Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kroniki marsjańskie - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 września 2026
2765 pkt
punktów Virtualo

Kroniki marsjańskie - ebook

Ray Bradbury, jeden z najpopularniejszych dwudziestowiecznych pisarzy amerykańskich, zachwycał pokolenia czytelników nastrojowymi opowieściami science fiction, fantasy i grozy. W tym niezwykłym zbiorze zebrano trzy najpopularniejsze książki tego autora. Kroniki marsjańskie/Człowiek Ilustrowany/Złociste jabłka słońca to ponadczasowe historie dla czytelników w każdym wieku, niezależnie od upodobań.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-69-1
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

STYCZEŃ 1999: RAKIETOWE LATO

Sty­czeń 1999:

rakie­towe lato

W jed­nej chwili w Ohio pano­wała zima, jak zwy­kle – poza­my­kane drzwi, zatrza­śnięte okna, bielmo szronu powle­ka­jące szyby, dachy obwie­szone frędz­lami sopli. Dzieci jeź­dziły na nar­tach, kobiety wędro­wały ciężko sku­tymi lodem uli­cami i w swych futrza­nych płasz­czach przy­po­mi­nały wiel­kie czarne niedź­wie­dzie.

I nagle mia­steczko ogar­nęła fala cie­pła. Powódź roz­grza­nego powie­trza; zupeł­nie jakby ktoś zosta­wił otwarte drzwi pie­karni. Gorąco pul­so­wało pomię­dzy domami, krza­kami i grup­kami dzieci. Sople opa­dły, łamiąc się i top­nie­jąc. Drzwi otwarły się na oścież. Okna unio­sły w górę. Dzieci zrzu­ciły weł­niane ubra­nia. Kobiety pozbyły się niedź­wie­dzich kostiu­mów. Śnieg znik­nął, uka­zu­jąc zie­lone zeszło­roczne traw­niki.

_Rakie­towe lato._ Słowa te wędro­wały z ust do ust ludzi sto­ją­cych w otwar­tych na prze­strzał domach. _Rakie­towe lato._ Cie­płe pustynne powie­trze odmie­niało malunki szronu na szy­bach, niwe­cząc zimowe dzieła sztuki. Narty i sanki stały się nagle bez­u­ży­teczne. Śnieg pada­jący na mia­sto z chmur­nego nieba prze­mie­nił się w gorący deszcz, zanim jesz­cze dotknął ziemi.

_Rakie­towe lato_. Ludzie wychy­lali się z ocie­ka­ją­cych wodą werand, obser­wu­jąc poczer­wie­niałe niebo.

Rakieta leżała na polu star­to­wym, wydmu­chu­jąc z sie­bie różowe chmury ognia i hut­ni­czego gorąca. W mroźny zimowy pora­nek każ­dym tchnie­niem swych potęż­nych sil­ni­ków przy­wo­ły­wała lato. Jej dech odmie­nił kli­mat i przez krótką chwilę w oko­licy zapa­no­wał lipiec…LUTY 1999: YLLA

Luty 1999:

Ylla

Ich dom, wsparty na krysz­ta­ło­wych fila­rach, stał na pla­ne­cie Mars na skraju pustego morza. Co ranka można było ujrzeć panią K, jak jadła zło­ci­ste owoce wyra­sta­jące z kry­sta­licz­nych ścian albo też sprzą­tała za pomocą garstki magne­tycz­nego pyłu, który uno­sząc ze sobą cały brud, ula­ty­wał z gorą­cym wia­trem. Popo­łu­dniami, gdy ska­mie­niałe morze było cie­płe i nie­ru­chome, a drzewa winne tkwiły sztywno na dzie­dzińcu, pod­czas gdy odle­głe maleń­kie kościane mia­steczko zamy­kało się w swych murach i nikt nie opusz­czał budyn­ków, pan K zasia­dał w swoim pokoju, gdzie czy­tał meta­lową księgę zapi­saną wypu­kłymi hie­ro­gli­fami, które muskał dło­nią niczym muzyk gra­jący na har­fie. Pod jego doty­kiem z książki odzy­wał się głos – miękki, pra­dawny głos, snu­jący śpiew­nie histo­rie o cza­sach, gdy morze było pełne rudej piany, a sta­ro­żytni ludzie toczyli bitwy, zbrojni w chmary meta­lo­wych owa­dów i elek­trycz­nych pają­ków.

Pan i pani K miesz­kali nad mar­twym morzem od dwu­dzie­stu lat. Ich przod­ko­wie od dzie­się­ciu wie­ków żyli w tym samym domu, obra­ca­ją­cym się w ślad za słoń­cem niczym wielki kwiat.

Pan i pani K nie byli sta­rzy. Mieli jasną, brą­zo­wawą cerę praw­dzi­wych Mar­sjan, żółte okrą­głe oczy, łagodne melo­dyjne głosy. Kie­dyś lubili malo­wać obrazy che­micz­nym ogniem, pły­wać w kana­łach w sezo­nie, gdy drzewa winne wypeł­niały je zie­lo­nymi sokami, i dys­ku­to­wać do świtu w bla­sku błę­kit­nych fos­fo­ry­zu­ją­cych por­tre­tów w pokoju roz­mów.

Teraz nie byli już szczę­śliwi.

Tego ranka pani K sta­nęła pomię­dzy fila­rami i słu­chała, jak pia­ski pustyni roz­grze­wają się, topią niczym żółty wosk i ście­kają za hory­zont.

Coś miało się wyda­rzyć.

Cze­kała.

Patrzyła w błę­kitne niebo Marsa, jakby w każ­dej chwili mogło unieść się w bole­snym skur­czu i wypu­ścić z sie­bie lśniący cud, który opad­nie na pia­sek.

Nic się nie działo.

Znu­żona cze­ka­niem, prze­szła pomię­dzy zamglo­nymi kolum­nami. Z ich roz­chy­lo­nych szczy­tów try­snęła drobna mżawka, chło­dząc roz­pa­lone powie­trze i łagod­nie ście­ka­jąc jej po skó­rze. W gorące dni przy­po­mi­nało to bro­dze­nie w potoku. Posadzki w domu lśniły od setek chłod­nych stru­mycz­ków. W dali sły­szała męża, który nie­stru­dze­nie grał na swej książce. Stare pie­śni ni­gdy nie nudziły jego pal­ców. Pani K pra­gnęła, aby kie­dyś poświę­cił jej tyle czasu, co swoim nie­zwy­kłym księ­gom, tuląc ją i piesz­cząc niczym maleńką harfę.

Ale nie. Potrzą­snęła wyro­zu­miale głową, nie­mal nie­do­strze­gal­nie wzru­sza­jąc ramio­nami. Jej powieki opa­dły wolno, skry­wa­jąc zło­ci­ste oczy. Mał­żeń­stwo spra­wia, że ludzie, choć na­dal mło­dzi, popa­dają w rutynę sta­ro­ści.

Wycią­gnęła się na fotelu, który bez­zwłocz­nie dopa­so­wał się do jej ciała. Mocno zamknęła oczy.

Natych­miast zmo­rzył ją sen.

Jej brą­zowe palce zadrżały i unio­sły się, chwy­ta­jąc powie­trze. Chwilę póź­niej usia­dła gwał­tow­nie, zdu­miona, dysząc gło­śno.

Rozej­rzała się szybko, jakby ocze­ki­wała, że kogoś ujrzy. Prze­żyła zawód; prze­strzeń pomię­dzy fila­rami pozo­sta­wała pusta.

W trój­kąt­nych drzwiach poja­wił się jej mąż.

– Woła­łaś mnie? – spy­tał z iry­ta­cją.

– Nie! – zapro­te­sto­wała.

– Zda­wało mi się, że sły­szę twój krzyk.

– Naprawdę? Pra­wie już spa­łam i mia­łam sen!

– Za dnia? Nie­czę­sto ci się to zda­rza.

Pani K sie­działa bez ruchu, jakby ów sen ude­rzył ją pro­sto w twarz.

– Jakie to dziwne, jak bar­dzo dziwne – mam­ro­tała. – Ten sen.

– Ach tak? – Jej mąż naj­wy­raź­niej pra­gnął powró­cić do swo­jej książki.

– Śnił mi się męż­czy­zna…

– Męż­czy­zna?

– Wysoki, sześć stóp i cal.

– To absur­dalne; byłby olbrzy­mem, nie­zdar­nym olbrzy­mem.

– W jakiś spo­sób… – usi­ło­wała zna­leźć wła­ściwe słowa – wyglą­dał nor­mal­nie. Mimo swo­jego wzro­stu. A jego oczy – och, wiem, pomy­ślisz pew­nie, że to nie­mą­dre – jego oczy były nie­bie­skie!

– Nie­bie­skie oczy! Bogo­wie! – wykrzyk­nął pan K. – Co przy­śni ci się następ­nym razem? Może jesz­cze miał czarne włosy?

– Skąd wiesz? – Była wyraź­nie pod­nie­cona.

– Wybra­łem naj­mniej praw­do­po­dobny kolor – odparł chłodno.

– Naprawdę były czarne! Miał też bar­dzo białą skórę… Och! Był naprawdę nie­zwy­kły. Ubrany w dzi­waczny mun­dur, zstą­pił z nieba i prze­mó­wił do mnie grzecz­nie.

Uśmiech­nęła się.

– Z nieba! Też mi bzdura!

– Przy­był w meta­lo­wej kon­struk­cji, lśnią­cej jak słońce – wspo­mi­nała. Przy­mknęła oczy, pró­bu­jąc przy­wo­łać ulotną wizję. – Śni­łam, że patrzę w niebo, na któ­rym roz­bły­sła nagle iskra, niczym moneta rzu­cona w powie­trze. Wkrótce plama świa­tła stała się więk­sza i opa­dła miękko ku ziemi – długa, srebrna i zupeł­nie obca. W jed­nej ze sre­brzy­stych ścian otwarły się drzwi i wyszedł z nich wysoki męż­czy­zna.

– Gdy­byś cię­żej pra­co­wała, nie mia­ła­byś głu­pich snów.

– Nawet mi się podo­bał – odparła, ukła­da­jąc się wygod­niej. – Ni­gdy nie posą­dza­łam sie­bie o tak bogatą wyobraź­nię. Czarne włosy, nie­bie­skie oczy i biała skóra! Co za dziwny czło­wiek, a prze­cież cał­kiem przy­stojny.

– Pobożne życze­nia.

– Nie bądź taki. Nie wymy­śli­łam go spe­cjal­nie. Po pro­stu poja­wił się w mojej gło­wie, kiedy zapa­dłam w drzemkę. Wszystko to zupeł­nie nie przy­po­mi­nało snu – było tak nie­spo­dzie­wane i inne. Spoj­rzał na mnie i powie­dział: „Przy­by­wam moim stat­kiem z trze­ciej pla­nety. Nazy­wam się Natha­niel York…”.

– To idio­tyczne imię; nikt takiego nie nosi – zapro­te­sto­wał mąż.

– Oczy­wi­ście, że idio­tyczne, pocho­dzi prze­cież ze snu – wyja­śniła cicho. – I rzekł: „To Pierw­sza Wyprawa Kosmiczna. W statku jest nas tylko dwóch, ja i mój przy­ja­ciel Bert”.

– Jesz­cze jedno głu­pie imię.

– Powie­dział też: „Przy­by­wamy z mia­sta na Ziemi; tak nazywa się nasza pla­neta” – cią­gnęła dalej pani K. – To jego słowa; Zie­mia, takiej nazwy użył. Posłu­gi­wał się też obcym języ­kiem. W jakiś spo­sób zdo­ła­łam go zro­zu­mieć. Samym umy­słem. Pew­nie to tele­pa­tia.

Pan K odwró­cił się, przy­sta­nął jed­nak na wezwa­nie żony.

– Yll? – zawo­łała cicho. – Zasta­na­wia­łeś się kie­dy­kol­wiek, czy… no cóż, czy na trze­ciej pla­ne­cie naprawdę żyją ludzie?

– Trze­cia pla­neta nie nadaje się do życia – odparł cier­pli­wie mąż. – Nasi naukowcy stwier­dzili, że w jej atmos­fe­rze jest sta­now­czo zbyt wiele tlenu.

– Pomyśl jed­nak, czyż nie byłoby to fascy­nu­jące, gdyby rze­czy­wi­ście tam żyli i wyru­szyli w prze­strzeń jakimś stat­kiem?

– Naprawdę, Ylla, wiesz, że nie zno­szę emo­cjo­nal­nych wybu­chów. Wra­caj do pracy.

* * *

Póź­niej tego samego dnia, krą­żąc pomię­dzy szem­rzą­cymi desz­czo­wymi fila­rami, zaczęła śpie­wać pio­senkę, powta­rza­jąc ją raz za razem bez końca.

– Co to za pieśń? – wark­nął jej mąż, sia­da­jąc przy ogni­stym stole.

– Nie wiem. – Unio­sła zasko­czona wzrok, z nie­do­wie­rza­niem zakry­wa­jąc usta dło­nią.

Słońce zacho­dziło. W gasną­cym świe­tle dom zamy­kał się niczym olbrzymi kwiat. Mię­dzy kolum­nami świ­stał wiatr; pośrodku ogni­stego stołu bul­go­tała kałuża sre­brzy­stej lawy. Wiatr poru­szał rdza­wymi wło­sami kobiety, szep­cząc jej cicho do uszu. Stała w mil­cze­niu, zapa­trzona w bez­kre­sną, płową dal mor­skiego dna, jakby przy­wo­ły­wała jakieś wspo­mnie­nie. Jej żółte oczy były mięk­kie i wil­gotne.

– Wznieś toast, oczu two­ich mowa uczu­cie me zaklina… – zain­to­no­wała cicho, powoli. – Twój poca­łu­nek w szkle zamknięty słod­szy mi jest od wina. – Z zamknię­tymi oczyma, poru­sza­jąc deli­kat­nie dłońmi na wie­trze, zanu­ciła melo­dię.

Pieśń była bar­dzo piękna.

– Ni­gdy wcze­śniej tego nie sły­sza­łem. Sama ją uło­ży­łaś? – spy­tał mąż, obser­wu­jąc ją uważ­nie.

– Nie. Tak. Naprawdę nie wiem. – Zawa­hała się, oszo­ło­miona. – Nie mam nawet poję­cia, co to za słowa. Są w innym języku.

– W jakim?

Jak odrę­twiała wrzu­ciła por­cję mięsa do bul­go­czą­cej lawy.

– Nie wiem. – Po chwili wyjęła je upie­czone i podała mu na tale­rzu. – Pew­nie wymy­śli­łam to wszystko. To sza­leń­stwo. Nie mam poję­cia dla­czego.

Nie odpo­wie­dział. Patrzył, jak topiła płaty mięsa w syczą­cym zbior­niku ognia. Słońce już zaszło. Noc powoli sączyła się do pokoju, pochła­nia­jąc kolumny i ich samych niczym ciemne wino oble­wa­jące sufit. Ich twa­rze oświe­tlał jedy­nie sre­brzy­sty blask lawy.

Kobieta znów zanu­ciła dziwną pieśń.

Jej mąż natych­miast zerwał się z krze­sła i unie­siony gnie­wem wypadł z pokoju.

* * *

Póź­niej samot­nie dokoń­czył kola­cję.

Kiedy wstał, prze­cią­gnął się, zer­k­nął na nią i ziew­nął.

– Może weź­miemy pło­mie­ni­ste ptaki i pole­cimy do mia­sta, aby się zaba­wić?

– Chyba nie mówisz poważ­nie? Dobrze się czu­jesz?

– Co w tym takiego dziw­nego?

– Od sze­ściu mie­sięcy nie odda­wa­li­śmy się roz­ryw­kom.

– Uwa­żam, że to dobry pomysł.

– Cóż za nagła tro­ska? – zdzi­wiła się.

– Nie mów tak – odparł roz­draż­niony. – Chcesz jechać czy nie?

Kobieta spoj­rzała na bladą pusty­nię. Dwa białe bliź­nia­cze księ­życe już wze­szły. Wokół jej stóp szem­rała zimna woda. Kobieta zadrżała. Jakże pra­gnęła pozo­stać tu i sie­dzieć w pokoju cicho, bez ruchu, póki nie wyda­rzy się to, na co cze­kała przez cały dzień. Rzecz nie­praw­do­po­dobna, a prze­cież moż­liwa. W jej umy­śle zadźwię­czała zbłą­kana nuta.

– Ja…

– Dobrze ci to zrobi – nale­gał. – No chodź.

– Jestem zmę­czona – odparła. – Może kiedy indziej.

– Masz tu szal. – Podał jej ampułkę. – Od mie­sięcy ni­gdzie się nie wypra­wia­li­śmy.

– Dwa razy w tygo­dniu odwie­dzasz mia­sto Xi – przy­po­mniała, nie patrząc na niego.

– W inte­re­sach – odrzekł.

– Ach tak? – szep­nęła do sie­bie.

Z ampułki wylał się płyn, błę­kitna mgiełka, która dygo­cząc, otu­liła jej szyję.

* * *

Ogni­ste ptaki już cze­kały, poły­sku­jąc na gład­kim, chłod­nym pia­sku niczym garść roz­ża­rzo­nych węgli. Biały bal­da­chim, uwią­zany do pta­ków tysią­cem zie­lo­nych wstą­żek, wydy­mał się na noc­nym wie­trze, łopo­cząc cicho.

Ylla uło­żyła się na bia­łym łożu, a wów­czas posłuszne słowu jej męża ptaki zerwały się z ziemi i niczym stado iskier wzle­ciały w mroczne niebo. Wstęgi napięły się, pocią­ga­jąc bal­da­chim. Pia­sek z jękiem umknął w dal. Prze­pły­wali nad nie­bie­skimi wzgó­rzami, pozo­sta­wia­jąc za sobą swój dom, desz­czowe filary, kwiaty zamknięte w klat­kach, śpie­wa­jące księgi, szep­czące na posadz­kach stru­mie­nie. Kobieta nie patrzyła na męża. Sły­szała, jak wykrzy­ki­wał coś do pta­ków, gdy wzno­siły się w górę niby dzie­sięć tysięcy roz­pa­lo­nych ogni­stych dro­bin, czer­wono-żół­tych fajer­wer­ków. Smuga ognia fru­nęła z wia­trem, cią­gnąc za sobą biały żagiel, samotny pła­tek wiel­kiego kwiatu.

Nie spoj­rzała nawet na zni­ka­jące w dole mar­twe pra­dawne mia­sta ani na stare kanały, wypeł­nione pustką i snami. Lecieli, mija­jąc suche rzeki i jeziora, niczym cień księ­życa, pło­nąca pochod­nia.

Ylla spo­glą­dała w niebo.

Jej mąż ode­zwał się cicho.

Patrzyła w dal.

– Sły­sza­łaś, co powie­dzia­łem?

– Co?

Powoli wypu­ścił powie­trze.

– Mogła­byś uwa­żać.

– Myśla­łam o czymś.

– Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że pociąga cię natura, a prze­cież dziś wyraź­nie zapa­trzy­łaś się w niebo – rzekł.

– Jest bar­dzo piękne.

– Zasta­na­wia­łem się… – oznaj­mił wolno mąż. – Pomy­śla­łem, że może zadzwo­nię dziś do Hul­lego. Chciał­bym go uprze­dzić, że wybie­rzemy się w Góry Błę­kitne i spę­dzimy tam tydzień czy dwa. Na razie to tylko pomysł, ale…

– Góry Błę­kitne! – Jej dłoń zaci­snęła się na skraju żagla.

– To tylko luźna pro­po­zy­cja.

– Kiedy chcesz jechać? – spy­tała, dygo­cząc.

– Może jutro rano? Wiesz, lepiej zacząć od razu i tak dalej – odparł, jak gdyby ni­gdy nic.

– Ale prze­cież nie jeź­dzimy tam tak wcze­śnie w roku!

– Uzna­łem, że mogli­by­śmy spró­bo­wać. – Uśmiech­nął się. – Wyjazd dobrze nam zrobi. Tro­chę spo­koju i ciszy, no wiesz. Nie masz chyba innych pla­nów? Poje­dziemy, prawda?

Kobieta ode­tchnęła, odcze­kała chwilę, po czym odparła:

– Nie.

– Co takiego?! – Jego krzyk spło­szył ptaki. Żagiel zako­ły­sał się gwał­tow­nie.

– Nie – powtó­rzyła sta­now­czo. – Już zde­cy­do­wa­łam. Nie jadę.

Zmie­rzył ją wzro­kiem. Potem już nie roz­ma­wiali. Odwró­ciła głowę.

Ptaki fru­nęły dalej, dzie­sięć tysięcy ogni­stych róż­dżek uno­szo­nych wia­trem.

* * *

O świ­cie pro­mie­nie słońca prze­ni­ka­jące przez krysz­tał kolumn sto­piły opar pod­trzy­mu­jący śpiącą Yllę. Przez całą noc uno­siła się nad pod­łogą na mięk­kim posła­niu z mgły wyle­wa­ją­cej się ze ścian. Uśpiona, pła­wiła się w nur­cie mil­czą­cej rzeki niczym łódź nie­siona falą przy­pływu. Teraz słońce wypa­liło opar, poziom mgły obni­żył się, skła­da­jąc kobietę na brzegu jawy.

Otwarła oczy i ujrzała nad sobą męża.

Wyglą­dał, jakby stał nad nią od paru godzin, obser­wu­jąc ją. Nie wie­działa dla­czego, nie potra­fiła jed­nak spoj­rzeć mu pro­sto w oczy.

– Znów mia­łaś majaki – oznaj­mił. – Mówi­łaś przez sen i obu­dzi­łaś mnie. Naprawdę uwa­żam, że powin­naś pomó­wić z dok­to­rem.

– Nic mi nie jest.

– Papla­łaś jak najęta.

– Naprawdę? – zdu­miała się.

W pokoju pano­wał chłód poranka. Gdy tak leżała, czuła, jak wypeł­nia ją szary brzask.

– Co ci się śniło?

Zasta­no­wiła się przez moment, usi­łu­jąc sobie przy­po­mnieć.

– Sta­tek. Znów przy­był z nieba, wylą­do­wał i wyszedł z niego wysoki męż­czy­zna, który prze­mó­wił do mnie, żar­tu­jąc i śmie­jąc się. To było bar­dzo przy­jemne.

Pan K dotknął kolumny. Natych­miast wystrze­liły z niej fon­tanny cie­płej paru­ją­cej wody, prze­ga­nia­jąc chłód. Twarz męż­czy­zny niczego nie wyra­żała.

– A potem – cią­gnęła dalej kobieta – ten czło­wiek o dziw­nym imie­niu, Natha­niel York, powie­dział, że jestem piękna, i… poca­ło­wał mnie.

– Ha! – wykrzyk­nął mąż, gwał­tow­nie odwra­ca­jąc głowę. Jego szczęki zaci­snęły się nagle.

– To tylko sen – rzu­ciła z roz­ba­wie­niem.

– Zatrzy­maj swoje głu­pie bab­skie sny dla sie­bie!

– Zacho­wu­jesz się jak dziecko. – Odchy­liła głowę, wsparta na resztce che­micz­nego oparu. Po chwili zaśmiała się cicho. – Przy­po­mnia­łam sobie coś jesz­cze z tego snu – wyznała.

– Co to było? Co?! – wykrzyk­nął.

– Yll, jesteś strasz­nie zły.

– Powiedz mi! – zażą­dał. – Nie możesz mieć przede mną sekre­tów.

Spo­glą­dał na nią z góry z gniewną, zachmu­rzoną twa­rzą.

– Ni­gdy dotąd takim cię nie widzia­łam – odparła z mie­sza­niną zdu­mie­nia i roz­ba­wie­nia. – To nic wiel­kiego. Ten nie­zna­jomy, Natha­niel York, powie­dział mi… cóż, powie­dział, że zabie­rze mnie na swój sta­tek i dalej, w niebo, że polecę z nim na jego pla­netę. To naprawdę śmieszne.

– Ach tak, śmieszne! – krzyk­nął. – Powin­naś posłu­chać samej sie­bie. Łasi­łaś się do niego, roz­ma­wia­łaś z nim, śpie­wa­łaś. Och, bogo­wie, trzeba było sie­bie sły­szeć!

– Yll!

– Kiedy ląduje? Gdzie posa­dzi swój prze­klęty sta­tek?

– Yll, nie pod­noś głosu.

– Niech licho porwie mój głos! – Nachy­lił się nad nią sztywno. – A w twoim śnie – chwy­cił prze­gub żony – czyż sta­tek nie wylą­do­wał tu, w Zie­lo­nej Doli­nie? Odpo­wiedz!

– Ależ tak…

– I to dziś po połu­dniu, prawda? – nale­gał.

– Ow­szem, tak mi się zdaje. Ale tylko we śnie!

– No – ode­pchnął jej rękę – przy­naj­mniej mówisz prawdę. Sły­sza­łem każde słowo, które wypo­wie­dzia­łaś we śnie. Cały czas wspo­mi­na­łaś dolinę.

Oddy­cha­jąc gło­śno, wędro­wał pomię­dzy fila­rami niczym czło­wiek ośle­piony bły­ska­wicą. Powoli jego oddech wra­cał do normy. Kobieta patrzyła na niego, jakby osza­lał. Wresz­cie wstała i pode­szła do męża.

– Yll – szep­nęła.

– Nic mi nie jest.

– Jesteś chory.

– Nie. – Zmu­sił znu­żoną twarz do uśmie­chu. – To tylko dzie­ci­nada. Wybacz mi, kochana. – Pokle­pał ją lekko. – Ostat­nio zbyt wiele pra­co­wa­łem. Prze­pra­szam. Chyba położę się na chwilę.

– Byłeś taki pod­eks­cy­to­wany.

– Już mi prze­szło. Wszystko w porządku. – Wypu­ścił powie­trze. – Zapo­mnijmy o tym. Wiesz, wczo­raj sły­sza­łem dow­cip o Uelu. Zamie­rza­łem ci go powtó­rzyć. Co powiesz na to, żebyś przy­rzą­dziła śnia­da­nie, a ja opo­wiem dow­cip i nie wspo­mnimy już o tym wię­cej?

– To był tylko sen.

– Oczy­wi­ście. – Mecha­nicz­nie poca­ło­wał ją w poli­czek. – Tylko sen.

* * *

W połu­dnie gorące słońce stało wysoko na nie­bie. Wzgó­rza migo­tały w jego bla­sku.

– Nie wybie­rasz się do mia­sta? – spy­tała Ylla.

– Do mia­sta? – Lekko uniósł brwi.

– Prze­cież dzi­siaj jest dzień, kiedy zawsze jeź­dzisz do mia­sta. – Popra­wiła sto­jącą na postu­men­cie kwietną klatkę. Kwiaty poru­szyły się, otwie­ra­jąc zgłod­niałe żółte pyszczki.

Zamknął książkę.

– Nie. Jest za gorąco i zbyt późno.

– Ach tak. – Zosta­wiw­szy klatkę, ruszyła ku drzwiom. – Nie­długo wrócę.

– Chwi­leczkę! Dokąd idziesz?

Odwró­ciła się już w progu.

– Do Pao. Zapro­siła mnie.

– Dziś?

– Dawno jej nie widzia­łam. To nie­da­leko.

– W Zie­lo­nej Doli­nie, prawda?

– Ow­szem. Krótki spa­ce­rek. Pomy­śla­łam, że… – Potok pośpiesz­nych słów nagle się urwał.

– Prze­pra­szam, naprawdę prze­pra­szam. – Mąż pod­biegł do niej i wpro­wa­dził ją do środka, nie­zwy­kle zakło­po­tany wła­snym roz­tar­gnie­niem. – Wyle­ciało mi to z głowy. Zapro­si­łem na dziś dok­tora Nlle.

– Dok­tora Nlle!

Cof­nęła się w stronę drzwi.

Chwy­cił ją za łokieć i pocią­gnął ku sobie.

– Tak, ale Pao…

– Pao może zacze­kać, Ylla. Musimy przy­jąć Nllego.

– Tylko na chwilę…

– Nie, Ylla.

– Nie?

Potrzą­snął głową.

– Nie. Zresztą Pao wcale nie mieszka tak bli­sko. Po dru­giej stro­nie Zie­lo­nej Doliny, za Wiel­kim Kana­łem, i jesz­cze dalej. Zga­dza się? Wkrótce będzie bar­dzo gorąco. A poza tym dok­tor Nlle ucie­szy się na twój widok. I co?

Nie odpo­wie­działa. Pra­gnęła wyrwać się i uciec. Krzy­czeć na głos. Jed­nakże usia­dła tylko na krze­śle, powoli wyła­mu­jąc palce i wpa­tru­jąc się w nie bez wyrazu, schwy­tana w pułapkę.

– Ylla? – mruk­nął. – Będziesz tu, prawda?

– Tak – odparła po dłu­giej chwili. – Będę.

– Przez całe popo­łu­dnie?

Jej głos zabrzmiał głu­cho.

– Przez całe popo­łu­dnie.

* * *

Czas mijał, a dok­tor Nlle się nie poja­wił. Mąż Ylli nie był tym spe­cjal­nie zdu­miony. Póź­nym popo­łu­dniem mruk­nął coś, pod­szedł do szafy i wyjął z niej zło­wrogą broń – długą żół­tawą tuleję, zakoń­czoną mie­chem i spu­stem. Gdy się odwró­cił, zoba­czyła, że jego twarz zakrywa wykuta ze sre­brzy­stego metalu bez­na­miętna maska, którą zakła­dał zawsze, kiedy pra­gnął zacho­wać dla sie­bie swe uczu­cia; maska przy­le­gała dokład­nie do kan­cia­stych policz­ków, pod­bródka i czoła. Metal lśnił, a mąż Ylli obra­cał w dło­niach broń. Strzelba brzę­czała nie­ustan­nie niczym ogromny owad. Za naci­śnię­ciem spu­stu wyrzu­cała z sie­bie z piskiem roje zło­ci­stych psz­czół – strasz­li­wych psz­czół, które wbi­jały w ofiarę zatrute żądła i padały mar­twe na pia­sek niczym garść suchych nasion.

– Dokąd idziesz? – spy­tała.

– Pro­szę? – Męż­czy­zna przy­ło­żył ucho do mie­cha, zasłu­chany w zło­wiesz­cze bzy­cze­nie. – Skoro dok­tor Nlle się spóź­nia, nie zamie­rzam na niego cze­kać. Wybiorę się na polo­wa­nie. Wkrótce wrócę. Ty jed­nak zosta­niesz tu, prawda? – Sre­brzy­sta maska roz­bły­sła.

– Tak.

– Powiedz dok­to­rowi, że nie­długo się zja­wię. To tylko drobne polo­wa­nie.

Trój­kątne drzwi się zamknęły. Odgłos jego kro­ków ucichł za wzgó­rzem.

Odpro­wa­dzała go wzro­kiem, póki nie znik­nął wśród plam sło­necz­nego bla­sku. Następ­nie pod­jęła codzienną pracę, roz­rzu­ca­jąc magne­tyczny pył i zbie­ra­jąc owoce wyra­sta­jące z krysz­ta­ło­wych ścian. Odda­wała się swym zaję­ciom z ener­gią i zapa­łem, od czasu do czasu jed­nak ogar­niało ją zobo­jęt­nie­nie – i nagle uświa­da­miała sobie, że śpiewa ową dziwną, wpa­da­jącą w ucho pieśń i spo­gląda poprzez kolumny z krysz­tału w niebo.

Wstrzy­my­wała oddech, sta­jąc bez ruchu. Cze­kała.

Zbli­żało się.

Mogło nastą­pić w każ­dej chwili.

Czuła się zupeł­nie jak w jeden z tych dni, kiedy sły­szymy nad­cią­ga­jącą burzę. Wokół panuje pełna napię­cia cisza i nagle ciśnie­nie zmie­nia się nie­po­strze­że­nie, w miarę jak burza wędruje nad zie­mią wśród podmu­chów wia­tru, kłę­bów mgły i cieni. Powie­trze napiera nam na uszy, kiedy tak tkwimy zawie­szeni w ocze­ki­wa­niu na nadej­ście burzy. Zaczy­namy dygo­tać. Niebo ciem­nieje, jego barwa pogłę­bia się, chmury gęst­nieją; góry nabie­rają odcie­nia stali. Zamknięte w klat­kach kwiaty wydają z sie­bie słabe ostrze­gaw­cze wes­tchnie­nia. Czu­jemy, jak nasze włosy powoli się poru­szają. Gdzieś w domu zegar wyśpie­wuje cicho: „Czas, czas, czas, czas…” niczym woda ska­pu­jąca na aksa­mit.

A potem przy­cho­dzi burza. Elek­tryczny blask, zasłony ciem­no­ści peł­nej odgło­sów czerni opa­dają na zie­mię, zamy­ka­jąc ją na zawsze w swych obję­ciach.

Tak było i teraz. Zbie­rało się na burzę, choć niebo pozo­stało czy­ste. Lada moment miał bły­snąć pio­run, choć nie było ani śladu chmur.

Ylla wędro­wała po wycze­ku­ją­cym let­nim domu. Bły­ska­wica mogła zaja­śnieć w każ­dej chwili; grom, chmura dymu i cisza, a potem kroki na ścieżce, stu­ka­nie do krysz­ta­ło­wych drzwi, ona zaś pobie­gnie, by otwo­rzyć…

Osza­la­łaś, Ylla!, upo­mniała samą sie­bie. Po co zaprzą­tasz swój próżny umysł zwa­rio­wa­nymi myślami?

I wów­czas to się zda­rzyło.

W powie­trzu roze­szła się fala gorąca, jakby po nie­bie prze­le­ciał potężny ogień. Roz­legł się wibru­jący świst. Na nie­bie roz­bły­sła meta­liczna iskierka.

Ylla krzyk­nęła na głos.

Prze­bie­ga­jąc mię­dzy fila­rami, sze­roko roz­warła drzwi i spoj­rzała wprost na wzgó­rza. Jed­nakże do tej chwili wszystko już znik­nęło.

Zamie­rzała ruszyć bie­giem w dół zbo­cza, powstrzy­mała się jed­nak. Miała tu zostać, ni­gdzie nie odcho­dzić. Mąż pognie­wałby się, gdyby ode­szła, a lekarz przy­był z wizytą.

Cze­kała przy drzwiach, oddy­cha­jąc szybko, wycią­ga­jąc przed sie­bie rękę.

Wytę­ża­jąc wzrok, spo­glą­dała w stronę Zie­lo­nej Doliny, nic jed­nak nie dostrze­gła.

Nie­mą­dra kobieta. Wró­ciła do środka. Ty i twoja wyobraź­nia, pomy­ślała. Nic tam nie było, tylko ptak, liść, wiatr, a może ryba w kanale. Usiądź. Odpocz­nij.

Usia­dła.

W dali huk­nął strzał.

Wyraźny, ostry dźwięk zło­wiesz­czej owa­dziej strzelby.

Całe jej ciało szarp­nęło się kon­wul­syj­nie.

Odgłos docho­dził z bar­dzo daleka. Jeden strzał. Bły­ska­wiczny bzyk odle­głych psz­czół. Jeden. A potem drugi, chłodny, dokładny i odle­gły.

Jej ciało sprę­żyło się ponow­nie i z nie­wia­do­mych przy­czyn sko­czyło na równe nogi, krzy­cząc, krzy­cząc bez ustanku. Jak opę­tana prze­bie­gła przez dom i ponow­nie sze­roko otwarła drzwi.

Echa zamie­rały w dali.

Uci­chły.

Przez pięć minut z poważną twa­rzą cze­kała na podwó­rzu. Wresz­cie, stą­pa­jąc powoli, ze zwie­szoną głową, zaczęła wędro­wać po peł­nych kolumn pomiesz­cze­niach, kła­dąc dło­nie na naj­róż­niej­szych przed­mio­tach. Jej wargi drżały. W końcu usia­dła. W pokoju dzien­nym zapa­dał zmrok i Ylla prze­tarła rąb­kiem szala bursz­ty­nowe szkło.

I wów­czas usły­szała dobie­ga­jący z dala odgłos kro­ków po kamy­kach.

Pod­nio­sła się z miej­sca, sta­jąc pośrodku cichego pokoju. Kie­li­szek wypadł z jej pal­ców i roz­trza­skał się na kawałki.

Tuż przed drzwiami kroki przy­sta­nęły.

Czy powinna prze­mó­wić? Może wykrzyk­nąć: „Wejdź, ach, wejdź!”?

Postą­piła parę kro­ków naprzód.

Czy­jaś dłoń prze­krę­ciła zatrzask.

Ylla uśmiech­nęła się w stronę wej­ścia.

Drzwi otwarły się i uśmiech kobiety znik­nął.

To był jej mąż. Srebrna maska lśniła mar­twym bla­skiem. Wszedł do pokoju i przez moment przy­glą­dał się jej, po czym otwo­rzył miech strzelby i wytrzą­snął z niego dwie mar­twe psz­czoły, które z pla­skiem ude­rzyły o pod­łogę. Roz­dep­tał je i umie­ścił pustą broń w rogu pomiesz­cze­nia, pod­czas gdy Ylla nachy­liła się, pró­bu­jąc zebrać odłamki strza­ska­nego szkła – bez powo­dze­nia.

– Co pora­bia­łeś? – spy­tała.

– Nic – odparł zwró­cony do niej ple­cami. Powoli zdjął maskę.

– Ale strzelba… Sły­sza­łam, jak strze­la­łeś. Dwu­krot­nie.

– Tylko polo­wa­łem. Od czasu do czasu lubię to. Czy przy­je­chał już dok­tor Nlle?

– Nie.

– Chwi­leczkę. – Z nie­sma­kiem pstryk­nął pal­cami. – Teraz dopiero sobie przy­po­mi­nam. Ma nas odwie­dzić jutro po połu­dniu. Co za dureń ze mnie.

Usie­dli do posiłku. Ylla spoj­rzała na jedze­nie, nie się­ga­jąc po nie.

– Co się stało? – spy­tał, cał­ko­wi­cie zaab­sor­bo­wany zanu­rza­niem mięsa w bul­go­czą­cej lawie.

– Nie wiem. Nie jestem głodna – odparła.

– Czemu?

– Nie mam poję­cia; po pro­stu nie jestem.

Na dwo­rze zry­wał się wiatr; słońce zacho­dziło. Mały pokój wydał jej się nagle nie­przy­jem­nie zimny.

– Pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć – rze­kła w ciszy do sie­dzą­cego naprze­ciwko chłod­nego, sztyw­nego, zło­to­okiego męża.

– Przy­po­mnieć sobie? Co? – Pocią­gnął łyk wina.

– Tę pieśń. Tę piękną wzru­sza­jącą pieśń. – Przy­mknęła oczy i zanu­ciła melo­dię, jed­nakże nie tę, o któ­rej wspo­mniała. – Zapo­mnia­łam ją. A to dziwne, bo wcale tego nie chcę. Pra­gnę na zawsze zapa­mię­tać te słowa. – Poru­szyła rękami, jakby rytm mógł jej pomóc przy­po­mnieć sobie zapo­mniane strofy. Po chwili odchy­liła się na krze­śle. – Nie pamię­tam – szep­nęła przez łzy.

– Czemu pła­czesz? – spy­tał.

– Nie wiem, nie wiem, ale nie mogę się powstrzy­mać. Jest mi smutno, nie mam poję­cia dla­czego. Pła­czę i nie wiem czemu. Ale nie mogę prze­stać.

Skryła twarz w dło­niach; jej ramiona uno­siły się i opa­dały.

– Jutro wszystko będzie dobrze – rzekł.

Nie patrzyła na niego. Widziała przed sobą jedy­nie pust­ko­wie i ośle­pia­jąco jasne gwiazdy, roz­bły­sku­jące na czar­nym nie­bie. Z dali dobiegł ją sko­wyt wia­tru i szum zim­nych wód w dłu­gich kana­łach. Dygo­cząc, zamknęła oczy.

– Tak – powie­działa. – Jutro wszystko będzie dobrze.SIERPIEŃ 1999: LETNIA NOC

Sier­pień 1999:

let­nia noc

Na kamien­nych gale­riach, wśród cieni zale­ga­ją­cych zbo­cza błę­kit­nych wzgórz, zebrały się grupki ludzi. Padały na nich mięk­kie wie­czorne świa­tło gwiazd i jasny blask dwóch księ­ży­ców Marsa. Poza mar­mu­ro­wym amfi­te­atrem w mroku i dali drze­mały mia­steczka i wille; zbior­niki sre­brzy­stej wody trwały w bez­ru­chu, sieć błysz­czą­cych kana­łów łączyła hory­zonty. Był letni wie­czór na spo­koj­nej, umiar­ko­wa­nej pla­ne­cie Mars. Na zie­lo­nych jak wino kana­łach uno­siły się łodzie, deli­katne niczym brą­zowe kwiaty. W dłu­gich, nie­koń­czą­cych się sie­dzi­bach, wiją­cych się wśród wzgórz niczym uśpione węże, kochan­ko­wie leżeli w chłod­nych noc­nych łożach, szep­cząc do sie­bie leni­wie. Ostat­nie grupki dzie­ciarni uga­niały się po ską­pa­nych w bla­sku pochodni ulicz­kach, ści­ska­jąc w dło­niach złote pająki, które wyrzu­cały przed sie­bie zwiewną mgiełkę sieci. Tu i ówdzie na sto­łach bul­go­tała sre­brzy­sta lawa i dopie­kały się spóź­nione kola­cje. W amfi­te­atrach setek miast po noc­nej stro­nie Marsa brą­zo­wo­skó­rzy Mar­sja­nie o oczach jak złote monety gro­ma­dzili się powoli, sku­pia­jąc uwagę na sto­ją­cych na sce­nach muzy­kach. Wzru­sza­jące melo­die roz­cho­dziły się w nie­ru­cho­mym powie­trzu niczym słodka woń kwia­tów.

Na jed­nej ze scen kobieta zain­to­no­wała pieśń.

Widow­nia zaszem­rała.

Kobieta urwała, uno­sząc dłoń do gar­dła. Ski­nęła głową akom­pa­nia­to­rom, któ­rzy pod­jęli prze­rwaną melo­dię.

Muzycy grali, a ona śpie­wała, i tym razem widow­nia wes­tchnęła, nachy­la­jąc się ku nim. Kilku męż­czyzn wstało nawet z miejsc. Po ple­cach zebra­nych prze­szedł zimny dreszcz. Pieśń, którą śpie­wała kobieta, była bowiem dziwna, prze­ra­ża­jąca i nie­znana. Śpie­waczka usi­ło­wała powstrzy­mać słowa cisnące się jej na usta, a brzmiały one tak:

_Idzie w Pięk­no­ści, jak noc, która kro­czy_

_w cichym gwiazd gro­nie przez bez­chmurne kraje;_

_Co cień i świa­tło w sobie kras jed­no­czy,_

_To w jej obli­czu i w jej oczach taje…_¹

Śpie­waczka przy­ci­snęła dło­nie do ust. Rozej­rzała się oszo­ło­miona.

– Co to za słowa? – pytali muzycy.

– Co to za pieśń?

– Co za język!

A kiedy ponow­nie zadęli w złote rogi, wylała się z nich fala obcej muzyki, która powoli spły­nęła po amfi­te­atrze. Słu­cha­cze tym­cza­sem zaczęli wsta­wać z miejsc, roz­ma­wia­jąc gło­śno.

– Co się z tobą dzieje? – pytali się nawza­jem muzycy.

– Jaką melo­dię zagra­łeś?

– A ty?

Kobieta roz­pła­kała się i ucie­kła ze sceny, widzo­wie zaś opu­ścili amfi­te­atr. Podobne wypadki zaszły we wszyst­kich ogar­nię­tych ner­wową gorączką mia­stach Marsa. Dosię­gło ich tchnie­nie chłodu niczym biały śnieg pada­jący z nieba.

W mrocz­nych ulicz­kach dzieci śpie­wały w bla­sku pochodni:

_…lecz tak się zda­rzyło, w szafce nic nie było,_

_I pies musiał obejść się sma­kiem!_

– Dzieci! – nawo­ły­wały głosy. – Co to za wier­szyk? Skąd go zna­cie?

– Wła­śnie go wymy­śli­li­śmy, ot tak. To tylko słowa, któ­rych nie rozu­miemy.

Trza­skały drzwi. Ulice opu­sto­szały. Ponad błę­kit­nymi wzgó­rzami wze­szła zie­lona gwiazda.

Na całej noc­nej pół­kuli Marsa kochan­ko­wie budzili się, sły­sząc swych naj­droż­szych nucą­cych w ciem­no­ści.

– Co to za melo­dia?

A w tysią­cach willi w środku nocy kobiety zry­wały się z krzy­kiem. Mężo­wie musieli uspo­ka­jać je, osu­szać spły­wa­jące po policz­kach łzy.

– No już dobrze, dobrze. Śpij. Co się stało? Mia­łaś zły sen?

– Ran­kiem wyda­rzy się coś strasz­nego.

– Nic się nie sta­nie, u nas wszystko dobrze.

Histe­ryczny szloch.

– To się zbliża coraz bar­dziej i bar­dziej!

– Nic się nie wyda­rzy. Co mogłoby nas spo­tkać? Śpij już. Śpij.

Nad ranem na Mar­sie pano­wała cisza. Świat przy­po­mi­nał czarną chłodną stud­nię, w wodach kana­łów odbi­jały się gwiazdy, a w poko­jach roz­brzmie­wały spo­kojne odde­chy. Dzieci kuliły się w łóż­kach, ści­ska­jąc w dło­niach pająki, kochan­ko­wie spali objęci, księ­życe już zaszły; wypa­lone pochod­nie były zimne, kamienne amfi­te­atry puste.

Jedy­nym dźwię­kiem mącą­cym spo­kój przed­świtu był głos noc­nego stróża, wędru­ją­cego w dali samotną ulicą i nucą­cego w ciem­no­ści nie­zwy­kłą pio­senkę…SIERPIEŃ 1999: ZIEMIANIE

sier­pień 1999:

zie­mia­nie

Kto­kol­wiek dobi­jał się do ich domu, nie miał zamiaru prze­stać. Pani Ttt gwał­tow­nie otwarła drzwi.

– Słu­cham?

– Mówi pani po angiel­sku? – Sto­jący przed nią męż­czy­zna wyda­wał się zasko­czony.

– Mówię jak mówię – odparła.

– To cudowna angielsz­czy­zna!

Nie­zna­jomy miał na sobie mun­dur. Towa­rzy­szyło mu trzech innych, wyraź­nie pod­eks­cy­to­wa­nych męż­czyzn. Uśmie­chali się; ich stroje pokry­wał kurz.

– Czego chce­cie? – spy­tała pani Ttt.

– Pani jest Mar­sjanką! – Męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej. – Z pew­no­ścią to słowo nic dla pani nie zna­czy. Pocho­dzi z języka Zie­mian. – Ski­nął głową w stronę swych towa­rzy­szy. – Przy­by­wamy z Ziemi. Ja jestem kapi­tan Wil­liams. Nie­całą godzinę temu wylą­do­wa­li­śmy na Mar­sie. I oto jeste­śmy! Druga Wyprawa! Przed nami była Pierw­sza Wyprawa, nie wiemy jed­nak, co się z nią stało. Ale my dotar­li­śmy tutaj. A pani jest pierw­szą Mar­sjanką, jaką spo­tka­li­śmy!

– Mar­sjanką? – Jej brwi powę­dro­wały w górę.

– Chcę przez to powie­dzieć, że mieszka pani na czwar­tej pla­ne­cie od Słońca. Zga­dza się?

– To oczy­wi­ste – wark­nęła, mie­rząc go wzro­kiem.

– A my – przy­ci­snął do piersi pulchną różową dłoń – pocho­dzimy z Ziemi. Zga­dza się, chłopcy?

– Tak jest! – zawtó­ro­wali mu chó­rem.

– To jest pla­neta Tyrr – poin­for­mo­wała ich – jeśli chce­cie użyć wła­ści­wej nazwy.

– Tyrr, Tyrr. – Kapi­tan zaśmiał się ze znu­że­niem. – Cóż za piękna nazwa! Ale, moja dobra kobieto, jak to moż­liwe, że mówi pani po angiel­sku?

– Ja nie mówię, ja myślę – odparła. – Tele­pa­tia! Miłego dnia!

I zatrza­snęła drzwi.

Chwilę póź­niej ów okropny męż­czy­zna znów zaczął stu­kać.

Szarp­nęła klamkę.

– Co znowu? – spy­tała.

Męż­czy­zna na­dal tam stał, oszo­ło­miony, i pró­bo­wał się uśmiech­nąć. Wycią­gnął ku niej ręce.

– Chyba pani nie rozu­mie…

– Czego? – prych­nęła.

Spoj­rzał na nią zdu­miony.

– Przy­by­wamy z Ziemi!

– Nie mam czasu – odparła. – Czeka mnie dziś mnó­stwo goto­wa­nia. Poza tym muszę posprzą­tać, prze­szyć parę rze­czy. Pew­nie chce­cie zoba­czyć się z panem Ttt; jest na górze, w swoim gabi­ne­cie.

– Zgoda – odparł Zie­mia­nin, wyraź­nie zagu­biony. – Chęt­nie spo­tkamy się z panem Ttt.

– Jest zajęty. – Znów trza­snęła drzwiami.

Tym razem puka­nie zabrzmiało wyjąt­kowo imper­ty­nencko.

– Pro­szę posłu­chać! – krzyk­nął męż­czy­zna na jej widok i pod­sko­czył, jakby chciał ją prze­ra­zić. – Nie tak trak­tuje się gości!

– Moja czy­sta pod­łoga! – zawo­łała. – Błoto! Wyno­cha! Jeśli chce­cie wejść do mojego domu, naj­pierw umyj­cie buty.

Męż­czy­zna spoj­rzał z despe­ra­cją na swe zabło­cone nogi.

– Nie czas na try­wialne roz­mówki – rzekł. – Powin­ni­śmy raczej świę­to­wać.

Przez długą chwilę przy­glą­dał się jej, jakby wzrok mógł spra­wić, by zro­zu­miała zna­cze­nie jego słów.

– Jeśli przez was opadną mi krysz­ta­łowe bułeczki w pie­kar­niku – rzu­ciła – zbiję was kawał­kiem drewna. – Zaj­rzała do roz­grza­nego pie­kar­nika, po czym wró­ciła zdy­szana, zaczer­wie­niona. Jej oczy pło­nęły jaskrawą żół­cią, skóra była jasna i brą­zowa, ruchy smu­kłej postaci szyb­kie jak u owada. Głos brzmiał ostro, meta­licz­nie. – Zacze­kaj­cie tu. Zoba­czę, czy pan Ttt zechce was przy­jąć. W jakiej spra­wie przy­cho­dzi­cie?

Męż­czy­zna zaklął z ponurą miną, jakby wymie­rzyła mu cios młot­kiem w rękę.

– Pro­szę mu powtó­rzyć, że przy­by­wamy z Ziemi i że ni­gdy wcze­śniej tego nie doko­nano.

– Czego? – Unio­sła brą­zową dłoń. – Nie­ważne. Zaraz wrócę.

Ode­szła. Jesz­cze przez chwilę sły­szeli tupot jej stóp na kamien­nej posadzce.

Na zewnątrz nie­wia­ry­god­nie nie­bie­skie mar­sjań­skie niebo było gorące i nie­ru­chome niczym cie­pły głę­boki ocean. Mar­sjań­ska pusty­nia drze­mała pod nim jak roz­pa­lony gli­niany gar­nek. Z jej pia­sku wzno­siły się fale roze­dr­ga­nego powie­trza. Na zbo­czu pobli­skiego wzgó­rza leżała nie­wielka rakieta. Wyraźne ślady stóp pro­wa­dziły od niej aż do drzwi pierw­szego domu.

Na górze roz­le­gły się odgłosy kłótni. Męż­czyźni cze­ka­jący za pro­giem spoj­rzeli po sobie, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, pstry­ka­jąc pal­cami i zaty­ka­jąc kciuki za pasy na bio­drach. Męski głos wykrzyk­nął coś gniew­nie. Odpo­wie­dział mu głos kobiety. Po jakimś kwa­dran­sie znu­dzeni wycze­ki­wa­niem Zie­mia­nie zaczęli wcho­dzić i wycho­dzić kuchen­nymi drzwiami.

– Papie­rosa? – zapro­po­no­wał jeden z nich.

Jego kolega wyjął paczkę. Zapa­lili, wypusz­cza­jąc z ust dłu­gie smużki bla­dego dymu. Wygła­dzali mun­dury, popra­wiali koł­nie­rze. Głosy na górze mam­ro­tały coś, pod­śpie­wy­wały. Dowódca przy­by­szów zer­k­nął na zega­rek.

– Dwa­dzie­ścia pięć minut – rzekł. – Zasta­na­wiam się, co tam robią.

Pod­szedł do okna i wyj­rzał.

– Upalny dzień – zauwa­żył jeden z ludzi.

– Ow­szem – przy­tak­nął drugi.

Było wcze­sne leniwe popo­łu­dnie. Głosy opa­dły do szeptu, by po chwili zupeł­nie zamilk­nąć. W całym domu nie roz­brzmie­wał nawet naj­słab­szy dźwięk. Męż­czyźni sły­szeli jedy­nie wła­sne odde­chy.

Minęła godzina.

– Mam nadzieję, że nie spo­wo­do­wa­li­śmy żad­nych kło­po­tów.

Kapi­tan prze­szedł przez kuch­nię i zaj­rzał do salonu.

Pani Ttt była tam; pod­le­wała kwiaty rosnące pośrodku pomiesz­cze­nia.

– Wie­dzia­łam, że o czymś zapo­mnia­łam – wes­tchnęła na widok kapi­tana, prze­cho­dząc do kuchni. Podała mu skra­wek papieru. – Pan Ttt jest zbyt zajęty – oznaj­miła, wra­ca­jąc do goto­wa­nia. – Zresztą to nie z nim powin­ni­ście się zoba­czyć, tylko z panem Aaa. Zanie­ście tę kartkę na następną farmę nad Błę­kit­nym Kana­łem. Pan Aaa wyja­śni wam wszystko, co chce­cie wie­dzieć.

– Nie chcemy niczego wie­dzieć – zapro­te­sto­wał kapi­tan, wydy­ma­jąc grube wargi. – My już wiemy.

– Macie kartkę, na co jesz­cze cze­ka­cie? – spy­tała. Potem nie ode­zwała się już ani sło­wem.

– No cóż – powie­dział z waha­niem kapi­tan. Przez chwilę stał, jakby na coś cze­kał. Wyglą­dał jak dziecko patrzące na ogo­ło­coną z ozdób cho­inkę. – Cóż, chodź­cie, chłopcy.

Czte­rej męż­czyźni wyszli na dwór, w gorący i cichy dzień.

* * *

W pół godziny póź­niej pan Aaa, który sie­dział w biblio­tece, sącząc elek­tryczny ogień z meta­lo­wej fili­żanki, usły­szał głosy dobie­ga­jące z kamien­nej gro­bli. Wychy­liw­szy się przez okno, ujrzał czte­rech męż­czyzn w mun­du­rach, któ­rzy przy­glą­dali mu się, mru­żąc oczy.

– Czy pan nazywa się Aaa?! – zawo­łali.

– Ow­szem.

– Pan Ttt przy­słał nas do pana! – krzyk­nął kapi­tan.

– Niby czemu?! – ryk­nął pan Aaa.

– Był zajęty!

– To ci nowina. – Głos pana Aaa ocie­kał sar­ka­zmem. – Czyżby uwa­żał, że nie mam nic lep­szego do roboty – niż przyj­mo­wać jakichś ludzi, bo on jest zbyt zajęty?

– Nie o to cho­dzi! – zawo­łał kapi­tan.

– Dla mnie o to. Mam mnó­stwo zale­głych lek­tur. Pan Ttt zacho­wał się nie­tak­tow­nie, zresztą już nie pierw­szy raz. Niech pan prze­sta­nie machać rękami, póki nie skoń­czę. I pro­szę słu­chać uważ­nie. Zazwy­czaj kiedy mówię, ludzie słu­chają, co mam do powie­dze­nia. Mógłby pan oka­zać odro­binę uprzej­mo­ści.

Czte­rej męż­czyźni na podwórku poru­szyli się nie­spo­koj­nie, otwie­ra­jąc usta. W oczach kapi­tana bły­snęły łzy, na jego skro­niach wystą­piły żyły.

– I co – cią­gnął dalej pan Aaa – czy według was podobna nie­uprzej­mość może ujść panu Ttt pła­zem?

Czte­rej męż­czyźni patrzyli na niego przez zasłonę gorąca. Wresz­cie kapi­tan rzekł:

– Przy­by­wamy z Ziemi!

– To naprawdę okropny brak wycho­wa­nia – zasta­na­wiał się dalej pan Aaa.

– Rakietą. Przy­le­cie­li­śmy rakietą. Aż tutaj!

– Ttt już nie pierw­szy raz oka­zuje brak sza­cunku.

– Całą drogę z Ziemi.

– Na mój rozum zadzwo­nię do niego i powiem mu, co o tym myślę.

– Tylko nas czte­rech; ja i ci trzej ludzie, moja załoga.

– Zadzwo­nię, tak, to wła­śnie zro­bię.

– Zie­mia. Rakieta. Ludzie. Podróż. Kosmos.

– Zadzwo­nię i powiem raz, a dobrze! – krzyk­nął pan Aaa, po czym znik­nął niczym kukiełka ze sceny.

Po minu­cie zabrzmiały pod­nie­sione głosy, prze­ka­zy­wane przez jakieś tajem­ni­cze urzą­dze­nie. W dole kapi­tan i jego załoga spo­glą­dali z utę­sk­nie­niem na leżącą na zbo­czu rakietę, jakże uro­czą, słodką, zna­jomą. Pan Aaa gwał­tow­nie uniósł szybę; jego twarz przy­brała sza­lony trium­fu­jący wyraz.

– Wyzwa­łem go na poje­dy­nek, na bogów! Poje­dy­nek!

– Panie Aaa… – prze­rwał mu łagod­nie kapi­tan.

– Zastrzelę go, sły­szy­cie?!

– Panie Aaa, chciał­bym coś panu powie­dzieć. Prze­by­li­śmy sześć­dzie­siąt milio­nów mil.

Pan Aaa przyj­rzał mu się uważ­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij