Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kropla czasu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 grudnia 2025
35,99
3599 pkt
punktów Virtualo

Kropla czasu - ebook

„Kropla czasu” to porywająca, wielowarstwowa powieść o prawdzie, która nie chce zostać znaleziona — i o ludziach, którzy próbują ją udźwignąć. Historia Ingi, młodej dziewczyny uwikłanej w zaginięcie brata i mroczną tajemnicę sprzed lat, prowadzi czytelnika przez pasjonującą drogę ku odpowiedziom, które zmieniają wszystko. Fabuła o wyraźnym zabarwieniu kryminalnym rozwija się z psychologiczną precyzją, wciągając w sieć domysłów, niedopowiedzeń i coraz bardziej dusznego napięcia. To nie jest opowieść o dziecięcej wrażliwości, lecz o dojrzewaniu do odwagi — i o dorosłych, którzy niosą na barkach ciężar przemilczanych win. Przeplatające się wątki dwóch czasów łączą się w finale, który nie tyle zaskakuje, co uderza z siłą spóźnionego zrozumienia. Literacko dopracowana, fabularnie trzymająca w napięciu do ostatniego zdania — „Kropla czasu” to powieść, która zostaje w czytelniku długo po tym, gdy opadnie cisza. facebook.com/TomBishopWriter

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397277618
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rodzimy się i umieramy z wczorajszym kuponem lotto. Nie można wygrać z losem. Nikt nie zauważy natomiast, gdy przeznaczenie nagniemy delikatnie w swoją stronę. Poznałam kogoś, kto pokazał mi, że jest to możliwe. Serca są bowiem silniejsze od śmierci, jeśli jest w nich cień miłości. Potrafią jednym, mocnym uderzeniem nie tylko odwrócić pęd losu, lecz także wywołać lawinę zmian. Nie myślcie, że mam zamiar wyskoczyć z ckliwym romansem. Nic z tego. Amatorów płatków róż w wannie z szampanem odsyłam dalej. Pozostałym przedstawię historię, która na chwilę zatrzymała ziemię.

Zauważyliście, że małe umysły z każdym dniem zarażają się coraz bardziej dorosłością? Ta dorosłość toczy ich serca przez wszystkie dni, aż po ostatni cień zachodu. Natura zadrwiła z naszego gatunku, dając nam dobro, które odmieniłoby świat w czasie, gdy nie posiadamy praw do tworzenia.

W momencie uzyskania samodzielności zmieniamy priorytety. Lubimy nasze serca, po których swobodnie hula wiatr z grysem, rozpętany gwoździem. W skrócie, gdy potrafimy zbawić świat, mamy związane ręce, gdy więzy puszczają, ręce zapomniały, czego miały dokonać. Rodzimy się piękni wśród zagubionych i całe życie dążymy do własnej zguby. Świadomość tego paradoksu, pozwala nam dodatkowo odkryć jego nieodwracalność. Czy wśród nas, głęboko „ucywilizowanych” istnieją ludzie, którzy nie tracą prawdy z serc? Poznaliście kiedyś kogoś zaklętego w świetle księżyca? Dlaczego o nim mowa? Może dlatego, że jest tak jasny, że można go czytać jak kartkę. A może dlatego, że nigdy nie widzimy jego drugiego oblicza?I.

DOROSŁOŚĆ

Są ponoć takie zdarzenia, które kształtują nas na przyszłe lata. Istnieją ludzie i słowa dodający wiary w życiu, lub prześladujący jak cień, gdy zostajesz sam w domu, a cisza zaczyna malować najokropniejsze obrazy. Były wakacje, lata dziewięćdziesiąte. Ostatnie pokolenie nienarodzone z Internetu. Brakowało nam wszystkiego, tylko nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia. Może dlatego nie ustępowała w nas czysta radość. Myśleliśmy, że głównym zagrożeniem są bomby atomowe, kosmici i planetoidy, a największym złem dla drugiego człowieka okazał się człowiek. Co to były za dni, gdy do cudownej zabawy wystarczyła piłka, kawałek podwórka i grupka przyjaciół. W domu się jadło i spało, ewentualnie odbywało kary. Świat jeszcze niezepsuty błękitnym milczeniem tętnił w każdym z nas. Żywe pokolenia. Ale nawet ten najwspanialszy czas miewał gorsze momenty. Zło nie istnieje jedynie dla zła, lecz stworzone dla kontrastu, pomaga nam dostrzec dobro. Dopóki zachowywaliśmy umiar, świat stał mocno na nogach. Dziś już nawet nie kuleje, a kona i błaga o opamiętanie. Wierzę, że wszystko można naprawić, jeśli zaczniemy słuchać tego, co jest w nas.

Zachód słońca czerwoną pomarańczą zwiastował późny wieczór. Razem z bratem w szalonym pędzie pokonywaliśmy strome zbocze niewielkiego wzgórza. W dole dojrzewały zboża i zioła. Ich ciepła woń gwałtownie wpadała w nozdrza. On, wesoły brunet w niedokładnie zapiętej koszuli, zawsze był krok przede mną i miał głowę nade mną. Ach, mój wzór, choć nigdy mu tego nie powiem.

– Zaczekaj, Bartek! Ej, już nie mogę! – wykrzyczałam, lekko łzawiąc. Bałam się, że zniknie mi gdzieś i zostanę tu sama. Gdy noc u wrót, strach budzi się po stokroć wyższy niż kiedykolwiek. Odwrócił twarz. Wiedziałam, że ma dość mojego towarzystwa, które podcina mu skrzydła.

– Jezu, z tobą to zawsze jak na łańcuchu. Przyczepiłaś się, to teraz idziemy razem. Matka da mi łomot, jak naskarżysz, że cię tu zostawiłem. Choć daję słowo, chętnie bym to zrobił. Czemu ty nigdy nie zostaniesz w domu, tylko musisz psuć zabawę? – rzucał słowami, a jego usta stawały się wąskie i szerokie na przemian. To mogło znaczyć tylko jedno, że ma mnie powyżej uszu i lepiej być cicho.

– Oj dobra, idę, tylko zwolnij trochę, bo mnie boli brzuch. – Nie wiem, co to za głupia wymówka. Tak mi przyszło nagle do głowy. Chciałam przedłużyć stanie w miejscu.

– Jestem pewien, że słyszałem szmery nad stawami – zniżył głos i szepnął w moim kierunku.

– Nawet jeśli, to co? Przecież każdy mógł tam pójść na przechadzkę.

– Ale ty głupia jesteś. Mam już piętnaście lat i nigdy wieczorem nie widziałem tam nikogo, poza tym jednym razem, gdy Chruścicki kradł karpie z naszego stawu.

– Myślisz, że to znowu on?

– Nie wiem, ale całkiem możliwe.

– To może powiedzmy tacie, żeby to sprawdził, co? – zasugerowałam delikatnie.

– Zwariowałaś, nie ma czasu!

Złapał mnie za rękę i znów biegliśmy. Tym razem mój co drugi krok stawiałam w powietrzu. Wilgoć zmieszana z chłodem sierpniowego wieczoru kłuła odkryte ramiona i kręciła włosy wypadające z warkocza. Słońce jeszcze nie zaszło, ale wzrok trzeba było już wytężyć.

– Ciii… – Przyłożył palec do ust, nakazując milczenie.

Ścisnął mnie mocniej za rękę i przykucnęliśmy w jakichś najeżonych krzakach przy trzcinach, w których z rzadka tliły się świetliki. Nastała głucha cisza przerywana kołataniem serc. Wydawało mi się, że woda niesie te dźwięki na kilometry w dół gładkim lustrem wody. Wpatrzona w ciemność żaba na głazie nie przejawiała żadnych oznak poczucia zagrożenia, więc może jednak nasze serca nie biły aż tak głośno, jak w moich uszach.

– Baaartek – szepnęłam. – Pusto. Wracajmy już, proszę.

– Pssst! – Zasłonił moje usta ręką, drugą wskazał miejsce niedaleko nas. Mrużąc oczy, dojrzałam urywane światło. W pierwszej chwili pomyślałam o świetlikach, jednak po dłuższym skupieniu zrozumiałam, że mamy do czynienia z latarką. Ponieważ latarki nie chodzą same na ryby, ktoś bezwzględnie musiał nią operować. Teraz, choć nie miałam zamiaru, okazało się, że pełznę powoli w kierunku światła mokrą, szorstką trawą, tuż, tuż za moim bratem. Jak dwie ćmy. Mam nadzieję, że nie skończymy podobnie jak one. Ubrania zimno i ciasno oblepiały ciała. Miałam złe przeczucia, jednak nie potrafiłam się sprzeciwić ciekawości. Światełko osłabło, tliło się gdzieś nisko, jak gdyby rzucone w trawę. Zatrzymaliśmy się, próbując oswoić z półmrokiem i wyodrębnić obce postacie. Bartek posłał mi złowrogie spojrzenie i pokazał pięść. Łatwo wywnioskowałam, jakie byłyby konsekwencje ewentualnej niesubordynacji. On faktycznie chciał złapać złodzieja na gorącym uczynku.

– Nie daj się dłużej prosić. Wieczór dziś krótki, a noc czarna. – Dało się słyszeć męski głos, drżący w wilgotnym sitowiu.

Przy latarce dostrzegliśmy obejmującą się parę. On sporych rozmiarów, ona drobna, z gęstą czupryną ciemniejszą od hebanowej nocy.

– To tylko jakaś para nad stawem. Chodźmy już. To nic.

Nie miałam ochoty dłużej tkwić w tych niedogodnych warunkach, jak dżdżownica na deszczu. Z tą różnicą, że dżdżownica tryskałaby entuzjazmem na takie okoliczności.

– Przymknij dziób. Trzeba zobaczyć, co się tu święci. – Dusza detektywa wyszła z Bartka na pierwszy plan. Było pewne, że nie odpuści.

– Przez ciebie będą kłopoty w domu, za to nocne włóczenie. – Łzy napłynęły mi do oczu na myśl o wymyślnych karach ojca, które nieuchronnie się do nas zbliżają.

– I tak będzie źle. Czy wrócimy teraz, czy za dwie godziny, konsekwencje będą te same. Może zdarzyć się jednak, że wypatrzymy coś ciekawego, a wtedy wszystko ujdzie nam płazem.

– Cóż, co racja, to racja. – Ostatecznie przytaknęłam.

Nie pozostało nam nic innego, jak brnąć w to śledztwo. Wyraźne, słyszalne głosy układały się w krótki dialog. Trzeba przyznać, że w tej ubogiej dyskusji dostrzegłam więcej gestów niż słów, takich w stronę czułości. Na mój ówczesny wiek nie było to nic interesującego, w przeciwieństwie do Bartka, który chłonął słyszane sceny z pazernością wygłodniałego kojota. Rozmowa pary szybko przeszła do czynów. Leżeli spleceni w niekompletnym ubraniu. Posapywali głośno, a para z ich ciał biła w górę. Brat zasłonił mi oczy, jednak jego ręce drżały, kiedy uchylał mi ten niesmaczny obraz. Czemu nie odwróciłam twarzy? Nie wiem. W tym momencie ktoś z tej erotycznej dwójki nastąpił dłonią na leżącą w trawie latarkę. Światło skierowane do góry obnażyło ich twarze. Na tyle długo, by zatrzeć anonimowość kochanków. Chłopak z wrażenia uniósł ciało i wpadł do stawu. Taki plusk nocą uszczuplił zbiornik o niewiele wody, ale uwagę skupił już tylko na nas. Teraz obserwowani przeistoczyli się w obserwatorów. Taka mała zamiana ról.

– Co to kurwa?! – Tym sposobem przywitaliśmy się delikatnie. Nocny kochanek zdążył zaplątać się dwa razy spodnie naciągane w pośpiechu, gdy my w dzikim pędzie wbiegliśmy już z powrotem na wzgórze. – Szepnijcie komuś choć słowo, a osobiście utopię was w tym stawie. Zrozumiano?!

Jego krzyk gonił nas jeszcze długo. Kobieta skryła się w cieniu, gdy on strzelał w górę bladą smugą światła. Nobel temu, kto rzucił słynne „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Na pocieszenie dodam, że ta sama ciekawość jest iskrą dla najwspanialszych odkryć. Prawda jest jedna, a zarazem różna w zależności od okoliczności. Biegliśmy w milczeniu, z trudem łapiąc oddech. Odetchnęliśmy dopiero przy gruszy obok domu. Padliśmy pod nią i chwilę uciszaliśmy zmęczenie.

– Inga, to będzie nasza tajemnica. Pamiętaj, nie możemy nigdy…

– Wiem – przerwałam w pół słowa. – Ale jak on mógł? To kłamca. – Chciałam zrozumieć sytuację, która przerastała moje pojmowanie świata.

– Taki jest świat dorosłych, oni tacy są.

– Wszyscy? – zapytałam z nadzieją na pocieszenie.

– Nie wiem, też jestem dzieckiem.

Podał mi rękę i poderwał z ziemi. Poszliśmy do domu. Czekała nas jeszcze druga tura wrażeń, choć nie wiem, czy coś teraz mogło bardziej pogrążyć nasze proste, dziecięce serca. Odwróciłam głowę na sąsiedni dom. W kuchennym okienku pani Rostowska wypatrywała męża, który zwykle późno wracał z pracy. Dziś była bardziej blada, niż zwykle. Tłuste włosy okalały jej spokojną, dobrą twarz. Tylko oczy zmatowiały od częstego bólu. Ból był przyjacielem jej choroby toczącej ją wiele lat. Pani Rostowska, jedna z najlepszych osób, jakie znam, nie wiedziała, że jej mąż wróci dziś jeszcze później niż zwykle. Był przecież taki zajęty młodą kochanką. Za dnia pomoc domowa, gdy jego żona miała te gorsze dni. Wieczorami, cóż, już wiecie.

Chmury rozgonił nagły wiatr i pozwolił gwiazdom oglądać sierpniową noc.II.

JAGODY

Uchylone okno zaprosiło poranne powietrze do pokoju na poddaszu. Zmyło nocną, ciężką woń kwiatów, w zamian za świeżość oplecioną rześkim oddechem. Zasadą jest cudowna przemiana poważnych problemów, nagromadzonych poprzedniego dnia, w te całkiem do przyjęcia wraz z kolejnym wschodem słońca. Nie wiem, co to za magia. Wydaje mi się, że to nasz umysł przerażony natłokiem złych zdarzeń, dzieli je nibynożyczkami, na małe nibykawałeczki i upycha w nibyworku, na nibydnie naszego umysłu. Zupełnie podobnie robimy z niechcianymi pismami z urzędu. Wypada mieć je w domu, więc często lądują na dnie szafy pod stosem innych dokumentów. Leżą tam sobie spokojnie, równolegle do naszego zadowolenia z zakopania problemu. Niestety czasem trzeba do nich wrócić, lecz życzę wam, abyście nigdy nie musieli tego robić. Otworzyłam jedno oko, drugie zakryte kołdrą wciąż jeszcze spało. Wlepiłam wzrok w ścianę po lewej, która zdawała się tańczyć naszkicowana cieniem falującego łagodnie drzewa w ciepłym wakacyjnym wietrze. Przypominałam sobie przygodę poprzedniego dnia. Już tak nie smuciła. Dlaczego w sumie miałaby smucić? Nie dotyczyła bezpośrednio mojej osoby, a i pośrednio raczej słabo. Trzeba zająć się dzisiejszym dniem, wczoraj to już przecież historia.

– Wstawaj!!! – Huk z rozmachem otwartych drzwi, plus krzyk o podobnym natężeniu. Nie ma to jak subtelne budzenie w wykonaniu Bartka. – Już szósta, szykuj się szybciej, nim wyzbierają nam jagody w lesie.

Taka to letnia akcja, jagody równa się rower. Pracowaliśmy w pocie czoła codziennie do obiadu, prowadząc debaty z komarami offem w sprayu. Niedaleko domu był skup owoców sezonowych, więc można się było wystarczająco obłowić latem, a następnie upłynnić zarobioną gotówkę.

– Dwie minutki – jęknęłam, pokazując trzy palce.

Młoda dziewczyna nie potrzebuje długiej toalety. Mycie zębów, przeczesanie palcami włosów, jakaś tam spinka, wczorajsza sukienka. Gotowe.

– Nie biegaj tak głośno po tych schodach! Walisz piętami jak słonica!

O tak, tata już pije kawę w kuchni. Od razu zaczęłam stawiać lżejsze kroki. Zapach tostów z serem i pieczarkami roztaczał się po domu.

– Zjedzcie wszystko z talerzy i dopiero możecie iść. Zabierzcie ze sobą Kazana, niech was pilnuje.

– Tato, za dużo mi nawaliłeś na talerz. Bartek powinien mieć więcej.

– Weź jedną w kieszeń, zjesz później. Ja idę pomóc mamie przy Oli.

Chłopak rzucił się do tostów niczym dziki na kartofle pod lasem. Ja jeszcze ucałowałam ojca. Zawsze udaje, że tego nie lubi i odwraca głowę w drugą stronę. Jednak to tylko taka gra. Udaje sopel lodu, choć w sercu ma prawdziwe palenisko. Na szczęście mamy duży stół w kuchni. Można zająć dogodne miejsce, w którym nie widać brata frontalnie przy jedzeniu. Widok to raczej z tych zmniejszających apetyt. Kuchnia jest królestwem mamy, które ściąga tu zwykle całe towarzystwo. Biały, angielski stół na ugiętych nogach dumnie stoi tuż pod łukowatym, zawsze uchylonym oknem. To zdecydowanie najprzyjemniejsze miejsce na ziemi. Zapach ciasta i suszonych ziół nieprzerwanie unosi się w pomieszczeniu.

– Lecimy?

– Lecimy!

Spojrzeliśmy na siebie i wybiegliśmy z domu, przepychając się w drzwiach. Na zewnątrz było goręcej niż mogło się zdawać. Trawa jeszcze wilgotna, choć słońce już łapczywie spijało ze źdźbeł każdą kroplę, nie pozostawiając nic ani na później, ani dla innych.

– Weź koszyki z szopy, a ja szybko zapnę Kazana.

Dobrze, że mi nie przypadło to zadanie. Jakoś boję się chodzić sama do tej na wpół mrocznej stodoły. Kazan to ciekawe stworzenie. Mieszanka owczarka niemieckiego z terierem rosyjskim. Cechy obu ras zrównoważyły się w nim, obdarzając go miłą fizjonomią. Sylwetka owczarka sowicie obdarzona gęstą, hebanową, długą sierścią. Trzeba było co jakiś czas podcinać mu grzywkę, aby dostrzec wesołe psie oczy.

– No, daj się zapiąć, siadaj.

Jego ciało nie mogło poradzić sobie z lawiną radości. Nigdy nie mógł zdecydować, czy bardziej chce mnie lizać po twarzy, czy uderzać ogonem po nogach. Na szczęście w zamian wystarczy mu drapanie za uchem. W sumie, to niczego nie oczekuje w zamian.

Biegliśmy w dół malinowej doliny. Mazur z naszej wsi posiada rozległe pola po obu stronach drogi obsadzone rosłymi malinami. Pilnuje ich dniami i nocami, przejawia w tej czynności nadmierną skrupulatność. Nikomu z nas nie udało się najeść nimi do syta. Zawsze można było skubnąć tylko tyle, aby mieć siły na realną ewentualność gwałtownej ucieczki. Kurz oblepiał nasze łydki, a gorący wiatr szczypał ramiona i nosy. Od lasu dzieliły nas trzy kilometry. Kazan podczas naszych trzech kroków robił trzydzieści trzy, biegając tam i z powrotem. Takie obrazki pamięta się na całe życie. Któż z nas w beznadziejnych momentach dorosłości nie wraca do tych, jakże odległych beztroskich zdarzeń, by oglądać je w pamięci po stokroć, aż do pierwszej łzy tłumaczącej nam boleśnie regułkę „przemijania”.

– Dzisiaj wejdźmy od tej strony. Tu jest wszystko tak zarośnięte, że na pewno nikt nas nie uprzedził.

– Chcesz się ładować w te pokrzywy? – zapytałam z niechęcią.

Krótkie szorty i metrowe zarośla to nie jest kuszące zestawienie.

– Oj, daj spokój. To nic, będę szedł pierwszy i rozłożę je na boki. Ile tam mamy…? Może z dziesięć metrów. To niezły skrót. Nie będę nadrabiał godziny marszu, żeby minąć pięć pokrzyw. – Stanął na kamieniu i wysunął głowę, badając teren do przejścia. – Tak – potwierdził. – Dziesięć metrów, a potem fajny, czysty las nadziany jagodami. – Spojrzałam na niego boleśnie. Ja już znam to „oj, daj spokój”. Jednak rower sam się nie kupi. Im więcej jagód tym lepiej. – Trzymaj się blisko mnie.

Kto się przedzierał przez pokrzywy, ten wie, że choćbyś pracował dwadzieścia lat jako gimnastyczka i kolejne dwadzieścia w akrobatyce cyrkowej, to pomijając fakt, że miałbyś już zapewne emeryturę i doskonałą gibkość ciała, prędzej wywiniesz się podatkom niż piekącym bąblom. Jedno jest pewne, nikt nie był tu w sezonie przed nami. Las okazał się przejrzysty dołem i przyjemnie chłodny. Nie brakowało pracy. Wprawne, małe dłonie zapełniały pojemniki owocami.

– Bartek, czy myślisz, że pani Rostowska umrze? – Zastanawiałam się nad tym od dłuższego czasu i w końcu wyszło ze mnie samo.

– Wszyscy kiedyś umrzemy, przecież wiesz.

Czemu nie dziwi mnie jego dyplomatyczna odpowiedź? Ciężko z niego wyciągnąć konkrety.

– Ostatnio widziałam, jak wieszała pranie. Jej twarz była jasna jak oczy, a dłonie zdawały się łamać w miejscach wręcz nieludzkich. Schyliła się i upadła. Długo siedziała. Podeszłam i zapytałam, czy wezwać pomoc. Otarła łzy i powiedziała, że tylko patrzy na chmury.

– Czemu ty zawsze musisz uszczęśliwiać wszystkich na siłę?! Kobieta jest chora, ale nie chce leżeć i umierać. Stara się coś robić, chociażby zwykłe domowe czynności. Cokolwiek, byle nie myśleć o śmierci. Tak, ona umiera, ale na Boga, nie wtrącaj się we wszystko.

– I kto to mówi?! A wczoraj?! Wczoraj to kto się wtrącał?! Też ja?!

Bartek się obruszył. Nie lubił, gdy ktoś wytykał mu błędy.

– Weź się lepiej za zbieranie, a nie gadasz o pierdołach jak typowa baba. Zagotował mnie, a ja jego. Siedzieliśmy zatem oboje ugotowani, w milczeniu napełniając koszyki. Cisza przeplatana turlaniem owoców i ich głuche pukanie w wiklinowe ścianki towarzyszyły nam przez długie godziny. Gdy moje pośladki odkształciły się na dobre w mchu, oznaczać to mogło jedynie porę obiadową.

– Kazan, Kaaaazan!!! – wołaliśmy oboje.

– Kaaazan!!! – odpowiadał nam jedynie las, zwielokrotniając nasze krzyki.

– Poszukajmy go. Nie powinien sam wrócić do domu.

Wtedy populacja kur sąsiadów uległa by ostrej selekcji.

– Kaaaazan!

Szliśmy w głąb lasu, z nadzieją na szybkie znalezienie zguby.

– Patrz, Bartek. Tam jest.

– Gdzie? – Chłopak wodził wzrokiem za palcem, mrużąc oczy w świetle.

– Tam po drugiej stronie polany przy dębach, widzisz?

– Jest, powsinoga. Faktycznie. Kazan, no chodź.

Pies wydawał się zaaferowany swoimi sprawami i nie zwracał uwagi na nasze nawoływania.

– Może znalazł jakiegoś zająca albo upolował bażanta. Trzeba iść go uwiązać, bo jestem już głodna.

– Biegiem! – Ruszył z kopyta. Wyścigi z nim mnie nudzą, jest starszy, przegrywam już z samego założenia.

– Pierwszy! – zawołał, a rozwiana grzywka opadła mu na nos.

– Brawo – pogratulowałam nieszczerze, aby poczuł satysfakcję i dał już spokój.

– Kazan, idziemy!

Pies w najlepsze rozkopywał ziemię. Robił to bardzo często. Na podwórku, gdy tylko pojawiał się kret, potrafił wykonać nocą trzydzieści dziur głębokich na metr, ażeby dorwać intruza. Robił przy tym, rzecz jasna, więcej szkód niż niejeden kret, ale nic nie studziło jego zapału. Ojciec dostawał szału, gdy pies niszczył jego wypielęgnowany trawnik. Jak nie wybaczyć słodkiemu łobuzowi, który przecież chciał dobrze? Gdy ojciec krzyczał, opłakując zdewastowane podwórze, Kazan siedział z dumnie wypiętą piersią i słuchał obelg niczym pochwał. Bartek złapał go za obrożę i przyciągnął. Spojrzał w dół i upadł na trawę, odpychając się nogami. Przemierzył może dwa metry wstecz.

– Bartek, co… – Nie zdążyłam dokończyć.

– Nie podchodź! – wykrzyknął, prawie zdzierając gardło.

Wciąż w pozycji siedzącej, z podkuloną nogą, wystawił dłoń niczym policjant wstrzymujący ruch. Zlekceważyłam go i przyskoczyłam szybkim susem, pewna, że ujrzę za chwilę rozszarpanego zająca lub coś podobnego. Bóg mi świadkiem, jak bardzo się myliłam. Z dołu rozgrzebanego przez psa wystawała kobieca dłoń, szara jak zimowe niebo przecięte belkami dymu. Dłoń z zegarkiem wciąż odmierzającym czas wbrew czasowi swojej właścicielki, który stanął boleśnie w miejscu. Przycisnęłam rękę do ust, dwie pary przerażonych oczu spotkały się w jednej linii.

– Boję się! – krzyknęłam. Przylgnęłam do brata i zacisnęłam twarz w rękawie jego koszulki.

– Już spokojnie, mała, to nie nasza wina. Ktoś popełnił wielki błąd i na pewno za niego zapłaci. – Przycisnął do siebie mocniej moją głowę i głaskał włosy.

– Trzeba powiedzieć komuś dorosłemu. Kto to może być? Może nawet ktoś nam znajomy? To okropne. Jak tak można? Kto to zrobił?!

Nasuwały się dziesiątki pytań bez odpowiedzi.

– Zostanę tu, Inguś. Ty weź psa i biegnij do domu. Powiedz mamie albo ojcu, niech zadzwonią na policję. Tylko nie rozmawiaj na ten temat z nikim innym. Nie wiadomo, kto to zrobił. Gdybyś przypadkiem trafiła na mordercę… Ech, nawet nie chcę o tym myśleć. Biegnij szybko. Już!

– Nie ruszę się nigdzie bez ciebie. Po co chcesz tu zostać? No po co? Chodźmy razem – nalegałam.

– Muszę zostać, inaczej możecie tu nie trafić.

– To chociaż zostawię z tobą Kazana. Bartek…

– Wykluczone. Bez niego możesz się zgubić i będzie dodatkowy problem. Nie dyskutuj ze mną w takiej sytuacji. Im szybciej poinformujemy policję, tym lepiej dla wszystkich. Nie wiemy kto to, ale rodzina na pewno już jej szuka i zechcą domagać się sprawiedliwości. Biegnij już.

– A jeśli morderca tu wróci sprawdzić, czy ktoś odkrył zwłoki? – Bałam się o niego, przedłużałam rozmowę, aby wreszcie ustąpił i poszedł ze mną.

– Żartujesz chyba. Na pewno by tak nie ryzykował. Pewnie zaszył się już gdzieś kilometry stąd.

– Dobrze, idę, ale obiecaj, że nic ci się nie stanie.

Pierwszy raz obudziły się we mnie jakieś siostrzane uczucia. Myślałam, że to mój domowy wróg. Jednak kochałam go ponad wszystko.

– Obiecuję – powiedział spokojnie.

Pocałował mnie delikatnie w czoło i przekazał smycz z Kazanem. Odwracałam się jeszcze kilka razy i patrzyłam, jak jego postać maleje w tle.

Wpadłam zdyszana przez drzwi wprost do kuchni.

– Inga, oszalałaś?! Zabieraj mi stąd tego psa! Ola raczkuje po podłodze, wszystko pcha do buzi. Dziewczyno, gdzie ty masz głowę?! – wykrzyczała niczego nieświadoma mama.

– Ale mamo! Bartek, tam w lesie. Dzwoń szybko na policję! Mamo, Bartek… On tam… Szybko! – W klatce piersiowej i ramionach czułam duszący, gorący strumień. Do tego łzy ugrzęzły w gardle, a słowa nie chciały wyjść z ust w jakiejś logicznej całości.

Mama zmieniła ton. Przytuliła mnie i otarła oczy brzegiem swojej sukienki.

– Boże, dziecko… Co się stało? Postaraj się troszeczkę uspokoić, bo nic nie rozumiem z tej plątaniny. – Uchwyciła mój podbródek i uniosła twarz tak, abym nie wodziła wzrokiem po setkach punktów, tylko skupiła się na niej.

– Kazan znalazł zwłoki w lesie.

– Czyje zwłoki? Gdzie jest Bartek?!

– Nie wiem czyje, pies wykopał tylko rękę. Bartek kazał mi szybko wrócić i wam powiedzieć.

– Inga, to bardzo poważne słowa. Jeśli to jakaś wasza zabawa, to…

– Nie, mamo, to nie zabawa, to najprawdziwsza prawda. Proszę, dzwoń szybko, nie chcę, żeby był tam sam tyle czasu. Mamo! – Wybuchłam histerycznym płaczem, mama objęła mnie mocno i wezwała policję. Nie minęło dwadzieścia minut, gdy byli pod domem. Na zegarze z kukułką wybiła czwarta po południu. Upał zamiast zelżeć, przybierał na sile. Wpatrywałam się w posadzkę, a raczej w odbijający się w niej świat. Świat do góry nogami. Lubiłam chodzić po domu i patrzeć w podłogę. Przez efekt lustra, utworzony wypolerowanymi płytkami, wydawało mi się, że chodzę po suficie. Było zabawnie, zwłaszcza na progach i żyrandolach. Dziś siedziałam i liczyłam minuty, a one mijały wolno, jakby wstecz.

– Witam, Antoni Bujak, aspirant sztabowy, wydział kryminalny – przedstawił się jednym tchem, jakby wypowiadał wyraz, a nie ich całą grupę.

Policjant był niski, miał sumiasty wąs, a pod czapką zostały mu już zaledwie wspomnienia włosów. Gdyby natomiast rozsiać jego wąsy po łysinie, miałby dość okazałą czuprynę. Buty wypastowane, koszula niewymięta. Widać perfekcjonista w najmniejszym detalu.

– Proszę zabrać córkę, pojedziemy tam razem.

Rzucił cień uśmiechu mniej więcej w moim kierunku i opuścił dom. Mama zabrała mnie, Olę i Kazana do naszego auta. Tacie napisała karteczkę, żeby się nie martwił, gdy wróci z pracy. Jechaliśmy powoli w dół malinowej ścieżki, policja podążała za nami. Niecierpliwość rozsadzała mnie na fotelu. Pięść w gardle uciskała z mocą zbyt ciasnych butów na górskim szlaku. Przyglądałam się drodze, którą zaledwie kilka godzin wcześniej przemierzaliśmy wesoło z Bartkiem. Teraz trochę poszarzała, a wskutek temperatury zaczęła jakby falować na granicy łączącej niebo z ziemią. Czas ma charakter przewrotny i jedyne, co w nim jest stałe, to właśnie ta przewrotność. Bywa, że przejdę trzy razy cały dom zimowym wieczorem, a ucieknie raptem minutka. Innym razem biegnę w pośpiechu przed szkołą po książkę i nie nadążam odczytywać wirujących wskazówek. Teraz odczuwałam podobnie. Rano, piechotą cztery razy dotarlibyśmy na miejsce, tymczasem dwa auta posuwały się jakby we śnie.

– Mamo, to tutaj, skała i zarośla. – Wskazałam palcem w lewo.

– Jesteś pewna?

– Tak, tutaj się przedzieraliśmy, a Bartek stał na tym kamieniu.

Mama spojrzała na moje nogi w spodenkach. Ślady „przedzierania się” potwierdziły moją tezę. Zgasiła silnik. Ola zasnęła w aucie. Jeden z panów policjantów zgodził się z nią zostać. Cała reszta poszła ze mną. Pan sumiastowąsy wziął mnie na plecy i przeniósł przez krzaki. Kazan powarkiwał nieufnie w jego stronę. W psim wydaniu czujność na wyrost to podstawa. Aspirant Bujak, pomimo swej marnawej sylwetki, przejawiał nad wyraz imponującą krzepę. Ze mną na plecach szedł jak wicher, trzymając podwładnych w smutnym ogonie peletonu. Odurzał mnie jego silny zapach tytoniu zmieszanego z wodą kolońską o ciężkiej nucie piżma i słodkich przypraw. Weszliśmy do lasu, Kazan pokasływał co chwilę. Tak mocno ciągnął smycz, że sam siebie z lekka podduszał, wyrywając mi przy tym ręce z barku. Mama trzymała go ze mną, a nasz sumiastowąsy wraz z trzyosobową świtą, zdawałoby się identycznych osiłków, łamali głośno gałęzie ciężkimi buciorami. Błysk czarnych skórzanych nosków pokrył się szybko leśnym, rudym kurzem. Dotarliśmy do polany. Znalazłam w trawie nasze koszyki z jagodami. Teraz leżały wywrócone. Część z kilku litrów owoców wysypała się z pojemników. Kucnęłam i zgarnęłam z powrotem do środka, ile się dało. Jakoś tak żal patrzeć, gdy marnuje się coś, na co poświęciłeś wiele wysiłku. Poznałam w oddali dęby, pod którymi węszył Kazan.

– To tam! – oznajmiłam dobitnie i poderwałam się do biegu.

Nikt nie miał zamiaru dotrzeć na miejsce tempem spacerowym. Zabawne, ale z perspektywy osoby, która by ewentualnie obserwowała nas z drugiej strony, scenka przedstawiała czterech policjantów goniących kobietę z dziewczynką i psem. Ciekawe, jak perspektywa potrafi oszukać fakty. Każdy mógłby wyciągnąć z tego obrazu inne wnioski. Tak rodzą się plotki i pomówienia. Przykre, jak bardzo ludzie lubią ich smak, dopóki sami nie są bohaterami owych denuncjacji.

– Bartek, Bartek! – przekrzykiwałam głośny, głuchy las.

Wyłaniała się wyraźnie rozkopana, świeża ziemia, jednak brata nigdzie nie było widać. Wołałam dalej, zapewne nie odszedł daleko. Gdy wszyscy dotarliśmy do umówionego miejsca, czułam mocne spojrzenia współtowarzyszy. Spojrzenia złe i pytające.

– Jesteś pewna, że to właśnie tu miał czekać na ciebie brat i ewentualna ręka, ewentualnej niekompletnie zakopanej denatki? – Aspirant Bujak wtopił najeżone spojrzenie w moje. Miałam teraz w głowie setki myśli.

– Słucham? – Nie dosłyszałam pytania, tornado słów przewijało się gdzieś tam we mnie. Nie wiedziałam już, które należały do mnie, a które nie.

– Powiem tak. Dziecko, czy zdajesz sobie sprawę, że żart z policjantów, a co za tym idzie, po części z całego wymiaru sprawiedliwości, to karygodna postawa?

Gdzie są niby te zwłoki? Wyparowały? Wyparowały wraz z twoim bratem?! – Bujak wietrzył jakąś intrygę. Przybierał na wściekłości. Niespokojny charakter pulsował w nim niczym pieczona skóra na kurczaku, w trakcie intensywnego traktowania w piekarniku. Zaczął być nieuprzejmy. Kurz wzniecony przez energiczne postukiwanie jego pantofla o trawę nadawał szczypty komizmu tej groźnej sytuacji. Miałam wrażenie, że pali się ziemia u jego stóp, a on gasi palący go płomyk.

– Ale ja nie kłamię, zostawiłam tu Bartka… Kazan odkrył tę rękę… tam była kobieta… ona nie mogła żyć… przecież… dlaczego go tu nie ma…? Mamo, gdzie on jest…? On tu był… dlaczego mi nie wierzycie?! – Mój głos drżał, cichł, skrzypiał i grzązł w gardle. Pomimo upału, zaczęło mi się robić chłodno, a skostniałe dłonie się spociły.

– Dlaczego sądzicie, że dziecko nie mówi prawdy? Spójrzcie, jak ona to przeżywa, tu faktycznie coś się wydarzyło. I to nie było nic dobrego. Trzeba być wybitnym idiotą, żeby tego nie zauważyć. – Mama przytuliła mnie mocno do kwiecistej, zwiewnej sukienki i zdecydowanie stanęła w mojej obronie. Aspirant zaskoczony atakiem, zatrzymał wzrok na rozkopanej ziemi. Złapał głębszy oddech i zapatrzył się w bezruchu.

– Panowie – zwrócił głos do swoich podwładnych, znacząco kiwając głową i palcem wskazującym narysował półkole w powietrzu.

Policjanci przystąpili do badania terenu, a pan Bujak podszedł bliżej nas.

– Moje panie, pracuję w mundurze już prawie dwadzieścia lat. Widziałem najgorsze okropności, jakie tylko człowiek potrafi wyrządzić drugiemu człowiekowi. Rozwiązałem setki zagadek kryminalnych, oglądałem wiele miejsc ukrycia zwłok. Dlatego jestem przekonany, że nie było w tym miejscu żadnego ciała. Gdybym był w błędzie, tak jak twierdzisz młoda damo, ziemia powinna wyglądać inaczej. – Pochylił się w moim kierunku, otoczył mnie welon jego dokuczliwego zapachu. – Zwłoki przeciętnej kobiety ważą około sześćdziesięciu kilogramów. Załóżmy, że są prawie całkowicie zakopane i ktoś chciałby je nagle odkopać. Taka sytuacja nie przebiega bezobjawowo. Kilogramy odkopanej mokrej ziemi rozsypane po trawie utrwalają ślady ewentualnego porywacza ciała. Mam na myśli odciski butów, narzędzia, którymi rozgrzebywał ziemię czy choćby ślad wleczenia ciężkiej, bezwładnej denatki. Uwierzcie mi, że nigdy taka sytuacja nie miała miejsca, gdy to porywacz zwłok, w jednej osobie zapewne morderca, wykradał ciało z miejsca jego ukrycia w asyście obserwatora, oczekującego na policję.

Przymrużył jedno oko, a ono błysnęło pewnością siebie.

– Ale siedzieliśmy tu z Bartkiem, Kazan odnalazł rękę i miałam szybko wezwać policję… – powtarzałam w kółko swoje racje.

Bezpieczne ręce mamy nie puszczały mnie ani na chwilkę.

– Nie chcę panów oszukiwać, chciałam tylko…

– Inga – aspirant kucnął przy mnie i złagodził barwę głosu – powiem ci teraz, jaka jest prawda, a ty słuchaj uważnie. Starszy brat pewnie często ci dokucza. Znam to, też jestem starszym bratem. Las potrafi rozbudzić i tak już mocno wybujałą wyobraźnię dzieci. Bartek chciał cię zapewne przestraszyć. Wymyślił, jak mu się wydawało, zabawną historyjkę i założę się, że miał niezły ubaw, obserwując twoje przerażenie. W dziurze wykopanej zapewne w całości przez psa leżało coś, co przypominało ludzką dłoń. Może jakiś patyk bądź kamień. Brat zasugerował, że to ręka, a twój zaszokowany mózg dopasował kształty i faktycznie uwierzyłaś w jego słowa. Może miał dość obecności siostrzyczki i chciał ci dokuczyć.

– Ale niech mnie pan posłucha…

– Nie, to ty mnie będziesz teraz słuchać! – Zgubił łagodność i przerwał mi w pół słowa. Czułam, że zbliża się apogeum tej rozmowy, albo bardziej monologu. – Twój brat uciekł, nie dlatego, że ktoś ukradł waszą wymyśloną rękę, lecz dlatego, że bezpodstawnie, za jego namową, wezwałaś policję. On jest świadomy, że oznacza to poważne problemy. Uciekł, ponieważ dotarło do niego, co zrobił i teraz boi się konsekwencji. Zrobimy tak: tym razem nie będzie z tego wielkiego szumu, a twoi rodzice nie zapłacą za wasze wybryki. Niech ten dzień będzie nauczką. Gdyby coś podobnego miało się powtórzyć, obciążę twoich rodziców kosztami całej akcji policyjnej, a ojca wsadzę do aresztu na trzy miesiące za winy niezdyscyplinowanego przychówku. Dziś mam dość dobry humor, dlatego gdy już odnajdzie się wasz psotny Bartuś, przyślijcie go do mnie. Trzeba umyć wszystkie radiowozy na komendzie oraz wypastować służbowe obuwie przed sobotnią defiladą. Uczciwa kara jak na kłamstwo tego kalibru.

– Może przed ostatecznym osądem powinniśmy zaczekać na syna i przekonać się, co ma do powiedzenia. A jeśli faktycznie wydarzyło się tu coś bardzo złego?

– Pani Dębska, ja się nie mylę. Pani radzę większą uwagę skupić na eliminacji niesubordynacji wśród potomstwa. Może trójka dzieci to zbyt wiele na pani możliwości?

– Jest pan bezczelny, panie Bujak. Moje dzieci, jak każde, sprawiają problemy wychowawcze, ale nigdy nie kłamią. Na pewno nie w takich poważnych sprawach. Więc niech lepiej już pan wraca do siebie i nie marnuje cennego czasu. To jeszcze nie koniec tej sprawy. Jeśli ma pan zamiar dalej ubliżać mnie i moim dzieciom, osobiście złożę skargę u komendanta.

Aspirant uniósł podbródek, zacisnął wargi i odwrócił się na pięcie bez słowa. Nie zapomniał o płytkich ukłonach pożegnalnych. Jego milczenie w tej chwili było aż nazbyt wymowne. Zwołał kompanów, po czym odmaszerowali.

– Inguś, czy jesteś pewna prawdziwości tego, o czym opowiadałaś? – Mama złapała mnie za twarz i podsunęła na centymetry do swojej.

– Tak, mamo, to prawda – odrzekłam pewniejsza niż dnia po nocy i nocy po dniu.

– To gdzie jest Bartek? – zapytała.

– Nie wiem.

W suchym powietrzu wisiało więcej pytań niż odpowiedzi. Chwilowo dalsza rozmowa była bezsensowna, ale nikt nie miał na nią ochoty. Piaszczyste podłoże oprószone igliwiem przesuwało nasze kroki zawsze o kilka centymetrów od zamierzonego. Wzięłyśmy jagodowe koszyczki i pojechałyśmy do domu. Nie pozostało nam nic innego, jak czekać. Czekać na rozwiązanie tego zasupłanego dnia. Wierzyłam w swoją prawdę, jednak policjant zasiał we mnie ziarno. Ziarno karmione odsuwanymi wątpliwościami zwiększało szybko swoją objętość. Niczym dynie nocą.III.

BEZ ODPOWIEDZI

Burze latem potrafią pokazać nieokiełznaną stronę natury. Gdy wiatr miota deszczem, a deszcz wiatrem, przy rwanych krzykach grzmotów, niepokój wkrada się wszędzie tam, gdzie nie ma dla niego miejsca. Kazan pod stołem w kuchni, z pyskiem na moim futrzanym kapciu, starał się nie wsłuchiwać w wojnę, która miała miejsce poza murami domu. Deszcz toczył zaciętą bitwę, aby nie ulec gwałtownym podmuchom. Swawolne nawałnice studiowały wszystkie kierunki róży wiatrów. Oglądałam to przedstawienie bez emocji. Musiało trwać już dłuższą chwilę, gdyż łokcie wciśnięte w stół zaczęły boleśnie protestować. Gorąca herbata pomiędzy nimi już nie parowała, tylko bezpowrotnie ostygła, dyskretnie pachniała imbirem i cynamonem.

– Dzień dobry, Dębska… Czy jest u państwa może mój syn Bartek?… Ach… Dziękuję… Nie, nie, nic, po prostu gdzieś wyszedł i szukamy go z mężem… jest burza… tak, tak… sama pani rozumie. Bardzo bym prosiła, jeśliby się zjawił albo jeżeli dowiedziałaby się pani, gdzie mógł pójść… W takim razie dziękuję i życzę miłego wieczoru.

Mama z Olą na biodrze dzwoniła pod wszystkie telefony, jakie tylko znała, w poszukiwaniu syna. Trzymała głos na wodzy, choć czerwone powieki ledwie powstrzymywały łzy. Stała oparta o ramę drzwi, kołysząc dziecko łagodnie na boku. Siostrzyczka, nieświadoma przykrości tego świata, podążała coraz bardziej sennym wzrokiem po błyskach rozrywających burzową czerń. Dochodziła ósma. Tata pojechał z sąsiadem przeszukać naszą wieś oraz okoliczne miejscowości. Też chciałam się przydać, jednak zakazano mi wychodzić z domu. Miałam w głowie miliony pomysłów na prawdziwość tej historii. Nikt mi nie powie, co widziałam, a czego nie. Może ktoś go porwał albo stała mu się krzywda? Przecież widzieliśmy dowód morderstwa – ofiarę. Może to nie było morderstwo? Może wypadek? Ale czy z przypadku ktoś ukrywa ciało w lesie? Nie sądzę…

– Inguś kochanie, przebierz proszę te jagody, opłucz i zamroź, bo się zmarnują. Pójdę na górę uśpić małą. Już dawno miałam to zrobić. – Podeszła bliżej. Jagody nikogo nie interesowały, matka szukała mi zajęcia. Pracy, która choć odrobinę ukoi żal. – Nie bój się, dziecko, bardzo cię kocham i zawsze będziemy trzymać się razem.

– Mamo, ja już chcę, żeby się to skończyło. My ją naprawdę widzieliśmy…

– Wiem, córeczko, wierzę ci. Życie pisze czasem dziwne scenariusze. Naszym zadaniem jest nigdy się nie poddawać. Rozumiesz?

– Tak, nie poddam się… – powiedziałam niepewnie.

Mama złożyła mi całusa na policzku, a Ola złapała kosmyk moich włosów maleńką rączką i uważnie patrzyła, jak centymetr po centymetrze włosy wysuwały się z jej dłoni, gdy zawracały do pokoju.

Stałam chwilę w milczeniu, wciąż czując usta matki na twarzy. Schody w tle skrzypiały coraz ciszej aż pod same drzwi sypialni na piętrze. Dobrze, trzeba się faktycznie czymś zająć, bo człowiek oszaleje od tego dumania w bezczynności. Poderwałam z posadzki koszyki i kolejno wsypywałam do komory zlewu. W połowie czynności coś błysnęło mi w oku, coś niepokrywającego się z planowaną zawartością. Jagody zaczęły skakać po podłodze, gdy silne drżenie serca wyrwało mi moc z dłoni. Złapałam się za pierś, wycofując pod ścianę. Usta rozchylone w milczącym krzyku chwytały łapczywe oddechy. Uspokoiłam myśli i podeszłam powtórnie, by trzeźwo potwierdzić przypuszczenia. Teraz w całej krasie zobaczyłam w jagodach nic innego jak zegarek. Ten sam, który już dzisiaj miałam sposobność oglądać. Zegarek z kobiecej dłoni. Powoli sama zaczynałam powątpiewać w prawdziwość tego, co widziałam z Bartkiem. Tymczasem ten maleńki fizyczny dowód potwierdził dzisiejsze zdarzenie. Trzymałam go, próbując wyczytać coś więcej niż czas. Patrzyłam w szkiełko i kontemplując zastanawiałam się, co się stało i jaki to wszystko ma związek ze zniknięciem mojego brata. Na rewersie wygrawerowano napis:

Od M dla M

1991 r.

Data wskazywała na stosunkowo świeży grawer, jednak sam przedmiot był zdecydowanie starszy. Mocno przetarte złoto na łączeniach ogniwek bransolety świadczyło o latach, jakie zegarek usłużnie przepracował. Sprawdziłam zapięcie. Okazało się luźne, zbyt luźne, aby nie zawodzić. Ktoś musiał zabrać zwłoki z ukrycia i gdzieś je przenieść. Na pewno nie zrobił tego Bartek. Po pierwsze, jaki miałby w tym cel. Po drugie, chłopiec nie uniósłby bezwładnego ciała. Skoro nie zostały żadne ślady na ziemi, musiał to zrobić ktoś dorosły. Tylko silny mężczyzna mógł szybko wydostać i przenieść ciało. Ten sam człowiek przewrócił jagody, w które wpadł luźno zapięty zegarek. Dedukcja nie wniosła nic nowego w moje serce, poza zwiększonym niepokojem. Teraz do wszystkiego doszły wyrzuty sumienia. Źle zrobiłam, że zostawiłam Bartka. Teraz jestem przekonana, że jeśli mężczyzna spotkał go w lesie, zapewne nie był do niego przychylnie nastawiony. Razem z psem mogliśmy mu pokrzyżować plany, a już na pewno nie uciekłby cało. A tak… Czy on go skrzywdził…? Może nie był sam? Im wiem więcej, tym wiem mniej. Rośnie tylko liczba pytań. Jedno było pewne. Mój brat spotkał mordercę, po czym przepadł. Boże, co mam robić, co robić? Moje spekulacje przerwało ciche pukanie do drzwi.

– Hej, Inga, można na minutkę?

Ucieszył mnie znajomy widok w progu. Pani Jadwiga to przyjaciel domu, odkąd sięgam pamięcią. Pomimo że nie łączyło nas żadne pokrewieństwo, czułam, że jest przeciwnie. W życiu sami wybieramy przyjaciół, warto więc skupić się na kilku naprawdę wartościowych, aniżeli błądzić wśród pustych tłumów. Dowód pani Jadwigi kłócił się znacznie z jej rzeczywistym wyglądem. Choć metryka wskazywała, że dawno świętowała trzecią osiemnastkę, jej werwa i bystre spojrzenie nie potwierdzały rzeczywistego wieku. Drobna kobietka z krótką fryzurką przepełniała entuzjazmem najoporniejsze serca.

– O, dzień dobry… dobry wieczór. Zapraszam. Dobrze, że pani jest. – Znała więcej moich sekretów niż chyba ja sama. Była jak Święty Mikołaj, niezapraszana, zawsze zjawiała się wtedy, kiedy należało. – U nas…, bo ja… – zaczęłam się jąkać.

– Wiem już wszystko, kochanie, cała wioska huczy od plotek. Ale nie myśl, że robią to z wścibstwa, czy doszukują się intryg. Wręcz przeciwnie, każdy chce służyć pomocą. – Domknęła cicho drzwi, złapała mnie za rękę i szybkim, charakterystycznym dla niej krokiem wprowadziła z powrotem do kuchni.

– Ale co oni mówią, co wiedzą?

– To, że była u was policja, bo Bartek zaginął w lesie.

– To wszystko? Nic więcej?

– Nic ponad to, choć domyślam się, że to jedynie część tej niemiłej historii. Policja nie przyjeżdża od tak, gdy nastolatek nie wróci na obiad. Nie tak liczną obsadą. Widzę też twoje oczy. – Usiadła naprzeciw mnie przy stole i zawiesiła wzrok na moim. – Jestem już pewna, że widziały dziś dużo. Kto wie, może dużo więcej niż powinny były zobaczyć.

Zastygła w badawczym spojrzeniu, aż moje oczy wypełniły bolesne łzy. Szybko wzięłam się w garść, przełknęłam cały żal i przeszłam do rozmowy w nadziei, że uda się coś wyjaśnić. Streściłam skrupulatnie cały dzień, aż po zegarek w jagodach i wysunęłam dłoń, prezentując go mojej rozmówczyni. Burza rozszalała się na dobre. Zaczęłam się zastanawiać, jak ona tu dotarła w taką ulewę? Przy silnym wietrze jej drobne ciało powinno zawrócić do domu, zaraz po tym, jak otworzyła drzwi, by go opuścić.

– Wiem, jak blisko jesteście z bratem – mówiła, obracając w dłoniach jedyny, zmaterializowany dowód mojej barwnej opowieści. – Wierzę w każde twoje słowo. Choć wszystko to brzmi wielce nieprawdopodobnie, to przecież życie pisze najbarwniejsze scenariusze. Jestem zbulwersowana faktem, że policja nie spróbowała nawet wziąć na poważnie twoich zeznań. Przecież mają na tyle doświadczenia, że powinni widzieć jak na dłoni, kiedy dziecko kłamie, a kiedy mówi prawdę. Coś tu brzydko pachnie.

Grzmoty wybuchały jak pociski, jeden za drugim. Napięcie skakało, a wraz z nim światło na przemian przygasało i jaśniało.

– Co ma pani na myśli? – zapytałam, zalewając gorącym mlekiem kakao i stawiając parujący kubek przed moim gościem.

Pani Jadzia objęła go dłońmi, pozwoliła ciepłym oparom głaskać się po twarzy, wzięła malutki łyczek i ciągnęła dalej:

– Czuję, że coś jest na rzeczy. Nie wiem co, ale trzeba to sprawdzić. Skoro policja jest tak opieszała, same rozpoczniemy to śledztwo.

– Zna się pani na tym? Jak możemy cokolwiek śledzić, skoro nie wiemy, od czego i od kogo zacząć? – Teraz patrzyłam na nią z niedowierzaniem, ale i coraz większą ciekawością.

– Mamy dowód – stwierdziła stanowczo.

– Niby ten zegarek?

– Może to niewiele, choć możliwe, że i całkiem sporo. – Przymrużyła oczy i wbiła je na chwilę w sufit.

– Jak to? Od czego zaczniemy?

– W pierwszej kolejności trzeba się dowiedzieć, do kogo należał. To dość nietypowy okaz. Ponadto grawer przecież musiał wykonać jubiler. W mieście mamy ich raptem trzech. Ktoś zapewne wie coś o tym małym zegarku, a co za tym idzie, istnieje osoba znająca właściciela.

Intrygowała mnie jej pomysłowość, ale jednocześnie przerażała. Stosunek odwagi do powściągliwości był u niej mocno zaburzony. W tym tkwił jej niepodważalny urok.

– Jest pani geniuszem! – wykrzyknęłam stłumionym głosem, pamiętając o mamie na piętrze.

Poczułam, że w istocie mój brat na pewno zostanie odnaleziony. Z jej finezyjną drobiazgowością żadna zagadka nie może pozostać nierozwikłana.

– Oj, to zbyt wiele powiedziane. Powiedzmy, że mam małą wprawę w węszeniu. Wytropiłam wszystkie krety dewastujące mój ogród kwiatowy. Wprawdzie krety to niby nic wielkiego, ale na początek powinno wystarczyć.

– A co, jeśli to był ktoś z daleka i nasze śledztwo stanie w martwym punkcie?

Przy kolejnym jasnym grzmocie światło zgasło na dobre. Zapaliłam mały ogarek świeczki na środku blatu i zbliżyłyśmy się do niego. Płomień migotał, zmieniając kapryśnie rysy naszych twarzy.

– Wtedy je rozszerzymy. Wątpię, że to ktoś z daleka. Jeśli morderca i porywacz ciała to ta sama osoba, zapewne pochodzi z bliskiego otoczenia. Obcy wzbudziłby w wiosce sensację, a tu nikt nie przejedzie niezauważony. Tym bardziej dwa razy. Czy osoba z daleka znalazłaby się ponownie przy swojej ofierze zaraz po tym, jak ktoś zaczął przy niej węszyć? Wątpię. Zapominamy też o drugiej ważnej sprawie.

– Jakiej? – Błyskotliwość pani Jadwigi porywała mnie z siłą wiatru górskich szczytów.

– O takiej, że niedługo pojawi się i kolejny, szalenie istotny dowód. Ktoś podejmie poszukiwania zamordowanej kobiety. Może już to nastąpiło. Wtedy skrawki informacji zaczną się układać w jedną wielką historię.

– Czy myśli pani, że możemy zacząć takie nieformalne śledztwo?

– Myślę, że nie, tylko kto nam zabroni?

Zacisnęła wargi i przeszyła mnie czarnymi, nieruchomymi źrenicami. Płomyk umilkł wraz z nami. Ciemność rozjaśniały już tylko rewelacje zza okna. Kazan odprowadził gościa pod same drzwi. Pani Jadwiga objęła mnie ramieniem i szepnęła:

– Jutro o ósmej bądź gotowa.

– Będę – rzuciłam z entuzjazmem, który wypełnił na powrót wszystkie komórki mojego ciała.

Uśmiechnęła się i zniknęła w czeluściach szalonej wichury. Drzwi zatrzasnęły się same. Usiadłam na sofie, pies zasnął z pyskiem na moich kolanach. Myślałam raz jeszcze nad tym wszystkim, a ciepło bijące od zwierzęcia rozluźniało słodko coraz cięższe powieki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij