-
nowość
Krucha niepodległość. Wydanie nowe uzupełnione - ebook
Krucha niepodległość. Wydanie nowe uzupełnione - ebook
Jaką lekcję powinniśmy dziś wyciągnąć z polityki Piłsudskiego? Taką, że suwerenność i podmiotowość nigdy nie są dane raz na zawsze, że cały czas trzeba o nie walczyć.
Głównym wyzwaniem polityki polskiej w okresie międzywojennym była groźba kolejnego rozbioru. Wielkie mocarstwa, dążąc do strategicznego porozumienia, nie kryły, kto miał ostatecznie ponieść jego koszty. Niejasna była tylko geopolityczna konfiguracja, która przyniesie zagładę Rzeczypospolitej. W latach dwudziestych XX wieku wydawało się, że główną rolę w tym dziele odegrają Niemcy i sowiecka Rosja. Ale na początku następnej dekady coraz bardziej realne stawało się porozumienie Niemiec i mocarstw zachodnich w tej sprawie. Mimo to Polska nie tylko utrzymała niepodległość, lecz także – choć na krótko – uzyskała pozycję podmiotową. Wszystko to za sprawą mistrzowskiej dyplomacji Józefa Piłsudskiego, który potrafił wciągnąć do swojej gry Józefa Stalina i Adolfa Hitlera.
Dziś przed Polską stoją wyzwania przypominające te z lat trzydziestych minionego stulecia, dlatego warto wiedzieć, w jaki sposób nasi poprzednicy próbowali im sprostać.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18995-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rok 1939 był dla Polaków wstrząsem. Nie spodziewali się, że nagle utracą dopiero co odzyskane państwo. Zaufali elitom, które przekonywały, że zbudowały mocarstwo zdolne poradzić sobie z rzekomo słabymi wrogami. Związek Sowiecki miał znajdować się na skraju upadku, a karmieni margaryną Niemcy dysponowali jedynie tekturowymi czołgami. Wydarzyło się jednak coś niemożliwego do pojęcia: Rzeczpospolita w ciągu kilku tygodni przestała istnieć.
Upadek zwiastowało wiele znaków. Konstelacja międzynarodowa zmieniała się na niekorzyść Polski od połowy lat dwudziestych XX wieku. Na początki lat trzydziestych wydawało się, że jej los jest już przypieczętowany. Mocarstwa dążyły do strategicznego porozumienia w imię pokoju i stabilizacji na kontynencie, za które miała zapłacić Rzeczpospolita. Taki scenariusz wydawał się być nieunikniony. Stał się jednak cud – drugi cud nad Wisłą. Polski dyktator, Józef Piłsudski, dostrzegł zagrożenie i wykorzystał sprzyjające okoliczności. Politykę Józefa Stalina, który działał przeciwko porozumieniu francusko-niemieckiemu, i dojście do władzy w Niemczech Adolfa Hitlera. Marszałek, podejmując grę, odniósł sukces, nie tylko obronił suwerenność państwa, ale także na kilka ładnych lat zapewnił mu podmiotową pozycję wobec mocarstw. Polska w połowie lat 30. osiągnęła taki stopień niezależności, jakiego nie miała ani wcześniej ani później w XX wieku.
System międzynarodowy okresu międzywojennego stanowił bezpośrednią konsekwencję I wojny światowej oraz decyzji podjętych na konferencji paryskiej w latach 1919–1920, której zasadniczym rezultatem był podpisany w czerwcu 1919 roku traktat wersalski – akt pokojowy ustanawiający nowy porządek w Europie. Z punktu widzenia geopolitycznej logiki głównym gwarantem ładu wersalskiego powinna była zostać Francja jako zwycięskie mocarstwo kontynentalne. Jej szczególna pozycja miała opierać się na współpracy z pozostałymi państwami alianckimi oraz na sieci powiązań z nowo powstałymi państwami Europy Środkowej, położonymi między Niemcami a Rosją. Kraje te pełniły ważną rolę, tworzyły wschodnią flankę francuskiego systemu bezpieczeństwa, dzięki której Paryż miał nadzieje hamować mocarstwowe apetyty Niemiec. Jednocześnie były buforem odgradzającym Europę od bolszewickiej Rosji i tamą chroniącą ją przed komunistyczną rewolucją. I wreszcie _last but not least_ klinem wbitym między Berlin i Moskwę, zabezpieczającym przed ich ewentualnym aliansem.
Główną słabością nowego porządku były mocarstwa, które miały go gwarantować. Teoretycznie rzecz biorąc powinien on opierać się na zwycięskim triumwiracie: Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Jednak mocarstwa anglosaskie nie wzięły zań pełnej odpowiedzialności. Waszyngton i Londyn nie ratyfikowały umów sojuszniczych z Paryżem, w których zobowiązywały się do przyjścia z pomocą w razie niesprowokowanej agresji Niemiec. Umowy te miały być swoistą rekompensatą za łagodniejsze warunki pokojowe postawione Niemcom. Jakby tego było mało, Stany Zjednoczone nie ratyfikowały traktatu wersalskiego i nie wstąpiły do Ligi Narodów. Świadomie ograniczyły swój wpływ na politykę europejską, mimo że to one stworzyły ideologiczne podwaliny Wersalu zawarte w koncepcjach prezydenta USA Woodrow Wilsona.
Francję przymuszono zatem do pełnienia roli osamotnionego kontynentalnego hegemona. Musiała ona stawić czoło krajom rewizjonistycznym: niemieckiej Rzeszy i bolszewickiej Rosji, mając za jedynych pewnych sojuszników słabiutkie państwa środkowoeuropejskie. Nie mogła przy tym liczyć na wsparcie Wielkiej Brytanii, gdyż ta tradycyjnie przeciwstawiała się układowi kontynentalnemu zdominowanemu przez jedną potęgę. Londyn grał na powrót Berlina do koncertu mocarstw. Najgorsze jednak było to, że roli kontynentalnego Hegemona nie zamierzali i nie byli w stanie odgrywać sami Francuzi.
Polska była największym i najważniejszym dzieckiem Wersalu. We francuskim systemie sojuszniczym przejęła rolę podobną do tej, jaką carska Rosja odgrywała przed rokiem 1914. W oczywisty sposób była to rola na wyrost dla państwa co prawda stosunkowo ludnego, ale słabego społecznie i gospodarczo. Warszawa dzięki umowie sojuszniczej i konwencji wojskowej z 1921 roku była najważniejszym partnerem Paryża w Europie Środkowej i Wschodniej. W gruncie rzeczy, wzięła na siebie zadania ponad swoje siły, bo miała trzymać w militarnym szachu Niemcy i Rosję równocześnie. Pytanie, czy miała jakikolwiek wybór.
Pozostawiona sama sobie Francja szybko dotarła do granic mocarstwowości. Gdy w roku 1923 okazało się, że nie potrafi zmusić Niemiec do ścisłego wypełniania zobowiązań wersalskich (okupacja zagłębia Ruhry), zachęcana przez Wielką Brytanię porzuciła rolę hegemona. Uznała, że zda się na zasadę równowagi sił i w ten sposób zapewni trwanie porządku kontynentalnego. A to oznaczało zgodę na polityczne równouprawnienie Niemiec i ich powrót do gry w koncercie mocarstw.
Najpierw, w roku 1924, alianci wraz z Niemcami uzgodnili plan Dawesa, który zmienił mechanizm spłat reparacji. Otworzył on drogę do rokowań w sprawie tzw. paktu bezpieczeństwa, które zakończyły się podpisaniem w Locarno w 1925 roku pakietu umów. Ich sens polegał na tym, że Berlin zagwarantował nienaruszalność swoich granic zachodnich, ale nie uczynił tego samego wobec wschodnich. Wielka Brytania i Francja dopuściły Niemcy do udziału w europejskim koncercie mocarstw i pozwoliły na stopniową odbudowę ich potęgi. W istotny sposób przekształciły ówczesny porządek europejski, albowiem, przywracając suwerenność Niemiec, zgodziły się na rezygnację z „bezpieczników”, jakie zawarowały sobie w traktacie wersalskim (przede wszystkim z wojskowej kontroli wschodnich przyczółków mostowych na Renie).
Zgoda mocarstw zachodnich, by Niemcy nie musiały zagwarantować granic wschodnich, wyznaczała dalszy kierunek polityki mocarstw. Berlin jasno i otwarcie deklarował, że odzyskanie Pomorza Gdańskiego (tzw. korytarza) i części Górnego Śląska jest priorytetem jego polityki zagranicznej. A zatem porozumienie mocarstw zachodnich z Niemcami, w którym gwarantowali oni jedynie granicę zachodnią oznaczała co najmniej _désintéressement_ w odniesieniu do przyszłości granicy wschodniej. Rewizja musiała się jednak dokonać w sposób pokojowy, czyli także za zgodą państw, które na wschodzie graniczyły z Niemcami. Mocarstwa porozumiały się w typowy dla siebie sposób: kosztem małych i słabych państw środkowoeuropejskich w pierwszej kolejności Polski.
Niemcy w drugiej połowie lat dwudziestych, w okresie gdy ministrem spraw zagranicznych był Gustav Stresemann, byli przekonani, że rewizja granic jest na wyciągnięcie ręki. Zakładali, że Polska znajduje się na krawędzi upadku, wywołanego narastającym kryzysem społeczno-gospodarczym. Wówczas byli gotowi przyjść jej z pomocą, za którą oczekiwali ustępstw terytorialnych. Wierzyli, że Polacy, nie mając innej drogi ratunku, będą musieli przystać na taki układ, a mocarstwa zachodnie zgodzą się nań dla dobra stabilności i pokoju europejskiego. Taki był niemiecki _master plan_.
Możliwość strategicznego porozumienia Berlina z Paryżem, Londynem i Waszyngtonem budziła niepokój jednego mocarstwa – Związku Sowieckiego. Sowieci nie brali udziału w konferencji paryskiej i nie byli stroną traktatu wersalskiego. Znaleźli się więc w izolacji poza ramami nowego porządku międzynarodowego. Gdy w połowie lat dwudziestych stracili nadzieje na szybki wybuch rewolucji światowej, rozpoczęli grę na salonach dyplomatycznych. Ich pierwszym sukcesem było porozumienie z Niemcami zawarte w Rapallo w 1922 roku – układ dwóch pariasów, których łączyła niezgoda na powstały ład międzynarodowy. Berlin i Moskwa stworzyły wspólny front sprzeciwu wobec mocarstw zachodnich, w szczególności wobec ich głównego eksponenta w Europie Środkowej – Polski. Niemcy liczyli wówczas na to, że uda im się dokonać rewizji tanim kosztem, bo cudzymi rękoma. Przygotowywali się na scenariusz podboju Polski przez Sowiety, wierząc, że dzięki niemu na wschodzie powróci _status quo ante bellum_.
Pomimo wysiłków Moskwy Rapallo nigdy nie zmaterializowało się jako sojusz. W Niemczech lat 20. zwyciężyła bowiem linia współpracy z mocarstwami zachodnimi. Relacje z Sowietami miały służyć Berlinowi przede wszystkim jako lewar w relacjach z Londynem i Paryżem. Wśród niemieckich elit zwolennicy osi kontynentalnej Berlin-Moskwa byli w mniejszości; jej największymi entuzjastami byli konserwatywni przedstawiciele Reichswehry z generałem von Seecktem na czele.
Rozmowy na temat paktu bezpieczeństwa doprowadziły do redefinicji relacji niemiecko-sowieckich. Moskwa, zagrożona powtórną izolacją, nie mogła nie zareagować na to, że Berlin wzmacnia zachodni wektor polityki zagranicznej kosztem wschodniego. Najpierw starała się temu przeciwdziałać, próbując storpedować porozumienie Berlina z Londynem i Paryżem. W tym celu w grudniu 1924 roku członek kolegium Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych (LKSZ) Wiktor Kopp zwrócił się do niemieckiego ambasadora w Moskwie Ulricha von Brockdorff-Rantzaua z propozycją porozumienia w „kwestii polskiej”, którą w Berlinie zrozumiano jako inicjatywę rozbioru Rzeczypospolitej. Gdy Stresemann zwlekał z odpowiedzią, przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych (premier ZSRR) Aleksiej Rykow podbił stawkę i zaoferował Niemcom sojusz militarny skierowany przeciwko Francji i Wielkiej Brytanii. Berlin pomimo tych starań nie odrzucił oferty mocarstw zachodnich i w październiku 1925 roku podpisał traktaty lokarneńskie, a w następnym roku stał się członkiem Ligi Narodów. Sowieci musieli zadowolić się podpisanym w kwietniu 1926 roku traktatem berlińskim, który gwarantował im neutralność Niemiec w przypadku konfliktu z Zachodem.
Moskwa po Locarno nie miała dobrego wyboru i była zmuszona podążać w tym samym kierunku co Berlin, czyli normalizować stosunki z zachodnimi sąsiadami, przede wszystkim z Polską, a w miarę możliwości także z Francją i Wielką Brytanią. Kreml niepokoiło, że porozumienie Niemiec z Francją i Wielką Brytanią otworzy możliwość organizacji wielkiej antykomunistycznej krucjaty wschodniej. Stalin i jego współpracownicy obsesyjnie bali się interwencji mocarstw kapitalistycznych, która położyłaby kres władzy bolszewików w Rosji. Dlatego dostrzegli wspólny interes łączący ich z Polakami. W styczniu 1925 roku sowiecki połpred (bolszewicy zrezygnowali z tradycyjnych rang dyplomatycznych i szefów placówek zwali połpredami, co było skrótem od pełnomocny przedstawiciel – _полномочный представитель_) Piotr Wojkow w rozmowie z polskim ministrem spraw zagranicznych Aleksandrem Skrzyńskim przedstawił ofertę zawarcia paktu o nieagresji. Skrzyński nie był nią zainteresowany, bo ufał w dobrą wolę sojuszniczego Paryża i Londynu, licząc, że w trakcie przyszłej konferencji poświęconej sprawie bezpieczeństwa europejskiego obroni fundamentalne interesy swojego kraju. Niestety, z Locarno wrócił na tarczy i jakby tego było mało, w ciągu kilku miesięcy poniósł kolejną porażkę, gdy spełzły na niczym jego próby storpedowania nowego traktatu pomiędzy ZSRR a Niemcami.
Kilka miesięcy później, w wyniku przewrotu wojskowego, władzę w Polsce objął Józef Piłsudski. Jedną z jego pierwszych decyzji była próba odwrócenia skutków kolejnych klęsk dyplomatycznych i zmiana niekorzystnej konstelacji, w jakiej Polska znalazła się po Locarno. Zamiast oczekiwać na dobrą wolę mocarstw zachodnich, próbował ułożyć stosunki z dwoma wrogimi sąsiadami. Przede wszystkim dążył do porozumienia z Niemcami, a potem do unormowania, aczkolwiek nie na drodze traktatowej, stosunków z Sowietami. Jego kalkulacje okazały się płonne. Stresemann nie miał najmniejszego zamiaru układać się z Polską, bo w ten sposób wzmocniłby kraj, na którego rychły upadek liczył. Marszałkowi nieco lepiej powiodło się na wschodzie, gdyż znormalizował stosunki z Moskwą. Sowieci odczuwali jednak silny niedosyt, ponieważ zależało im na zawarciu formalnego paktu gwarancyjnego lub paktu o nieagresji.
Na początku lat trzydziestych sytuacja w Europie Środkowej i Wschodniej poważnie się skomplikowała. Niemcy stali się pełnoprawnymi członkami koncertu mocarstw. Wzmacniali swoją pozycję międzynarodową i jednocześnie coraz asertywniej stawiali postulat rewizji granicy polsko-niemieckiej. Proponowali mocarstwom zachodnim następujący układ: ostateczny pokój i stabilizację w Europie kosztem części terytoriów Polski. Chodziło o powołanie do życia triumwiratu: Paryż – Londyn – Berlin. A to wszystko przede wszystkim na koszt Warszawy i innych krajów środkowoeuropejskich.
Nad Polską zawisła realna groźba rozbioru. Tym razem jednak odbyłby się on również za sprawą mocarstw zachodnich, które Warszawa traktowała jako głównych aliantów. Było wielce prawdopodobne, że ziści się najczarniejszy scenariusz. Polska zostałaby okrojona z dwóch kluczowych dla jej bytu regionów: Pomorza Gdańskiego i części Górnego Śląska, tracąc dostęp do morza, a także kluczowy okręg przemysłowy. Z tej operacji wyszłaby na zawsze osłabiona. Nie miałaby żadnego manewru na arenie międzynarodowej: czekałaby ją pełna satelityzacja wobec Niemiec, albo kolejny rozbiór.
Polskie elity polityczne nie zdawały sobie sprawy z grozy sytuacji i mimo wyraźnych sygnałów nie dopuszczały do myśli nielojalności mocarstw zachodnich. Były przyzwyczajone do bezrefleksyjnego płynięcia w głównym nurcie polityki wyznaczonej przez Francję i Wielką Brytanię. Nie były w stanie wyobrazić sobie, że dwa najważniejsze mocarstwa, powołane do podtrzymywania porządku wersalskiego, mogą pewnego dnia same wystąpić przeciwko niemu.
Piłsudski nie myślał tak jak elity. Wcześnie dostrzegł zagrożenia związane z możliwością porozumienia Francji i Wielkiej Brytanii z Niemcami. Dlatego bardzo ostro wyrażał się o traktatach lokarneńskich. Z tego samego względu po zdobyciu władzy dyktatorskiej nadał priorytet stosunkom z Niemcami i sowiecką Rosją. Jednak na początku jego wysiłki dyplomatyczne nie przyniosły żadnych skutków. Dopiero zmiana uwarunkowań na arenie międzynarodowej pozwoliła mu na skuteczną grę o obronę i utrwalenie suwerenności Polski. Paradoksalnie w tej grze wykorzystał dwóch arcywrogów Polski: Józefa Stalina i Adolfa Hitlera.
Stalin na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych postanowił przeprowadzić w ZSRR odgórną rewolucję, będącą warunkiem koniecznym sukcesu światowej rewolucji i opanowania przez Sowiety kuli ziemskiej. Powszechna kolektywizacja miała zapewnić środki na industrializację, w efekcie której Sowieci dysponowaliby siłą zbrojną, mogącą rozstrzygnąć losy świata w trakcie konfliktu powszechnego. Aby zrealizować ten zamiar, Stalin potrzebował kilkuletniego okresu pokoju z państwami leżącymi za zachodnią granicą ZSRR. Gdy okazało się, że jego eksperyment doprowadził do poważnego kryzysu społeczno-politycznego, zdwoił wysiłki na rzecz pokojowych gwarancji ze strony Polski i Francji. W tym celu złamał opór germanofilsko nastawionego Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych. Jego osobiste zaangażowanie w latach 1930–1932 doprowadziło w końcu do tego, że Piłsudski zgodził się na zawarcie paktu o nieagresji.
Umowa ta, jak było do przewidzenia, spowodowała kryzys w stosunkach sowiecko-niemieckich. Jednak Berlinowi na początku lat trzydziestych nie zależało na zupełnym zerwaniu z duchem Rapallo, albowiem sowiecka karta nadal ważyła w rozgrywkach z Paryżem i Londynem. Sytuację zmieniło dojście Hitlera do władzy w styczniu 1933 roku. Wódz narodowych socjalistów dokonał reorientacji niemieckiej polityki zagranicznej; ostatecznie zrezygnował z prób ożywienia ducha Rapallo i przyjął kurs na antysowiecki sojusz z Polską.
Piłsudski znalazł się w korzystnym położeniu, ponieważ porozumienie z Hitlerem otworzyło przed nim opcję niemiecką, umożliwiając balansowanie między mocarstwami. W swojej polityce zagranicznej przyjął zasadę niewchodzenia w alians z Niemcami przeciwko ZSRR i odwrotnie. Problem polegał jednak na tym, że zarówno Stalin, jak i Hitler byli gotowi podjąć z nim strategiczną współpracę wyłącznie pod warunkiem zawarcia ścisłego sojuszu militarnego – dla każdego z nich stanowiącego jedynie etap w walce o dominację nad kontynentem. Stalin jako pierwszy zrozumiał, że podporządkowanie Polski nie będzie możliwe, i stosunkowo szybko, już w pierwszych miesiącach 1934 roku, porzucił koncepcję zbliżenia. Hitler okazał się bardziej cierpliwy i utracił nadzieję na sojusz z Polską dopiero wiosną 1939 roku.
Wielka gra, jaką Piłsudski rozegrał w latach 1932–1934, jest doskonałym przykładem, że mąż stanu nie kreuje rzeczywistości, ale wykorzystuje ją do własnych celów. Na początku marszałek obrócił na swoją korzyść relacje ze Stalinem, zawierając z nim w 1932 roku pakt o nieagresji. Z oczywistych względów akt ów nie miał wyłącznie dwustronnego znaczenia. Poprawiał pozycję Polski wobec Niemiec i mocarstw zachodnich, zapewniając bezpieczeństwo polskich granic wschodnich. Był wyraźnym sygnałem, że Moskwa nie wesprze ewentualnego rozbioru Polski dokonanego przez Niemcy przy poparciu mocarstw zachodnich. _Notabene_, nie oznacza to wcale, że Stalin nie byłby skłonny zaakceptować rozbioru przeprowadzonego wspólnie przez sowiecką Rosję i Niemcy, lecz bez udziału Francji i Wielkiej Brytanii.
Następnie Piłsudski potrafił wpisać swoją dyplomację w zasadniczy przełom europejskiej polityki, jakim było dojście do władzy w Niemczech partii nazistowskiej. Dostrzegł, że Hitler był bardziej zainteresowany podbojem ZSRR niż rewizją granic. Zawarł więc z nim porozumienie, które _ad calendas Graecas_ odłożyło groźbę rozbioru Polski sprokurowanego wspólnie przez Niemcy i mocarstwa zachodnie. To mistrzowskie wykorzystanie okoliczności nie tylko uratowało suwerenność Rzeczpospolitej, ale także pozwoliło jej przez kilka lat cieszyć się podmiotową pozycją w Europie. Warszawa przestała być satelitą Paryża, nie wpadając w zależność od Moskwy lub Berlina. Marszałkowi udała się więc wielka sztuka, bo Polska uzyskała najszersze pole manewru dyplomatycznego w całej swojej porozbiorowej historii.ROZDZIAŁ 1. PIŁSUDSKIEGO GRA O PODMIOTOWOŚĆ POLSKI
Józef Piłsudski był wytrawnym konspiratorem, nie miał więc w zwyczaju dzielić się przemyśleniami na temat polityki zagranicznej nawet z najbliższymi współpracownikami. Inna sprawa, czy w ogóle tworzył złożone strategie w tej dziedzinie. W tym punkcie różnił się od swoich głównych konkurentów Stalina i Hitlera, którzy powodowani ideologiami wymyślali szczegółowe programy polityczne, a następnie starali się je wdrażać. Piłsudski najbliżej był wzorca postulowanego przez Makiawela, polityka zorientowanego na władzę, na jej zdobycie, zachowanie i rozszerzanie. Nie był doktrynerem i nie miał szczególnej predylekcji do ideologii. Czuł, że materia jego działania, rzeczywistość społeczna, nie poddaje się łatwo ludzkim zmysłom, rozumowi i woli. Nie sposób jej zatem urabiać i formować zgodnie z własnymi zamierzeniami i planami. Polityk, prawdziwy mąż stanu, rozumie, że nie tworzy historii, ale, że w gruncie rzeczy jest jej tworzywem. Dlatego kluczowe znaczenie ma dla niego nie tyle refleksja nad wykoncypowanymi strategiami, co umiejętność dostrzeżenia tego, czego nie widzą inni, łut szczęścia, intuicja i właściwa kalkulacja ryzyka. Krótko mówiąc, cechuje go pokora wobec rzeczywistości. Piłsudski, co prawda, demonstrował ją z rzadka, ale w rozmowie z niemieckim politykiem w roku 1933, odnosząc się aluzyjnie do Hitlera, stwierdził za Goethem, że „mistrza poznać po ograniczeniu”.
Prawdziwy mąż stanu – wbrew obiegowym wyobrażeniem – wcale nie przypomina arcymistrza szachowego, który przed rozpoczęciem gry przemyślał możliwe strategie, a jego sukces wynika z intelektualnej przewagi nad przeciwnikiem. Polityka to nie szachy, chociażby dlatego, że jest grą o wiele bardziej skomplikowaną i nie sposób zamknąć jej w skończonej liczbie reguł. Polityk musi polegać i dostosowywać się do ciągle zmieniającej się rzeczywistości, a nie ślepo trzymać się wymyślonych a priori strategii. Doktrynerstwo prędzej czy później przynosi mu klęskę.
Mistrzem tak rozumianej polityki był Bismarck. Sens swojego fachu wyjaśniał z nadzwyczajną pokorą, wręcz umniejszając swoją rolę. Używał metafory prądu i fali, twierdząc, że nie można płynąć przeciwko nim, a co najwyżej je wykorzystywać. Porównywał polityka do człowieka idącego przez las, który nie widzi jeszcze drogi, ale widzi kierunek, w którym znajduje się jego cel – koniec lasu. Idzie więc w tę stronę, wybierając ścieżki, które się przed nim otwierają. Jakkolwiek Piłsudski nie pozostawił po sobie takich działających na wyobraźnię metafor, to jednak dobrze opisują one jego sposób uprawiania polityki. I to dawało mu ważny atut w grach ze Stalinem i Hitlerem.
Nie powinno zatem dziwić, że Piłsudski nie przedstawił nigdy całościowej koncepcji polityki zagranicznej. Nigdy takiej nie miał, bo nie była mu potrzebna, gdyż kierował się zupełnie oczywistą maksymą, zgodnie z którą jego działania na arenie międzynarodowej mają służyć zachowaniu bytu państwa polskiego. Marszałek dzielił się ze swoimi współpracownikami myślami na ten temat, wydając im szczegółowe instrukcje. Dlatego analizę jego działań należy poprzedzić przywołaniem kilku relacji, jakie pozostawili po sobie bezpośredni wykonawcy jego poleceń. Rzucą one pewne światło na jego rozumienie dyplomacji. Trzeba jednak pamiętać, że każda z nich jest rodzajem wytycznych konkretnego działania, przeznaczonych dla konkretnej osoby w konkretnym czasie. Dlatego pełna rekonstrukcja polityki zagranicznej Piłsudskiego przyniesie dopiero analiza gier marszałka z jego głównymi konkurentami zawarta w kolejnych rozdziałach.
Decyzję o aktywizacji polskiej polityki zagranicznej Piłsudski podjął pod koniec roku 1930. Sprzyjała temu stabilizacja wewnętrzna jego reżimu, czego dowodem były listopadowe wybory do Sejmu i Senatu, które zakończyły się sukcesem BBWR. W tych okolicznościach 18 listopada 1930 roku odbyła się „konferencja”, w której obok marszałka wzięli udział: prezydent Ignacy Mościcki, Walery Sławek, Kazimierz Świtalski i Józef Beck. W jej trakcie Piłsudski przekazał najbliższym współpracownikom swoje polityczne zamiary. Na wstępie zauważył, że „mamy 5 lat spokojnego życia i trzeba ten okres czasu umieć wyzyska㔹. Potem dokonał krótkiej oceny dotychczasowych rządów własnego obozu, twierdząc, że ich wadą było to, iż „nie obracaliśmy się dość swobodnie i obawialiśmy się rozstrzygania w sprawach finansowych, jak i w sprawach polityki zagranicznej”. Dodał, że gdy go zabraknie, „będzie musiała Polska ustępować zagranicy w sprawach, które nie wymagają zupełnie ustępstw, gdyż w bardzo wielu kwestiach, w których istnieje nacisk zagranicy, można po prostu nie ustępowa㔲. Skrytykował przy tej okazji Zaleskiego, który miał zwyczaj straszyć zaostrzeniem sytuacji międzynarodowej, aby wytargować więcej pieniędzy budżetowych dla swojego resortu. Wyjaśnił, że obecnie Zaleski chciałby iść na ustępstwa wobec mniejszości narodowych, na co nie będzie jego zgody, ponieważ „wkrótce moglibyśmy odwrócić zupełnie stosunek i zacząć mniejszościom «włazić w dupę»”.
Marszałek negatywnie ocenił politykę MSZ, zarzucając jej, że „ma kierunek najzupełniej fałszywy, gdyż negliżuje wschód, a natomiast ma skłonność do «włażenia w dupę» zachodowi”³. Dlatego uznał za konieczne wzmocnienie ministerstwa i poinformował zebranych o dwóch decyzjach personalnych: wysłaniu dotychczasowego wiceministra spraw zagranicznych Alfreda Wysockiego na szefa placówki w Berlinie i nominowaniu na jego miejsce Józefa Becka oraz mianowaniu Tadeusza Schaetzla na stanowisko naczelnika Wydziału Wschodniego MSZ. Na koniec uznał, że sytuacja międzynarodowa „raczej się poprawiła”, co uzasadnił w następujący sposób: „Ameryka ciśnie w tej chwili niedawaniem kredytów Niemcom, stosunek nasz z Francją trochę się poprawił, Włochy raczej chcą iść na pewne umizgi, a Anglia przy obecnym rządzie nie szkodzi nam”⁴.
Ta zdecydowana krytyka polskiej polityki zagranicznej może dziwić, albowiem uczestnicy konferencji wiedzieli, że polityka zagraniczna leżała wyłącznie w domenie marszałka. A zatem Piłsudski musiał godzić się na to, że w końcu lat 20. XX wieku była ona uległa wobec mocarstw zachodnich (przede wszystkim Francji) oraz zaniedbywała (tak chyba należy rozumieć słowo „negliżowała”) to, co działo się za wschodnią granicą Polski. Taka ocena podyktowana była zapewne faktem, że pierwsza próba korekty kursu, jaką marszałek podjął zaraz po zamachu majowym, nie powiodła się: Niemcy nie zgodziły się na zawarcie ogólnego porozumienia politycznego, służącego generalnemu uporządkowaniu stosunków dwustronnych, a Sowieci byli nieusatysfakcjonowani zwykłą normalizacją, gdyż chcieli zawrzeć z Polską porozumienie traktatowe. Inaczej mówiąc, w latach 1926–1930 Piłsudski grał na przeczekanie. Jak widać z przebiegu powyższej narady, pod koniec roku 1930 dostrzegł możliwość zaktywizowania polskiej polityki zagranicznej. Decyzja o zmianach personalnych w MSZ pokazuje, że planował nowe otwarcie w stosunkach ze Związkiem Sowieckim. Zastosował manewr balansowania: skoro nie udało się dojść do porozumienia z Berlinem, to trzeba zagrać z Moskwą.
Nieprzypadkowo właśnie w listopadzie i grudniu 1930 roku doszło do kolejnych sondaży polsko-sowieckich, w które bardzo silnie zaangażował się sam Stalin (patrz niżej). Gensek za pośrednictwem szefa przedstawicielstwa dyplomatycznego w Ankarze przekazał stronie polskiej sygnał gotowości do ustępstw w kluczowej sprawie, związanej z negocjowaniem paktu polsko-sowieckiego, a mianowicie wyraził zgodę, aby traktaty ZSRR z limitrofami, czyli państwami graniczącymi z ZSRR na Zachodzie, zostały zawarte jednocześnie i na identycznych warunkach. Piłsudski w odpowiedzi zakomunikował, że zawarcie paktu o nieagresji uważa za możliwe i, że zajmie się stosunkami polsko-sowieckimi w całym ich zakresie. Co dla niego charakterystyczne, o tych konkretach nawet słowem nie zająknął się w trakcie listopadowej konferencji ze swoimi najbliższymi współpracownikami. Potwierdza to tezę, że więcej o jego polityce zagranicznej dowiemy się z analizy polskiej praktyki dyplomatycznej tego okresu, aniżeli z jego przemów wygłaszanych w gronie najbliższych współpracowników.
Dyrektywę o aktywizacji polityki zagranicznej Piłsudski uszczegółowił nieco w trakcie narady, jaką odbył z wiceministrem Beckiem na przełomie roku 1931 i 1932. Marszałek podzielił się refleksją, „, że armatura polityczna stosunków europejskich słabnie w dalszym ciągu, z jednej strony nakazuje większą czujność i bardziej indywidualne ustawienie polityki polskiej, gdyż na organizacje kolektywne nie można już za wiele liczyć, a z drugiej strony otwiera być może okres uporządkowania polskich spraw «zaległych»”⁵, czyli Gdańska, traktatu mniejszościowego, relacji z Litwą oraz Śląska Cieszyńskiego.
Piłsudski przyznał, że te cztery sprawy wymagają rozwiązania i są spuścizną po pierwszych latach niepodległej Rzeczypospolitej, która wówczas była zbyt słaba, aby sobie z nimi poradzić. Następnie omówił każdą z nich. W Gdańsku „w obecnym stanie rzeczy niemal codziennie tracimy coś z naszego stanu posiadania i możemy dojść do sytuacji niebezpiecznie drastycznej”⁶. Aby temu przeciwdziałać, strona polska winna zaostrzać spór, a nawet wziąć pod uwagę „mocniejsze uderzenia”. Traktat mniejszościowy stał się czynnikiem rozkładającym państwo od wewnątrz. Problem ten będzie musiał być rozwiązany drogą faktów dokonanych, ponieważ instytucje Ligi Narodów nie dają nadziei na rozwiązanie. Z akcją na tym froncie należy jednak zaczekać na odpowiednią koniunkturę. Z Litwą trzeba podjąć próbę dyskretnych rozmów, mając świadomość kontrakcji ze strony Berlina i Moskwy i _désintéressement_ Francji. Z kolei decyzje w sprawie Śląska Cieszyńskiego będą mogły zostać podjęte tylko „w razie wielkiego wstrząsu”. Beck przypomniał w tym kontekście, że marszałek nie wierzył w trwałość bytu państwowego Czechosłowacji. Na koniec tej narady Piłsudski ponownie dał do zrozumienia Beckowi, że „w miarę zaostrzania się sytuacji i otwierania wspomnianych problemów”⁷ powinien się liczyć z objęciem teki ministra spraw zagranicznych po Zaleskim.
Jak wynika z powyższego, Piłsudski na początku lat trzydziestych dostrzegł zmianę konstelacji międzynarodowej, która otwierała przed Polską możliwość prowadzenia bardziej aktywnej polityki zagranicznej oraz uregulowania zaległych kwestii w relacjach z sąsiadami. W trakcie tej rozmowy nie poruszono jednak najważniejszej kwestii, a mianowicie powodu słabnięcia „armatury” międzynarodowej, pozwalającej myśleć o rozwiązaniu spraw zaległych. Z polskiego punktu widzenia kluczową zmianą konstelacji międzynarodowej na przełomie roku 1931 i 1932 było porozumienie, jakie Piłsudski zawarł ze Stalinem, którego konsekwencją mógł być kryzys w relacjach sowiecko-niemieckich. Ale niestety tradycyjnie w rozmowach ze swoimi najbliższymi współpracownikami, wiernymi wykonawcami swojej polityki zagranicznej, marszałek bardzo ostrożnie wypowiadał się na temat sensu swoich koncepcji.
Warto również zwrócić uwagę, że dwie spośród „zaległych” kwestii, o których Piłsudski rozmawiał z Beckiem, dotyczyły pośrednio Niemiec. W Berlinie rządziły wówczas gabinety nieprzychylne Polsce, które nie tylko nie były skłonne do jakichkolwiek ustępstw w sprawach Gdańska czy mniejszości, lecz wręcz coraz wyraźniej podważały terytorialne _status quo_ w relacjach z Polską. Czy Piłsudski planował zatem zaostrzenie sporu z Niemcami? Jaka kalkulacja strategiczna mogła stać za takim zamiarem?
Marszałek dostrzegał przede wszystkim słabnięcie osi Moskwa–Berlin, czego sygnałem była finalizacja rozmów na temat polsko-sowieckiego paktu o nieagresji. Miał przy tym świadomość słabości militarnej Niemiec związanej z obowiązującymi jeszcze postanowieniami wersalskimi. Z tego punktu widzenia była to ostatnia możliwość wejścia w spór z Niemcami, ponieważ na początku lat 30. mocarstwa zachodnie zgodziły się na stopniowe usuwanie nałożonych na Niemcy ograniczeń w dziedzinie zbrojeń. Taki sprowokowany kryzys w stosunkach polsko-niemieckich byłby świetnym sprawdzianem stosunku mocarstw zachodnich do Polski, a przede wszystkim wartości sojuszu polsko-francuskiego. Okazja do tego nadarzyła się szybko. W czerwcu 1932 roku ORP Wicher wpłynął do portu gdańskiego, czyniąc honory gospodarza wobec flotylli Royal Navy. Gdyby władze Gdańska podjęły próbę uczynienia jakiegokolwiek despektu polskiej banderze, dowódca polskiego okrętu otrzymał rozkaz ostrzelania najbliższego budynku należącego do Wolnego Miasta. Dzięki tej demonstracji militarnej udało się załatwić pewną zaległą sprawę, a mianowicie odnowić wypowiedzianą na początku roku 1931 przez władze Gdańska umowę o korzystaniu przez okręty RP z tamtejszego portu.
Piłsudski wymienił Zaleskiego na Becka pod koniec 1932 roku. Ten ostatni dwukrotnie zrelacjonował treść instrukcji, jaką wtedy otrzymał od marszałka. W przemówieniu do urzędników MSZ wygłoszonym 3 listopada 1937 roku z okazji piątej rocznicy objęcia przez siebie urzędu wspominał, że 2 listopada 1932 roku Piłsudski udzielił mu dwóch wskazówek:
„Pierwsze – powiedział mi Marszałek: «Musi pan pamiętać, że idą czasy, kiedy zachwieje się konwencjonalna struktura życia międzynarodowego, jaka ciągnęła się w poprzednich dziesięciu latach prawie. Formy, do których świat się już prawie jakby do stałych przyzwyczaił, kruszeją. Na nowo nam trzeba będzie sprawdzać myśli i na nowo jakby weryfikować państwa, jakby określać ich prawo zabierania głosu w szerszym czy mniejszym znaczeniu. Zjawisku temu towarzyszyć będzie szereg długich komplikacji i dla nas, dla Polski, stanie się problem podejmowania z czasem walki, może przeciwko wszystkim, a w każdym razie poprawienia tej najnowszej powojennej historii naszej, która z natury rzeczy zostawiła za nami smugi słabości, niedokładności i niedociągnięć» .
Druga rzecz – w tej samej rozmowie, przy odejściu, powiedział Komendant: «Ale pamiętajcie przede wszystkim, że nie wolno robić myśli i planów ponad wytrzymałość instrumentu, który ma je wykonać, bo wszystko robią ludzie»”⁸.
W grudniu 1939 roku w rumuńskim Brasov Beck podyktował Władysławowi Pobóg-Malinowskiemu trochę inną wersję tej instrukcji. Pierwszą zasadą postępowania miało być utrzymywanie dobrych stosunków z sąsiadami, drugą – przestrzeganie zobowiązań, wynikających z istniejących sojuszy. Marszałek przedstawił także kilka reguł technicznych. Przykazał Beckowi, aby ten pamiętał, że „stopień zainteresowania Polski krajami Europy i świata zależy od odległości geograficznej, w dążeniu do celu trzeba przechodzić jak pług od śniegu; usuwanie przeszkód zaczynać trzeba zawsze od strony najtrudniejszej, za wszelką cenę trzymać się swego i bronić swego; sprzeciwiać się wszelkiej decyzji, powziętej bez udziału Polski w sprawach ją obchodzących; wreszcie – nigdy, nikomu, nigdzie nie kłaniać się bez potrzeby”⁹.
Jak widać instrukcja, jaką Beck otrzymał od Piłsudskiego na początku urzędowania, była bardzo ogólnej natury. Składała się z pewnych niepokojących przeczuć marszałka dotyczących nietrwałości obecnego porządku międzynarodowego oraz wskazań, nakazujących dużą ostrożność w działaniach dyplomatycznych. A przecież wiemy z dalszego biegu historii, że nominacja Becka miała wyraźny cel, a mianowicie była przygotowaniem do wielkiej ofensywy dyplomatycznej, jaką Piłsudski podejmie w latach 1932–1934, służącej oddaleniu zagrożenia rewizją granicy zachodniej i przekształceniu relacji w trójkącie Warszawa–Berlin–Moskwa.
Decydujące dla polityki Piłsudskiego okazały się zmiany w Niemczech. Już w styczniu 1933 roku marszałek przeczuwał, że dla polskiej polityki zagranicznej nadchodzą rewolucyjne czasy¹⁰. Świtalski, relacjonując „konferencję” u Prystora z 18 stycznia 1933 roku, w której wzięli również udział Beck i Sławek, zapisał: „Z relacji Becka wyglądałoby na to, że Komendant wyjątkowo intensywnie interesuje się kwestiami polityki zagranicznej i należałoby przypuszczać, że Komendant w jakimś momencie chciałby przystąpić do ofensywy na tym terenie”. I rzeczywiście, widocznymi efektami tej ofensywy na arenie międzynarodowej były rozmowa Hitlera z Wysockim, do której doszło w maju, a następnie lipcowa wizyta prezydenta Senatu Wolnego Miasta Gdańska, Hermanna Rauschninga. Wydarzenia te stanowiły wyraźne świadectwo istotnej zmiany konstelacji międzynarodowej. Do końca lat 20. Niemcy i Związek Sowiecki izolowały Polskę. Pierwszy izolację tę przerwał Stalin w 1930 roku, a następnie Hitler w roku 1933. W ten sposób przed Piłsudskim otworzyły się dwie dotychczas zamknięte opcje – najpierw wschodnia, a następnie zachodnia.
Piłsudski był świadom korzyści, związanych z powstaniem nowej konstelacji. Ujawnia to narada w Pikieliszkach 21 lipca 1933 roku, w trakcie której marszałek w obecności ministra Becka przekazał instrukcję Alfredowi Wysockiemu, który właśnie został mianowany ambasadorem przy Kwirynale. Piłsudski zaczął od uwagi, że „Polska myślała, że Italia będzie prowadziła i prowadzi, tak jak ona, politykę samodzielną, niezależną, politykę wolnej ręki. Okazało się jednak, że tak nie jest”¹¹. Marszałek nie wyjaśnił jednak, dlaczego jego zdaniem polityka Mussoliniego nie jest niezależna i od razu przeszedł do kwestii niemieckich. Pochwalił Wysockiego, który do niedawna był posłem w Berlinie, że słusznie przewidział, że reżim hitlerowski ustabilizuje swoją władzę oraz, że nie doprowadzi do pogorszenia stosunków z Polską, a być może wpłynie nawet na ich polepszenie. Dodał, że obawia się, że junkrzy i nacjonaliści niemieccy mogą przeszkodzić Hitlerowi w polepszeniu stosunków z Polską. Następnie krótko wyłożył zasady polskiej polityki zagranicznej. Powinna ona przede wszystkim stać na straży traktatów, które gwarantują obecny porządek terytorialny w Europie. Zauważył jednak, że w przypadku, gdy inni sygnatariusze je złamią, to Polska pójdzie w ich ślady i pozbędzie się zobowiązań, jakie one na nią nakładają. Zapewnił, że Polska nigdy nie będzie członkiem Małej Ententy i to nie z powodu, „abyśmy nie chcieli iść z tym d… Benešem, ale z tego powodu, iż mamy w naszej polityce pewne tradycje i pewne sentymenty, których nigdy się nie wyrzekniemy”¹². Piłsudski uzasadnił to stosunkiem Polski do Węgier i Turcji.
Marszałek odniósł się też do anszlusu Austrii. Zauważając, że Mussolini jest mu „bardzo przeciwny”, poinstruował Wysockiego: „niech pan do tych spraw nigdy się nie miesza ani się niczym nie przejmuje, bo my jesteśmy gotowi sprzedać cały ów _Anschluss_, tylko musimy dostać za niego dobrą cenę. Nie będzie także zbytnio się gniewać, jeżeli południowy Tyrol wróci z powrotem do swej macierzy niemieckiej”¹³. O ZSRR Piłsudski kazał Wysockiemu milczeć, ponieważ uznał, że „się na tym nie wyznaje, więc lepiej siedzieć cicho”. W kontaktach z Brytyjczykami polecił przypominać rolę, jaką odgrywa w regionie:
„My pracujemy istotnie nad pacyfikacją Wschodu. Dążymy do stabilizacji stosunków Moskwy z jej sąsiadami, do wyrównania przeciwieństw między ZSRR i Rumunią, do utwierdzenia niepodległości państw bałtyckich. W tym celu pracujemy nad zawieraniem paktów regionalnych, a nie doktrynalnych, bo tylko pakty regionalne mają swoją realną, a nie papierową wartość. Poza tym nie mieszamy się do spraw, które nas bezpośrednio nie obchodzą, i nie wtrącamy naszych trzech groszy do ogólnoeuropejskich doktryn”¹⁴.
To ograniczone zainteresowanie polityką światową powoduje, że Polska według Piłsudskiego ma „dość luźny związek z Ligą Narodów”. Łączą ją bowiem z nią tylko trzy kwestie: Gdańsk, Górny Śląsk i mniejszości narodowe. Marszałek przyznał, że w ciągu ostatnich kilku lat zastanawiał się nad wystąpieniem z Ligi, gdyby jej działania okazały się dla Polski niebezpieczne. Zauważył jednak obecnie poprawę sytuacji, albowiem „ Polska niezagrożona od Wschodu i Zachodu wchodzi nareszcie w stadium zupełnej niezależności swej polityki, która może służyć tylko własnym polskim, a nie cudzym interesom”¹⁵.
Piłsudski zauważył, że to „uniezależnienie od wszelkich obcych wpływów”, do którego zawsze dążył, prowadzi do normalności w stosunkach z Francją. Dlatego uważał, że rolą nowego ambasadora w Rzymie będzie uświadomienie gospodarzom istotnego znaczenia relacji polsko-francuskich:
„Jesteśmy zawsze gotowi spełnić nasze zobowiązania wobec Francji, jeżeli zajdzie tego potrzeba, i uważam przymierze z nią za jedną z podstaw mojej polityki narodowej. Staje się ono aktualne w razie agresji Niemiec w stosunku do Francji lub do nas, pozostawia jednak obu stronom zupełną swobodę ruchów”¹⁶.
Motywem przewodnim tej rozmowy była niezależność Polski na arenie międzynarodowej. Stałym elementem polityki zagranicznej Piłsudskiego od roku 1926 było uniezależnienie od obcych wpływów. Był on niewątpliwie fanatykiem niezależności i ta jego postawa miała uzasadnienie, ponieważ przez przeszło pół wieku swojego życia doświadczał braku bytu państwowego Polski. Dlatego po odzyskaniu przez nią niepodległości jego pokoleniu towarzyszyła wyidealizowana wizja niezależności własnego, świeżo zdobytego państwa. Ta wizja nie przeszkadzała jednak Piłsudskiemu dostrzegać rzeczywistości. Polska po roku 1918 nie była mocarstwem, na co pośrednio zwrócił uwagę marszałek w tej rozmowie, wskazując na ograniczone do własnego regionu zainteresowania polskiej dyplomacji. Dlatego była uwikłana w różnorodne zależności, przede wszystkim ze strony Francji. Jednak od początku swoich rządów Piłsudski starał się uzyskać „samodzielną” pozycję, by mieć „wolną rękę” na arenie międzynarodowej. Co najważniejsze, w jego ocenie Polska w lipcu 1933 roku osiągnęła „stadium zupełnej niezależności”. Udało się to dzięki odsunięciu zagrożenia ze strony Rosji Sowieckiej i Niemiec, czyli dzięki balansowaniu pomiędzy Stalinem i Hitlerem.
Warto zwrócić uwagę, że pozycja Polski nie poprawiła się wskutek wzrostu jej potencjału mocarstwowego (zwiększenie liczby ludności, gospodarki i armii), ale wskutek udanego manewru dyplomatycznego. Polska wskutek zmiany polityki przez Stalina, a następnie Hitlera oraz dzięki wykorzystaniu tej okoliczności przez Piłsudskiego wyrwała się z dotychczasowej izolacji¹⁷.
Analiza wypowiedzi Piłsudskiego na temat polityki zagranicznej musi prowadzić do wniosku, że nie wyjawiał on najbardziej skrytych myśli swoim interlokutorom. Można odnieść wrażenie, że rozmawiał z nimi jak dyplomata, czyli tak aby pod żadnym względem nie wyjawiać zasadniczych celów, do jakich zmierzał. Co więcej, mogłoby się wydawać, że marszałek był zadowolony z położenia międzynarodowego Polski. No bo jak rozumieć jego uwagę z lipca 1933 roku skierowaną do Wysockiego, że Polska osiągnęła „zupełną niezależność”. Jak zobaczymy, jego działania będą świadczyć jednak o tym, że doskonale dostrzegał zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski. Gdyby było inaczej, to w lipcu 1933 r. nie kusiłby Stalina sojuszem przeciwko Hitlerowi.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. K. Świtalski, Diariusz 1919–1935, Warszawa 1992, s. 524.
2. Tamże, s. 524–525.
3. Tamże, s. 525.
4. Tamże, s. 529.
5. Polska polityka zagraniczna w latach 1926–32. Na podstawie tekstów min. Józefa Becka opracowała Anna M. Cienciała, Cienciała Anna M. (opr.), Paryż 1990, s. 54.
6. Tamże.
7. Tamże, s. 55.
8. J. Beck, Przemówienia, deklaracje, wywiady 1931–1937, Warszawa 1938, s. 327.
9. W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski 1864–1945. Tom drugi. Część pierwsza, Londyn 1956, s. 544.
10. K. Świtalski, op. cit., s. 640–641.
11. A. Wysocki, Tajemnice dyplomatycznego sejfu, Warszawa 1979, s. 176.
12. Tamże, s. 177.
13. Tamże, s. 178.
14. Tamże.
15. Tamże, s. 179.
16. Tamże.
17. Świtalski relacjonując przebieg konferencji u Komendanta w 31 stycznia 1934 roku zapisał następującą uwagę Piłsudskiego: „ gdyby nie Hitler, to wiele rzeczy by się nie udało” (K. Świtalski, op. cit., s. 654).
18. Zob. H. von Riekhoff, German-Polish Relations 1918–1933, Baltimore 1971, s. 226.
19. Zob. Akten zur deutschen auswärtigen Politik 1918–1945 (dalej: ADAP), B, Bd. XVII, dok. nr 18, s. 54-61.
20. Tamże, s. 55
21. Zob. Z. Wroniak, Polityka Polska wobec Francji w latach 1925–1932, Poznań 1987, s. 132–138.
22. J. Wright, Gustav Stresemann. Weimar’s Greatest Statesman, Oxford–New York 2002, s. 483–485 oraz Z. Wroniak, wyd. cyt., s. 138–139.
23. Zob. P. Krüger, Die Aussenpolitik der Republik von Weimar, Darmstadt 1985, s. 531–534.
24. Zob. A. Tooze, Cena zniszczenia. Wzrost i załamanie nazistowskiej gospodarki, Oświęcim 2017, s. 38–43.
25. Zob. Polskie Dokumenty Dyplomatyczne 1931 (dalej: PDD), dok. nr 180, s. 469–471.
26. Zob. ADAP, B, XVIII, dok. nr 69, s. 115–126.
27. Tamże, s. 123.
28. Tamże, dok. nr 69, s. 129.
29. Tamże, dok. nr 95, s. 184–187 oraz dok. nr 98, s. 191–193.
30. Tamże, dok. nr 134, s. 266–269.
31. Tamże, dok. nr 144, s. 290–296.
32. Zob. tamże, dok. nr 192, s. 417–421.
33. Zob. tamże, dok. nr 194, s. 426.
34. Tamże, s. 427.
35. Tamże, s. 430.
36. Zob. tamże, dok. 212–215, s. 464–476, oraz relację na temat tej wizyty, jaką posłowi Wysockiemu w Berlinie złożył niewymieniony z nazwiska wyższy urzędnik AA, który brał udział w rozmowach z Francuzami: PDD, 1931, dok. nr 236, s. 604–607.
37. Zob. tamże, dok. nr 214, s. 473, przyp. nr 1.
38. Tamże, dok. nr 212, s. 465.
39. Zob. tamże, dok. nr 214, s. 472–473.
40. J.W. Stalin, Przemówienie na plenum KC RKP(b), 19 stycznia 1925 roku; w: J.W. Stalin, Dzieła, t. 7, Warszawa 1950, s. 23–24. Warto zauważyć, że tekst tego wystąpienia został wydany po raz pierwszy dopiero w roku 1947 w Moskwie w sowieckiej edycji Dzieł Stalina, a więc przeszło dwie dekady po jego wygłoszeniu.
41. J.W. Stalin, Sprawozdanie polityczne Komitetu Centralnego z 3 grudnia 1927 roku; w: J.W. Stalin, Dzieła, t. 10, Warszawa 1950, s. 302.
42. Tamże, s. 284.
43. Zob. S. Ciesielski, Rewolucja Stalina, Łomianki 2017, s. 23–96.
44. Zob. tamże, s. 24–29.
45. O. Ken, «Alarm wojenny» wiosną 1930 roku a stosunki sowiecko-polskie, „Studia z dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej”, t. XXXV, Warszawa 2000, s. 41–74.
46. Zob. B. Musiał, Na Zachód po trupie Polski, Warszawa 2009, s. 49–153.
47. Zob. tamże, s. 160–165.
48. Zob. tamże, s. 187–197.
49. Zob. tamże, s. 238–274.