DALEJ W BENDIKS, W TRASĘ.

– I ZAPAKOWALIŚCIE TO DO PASSATA?

– WIDZISZ PAN PRZECIEŻ, ŻE TO KOMBIAK, NIE? ZRESZTĄ TO JEST PIĄTA GENERACJA, SILNIK JEDEN DZIEWIĘĆ – WISZ PAN, TA WZMOCNIONA WERSJA.

– NO ALE JAK TO SIĘ ZMIEŚCIŁO?

– NO MÓWIĘ, ŻE NORMALNIE, GŁUPI PAN JESTEŚ CZY CO? KOLEGA, CO JECHAŁ Z TYŁU, MUSIAŁ TROCHĘ NA KOLANACH TRZYMAĆ, ALE JAKOŚ WESZŁO. WZMOCNIONA WERSJA, JEDEN DZIEWIĘĆ SILNIK.

– I CO BĘDZIECIE TYM DEZYNFEKOWAĆ?

– JAK TO CO, HEHE, LUDZI. ZA PIENIĄDZE OCZYWIŚCIE. TO MA SIEDEMDZIESIĄT PROCENT, NA SPIRYTUSIE ROBIONE, TYLKO W RAFINERII SKAZILI BENZYNĄ CZY CZYMŚ. ALE SPOKOJNIE, NA SPOSOBY SĄ SPOSOBY. TYLKO TUTAJ WŁAŚNIE DO WAS JEST SPRAWA, BO SYSTEM JUŻ MAMY OPRACOWANY, TYLKO JAK FILTROWALIŚMY PRZEZ SZMATĘ, TO JEDNAK POSMAK ZOSTAWAŁ. MNIE TAM NIE PRZESZKADZA, ALE JAK JAKIŚ BARDZIEJ WYBREDNY KLIENT, TO PEWNIE BĘDZIE NARZEKAŁ. ZAMIAST SZMATY DAMY TEN WASZ CAŁY PAPIER I BĘDZIE CYCUŚ-GLANCUŚ. A ZYSKIEM, ZNACZY SPIRYTUSEM, SIĘ DZIELIMY PO POŁOWIE.

Popatrzyliśmy po sobie z resztą sąsiadów i już optycznie doszliśmy do porozumienia, że nawet gdyby sam proces technologiczny budził mniejsze wątpliwości, to nadal dla nas to żaden interes. Przecież nie pójdziemy do Syrii, niosąc po pięćdziesiąt tysięcy litrów spirytusu przemysłowego, bo co tam sobie o nas pomyślą – że jakaś patologia przyjechała.

No to mówimy, że nieee, że my to już chyba będziemy iść, nawet tych jabłek na drogę to nie trzeba, tylko my ruszamy, bo długa trasa jeszcze dzisiaj. Tylko stara Malinoska tak nie mówiła, a zamiast tego porozumiewawczo mrugnęła na bratanka i ten mówi, że w takim razie nawet spirytusu nie dostaniemy, tylko sam wpierdol, a papier i tak oddamy. Po tym chytrym spojrzeniu Malinoskiej do mnie dotarło, że ona to wszystko miała od początku ustawione. Przez młodą Anetę z klatki obok sobie wyrobiła dojście do papieru, potem wspólnota sąsiedzka zrobiła zrzutkę, a na koniec tu dymaliśmy pod Tarczyn w charakterze tragarzy, bo przecież ten jej bratanek by nie przyjechał do Warszawy tego papieru odebrać, bo stolica odcięta przez wojsko i podzielona na trzy strefy. Zacząłem wtedy centralnie żałować, że Malinoskiej jednak nie zjedliśmy jeszcze w tym Piasecznie, jak to taka stara kurwa – co zresztą było nawet u nas w bloku napisane w windzie jako przestroga.

Ten jej bratanek z koleżkami już patrzy, komu tu pierwszemu przypierdolić. Miałem nadzieję, że nie mnie, bo jestem najmłodszy, nawet młodszy od Anety, która jest młodszą księgową. A jako najmłodszego mnie najbardziej szkoda, bo mam największe szanse przeżyć koronawirusa. Jak mnie ubiją, a na przykład Marian ucieknie, a potem go gdzieś pod słowacką granicą wirus położy, to będzie zupełnie bez sensu.

Na szczęście młody Malinoski na pierwszą ofiarę wybrał sobie dozorcę. Łapę miał wielką, jak to sadownicy, więc jak mu zapierdolił w cymbał, to dozorcy aż beret zleciał – ale nie tylko, bo wyleciał mu też nieodłącznie do tej pory przyklejony do kącika ust szlug. A że to był szlug ekstramocny, to jak tylko zetknął się z podłożem, to od razu tak pierdolnęło ogniem, że hej, bo jak się okazało, porozlewało się tam tego odkażacza – widocznie jakiś baniak się rozszczelnił, jak się powysypywały ze stodoły. Trzy sekundy nie minęły, a już się hajcowało jak duże ognisko.

Malinoski w panice próbował gasić tym, co tam było pod ręką, ale jak to bywa w miejscach, gdzie się składuje setki tysięcy baniaków odkażacza, pod ręką był akurat baniak odkażacza. Jak polał, to ogień pierdolnął jeszcze dwa razy bardziej i mu się nawet zaczął palić ten baniak, co miał w ręce. Macha nim debil, jakby to miało go zgasić, więc jeszcze więcej się rozlewa i poleciało nawet na jeden nasz papier toaletowy, na passata i na tego kolegę, co miał niesprawne mondeo. Na podwórku popłoch i pożoga, zaraz jeszcze wszystkie kury i dzieci powylatywały z właściwych sobie domów i ganiają w panice dookoła. Na wlocie do stodoły takie piekło, że już widać, że tego to się nie odratuje, ale Malinoscy ze wspólnikami w obłędzie próbują gołymi rękami gasić. To my, korzystając z zamieszania, złapaliśmy każdy po jednej paczce papieru – bo jedna się już jarała – i długa w kierunku na Radom.

Z godzinę biegliśmy non stop, co szło o tyle sprawnie, że w końcu Malinoska nie spowalniała, bo tam została, a dozorca leciał bez szluga w ustach, bo tamten mu wypadł, a sytuacja była tak dynamiczna, że wyjątkowo nie miał kiedy odpalić następnego.

A jak po godzinie stanęliśmy złapać oddech, to dalej na horyzoncie widać było łunę pożaru i czuć było spirytusem.W końcu sobie przypomnieli

Po dramatycznych wydarzenia pod Tarczynem przez kolejne dni zachowywaliśmy szczególną ostrożność. Maszerowaliśmy tylko nocami, za dnia odpoczywaliśmy schronieni w gęstwinach lasów. Unikaliśmy głównych dróg w obawie przed bandami szabrowników lub patrolami wojskowymi – nie wiadomo co gorsze. Ci pierwsi z pewnością okradliby nas z całego papieru toaletowego, tym samym skazując na śmierć głodową, bo nie mielibyśmy za co kupić jedzenia, ci drudzy, widząc, że nie mamy odpowiedniej przepustki, odstawiliby nas z powrotem do Warszawy, gdzie prawdopodobnie przeżylibyśmy jeszcze krócej.

Podczas marszu kierowaliśmy się globusem, kompasem, gwiazdami i za pomocą metod pana Mariana, wyniesionych jeszcze z Ligi Obrony Kraju. Jednym z takich sposobów wyznaczania kierunków świata – i tym samym weryfikacji, czy mój kompas jednak się nie przeterminował – było obserwowanie, z której strony pień drzewa porośnięty jest mchem. Samo określenie tego faktu było dosyć proste, problemy jednak pojawiały się przy analizie tych obserwacji – Marian twierdził, że mech rośnie od strony północnej, bo jest mniej słońca, a dozorca, że od południowej, bo jest więcej słońca. W końcu spór ten rozstrzygnęliśmy rzutem monetą, co nie zalicza się być może do ortodoksyjnych metod nawigacji, ale pozwoliło zachować jedność ekspedycji, bo wcześniej dozorca i Marian chcieli się już rozdzielać i iść w przeciwne strony.

W ogóle przez to unikanie dróg dużo kluczyliśmy, a ja często miałem wrażenie, że jesteśmy w jakimś miejscu nie po raz pierwszy, ale nic nie mówiłem, żeby nie było siary, że mój kompas źle pokazuje. Po czterech, może pięciu dniach takiej tułaczki, kończąc już powoli całonocny marsz, zobaczyliśmy na horyzoncie światła dużego miasta. Zapasy powoli nam się kończyły, więc postanowiliśmy zaryzykować i zapuścić się tam na handel.

Po przejściu paru kilometrów na naszej drodze wyrósł jednak wysoki na kilka metrów płot, w dodatku zwieńczony spiralą drutu kolczastego. Rozbudziło to oczywiście wiele pytań – czy ma on powstrzymać ludzi z zewnątrz przed przedarciem się do miasta, czy może tych ze środka przed ucieczką? A może to nie jest zwykły płot, a granica państwa, skoro taki drut kolczasty. Tylko przecież w Unii granic nie ma, więc czy to możliwe żeby była to już silnie zmilitaryzowana granica węgiersko-serbska? Czy mój kompas, będący nagrodą pocieszenia w olimpiadzie geograficznej w podstawówce, jakimś sposobem poprowadził nas takim skrótem, że w pięć dni doszliśmy z buta spod Tarczyna na wielkie równiny południowych Węgier?

W sumie równiny jak równiny, Mazowsze też płaskie jak patelnia, więc ciężko powiedzieć, co jest równiejsze, można w ogóle nie zauważyć różnicy.

Stoimy pod płotem i patrzymy po sobie, co teraz, a tu pan Marian rozejrzał się tylko, czy nikt nie idzie, położył na ziemi, płot przyciągnął rękami, paszczę rozwarł i HAPS, HAPS, HAPS – trzy razy kłapnął, przecinając trzy pierwsze spojenia ogrodzenia. Potem kucnął, podciągnął odgryzioną siatkę trochę do góry, żeby dało się pod nią przeczołgać i pokazuje, żebyśmy przełazili. Aneta go pyta, że panie Marianie, gdzie pana takich cudów nauczyli, a on pierś wypina i mówi, że w Lidze Obrony Kraju oczywiście.

Dobra, przeszliśmy i idziemy przez pole. Po kilkuset metrach jest nagle autostrada, ale nie taka zwykła, tylko z cztery razy szersza, jak dla jakichś czołgów. To był ryzykowny moment, bo przechodząc przez nią, pozostawaliśmy bez jakiejkolwiek osłony. Biegniemy więc lekko przykucnięci na drugą stronę, a tu nagle słychać gdzieś w oddali ryk silnika. To już nawet nie kucając, tylko jak najszybciej się tylko da, lecimy przez siebie, ale ten samochód tak zapierdala, że głowa mała. Od momentu, jak go zobaczyliśmy na horyzoncie, to minęło może z dziesięć sekund, a już był przy nas. Błyskawica po prostu. Wleciał na pełnej, zahamował, aż dym poszedł spod kół, patrzymy, a to prawdziwe lamborghini – w dodatku całe złote. Taki nas szok wziął, że przestaliśmy biec i stanęliśmy jak wryci. Drzwi od samochodu się otwierają, i to nie jak w zwykłym samochodzie na bok, tylko do góry, jak to w lamborghini, a ze środka wychodzi jakiś dziadek w przydużym uniformie ochroniarskim i odblaskowej kamizelce RADOM AIRPORT SECURITY i mówi:

– HALO! TEREN PRYWATNY, NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY!

I jeszcze, żeby dodać tym słowom powagi, to wyciąga z tego lamborghini kałacha – tak samo złotego jak samochód – i do nas z niego celuje. W tej sytuacji my wszyscy ręce do góry i każdy się w duchu modli, żeby nas nie zastrzelił. Jedyną osobą, która zachowała zimną krew, był nasz dozorca, bo nagle tego dziada zagaduje, czy on tutaj jest specjalistą odpowiedzialnym za bezpieczeństwo obiektu. Ten facet, jak usłyszał taki ładny tytuł, trochę się rozchmurzył, opuścił broń i mówi, że tak, dokładnie, że porządek musi być, bo tu jest regulamin, który musi być przestrzegany, bo inaczej to jak by to wyglądało. A dozorca na to, że jemu tego nie trzeba tłumaczyć, bo on jest inspektorem techniczno-sanitarnym w jednej wspólnocie mieszkaniowej w Warszawie. To ten ochroniarz mówi:

– TAK? TO KOLEGA SIĘ WYLEGITYMUJE.

Na co dozorca mu wyciąga zza pazuchy orzeczenie o niepełnosprawności, trzecia grupa. Tamten podszedł, wziął do ręki, przeczytał, oddał i widocznie dla porządku – bo porządek musi być – wyciąga teraz z kolei swoje orzeczenie do wglądu – druga grupa, krytyczny astygmatyzm, aż dziwne, że mu dali lamborghini do prowadzenia, że o kałasznikowie nie wspomnę. Jak się tak wzajemnie wylegitymowali, to tamten już odłożył broń i zbili pionę, ale nie w normalny sposób, że PIONA i tyle, tylko takie skomplikowany tzw. secret handshake, czyli jak robią Afroamerykanie w Afroameryce, że ręce dziesięć razy się łączą w różnych pozycjach, potem kopnięcie piętą o piętę, potem stuknięcie się z bara itd. Wszystko wskazywało na to, że zobaczyliśmy właśnie rytualne powitanie tajnej socjety zrzeszającej ochroniarzy, dozorców, woźnych – gildię wszystkich tych profesji, których istotą jest egzekwowanie różnorakich regulaminów. Dziadek wyjął krótkofalówkę i do jakiegoś dziewięćsetpiętnaście-odbiór-zgłośsię powiedział, żeby podesłali transport na koniec pasa startowego, bo mają czwórkę niespodziewanych gości. Udało nam się już domyślić, że trafiliśmy na lotnisko w Radomiu, więc sądziliśmy, że podjadą po nas takim autobusem, jak czasami dowożą pasażerów z terminala do samolotu. Tak się jednak nie stało. Przyjechali po nas regularną limuzyną. I to nie taką, jaką ludzie wynajmują na wieczory kawalerskie czy pierwsze komunie święte, że przedłużany hummer w jakichś oczojebnych kolorach, tylko taką klasyczną, dystyngowaną, jak prezydent USA jeździ. Podczas kilkuminutowej jazdy w ten właśnie sposób skomplementowałem samochód w rozmowie z kierowcą, a on beka i mówi, że nie no, bez przesady, aż prezydent to nie, tylko wiceprezydent, PENS. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, ale nie było już czasu na wyjaśnienia, bo w eskorcie złotego lambo ochroniarza dojechaliśmy do budynku terminala, gdzie wysadzili nas pod lożą VIP, w żargonie lotniskowym zwaną SALONEM EXECUTIVE, czyli tym miejscem, w którym podczas oczekiwania na samolot przebywają ważni ludzie, żeby nie siedzieć z hołotą. Pewnie prezydent Radomia, jak lata w podróże dyplomatyczne do Włocławka, Koszalina, Elbląga i innych miejscowości średniej wielkości, to właśnie tutaj sobie czeka na samolot. Co bardziej złośliwi może już się w duszy śmieją, że hehe, jak ta loża VIP w Radomiu może wyglądać, że ci w plastikowym kubku polewają dwie cytryny, bo nawet nie trzy. No więc, kurwa, wiedzcie, że tam było centralnie jak w jakimś baśniowym Sezamie. Na skórzanych kanapach siedzi z dziesięć osób, po których służbowych uniformach można rozpoznać, że to pracownicy lotniska – trzy sprzątaczki, chłopaki od ładowania bagaży, kasjerka z wolnocłowego, drugi ochroniarz, jakaś kontrolerka ruchu. Palą cygara, przepijając szampanem. Pomyślałbym, że wolnocłowy opierdolili i potem będą zwalać, że to zdemoralizowany tłum w czasie pandemii szabrował, ale takiemu scenariuszowi zaprzeczał fakt, że całe pomieszczenie było urządzone tak na bogato, jak jeszcze w życiu nie widziałem. Na stoliku koło szampana w nieładzie wala się złota biżuteria, przy kanapach stoi cała kolekcja rzeźb z brązu, a na ścianach wiszą obrazy starych mistrzów holenderskich. Ochroniarz wprowadza nas do środka i mówi, że witają nas w pokoju socjalnym. Nasz dozorca zaraz skomentował, że kolego, to wy tu elegancko macie, bo u nas to jest kanciapa w piwnicy, i to z grzybem na ścianie. A tamten się zaśmiał i mówi:

– KOLEGO, U NAS JESZCZE DO NIEDAWNA TEŻ NIE BYŁO TAK KOROROWO. W DWA TYSIĄCE CZTERNASTYM NAS OTWARLI, TO WTEDY NA POCZĄTKU JESZCZE CZASAMI JAKIEŚ LOTY BYLI. NO ALE POTEM JEDNE LINIE UPADŁY, DRUGIE RESTRUKTURYZANCJA I SIĘ SKOŃCZYŁO. NO I POTEM, WYOBRAŹ SOBIE, KOLEGO, ŻE NIC.

A cała reszta personelu oburzona kiwa głowami i szmeraniem potwierdza, że dokładnie tak było. Mieli podobno z ministerstwa przyjechać i się temu przyjrzeć, ale potem to już nawet na listy przestali odpisywać i też nic, zapomnieli.

– NO I TAK OD DWA TYSIĄCE PIĘTNASTEGO TO TUTAJ NIKOGO NIE BYŁO. ANI JEDNEJ OSOBY. MY DO PRACY PRZYCHODZILIŚMY, BO NORMALNIE MIELIŚMY PŁACONE, TO TRZEBA PRZYJŚĆ, CO NIE? PENSJA CO MIESIĄC BYŁA, BO CHYBA TAK O NAS ZAPOMNIELI, ŻE NAS NAWET ZAPOMNIELI ZWOLNIĆ. POTEM W DWA TYSIĄCE OSIEMNASTYM BYŁA UPADŁOŚĆ…

– PODOBNO – dodaje na to jedna sprzątaczka. – BO TEŻ NIKT NIE PRZYJECHAŁ POINFORMOWAĆ. NA PIŚMIE NIC NIE DOSTALIŚMY, TYLKO TYLE SIĘ DOWIEDZIELIŚMY, CO Z GAZET. TO WTEDY TAK BYŁO, ŻE PENSJE PRZEZ JEDEN MIESIĄC NIE PRZYSZŁY, A POTEM JUŻ NORMALNIE. MYŚLELIŚMY, ŻE PRZYJADĄ Z TEJ NOWEJ FIRMY, CO NAS PRZEJĘŁA, ŻEBY NOWE UMOWY PODPISYWAĆ CZY COŚ, ALE WIDOCZNIE TEŻ ZAJĘCI BYLI I ZAPOMNIELI.

Ja mówię, że to przecież niemożliwe. Że nie ma tu jakiegoś dyrektora, żeby coś wiedział? Oni mówią, że formalnie rzecz biorąc – jest, tylko jak w dwa tysiące czternastym na otwarciu się pochorował, to poszedł na L4 i jeszcze nie wrócił.

– MY TU ZOSTALIŚMY, PROSZĘ PANA, JAK W JAKIMŚ SKANSENIE. PAN PÓJDZIE DO PANI JOASI DO WOLNOCŁOWEGO, TO PAN ZOBACZY, ŻE GAZETY Z DWA TYSIĄCE PIĘTNASTEGO JESZCZE SĄ! NIKT DO NAS NIE PRZYJEŻDŻAŁ, NIKT O NIC NIE PYTAŁ. NO ALE TERAZ OKAZUJE SIĘ, ŻE TO BYŁO WŁAŚNIE TO NASZE SZCZĘŚCIE. NIECH WAM ASIA Z KONTROLI LOTÓW POWIE CO TU SIĘ WYCZYNIAŁO, JAK SIĘ TEN KONIEC ŚWIATA ZACZĄŁ!

No i wywołana do odpowiedzi Asia nam opowiada, że na niebie się zaczęła prawdziwa banderoza. Każdy się rzucił, żeby jak najszybciej do domu uciekać. Wszystkie kraje w Europie zaczęły ściągać do siebie swoich obywateli. W powietrzu taki był tłok, że mało na siebie nie powpadali. A na ziemi wszystkie lotniska pozajmowane, rezerwy paliwa i tym podobne cyrki. Zaraz rządy powydawały rozporządzenia, żeby żadnych obcych samolotów nie przyjmować, bo jeszcze zarazy przywiozą.

– PODOBNO, BO WIDZISZ, KOLEGO, FORMALNIE TO NAS NIKT O NICZYM NIE POINFORMOWAŁ. A MY SIĘ NIE MOŻEMY OPIERAĆ NA TYM, CO W TELEWIZJI USŁYSZYMY, BO NAS OBOWIĄZUJE REGULAMIN. JAK KTOŚ PYTAŁ, CZY U NAS OTWARTE, TO MÓWILIŚMY, ŻE OTWARTE, NO BO NIE BYŁO POLECENIA SŁUŻBOWEGO, ŻEBY BYŁO ZAMKNIĘTE

I znowu cała obsługa lotniska, racząc się szampanem, potwierdza, że tak było, i oni by mogli mieć nieprzyjemności, jakby się tak samowolnie zamknęli.

– A TAK SIĘ Z KOLEI SKŁADA, ŻE PALIWA MAMY DUŻO, BO OD DWA TYSIĄCE CZTERNASTEGO TO U NAS TYLE PALIWA ZESZŁO, CO ROBERCIK PODKRADAŁ DO FURY, ZA CO MIAŁ MIEĆ DYSCYPLINARKĘ. TYLKO O NIEJ ZAPOMNIELI.

A jeden z chłopaków od przeładowywania bagażu pod nosem mruczy zawstydzony, że do końca życia mu będą wypominać.

– I WIECIE, CO SIĘ OKAZAŁO? ŻE TE WSZYSTKIE JEBANE BOGACZE, CO MAJĄ WŁASNE SAMOLOTY, TO NAGLE NIE MIAŁY GDZIE ZATANKOWAĆ, BO WSZYSTKIE LOTNISKA W EUROPIE MIAŁY PRZEPIS, ŻE CAŁE PALIWO MA IŚĆ DLA PRZEWOŹNIKÓW KRAJOWYCH! NO, NIE WSZYSTKIE, BO DO NAS FORMALNE POLECENIE NIGDY NIE DOTARŁO. PANIE, JAK MIĘDZY NIMI FAMA POSZŁA, JAK TU ZACZĘLI WYDZWANIAĆ, TO PANI MAŁGOSIA W SEKRETARIACIE DWA DNI TELEFONU Z RĘKI NIE ODKŁADAŁA! NA SŁOWO TO MI I TAK PAN NIE UWIERZYSZ, KTO TU SIĘ U NAS TANKOWAŁ. O, PROSZĘ – mówi, wyciągając z kieszeni notesik. – DLA ŻONY AUTOGRAF WZIĄŁEM, BO ONA ZAWSZE W TELEWIZJI JĄ LUBIŁA. TĄ SHARON STONE. BO ONA AKURAT LECIAŁA Z PLANU FILMOWEGO GDZIEŚ W INDIACH I BY JEJ DO AMERYKI PALIWA NA PEWNO NIE STARCZYŁO.

Teraz każdy pracownik lotniska zaczyna się przechwalać, kogo tu nie obsługiwali i czego nie dostali w zamian. Jedna sprzątaczka na przykład mówi:

– BYŁ TEN ABRAMOWICZ, WIE PAN, TEN Z ROSJI OLIGARCHA. JAK MU CHŁOPCY SAMOLOT TANKOWALI, TO ZAPYTAŁ, GDZIE SIĘ MOŻNA ZAŁATWIĆ. A MNIE JESZCZE W SZKOLE UCZYLI ROSYJSKIEGO, TO MU MÓWIĘ, ŻE DO KOŃCA KORYTARZA I W LEWO. TEN LECI, BO WIDOCZNIE GO PRZYPARŁO, ALE JA ZA NIM WOŁAM, ŻE HALO, ALE TOALETA PŁATNA DWA ZŁOTE. ON ZŁOTÓWEK AKURAT NIE MIAŁ, TO MI ODDAŁ ZEGAREK W ROZLICZENIU. O, PAŃSTWO PATRZĄ.

I pokazuje taki sikor, że z dwieście tysięcy euro to spokojnie musiał kosztować.

Teraz się uaktywnia ochroniarz i się przed naszym dozorcą chwali, że kałacha to dostał od wnuczka Kadafiego, bo wcześniej miał tylko gaz pieprzowy, i to przeterminowany od dwa tysiące siedemnastego. A z tym lamborghini to było tak, że…

– PRZYLECIAŁ JAKIŚ SZEJK ARABSKI, CO MIAŁ SAMOLOT BOEINGA CAŁEGO ZŁOTEGO. W TYM SAMOLOCIE W BAGAŻNIKU JACHT TEŻ CAŁY ZŁOTY, A W JACHCIE W BAGAŻNIKU JESZCZE TEN SAMOCHÓD. CHCIAŁ MI CAŁY JACHT DAWAĆ, ŻEBY MU CHOCIAŻ PÓŁ BAKU ZALAĆ, ALE JA MU MÓWIĘ, ŻE PANIE, A GDZIE JA BĘDĘ TYM JACHTEM POD RADOMIEM PŁYWAŁ. DAJ PAN SAM SAMOCHÓD I JESTEŚMY KWITA, ŻEBY POTEM NIE GADALI, ŻE MY TU CHYTRE JESTEŚMY.

A obrazy holenderskie to od jednego bankiera ze Szwajcarii, rzeźby od jakieś księżniczki z Monako, diamenty od takiego starszego Żyda z Antwerpii, a szampan od Chińczyka, co ma sieć kasyn.

No ustawieni wszyscy byli do końca życia, ale była też tu dla nas szansa jedna na milion. Dozorca pyta tego swojego kolegi ochroniarza, czy nie mają tu jakiegoś zapomnianego samolotu, którym by nas zawieźli do Syrii. Obsługa lotniska patrzy się po sobie, kręcą głowami, cmokają i każdy mówi, że no nie wiem, nie wiem, to długi lot, ryzykowny i tak dalej. Dozorca mówi, że płacimy tysiąc rolek papieru toaletowego – wszystko co mamy. Ci wybuchli śmiechem i pytają, na co im papier toaletowy. To ja się wtrącam, że złoto złotem, ale ciekawe, czym będą do końca świata dupę podcierali. A ten ochroniarz pokazuje na wysoki pod sam sufit stos toreb leżących w rogu sali i mówi, że jak to czym?

Pieniędzmi.
mniej..

BESTSELLERY