-
nowość
Kroniki Krwi i Mroku. Księga 1 - ebook
Kroniki Krwi i Mroku. Księga 1 - ebook
Bogowie zniknęli, anioły przejęły władzę nad Alaris, a ludzie stali się pionkami w grze, której zasad nikt już nie pamięta.
Moon dorasta w cieniu Gniazda – ostatniej ludzkiej osady, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie. Gdy brutalna śmierć brata burzy jej świat, dziewczyna zostaje wciągnięta w wir wydarzeń mających na zawsze zmienić bieg historii. Dziesięć lat później dołącza do rebelii walczącej z uciskiem, a w czasie ryzykownej misji spotyka tajemniczego wojownika, którego przeszłość skrywa mroczne sekrety.
Wejdź do świata, gdzie serce bije w rytmie walki, pożądania i nienawiści.
Gdzie każda decyzja może kosztować życie, a miłość… duszę.
Bo niektórych nie da się pokochać bez bólu. I są też tacy, bez których cierpienie nie ma sensu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68473-70-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Adrebach – lodowy kontynent przed Wielką Wojną
Alaris – planeta zamieszkana przez ludzi i niziołki
Ampliflor – roślina wzmacniająca działanie innych substancji
Berseks – więzienie w górach Kargmor
Cyron – kontynent przed Wielką Wojną
Dornheim – miejsce w Naar-Fel
Dunkel-Bezirk – rewir należący do wampirów
Duskyr/Duskari – koszmar/koszmary
Elario – brat/przyjaciel (alaryjski)
Enarel – miecz Moon
Erhon – roślina wzmacniająca
Erkanis – roślina rozpoznająca
Exil – grota, w której śpią veldraki
Faustkirch – stolica Rendanii, krainy przed Wielką Wojną
Feuerheim – góry na Wyspie Ostatnich
Flamma – ptak zamieszkujący las Naar-Fel
Fliedr – fioletowy kwiat odganiający ptaki
Frostrein – roślina wywołująca obniżenie temperatury
Gelt – waluta obowiązująca w Gnieździe
Gipfelkreuz – dom publiczny w Południowym Sektorze Gniazda
Habryth – magiczna istota przypominająca białego jastrzębia
Halblingsburg – wioska, gdzie ukrywają się niziołki
Heilsee – jezioro w Naar-Fel
Heilven/Heilveni – uzdrowiciel (alaryjski)
Hollenloch – nazwa drzew w Naar-Fel
Initium – planeta Inicjan
Kargmor – góry na Wyspie Skrzydeł
Kesland – miejsce na Cyronie, przed Wielką Wojną
Kharon – wojownik (alaryjski)
Letheris – roślina, której sok powoduje amnezję
Ligstern – roślina, która odpowiednio przygotowana zaspakaja głód
Lísmaar – zioło lecznicze
Mirilis – używane jako pieszczotliwe określenie, łączy czułość z szacunkiem (alaryjski)
Mortharis – sztylet odbierający nieśmiertelność
Mürmox – robak bagienny z Lasu Śmierci
Na’drath – przekleństwo w języku alaryjskim
Naar-Fel – Las Śmierci (alaryjski)
Narthulîn – roślina trująca, paraliżująca
Nematody – robaki zamieszkujące korzenie drzew w Naar-Fel
Nest – Gniazdo (alaryjski)
Noctare – przybytek, gdzie przesiadują wampiry
Ostlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł
Pentres – królestwo w Initium
Sangwerna – drzewo w Lesie Śmierci
Sebelhorn – mgielny koń
Skarnidy – owady żyjące w Naar-Fel
Sumpfweg – droga w Naar-Fel
Thalvagor – Bezkresne Wody (alaryjski)
Tharnbringer/Tharnbringar – przynoszący śmierć
Thayel/Thayelim – anioł/aniołowie (alaryjski)
Théros – narkotyk
Traght – język demonów
Trifftbrucke – miejsce w Naar-Fel
Varkylis – roślina odstraszająca
Varnesh – używane jako obraźliwe określenie dla osoby służalczej, pochlebczej, bez własnej wartości (alaryjski)
Varngar – Tarcza (alaryjski)
Varnsche – Klucznik (alaryjski)
Veldrak – nietoperz-wampir
Velnari – mgielny lis, istota eteryczna, przyjaciel i posłaniec Drake’a
Vort – sposób szybkiego przemieszczania się, umiejętność Inicjan
Waldland – teren na Cyronie, zamieszkany przez niziołki przed Wielką Wojną
Westlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł
Wissenberg – szczyt Feuerheim
Zarven – napar z tej rośliny powoduje rozwinięcie się ciąży w dziewięć dniRASY NA ALARIS
INICJANIE
Królewski ród (bogowie) – złoto-czarne skrzydła, srebrne włosy, turkusowe oczy; wrodzona umiejętność latania, magia krwi, nieśmiertelność;
Inicjanie (lud) – w przeciwieństwie do Inicjan królewskiego rodu są śmiertelni i długowieczni, nie władają magią krwi.
ANIOŁY (THAYELIM)
Ludzie, którzy zakosztowali krwi Inicjan królewskiego rodu.
Białe skrzydła; długowieczni, śmiertelni, muszą się nauczyć latania, mogą się rozmnażać.
WAMPIRY
Ludzie, którzy zakosztowali krwi aniołów, są posłuszni swoim stwórcom.
Potrzebują krwi, by przeżyć, w przeciwnym razie przemieniają się w veldraki.
Długowieczne, śmiertelne.
VELDRAKI
Zmutowane wampiry żyjące poza Gniazdem, w lesie, żywią się surowym mięsem.
Śmiertelne, długowieczne.
TARKENY
Pierwsi – praludzie, którzy przeszli przemianę podczas Wielkiej Wojny. Podczas pełni księżyca mogą wybrać, gdzie chcą spędzać czas, na lądzie czy pod wodą. Długowieczni, śmiertelni;
Tarkeny – potomkowie pierwszych, drapieżcy, mogą wyjść na ląd, ale nie przeżyją bez wody dłużej niż tydzień. Długowieczni, śmiertelni.
GOBLINY
Pradawni ludzie, których organizmy przystosowały się do życia pod ziemią.
Wyższe – bardziej inteligentne, mają ludzkie odruchy;
Niższe – kierują się instynktem, zatraciły człowieczeństwo.
Długowieczne, śmiertelne.
NIZIOŁKI
Rasa żyjąca na Alaris jeszcze przed Wielką Wojną.
Długowieczne, śmiertelne.PRZEDSTAWIENIE POSTACI
Aidan Landcraft – anioł, przyjaciel Drake’a, uzdrowiciel
Aja – niziołka, siostra Schmieda
Amon – goblin, który uwolnił Keirę
Andreth – nauczyciel Drake’a na Initium
Asael – demon, Książę Ciemności
Blair „Sęp” Scherzer – przywódca gangu Krwiożerców
Blitz – biały jastrząb, pośrednik Rowana Seykena
Bram – przywódca rebeliantów, ojciec Matthew, mąż Shany
Castor – wyższy goblin, przywódca armii goblinów, kapitan
Devine – tajemnicza kobieta znająca sposób na zabicie boga
Donnan – żołnierz/wojownik armii anielskiej
Drake Invictus Initium – inicjanin królewskiego rodu, syn Keiry, sprawuje władzę w Gnieździe. Bóg.
Evan – wampir o nieznanej przeszłości, sługa Rowana Seykena
Fergal – Krwiożerca, brat Sorchy
Florian – starszy rebeliant
Gawren – niziołek, kucharz
Hagan – anioł, pierwszy oficer armii anielskiej
Jory – młody Krwiożerca, szpieg Drake’a
Kass – wampir, brat Yvon, sługa Owena
Katze – wojownik napotkany przez Moon w Lesie Śmierci
Keira Proditio Initium – Inicjanka, pozbawiona skrzydeł, skazana na wieczne więzienie na Wyspie Wiecznego Ognia, matka Drake’a, bogini, władczyni Initium
Lavena – córka Sedrica, ukochana Tristana, żona Najwyższego Kapłana
Linch – Krwiożerca, który walczył z Moon
Liraen – żona Sedrica, matka Laveny
Lothmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Valmora, wysłannik Skarda
Matthew – rebeliant, syn Shany i Brama
Melvin – Najwyższy Kapłan, mąż Laveny
Moon Kael – rebeliantka, córka Kassidy i Lorcana, siostra Tristana
Nessa Kael – kapłanka inicjańska
Owen – anioł, oficer gwardii anielskiej, pan Kassa
Qatharûn – zmaterializowana magia Drake’a, smok-feniks
Randal Lengland – rebeliant, ojciec Wynna
Ratte – goblin, podwładny Castora
Ravelin – alchemik Melvina, Najwyższego Kapłana
Richtermann – władca Innekant, wraz z armią Inicjan podbija także Cyron i Adrebach (kontynenty)
Rowan Seyken – anioł, generał gwardii anielskiej
Schmied – niziołek, walczył u boku Drake’a podczas Wielkiej Wojny, kowal, brat Aji
Schurle – niziołek, uzdrowiciel
Sedric – nadzorca igrzysk, ojciec Laveny
Shana – rebeliantka, żona Brama, matka Matthew
Skard – władca tarkenów
Sorcha Lockhart – członkini Krwiożerców, kochanka Blaira, siostra Fergala
Soriel – velnari, przyjaciel i posłaniec Drake’a
Thorga – tarkenka, wysłanniczka Skarda
Torin – żołnierz/wojownik armii anielskiej
Tristan Kael – brat Moon, syn Kassidy i Lorcana
Ulrich – nadworny uzdrowiciel króla Richtermanna
Valmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Lathmora
Vivienne – szpieg Najwyższego Kapłana Malvina
Wynn – syn Randala
Yalaneu – człowiek, ukochana Drake’a z czasów sprzed Wielkiej Wojny
Yvon – wampirzyca, siostra Kassa, sługa HaganaPROLOG
Na początku była krew.
Nie światło ani łaska.
Tylko lepka, dusząca, wieczna krew.
Wyciekła z wnętrzności pustki niczym z niedającej się zasklepić rany.
Zimna, ciemna i stara jak samo zapomnienie.
Z krwi zrodził się ogień.
Pożerający, tańczący wśród jęków i rozdzierający niebo pazurami gniewu.
W sercu tej pożogi powstało ciało.
Wyrwane z krzyku, rozpięte na cierniach bólu i zamknięte w powłoce ze stali i łusek.
Złożone z kości, duszy i płomienia.
Rozszarpywane przez wieczność, składane, aż ukształtowało się w coś, czego sam Stwórca nie śmiałby nazwać swym dziełem.
Nieśmiertelne, bo zbyt wiele razy umierało.
Wskrzeszone, bo nie pozwolono mu odejść.
Zanim spojrzało w niebo, już pluło ogniem w twarze bogów.
Nie miało matki ani ojca.
Ani też duszy – tylko pamięć o bólu.
Było ostatnim tchnieniem Stwórcy i pierwszym przekleństwem światów.
Tworzyło i niszczyło, nie rozróżniając dobra od zła.
Jego skrzydła stanowiły rozdarcie między tym, co święte, a tym, co zakazane.
Krew krążąca w żyłach oznaczała zarówno zbawienie, jak i wyrok.
Potrafiło dać życie… lecz tylko po to, by zaraz je zabrać.
Z jego cienia powstawały armie.
Z gniewu – ruiny.
Tylko jedno imię będzie w stanie je powstrzymać.
Jedno serce, którego bicie nie ustanie, nawet gdy cały wszechświat straci oddech.
Jedna istota – zrodzona z cienia i światła. Wyśniona przez ogień. Ukryta w słabości. Obudzona przez śmierć.
Kiedy to serce stanie naprzeciw niego, bogowie odwrócą wzrok.
I zapłoną materia i czas.ROZDZIAŁ 1
Odkąd pamiętała, mieszkała z bratem w Gnieździe – osadzie zbudowanej przez bogów. Nie wiedziała, co się stało z jej rodzicami. Nie znała ich twarzy, nie pamiętała ciepła ramion. Tristan unikał rozmów na ten temat, zbywał pytania milczeniem, z czasem coraz bardziej bolesnym.
Doprowadzało to Moon do szału. Przecież musiała skądś pochodzić. Ktoś ją kiedyś kochał. Ktoś trzymał za rękę. Śmierć matki i ojca wydawała się podejrzana. Byli młodzi i zdrowi, a serca nie przestają bić bez powodu.
Westchnęła cicho i popatrzyła na czerwone jabłko. Ślina napłynęła jej do ust. Owoce stanowiły rzadkość w Gnieździe – rarytas, na który stać było nielicznych, a większość mieszkańców żywiła się sztucznie wyprodukowanym jedzeniem dostarczanym przez anioły. Nikt nie zadawał pytań o źródło, dopóki półki pozostawały pełne, a codzienność toczyła się bez zakłóceń. Żaden człowiek nie mógł wychodzić poza granicę muru osady, bez względu na posiadany status. Tylko aniołowie mieli ten przywilej. Ponoć świat na zewnątrz pożarłby śmiertelników żywcem.
– Wszystkiego najlepszego – zagaił Tristan. – Na co czekasz? Smacznego.
Moon odwzajemniła uśmiech. Podeszła do podniszczonego blatu. Otworzyła szufladę i wyjęła stary, ręcznie kuty nóż. Przecięła jabłko równo i podała bratu połowę. Nie przyszłoby jej do głowy zjeść całe w pojedynkę.
– To twoje urodziny – przypomniał, ale przyjął owoc z wdzięcznością. – Kiedyś kupię ci całą skrzynię.
Myśl o tym tak rozgrzała dziewczynę od środka, że przez moment zapomniała, gdzie żyje. Trzynaście lat w tym miejscu zakrawało na cud – i była pewna, że bez Tristana nie przetrwałaby ani jednego roku.
On zawsze wiedział, kiedy nie wychodzić. Znał pory, gdy ulice przestawały być neutralnym gruntem, a stawały się pułapką. Pracował wystarczająco, by mieli co jeść. I miał kontakty, o których nie mówił. Nigdy.
Moon podejrzewała, że milczał z troski. Nie chciał odsłaniać świata, w którym przetrwanie wymagało przeobrażenia się w potwora. A jednak pragnęła choć odrobiny prawdy ukrytej za spojrzeniem brata.
Poczucie bycia ciężarem znała aż nazbyt dobrze. Od najmłodszych lat patrzyła na rzeczywistość dojrzalej niż inni. Dorosła zbyt szybko, myślami krążyła wokół spraw poważnych, niosących analizy, przed którymi uciekali rówieśnicy. Nic dziwnego, że łatwo przyszło jej uwierzyć, iż stała się kulą u nogi Tristana, balastem, podczas gdy on walczył, by oboje nie utonęli w mroku.
– Nie wychodź dzisiaj w nocy – powiedział nagle. – Roi się od aniołów i wampirów.
Moon drgnęła, otoczyła tułów ramionami. Wiedziała, co będzie się działo w centrum Gniazda. Aniołowie wznieśli tam arenę – kolosalną eliptyczną budowlę, gdzie pożerano ludzkie życia w imię rozrywki.
Mieszkańcy osady dzielili się na dwie grupy. Jedni nienawidzili bogów za to, że najechali Alaris, żeby siać strach i spustoszenie. Drudzy kochali te istoty i podziwiali ich legendarne piękno, nieśmiertelność oraz nadprzyrodzone moce. Niektórzy wznosili do nich modły, składali im cześć i ofiary.
Moon nie potrafiła zrozumieć, jak można dobrowolnie ciąć się nożem, by oddać własną krew bytom odpowiedzialnym za powolną zagładę ludzkości.
– Zabarykadować drzwi? – zapytała retorycznie, ponieważ doskonale znała odpowiedź. Następnie dodała ściszonym głosem: – Zostaniesz ze mną?
Tristan przymknął oczy i wciągnął powietrze powoli, jakby próbował ułożyć w myślach to, czego nie umiał głośno wymówić. Oparł dłonie na biodrach.
Moon nie potrzebowała odpowiedzi.
– A więc nie – odpowiedziała za niego.
Brat pracował dla handlarza winem. A dzisiejsza noc należała do igrzysk – największego święta krwi i chaosu.
W takich chwilach alkohol płynął strumieniami. Najlepiej schodził na rynkach, gdzie lśniły miecze, śmierdziało potem, a śmiech aniołów mieszał się z krzykami nieszczęśników walczących na arenie.
To właśnie tam – pośród ruin godności – przylatywały dzieci nowych bogów karmiące się ludzką naiwnością.
– Myślisz, że przybędzie? – Spojrzała ukradkiem na Tristana, ale ten od razu pokręcił głową.
Jeszcze nikt nie widział bogów na własne oczy.
Zostali zrodzeni z opowieści, pieśni śpiewanych półgłosem przy ogniskach, krwi na ołtarzach. Jedni mówili, że polegli podczas Wielkiej Wojny, rozdarci między światami. Inni – że powrócili do niebiańskiego królestwa, znużeni ludzką słabością.
Ale jedna historia powracała częściej niż inne.
Podobno na Alaris pozostał tylko jeden bóg. Ten, który nie dzielił się władzą.
Ponoć uciszył braci i siostry, zanim jeszcze zaświtał pierwszy dzień. Nie miał imienia, lecz tytuł: Invictus. I to wystarczyło, by drżały przed nim całe pokolenia.
– Nie rozmawiajmy dłużej na ten temat – zbył dziewczynę machnięciem ręki. – Po prostu mnie posłuchaj i nigdzie nie wychodź.
W gardle narastała złość, ale Moon ją stłumiła, zanim wypełzła na twarz. Tristan nie zasłużył na nieposłuszeństwo ze strony siostry. Był wszystkim, co miała.
– Uważaj na siebie – wymamrotała po chwili.
Chłopak wzruszył ramionami i uśmiechnął się beztrosko. Moon już dawno zrozumiała, że nie sposób wyczytać z niego prawdziwych emocji.
Nosił je głęboko. Zamknięte za spojrzeniem, które zawsze wydawało się spokojne.
– Do zobaczenia rano – rzucił przez ramię, jakby jutro było pewnikiem. Jakby ktokolwiek w tym świecie miał gwarancję dotrwania do świtu.
Rozległ się burzliwy ryk tłumu. Utkany z tysięcy gardeł: ludzkich, nieśmiertelnych i tych, które nigdy nie powinny były przemówić.
Tristan stał nieruchomo i cierpliwie czekał. Serce waliło mu w piersi. Próbował się skupić na tym rytmie, odciąć od wrzasków, szczęku stali, gardłowych okrzyków walczących.
Lecz dźwięki docierały do niego nielitościwie. Czuł je w skroniach. W kręgosłupie. A wraz z nimi uderzył charakterystyczny metaliczny zapach.
Świeża krew.
Aniołowie urządzali igrzyska raz w tygodniu – rzekomo z rozkazu boga. Tristan jednak w to nie wierzył. Wątpił, by którakolwiek z legendarnych istot naprawdę istniała. Podejrzewał, że cała ta historia została zmyślona przez aniołów. Była wystarczająco przerażająca, by ludzie milczeli, klękali i nie zadawali pytań.
W świecie, gdzie krew lała się częściej niż deszcz, strach stanowił najlepsze narzędzie władzy.
Chłopak zacisnął pięści.
Nie był dumny z tego, że okłamywał siostrę. Ale nie widział innego wyjścia. Moon to kruche dziecko. Musiał ją chronić. Choćby sam miał utonąć.
Czuł się za nią odpowiedzialny w sposób niemożliwy do wyrażenia słowami.
Powiedział, że pracuje w winiarni. I pozwalał, by w to wierzyła. Lecz jego prawdziwa praca zaczynała się wtedy, gdy arena nasiąkała krwią.
– Nie rób tego. – Głos był cichy, ale wystarczył, aby wszystko zamarło.
Tristan odwrócił głowę powoli. Wiedział, kogo zobaczy.
Pochwycił jej spojrzenie. Oddech ugrzązł mu w gardle. Żołądek zacisnął się w twardy węzeł.
Znał to miejsce aż za dobrze – zawieszone gdzieś między ciszą a wdechem, napięciem a spokojem. Zawsze tam trafiał, gdy na nią patrzył.
– Co tutaj robisz? – zapytał. Kosztowało go to więcej, niż chciałby przyznać. – Nie możesz tu być. Twój ojciec…
– Chrzanić go – przerwała mu ostro, mrużąc gniewnie oczy. – Nie będzie decydował, z kim się spotykam.
Zrobiła krok w stronę chłopaka.
Nie powinna tu przychodzić.
Lavena – dziewczyna o jasnych, długich, falujących włosach i oczach błękitnych niczym zamarznięte niebo w pogodny dzień.
Dlaczego nie siedzi teraz w loży ojca, otoczona złudnym splendorem? Czemu nie gra roli posłusznej córki, udającej, że rozrywany na arenie człowiek to nic takiego? Dlaczego przyszła tutaj, do Tristana, zamiast odwrócić wzrok, zgodnie z regułami tego świata?
Sedric oszaleje. Chłopak nie miał co do tego wątpliwości.
Wolał nie myśleć, jak mężczyzna zareaguje, gdy się dowie, co wyprawia jego dziecko.
Ojciec Laveny odpowiadał za organizację igrzysk. Człowiek bez kręgosłupa moralnego, całujący anielskie stopy z taką gorliwością, jakby wykuto je ze złota.
Robił wszystko, by zadowolić swoich panów. Posłuszny pies gotowy zdradzić własne stado za kilka nieświeżych kości.
– Sedric jest nieobliczalny. Wiesz o tym doskonale – powiedział. – Gdyby mógł, zamknąłby cię w klatce i przykuł do podłogi ciężarem własnych ambicji.
Lavena zamknęła oczy. A potem bez ostrzeżenia przywarła do chłopaka z taką siłą, jak gdyby tylko jego ramiona zdołały utrzymać ją przy życiu.
– Podsłuchałam rozmowę ojca z Rowanem – szepnęła i schowała twarz w zagłębieniu szyi ukochanego.
Tristan objął ją bezwiednie. Ręce same odnalazły talię dziewczyny.
– Dzisiaj na arenę wejdą też wampiry – dodała cicho, jakby w obawie, że samo wypowiedzenie tych słów sprowadzi śmierć. Przytuliła się mocniej. – Zabiją cię.
Nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć, że płacze.
Słyszał to w drobnych załamaniach głosu. Czuł w przyspieszonym, rwącym oddechu. W kurczowo zaciśniętych palcach na ramieniu, próbujących zatrzymać coś, co już dawno zaczęło umykać.
Rowan należał do gwardii anielskiej. Wyglądem przypominał anioła Starej Wiary. Z jedną znaczącą różnicą. Piękno pełniło wyłącznie powłokę, a wnętrze skrywało demona.
Był sadystą śliniącym się na widok krwi. Gdyby nie obrzydzenie do ludzkiego ciała, zapewne własnoręcznie torturowałby każdego człowieka i z rozkoszą chłonął krzyki i ból.
– Zapłacą mi podwójnie za starcie z wampirem – rzucił Tristan, próbujący uśmiechem złagodzić ciężar słów.
Lavena odepchnęła go gwałtownie, jakby dotyk chłopaka nagle ją oparzył. Pospiesznie starła łzy przedramieniem.
– Jeśli wyjdziesz na arenę, zginiesz – powiedziała ostro. – Tego chcesz? Zostawisz siostrę? I mnie?
Tristan zacisnął szczęki. Złość przyszła nagle. Nie potrafił jednak odróżnić, czy to gniew na ukochaną… czy na samego siebie.
Potrzebował geltów. Nie mógł sobie pozwolić na odrzucenie takiej stawki.
Za zwykły pojedynek otrzyma dziesięć brązowych monet. Za wampira nawet trzy razy tyle.
Był dobry.
Ojciec zadbał, by poznał każdy sposób walki – miecz, zapasy, łuk, oszczep. Wśród śmiertelników Tristan nie miał sobie równych. Ale długowieczny to nie człowiek. Dzieci aniołów, zwykle szybsze i silniejsze, nie umierały tak łatwo.
– Potrzebuję wynagrodzenia – oznajmił w końcu, jak gdyby wypowiedzenie tego na głos mogło uczynić sprawę mniej bolesną. – Mieszkamy w Południowym Sektorze, Laveno. A tam życie nie wybacza błędów.
Gniazdo dzielił potężny mur przechodzący niczym blizna przez serce osady. Po stronie północnej wznosiły się czyste ulice, wysokie domy i ogrody, do których dostęp miały tylko złoto i uległość. Tam wszystko stanowiło nagrodę za posłuszeństwo, pokorę, wybór milczenia potrafiący zgiąć kark szybciej niż głód. Tam też mieszkali zagorzali wyznawcy.
Południowy Sektor przypominał klatkę dla niechcianych. Upchnięto tu resztki społeczeństwa: bezimiennych, zbuntowanych, ubogich. W tym miejscu godność kosztowała więcej niż życie, a przemoc stała się walutą dnia codziennego.
Przemieszczanie się między sektorami było surowo zabronione, ale to nie oznaczało, że niemożliwe.
– Nie bądź głupi! – warknęła Lavena. Nerwowo zerknęła przez ramię, aby się upewnić, że nikt ich nie obserwuje. – Rozumiem, że chcesz uzbierać dość geltów, by zyskać szansę na wyrwanie się z Południowego Sektora… ale to, co planujesz, to czyste szaleństwo.
– Nie mogę przepuścić takiej okazji – powiedział twardo. – Dam radę. Zobaczysz.
Dziewczyna zacisnęła usta. Broda jej drżała. Łzy spływały bez oporu.
– Kocham cię. Zawsze będę cię kochać – załamała głos na ostatnim słowie.
Odwróciła się nagle, zanim pękło w niej coś więcej niż serce.
A on… nawet nie drgnął, bo ślepo wierzył, że zostanie mu jeszcze czas.
Jednak ten świat nie znał litości. Nie czekał. Nie wybaczał. Był areną dla silnych i mogiłą dla słabych. Ci z Południa nie dysponowali boską ochroną, tytułami, złotem. Mieli tylko pięści. I serca, które nie chciały przestać bić, choć już dawno straciły sens życia.
Wielkie wrota rozwarły się z jękiem, a korytarz zalała oślepiająca łuna światła. Na drodze Tristana leżały zmasakrowane zwłoki. Ludzcy niewolnicy wynosili resztki ciał ofiar jak śmieci.
Fanfary rozdarły powietrze.
Strach przyszedł wraz z dźwiękiem – stary, uporczywy cień, którego nie sposób zgubić mimo wielu stoczonych walk.
Uniósł wzrok ku niebu. Księżyc w pełni wisiał nad areną niczym oko, które widzi wszystko i niczego nie zmienia.
Dawno temu szeptano o bogu mającym zstąpić na Alaris, by zbawić świat. O aniołach opowiadano jak o istotach zrodzonych ze światła, zesłanych, aby strzec ludzkości przed ciemnością.
Tristan prychnął gorzko. Wiara tamtych czasów była piękna. I równie naiwna.
Skrzydlaci nie przyszli z nieba, by chronić. Przybyli, by niszczyć.
Aniołowie nie opiekowali się ludźmi. Stali się ich panami.
Wiara nie ocaliła tego świata.
Ani nie uratuje go teraz.
Dzisiejszy pojedynek miał być trudniejszy. Tristan wiedział, że igra ze śmiercią.
Był szybki, zwinny, dobrze wyszkolony. Ale zdawał sobie sprawę, że to nie wystarczy przeciwko istocie, która porzuciła człowieczeństwo w zamian za wieczność. Spryt będzie jego najmocniejszą bronią. Stanie się iskrą, która rozbłyśnie tam, gdzie wszystko już zgasło.
Z zamyślenia wyrwał go zgrzyt ciężkich wrót otwieranych naprzeciw.
A potem rozległo się warczenie.
Chłopak zamarł. Otworzył szerzej oczy, a po kręgosłupie przebiegły mu lodowate dreszcze.
Lavena ostrzegała go przed wampirem, ale nie wspomniała, że przeciwnik będzie… w takim stanie.
Krwiopijcy nie rodzili się potworami, lecz ludźmi. Ci jednak zapragnęli długowieczności i potęgi. Przysięgli więc wieczną służbę aniołom, a te z uśmiechem podzieliły się z nimi własną krwią i złamały im karki, zanim zdążyli zmienić zdanie.
Po przebudzeniu nie było już powrotu. Wypełniali rozkazy bez pytania, pozbawieni własnej woli. Ich serca biły dla krwi, i tylko ona potrafiła uciszyć głód.
A bez niej… zmieniali się w puste skorupy. Bestie, którym nawet śmierć nie miała nic do zaoferowania.
Tristan poprawił chwyt na rękojeści, ale nie przyjął jeszcze pozycji bojowej. Stał nieruchomo, z każdym zmysłem napiętym do granic. Dźwięki, zapachy, światło – wszystko docierało do niego ostrzej niż zwykle, jakby ciało przeczuwało, że za chwilę rozpęta się piekło.
Zatrzymał wzrok na istocie prowadzonej w kajdanach przez dwóch aniołów.
Czerwone ślepia żarzyły się w półmroku niczym rozpalone węgle. Nie karmiono go od tygodni. Nieodwracalna już mutacja nie zaszła jeszcze w pełni.
Poszarzała skóra łuszczyła się i pękała na krawędziach. Porastała ją krótka, czarna sierść. Palce były zakończone szponami, a stopy przestały przypominać ludzkie. Z pleców wyrastały zarysy nietoperzych skrzydeł – groteskowe, wciąż nieuformowane do lotu, lecz wystarczająco przerażające.
Chłopak bezwiednie zrobił krok w tył, pot spływał mu po skroniach. Z trudem powstrzymywał się od ucieczki, która i tak oznaczałaby niepowodzenie.
Wyszczerzeni okrutnie aniołowie uwolnili stworzenie z łańcuchów. Potężne skrzydła uderzyły powietrze, gdy wzlecieli nad arenę.
Bestia natychmiast ruszyła do ataku. Ślina ciekła z pyska, a kły błyszczały w świetle księżyca. Ruchy miała nieskoordynowane, jakby nie mogła przywyknąć do zmian w ciele; chwiała się, ciężko sapiąc.
Gwałtownie stanęła i znieruchomiała, niczym kobra tuż przed uderzeniem. Przez chwilę sprawiała wrażenie, że coś w jej wnętrzu ożywiło dawnego człowieka. Bzdura, pomyślał Tristan. To nie wspomnienie ani resztka duszy, tylko chłodny instynkt. Skanowała go wzrokiem w poszukiwaniu luki w obronie. Druga szansa może się nie nadarzyć.
Chłopak natarł z mieczem na potwora, ale łapa wampira zablokowała cios. Złapała ostrze jak zwykły patyk. Tristan bez wahania przeciął grubą skórę, lecz stwór nawet nie jęknął i prawie nie krwawił.
Rozwarł szpony i zaczął nimi miotać na oślep. Gdyby dosięgnął przeciwnika, rozerwałby go bez wysiłku. Najwyraźniej jednak nie umiał jeszcze korzystać z nowego ciała, co dawało chłopakowi nadzieję na zwycięstwo.
Tristan ruszył ponownie. Dla zmyłki wymierzył cios w ramię, by ostatecznie zmienić tor i pchnąć ostrzem w drugą łapę.
Metal przeciął skórę.
Bestia zawyła gardłowo.
Uśmiech przemknął przez twarz chłopaka. Zgasł równie szybko, jak się pojawił. Rana była płytka. Nie sięgnęła mięśni, a krew niemal nie popłynęła. Wampir błyskawicznie odzyskał kontrolę.
Skoczyli na siebie jednocześnie.
Ostrze spotkało pazury.
Łomot stali mieszał się z rykiem potwora i urywanym oddechem ludzkiego przeciwnika.
Stwór parł naprzód. Tristan krok po kroku prowokująco oddawał mu przestrzeń. Liczył, że zwierzęca natura złapie przynętę.
Wreszcie cofnął się gwałtownie i opuścił rękojeść miecza, by udać słabość. Bestia nie zareagowała tak, jak przewidział – zamiast zaszarżować po ziemi, jednym susem skoczyła na oponenta.
Zanim umysł zareagował, wyćwiczone ciało podjęło walkę. Chłopak uniósł oręż i ciął w dół, schodząc z linii ataku.
Za wolno.
Trafił stwora, lecz w tej samej chwili pazury przebiły mu bark jak haki i rozerwały mięsień z brutalną łatwością. Kość pękła, ramię oderwało się od stawu. Wykręcone nienaturalnie, zwisało teraz na strzępie włókien.
Kiedy potwór wyrwał szpony, krew chlusnęła szerokim łukiem.
Niewyobrażalny ból uderzył Tristana, ale ten nie padł. Zmusił ciało do ruchu. Chwycił miecz w zdrową dłoń i pospiesznie się odsunął.
Z rany biło ciepło, pulsujące niczym światło. Z każdą utraconą kroplą krwi słabł, kolana uginały się pod ciężarem, którego nie czuł jeszcze chwilę temu. Świat falował.
Potwór natarł ponownie. Tristan uniósł ostrze, choć ręka mu drżała, a przed oczami majaczyły ciemne plamy. Uderzenie sparował krótkim, niepewnym zamachem.
Potem wyprowadzał ciosy na oślep. Ostrze zahaczyło o skórę wampira.
Nogi zmiękły mu jeszcze mocniej. Ziemia przysunęła się pod stopy niepokojąco szybko.
Tristan jednak trwał. Zsunął dłoń po rękojeści, podparł ciało resztkami woli i wykonał kolejny desperacki zamach.
Trafił. Wreszcie zranił przeciwnika na tyle, by zyskać na czasie.
Niestety wzrok mu mętniał, tętno dudniło jak dzwon pogrzebowy.
Czerwień kapała z ramienia, mimo to walczył, nie zważając na to, że każdy ruch przyspieszał wykrwawienie.
Jeszcze nie wszystko stracone.
Dopóki trwał, nie mógł uznać porażki. Dopóki czuł, wiedział, że żyje.
A życie, choć wisiało na włosku, wciąż mogło rozniecić ogień zdolny spalić tę bestię.
Potrząsnął głową, by otrzeźwić umysł.
Wampir klęczał, cicho skomląc. Patrzył na ranę, która powoli zaczynała się goić.
Tristan nie mógł dłużej zwlekać.
Musiał wrócić do Moon, zobaczyć Lavenę i jeszcze raz skosztować jej słodkich ust. W duchu obiecał sobie, że jeśli wyjdzie z tego żywy, już nigdy nie postawi stopy na arenie i naprawdę zajmie się pracą w winiarstwie.
Natarł, celując w szyję bestii. Ta nie reagowała, wciąż zawodziła z bólu. Tristan mimo cierpienia włożył całą pozostałą energię w uderzenie, które nigdy nie sięgnęło celu.
Potwór się odwrócił i zamaszystym ciosem łapy trafił w jelec miecza. Ostrze poleciało w piach. Nadgarstek chrupnął.
Zanim chłopak zdążył złapać oddech, wampir doskoczył na niego, by chwilę później wbić kły w szyję z siłą rozrywającą skórę i rozszarpującą tętnice.
Tristan zawył, krew trysnęła. Automatycznie sięgnął dłonią do rany, ale palce tylko ślizgały się po mięsie.
Oddychał spazmatycznie, lecz zamiast tlenu do gardła spływała gorąca posoka. Krztusił się i charczał, walcząc o każde uderzenie serca, jakby jeszcze mógł cofnąć to, co go spotkało.
Padł na kolana, potem na bok.
Życie opuszczało chłopaka powoli.
Uciekło przez drżące palce i rozchylone wargi, niczym pieśń urwana w połowie wersu.