-
nowość
-
promocja
Kroniki Morionu. Dziedzictwo królów. Tom 1 - ebook
Kroniki Morionu. Dziedzictwo królów. Tom 1 - ebook
Czempioni, ludzie obdarzeni pierwiastkiem boskiej mocy, od prawie dwóch wieków stanowią opokę prawa i symbol siły całego Morionu.
To w cieniu ich potęgi ludzkość ożyła, zagoniona pod ziemię przez Świętą Wojnę. Czempiońskie rody, miecz i tarcza świata żywych, zawiedli swój lud dalej, niż ktokolwiek kiedykolwiek mógł to sobie choćby wyobrazić, lecz okupili to straszliwą ceną.
Wśród własnych knowań, intryg, wojen i zdrad już wkrótce będą zmuszeni zmierzyć się z zagrożeniem, które ogniem i żelazem sprawdzi, czy na pewno są godni powierzonego im daru.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368750409 |
| Rozmiar pliku: | 800 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wtedy nowo koronowany monarcha przemówił, czym zaskoczył zebranych.
– Jestem waszym królem, a wy moim ludem. Niosę wam światło, które wskaże drogę ku pokojowi i chwale. W moich rękach spoczywa wasze jutro, w waszych – moje życie. Od dziś w naszych dłoniach waży się los świata.
Fragment Girloańskiej kroniki królewskiejNim rozpoczął się sztorm
Opowieść ocalałych
Przez ostatnie dni wiatr nie dawał im spokoju. Towarzyszył im od świtu do zmierzchu, szarpiąc korony drzew i niszcząc namioty. Wraz ze wzburzonymi wodami otaczającymi Wyspę Sztormów próbował pochłonąć ląd i wciągnąć go w głębiny. Jednak wyspa trwała, dzielnie opierając się jego naporowi.
W ostatnich dniach girloańska załoga ukończyła budowę drugiej przystani rozładunkowej. Jedni przez cały dzień rąbali drewno i wznosili palisadę, inni kopali wokół niej płytką fosę, którą ulewy zdążyły zamienić w błotnistą kałużę. Piąty fort był już podobno niemal gotowy.
Mhm, już to widzę. Jak tak dalej pójdzie, to nie uwiniemy się do Nocnego Słońca, a portal ciągle jest niezabezpieczony.
Joanna miała swoją kwaterę w drugim, największym obozie na wyspie. Stacjonowało tam niewiele ponad pięciuset ludzi – głównie piechurów, saperów i dowódców. Dni spędzali na budowie nowych fortyfikacji i naprawie starych, nocami zaś gromadzili się przy ogniskach, opróżniając magazyny z resztek zapasów. Każdy dzień wyglądał tak samo: sztormy, ulewy i lodowaty wiatr, przenikający do kości.
Do uszu Joanny coraz częściej dochodziły głosy niezadowolenia. Za każdym razem obiecywała żołnierzom, że wkrótce opuszczą to mokre więzienie i wrócą do Girloy. Sama zresztą chciała je wreszcie zobaczyć.
Tego wieczora siedziała samotnie przy ognisku, obserwowała pijących żołnierzy i wsłuchiwała się w rozmowy dobiegające z wielkiego, błękitnego namiotu. Od tak dawna był jej domem, że przywykła do dziur w płótnie, wilgoci i zimna, przed którymi nie był w stanie jej uchronić.
Słyszała, jak jej dowódcy omawiają postępy prac. Joanna unikała tej rozmowy tak długo, ile tylko mogła. Wiedziała już, że są daleko od osiągnięcia chociaż połowy tego, czego oczekiwała Wielka Rada.
Gdy kolejny powiew lodowatego wiatru uderzył ją w twarz, miała już dość. Wstała, otrzepała swój błękitny płaszcz legatki i ruszyła przed siebie. Pod nim nosiła zużyty skórzany mundur i kolczugę wzmocnioną metalowymi płytkami na barkach, klatce piersiowej i udach. Jej głowę zdobił ciężki oficerski hełm z dwoma błękitnymi pióropuszami.
– Cały czas brakuje drewna do naprawy północnego muru – usłyszała rozmowę dobiegającą z wnętrza swego namiotu.
– W tych warunkach to cud, że cokolwiek udaje się zebrać.
Te rozmowy nie wróżyły niczego dobrego. Kane ma rację, pomyślała. Przy takiej pogodzie nawet rozmowa była wysiłkiem, nie wspominając już o budowie i zbieraniu surowców.
Joanna odchyliła połę namiotu i zobaczyła trzech młodszych legatów w pancerzach jak u girloańskich oficerów. Z ich hełmów zamiast pióropuszy zwisały błękitne pompony. Dwóch siedziało na drewnianych krzesłach, a jeden opierał się o pal podtrzymujący płócienny dach, z którego sączyły się strużki wody. Na stole dopalały się dwie karłowate świece, dające nikłe światło, które ginęło w przenikającym wszystko chłodzie.
– Panowie.
Kane zauważył ją pierwszy. Był nieco młodszy od niej – niski, szczupły blondyn o wyraźnych rysach twarzy i zielonych oczach. Na jego sygnał Dan i Leonard niechętnie podnieśli się z miejsc.
– Siadajcie – poleciła. Bez chwili wahania wykonali polecenie. – Na czym stoimy?
– Na kupie gówna – odpowiedział Daniel, krzyżując potężne ramiona na piersi.
Nie był daleki od prawdy.
– Piąty fort wciąż jest w budowie, zgodnie z rozkazem sprzed tygodnia. – Kane okazał się nieco bardziej konkretny.
– I jak im idzie? – zapytała Joanna. Poza piątym fortem musiała pilnować jeszcze czterech pozostałych. To będzie długa noc.
– Dziś rano stało tam kilka lepianek. Do wieczora połowa się zawaliła, a resztę zalała deszczówka – kontynuował Kane. – Południowa palisada zaczyna się sypać, a wschodnia i północna właściwie już nie istnieją.
– To cholernie frustrujące, nie uważasz? – dorzucił Leo, chudy, wysoki brunet o lisiej twarzy. – Nasi ludzie tkwią tu od kilku miesięcy. Przetrwali zimę, potem roztopy… wszystko po to, żeby w kółko kopać dziury w ziemi.
– Nawet jeśli, to nasz obowiązek – odparła. – Rada kazała nam bronić wyspy, zabezpieczyć portal i zbadać źródło wiru. I zrobimy to, choćbyśmy musieli rozkopać całą tę wyspę.
– Och, rzeczywiście. Wybacz, że zapomniałem. Te kamienne drzwiczki każdego dnia napawają mnie zgrozą i przerażeniem.
Jesteś bardzo zabawny, Leo, przemknęło jej przez myśl.
– W takim razie sprawdź, czy wszystko z nimi w porządku. Najlepiej wy obaj. – Joanna wskazała na Dana i Leonarda.
– Wedle rozkazu, pani legat. – Leonard ukłonił się pogardliwie. Dan wyszedł bez słowa.
Gdy dwa krzesła się zwolniły, Joanna złapała za jedno i dosunęła je do drugiego. Zdjęła z głowy hełm, uwalniając długie, jasne i poplątane włosy, które się pod nim kryły.
– Mają trochę racji – powiedział Kane.
– Trochę? – Joanna usiadła i wyłożyła nogi na drewniany taboret, przeciągając się. Dobrze wiedziała, co czują jej ludzie. W niej samej od dawna kipiał gniew. – Gnijemy w tym bagnie pewnie z rok. Sama nie pamiętam.
– Półtora – poprawił ją dowódca czwartego obozu.
– Mała różnica – rzuciła.
Ogromna. Półtora roku… zmiany wart miały trwać najwyżej dwa miesiące. Od tamtej pory zmieniono je tylko kilka razy i obejmowały głównie zwykłych żołnierzy i korpus inżynierów.
– Robią to specjalnie – powiedziała Joanna, przerywając krótką chwilę ciszy.
– Kto? – zapytał Kane.
– Czarodzieje, a któżby inny? Starzy mają aż trzy głosy w Radzie, Landmark i ta Eliara słuchają każdego ich słówka. Giles ma tylko siebie, Hallsteina i Crimblade’a. Mówię ci, że gdyby nie oni, dawno byśmy opuścili to przeklęte miejsce.
– Och, przestań już o tym…
– Niby czemu? – Joanna wstała. – Naprawdę tego nie widzicie? Trzymają nas tu jak zwierzynę w klatce.
Bo jestem problemem. Kane o tym wiedział, bo tylko jemu powierzyła swój sekret.
– Trzeba było nie wtrącać się w ich sprawy. Po prostu przesadziłaś i teraz wszyscy ponosimy tego konsekwencje.
Joanna stała jeszcze przez chwilę, potem bezsilnie opadła na krzesło.
– Gdyby ukoronowali Gilesa, nie byłoby tych problemów.
Bylibyśmy razem. Ja i on. Rządzilibyśmy tym miastem i żadna rada nie mogłaby nam przeszkodzić. Co ja mówię, nie byłoby żadnej rady.
– Ale go nie ukoronują. Od czasów jego ojca żaden ze starszych nie patrzył przychylnie na jego królewską krew – dorzucił pogardliwie.
– Ale on jest inny – westchnęła. – Widziałam to w nim, kiedy jeszcze pojedynkowaliśmy się drewnianymi mieczami.
– Najwyraźniej czarodzieje widzą to inaczej.
Joanna spojrzała na młodszego legata ze zdziwieniem.
– Po czyjej ty jesteś stronie?
Kane westchnął z irytacją.
– Po stronie Girloy, jak wszyscy tutaj. Posłuchaj, każdy z nas chciałby wrócić do domu i zostawić to zatęchłe bagno za sobą. Ale rozkaz to rozkaz. Nic na to nie poradzisz.
To jakieś pieprzone więzienie.
– Zawsze można coś poradzić. – Odruchowo zacisnęła pięść i uderzyła się w udo.
Tym razem to Kane spojrzał na nią zaskoczony.
– Sugerujesz… bunt?
– Sam mówiłeś, że z chęcią przepłynęlibyście wodę. Proszę bardzo.
– Nie, Joanno. To byłoby zwykłe samobójstwo. Tutaj możesz ich jeszcze przekonać – dobrze o tym wiesz. Ale prawda jest taka, że mamy tylko barki transportowe. Co zrobisz, gdy na horyzoncie pojawi się Szkarłatny Postrach?
– Chcesz zdechnąć na tej jebanej wyspie?! – Nie chciała krzyczeć, ale słowa same wyrwały się jej z ust.
Z zewnątrz dochodziło tylko miarowe zawodzenie wiatru i stukot kropel deszczu uderzających o namiot. Z czasem wszystko jednak zaczęło cichnąć.
– Nieźle – powiedział po chwili Kane, gdy zapadła wokół nich głucha cisza. – Ta wyspa chyba cię słucha.
– Być może masz rację – westchnęła z uśmiechem. – Wybacz.
– Nie mam czego. Doskonale cię rozumiem.
Świat pogrążył się w ciszy. Joanna miała nadzieję, że ta noc okaże się spokojna. A jednak gdzieś z tyłu głowy wiedziała, że to tylko chwila – że zaraz znów uderzą błyskawice, zerwie się wiatr i spadnie ulewa… Nic z tego się jednak nie wydarzyło. Ale się wydarzy. To w końcu Wyspa Sztormów.
– Zapowiada się cicha noc. – Kane podszedł do kufra leżącego pod ścianą namiotu i wyciągnął bukłak z winem. Pociągnął długi łyk, po czym rzucił go Joannie. Wypiła trochę, znacznie mniej niż on.
– Racja – skłamała, choć bardzo chciała, by tak właśnie było.
Wino było mętne i rozwodnione. Z pewnością nie pochodziło od Różanej Królowej, raczej z nędznych winiarni Wielkiej Puszczy lub, o zgrozo, ze stepów.
– Paskudne. – Kane wziął kolejny łyk.
– To po co je pijesz?
– A jest co innego?
Nie było. Pili zatem paskudne wino.
Z zewnątrz dobiegły ich ciche śpiewy girloańskich żołnierzy. W ich głosach mieszały się radość i smutek, krzyki i pomrukiwania. Każdy śpiewał inaczej, a pieśń niosła się ku czarnemu niebu. Nawet Kane dołączył, intonując Umarłą z miłości.
– Lepiej radzisz sobie z mieczem – rzuciła wreszcie Joanna, nie mogąc słuchać jego fałszów. – Nie kalecz tej pieśni, proszę.
– Każdy może śpiewać – odparł.
Wtedy uderzył grom. Ciche pomruki szybko przerodziły się w ogłuszający ryk, jakby niebo miało się za chwilę zawalić.
– Patrz, co narobiłeś! – krzyknęła.
Oboje zaczęli się śmiać.
Grzmoty uderzały miarowo, a wicher huczał wśród drzew i z piskiem wciskał się do środka przez szczeliny. Kane śpiewał dalej, wtórując burzy.
– Ciszej, Kane.
– Bo co? – odparł, ale i tak umilkł.
Joanna wstała i w skupieniu nasłuchiwała. Przez huk burzy trudno było cokolwiek wychwycić. A jednak…
Kane również się podniósł i stanął obok.
– Słyszysz coś? – szepnął.
Joanna nie odpowiedziała. Słychać było jedynie jednostajny szum wichru. Raz… drugi… i jeszcze raz.
– Chwila… – Kane położył dłoń na rękojeści miecza. – Czy to nie są…
– Trąby – wyrwało się Joannie.
Uśmiechy zniknęły im z ust. Oboje dobyli mieczy i rzucili się do wyjścia. Niebo pobielało od błyskawic. Śpiewy ustąpiły miejsca krzykom, a żołnierze rozpierzchli się po namiotach – najwyraźniej również usłyszeli alarm.
Rogi cały czas wygrywały swe przerażające pieśni.
– Który to obóz? – krzyknęła.
– Trzeci! – ryknął Kane w odpowiedzi. – Spieszmy się, tam jest portal!
Niebo przecięła błyskawica – tym razem purpurowa – która uderzyła gdzieś na lewo od nich. Zaraz potem spadły kolejne, raz po raz trafiając w ten sam punkt ukryty za ścianą rosłych dębów. Cholera, przecież jest właśnie tam!
Gdy Joanna i Kane znaleźli się wśród drzew, obok nich biegła nieskładna kolumna girloańskich żołnierzy. Niektórzy mieli na sobie tylko wzmocnioną skórę, inni kolczugi i pancerze. Odgłosy grzmotów mieszały się z hukami rogów, które cały czas nieprzerwanie wzywały obrońców do walki. Oby nie było za późno, prosiła w duchu Joanna.
Gdy wreszcie zobaczyła portal, zatrzymała się. Pilnować, żeby się nie otworzył… łatwo powiedzieć.
Kamienne wrota, wysokie na kilkanaście metrów, wyrosły u podnóża najwyższego wzgórza na wyspie. Purpurowe błyskawice raz po raz w nie uderzały, wypełniając je różowo-fioletową, płynną taflą podobną do szkła i pokrywając skałę nieznanymi Joannie runami.
– Na przeklętych bogów – wysapał Kane, gdy do niej dołączył. – Co to jest?
– Nasze przerażające, kamienne drzwiczki.
Odgłosy walki dotarły do niej dopiero po chwili, kiedy z fioletowej tafli portalu zaczęli wybiegać ludzie.
Joanna ruszyła przed siebie, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Z nieba lunął rzęsisty deszcz, zmieniając ziemię w błotnistą breję. Niektórzy żołnierze gubili w niej buty, jednak nikt się nie zatrzymał.
Mijała łuczników, którzy wypuszczali kolejne strzały w stronę portalu. Fioletowa tafla rozszerzała się, ilekroć uderzały w nią błyskawice. Im bliżej podchodziła, tym więcej żołnierzy do niej dołączało. Kilkanaście metrów przed nią rozgorzała już walka. Gdy podbiegła, spostrzegła, jak jeden z jej ludzi dźga halabardą innego w plecy i przygniata go do ziemi.
– Co ty wyprawiasz! – wrzasnęła, nie mogąc pojąć, co właśnie ujrzała.
Żołnierz odwrócił się gwałtownie. Jego twarz przecinała krwawa szrama, a w kolczudze widniało kilka dziur
To stary krój munduru, pomyślała, nie zwracając uwagi na rany walczącego. Zza jego pleców wybiegł kolejny, tym razem ubrany w fioletowy płaszcz i niedźwiedzią skórę. Widziała takich w szkole legatów. To Drakartczyk. Co on tu… Jego prawa ręka była odcięta aż do łokcia.
Joanna nie zastanawiała się dłużej. Skoczyła do przodu i z gracją przecięła go na pół. Z Girloańczykiem trwało to nieco dłużej. Walczył tak, jakby pierwszy raz w życiu trzymał halabardę. Jego czarna krew wkrótce zmieszała się z błotem.
Jej żołnierze radzili sobie nie gorzej od niej samej. Fala za falą, kolejni przybysze rozbijali się o mur z tarcz, mieczy i włóczni, a każdemu natarciu towarzyszyły ryki furii i radości.
– To lepsze niż trening z kukłą! – Usłyszała czyjś krzyk, po którym niektórzy wybuchli gromkim śmiechem.
Uda się nam, pomyślała nagle.
Wtedy z portalu wybiegł nimroid i wbił się w ich szyk, wymachując potężnymi łapskami, w które wetknięto zardzewiałe ostrza. Za nim pojawiały się kolejne stwory, które były zaledwie ruchomymi wysepkami w morzu biegnących trupów. Na niebie zauważyła latające wielkie zgnilce.
Joanna gapiła się na nie z niedowierzaniem. Wszystkie te bestie pochodziły z Żelaznej Pustyni, a ta leżała setki kilometrów stąd. Dla jej ludzi na szczęście nie miało to znaczenia. Girloańczycy już wkrótce powalili pierwszego potwora, szpikując jego masywne cielsko dziesiątkami strzał, bełtów i włóczni.
Żywy potok nie zatrzymywał się jednak. Nie mam wyjścia. Joanna przyklęknęła i zamknęła oczy, uwalniając dar czempiońskiej magii. Pociągnęła palcami po zakrwawionym mieczu, który stanął w płomieniach. Jej oczy również rozbłysły czerwono-pomarańczowym światłem. Pędzona furią ruszyła do przodu, wycinając sobie drogę wśród biegnących i zostawiając za sobą woń spalenizny i śmierci. Wśród jej ofiar znaleźli się żołnierze wszystkich armii: glewijnicy z Małego Stepu, berserkowie z Drakartu, eliarscy pikinierzy czy xiańscy legioniści. Wielu było okaleczonych, nie miało rąk, nóg czy twarzy. Dla niej nie miało to znaczenia i z niezmąconą wytrwałością zadawała kolejne ciosy.
Gnana bitewnym szałem zostawiła ludzi z tyłu. Kane, który dotrzymywał jej kroku, w końcu również zniknął jej z oczu. Nie mogła się jednak zatrzymywać. Czuła wzbierające ciepło, które przeradzało się w trudne do opanowania wybuchy. Jej miecz płonął coraz jaśniej, a oczy żarzyły się czerwonym ogniem. Wycinała sobie drogę pomiędzy maszerującymi truposzami, zbliżając się do otwartego portalu.
I wtedy go zobaczyła.
Z fioletowego jeziora wyłonił się człowiek dwukrotnie przewyższający innych. W dłoni dzierżył wielką, zakrzywioną glewię ozdobioną czaszkami. Jego zbroję pokrywały liczne kolce, a klatkę piersiową osłaniały sterczące żebra. Biodra osłaniał mu płaszcz z twardej, czarnej skóry, który powiewał na wietrze. Na głowie miał hełm z wielkimi rogami oraz z przyłbicą ze stalowych haków, spomiędzy których łypały na nią dwa ogniste punkty. Każdy jego oddech uwalniał podmuch żaru, a kroki pozostawiały języki płomieni, choć ziemia była mokra od deszczu.
– Spodziewałem się cieplejszego przywitania – powiedział ochrypłym metalicznym głosem, powoli zbliżając się do niej.
Joanna chciała odpowiedzieć, jednak przybysz błyskawicznie znalazł się obok niej i wyprowadził w jej kierunku potężne uderzenie, które odepchnęło ją do tyłu. Glewia i miecz ścierały się ze sobą, a uderzająca stal uwalniała wyziewy magicznego ognia. Przybysz zdawał się napierać na nią coraz silniej, aż zaatakował tylcem glewii, zmuszając ją do rzucenia się w kałużę błota.
– Opór jest daremny. I tak jesteście skazani na śmierć.
– Doprawdy? – wycedziła, ocierając twarz z brudu i krwi.
Odpowiedział jej metaliczny i trzeszczący śmiech. Szybko jednak zamilkł i znieruchomiał.
Jego ryk bólu zmroził jej krew w żyłach. Z otworów w hełmie buchnął jasny żar, a twarz stanęła w płomieniach. Joanna wykorzystała tę chwilę i przyjęła pozycję, pozwalając magii rozlać się po ciele – była jej ostatnią nadzieją. Z oczu sypnęły się iskry, a ona ruszyła na przeciwnika, zostawiając za sobą ogniste smugi. Jego ciosy były coraz silniejsze, jednak dziewczyna unikała każdego. Gdy już chciała zaatakować i zamachnąć się, by wbić ostrze w odsłonięty bark, rywal z nienaturalną szybkością złapał jej miecz i wyszarpnął z jej dłoni. Potem uderzył ją w pierś i odrzucił do tyłu.
Przez moment nie mogła złapać oddechu. Ostry ból w klatce piersiowej nie pozwalał się ruszyć. Leżała w błocie, niezdolna do najmniejszego ruchu. Przed oczami majaczyły jej sylwetki ludzi, próbowali coś jej przekazać, ale ona nie rozumiała ani jednego słowa. Chciała wydać rozkaz, jednak z ust wydobył się tylko niezrozumiały bełkot. Czy ja umieram? Stali nad nią przez chwilę. Potem coś zaryczało, a oni uciekli.
Była skazana na wpatrywanie się w niebo i słuchanie odgłosów walki. Wtedy ktoś ją podniósł. To był on, wielki, zakuty w stal człowiek. Jego dotyk był gorący i pewny, a jej połamane żebra zakłuły paraliżującym bólem. Leżała na jego ramionach, wpatrując się w kamienny portal.
Z purpurowej tafli wyłoniła się chmara czarnych kruków o krwiście czerwonych, świecących ślepiach. Gdzieś po drugiej stronie majaczył kształt kreatury tak ogromnej, że Joanna wątpiła, czy w ogóle uda jej się przejść na drugi brzeg. Na tle fioletowej tafli zarysowała się też ludzka sylwetka. Kobieta stanęła na ciele martwego nimroida, trzymając w ręku laskę i kadzielnicę wykonaną z czaszki. Uniosła je wysoko i zaczęła krzyczeć w niezrozumiałym dla niej języku. Wkrótce dołączyły do niej zastępy ogromnych, tłustych mężczyzn, którzy zaczęli wylewać się z fioletowego jeziora.
– Co…
Co to ma znaczyć?
– Nie przejmuj się nimi. Uparł się, że musi wrócić na ten świat z przytupem – odpowiedział jej oprawca. Na rogu jego hełmu usiadł czerwonooki kruk. Ptak zakrakał głośno. Każdy następny element układanki przerażał ją coraz bardziej. – Nie, nie dostaniesz jej oczu – powiedział mężczyzna, odganiając ptaka od siebie. Jego czerwone, maleńkie oczka cały czas zaglądały w jej zamglone spojrzenie.
Kto… kto ma wrócić… Kruki…
– Nie… Nie zrobiłeś tego…
Joanna chciała, by to wszystko okazało się snem.
– Ja nie. Ale moja matka już tak. Każdy z nas łaknął zemsty… Chcesz ją zjeść? Całą?
Gdy mężczyzna odpowiedział skrzeczącemu krukowi, kolejne ptaki lądowały na jego barkach i wystających z hełmu rogach. Wszystkie głośno stukały dziobami.
Jak kruki żerują na poległych… W swojej głowie słyszała tylko tę rymowankę, której nauczyła się jeszcze w dzieciństwie.
– Proszę… łaski… – zdołała wydusić drżącym głosem.
– Dostaniesz ją. – Podniósł jedną dłoń i poruszył palcami, długimi i ostrymi niczym ostrza sztyletów. – Zgadzasz się na nią?
Joanna skinęła delikatnie głową.
Kruki poderwały się do lotu i zaczęły nerwowo dziobać jego pancerz, jednak on nie poświęcił im żadnej uwagi. Długie, stalowe szpony skierowały się ku powiekom Joanny i delikatnie je zamknęły.
– Śpij dobrze.
Chwilę później poczuła je na szyi. Zaciskały się mocniej… mocniej… i mocniej…Giles
Girloy
Ponad białymi ścianami i kolumnami sali Rady górowało sklepienie kopuły. Przedstawiono na niej sceny ze Świętej Wojny, końca starej i początku nowej epoki. Pod nią znajdował się Mały Morion, mapa całego znanego świata. Niebieski piach rozsypano w miejsce wód, ląd stanowiła ziemia pochodząca ze wszystkich zakątków kontynentu. Miniaturowe drzewka układały się w lasy, a spiczaste kamyki w łańcuchy górskie. Miasta i kopce zbudowane były z maleńkich kostek, a po całym kontynencie wałęsały się drewniane figurki żołnierzy.
Stół, na którym ułożony był Mały Morion, wykonano z ciemnego, dębowego drewna. W jego ramie znajdowało się wiele skrzyneczek i otworów, w których przechowywano kostki, pozostałe pionki, rozkładane drewniane szczypce, listy, mapy, a nawet wina i kielichy.
Nad nim wisiał złoty żyrandol, na którym płonęły świece. Kiedy żółte krople wosku spadały na Mały Morion, usuwano je drewnianymi szczypcami, które zazwyczaj wykorzystywano do przesuwania drewnianych żołnierzy. Giles pamiętał jeszcze lata swej młodości, kiedy po całej mapie kroczyły całe zastępy drewnianych wojsk. Dziś były to zaledwie pojedyncze przypadki, do których dochodziło przede wszystkim na pograniczach Cesarstwa i Drakartu oraz północnych rubieżach ziem Czarnych Rycerzy.
Cała sala wspierała się na sześciu marmurowych kolumnach ukształtowanych na podobieństwo dębowych pni. Ich głowice wykonano na kształt liści, które z czasem rozrastały się na znaczną część całego wnętrza. Na każdej z kolumn wisiał sztandar jednego z wielkich rodów czempiońskich oraz proporzec Akademii Czarodziejów.
Giles czytał właśnie kolejny raport. Na stołowej ramie, wśród dwóch figurek włóczników, leżała sterta kartek i notatnik obity skórą. Były to raporty i skargi bogatych obywateli, kupców i szlachciców. Raz na jakiś czas przysługiwało im prawo wypowiedzenia się o swych problemach i dolegliwościach dotykających miasto, by usprawnić jego funkcjonowanie. Giles zaś, jako Tan, miał obowiązek ich wysłuchać.
Następna notatka pochodziła od właściciela Złotej Perły, który narzekał na szerzącą się plagę szczurów w jego winiarni. Zgadzam się z tobą, nawet nie wiesz, jak bardzo, pomyślał, czytając jego skargę. Wyrżnąć te wszystkie małe, przebrzydłe, cuchnące gryzonie. Odruchowo zacisnął pięść.
Giles był dwudziestoczteroletnim, niewysokim mężczyzną. Miał krótko ścięte kasztanowe loki, twarz zmęczoną, gładką i szczupłą oraz błękitne oczy. Ubrany był w lekką, błękitną tunikę, a z ramion opadał mu czarny płaszcz spięty srebrną spinką.
Zapisał kolejną uwagę w notatniku. Być może kiedyś uda mu się wreszcie załatwić je wszystkie, choć do osiągnięcia tego celu z pewnością potrzebowałby jednego z Kamieni Życia.
Postanowił wyjść na balkon i się przewietrzyć, nim znów przeczyta o spóźnionej dostawie żywności czy pękniętym kole. Obszedł stół wokół i udał się na taras, gdzie rosły równo przycięte krzewy o pięknych kwiatach i niewielkie drzewa. Giles oparł się o barierkę i wyjrzał na dziedziniec, położony u podnóży pałacowego wzgórza, gdzie rozwijały się ogrody. Wśród brukowanych ścieżek i alejki drzewek wiśniowych rozmawiały Josie Crimblade i Raelynn Laverbridge, obie ubrane w suknie w kolorach wielu odcieni błękitu. Żona Duane’a Crimblade’a trzymała przy piersi swoją małą córeczkę Susannę, która przyszła na świat kilka miesięcy temu. Jeśli z Megan uda nam się syn, pewnie zostanie jego żoną.
Bramy dziedzińca bronili szermierze Dao w łuskowych zbrojach o wyniosłych kołnierzach i wysokich, spiczastych hełmach. Ich zmiennicy szli właśnie wzdłuż białych murów dziedzińca. Gdy stanęli naprzeciw siebie, jednocześnie uderzyli się w pierś, po czym zmienieni ruszyli z powrotem do garnizonu. Racja, chłopcy. Nie ma czasu na przerwy.
Gdy wrócił do sali, zaklął w myślach. Przez ciemne dębowe wrota wsunęła się postać ubrana w kolorowy, szmaciany strój. Towarzyszył temu odgłos małych, miedzianych dzwoneczków.
– Jaśnie wielmożny, przybyłem sprawdzić, czy kłopoty naszych cudownych obywateli nie zaprowadziły cię już na inny świat? – zachichotał, przeskakując z nogi na nogę.
Spierdalaj, Jerry.
– Bywały ciekawsze dni, ale jak widzisz, dalej tu jestem. Dzieciaki poszły spać? – zapytał, podchodząc do Małego Morionu i biorąc do ręki kolejne zapiski. Ktoś pobił się w oberży na Kołowrotków… Znowu szczury? Czy w tym mieście został jeszcze jakiś szczurołap?
– Iris jest dziś zajęta. To dla mnie bardzo duży cios.
Że też to właśnie tu zdecydowałeś się przyjść. Nie było tajemnicą, że Iris Crimblade lubiła pałacowego błazna, czego Giles przez wiele lat nie był w stanie zrozumieć. Jak się jednak okazało, Jerry’emu równie łatwo przychodziło pierdolenie głupot, jak i uroczych, niewinnych dziewcząt. Jeśli jakimś cudem temu idiocie udałoby się wtargnąć w czempioński ród…
– A nie myślałeś może nad tym, by wystawiać swoje przedstawienia na ulicach? Miasto już wkrótce umrze z nudów.
Kolejny raport dotyczył bójki w burdelu w północnej dzielnicy dokerów. Jeden z zainteresowanych stracił trzy palce, drugi ucho, a trzeci zyskał drugi, czerwony uśmiech na szyi. To miejsce idealne dla ciebie. Poza tym trzeba będzie zwiększyć częstotliwość patroli.
– Ależ przeznaczone mi służyć najszlachetniejszym sercom, mości najjaśniejszy – odparł Jerry.
Błazen działał mu na nerwy. A to, że po drodze do serca nadziewasz się na cycki, to tylko przykry szczegół. Giles musiał jednak przemilczeć swą odpowiedź. Prawdą było, że gdyby nie Jerry, dzieci jego dalekich kuzynów, ciotek i wujów łaziłyby po całym pałacu, a wtedy nie byłby w stanie wykonywać żadnej pracy.
Jerry pomaszerował w stronę kredensu, ukrytego za kolumną, i nalał sobie kielich białego wina. Potem wrócił i śpiewał, robiąc przerwy na kolejny łyk. Giles wystawił do niego dłoń, nie odrywając się od czytania. Gdy kielich znalazł się w jego dłoni, wziął krótki łyk i oddał puchar Jerry’emu.
Szło pięć panien w noc gwieździstą
Drogą szeroką
I zmusiły mnie bym na nich
Zawiesił oko
Błazen uwielbiał tę pieśń. Jeśli mu wierzyć, sam był jej autorem, choć co do tego Giles nie miałby żadnych wątpliwości.
Pierwsza z nich, ta złotowłosa
Nóżkę długą ma
I powabnie swoje dłonie
Kładzie na biodra
Mimo krzyków Jerry’ego Giles usłyszał delikatne skrzypnięcie i czyjeś ciche kroki. Zdecydował się jednak nie obracać, nie chcąc spłoszyć błazna, sam zaś domyślił się, kto to mógł być.
Biorę ją więc w swe objęcia
Noc będzie cudna
Jeśli uda się dziewicy
Rozłożyć uda
Gość stanął tuż za plecami błazna. Kobieta miała na sobie czarno-błękitną suknię z białymi wstążkami, kontrastującymi z miedzianą skórą. Jej duże, ciemne oczy wpatrywały się prosto w Gilesa, a uśmiech na twarzy rósł z każdym następnym wersem.
Jerry wychylił kielich do dna i obrócił się, by przynieść sobie kolejny. Niemal wskoczył na Mały Morion na widok Megan.
– Przynieś mi wina, arlekinie – powiedziała szeptem. – I bądź tak miły nie śpiewać swych cudownych ballad tak głośno. Wszędzie cię słychać.
Jerry wykonał polecenie bez mrugnięcia okiem, po czym wybiegł z sali cały czerwony na twarzy.
– Widzisz? Przestraszyłaś go, a ja chciałem usłyszeć zakończenie – rzucił Giles.
– Ten idiota śpiewa to tak często, że i tak już je znasz – powiedzieli naraz.
Meg stanęła przy nim i razem czytali zażalenia.
– Co trzecie dotyczy szczurów, a co czwarte bójek na przedmurzu – zauważyła jego żona, biorąc w dłonie pliczek odłożonych na bok kartek.
– Wysyłaliśmy już szczurołapów, by zajęli się tymi gryzoniami. Laberbridge’owie sami zaoferowali, że coś z tym zrobią.
– Ile razy coś robią, tyle razy nie dopinają tego do końca – wtrąciła Megan, biorąc łyk Białego Grima. Później bez słowa podała mu kielich, by mógł zwilżyć podniebienie.
– Przez chwilę był spokój, ale potem i tak wróciły. Zawsze wracają.
– A te rozruchy na przedmieściach?
Giles milczał przez chwilę, zanim udzielił odpowiedzi.
– To głównie starcy i ich zwolennicy, którym nie podoba się obecna sytuacja w mieście. Niektórzy skrycie spiskują przeciwko Radzie, a inni, jak widać, otwarcie głoszą swoją nienawiść.
– Taki sam problem jak ze szczurkami?
– Prawie – odpowiedział Giles, biorąc do ręki notatnik i zapisując uwagę dotyczącą uszkodzonego pomnika jednego z Lewiatanów, który stracił kawałek ogona. Całe szczęście w portach nie mają takich problemów jak my tutaj. – Szczury to zwierzęta, ale przez te rozruchy zaczynają ginąć ludzie.
– Niech William pogoni swoich chłopców i zrobi z tym porządek. – Megan przeczytała kolejny raport, po czym ruszyła powolnym krokiem, by dolać sobie wina. – Zapisz, że jakaś panna z przybytku na Zachodnim Trakcie zaraża klientów. Takie rzeczy mogą się dziać na prowincji, a nie tutaj, do tego w obrębie murów.
Giles bez słowa zanotował uwagę. Całe szczęście nie trzeba będzie długo szukać chętnych do tego, by przebadać miejskie dziwki. Trzeba to powiedzieć Jerry’emu. Będę miał co najmniej tydzień spokoju.
Meg zmieniła trunek na Czerwoną Różę. Z przyjemnością wychyli nieco wytwornego albińskiego wina. Jego smak był słodki, a przy tym wino nie uderzało zbyt do głowy.
Rozległy się uderzenia do drzwi – najpierw dwa wolne, potem cztery szybkie. Hasło oznaczało, że ktoś pilnie chciał pomówić.
– O, ciekawe, kto to? – zainteresowała się kobieta, nie odwracając głowy od Małego Morionu.
– Zaraz się dowiemy… Wejść – krzyknął bez wahania Giles.
W drzwiach stanął szermierz Dao. Na czubie jego spiczastego hełmu powiewał błękitny pióropusz.
– Gilesie – zaczął dowódca batalionu gwardzistów nieco zdyszany.
Biegł, pojął Giles, a to nie zdarza się tu często.
– Zac. – Giles odwrócił się w jego stronę.
Megan podążyła jego śladem.
– Ktoś oczekuje na audiencję? – dokończył Giles.
– Żołnierze z Wyspy Sztormów.
To go zaskoczyło.
– Oni? Nikogo nie zmienialiśmy…
– Ocaleńcy – wtrącił Zac Crimblade jeszcze bardziej zaniepokojony.
Giles zastanawiał się przez chwilę.
– Wpuść ich.
Gdy Dao zniknął, spojrzenia jego i Meg się skrzyżowały. Jego żona też zrozumiała, że stało się coś poważnego.
Żołnierze stanęli w drzwiach kilka chwil później. Mieli brudne twarze, ich błękitne opończe kleiły się od błota i krwi, a pancerze były poszarpane i powgniatane. Żaden nie chciał zacząć. Są dezerterami i cholernie dobrze zdają sobie z tego sprawę. Biorąc pod uwagę karę, jaka na nich czekała, Gilesa nie zdziwiły ich związane języki.
– A więc? – zapytał wreszcie, przerywając denerwujące milczenie.
– Musieliśmy – rzucił nagle jeden.
– Co musieliście? – zapytała z zainteresowaniem Megan.
– Ostrzec. Ostrzec wszystkich. Znaczy, ona powiedziała tylko, żeby ostrzec – kontynuował ten sam żołnierz. Przypominało to raczej ostatnie słowa skazańca. Giles musiał dowiedzieć się więcej.
– Nie czeka was śmierć. Przyrzekam na Radę i swój ród – rzekł Giles. Może to wam nieco pomoże.
Nie mylił się.
– Wszystko tam się poszło jebać – powiedział drugi niemal histerycznym głosem. – Broniliśmy się przy każdym forcie. Palisada się rozpadła od tych deszczy, trakty zniknęły, deszcz lał cały czas, a ich było za dużo. Atakowali przez bramy, przez mury, niektórzy nawet spadali z nieba.
Giles spojrzał niepewnie i podszedł bliżej. Żołnierz był od niego niższy niemal o głowę. Gdy przyjrzał się bliżej jego twarzy, doszedł do wniosku, że wiek dorosłości osiągnął przed kilkoma miesiącami.
– Zac, zaprowadź go do jakiejś wolnej komnaty i dopilnuj, by doprowadził się do porządku. Możesz wziąć kogoś ze służby do pomocy.
Mężczyzna skinął głową, zarzucając błękitnym pióropuszem, po czym pomógł młodemu chłopakowi wyjść z sali i zejść na dół po schodach.
– Zatem zacznijmy jeszcze raz. Od początku – zwrócił się do pozostałego w sali człowieka.
– Chłopak ma rację – odpowiedział zapytany.
Bacznie mu się przyglądając, Giles doszedł do wniosku, że rozmawiał z długoletnim weteranem.
– Kilka dni temu przyszedł kolejny sztorm. Taki, jakich było już wiele. Nikt nic nie przypuszczał, nic specjalnego się nie działo. Dopiero w nocy, kiedy spadły błyskawice, niebo zrobiło się białe i huczało jak tysiąc trąb. Wszystko waliło w kamienne wrota, które znaleziono dwie zmiany temu.
– Zabezpieczyliście je zgodnie z instrukcjami?
– Próbowaliśmy, ale deszcze niszczyły wszystko, co wznieśliśmy. Zresztą, każdy obóz miał taki problem. Palisady się waliły, lepianki zapadały. Siedzieć można było tylko w namiotach. Było się mokrym, ale przynajmniej nie tonęło się w błocie.
– To już wiadomo – wtrąciła Megan.
Giles skarcił ją spojrzeniem.
– Opowiedz, co się stało – kontynuowała kobieta.
Żołnierz niepewnie spojrzał w oczy Gilesa. Ten skinął głową. Masz rację, Meg. Konkrety.
– Portal został otwarty. Te… Te błyskawice go uruchomiły, tak to wyglądało. Chłopaki z trzeciego obozu byli już na miejscu, czwarty też chyba tam był. My przybiegliśmy na końcu, ale i tak zaraz musieliśmy uciekać. Stawialiśmy opór w każdym obozie, jaki był po drodze, ale nie dało się ich obronić. Gdy zostało nas nie więcej niż trzystu, młodszy legat Kane wziął połowę i został w pierwszym obozie. Reszta pobiegła ze starszym portowym Rodneyem na barki. Jego barkę coś zatopiło po drodze, ale czterem udało się dopłynąć do portu wojennego na kontynencie.
Cztery barki zmieszczą stu dwudziestu ludzi. Giles, pamiętaj swoje rozkazy, choć Rada starała się go odciągnąć od tak gorliwego angażowania się w sprawy korpusu ekspedycyjnego. Pięć obozów i dwa porty. Wysłano już załogi. Kwatera dowództwa, cztery kwatery strażników, portowi…
Dwa tysiące trzysta. Za tą liczbą kryło się dwa tysiące trzysta ludzi, którzy z jego rozkazu stacjonowali na Wyspie Sztormów. Według jego najlepszych wyliczeń pozostało stu dwudziestu.
– Z kim walczyliście? – Giles pozwolił sobie ochłonąć.
– Z czym nie walczyliśmy?
Ta odpowiedź nie usatysfakcjonowała Gilesa. Na szczęście jego rozmówca nie poprzestał na tych słowach.
– Ludzie z całego świata. Nawet z Girloy. Rozpoznałem też paru czarnych rycerzy, pamiętam ich z Loren, kiedy byłem u ciotki, ale reszta była kompletną mieszanką. I wszyscy byli martwi.
W tym momencie Gilesowi wydało się, że to jest żart.
– I ludzie. I potwory. Były tam nimroidy, zgnilce, kolconogie i ciskacze. Było też coś większego, ale biegliśmy już między drzewami i nie przyjrzeliśmy się temu dokładnie – dokończył żołnierz.
– Możesz to opisać? – zapytała Meg.
– Trudno ci to będzie zrozumieć, pani…
– Widziałam potwory, o których mówisz. Na Żelaznej Pustyni siodła się nimroidy, a do zgnilców strzela z harpunów. Gniazda kolconogich wypala się girloańskim ogniem. Wiem, jak wygląda potwór.
Te informacje wprawiły żołnierza w niemałe zakłopotanie, ale go przekonały.
– Był wysoki, bardzo wysoki. Miał z sześć rąk, albo i więcej. I rogi. Długie rogi. I dwie głowy. A jego ryk… ścinał krew w żyłach.
Czyli może być gorzej.
– Umarli i potwory. To wszystko w ciągu jednej nocy – podsumował Giles, starając się nie brzmieć niedorzecznie.
– To nie wszystko.
No tak, oczywiście, pomyślał Giles, kiedy tamten mówił.
– Było tam jeszcze coś. Ktoś. Wysoki i masywny, przynajmniej tak go zapamiętałem. Starł się z legatką Joanną, kiedy włączyliśmy się do walki. Potem rzucił nią jak szmacianą lalką i ruszył, żeby ją dobić. Chcieliśmy jej pomóc, wyciągnąć ją stamtąd, ale ona tylko wyszeptała, byśmy was ostrzegli. Uciekliśmy, a gdy się odwróciłem, leżała martwa na jego rękach. Potem Kane…
Mówił jeszcze przez jakiś czas, ale Giles już go nie słuchał. Joanna nie żyje. Te słowa rozbrzmiewały w jego głowie, gdy wbijał puste spojrzenie w Megan, gdy upuścił na ziemię kielich, rozlewając czerwone wino na marmurowej posadzce, gdy z furią trącił drewniane żołnierzyki, przy okazji niszcząc pięknie ułożone fale Wielkiego Morza Południowego.
Joanna nie żyje! Utopiła się we własnej krwi, a on nic nie mógł zrobić. Po wojnie domowej, która rozszarpała jego rodzinę na strzępy i rozrzuciła po całym Morionie, w Girloy pozostał tylko on. On i Joanna. Tak samo młodzi, przestraszeni i zagubieni. Razem przeżyli całe dzieciństwo i młodość. Nim poznał Megan, to właśnie Joanna była najbliższą mu osobą, traktował ją niemal jak rodzoną siostrę.
A teraz ona nie żyła.
Powinienem wtedy popłynąć. Zamienić ją! To powinien być on. Joanna nie zasłużyła na taką śmierć. Nie zasłużyła na to, by przez półtora roku gnić w błotach Wyspy Sztormów, poświęcać życie na służbie na końcu świata, a teraz zwieńczyć to w taki sposób.
Joanna nie żyje. Moja ukochana siostrzyczka…
Megan obejmowała go, szepcąc mu do ucha. W sali zostali już tylko oni. Giles zorientował się, że oczy zaszły mu łzami. Oparł swoją głowę na jej barku.
– To… to nie powinno tak wyglądać.
Nie wiedział, ile czasu zajęło mu dojście do siebie. Stał oparty o żonę, wlepiając spojrzenie w Wyspę Sztormów. Cokolwiek tam było, cokolwiek przyszło na ich świat, cały czas tam pozostawało, żerując na trupach ludzi, których sam tam wysłał. Nie, to się tak nie skończy.
– Trzeba zwołać Wielką Radę. Wszyscy, którzy mają w tym mieście coś do powiedzenia, muszą się na niej stawić.
– Zajmę się tym – odpowiedziała bez namysłu Megan. – Posłańcy wkrótce wyruszą do akademii i Szkoły Legatów. A ty doprowadź się do porządku i przygotuj. – Ucałowała go w policzek, po czym wyszła.
Gdyby to było takie proste, pomyślał Giles.
Zastanawiał się, co powie, gdy czarodzieje i czempioni ze szlachetnych rodzin zjawią się przy tym stole. Sam nie wiedział, czy konieczne jest zwoływanie Wielkiej Rady. Impuls był jednak silniejszy niż jego umysł. Trupy nie przepłyną cieśniny. A nawet jeśli, to Mary Read ich powstrzyma. A jeśli nie? Wspomnienia z czasów inwazji Gavaina Chromego były ciągle żywe, jakby ten koszmar wydarzył się wczoraj. A potem wyobraził sobie martwą Joannę. Przedmurze już raz spłonęło. Nigdy więcej.
Czekało go naprawdę trudne spotkanie. Zanim zdąży ochłonąć, przy Małym Morionie zbiorą się już wszyscy, włączając w to czarodziejów. Czasu miał niewiele.
Zamyślony, nie zorientował się, kiedy obok niego stanęło dziecko w białobłękitnych szatach i wysokiej czapce. Wyglądało na niepewne i wlepiało w Gilesa dwoje błękitnych oczu.
– A ty? Co tu robisz? – zapytał nieco zdenerwowany. Od razu rozpoznał czarodzieja. To przez nich ona nie żyje.
– Ja…? Byłem akurat na schodkach, kiedy ci… kiedy oni przyszli. Strażnicy mnie wpuścili i słuchałem…
Chłopiec miał bladą cerę i błękitne włosy. Nie było wśród nich bieli, więc z pewnością nie był Eliarem. A skoro nie był Eliarem…
– To ty jesteś tym xiańskim kapłanem, prawda? – dociekał Giles.
Chłopiec przytaknął głową.
Pośmiewisko akademii. Słyszał o nim kilka historii, głównie z ust Theodora Hallsteina, centuriona Pancernych Strażników, swojej osobistej gwardii. Hallstein romansował z Vivian, członkinią rady, a ta bardzo lubiła chłopca. Starzy czarodzieje mieli o nim zupełnie odmienne zdanie. Giles nie mieszał się w ich knowania względem niego, przede wszystkim dlatego, że sam nie był czarodziejem. Chyba czas coś zmienić.
– I co usłyszałeś?
– O wyspie… o kłopotach. I jak tak słuchałem… chcesz coś zrobić. Znaczy tak mi się wydaje.
– Mów dalej.
Manto wydał się trochę śmielszy.
– Chcesz ich powstrzymać. Pokonać, chyba… No i tak myślałem, i opisałbym to wszystko…
Giles spojrzał najpierw na niego, a później na Wyspę Sztormów, usypaną ze żwiru i złotego piachu, na jej lasy z suchych gałązek i wzgórza z kamieni.
– Jesteś czarodziejem, prawda?
– No, w zasadzie to tak.
– W zasadzie?
Manto cały czas się jąkał. Trzeba było to z niego wyciągnąć.
– Jestem… czarodziejem niebios…
– Akademia ma swoich wykładowców w tej dziedzinie.
– Ale Circe się nie nadaje – odgryzł się pewnie, niemal ze złością. – Ja jestem znacznie lepszy.
Życie nauczyło go, że w sytuacji zagrożenia nie należało przebierać w środkach. To kwestia czasu, zanim te bestie zechcą pokusić się o zasmakowanie naszego kontynentu…
– Skoro tak mówisz… Myślę, że będziesz miał okazję udowodnić swoją rację.
…A ja dopilnuję, by połamały sobie na nim zęby.
------------------------------------------------------------------------
_Ciąg dalszy dostępny w pełnej wersji książki._Spis treści
Prolog
Nim rozpoczął się sztorm
Manto
Giles
Belthor
Giles
Manto
Część I
Kraina Wojny
Manto
Oktavius
Vivian
Belthor
Charles
Manto
Oktavius
Vivian
Giles
Belthor
Charles
Vivian
Manto
Oktavius
Giles
Charles
Vivian
Oktavius
Manto
Belthor
Oktavius
Zdrajcy
Pettyfer
Giles
Manto
Charles
Vivian
Pettyfer
Manto
Zdrajcy
Pettyfer
Vivian
Charles
Epilog
PokonanyDZIEDZICTWO KRÓLÓW
CZĘŚĆ I
KRAINA WOJNY
*
Morion, rok 176 epoki Czempionów
Czempioni, ludzie obdarzeni pierwiastkiem boskiej mocy, od prawie dwóch wieków stanowią opokę prawa i symbol siły całego Morionu.
To w cieniu ich potęgi ludzkość ożyła, zagoniona pod ziemię przez Świętą Wojnę. Czempiońskie rody, miecz i tarcza świata żywych, zawiedli swój lud dalej, niż ktokolwiek kiedykolwiek mógł to sobie choćby wyobrazić, lecz okupili to straszliwą ceną.
Wśród własnych knowań, intryg, wojen i zdrad już wkrótce będą zmuszeni zmierzyć się z zagrożeniem, które ogniem i żelazem sprawdzi, czy na pewno są godni powierzonego im daru.