-
nowość
Krótka historia miłosna - ebook
Krótka historia miłosna - ebook
Niektóre historie same proszą, by je opowiedzieć.
„Krótka historia miłosna” to zapis życia ocalałego w pamięci – osobisty, szczery i głęboko poruszający.
Autor prowadzi czytelnika od dzieciństwa w Warszawie, przez przesiedlenie na wieś tuż przed powstaniem, aż po lata dorastania w małym pomorskim miasteczku. To właśnie tam – w realiach stalinowskiego PRL-u – przeżył pierwsze miłości i rozczarowania, a także zetknął się z brutalną codziennością.
Wspomnienia Jerzego układają się w obraz życia na styku historii – tej wielkiej i tej prywatnej. To książka o przemijaniu, niechcianych miejscach, stających się niepostrzeżenie najważniejszymi w naszym życiu, oraz uczuciach, które – choć ulotne – pozostają w pamięci na zawsze.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Inne |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-284-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Książka, którą macie Państwo w ręku, jest powieścią, ale ze wszech miar nietypową. Po pierwsze nie została napisana w rezultacie działania mojej wolnej i nieprzymuszonej woli. Po drugie nie była w ogóle przeze mnie zaplanowana ani zaprojektowana jako taka właśnie, a nie inna struktura narracyjna. Nie wymyśliłem jej w takiej formie, jaką przyjęła. To wszystko stało się niejako samo przez się, bez jakiejkolwiek premedytacji z mojej strony. To nie ja tak ją obmyśliłem i następnie napisałem. W ciągu bardzo zresztą długiego czasu to ona niejako sama się w takiej właśnie formie wymyśliła. Ja jedynie przyjąłem do wiadomości tę formę i biernie ją wykonałem. Jest ona bowiem rezultatem powolnego, ale nieustępliwego naporu wspomnień, jak mi się zdawało, tak osobliwych i niepowtarzalnych, że musiałem je utrwalić w piśmie, a następnie w druku.
Nie jest to również opowieść, która rozdział za rozdziałem rozwija się jako jeden wątek narracyjny albo kilka wątków naprzemiennie prowadzonych i w miarę chronologicznie rozwijanych aż do kulminacji i w końcu do nieuchronnego końca. To jest po prostu tak zwany patchwork, czyli tkanina składająca się z łat różnej wielkości i o różnym zabarwieniu. W przekładzie na sztukę opowiadania ów patchwork to kilka torów czy ciągów narracyjnych ze zmieniającym się opowiadaczem i z różnymi postaciami; z głównym bohaterem, Jerzym, który tę książkę w zasadzie pisze i jednocześnie jest jej protagonistą, a kilkakrotnie też odzywa się już jako starszy pan, ugięty czy pochylony pod nawałnicą owych wspomnień, odzywający się z perspektywy o kilkadziesiąt lat późniejszej.
Stąd na pozór główna jest opowieść o romansie dwudziestodwuletniego zaledwie, lecz nader męskiego Zygmunta z blisko czterdziestoletnią Gabrielą, wciąż jeszcze piękną mężatką, mającą wśród swojej społeczności ustalone stanowisko, tak zwaną pozycję, w czym niemałą rolę odgrywa jej pochodzenie z przedwojennego środowiska ziemiańskiego. Na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo, kto opowiada o tym romansie i czy on naprawdę przebiegał tak, jak go opisano; czy w ogóle był prawdziwy, jako wspomnienie autora, czy też został wymyślony dla ubarwienia owych wspomnień, w płomienne barwy raczej ubogich.
Na dodatek, podczas gdy na początku pisania tej opowieści autor miał do czynienia z trzema torami czy ciągami narracyjnymi – a były to: owa historia romansowa, _Pamiętnik Jerzego zwanego Biglem_ oraz rzecz zgoła autorska pod tytułem _Przypomniane w oddaleniu_ – na dodatek, powiadam, w trakcie pracy doszedł czwarty tor czy ciąg narracyjny, składający się z kilku odrębnych nowel lub opowiadań, stanowiących odrębne narracyjne całości (można by powiedzieć: struktury skończone), na pozór całkowicie obcych całemu dotychczasowemu przedsięwzięciu, przy tym rozrzuconych w różne miejsca całej opowieści zgoła na chybił trafił. Z tą ich obcością nie jest jednak tak, jak by się wydawało (i z tym ich całkowitym zamknięciem i odrębnością), gdyż łączy je ze sobą i z pozostałą częścią opowieści postać Jerzego, który albo jest ich bohaterem (jak na przykład w _Nie dać się bestii_), albo narratorem (jak na przykład w _Snach_).
Pytanie, po co to wszystko tak się ułożyło; czy tak zostało ułożone, bez wątpienia z moim udziałem, ale niewielkim (jeśli nie liczyć owego czwartego ciągu, tych odrębnych na pozór opowiadań, bo to był rzeczywiście mój własny pomysł, związany z odczuwaniem ostrego deficytu wartościowości tego, co do owego pomysłu uzupełnień zostało napisane). Uważam po prostu, że owe odrębne opowiadania, łączące się poprzez postać Jerzego z pozostałą częścią książki, stanowią istotne dopowiedzenie charakterystyki samej osoby głównego bohatera, jak i obrotów jego młodego życia. Nie licząc faktu, że – jak ośmielam się zuchwale sądzić – niektóre z nich (jak na przykład _Sny_) mają swoją własną, samodzielną wartość artystyczną.
Piszę o tym dlatego, żeby uprzedzić Czytelników przed tym, co ich czeka, ale tym bardziej dlatego, by poprosić ich, by w trakcie lektury i po niej spróbowali wykonać pewną pracę myślową, zmierzającą do tego, ażeby pomyśleć chwilę nad tym, jak te różne łaty owego patchworku łączą się ze sobą, tworząc cały ów wielokształtny i wielobarwny gobelin. Precyzyjniej mówiąc, ażeby zdać sobie sprawę, że to, co przeczytali, jest pewną całością, a nie tylko kilkoma odrębnymi narracjami, które (na pozór tak się może wydawać) wcale się ze sobą nie łączą i nie tworzą jakiejś całości.
A potem jeszcze niech owi Czytelnicy spróbują odpowiedzieć na pytanie: czy autor mógł w ogóle nie napisać tej książki? Ja już na nie odpowiedziałem sobie jasno: nie mógł, wierzcie mi, naprawdę nie mógł! Ale Wasza odpowiedź jest ważniejsza.
I na koniec jeszcze jedna sprawa: otóż książkę tę niekoniecznie trzeba czytać tak, jak się to robi zwykle, od pierwszej linijki do ostatniej. Można z tej potrawy wybierać sobie co smaczniejsze kąski, czyli czytać książkę nie po kolei, lecz niejako skokami, dla przykładu przejrzeć najpierw od początku do końca przebieg całego owego romansu (choć wówczas nie od razu dowiemy się, jak do niego doszło i jaka w tej mierze była rola Jerzego), potem przeczytać _Pamiętnik Jerzego zwanego Biglem_ (ale po kolei, od początku do końca), potem osobno _Przypomniane w oddaleniu_, a na koniec, lub w tak zwanym międzyczasie, wszystkie (choć niekoniecznie w ustalonej kolejności) owe odrębne opowiadania. Odradzam jedynie czytanie na początek _Epilogu_, bo wtedy można się narazić na niezrozumienie pewnych jego twierdzeń, jak również na to, że nie będzie się wiedziało, o kim i o czym właściwie jest mowa. Wszelako poddanie się przez Czytelnika istniejącej kompozycji poszczególnych części owego patchworku, wedle ustalonej kolejności, uważam za bardziej właściwe i pożyteczne.TAJNA PLAŻA
Zu, ułożywszy się na brzuchu, mościł się na płóciennym ręczniku rozpostartym na szarym piasku. Stopy wystawały mu poza ręcznik, wbijając się palcami w ciepły, miękki piach. Dla swego męskiego klejnotu wygrzebał dołek pod ręcznikiem, by nie cierpieć od niepotrzebnego nacisku, zwłaszcza gdyby pod wpływem rozgrzania i rozkosznych myśli, którymi skracał sobie oczekiwanie, zechciał się ów klejnot rodowy powiększyć, co zdarzało się przecież nie raz i nad czym zupełnie nie potrafił zapanować. Dłonie, śniade z natury i od opalenizny, o długich palcach pianisty, którym nie był ani nigdy nie miał zostać, podłożył pod brodę i patrzył przed siebie na gęstwinę lasu, otaczającą z trzech stron ten skrawek piaszczystego wybrzeża, na którym swobodnie mogło się na leżąco zmieścić najwyżej dwoje czy troje ludzi. A ów las to bynajmniej nie tylko drzewa, lecz wręcz swoiste zielone zasieki, utworzone z różnego rodzaju roślinności, plątaniny leszczyn, jałowców, innych jakichś rozłożystych krzewów, a także zielonej drobnicy wyrastającej z bogatego poszycia. Zasieki te czyniły ów niewielki trapez czy romb plaży zupełnie niedostępnym i niewidocznym od strony lądu. Od strony jeziora zaś zasłonięty był grubym na kilkanaście metrów murem wysokiej trzciny. Odkryli go kilka dni temu razem z Ga zupełnie przypadkowo, gdy w trzcinowym szuwarze szukali odosobnienia, wpływając każde swoim kajakiem w trzcinę w miejscu całkowicie już niewidocznym od strony pomostu i ludnej plaży publicznej.
Drobny plusk wody o błotnisty brzeg wydeptany ich stopami i o boki częściowo wyciągniętego z wody kajaka przypominał mu obrazek z dawnych lat: piaszczyste nabrzeże Wisły w rejonie Dolnego Mokotowa, gdzie mieszkał kiedyś, jak mu się zdawało, przed wiekami. Trzciny zwarły się już na powrót, kryjąc wodną ścieżkę, którą między nimi „wyorał” przedtem jego kajak.
„Mam nadzieję, że Ga trafi tu jak przedtem” – pomyślał sennie i zmienił nieco pozycję głowy, opierając się policzkiem na dłoniach. Długie, proste, ciemnobrązowe włosy zaczesane do tyłu rozsypały się nieco, zsuwając na bok i tracąc swą idealną linię.
Bawiła go ta konspiracja. Wamburg był miasteczkiem, w którym wszyscy się znali i wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli. Żeby być sprawiedliwym: prawie wszyscy, prawie wszystko i prawie o wszystkich. W każdym razie trudno było ukryć cokolwiek, a zwłaszcza romans młodziutkiego referenta bankowego z panią naczelnik – niezwykle przystojną trzydziestoparoletnią mężatką, o której wiadomo było ponadto, iż pochodzi z zamożnej ziemiańskiej, jeśli nie magnackiej wprost rodziny, spokrewnionej z wysoko postawionym i zasłużonym przed wojną generałem, przyjacielem marszałka Piłsudskiego; do 1945 roku posiadającej niedaleko stąd majętność liczącą ponad tysiąc hektarów, po wywłaszczeniu zamienioną w słabo dziś prosperujące państwowe gospodarstwo rolne. Pikanterii tej sytuacji dodawał fakt, że Ga od kilku lat była członkinią partii i pełniła nawet funkcję kierowniczki grupy partyjnej.
To ona zaproponowała, a on na to chętnie przystał, by skracali swoje imiona; Ga nie znosiła bowiem imienia „Gabriela” z powodu nadmiernej jego powagi, a Zu nie cierpiał zdrobnienia „Zulek” (dziwnego, bo od „Zygmunta”) z powodu jego infantylizmu. Oczywiście używali tych skrótów jedynie wtedy, gdy byli sami; w towarzystwie i w pracy Ga mówiła doń z powagą „panie Zygmuncie”, a on – „pani naczelnik”, żeby nie urażać jej ucha tą nielubianą, postarzającą „panią Gabrielą”. „Pani naczelnik” brzmiało neutralnie, a w gronie kolegów z banku można było, nie wytracając tego obiektywizmu, dodać: „nasza urocza pani naczelnik” albo „pełna wdzięku nasza pani naczelnik”, z czym wszyscy mężczyźni zgadzali się bez zastrzeżeń, nie mając pojęcia, jakie się za tym kryją uczucia, i składając to na karb od początku rozpoznanego charakteru „pana Zygmunta”, który jest filut. Można mu było najwyżej filuternie pogrozić palcem.
Zu znowu chciał zmienić pozycję, ale zdał sobie sprawę, że jeszcze zbyt krótko męczy się na brzuchu, by lepiej opalić plecy, a zwłaszcza podudzia i łydki, toteż zmienił jedynie położenie głowy, opierając się na dłoniach drugim policzkiem. Obrazy z niedalekiej przeszłości ponownie zaczęły napływać mu do głowy same, bez jego woli, jak gdyby ktoś puszczał mu w wyobraźni film z jego niedawnego życia we fragmentach „montowanych” wedle nieznanego mu klucza. A może jedynie nie zdawał sobie sprawy, że to w gruncie rzeczy on wybiera te właśnie wydarzenia i sceny, chociaż nie daje „operatorowi” żadnych jawnych dyspozycji i w rezultacie wszystko to wydaje się pojawiać jak gdyby samorzutnie.
Najpierw szkoła w Dawidowie, szary, potężny gmach, dosyć ponury. Obcy. Wrażenie obcości towarzyszyło mu cały czas, odkąd przyjechali w te strony, wyrzuceni z końcem 1948 roku z Warszawy jako „czarna reakcja”, „wrogowie ludu”, „kupiecka burżuazja”, pozbawieni pięknego czteropokojowego mieszkania przy ulicy Grottgera, cudem zachowanego, już od zakończenia wojny zaludnionego dokwaterowanymi licznymi sublokatorami. Nie mógł wyzbyć się tego wrażenia obcości przez cały czas nauki w szkole, to jest przez długie trzy lata, ponieważ ósmą i dziewiątą klasę udało mu się zaliczyć w jeden rok, do czego walnie przyczynił się profesor Smarzewski, nauczyciel wychowania fizycznego i trener, niegdyś, przed wojną, świetnie zapowiadający się oszczepnik, którego z uprawiania sportu wyczynowego wyeliminowała kontuzja barku. WF to były jedyne zajęcia, podczas których to wrażenie obcości znikało, Zu stawał się jednym z wielu takich samych jak on chłopaków, biegających od kosza do kosza z piłką lub naprzeciwko tego z piłką, w obronie, szukających sprytnego sposobu wykonania celnego rzutu z najbliższego dystansu lub wymachujących ramionami w celu uniemożliwienia takiego rzutu przeciwnikowi, co jedynie czasem się udawało. Zu wyróżniał się tylko tym, że przodował we wszystkich grach, najlepiej ścinał w siatkówce, ale i bardzo precyzyjnie wystawiał kolegom; sam zostawał na końcu w zawodach w skoku wzwyż, gdyż najlepsi poza nim nie przekraczali półtora metra, a on swobodnie, jakąś mieszaniną stylu przerzutowego i „skoku tygrysa” przechodził nad poprzeczką zawieszoną na wysokości stu siedemdziesięciu ośmiu centymetrów, budząc podziw profesora, rzadko cedzącego jakiekolwiek pochwały. Albo też o metr odsadzał się od najlepszych skoczków w dal bądź wygrywał bieg na tysiąc metrów z kilkudziesięciometrową przewagą nad zawodnikiem zajmującym drugie miejsce. Smarzewski prowadził z nim krótkie „męskie” rozmowy, nie poprzestając na tematyce sportowej; zorientował się szybko, że Zu jest oczytany, inteligentny, chłonny. Wiedząc, że chłopak jest trochę starszy od kolegów, bo wojna opóźniła jego edukację, sam mu zaproponował, by zrobił dwie klasy w ciągu jednego roku. Poddany surowemu egzaminowi został zobowiązany do opanowania programu i pod koniec pierwszego semestru (chociaż na tym etapie edukacji nie dzielono w Polsce roku szkolnego na semestry) po ponownym przeegzaminowaniu znalazł się w dziewiątej klasie. Pod koniec roku operację powtórzono z podobnym skutkiem, znalazł się więc w następnej klasie, wśród nowych kolegów, jeszcze bardziej obcych niż poprzedni. Zawdzięczał to Smarzewskiemu i jego autorytetowi; jakkolwiek patrzeć, nie miało to charakteru „taryfy ulgowej” – wyegzekwowano od niego skrzętne opanowanie materiału, i to ze wszystkich przedmiotów, tak że matura w dwa lata później po tych doświadczeniach wydała mu się bułką z masłem. Uśmiechnął się na przypomnienie sceny z ogromnie zdenerwowaną polonistką, panią Hermann, starą panną, przystępującą codziennie do Najświętszego Sakramentu (co było wtedy niezwykłą rzadkością i dowodem odwagi), która podczas krótkiej przerwy na maturze pisemnej z matematyki podała mu bułkę właśnie ze ściągawką w środku. Pamiętał, że się bronił, bo poszło mu dobrze i żadna ściągawka nie była mu potrzebna, ale mimo to dyskretnie zerknął na wynik matematycznego tasiemca, w którym najłatwiej było o pomyłkę. Miał wynik dobry. Dał nauczycielce znak, że wszystko jest w porządku i że dziękuje…
Od strony plaży publicznej posłyszał słabe dźwięki jakiegoś sztajerka czy fokstrota, nie mógł nawet z tej odległości rozróżnić rytmu, ale wiedział, że to na specjalnym proscenium z ledwo co oheblowanych desek, zbudowanym w narożniku plaży, gdzie zaczynało się pasmo trawy zamknięte linią lasu, rozpoczynały się tańce. Pary golasów, panowie w kąpielówkach, panie w obcisłych plażowych lub kąpielowych kostiumach, przytulone do siebie gorącymi od upału, a niekiedy mokrymi po wyjściu z wody korpusami ciał kręciły się w rytm muzyki płynącej z wielkiej tuby patefonu, na której narysowany był płowy pies siedzący przed taką właśnie tubą, jakby zasłuchany w wydobywającą się z niej melodię, a pod spodem napis: „His master’s voice”, czyli: „Głos jego pana…”. Niekiedy grające to urządzenie zastępowane było przez żywych muzyków z rodziny państwa Cyranków, w której oboje małżonkowie oraz liczna progenitura – wszyscy płowowłosi, co do jednego czy do jednej, bez różnicy płci, nie wyłączając najmłodszych – grali na wszystkich instrumentach, i to tak od ucha do ucha. Naprawdę świetnie.
„Ach, żebym tak mógł sobie tam potańczyć z Ga” – pomyślał tęsknie, ale to, niestety, było niewykonalne. Żadną miarą. Byliby najpiękniejszą parą na tym parcianym parkiecie, a on poprowadziłby w tańcu Ga, jak przystało na silnego i pewnego siebie dojrzałego mężczyznę.
Zu miał w tym związku poczucie strony słabszej, Ga prawie we wszystkim nad nim dominowała, miała dużą przewagę: starszeństwa, doświadczenia życiowego, znajomości rzeczy we wszystkich niemal dziedzinach, stanowiska w pracy zawodowej. Jedynie swoimi wyczynami sportowymi mógł jej zaimponować, jakkolwiek i o sporcie wiedziała niemało, i trochę dawniej go praktykowała: nic dziwnego, skoro miała przy pałacu, w którym wzrastała, basen i kort tenisowy, zamieniany w razie potrzeby w boisko do siatkówki, oraz pełno kolegów i koleżanek chętnie korzystających wspólnie z tych urządzeń. Nie zdawał sobie sprawy całkiem jasno, lecz może częściowo był jednak świadomy tego, że i on miał pewne atuty czy przewagi wobec Ga, która ze szczególną wrażliwością reagowała na dźwięk jego głosu, niskiego i nabrzmiałego męskością w takim stopniu, że czasami uginały się pod nią kolana, gdy usłyszała go niespodzianie, nie mogąc jednak niczego dać po sobie poznać. Przyznała mu się kiedyś do tego w chwili słabości. Wiedział, że ceniła też bardzo wysoko jego stołeczny sznyt, przejawiający się zarówno w języku, w akcencie i intonacji, jak i w umiejętnym, zręcznym, a zarazem naznaczonym odrobiną dezynwoltury, czy nawet cynizmu, zachowaniu. Było to szczególnie widoczne na tle tubylczych mężczyzn, sztywniackich, mówiących miejscowym dialektem, pełnym germanizmów i zwykłych błędów językowych, a także przyciemnień niektórych samogłosek i zmiękczeń pewnych spółgłosek, tak zwanych szeleszczących. Niektóre nawyki i wtręty były czasami nie do zniesienia, jak na przykład irytujące „nie” co kilka słów, w rodzaju: „Wiesz, ona mi powiedziała, nie, że jutro jadziem, nie, a potem, wyobraź sobie, patrzę ja, nie, a ona obiad gotuje, nie, i ani myśli dotrzymać słowa. Toć tak nie można, nie!”. Zu może nie był w swej wymowie szczególnie wyrafinowany, ale mówił zawsze poprawnie, warszawską, literacką mową, krótkimi jasnymi zdaniami, bez żadnych odchyleń dykcji, a _timbre_ jego głosu przypominający niskie dźwięki fagotu nadawał wypowiedzi dodatkowy walor.
W końcu zdecydował się na zmianę pozycji, najpierw usiadł i wpatrywał się przez chwilę w zieloność trzciny przed sobą, jakby chciał przebić wzrokiem jej nieprzeniknioność i dojrzeć przybywającą Ga. Ale jej wciąż nie było. Położył się więc na wznak i podłożywszy dłonie pod głowę, z powrotem zatopił się we własnych myślach.
Właściwie to dziwne, Dawidowo należało do Kongresówki, ale rywalizując z oddalonym zaledwie o dwadzieścia pięć kilometrów Wamburgiem, ulegało w wielu sprawach, a zwłaszcza w kwestiach wymowy i języka, jego wpływom. A Wamburg, jak sama nazwa wskazuje, należał do innego regionu, położony był osiem kilometrów na północ od granicy z Kongresówką (granicy widocznej dobrze w czasach, o których mowa, i nawet później w postaci płytkiego rowu), na południowym krańcu ziemi golubsko-lubawskiej i w obrębie takowego dialektu, a więc w południowej części regionu Pomorza. Dawidowo, bliższe Mazurom, mogło kusić się o autorstwo słynnego przykładu na głębokie mazurzenie: „w Dawidozie na banozie taki zicher ział, że aż kamienie ziurgały”. Co znaczy: „w Dawidowie na banhofie (to jest na dworcu) taki wicher wiał, że aż kamienie wiurgały (czyli latały albo fruwały)”. Dworzec kolejowy z wieloma torami i rozjazdami był istotnie jednym z centralnych punktów Dawidowa, a brać kolejarska tego miasta to była miejscowa szlachta, jeśli nie arystokracja w porównaniu z pozostałymi mieszkańcami. Mowa wszelako skażona była owym wamburżańskim dialektem, a wamburżanie nigdy nie pogodzili się z tym, że to Dawidowo było miastem powiatowym z Wamburgiem w obrębie jego powiatowej władzy, a nie odwrotnie, choć dwa dworce wamburżańskie razem wzięte, ze swoimi trzema torami bocznymi i rampą do wyładunku towarów na Dworcu Głównym, ale już tylko z jednym torem biegnącym do stacji Wamburg-Miasto i dalej aż do Błotnicy, nie mogły być żadną miarą porównywane do wielkiego banhofu i stacji rozdzielczej w Dawidowie.
Zu uśmiechnął się na myśl o tej zabawnej rywalizacji, która miała już bodajże długoletnią tradycję, zarówno z okresu przedwojennego, gdy oba miasta należały do Polski (Wamburg wyswobodzony został spod pruskiego panowania przez armię generała Hallera w roku 1919, o czym wiedzieli tylko starsi wamburżanie, chociaż wszyscy nazywali nadal jeden z dwóch rynków wamburżańskich „placem Hallera”, bez względu na to, że nowe władze nadały mu nazwę „24 stycznia” na pamiątkę „wyzwolenia” przez Armię Czerwoną w 1945 roku), jak i wcześniej, gdy Wamburg był „pod Prusem”, a Dawidowo – „pod Rusem”. Nawiasem mówiąc, nieraz można było usłyszeć od starszych wamburżan, że najlepsze życie i najtańsze utrzymanie było tu „za Wilusia”, czyli przed pierwszą światówką, niczym w Anglii za legendarnych czasów edwardiańskich.
Przypomniał mu się Jerzy, który już jakiś czas temu przejął po nim sztafetę średniodystansowca, i to z takim skutkiem, że ochrzczono go „Biglem”, bez żadnego związku z jednym z Sienkiewiczowskich bohaterów, lecz jedynie w wyniku błyskotliwych zwycięstw w wielu zawodach lekkoatletycznych, najpierw międzyszkolnych, aż po rozgrywki wojewódzkie. Otóż wyśmiewał on tę rywalizację i szydził z niczym nieuzasadnionej dumy wamburżan, chociaż Dawidowo uważał za nijakie i bez wyrazistego oblicza, a poza tym – co już było konkretem – bez przyrodniczego otoczenia, którym Wamburg mógł się szczycić śmiało, ze swymi dwoma jeziorami, dwiema rzekami, chociaż o jednej nazwie, gdyż była to jedna rzeka, wpadająca do jeziora w jednym miejscu, a wypływająca z drugiego miejsca; ze swoimi lasami wokół niecki, w której miasto było położone; z kaskadowym parkiem o trzech kondygnacjach, z piękną aleją lipową wiodącą do leśniczówki i owej plaży publicznej, która teraz rozbrzmiewała dźwiękami tanecznej muzyki, dobiegającej do uszu Zu w formie stłumionej przez mur trzcinowy.
Przyjaźń Jerzego, kilka lat temu zrodzona nagle jak miłość od pierwszego wejrzenia, będąca wtedy dla Zu wielkim wsparciem, dosyć szybko przestała odgrywać taką rolę, a ponadto wyraźnie osłabła, z obu zresztą stron, daleko wcześniej, niż doszło do romansu z Ga. Chociaż to w końcu nie kto inny, tylko Jerzy przyczynił się do zatrudnienia Zu w banku w Dawidowie, właśnie za pośrednictwem pani naczelnik, do której – mając generalnie „harcerski” stosunek do kobiet – odnosił się z niezwykłą estymą; to on przez miesiąc wprowadzał Zu w tajniki oddziału kredytowego i urabiał o przyjacielu jak najlepszą opinię, także w jej oczach, nie przeczuwając ubocznych rezultatów tego rodzaju oddziaływań. Ga wysoko ceniła Jerzego, z uwagą wysłuchiwała jego ocen, często prosiła go o radę, chociaż nie można jej było odmówić samodzielności, tak niezbędnej na zajmowanym przez nią stanowisku. Ale ani ona, ani on, w ogóle wszyscy troje w żaden sposób nie mogli przewidzieć tego, co wkrótce nastąpiło.
Zu przerwał nagle tok niedawnych wspomnień, ingerując gwałtownie w pracę ich tajemniczego montażysty: przypomnienie początku historii z Ga postanowił zostawić sobie na deser. I przekierował wspominkowy film na sekwencje ukazujące jego przyjazd do Wamburga, zamieszkanie w dawnych budynkach folwarcznych w Zlewsku, trzy kilometry od miasta; degradację zawodową ojca, wysokiej klasy specjalisty w dziedzinie produkcji spirytusu; ohydny fetor zlewskiej gorzelni, głównej dostarczycielki dochodu folwarku przemienionego w państwowe gospodarstwo rolne. Ale przede wszystkim pierwszy dzień w szkole, kiedy zaprowadzono go do szóstej klasy, w której przerastał wszystkich uczniów o głowę i poczuł się straszliwie samotny i cudzy. A zwłaszcza gdy musiał coś powiedzieć, rażąc swoim niskim, choć dopiero mutującym głosem i czystą, literacką polszczyzną. Na przerwie gruby Stefan z Jamielnika, niewielkiej wsi oddalonej od Wamburga o jakieś dwa kilometry, wzruszając ramionami, orzekł:
– Antek bosy z niego.
Jerzy, o połowę chudszy od Stefana i wtedy jeszcze niższy, rzucił się w jego stronę i wykrzyknął:
– A z ciebie śledź pomorski!
I zbliżył się do Zu, wyczuwając, że tu znajdzie w razie czego obronę przed Stefanem. Ale ten jedynie wzruszył ramionami i poszedł do kolegów. Tymczasem Jerzy i Zu zaczęli rozmawiać; Zu od razu zorientował się, że Jerzy też jest tu obcy, szybko nawiązała się między nimi nić porozumienia, choć na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo się różnią we wszystkim z wyjątkiem jednego: obaj tęsknili do swego rodzinnego miasta, łączyło ich wspomnienie Warszawy, co prawda z dwóch jej krańców: dolnomokotowskiego i żoliborskiego. Dla Jerzego wszystko, co sobą przedstawiał Zu, było swoistym tchnieniem ducha warszawskiego, którego pamięć przechowywał pieczołowicie w swoim wnętrzu, choć przecie wątłe miał tylko w swych wyobrażeniach – jak opowiadał Zu – jego skrawki: widok starszych kolegów grających w siatkówkę (dzisiejszym językiem można powiedzieć o niej jako o kultowej grze okresu okupacji), tramwaj wypatrywany i wypatrzony w końcu z przystanku przy placu Wilsona w głębokiej perspektywie ulicy Słowackiego, sam ten plac, potężne doły rozpoczynające się tu, gdzie dziś stoi dom handlowy „Merkury” i ciągnące się aż do placu Lelewela – miejsce zabaw w Indian i nie tylko, samochodowy kondukt pogrzebu Kutschery, płonące getto żydowskie widziane z wysokości komina niedokończonej kamienicy w północnej pierzei Słowackiego, Syrena Warszawska oglądana podczas spaceru letniego Wybrzeżem Kościuszkowskim (padła chyba dopiero w dniach powstania), perspektywa ulicy Miodowej obserwowana z pomostu tramwaju (bo wtedy Miodową jeździły tramwaje!), koledzy starszego brata i ich rozmowy, jego sztambuch z wpisami i rysunkami, nie mówiąc o wcześniejszej przygodzie z połkniętą iglicą od granatu rozbieranego przez owego brata, członka oddziału Szarych Szeregów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji