Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Krótka kołdra. O dialogu małżeńskim - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 kwietnia 2010
E-book: EPUB, PDF MOBI
29,99 zł
Audiobook
32,00 zł
29,99 zł
2999 pkt
punktów Virtualo

Krótka kołdra. O dialogu małżeńskim - ebook

O przyjaźni, narzeczeństwie, seksie i antykoncepcji, o kryzysach, dialogu, wojnie i pokoju w małżeństwie – o wszystkich sprawach ważnych dla budowania dobrego, trwałego i szczęśliwego małżeństwa pisze w swojej książce o. Mirosław Pilśniak. Jako duszpasterz, który od blisko dwudziestu lat pracuje z małżeństwami, ma on ogromne doświadczenie, mądrość i pokorę, potrzebne, by pomagać parom, które mają się dobrze, a jeszcze bardziej tym, które przeżywają różne trudności. Krótka kołdra jest zapisem tego doświadczenia. Z pewnością może ona być cennym poradnikiem dla wielu poszukujących małżonków.

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7033-870-1
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Pewna kobieta szukała kiedyś u mnie porady. Obawiała się o zdrowie swojego męża, który był okropnie zapracowany. Prawie nie spał, gdyż kończył przygotowywać projekt architektoniczny, a czas naglił. Niedotrzymanie przez niego terminu groziłoby ich rodzinie finansową katastrofą. Miał już nawet na koncie, pewnie z powodu zmęczenia, dwa poważne wypadki drogowe – na szczęście bez udziału innych.

Jego żona przyszła się poradzić, czy powinna coś robić i ewentualnie co, aby go powstrzymać od samozagłady. Podczas rozmowy udało nam się wymyślić jakieś sposoby, które mogłyby służyć ochronie jego życia. Pomysły były co prawda zbyt pedagogiczne, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że staramy się mu pomóc. Jednak, już wychodząc, kobieta zauważyła: „Mówiliśmy o n i m i o m n i e, a ja potrzebuję rozmowy o n a s!”.

To było olśnienie. Zrozumiałem, że ci ludzie potrzebują dla siebie innego rozwiązania niż pedagogiczne wsparcie. Żaden pomysł, nawet najlepszy, dotyczący tylko jednego z nich, nie był w efekcie dobry. Tylko to, co mogło objąć ich dwoje naraz, było rozwiązaniem właściwym. Doświadczyłem wtedy świętości ich wspólnoty, istnienia nienaruszalnej jedności, mimo że w tamtej chwili znajdowali się nieco dalej od siebie.

Od tego czasu tajemnica więzi małżeńskiej stale mnie intrygowała. Nie wiem, czy ktoś potrafi opisać ją w sposób wyczerpujący. Ale wiem, że warto próbować, by nie przeoczyć Bożego daru, który objawia się w tym, co w związku dwojga ludzi jest najważniejsze.

Znam bardzo blisko pewnie kilkaset małżeństw i oswoiłem się z ich różnorodnością. Od niemal dwudziestu lat związany jestem z duszpasterstwem małżeństw w sposób mniej lub bardziej zorganizowany. Od dwudziestu lat biorę udział w rekolekcyjnym Ruchu Spotkania Małżeńskie, a przy tej okazji w przygotowaniu narzeczonych do przyjęcia sakramentu małżeństwa. Wiele małżeństw, niezaangażowanych w żadne duszpasterstwa, poznałem, kiedy byłem proboszczem wielkiej warszawskiej parafii.

Przez te wszystkie lata szkoliłem się i zdobywałem dodatkowe umiejętności po to, by kontakt z rodzinami i osobiste spotkania z małżonkami były coraz bardziej owocne i pomagały, a nie szkodziły potrzebującym. Oprócz tego, potrzebą chwili była umiejętność komunikowania się w sposób skuteczny, którą doskonaliłem w Szkole dla Rodziców i Wychowawców, a także zdobywanie doświadczeń mediacyjnych, czyli umiejętnego pomagania w poszukiwaniu rozwiązania problemów.

Teksty zamieszczone w tej książce to efekt mojej wieloletniej pracy z małżeństwami. Środowisko duszpasterskie domagało się przygotowania konferencji i cyklów wykładów. Są one niemal w całości owocem spotkań i warsztatów rodzinnych, a także wspólnego czytania najważniejszych dla nas lektur. Część tekstów powstała z potrzeby przełożenia na zrozumiały dla niewtajemniczonych język i spopularyzowania tez nauki Kościoła dotyczących tematów aktualnych, albo rozjaśnienia kontrowersji przedstawianych w publicznej debacie w sposób niezrozumiały czy też bulwersujący osoby wierzące. Współpraca duszpasterska zaowocowała również pojawieniem się wielu wywiadów i spisanych wypowiedzi powstających w zależności od chwilowych potrzeb. W związku z tym, forma taka wydawać się może trudniejsza do czytania, ale mam pewność, że nie znalazły się w książce tematy wydumane i niepotrzebnie roztrząsające problemy abstrakcyjne.

Książką tą chciałbym dodać sił wszystkim, którzy przeżywają lęk przed zaangażowaniem i nie wiedzą, w jaki sposób budować związek odpowiedzialnie i nieschematycznie.

Pragnę także dodać odwagi tym, którzy, żyjąc w małżeństwie, nie przeżywają go ciągle jako czegoś ożywiającego i świeżego, ale borykają się z rutyną. Dla mnie – duszpasterza i osoby patrzącej z zewnątrz – małżeństwo jest niemal zawsze czymś fascynującym.

Chciałbym także oswoić frustrujące często zmęczenie spowodowane tym, że małżeństwo nie tworzy się samo, ale trzeba je nieustannie budować i pogłębiać.Trwające w jedności małżeństwo jest rzeczywistością duchową, więc podlega prawom życia duchowego. A w drodze ducha wierność zawsze owocuje.

Piszę także o kryzysie, który wcześniej czy później pojawia się w każdym związku. Chciałbym małżonków przekonać, że nie jest on zapowiedzią klęski, ale zawsze wyzwaniem i zadaniem wymagającym wysiłku. Dzisiaj bowiem niełatwo przyjmuje się do wiadomości oczywistą przecież prawdę, że wartościowe rzeczy nie budują się same. A taką wartością jest nierozerwalny związek męża i żony, tak mocny jak związek Chrystusa z Kościołem.

Nie sposób podziękować wszystkim, którzy zainspirowali powstanie tekstów zamieszczonych w tej książce, a jednak bardzo chciałbym wymienić przynajmniej niektórych:

– Jolę i Tomka Basistów z krakowskiego Ośrodka Spotkań Małżeńskich, z którymi przedzieraliśmy się przez duchowość i psychologię dialogu i komunikowania się;

– Irenkę i Jerzego Grzybowskich i animatorów Spotkań Małżeńskich, którzy bezustannie domagają się odkrywania na nowo charyzmatu małżeństwa i dialogu małżeńskiego;

– Redakcję miesięcznika „LIST” z Elżbietą Konderak, która wierzyła, że kiedy dokładnie popytać, wtedy zawsze odkryje się jeszcze coś nowego na duchowej drodze współczesnych małżeństw. Dzięki temu powstała lwia część tekstu książki;

– Redakcje czasopism: „W drodze”, „Tygodnika Powszechnego”, „Dziennika”, „Wysokich Obcasów”, których wywiady stanowią część materiału;

– dominikańskie duszpasterstwa akademickie i absolwenckie oraz koordynatorów Szkoły Wiary, którzy domagali się zrozumiałego przekazu nauki Kościoła dotyczącej małżeństwa;

– Iwonę i Zbyszka Słupów z Centrum Formacji Chrześcijańskiej z Krakowa, którzy zadali pytanie, czym duchowa droga małżeństwa różni się od innych dróg spotkania z Bogiem;

– Duszpasterstwo Rodzin w Warszawie, gdzie spędzamy wiele tygodni w roku na rodzinnych warsztatach w niezwykle gościnnym domu Oli i Marcina Sawickich, od których wszyscy uczymy się wierności i entuzjazmu dla życia rodzinnego;

– zespół Fundacji Sto Pociech przy naszym klasztorze w Warszawie, z którym próbujemy na wszystkie dostępne nam sposoby wzmacniać i wspierać rodziny w rozwoju i pokonywaniu kłopotów;

– moich braci dominikanów, którzy stale przypominają o pierwszeństwie powołania do wspólnoty wobec duszpasterskiej aktywności;

a nade wszystko

– moich Rodziców i Rodzinę, bo przez ofiarowaną miłość uczulają na wartość więzi, których tak bardzo brak, kiedy stajemy się samotni, a kiedy jesteśmy razem, wydają się być niezauważalne.... przyjaźni

Przyjaźnić się i nie utracić wolności

Codziennie spotykamy wielu ludzi, nawiązujemy kontakty, rozmawiamy z nimi, umawiamy się na spotkania... Ale przecież nie od razu nawiązują się między nami więzi. Kiedy i w jaki sposób więzi powstają naprawdę?

Najpierw istnieje coś takiego jak znajomość. Jest mnóstwo ludzi, których po prostu znamy, lubimy, których spotkaliśmy w ramach zaangażowania w jakieś konkretne dzieła. Myślę, że wśród tych znajomych jest pewna część osób, z którymi się spotykamy, ponieważ nas fascynują. Nie tylko w tym, co robią, ale jak to robią, dlaczego to robią i jacy są w tym, co robią. I wśród takiej grupy osób, która nas w jakiś sposób fascynuje, są osoby, z którymi bylibyśmy gotowi nawiązać kontakt zwany więzią.

Na czym polega taka więź?

Nazwałbym ją przynależeniem. Pierwszy moment tworzenia więzi pojawia się wtedy, kiedy dostrzegam w tym kimś cały jego koloryt i takie cechy i wartości, które powodują, że chciałbym z tym kimś być we wszystkim, na zawsze i dla niego samego. A drugi moment tworzenia się więzi polega na tym, że nie tylko chciałbym być z tym kimś, ale po prostu z nim jestem. To jest przyjemne, że ten ktoś jest gotów odpowiedzieć na mój telefon, na moją prośbę o spotkanie, być ze mną wtedy, kiedy jestem w dobrej lub złej formie. Wiem, że w jakiś sposób należymy do siebie. I metafizyki tej więzi nie da się zdefiniować. Widać ją po skutkach. Do kogo jestem gotów zadzwonić o trzeciej w nocy, gdy dzieje mi się coś złego, wiedząc, że robię temu komuś duży kłopot, być może narażam jego życie, zdrowie, dobre samopoczucie, pracę? Dla osoby, z którą buduję więź, mój kłopot jest na tyle ważny, że zawsze jest gotowa mi pomóc.

Poprzeczkę w budowaniu więzi ustawił Ojciec bardzo wysoko. Wydaje się, że mało kto ją osiąga.

Myślę, że warto mówić właśnie o takich więziach. Jest przecież mnóstwo znajomych, których bardzo lubimy, ale dopiero gdy przekroczymy próg świadomości i wiedzy, że tej konkretnej osobie zależy na mnie, że jest gotowa ze swojego zdrowia, życia zapłacić jakąkolwiek cenę, za bycie ze mną, dopiero taką relację nazwałbym więzią.

Tworząc więzi z ludźmi, trzeba się zaangażować, wykonać pewną „pracę”. Wydaje mi się, że w naszych czasach coraz trudniej nawiązuje się więzi. Dlaczego mimo wszystko warto to robić? Co jest ich wartością?

Wydaje mi się, że człowiek jest otwarty na więzi w sposób naturalny. Chcielibyśmy, żeby ktoś był z nami w sposób wyjątkowy. Często umawiając się na randki i spotkania, nie chodzi nam o to, żeby zobaczyć na przykład jakąś wystawę, tylko o to, żeby z tym kimś pobyć na tej wystawie. Taka bliska nam osoba wnosi w nasze życie bardzo wiele. Jest godna zaufania, jest kimś mądrym, na kogo możemy liczyć. I ta mądrość wyraża się zarówno w mówieniu „tak” naszym pragnieniom, jak i w mówieniu „nie” naszym zachciankom, szczególnie kiedy są one w jakikolwiek sposób nieuczciwe. Na przykład kiedy mówię: „Dzisiaj bardzo źle się czuję, chciałbym, żebyś do mnie przyszedł”, i kieruję te słowa do osoby, z którą zbudowałem więź, apeluję o jej pomoc. Jeśli jesteśmy w więzi, to ta osoba jest w stanie zostawić swoją ważną pracę, zawalić pięć umówionych spotkań, stracić mnóstwo pieniędzy, żeby być ze mną. Jeżeli ja bym tego nadużył, to zniszczyłbym tę więź.

Jeśli trwałość więzi międzyludzkich jest związana z naszą wewnętrzną dojrzałością, to co stanowi o tej dojrzałości? Innymi słowy, co zrobić i jak, aby budować więzi na twardym gruncie?

Myślę, że więzi ludzkie mają głęboki i teologiczny sens, polegający na otwarciu nieba i tego, co Pan Bóg naprawdę wnosi w ludzkie życie. Bo przecież to, co Pan Bóg wnosi w nasze życie, to jest przymierze, czyli więź oparta na zaufaniu i na gotowości do daru. Nasze ludzkie więzi, budowane w sposób czysto naturalny, to znaczy budowane na zaufaniu, na oczekiwaniu, na fascynacji drugą osobą, w gruncie rzeczy powstają dzięki temu, że jesteśmy zdolni do daru. Bóg nas takimi stworzył i do tego nas wzywa, abyśmy budowali więzi z Nim i z sobą nawzajem. I dlatego nasze więzi ludzkie dotykają naszej prawdziwej zdolności do miłości i przemiany. Dotykają też naszej grzeszności, odmowy miłości, ucieczki przed nią, niezdolności do niej.

Mówiąc o dojrzałości, chcę powiedzieć, że zdolność do budowania więzi i pragnienie budowania więzi odsyła nas do tego, co wnosi chrześcijaństwo w życie człowieka i co Bóg proponuje człowiekowi, czyli do rzeczywistej więzi i jedności z Bogiem. W związku z tym, pytanie o dojrzałość będzie pytaniem o to, czy człowiek, który buduje więzi, jest w pełni sobą i w pełni osobą, i na ile jest w pełni osobą. Na jakim etapie budowania swojej osoby się znajduje? I można powiedzieć, że człowiek na każdym etapie jest w pełni sobą. A jednak poprzez rozpoczęcie procesu budowania więzi z kimś drugim i przez poddanie się procesowi budowania, który trwa przeciętnie od sześciu do ośmiu lat, dojrzewamy. Poddani jesteśmy kategorii czasowej i nie ma szans, żebyśmy zbudowali więź w szybszym tempie. Samo budowanie jest już więzią, ciągłym napięciem pomiędzy tym, że jest ona niedokończona, a tym, że przecież już coś zbudowaliśmy. Nie jest tak, że więź może tworzyć ktoś już uformowany, sprawdzony, zdolny do niej.

Na każdym etapie życia dorosłego człowieka możliwe jest budowanie więzi. Poczynając od fascynacji, na przykład znalezienia się w grupie dorastającej młodzieży, w której każdy odgrywa swoją rolę i próbuje udowodnić swoją siłę i wrażliwość, poprzez etap wchodzenia w więzi z pytaniem, czy mógłbym z tym człowiekiem przeżyć resztę życia, aż po etap, kiedy człowiek zadaje sobie pytanie, jak chciałby przeżyć resztę swojego życia. Wiek dorosłego człowieka określa się na dwadzieścia pięć lat – abstrahując od dojrzałości duchowej, którą, co prawda, można osiągnąć wcześniej, ale która podlega różnym zmianom i kryzysom. Chciałem podkreślić to, że budowanie prawdziwych więzi pokazuje, na co nas stać. Dzięki temu stajemy się coraz bardziej prawdziwi i coraz bardziej zdolni do bezwarunkowej i bezkompromisowej relacji. Jestem z tobą już nie ze względu na to, co mi dajesz, tylko dlatego, że jesteś. Jestem z tobą, dlatego że przyjmujesz mnie takiego, jakim jestem, a z trudem docieram do prawdy, że nie potrafię budować więzi. W ten sposób więź się oczyszcza.

Jako chrześcijananie, wierzymy, że Bóg pomaga nam w budowaniu relacji z innymi. Czy można budować bez Boga? Czy człowiek coś traci, budując bez Niego?

Wszyscy ludzie zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga i są zdolni do tego, żeby stać się podobnymi do Niego. Jeżeli człowiek osiąga pełnię swojej osoby, to przybliża się do tego, kim może być w Bożych oczach, bez względu na to, czy wie o tym, czy nie. Jest taka myśl, która od starożytności pojawia się w chrześcijaństwie, że ten świat powinien codziennie dziękować Bogu takiemu, w jakiego wierzy, za to, że są na świecie chrześcijanie, dzięki którym Boże działanie jest tak konkretne i tak bliskie. To chrześcijanie czynią Boże działanie tak namacalnie bliskim, wnoszą w świat łaskę przebaczenia, miłosierdzie, życzliwość, pragnienie dobra dla drugiej osoby, są gotowi znosić ciężary, niesprawiedliwość i nie odpowiadają złem za zło. Jeżeli człowiek buduje pogłębioną więź z drugim człowiekiem, wówczas dociera do jego tajemnicy, to znaczy do tego, że ten drugi człowiek pozostanie dla mnie zagadką, ale może odsłaniać się coraz bardziej i bardziej. Jeżeli ktokolwiek buduje tego typu więź, uczestniczy w jedynej więzi, jaką jest więź z Bogiem.

Ale czy nie będąc chrześcijaninem, coś się traci, budując więzi, czy raczej nic?

Ponieważ budowanie więzi jest procesem nieskończonym, który nigdy nie zostanie dopełniony, napotyka na bariery, kryzysy wzrostu, czyli, innymi słowy, kiedy pewien sposób budowania wyczerpuje się, to pojawia się pytanie o wiarę albo o przeciwieństwo wiary, czyli rozpacz. Jeśli nie da się zbudować na tym świecie nic skończonego, wkładając w budowanie więzi maksymalnie dużo czasu, siły, uwagi, wrażliwości i wszystkich zalet, które w sobie posiadam, to pojawia się pokusa rozpaczy. Wiara chrześcijańska daje odpowiedź na tę pokusę, a ktoś, kto nie zna Chrystusa, może sobie odpowiedzieć, że nie warto budować więzi i pojawia się rezygnacja. Drastycznymi przykładami z okropnymi konsekwencjami są małżeństwa zawierane na jakiś czas, to znaczy w przeświadczeniu, że jak nam się nie będzie udawało, to się rozejdziemy. Z takiego małżeństwa wychodzi się poranionym, a dzieci, które pozostają, jeszcze bardziej cierpią, bo oczekiwały nieskończonej miłości swoich rodziców, a ona okazała się skończona.

Mówi Ojciec o tym, że w więziach chce się być razem, na całe życie, a przecież są różne więzi: małżeńskie, zakonne, przyjacielskie. Mają cechy wspólne, ale i różnicujące. Co jest wspólne dla tych więzi, a co je różni?

Moje doświadczenie jest bardzo specyficzne. W mojej wspólnocie zakonnej mam bardzo wiele więzi nie tylko takich strukturalnie bliskich, ale osobiście bliskich, które są bardzo trudne i wymagające, a zarazem prawdziwe. I kiedy spotkałem się z doświadczeniami budowania więzi w małżeństwach na rekolekcjach Spotkań Małżeńskich, ze zdziwieniem odkryłem, jak wiele jest podobieństw i mało różnic pomiędzy więziami we wspólnocie a więziami małżonków. To znaczy, że mogę zrozumieć doświadczenie małżeństw budujących więź, a małżonkowie mogą zrozumieć doświadczenie osób
ze wspólnot zakonnych.

Są jeszcze więzi przyjacielskie i one mają mnóstwo cech podobnych do więzi budowanych we wspólnotach przynależności, ale mają też pewne mankamenty. Podobnie może być, na przykład,
z zaufaniem, liczeniem na siebie, fascynacją, ale to nie musi być przynależenie do końca życia. Dając prawo mojej wspólnocie do wszystkich tajemnic mojego życia, nie powinienem dzielić się tajemnicami mojego życia z kimś spoza mojej wspólnoty, nie dzieląc się nimi z moją wspólnotą. Takie zachowanie wyrzucałoby mnie z mojej wspólnoty. Tak samo w małżeństwie. Gdyby któreś z małżonków dzieliło jakąś swoją trudność osobistą z przyjacielem, a nie z mężem lub żoną, to rozbijałoby ich małżeństwo. Byłaby to pewnego rodzaju zdrada wobec tej wspólnoty, którą są. Czyli więzi przyjaźni muszą być zbudowane na prawdzie mojej osoby, a prawdą mojej osoby jest przynależenie do wspólnoty zakonnej. Natomiast prawdą osoby, która jest w związku małżeńskim, jest jej lub jego bycie żoną albo mężem.

Jeśli dla tak wielu z nas więzi są bardzo istotne w życiu, to dlaczego równocześnie tak często się ich boimy, mamy obawy przed utratą wolności, lękamy się przynależności do kogoś, zranień, odrzucenia... Jakie są przeszkody w budowaniu więzi? Dlaczego więzi nie wytrzymują różnych prób: czasu, oddalenia, różnicy zdań?

Budowanie więzi nie jest rezygnacją z wolności. Gdyby tworzenie więzi odbywało się poprzez rezygnację z mojej wolności, byłaby ona zbudowana na fałszu. Bo człowiek jest stworzony do wolności. Człowiek powinien wejść w relację cały, czyli łącznie z tym, że jest zdolny do wolności. I rzeczywiście – to paradoks, że przynależąc do kogoś, ofiarowuję mu także swoją wolność. Ale budowanie więzi to proces, który polega na wystawianiu na taką próbę. Pozwalamy bliskiej nam osobie oczekiwać od nas poświęcenia naszego czasu, uwagi, siły, wrażliwości, a zarazem sprawdzamy, czy ta osoba tego nie nadużywa. Sprawdzamy, czy ta osoba nie nadużywa naszej wolności, i możemy wprost lub nie wprost zadeklarować, że czujemy się niepewnie co do tego, czy nasze zaangażowanie w więź z tą osobą nie oznacza utraty naszej wolności. Jesteśmy ludźmi grzesznymi i będziemy bezustannie poruszać się po bardzo wąskiej linie, balansując między utratą swojej wolności a nadmiernym pilnowaniem tego, co nasze. I to będzie powolny proces realizacji mojej osoby. Tylko że poprzez to balansowanie, nie pozostaję w miejscu, lecz idę.

Czy ludzie budujący więzi mają jeszcze jakieś inne obawy?

Takie, że nie tylko ja wystawiam kogoś na próbę, ale też pozwalam siebie wystawić na próbę. Kiedy ktoś mi mówi, że jest mu ciężko, to ja muszę wiedzieć, co on mi naprawdę mówi. W dodatku to ja muszę zadecydować, w jaki sposób powinienem odpowiedzieć na prośbę tej osoby. Czy żartem, poklepaniem po ramieniu, czy poświęceniem nocy, dnia itd. To ja muszę zadecydować, jakiego ty mnie potrzebujesz. A zarazem ponoszę ryzyko tego, że moja decyzja, jakiego mnie potrzebujesz, jest błędna. Zgadzam się ponosić ciężar ryzyka, że się pomyliłem, i ty też ponosisz takie samo ryzyko.

Czasem jednak nie jesteśmy w stanie, albo nam się tak wydaje, zaangażować się, utrzymać więzi ze współmałżonkiem, współbratem, przyjacielem... Co Ojciec, mając duże doświadczenie w pracy z małżeństwami, w byciu duszpasterzem i przeorem, radzi w takich sytuacjach? Odbudowywać czy zostawiać w obawie przed większymi zranieniami? Jakie są drogi powrotu do siebie nawzajem?

Istnieją kryzysy w więzi, które są normalnym procesem ludzkiego wzrastania. Są one związane z naszymi wewnętrznymi przemianami, z dorastaniem, dojrzewaniem, przechodzeniem na kolejne etapy funkcjonowania, na przykład przechodzenie z etapu małżeństwa bez dzieci na etap małżeństwa z dziećmi. Małżeństwo bez dzieci ma mnóstwo czasu dla siebie, na zaangażowanie we wspólnoty czy w pracę zawodową. Kiedy pojawiają się dzieci, istnieje na przykład potrzeba porzucenia miejsca dotychczasowej pracy na kilka lat, co oznacza poświęcenie siebie na rzecz wychowywania dzieci. Ta konieczność zmiany funkcjonowania w codzienności oznacza wejście w kryzys. Polega on na tym, że dotychczasowy sposób naszego funkcjonowania okazuje się niewystarczający. Również nasza zdolność do adaptacji, do zmiany okazała się niewystarczająca. Kiedy wypracowaliśmy jakieś schematy naszej koegzystencji i nagle zaistniała konieczność zmiany, człowiek najczęściej robi to zbyt wolno w stosunku do potrzeb i wtedy pojawia się kryzys. Takie kryzysy w życiu człowieka przychodzą co kilka lat, chociaż w życiu osób starszych te trudne okresy się wydłużają nawet do lat kilkunastu. Kryzysy w oczywisty sposób mają duży wpływ na więzi. Muszę znaleźć nowy sposób odpowiadania na moją obietnicę przynależenia do bliskiej mi osoby. Chrześcijaństwo podsuwa konkretną podpowiedź. Wierność. To znaczy, jeśli nie wiem, jak mam odpowiedzieć na zmiany, to powinienem chociaż pozostawać wierny.

Istnieje humanistyczny pogląd, że jeżeli pozostawanie w więzi jest dla bliskiej mi osoby bardzo trudne i znacznie zubaża możliwości realizacji jej osoby, to lepiej, żeby zbudowała nowy związek. Znam jednak ludzi, którzy tego próbują, i mogę powiedzieć, że nie jest to dobra metoda.

A jeśli wierność wydaje się za trudna? Jeśli zdrada już się dokonała? Jak powracać?

To jest trudna próba. I uwzględniając to, że każda zdrada śmiertelnie rani osobę, której obiecaliśmy wierność, ale także śmiertelnie rani mnie, ponieważ odszedłem od siebie samego, przestałem być tym kimś, kim chciałem być. Koszt zdrady jest bardzo wysoki. Zdrada kwestionuje wszystkie dotychczasowe wartości, które osiągnąłem w życiu, w zasadzie wszystko traci sens. Ale chrześcijaństwo daje odpowiedź, że czas po zdradzie otwiera nowy etap mojego życia. Jeżeli uda się powrócić, wiedząc, skąd powróciłem i jak bardzo dużą krzywdę poprzez moją zdradę wyrządziłem komuś i sobie, to taki powrót jest ogromną szansą wejścia na zupełnie nowy etap budowania więzi, bardziej bezwarunkowej i prawdziwszej. To znaczy widzę ogromną szansę dla kogoś, kto pomimo zdrady próbuje powrócić do więzi. To jest dar, chwila nawrócenia, spotkania Boga i spotkania nowego samego siebie, bardziej prawdziwego. Ta chwila nawrócenia czasem odbywa się za cenę straszliwej krzywdy, którą wyrządzamy drugiej osobie. Ale w związku krzywda może być wybaczona i może stać się podłożem, na którym zostanie zbudowany zupełnie nowy poziom więzi i porozumienia. W takiej chwili docieram do prawdy o sobie: że jestem tak słaby i tak mały w więzi, którą buduję, a zarazem zdolny do niej.

Jak tworzy się więzi w praktyce?

Budowanie więzi polega chociażby na tym, żeby się nie spóźniać, kiedy się umawiam, i żeby być gotowym na spotkanie z bliską mi osobą codziennie. Tylko tyle. Realizując te dwa punkty, rozpoczynam proces wychodzenia z niedbałości i tego, co burzy zaufanie. A w byciu „na czas” jest ukryta duża część tego, co nazywamy ludzką kondycją. Gotowość spotykania się z bliską mi osobą codziennie oznacza, że więzi nie da się budować okazjonalnie, na zasadzie widzenia się raz na jakiś czas. Konieczne jest wejście na pewną drogę życiową, niezależnie od tego, czy mam wolny czas, czy jestem w dobrej, czy w słabej formie, czy jestem w stosunku do ciebie jakoś szczególnie przyjaźnie nastawiony, czy nie, ale chcę być z tobą.

Jak Ojciec sądzi, jakie będą ten nowy wiek i nowe tysiąclecie pod względem więzi międzyludzkich?

Myślę, że niestety istnieje duże zagrożenie spłycenia więzi ludzkich. Dlatego konieczne jest istnienie takich środowisk, które będą świadomie dążyły do budowania spotkania z całą osobą, do budowania trwałych małżeństw i wspólnot. Takie propozycje daje nam właśnie chrześcijaństwo. Więzi są niezbędne do przetrwania ludzkości otwartej na Boga, dlatego że obecne środki komunikacji, łączności pozwalają żyć w pewnym fałszu anonimowości. Dobrym przykładem mogą być internetowe listy dyskusyjne, kluby i strony fanów, które dają poczucie przynależności do grupy, przyjaźni, a przecież są zbudowane jednopoziomowo, na płaszczyźnie zaangażowania w jakieś hobby, bez spotkania z całą osobą, z jej słabościami, lękami, troskami. Pomijane jest wielopoziomowe zaangażowanie w więzi z ludźmi, z Bogiem i z sobą, związane z oddaniem swojego czasu, części życia dla spraw tak zwanego dobra wspólnego, które nie odbywają się na zasadzie hobby, tylko służby wobec innych. Chrześcijaństwo ma tutaj do przekazania niezwykle ważną wartość.

Jak walczyć o więzi we współczesnym świecie?

Ewangelicznie, to znaczy trzeba budować przez przenoszenie tajemnicy i prawdy z ust do ust. Poprzez tworzenie środowisk, grup, wspólnot, rodzin, małżeństw, bo w nich jest niesamowita siła świadectwa. Fascynujące, a przecież i do nas skierowane są słowa ludzi, którzy patrząc na chrześcijan, stwierdzają: „patrzcie, jak oni się miłują”. To jest odkrycie, że dotąd byli ślepi na tę część rzeczywistości, jaką jest miłość realizowana poprzez bycie w więzi.

Rozmawiała Elżbieta Konderak... sakramencie małżeństwa

Umierać dla miłości

Ojcze, im dłużej jestem w małżeństwie, tym bardziej zdumiewa mnie tajemnica sakramentu małżeńskiego. Mam wrażenie, że nie dorastam do tego, czego Bóg w tym sakramencie dokonuje. I zadaję sobie pytanie, czy ślubujący przed ołtarzem dwudziestokilkulatkowie (bo przecież to oni w przeważającej części zawierają małżeństwa) wiedzą, w czym uczestniczą?

Rzadko spotykam narzeczonych, którzy zastanawiają się nad tym od strony teorii. Zdarzają się jednak tacy, którzy wielką wagę przywiązują do tego, że małżeństwo to sakrament. Często jest to gorliwość neofity, który jest przekonany, że jemu wszystko w życiu się uda. Warto to wspierać, bo dobrze, kiedy człowiek ma dalekosiężne plany, ale też wiem, że ta zbyt idealistyczna wizja małżeństwa musi zostać sprawdzona w rzeczywistości. Myślę jednak, że to jest typowe, iż każdy człowiek zawierający małżeństwo jest ułomny w swoim rozumieniu i zdolności do przyjmowania łaski tego sakramentu. Bo któż nie jest ułomny w Bożych sprawach? Czy ja, przyjmując sakrament kapłaństwa, wiedziałem naprawdę, co on oznacza? Próbowałem to rozumieć i chciałem przyjąć, ale nie znałem rozmiarów mojej słabości. Nie znałem też piękna każdej chwili wierności Bogu działającemu w tym sakramencie. Nie zdawałem sobie sprawy, podobnie jak ludzie wstępujący na drogę małżeństwa, że będzie to w konkretnych chwilach życia naprawdę trudne.

Czy Kościół stawia jakieś ograniczenia osobom zawierającym małżeństwo?

Dla zawarcia małżeństwa Kościół stawia warunek elementarnego rozeznania w sprawie. Prawo kanoniczne określa, że dla zawarcia małżeństwa konieczne jest – to niestety może zabrzmieć jak żart – aby człowiek był w stanie odróżnić, iż oprócz niego w małżeństwie jest jeszcze druga osoba, żeby był zdolny próbować zrealizować zadanie prokreacji i żeby wiedział, że małżeństwo jest czymś „na zawsze”. Wynika z tego, że – w założeniach – Kościół nie próbuje ograniczać dostępu do sakramentu małżeństwa, nawet gdy spodziewa się trudności w jego realizacji. Jeżeli istnieje jakakolwiek szansa na zaistnienie związku osób, to duszpasterze mają otwierać drogę do zawarcia małżeństwa. Dotyczy to także osób upośledzonych, a także osób, które zawierają małżeństwo pod presją okoliczności, jeśli zdają sobie sprawę z ograniczeń wolności, ale decydują się na wspólne życie. Gdy już małżeństwo zaistnieje, Kościół ochrania ten węzeł – sakrament i niełatwo godzi się na podanie go w wątpliwość.

Osobiście spotkałem bardzo wiele małżeństw, które twierdziły, że ich związek już nie istnieje, a po kilku próbach dotarcia do istoty problemu okazywało się, że takie radykalne stwierdzenie było wołaniem o miłość ukochanego, ale wyrażonym w sposób paradoksalny. Chcę powiedzieć, że sakrament małżeństwa jest darem Boga, który wewnętrznie buduje związek i daje małżonkom siłę odtwarzania wspólnoty właściwie w każdej sytuacji.

Prawda o mocy sakramentu oznacza także to, że nawet jeśli małżonkowie nie potrafią ze sobą być i decydują się na separację, czyli oddzielne mieszkanie, to ich małżeństwo trwa nadal. Wciąż są mężem i żoną, i jako tacy staną przed Bogiem. Kościół akcentuje tutaj przede wszystkim duchowy wymiar związku i w tym widzi największą wartość małżeństwa.

Młodzi małżonkowie stoją u progu tajemnicy nowego sakramentu. Co ona ze sobą niesie?

Jak wszystkie Boże tajemnice, zaprasza do odkrycia bezmiaru miłości udzielonej człowiekowi. Jednocześnie tajemnica chroni Boży dar przed zbyt płytkim jego przyjęciem. Dlatego niekiedy wydaje się, że łaska sakramentalna zanikła, ale – jak zawsze w duchowym życiu – dzieje się tak po to, byśmy przyjęli głębiej i bardziej bezwarunkowo bezmiar miłości Boga udzielanej przez miłość małżonków. Na ziemi nigdy się nie dowiemy w pełni, jaka w tym jest głębia daru. My odkrywamy tylko cień tych rzeczy, cień prawdy o łączącym małżonków związku. Dotyczy to także innych miejsc przybliżania się do Boga: naszego chrześcijaństwa, chrztu, komunii świętej. Na ziemi widzimy jedynie cień tajemnicy zaślubin Boga i ludzi. Dopiero w niebie człowiek będzie w stanie zobaczyć, w jak wielkiej sprawie na ziemi uczestniczył. Dobrze jest, jeśli po dziesięciu latach małżonkowie mówią: „Teraz już wiemy lepiej, co to znaczy być małżeństwem”. Po trzydziestu pięciu latach takie małżeństwo powie zapewne: „Tak, teraz już nauczyliśmy się żyć ze sobą”. A w pięćdziesiątą rocznicę ślubu powie: „Tak, rzeczywiście widzimy, że nasze małżeństwo mogło być lepsze”. Jeżeli małżonkowie potrafią z pokorą zobaczyć, że ich więź jest niedoskonała, to mogą powiedzieć, że już zaczęli dotykać tajemnicy swych zaślubin, która tylko w Bogu jest do pojęcia.

Czyli ślubujemy nieświadomi wielu spraw, które niesie ze sobą małżeństwo?

Ślubowanie dotyczy rzeczy, które nas przerastają, ale których chcemy dokonać. Nie mówimy: „Zrealizuję miłość, wierność i uczciwość...”, bo to oznaczałoby, że albo nie wiemy, jakie to trudne, albo że wprowadzamy drugiego w błąd. Mówimy: „Ja tobie ślubuję miłość, wierność i uczciwość...”. Ślubujemy podobnie jak żołnierz idący na wojnę ślubuje wierność swojemu dowódcy – ślubuje, bo będzie narażony na pokusy odmowy wykonania rozkazu, zdrady, układania rzeczy na własną rękę, ucieczki przed śmiercią, przed zagrożeniem. Zawierając małżeństwo, ślubuje się posłuszeństwo w miłości i wierność, a to znaczy, że dziewczyna i chłopak decydują się na coś, co narażone będzie na pokusę ucieczki, co ich przerasta, ale czego bardzo chcą. Ślubowanie małżonków jest jak wyjście na wojnę o wierność, miłość i uczciwość. Wiem, że mogę nie sprostać zadaniu, ale mam świadomość, że ty wiesz, iż mogę nie sprostać. A jednak twoja miłość pozwala ci przyjąć moje ślubowanie. Ufamy, że ta wspólna droga, nawet bolesna, doprowadzi nas razem do Boga. Wierzymy, że nawet jeśli nam się nie udaje, to ostatecznie sam Bóg wypełni nasze ślubowanie.

Coś, co mnie przerasta w sakramencie małżeńskim, to kwestia jedności. Przeczytam, Ojcze, słowa Jana Pawła II: „Miłość małżeńska zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza. Wymaga ona nierozerwalności i wierności w całkowitym wzajemnym obdarowaniu i otwiera się ku płodności” (Familiaris consortio, 13). Trudna mowa... Jak przełożyć te słowa na szarą codzienność?

Są różne etapy budowania jedności. Zwykle zaczyna się od detali: wspólnego posiłku, wyjścia do znajomych, wspólnych zakupów. Decyzja, że chcę razem z tobą robić rzecz, którą potrafię zrobić sam, jest już budowaniem jedności. Ważna jest również kwestia własności. Jeśli buduje się jedność, to wszystkie przedmioty, które mamy, nie są ani moje, ani twoje, nie są ani od moich znajomych, ani od twoich, nie są ani od moich rodziców, ani od twoich, tylko są nasze wspólne już teraz i zawsze. Konflikt, który mamy z rodzicami, nie jest mój, tylko nasz. Problemy, które mamy z dzieckiem, nie są takie, że ty się denerwujesz, a ja jestem zły, bo ty się denerwujesz, tylko wspólnie mamy problem z dzieckiem. Ale przejście od „moje – twoje” do „nasze” to jest długi duchowy proces i bardzo trudna szkoła. Ważnym elementem budowania jedności są wspólne pieniądze, czyli, że nie ma moich pieniędzy i twoich, tylko są wspólne. Mimo że pieniądze szczęścia nie dają, są przecież potrzebne i warto pamiętać, że zarówno ich brak, jak i nadmiar może szczęście rozbić. Każdy element życia może być okazją do budowania wspólnoty.

Następnie mamy do czynienia z tym, co w budowaniu więzi jest decyzją przekroczenia swojej osobności. Nie zadowolę się chwilą przytulenia, która sprawia, że jest mi tak dobrze z tobą, tylko spróbuję wypowiedzieć to, czym chciałbym się z tobą dzielić. Jak daleko? Pewnie zaczyna się to od dzielenia się lękami, fobiami na temat mojego wyglądu, przeżyć, samopoczucia, kompleksów, które noszę na temat własnego ciała, śmiesznostek, które się z tym kojarzą, do pragnień i niepokojów związanych z moim życiem duchowym, które są trudne do opisania, bo widzę swoją słabość. Jeżeli jednak to wszystko potrafię opowiedzieć drugiemu, to problem przestaje być czymś, co dzieli, a staje się tym, co łączy. To także jest budowanie jedności.

Ojciec głosi tezę, że wszyscy bez wyjątku jesteśmy powołani do małżeństwa...

Bo wszyscy jesteśmy stworzeni jako mężczyzna albo kobieta. To jest fakt, którego nie podważają nawet najbardziej walczące feministki czy wojowniczy homoseksualiści. Są dziś próby rozmycia tego faktu poprzez akcentowanie, że rodzaj relacji międzyludzkiej można kształtować zarówno jako homoseksualną, jak i heteroseksualną, i tak samo w pełni ją zrealizować.

Nasza wiara mówi jednak, że przymierze mężczyzny i kobiety w sakramencie małżeństwa jest obrazem przymierza Boga z człowiekiem. Zaistnienie sakramentalnego małżeństwa jest więc dokończeniem Bożego zamiaru o stworzeniu człowieka: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Uczynię dla niego tę nieocenioną pomoc, która będzie na miarę jego pragnienia i godności. Stworzę dla niego tę drugą część człowieczeństwa, którą jest właśnie ta wzajemna odpowiedniość kobiety i mężczyzny.

Bóg chce, żeby człowiek szedł do Niego we wspólnocie. We wspólnocie Kościoła istnieje widzialny znak łaski – sakrament małżeństwa, który jest najświętszym wymiarem wspólnoty kobiety i mężczyzny. To w małżeństwie Bóg realizuje swoją obietnicę, że położy kres ludzkiej podejrzliwości i samotności. Celebrowanie tajemnicy zaślubin małżonków, czyli uczestniczenia już w Bożych obietnicach, dokonuje się na co dzień, ale najbardziej w Eucharystii. Komunia eucharystyczna to jak wzajemny pocałunek człowieka z Bogiem i wszystkich ludzi pomiędzy sobą. Dzieło Zbawienia, które przynosi Chrystus małżonkom, owocuje najbardziej intensywnie właśnie w Eucharystii. Dzięki Eucharystii, małżeństwo – nawet jeżeli ma trudności we wzajemnej więzi – jest miejscem świętym, jest miejscem wspólnoty i zjednoczenia człowieka z Bogiem, czy jest tego świadome, czy nie.

Wydaje się, że każdy nosi w sobie pragnienie głębokiej więzi z drugim człowiekiem. Nasza wiara podsuwa nam jako drogę sakrament małżeństwa, w którym może się to zrealizować.

A samotni? Jak oni realizują to pragnienie?

My, celibatariusze i osoby żyjące pojedynczo, jesteśmy w tym wymiarze człowieczeństwa upośledzeni. Wbrew judaistycznej tradycji, chrześcijaństwo głosi tezę, że można nie zawierać małżeństwa. U Żydów było oczywiste: każdy musi zawrzeć małżeństwo, bo to jest droga każdego człowieka wyznaczona przez Boga. Judaizm nie przewiduje stanu niemałżeńskiego. Ale w Kościele celibat istnieje od samego początku.

Celibatariusze nie realizują w swoim życiu tej głębokiej potrzeby, jaką jest zjednoczenie mężczyzny i kobiety w miłości. Jednak w Ewangelii Pan Jezus mówi, że niektórzy będą bezżenni (eunochoi, czyli eunuchowie) dla Królestwa Bożego. To jest dziwne porównanie. W cywilizacji śródziemnomorskiej eunuchowie dbali o dom małżonków, byli służącymi. Eunuch dbał o żonę pana, żeby była „piękna i przyozdobiona dla swojego męża”, żeby go zachwycała. To eunuch przyprowadzał małżonkę do męża, gdy miało nastąpić ich miłosne zjednoczenie. Jeżeli przeniesiemy ten nieco dziwny obraz na grunt Kościoła, to znaczy, że we wspólnocie Kościoła małżeństwo najpierw tworzy Chrystus i człowiek. Człowiek jest „małżonką” Chrystusa tak, jak Kościół jest „małżonką” Chrystusa. Więc my, celibatariusze, mamy być tymi, którzy przyprowadzą Kościół, Małżonkę i Oblubienicę, do Chrystusa – Oblubieńca.

My także służymy małżeństwom i ich miłosnemu zjednoczeniu, którym jest wejście w misterium Chrystusa i Kościoła. Tylko z perspektywy wiary nasze życie, przecież jakoś upośledzone, ma sens. Poprzez włączenie naszego życia w życie małżonki Chrystusa, którą jest Kościół, także my jesteśmy poślubieni Chrystusowi i służymy Kościołowi. To w końcu my sprawiamy, że w Kościele jest celebrowana Eucharystia, a to buduje i tworzy Kościół, czyli również sakramenty Kościoła, a w tym małżeństwo. My, celibatariusze, posługujemy małżonkom, choćby przez posługę kapłańską. Ale małżonkom pomaga także wiele zupełnie innych osób, na przykład osoba adoptująca dzieci upośledzone, których nie potrafili przyjąć ich rodzice, celebruje w pewnej mierze ich małżeństwo.

Żadna osoba, nawet jeśli żyje sama, nie jest powołana do życia w samotności, ale do życia, które jest oddawane wspólnocie. Posługa wszystkich osób w Kościele, nawet kontemplacyjnych pustelników, jest w praktyce służbą wobec małżeństw, najmniejszych cząstek Kościoła.

Każdy jest powołany do małżeństwa, a w tak wielu katolickich rodzinach młodzi mają problemy z odnalezieniem tego powołania...

Z rozmów na ten temat, a pamiętam ich naprawdę wiele, wyniosłem przekonanie, że także ci, którzy nie potrafią zawrzeć małżeństwa, noszą w sobie takie pragnienie. Tylko nieliczni mówią: „Nie, to w ogóle nie dla mnie”. Są ludzie, którzy mają mnóstwo kłopotów z samymi sobą, nie wierzą, że mogą sobie poradzić, nie potrafią nawiązać relacji z drugim. Ale przecież i takie osoby noszą w sobie pragnienie założenia rodziny. Tyle że nie wiedzą, jak to zrobić. Może to jest problem epoki: ogromnych, ale niespełnionych oczekiwań.

Dzisiaj, w nieporównanie większym stopniu niż kiedyś, przywiązuje się wagę do jakości ludzkich więzi. Ceniona jest intensywność relacji z drugim. To jest ogromna szansa, a zarazem słabość pokolenia. Sytuacja w małżeństwie sprzed stu lat, kiedy relacja pomiędzy mężem i żoną mogła być bardzo niesymetryczna, na przykład żona w pokorze rezygnowała ze swoich ambicji na rzecz ambicji męża albo tylko poświęcała się wychowaniu dzieci, jest dzisiaj dla wielu osób niesatysfakcjonująca. Nie wystarczają też płytkie więzi zbudowane na przykład na trosce o status społeczny męża.

Pozostaje jednak kwestia, czy dziś umiemy budować głębsze relacje niż kiedyś. Współczesne, znacznie większe niż w przeszłości oczekiwanie wysokiej jakości więzi, nie jest realizowane częściej niż to było dawniej. Nierzadko w małżeństwie zatrzymujemy się na egocentrycznym oczekiwaniu tego, że ten drugi mnie uszczęśliwi, a przynajmniej da znacznie więcej niż dotąd. A przecież nawet Bóg, który potrafi dać człowiekowi szczęście, nie robi tego wbrew niemu samemu. Bo szczęście można osiągnąć tylko przez dar z siebie, a nie przez branie.

Jeżeli jednak wielkie oczekiwanie prawdziwej i głębokiej więzi nie jest realizowane, pociągnie za sobą jeszcze więcej niezadowolenia i frustracji. Za tęsknotą do głębszej relacji nie musi iść, niestety, psychiczna siła i duchowa dojrzałość. Łatwo też sięga się po coś, co – jak narkotyk – znieczuli ból płytko i źle budowanej więzi. Zdaje się, że brak oparcia we własnej rodzinie, spowodowany choćby mobilnością współczesnych ludzi, a także wszechobecność rozbitych małżeństw, owocuje przeświadczeniem albo lękiem, że małżeństwo się nie uda. A takie myślenie działa jak samospełniająca się przepowiednia.

Na co dzień Ojciec zajmuje się towarzyszeniem małżeństwom. Jaki jest ich obraz?

Znam bliżej pewnie parę setek małżeństw. Wiele jest takich, którym udało się zbudować więź. One są szczęśliwe. Znam też takie małżeństwa, które mówią, że nie mają problemów. Kiedy to słyszę, stawiam sobie pytanie o głębię ich spotkania. Niektóre znajome małżeństwa mówią: „My problemy mamy już za sobą”. Wtedy sobie myślę: czy czasami nie oznacza to, że pewne rzeczy udało się rozwiązać, zbudować, ale pewnych już nie. Małżonkowie osiągnęli pewien poziom spokoju, ale może za cenę rezygnacji z jakiejś części daru, którym mogliby jeszcze być dla siebie.

Niestety, znam znacznie więcej małżeństw, którym w danym momencie nie udaje się budowanie zadowalających więzi. Często spotykam takie osoby, które szukają pomocy dla siebie, walczą o swoje małżeństwo. Szukają wsparcia, bo widzą jego wartość w perspektywie wiary. Myślę, że jest to tylko drobny ułamek takich małżeństw, które z cierpliwością znoszą nieudany związek. Ci, którzy zrezygnowali, rzadko trafiają do księdza. Ocenia się, że w Warszawie są takie parafie, gdzie połowa małżeństw istniejących obecnie to już małżeństwa w drugim związku, ludzi po rozwodach. Są to niestety te „młodsze” parafie. Poza stolicą statystyki są „bardziej łaskawe”.

I pojawia się pytanie: jeżeli tak jest, że nawet połowie małżeństw nie udaje się trwać wspólnie, to oznacza, że małżeństwa nie da się budować? Wydaje mi się, że małżeństwo będzie do końca życia wojowaniem. Bo człowiek na ziemi nie zazna nigdy takiego stanu, kiedy by już spełnione zostały wszystkie jego pragnienia i oczekiwania.

Niedawno zobaczyłem taką nalepkę na samochodzie: „Nie żeń się, leasing to jest to, o co chodzi”. I pomyślałem, że to hasło pokazuje problemy naszej cywilizacji: zamiast małżeństwa „leasing”, czyli – przekładając na relację kobiety i mężczyzny – „nie oddajemy się sobie całkowicie, tylko po kawałeczku, z możliwością zwrotu”. Czy nie jest to wynik lęku przed trudami małżeństwa?

Jeżeli coś jest trudne, to może dlatego, że jest wiele warte? Czy właściwą reakcją na trudność jest lęk albo ucieczka? Ucieczka jest przegraną człowieka. Jeśli ktoś z lęku, że małżeństwo się nie powiedzie, nie decyduje się na ślub, tylko próbuje żyć w małżeństwie „na próbę”, to znaczy, że już przegrał. Drugiego człowieka nie wolno w taki sposób poddawać próbie: „No, zobaczymy, czy będziesz dobrym mężem albo dobrą żoną”. Nikt takiej próbie nie sprosta. Przecież małżeństwa, które się zmagają albo spierają, dojrzewają do głębokiego związku. Jednak ta walka o porozumienie jest bolesna, wydaje się czasem, że nie do zniesienia. Ktoś, kto „próbuje” małżeństwa, nie przetrwa takiej próby.

Małżeństwo to decyzja wiary. Decyzja zrobienia czegoś niemożliwego, ale upragnionego. W przestrzeni wiary, jeżeli czegoś pragnę i to jest dobre, ale trudne do osiągnięcia, to nie warto z tego rezygnować. Warto włożyć wiele wysiłku w realizowanie swego pragnienia, włącznie z ofiarowaniem życia w taki sposób, w jaki to będzie konieczne. Być może konieczne okaże się poświęcenie całego życia na budowanie czegoś, co – sądząc po ludzku – się nie powiedzie. Bóg jednak patrzy na to inaczej. On widzi nieskończone piękno miłości, która rozwija się w budowanym małżeństwie. Z perspektywy wiary można mówić o sukcesie małżeństwa.

Z ludzkiej perspektywy nie ma żadnej różnicy w budowaniu małżeństwa pomiędzy osobami wierzącymi a niewierzącymi. Ale na płaszczyźnie wiary, nawet jeśli małżeństwo przez czyjś grzech albo załamanie się wobec trudności rozpadnie się, istnieje nadal. Sakramentalne przymierze małżonków z Bogiem raz zawarte trwa nadal. Nawet gdyby każde z małżonków miało umierać w głębokiej samotności, to dzięki sakramentowi małżeństwa, w tajemnicy ich powołania będą umierać jako małżonkowie, nie jako osoby pojedyncze. Na Sądzie Ostatecznym Bóg zapyta kobietę, która jest po rozwodzie: „Czy kochasz swojego męża?”.

Słowa nie z tego świata... Ojcze, małżeństwo czy „leasing”?

Gdyby poszukać odpowiedzi w Ewangelii, jest tam napisane: „Kto nie straci swojego życia, ten go nie zyska”. No więc trzeba oddać życie, żeby je zyskać. Małżeństwo to nie stopniowe wykupywanie jakiejś własności. Małżeństwo to ryzyko oddawania życia za kogoś, kto może nie potrafi tego zobaczyć, to jest jakiś rodzaj umierania. Na dodatek nie daje żadnej gwarancji, że wszystko będzie cudowne i proste. Jednocześnie jednak otwiera drogę do zyskania wszystkiego: zbudowania mojego człowieczeństwa. A nie można go osiągnąć inaczej, jak oddając życie za swoje małżeństwo i na dodatek jeszcze nawracając się prawdziwie, żeby oddać życie naprawdę, nie tylko z lęku przed samotnością.

„Leasing” nie daje takiej szansy. To nie znaczy, że wyklucza życie w radości. Jednak w pewnym wieku zaczynamy widzieć, że radość, zadowolenie, przyjemność, choć zdarzają się w życiu, są tylko epizodami. Tak naprawdę szczęście przychodzi z zupełnie innej strony. Jest darowane ubogim, cichym, płaczącym i czystego serca... Tym, którzy umierają dla miłości.

Rozmawiał Piotr Dylik
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij