Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kroniki Neonowego Miasta. Cyfrowy Cień Białego Wilka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 lipca 2026
21,00
2100 pkt
punktów Virtualo

Kroniki Neonowego Miasta. Cyfrowy Cień Białego Wilka - ebook

Wepnij kabel w kark. W Neonowym Mieście przetrwanie ma swoją cenę, a cyfrowa wolność rodzi się w bólach. Witaj w wielopoziomowym labiryncie z betonu i chromu, gdzie kwasowy deszcz zmywa jedynie powierzchowny brud z ulic. Na samym dnie egzystują miliony anonimowych numerów ze statystyk. Na samym szczycie - w nietykalnej megawieży Szklanego Olimpu - korporacyjni bogowie bezwzględnie dyktują tempo, w jakim tonie ulica. W tej rzeczywistości lokator 402, w podziemiach znany jako Biały Wilk, chce po prostu przetrwać kolejny dzień i zarobić na czynsz. To genialny, samotny netrunner, dla którego zero-jedynkowy rytm i linie kodu nie mają tajemnic. Kiedy jednak rutynowe zlecenie okazuje się śmiertelną pułapką, a bezduszny system uderza w to, co dla niego najcenniejsze, Wilk decyduje się na krok bez powrotu. Czy furia jednego człowieka uzbrojonego w cyfrowy taran zdoła obalić nieludzki ład i ogłosić globalny Error 404 dla korporacyjnych panów?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398189712
Rozmiar pliku: 421 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis Treści

Od Autora

Rozdział 1: Cyfrowy Cień

Rozdział 2: Zabójczy kod

Rozdział 3: Chrom i Krew

Rozdział 4: Duchy Matrycy

Rozdział 5: Targowisko Cieni

Rozdział 6: Neonowe Łzy

Rozdział 7: Szklany Olimp

Rozdział 8: Ostatni Skok

Rozdział 9: Error 404

Dodatek: Rejestr Podmiotów Niebezpiecznych

Dodatek: Raport Technologiczny

Dodatek: Atlas Neonowego Miasta

Dodatek: Leksykon

Dodatek: Przechwycone transmisje

Biały Wilk: Aktywacja

Czarny Lód

Chrom i Krew

Duchy Matrycy

Fixer z Podziemia

Neonowe Łzy

Szklany Olimp

Ostatni Skok

Error 404

O Autorze

Więcej twórczości znajdziesz tutajOD AUTORA

Od najmłodszych lat jestem fanem szeroko rozumianej fantastyki. Trylogię J.R.R. Tolkiena „Władca Pierścieni” mój tata przeczytał mi na głos, jeszcze zanim skończyłem trzecią klasę podstawówki. Kiedy sam nauczyłem się szybko czytać, rozwijałem tę pasję.
Z radością zagłębiałem się w światy Forgotten Realms czy Dragonlance. Wielkie wrażenie wywarł na mnie styl pisania R.A. Salvatore. Ale wciągały mnie również inne historie. Wychowałem się na takich filmach i serialach jak: Star Wars, Star Trek, Babylon 5, Andromeda. Nieco później dołączyły do nich np. Transformers, Daikengo – strażnik kosmosu, Starcom, Generał Daimos czy Ghost in the Shell. Wszystkie łączyła ciekawa historia w nich zawarta oraz klimat spaceopery albo S-F.

Stąd właśnie pomysł na wykopanie z szuflady mojego opowiadania z 2009 roku, które wtedy nosiło tytuł „Cyfrowe wilki”. Ponieważ postęp technologiczny, jaki się dokonał od tamtego czasu, znacząco zmienił moją perspektywę, postanowiłem odświeżyć ten tekst i przenieść go na poziom pełnoprawnej książki. Zapraszam do lektury!ROZDZIAŁ 1: CYFROWY CIEŃ

Deszcz w Neonowym Mieście nie był zwykłym zjawiskiem atmosferycznym. Był niekończącym się, kwasowym wyrokiem, który miasto wykonywało na samym sobie. Ciężkie, oleiste krople bębniły o pancerne szyby dolnych poziomów z furią, która zdawała się mieć w sobie coś osobistego. Woda, mętna od siarki i przemysłowych pyłów, spływała po pionowych ścianach megawież, zmywając powierzchowny brud z ulic, ale nigdy nie docierając do zgnilizny, która toczyła to miejsce od fundamentów aż po najwyższe piętra. Beton i chrom, uwięzione w wiecznym uścisku, lśniły w blasku neonów niczym skóra martwego gada. Pulsujące światła reklam – agresywne błękity, wściekłe róże i jadowite zielenie – odbijały się w kałużach, tworząc na mokrym asfalcie psychodeliczną, ruchomą mozaikę, która mamiła oko i wywoływała zawroty głowy. W przerwach między uderzeniami deszczu słychać było tylko głębokie, niskotonowe buczenie gigantycznych turbin napowietrzających megawieżę, przerywane okazjonalnym, piskliwym dźwiękiem sunącej gdzieś w oddali kolejki magnetycznej.

W głębokim cieniu jednej z megawież, tam, gdzie światło świtu było tylko legendą opowiadaną przez starych hakerów, stało dwóch strażników z Aegis Security. Ich pancerze, kiedyś pewnie matowe i budzące respekt, teraz lśniły od wilgoci, a każda rysa na kompozytowej powierzchni wydawała się zbierać w sobie toksyczną wodę. Kulili się pod wąskim zadaszeniem, które ledwie chroniło ich przed najgorszymi porywami wiatru. Nad ich głowami migotał potężny, choć wyraźnie uszkodzony hologram tarczy – logo Aegis Security. Jedna z jego krawędzi rwała się w cyfrowych konwulsjach, rzucając na strażników nieregularny, błękitny blask, który sprawiał, że ich sylwetki wydawały się nienaturalnie kanciaste. Uszkodzony hologram tarczy Aegis skwierczał przy każdej „konwulsji”, wyrzucając z siebie serię krótkich, suchych trzasków statycznych, które przypominały odgłos łamanego lodu. Ochroniarze palili najtańsze synt-fajki, których chemiczny, gryzący dym mieszał się z gęstą mgłą, a uniesione wizjery ich hełmów rzucały w ten tuman wąskie, krwawe snopy światła, przypominające oczy drapieżników czatujących w mroku. Mieli pilnować wejścia do jednego z węzłów przesyłania danych korporacji Aegis, ale niespecjalnie skupiali się dzisiaj na swojej pracy. W tak paskudną pogodę niewiele osób decydowało się wychodzić z domu. Wydaje się, że nawet cyberszczury schowały się gdzieś głęboko w ulicznych zaułkach. Dziś życie przeniosło się na o wiele niższe kondygnacje. Warta mijała spokojnie.

– Mówię ci, to nie jest zwykły skrypciarz, który dorwał się do kodów admina – rzucił niższy, zaciągając się głęboko i wypuszczając błękitny dym, który natychmiast zniknął w wilgotnym powietrzu. – Wczoraj w nocy wyczyścili serwery Biolabów w sektorze czwartym. Rozumiesz? Biolaby! Ochrona padła jak od ognia papirus. Żadnego alarmu, żadnego śladu na kamerach. Ich cyfrowe czujki nie tylko zawiodły – one zostały całkowicie sparaliżowane, jakby ktoś wyciągnął im wtyczkę z samej duszy. Ktoś, komu udaje się odwalić taką akcję bez pozostawienia śladów, jest zwyczajnie niebezpieczny.

Wyższy strażnik prychnął, a dźwięk ten, stłumiony przez elementy hełmu, brzmiał jak warkot uszkodzonej maszyny. Wypuścił gęsty kłąb dymu i poprawił ciężki karabin przewieszony przez ramię. – Zwykłe bajki, którymi karmią się szczury w rynsztokach – odparł z wyczuwalną pogardą. – Jakiś wariat załatwił sobie wojskowy deck z demobilu, miał trochę szczęścia i nagle wszystkie korporacyjne szychy robią w portki? Zarząd i tak go dopadnie. Psy z cyber-dywizji już węszą, analizują każdy bajt pozostawiony w logach. To tylko kwestia czasu, aż go wyłączą. Nasi chłopcy z cyberbezpieczeństwa wiedzą co robić. To, że nic z efektów ich pracy nie wyciekło jeszcze na ulicę, świadczy tylko o tym, że nie chcą zdradzić tego, co już ustalili. Zobaczysz jutro, najdalej pojutrze, zamkną sprawę, a tego twojego skrypciarza załatwią pokazowo, żeby nikt inny nie próbował go naśladować.

– Psy mogą sobie węszyć – odparł cicho niższy, zerkając nerwowo w górę, gdzie szczyty megawież ginęły w wiecznie skłębionych, ołowiowych chmurach. – Ale w podziemiach mówią coś innego. Mówią, że w tym cyfrowym labiryncie to on układa świat według własnych zasad. Nazywają go Duchem. A ducha, przyjacielu, nie da się złapać do klatki z lodu.

– Każdy duch ma swój wyłącznik – uciął starszy, gasząc niedopałek o mokrą ścianę. – To tylko bity i prąd. Znajdziemy jego gniazdo i po prostu odetniemy zasilanie.

Obaj gwałtownie zamknęli przyłbice, a dźwięk magnetycznego uszczelnienia przeciął szum deszczu. Stanęli na baczność, gdy tylko usłyszeli, że drzwi za ich plecami zaczęły się rozsuwać z cichym szelestem. Wyszedł z nich potężnie zbudowany mężczyzna w pancerzu bez jednego zadrapania, z odznaką porucznika lśniącą na prawym ramieniu. Rozejrzał się dookoła, a jego optyka skanowała otoczenie z mechaniczną precyzją.

– Widzę, że dzisiaj cisza i spokój. Ale nawet przez filtry wyczuwam wasze lenistwo i dym z synt-fajki. Nie jesteście tu na przerwie. Jako wartownicy jesteście wizytówką Aegis Security! Macie prezentować się profesjonalnie! Jeśli coś się przez was zdarzy… – jego niewypowiedziana groźba zawisła w powietrzu, cięższa niż kwasowy opad. Porucznik cofnął się z niesmakiem przed bryzgiem brudnej wody z kałuży i zniknął ponownie w sterylnym wnętrzu budynku.

Strażnicy odetchnęli z ulgą. Żaden z nich nie podejrzewał, że każde ich słowo, każde prychnięcie i szelest otwieranego pakietu synt-fajek, płynęło jako czysty strumień danych prosto do uszu owego Ducha. Słuchał ich biadolenia, siedząc zaledwie trzysta metrów dalej i uśmiechając się krzywo w mroku swojej klitki. Oddzielały ich tony zbrojonego betonu, pancernej stali i wszechobecnej, korporacyjnej obojętności. Biały Wilk siedział w sync-fotelu otoczony gęstym splotem kabli, które zwisały z sufitu niczym martwe pnącza w stalowej dżungli. Przed jego oczami lewitowało kilka półprzezroczystych okien terminali, na których zielone pasma dźwiękowe pulsowały w rytm oddechów strażników. Jego pokój, ciasna klitka na sześćdziesiątym piętrze, był przesiąknięty zapachem ozonu, starego kurzu i stęchlizny, która osiadała na wszystkim jak niewidzialny szron. To tutaj, w sercu cyfrowego chaosu, anonimowy numer ze statystyk stawał się łowcą. Choć jego umysł dryfował w strumieniach danych, fizyczność boleśnie przypominała o sobie każdym uderzeniem tętna w skroniach i burczeniem w żołądku, którego nie oszukała poranna dawka syntetycznych alg. Odpalił kolejny filtr odszumiający, a głos porucznika w jego uszach stał się krystalicznie czysty, niemal intymny. Biały Wilk wiedział o Aegis więcej, niż oni sami chcieliby przyznać, ale dzisiaj nie szukał zemsty. Szukał przeżycia.

Biały Wilk oderwał na chwilę wzrok od terminali i spojrzał w stronę brudnej, porysowanej szyby, o którą bębnił deszcz. Z wysokości sześćdziesiątego piętra Neonowe Miasto nie przypominało już labiryntu, lecz gigantyczne, konające zwierzę, którego arterie pulsowały światłem neonów. Tam w dole był nikim – cieniem i anonimową cyfrą w statystykach populacji. Tutaj, w uścisku kabli, był jedynym, który widział nadchodzącą burzę. Przymknął na moment piekące oczy, pozwalając, by szum chłodzenia wodnego ukoił jego myśli, ale spokój nie trwał długo.

***

Obudził mnie nie świt, którego w Neonowym Mieście nie widziano od pokoleń, ale uporczywe, metaliczne dudnienie w stalowe drzwi mojej klitki. Moje ciało zareagowało szybciej niż umysł – nawyk z krótkiego, ale intensywnego pobytu w wojsku sprawił, że jeszcze zanim otworzyłem oczy, byłem już w połowie drogi do pełnej przytomności.

– Lokator 402! Termin płatności minął sześć godzin temu! – Mechaniczny, pozbawiony emocji głos Windykatora v.4.2 wył niemiłosiernie głośno z niskiej jakości głośnika przy drzwiach, raniąc moje uszy. Głośnik trzeszczał pod naporem decybeli, dodając cyfrowemu komunikatowi brudnego, metalicznego rezonansu wzbogaconego piskiem, jakby ktoś przeciągał kredą po tablicy.

Na panelu przy wejściu zapulsowała jadowita czerwień. Mały ekran wyświetlił uproszczoną ikonę płuc przekreśloną grubą linią – korporacyjne przypomnienie, że nawet prawo do oddechu ma swoją cenę.

– Przypominam, że brak wpłaty w ciągu następnych trzech dni będzie skutkował natychmiastowym odcięciem tlenu i blokadą magnetyczną zamków. Masz czas do cyklu wieczornego. Życzę produktywnego dnia.

Otworzyłem oczy. Pokój wypełniał zapach ozonu i stęchlizny oraz starego kurzu, który osiadał na wszystkim jak niewidzialny szron. Wyjątkiem był mój deck i styki interfejsu Matrycy. Te zawsze były w idealnej kondycji. Przeciągnąłem się, czując napięcie w mięśniach. Nie byłem stary, nie dobiłem jeszcze nawet do trzydziestki, ale godziny spędzone w bezruchu przed terminalem robiły swoje. Podniosłem się z barłogu jednym sprawnym ruchem, czując każdy staw swojego fizycznego ciała. Choć w sieci byłem lekki jak myśl, tutaj wciąż byłem tylko mężczyzną, w którego żyłach płynęła krew, algi i czasem adrenalina, a nie tylko śmigające z szybkością światła dane.

Podszedłem do okna i oparłem czoło o chłodną, brudną szybę. Z wysokości sześćdziesiątego piętra patrzyłem na miasto, które przypominało rozżarzoną, toksyczną ranę. Tam w dole, w tym wiecznie ruchomym tłumie, byłem niczym cień – anonimowy numer w statystykach populacji. Ale to miało się zaraz zmienić. Miałem swój plan.

Moim śniadaniem była szara masa z dozownika – wysokobiałkowy osad z alg, który smakował jak zmielony plastik z domieszką smaru. Przełykałem go bez grymasu, traktując to wyłącznie jako niezbędne paliwo. Pompa dozownika cichutko warczała, tłocząc tę ohydną breję wprost do moich ust z głośnym plaśnięciem, gdy wytryskiwała z rurki na końcu. Żyłem tak od tygodni, oszczędzając każdą jednostkę energii, każdy zarobiony kredyt na to, co miało nastąpić. W tym świecie przetrwanie wymagało dyscypliny, której nauczyli mnie na poligonie, zanim zrozumiałem, że wolę toczyć wojny w Matrycy niż w błocie i krwi.

***

Przełknąłem ostatnią porcję tej ohydnej algopodobnej brei i otarłem usta wierzchem dłoni. Pompa dozownika wydała z siebie finalne, suche westchnienie, zostawiając w pomieszczeniu jedynie zapach odkażającego ozonu i przegrzanych obwodów. Podszedłem do terminala. Ekran zamigotał gwałtownie, wybudzając się z trybu czuwania, i po chwili wyświetlił twarz ułożoną z szumów i błędnych pikseli. To był Link – mój broker i jedyny łącznik z górnymi poziomami, gdzie życie nie smakowało jak zmielony plastik.

– Biały Wilku, ogarnąłeś już to zlecenie na Aegis? – zapytał bez zbędnych wstępów. Jego głos był zmodulowany tak, by brzmiał jak tarcie metalu o beton – szorstki, nieludzki i irytujący. – Zleceniodawca zaczyna się niecierpliwić. Chce te dane o protokołach logistycznych w ciągu godziny. Jeśli nie dostarczysz towaru, znajdę kogoś innego.

– Nie gorączkuj się, Link. To nie jest zwykły magazyn danych – odparłem, przesuwając palcami po holograficznej mapie sieci, którą mozolnie składałem przez ostatnie trzy doby. Błękitne linie interfejsu rzucały na moją twarz chłodny blask. – Mają nową architekturę węzłów, sferyczną konfigurację portów. Klasyczne obejścia tu nie zadziałają, odbijają się od ich firewalla jak od ściany.

– To wymyśl coś, co nie będzie klasyczną metodą! – warknął Link, a piksele tworzące jego twarz zadrgały wściekle. – Windykatorzy nie czekają, a tlen kosztuje coraz więcej. Albo dasz mi ten plik, albo dzisiaj wieczorem będziesz szukał noclegu w rynsztoku na poziomie zero.

Rozłączyłem się bez słowa. Groźby Linka były równie realne, co fetor stęchlizny w mojej klitce. Do żywego poruszyło mnie, skąd Link wiedział o Windykatorze. A może tylko zgadywał, znając moje podejście do życia. Przez ostatnie kilkadziesiąt godzin nie spałem, projektując coś, co miało stać się moją przepustką do lepszego życia – a przynajmniej do opłacenia czynszu. Mój autorski wirus był gotowy. Kod tak agresywny i szybki, że potrafił nadpisywać procedury obronne, zanim system bezpieczeństwa zdążył zgłosić wyjątek. Nazwałem go „Wolf”.

Odwróciłem się od okna. W centralnym punkcie pokoju, oświetlony jedynie chłodnym, niebieskim blaskiem monitorów, stał mój sprzęt. Fotel, w którym spędzałem więcej czasu niż we własnym łóżku, otaczały rurki chłodzenia wodnego, pracującego z cichym, uspokajającym mruczeniem. Miękkie poduszki i zestawy czujników były skalibrowane pod mój refleks. Chociaż w większości był to towar z recyklingu, po moich modyfikacjach dawał radę lepiej niż niejeden wojskowy zestaw. To był mój ołtarz. Na nim zdarzały się cuda.

Usiadłem, czując, jak skóra na karku pokrywa się gęsią skórką na samą myśl o tym, co zaraz nastąpi. Za zrabowany dziś plik z serwerów Aegis kupię sobie nowy dzień, może nawet dwa. Ale w tym wszystkim nie chodziło wyłącznie o kredyty; one nigdy nie były najważniejsze. Chodziło o ten moment, gdy fizyczność przestaje mieć znaczenie. O to, jak wolny może być w sieci ktoś taki jak ja.

Zamknąłem oczy i wymacałem złącze z tyłu głowy. Chłodny, sterylny metal. Kiedy zazwyczaj podpinam się do wtyku, czuję dreszcz – to granica między byciem nikim a byciem Duchem. Czuję, jak płynie w moich żyłach zimny, zero-jedynkowy rytm. Kod nie ma przede mną tajemnic. Wierzę w siebie. W końcu na mieście mówią, że jestem naprawdę dobry. Może mają rację. Dla mnie z pewnością byłoby lepiej, gdyby się nie mylili co do moich możliwości. Bo jeśli Link się pomylił i przyniósł mi coś ponad moją ligę, to niezapłacony czynsz będzie moim najmniej istotnym problemem.

Wdech. Wydech. Wpinam kabel w kark.

***

Początkowy wstrząs zawsze przypominał uderzenie pioruna, który rozrywa cię od środka. Przez ułamek sekundy czułem, jak moje ciało dębieje, mięśnie zastygają w nienaturalnym skurczu, a potem rzeczywistość pękła na tysiąc cyfrowych odłamków. Moja świadomość, uwolniona od balastu mięsa i kości, wystrzeliła z zawrotną prędkością w tunel oślepiającego światła i kaskad danych.

– _Polecenie ładowania przyjęte…_ – odezwał się w mojej głowie pozbawiony emocji, systemowy głos, podczas gdy przed moimi oczami przemykały strumienie informacji. – _Witam ponownie w naszej sieci. Dziś rozpoczęły się mistrzostwa w cyberfutbolu. Zakłady wyglądają bardzo obiecująco. Czy chcesz postawić na swojego faworyta?_

Zirytowany, natychmiast wybrałem opcję „Pomiń”. Zanim algorytm zdążył wypluć kolejną reklamową papkę, niemal automatycznie wstukałem kombinację klawiszy, która brutalnie kończyła działanie systemu powitalnego. Właśnie kupiłem sobie kilkanaście minut życia w spokoju. Dość zabawy. Pora zanurkować.

W cyfrowym oceanie znów zanurzyłem się z pełną prędkością, czując, jak wirtualny wiatr przecina moją jaźń. Matryca wyglądała dziś jak nieskończone miasto wybudowane ze szkła i światła, gdzie każda wieża była bazą danych, a ulice rzekami płynących bitów. Pojedyncze błyski tu i tam wskazywały na aktywność milionów użytkowników, którzy krążyli w tym labiryncie nieświadomi niebezpieczeństw. Teraz, gdy nie rozpraszają mnie nieskończone skrypty reklamowe, wreszcie jestem w swoim żywiole.

Zanim jednak zbliżyłem się do celu, musiałem pokonać „Przedmurze” – pierwszą, zewnętrzną warstwę zabezpieczeń korporacji Aegis. To nie był lód, który można po prostu rozbić, ale gęsta, dławiąca mgła algorytmów snifferów. Krążyły tam „Dobermany” – patrole antywirusowe w kształcie pulsujących, geometrycznych brył, które omiatały przestrzeń jaskrawymi, czerwonymi laserami skanerów. Musiałem zsynchronizować swój rytm z pulsowaniem danych wewnątrz kanałów wentylacyjnych sieci, stając się częścią tła. Dla nich pozostałem tylko niegroźną mgłą.

Przede mną wyrastała masywna, pulsująca jadowitą czerwienią ściana lodu – główny firewall serwerowni Aegis. Ich administratorzy pewnie pękali z dumy, bo włożyli masę pracy, by zapora wyglądała na potężniejszą, niż była w rzeczywistości. Badam ten lód już od dłuższego czasu i wiem, że ich zabezpieczenia to dla mnie marny żart – przewidywalne algorytmy bez grama fantazji. Nie było tu nawet maskowania. Wszystko było widać jak na dłoni.

Z uśmiechem, którego w realnym świecie nikt nie mógł zobaczyć, wyciągnąłem wirtualną dłoń. Dziś rzucałem na stół najlepszą z moich kart. Mój autorski wirus. Nie wybrałem go dlatego, że muszę pokonać jakiegoś legendarnego przeciwnika. Po prostu chcę przetestować możliwości tego kawałka kodu, który od dłuższego czasu siedział w mojej głowie.

– Aktywuję protokół Wolf. Bierz ich, mały!

W ułamku sekundy skupienie uderzyło we mnie falą adrenaliny. Czas zacząć mocniej budować swoją legendę. Po tej akcji znów będzie o mnie głośno w dolnym mieście. Zacząłem sobie nucić słowa zasłyszane od dzieciaków kręcących się na poziomie minus jeden mojej wieży: - Mówią mi Biały Wilk – samotnik wielkiej sieci! Posłuchajcie jak wyję do syntetycznych gwiazd!

Pchnąłem kod prosto w strukturę lodu. Nic nie poczuli. Nie odezwał się żaden alarm. Firewall stanął w wirtualnych, cichych płomieniach, a mój kod poleciał przez wyłom jak iskra gotowa rozniecić jeszcze większy pożar. Gdy ich czerwona ściana pękała i kruszyła się, oni spali spokojnie lub grali w swoje wirtualne karty, które nazywali cyberśruby czy gwinty. Wolf działał idealnie – nie tylko otworzył mi drogę, ale zaczął wprowadzać fałszywe tropy, zostawiając tu i tam ślady wilczej łapy i kod białej sierści. Skuteczne zacieranie śladów dawało mi nadzieję na przeżycie kolejnego dnia. Kiedy ktoś będzie chciał mnie później odszukać, nie będzie miał łatwego zadania.

Sam przemknąłem przez powstały otwór i zacząłem szukać danych Aegis Logistics. Zlecenia takie jak to pozwalały mi rozwijać moje „gniazdo”, a jako samotny wilk bez watahy musiałem dbać o swoje plecy sam. Wolf robił co w jego mocy, ale to tylko algorytm. Ja byłem duchem wolności i zamierzałem nim pozostać.

Zacząłem zapuszczać się dalej w trzewia bazy, stąpając cicho po ścieżkach danych. Kiedy znalazłem to, po co przyszedłem, zrozumiałem, że szukanie zajęło mi tyle czasu tylko przez niskie umiejętności konstruktora bazy danych – amatora, który wierzył, że sama nazwa korporacji go ochroni. Aegis Security… dumna nazwa, jak dla kogoś tak ignorującego zasady bezpieczeństwa. Wciąż jednak musiałem być ostrożny. Czasem nawet największemu kretynowi z korporacji może trafić się szczęśliwy los, a na to nie chciałem pozwolić.

Nagle na granicy świadomości wyczułem ruch. Cyberpająki krążyły po sąsiadujących układach. Nie zauważyły mnie, ale najwyraźniej wyczuły, że coś tu jest nie tak i zaczęły profilaktycznie wypluwać swoje sieci namierzające.

– O nie, panowie, nie ze mną te numery – pomyślałem. Szybko skonstruowałem kilka wirtualnych obrazów much i wypuściłem je w losowych kierunkach. Gdy tylko moja „mucha” stykała się z programem ochronnym, wyparowywała w ciągu przypadkowych bitów, odciągając ich uwagę.

W tej cyfrowej pajęczynie szarpałem się za dwóch, omijając pułapki, aż w końcu wyszedłem za czerwoną kopułę firewalla niezauważony. Byłem już względnie bezpieczny. Pająki pewnie nadal szukają, co się wydarzyło i lada moment umieszczą w logach bezpieczeństwa wpis o niepokojącej aktywności, której przyczyny nie udało się ustalić. Obiboki z cyberochrony odpalą głęboki skan i zauważą, które dane zostały im wykradzione. Wkrótce zarząd _Aegis_ na pewno dowie się o wtargnięciu i z pewnością spanikuje na szczytach swojego wieżowca. Później zdadzą sobie sprawę, że tracą twardy grunt pod nogami. Będą musieli zmierzyć się z tym, co dzisiaj spotkało ich firmę.

Nagrałem pliki na holopen i przygotowałem się do powrotu do ciała.

– Dobra robota, Biały Wilku – szepnąłem do siebie w myślach. – Znowu ci się udało.

Zanim się odłączyłem, uniosłem pysk swojego wilczego awatara i głośno zawyłem. Nikt nie słyszał mojego wycia do syntetycznych gwiazd, ale ja czułem, że Matryca drży pod moimi stopami.

***

Wyciągnąłem wtyczkę z decku na karku. Świat fizyczny uderzył mnie z brutalną siłą – dźwięki stały się płaskie, a kolory w pokoju przygasły do odcieni brudnej szarości. Odepchnąłem się od blatu i powoli zsunąłem się z fotela na podłogę, czując, jak grawitacja bezlitośnie upomina się o moje ciało. Moje mięśnie, zdrętwiałe od wielogodzinnego bezruchu, zaprotestowały tępym bólem. Podniosłem się z trudem, czując dreszcz zimnego potu na plecach, i wyjąłem holopen z gniazda danych. Urządzenie było gorące, niemal parzyło w palce.

Wywołałem interfejs komunikacyjny i czekałem na połączenie z Linkiem. Ekran terminala zamigotał, a Link odebrał tak szybko, że to niemal do niego niepodobne. Chyba klient rzeczywiście się mocno niecierpliwił, skoro mój broker porzucił swoją zwyczajową opieszałość.

– Masz? – rzucił, nie siląc się nawet na przywitanie. Jego głos, przepuszczony przez filtry, przypominał zgrzyt żwiru w betoniarce.

– Mam. Zgodnie z zamówieniem wszystko jest na holopenie – odparłem, czując suchość w gardle. – Przekazać jak zwykle przez martwą skrzynkę?

– Nie. Weź go ze sobą. Zejdź na poziom 0. Czekam przed twoją szklaną wieżą.

Tym mnie zaskoczył. Poczułem nagły skok adrenaliny, który skutecznie wyparł resztki po-matrycowego otępienia. Niewielu ludzi wiedziało, w której dzielnicy mieszkam, a jeszcze mniej, w której z tych betonowych trumien mnie szukać. Link wiedział zbyt dużo. Skoro jednak był już na dole, nie miałem wielkiego pola manewru. Złapałem ze stołu podwójnie witaminizowany baton z syntetycznego białka dla netrunnerów i wcisnąłem go do ust. Na plecy narzuciłem mój zniszczony płaszcz z wielkim kapturem. Chwyciłem holopen, wrzuciłem go niedbale do kieszeni i wyszedłem na korytarz.

Klatka schodowa pachniała starą chemią i gotowanym soj-makaronem. Wskoczyłem w najbliższą windę – zdezelowaną i zardzewiałą puszkę, która przy każdym ruchu jęczała, jakby miała to być jej ostatnia podróż. Jeszcze w trakcie zjazdu aktywowałem zagłuszarkę. Poczucie mrowienia na skórze podpowiedziało mi, że urządzenie działa – dla dowolnych czujników i kamer moja twarz stała się teraz tylko rozmazaną, pikselową plamą, a głos obniżył się o kilka tonów, stając się anonimowym buczeniem.

Kiedy drzwi rozsunęły się z ciężkim metalicznym zgrzytem, na poziomie 0 powitał mnie odór rynsztoka i wilgoci zmieszany z resztkami toksycznego błota, które zawsze po deszczu stało w takich miejscach jak to. W korytarzu, pod migającą jarzeniówką, stał niepozornie wyglądający robot dostawczy – poobijany model z serii v.2, pokryty warstwą miejskiego pyłu. Jego ekran aktywował się natychmiast na mój widok, choć sensory nie mogły przebić się przez moją zagłuszarkę.

– Biały Wilk? – zapytał robot głosem Linka.

– Link, jesteś niższy, niż sądziłem – mruknąłem, siląc się na kwaśny żart.

– Nie mam na to czasu – uciął, a w jego głosie wyczułem autentyczne napięcie. – Włóż holopen do gniazda tego malucha.

Tak też zrobiłem, choć mój instynkt podpowiadał mi, że ta bezpośrednia wymiana to igranie z ogniem. Potrzebowałem jednak kredytów za tę robotę i to natychmiast. Robot chwilę transmitował dane, po czym z gniazda z holopenem wydobyła się smużka czarnego, gryzącego dymu. Zapach palonej elektroniki wypełnił ciasny korytarz. Link właśnie spalił mosty. Ekran robota ponownie ożył.

– Świetna robota. Przelew przez pralnię czy zaszyfrowany chip kredytowy na okaziciela?

– Nie żartuj. Znasz odpowiedź.

Z korpusu maszyny, z cichym sykiem serwomotorów, wysunął się niewielki czytnik z chipem. Robot zaczekał, aż go wyjmę, i natychmiast zamknął klapkę. Wpiąłem chip w swój osobisty czytnik i potwierdziłem saldo. Kwota była o 20% wyższa, niż ustalaliśmy. W tym świecie nikt nie dawał bonusów za darmo – to był miły gest, ale i ostrzeżenie: ta robota była bardziej niebezpieczna, niż sądziłem.

– Wszystko gra, Biały Wilku?

– Tak – odparłem, mrużąc oczy. – Możesz mi tylko powiedzieć, skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć?

Robot nagle zapiszczał wysokim, alarmowym tonem, zakołysał się na swoich kółkach i odezwał się zupełnie innym, metalicznym, seryjnym głosem:

– Przepraszam, chyba miałem jakąś awarię. Moje sensory nie mogą złapać należytej ostrości... Gdzie ja jestem? Muszę wrócić do warsztatu na pilny serwis. Czy mogę prosić o pomoc w nawigacji?

- Główna ulica jest tam – powiedziałem wskazując ręką bliżej nieokreślony kierunek za plecami robota.

- Bardzo dziękuję. Przepraszam, jeśli narobiłem jakichś kłopotów. Życzę miłego dnia.

Robocik odwrócił się wolno, zaskrzypiał zdezelowanym kółkiem i odtoczył szybciej, niż można by przypuszczać, aż zniknął za zakrętem. Jak Link mógł tak po prostu zniknąć, zostawiając mnie z tą kupą złomu i pytaniami, na które nie miałem odpowiedzi? To ostrzeżenie, czy zbieg okoliczności? Sam nie wiedziałem, co mam myśleć.

***
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij