-
nowość
Krwawe serce - ebook
Krwawe serce - ebook
Kiedy otrzymujesz drugą szansę, nie liczysz na trzecią…
Simone Salomon żyje w złotej klatce. Wychowano ją na uprzywilejowaną bogaczkę, lecz nader wszystko wpojono posłuszeństwo.
W drodze na kolejną nudną galę, uwięziona na tylnym siedzeniu limuzyny, zostaje uprowadzona przez mafiosa, który planował ukraść samochód, a nie dziewczynę.
Dante Gallo zachowuje się jak bestia – do czasu aż na jego drodze staje Simone. Rodzi się między nimi nieodparta fascynacja, choć kompletnie do siebie nie pasują.
Kobieta dla Dantego jest gotowa postawić na szali wszystko – aż do tragicznej nocy, gdy sytuacja zmusza ich do rozstania.
Przeznaczenie podsuwa jej kolejną szansę na odnalezienie mężczyzny, o którym nie potrafi zapomnieć. Simone jednak skrywa tajemnicę, a Dante może jej nigdy tego nie wybaczyć…
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-732-6 |
| Rozmiar pliku: | 11 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1.The Cranberries – Zombie
2. Lera Lynn – Ring of Fire
3. Noah Cyrus – July
4. Peter Gundry – The Vampire Masquerade
5. Matt Stewart-Evans – Waltz for Dreamers
6. Ashnikko – STUPID
7. Amy Winehouse – Back to Black
8. Johnny Cash – Hurt
9. No Doubt – Don’t Speak
10. The Beatles – Yesterday
11. The Cranberries – When You’re Gone
12. Fleetwood Mac – The Chain
13. The Neighbourhood – Hell or High Water
14. Justin Bieber – Holy
ROZDZIAŁ 1
Simone Solomon
– Simone! Dlaczego nie jesteś jeszcze gotowa?
Matka stoi w drzwiach, wystrojona na przyjęcie.
Natomiast ja, dla porównania, mam na sobie spodnie od dresu oraz T-shirt z Wonder Woman, bo do tej pory zajmowałam miejsce na siedzisku przy oknie, gdzie czytałam książkę.
– Która godzina? – rzucam.
– A jak myślisz? – pyta mama i lekko się uśmiecha.
Powiedziałabym, że czternasta albo piętnasta, ale to, że kobieta ma już na sobie suknię wieczorową, podpowiada mi, że musi być dużo później.
– Eee… osiemnasta? – zgaduję.
– Raczej dziewiętnasta piętnaście.
– Przepraszam! – Zeskakuję z siedziska, upuszczając przy tym Wichrowe wzgórza na dywan.
Nic dziwnego, że jestem taka głodna. Nie zjadłam lunchu – i najwyraźniej również obiadu.
– Lepiej się pospiesz – ponagla mama. – Ojciec wezwał już szofera.
– Samochód czeka – odzywa się tata.
Staje obok mamy. Razem prezentują się niczym najelegantsza para, jaką tylko można sobie wyobrazić. Oboje są wysocy, szczupli i nienagannie ubrani. Ciemna karnacja ojca w zestawieniu z jasną cerą mamy to jedyny kontrast pomiędzy nimi.
Poza tym są do siebie idealnie dopasowani.
Na formalne przyjęcia tata niekiedy przywdziewa tradycyjne, jaskrawe szaty afrykańskie. Dziś jednak włożył czarny smoking z aksamitnymi klapami. Lawendowa kalia w jego butonierce odpowiada odcieniem sukni mojej matki.
Przy tej ich gustownej perfekcji czuję się jak nieproporcjonalnie chuda nastolatka. Zbyt nieforemna, aby w ogóle pokazywać się w ich towarzystwie.
– Może powinniście jechać beze mnie… – stwierdzam.
– Niezła próba – rzuca mama. – Ale ubierz się szybko.
Tłumię jęk. Początkowo cieszyłam się z powrotu ze szkoły z internatem do domu. Wydawało się, że w Chicago przyjęcia, gale i wydarzenia społeczne nigdy się nie kończą. Teraz – zaledwie kilka miesięcy później – wszystko zaczyna mi się zlewać. Mam dosyć szampana, maleńkich przystawek, kulturalnych pogawędek i jeszcze grzeczniejszych tańców. W dodatku chciałabym, żeby moja siostra znacznie częściej pojawiała się na tych wszystkich imprezach.
– Serwa też jedzie? – pytam mamę.
– Nie. – Lekko marszczy brwi. – Niezbyt dobrze się dziś czuje.
Rodzice wychodzą, abym mogła się ubrać.
W mojej garderobie wisi mnóstwo kreacji do wyboru, większość z tegorocznych kolekcji. Przebieram palcami po tęczowych materiałach, próbując na szybko zdecydować się na któryś ze strojów.
Mogłabym robić to przez godzinę. Jestem marzycielką, uwielbiam piękne rzeczy. A już zwłaszcza ubrania.
Można pomyśleć, że zainteresowanie modą to banalne hobby, jednak w moim mniemaniu ubrania są jak sztuka, którą nosi się na sobie. Jak manifest, który wyprzedza człowieka, gdy tylko ten gdzieś wchodzi. Jak narzędzia, które kształtują postrzeganie innych, nim ich właściciel w ogóle się odezwie.
W ten właśnie sposób opisałabym to interlokutorowi.
Chociaż tak naprawdę ubrania znaczą dla mnie o wiele więcej.
Intensywnie reaguję na barwy i faktury, bo potrafią mnie wprowadzić w odpowiedni nastrój. Nie lubię się jednak do tego przyznawać, bo zdaję sobie sprawę, że to… dziwne. Większości osób nie odrzuci ciemny fiolet, nie poczują też nieodpartej potrzeby pogłaskania jedwabiu czy aksamitu.
Ale ja miałam tak, odkąd sięgam pamięcią. Po prostu nauczyłam się to ukrywać.
Sięgam po suknię, żeby nie zastanawiać się nad tym wyborem przez całe wieki.
To jedna z moich ulubionych kreacji – bladoróżowa, z luźnym szyfonem na plecach, który daje efekt motylich skrzydeł.
Nakładam nieco różu na policzki, używam błyszczyka do ust w tym samym odcieniu. Nie za dużo, bo ojciec nie lubi, gdy prezentuję się zbyt dojrzale. Dopiero niedawno skończyłam osiemnaście lat.
Kiedy spieszę po schodach, rodzice czekają w limuzynie. Atmosfera jest dziwnie napięta. Ojciec siedzi sztywno wyprostowany, a matka zerka na mnie przelotnie, a potem odwraca wzrok do szyby.
– Jedziemy – rzuca tata do szofera.
– Przygotowałam się tak szybko, jak tylko umiałam… – zaczynam niepewnie.
Ojciec całkowicie mnie ignoruje.
– Zechcesz mi wyjaśnić, dlaczego pośród korespondencji znalazłem właśnie list akceptacyjny z Parsons? – pyta stanowczo.
Czuję, że się rumienię, i patrzę na swoje dłonie.
Liczyłam na to, że zdołam przechwycić tę kopertę, ale najwyraźniej trudno zrobić to w domu, w którym kilku pracowników sprawdza skrzynkę dwa razy dziennie.
Dostrzegam wściekłość ojca, a jednocześnie gdy słyszę te słowa, odczuwam dziką euforię…
Zostałam przyjęta.
Staram się ukryć ekscytację. Taty to wcale nie cieszy. Czuję, że niezadowolenie bije od niego jak fale zimnej mgły. Przeszywa mnie do szpiku kości.
Nie jestem w stanie spojrzeć mu w oczy. Ojciec, nawet gdy jest w dobrym humorze, ma ostry wyraz twarzy i przenikliwe spojrzenie. A kiedy się złości, wygląda, jakby jego oblicze zmieniało się w rzeźbioną maskę jakiegoś bóstwa – legendarnego i mściwego.
– Wyjaśnij mi to – nalega.
Nie ma sensu kłamać.
– Złożyłam podanie o przyjęcie.
– Dlaczego? – pyta z chłodem.
– Chciałam… sprawdzić, czy się dostanę.
– A po co, skoro i tak będziesz studiowała na Cambridge?
To alma mater mojego taty. To właśnie na tej uczelni nabył eleganckich manier, zdobył europejskie koneksje oraz wyrobił sobie lekki brytyjski akcent, którym tak bardzo się szczyci.
Ojciec był biedny, ale niezwykle inteligentny, dostał się na Cambridge i studiował tam dzięki programowi stypendialnemu. Nie tylko uczył się ekonomii, lecz także podglądał zachowania swoich kolegów – przyswajał to, jak mówili, chodzili, jak się ubierali, a przede wszystkim, jak zarabiali pieniądze. Nauczył się języka międzynarodowych finansów – funduszy hedgingowych, dźwigni kapitałowych, rajów podatkowych…
Od zawsze powtarza, że to właśnie Cambridge go ukształtowało. Dlatego ja też mam tam studiować, jak Serwa przede mną.
– Po prostu… – Wykręcam sobie palce dłoni, które trzymam na kolanach. – Podoba mi się moda… – mówię ostrożnie.
– To nie jest poważny kierunek studiów.
– Yafeu… – napomina łagodnie mama.
Spogląda na nią. Matka jest jedyną osobą, której mój ojciec słucha, ale już wiem, że nie będzie się z nim spierała – nie w kwestii, w której on ma tak stalowe poglądy. W tej chwili jednak przypomina mu, aby się nie unosił, gdy postanawia zniszczyć moje marzenia.
– Proszę, tato – mówię, starając się zapanować nad głosem, by mi nie drżał. Ojciec przerwie rozmowę, gdy stanę się nazbyt emocjonalna. Muszę więc rozmawiać z nim najlepiej, jak potrafię. – Parsons ukończyli jedni z najznamienitszych projektantów w kraju. Donna Karan, Marc Jacobs, Tom Ford…
Ojciec składa ręce przed sobą. Ma długie, eleganckie palce i wypielęgnowane paznokcie.
– Kiedy się urodziłaś, moim rodzicom było przykro, że mam tylko córki – mówi powoli i wyraźnie, jakby był odczytującym wyrok sędzią. – Nie zgodziłem się wtedy z nimi. Odrzekłem, że córki zawsze pozostają lojalne ojcom. Są posłuszne i mądre. Przynoszą honor rodzinom. Syn może popaść w dumę, myśleć, że wie lepiej niż ojciec. Córka jednak nigdy nie popełni takiego błędu. – Tata kładzie rękę na moim ramieniu i patrzy mi w oczy. – Jesteś dobrą córką, Simone.
Docieramy do Hotelu Drake. Ojciec wyjmuje z kieszeni czystą chusteczkę i mi podaje.
– Zanim wejdziesz do środka, wytrzyj twarz.
Nawet nie wiedziałam, że płaczę.
Mama na chwilę kładzie dłoń na mojej głowie, głaszcze mnie po włosach.
– Do zobaczenia w środku, ma chérie – mówi.
Zostawiają mnie samą na tylnej kanapie limuzyny.
Cóż, nie do końca samą – przede mną siedzi szofer i cierpliwie czeka, aż wezmę się w garść.
– Wilsonie? – mówię sztywnym tonem.
– Tak, panienko Solomon?
– Mógłbyś dać mi chwilę na osobności?
– Oczywiście – odpowiada. – Zjadę na bok.
Zatrzymuje limuzynę nieco dalej na ulicy, żeby nie blokować innym możliwości wysiadania przed drzwiami. Wychodzi z auta, uprzejmie pozostawiając włączony silnik, żeby nadal chłodziła mnie klimatyzacja. Rozmawia z innym kierowcą. Mężczyźni skręcają za róg, zapewne, by zapalić.
Kiedy zostaję sama, pozwalam sobie na płacz. Szlocham przez dobre pięć minut, nurzając się w swoim rozczarowaniu.
To głupie. Przecież nigdy nie liczyłam na to, że rodzice pozwolą mi studiować w Parsons. Ta fantazja pozwoliła mi jedynie przetrwać ostatni rok w Tremont, jak również niekończące się trudne egzaminy, bo musiałam zdać z najlepszym wynikiem. I zdałam – wszystkie. Bez wątpienia na dniach otrzymam podobny list z Cambridge, bo przecież zgodnie z wymogami ojca i tak złożyłam tam podanie o przyjęcie.
Pod wpływem impulsu wysłałam też aplikację do Parsons wraz z portfolio ze swoimi projektami. Chyba stwierdziłam, że odrzucenie dobrze mi zrobi – dowiedzie, że ojciec ma rację, że moje marzenia to mrzonki, których przenigdy nie zrealizuję.
Ale teraz, gdy wiem, że zostałam przyjęta…
To najsłodsza z tortur. Jest gorzej, niż gdybym żyła w niewiedzy. Czuję się, jakbym miała tę nową, lśniącą nagrodę na wyciągnięcie ręki… i ktoś sprzątnął mi ją sprzed nosa.
Przez te pięć minut pozwalam sobie być nieszczęśliwym dzieckiem.
Następnie oddycham głęboko, aby się uspokoić.
Rodzice oczekują, że przyjdę do wielkiej sali balowej Hotelu Drake. Mam się uśmiechać, prowadzić kulturalne rozmowy, dać się poznać ważnym osobistościom. Przecież nie wejdę tam z zaczerwienioną i napuchniętą twarzą.
Osuszam policzki, ponownie nakładam tusz na rzęsy i nieco błyszczyka na usta.
Jednak kiedy zamierzam wysiąść, gwałtownie otwierają się drzwi kierowcy i ktoś wsiada na przednie siedzenie. To mężczyzna – duży, właściwie olbrzym. Ma szerokie ramiona, ciemne włosy i nie nosi uniformu jak Wilson.
Zanim mam szansę się odezwać, wciska pedał gazu do dechy i odjeżdża.
ROZDZIAŁ 2
Dante Gallo
Ochrona Hotelu Drake jest spięta z powodu przyjazdu na dzisiejszą galę wszystkich tych zarozumiałych polityków. Bogacze nie przepuszczą żadnej okazji, by się pokazać. Bankiety, wręczenia nagród, zbiórki funduszy, aukcje charytatywne – to wszystko tylko pretekst, żeby publicznie poklepać się po plecach.
Restauracja papy La Mer dostarcza nogi kraba królewskiego, krewetki szkarłatne oraz ostrygi w muszlach, a wszystko to zostanie ustawione w wielką wieżę pośrodku szwedzkiego stołu. Zaniżyliśmy stawkę za to zlecenie, więc dziś wieczorem nie zarobimy na krewetkach.
Podjeżdżam busem przed drzwi dla obsługi i pomagam personelowi rozładować skrzynki z mrożonymi owocami morza. Ochroniarz zagląda do kuchni, obserwuje, jak otwieramy przywieziony towar.
– Jak to się w ogóle nazywa? – pyta, wpatrując się w skorupiaki z przerażeniem na twarzy.
– To najlepsze krewetki, na które nawet cię nie stać – odpowiadam z uśmiechem.
– Tak? A ile kosztują?
– Dwieście trzydzieści dziewięć dolarów za kilo.
– Ja pierdolę! – Z niedowierzaniem kręci głową. – Za taką cenę lepiej wyciągnij mi z oceanu syrenę z dużymi cyckami.
Po załadowaniu wszystkich naszych produktów do chłodni kiwam głową do Vinny’ego. Ostatnią skrzynkę wkładamy pod wózek obsługi hotelowej.
Vinny pracuje u Drake’a niekiedy jako boy hotelowy, czasami robi na zmywaku. Tak naprawdę jego rola polega na dostarczaniu gościom rzeczy nieco trudniejszych do zdobycia niż czyste ręczniki czy lód do drinków.
Znam go od czasu, gdy biegaliśmy po dzielnicy Old Town w trampkach ze Spider-Manem. Od tamtej pory urosłem, a Vinny pozostał chudy, piegowaty, z okropnymi zębami, choć niezłym uśmiechem.
Wjeżdżamy windą dla personelu na trzecie piętro. Kabina nieco się ugina pod naszym ciężarem. Ten hotel jest jednym z tych eleganckich z lat dwudziestych ubiegłego wieku – od tamtej pory go remontowano, ale niewiele zmieniono. Pozostawiono mosiężne klamki, kryształowe żyrandole, pikowane krzesła. Śmierdzi tu stęchlizną od dywanów i zasłon, których nie prano chyba od pięćdziesięciu lat.
Przypuszczam, że Dukuly się wkurza, wciśnięty do jakiegoś zwyczajnego pokoju na trzecim piętrze. Zapewne ma widok na jezioro, choć jego lokum znajduje się daleko od apartamentu prezydenckiego. Niestety nie jest najważniejszą osobą na tej gali, jego nazwisko nie widnieje nawet u szczytu tej listy. Na tym konkretnym przyjęciu plasuje się gdzieś w połowie rankingu.
Pewnie dlatego nadal siedzi w ponurym nastroju w swoim pokoju, choć gala ma się właśnie rozpocząć. Czuję wydobywający się spod jego drzwi dym papierosowy.
– Mam wejść z tobą? – pyta Vinny.
– Nie. Możesz wracać na dół.
W kuchni zapewne brakuje rąk do pracy. Nie chcę, aby Vinny napytał sobie biedy, jeśli ktoś będzie go szukał. W dodatku już dwukrotnie wcześniej załatwiałem interesy z Dukulym, więc nie spodziewam się problemów.
Vinny zostawia mnie z wózkiem.
Pukam do drzwi – trzykrotnie, jak uzgodniliśmy.
Otwiera ochroniarz. To typowy napakowany, gburowaty mięśniak wciśnięty w elegancki garnitur, a mimo to wyglądający jak gigant.
Wpuszcza mnie do apartamentu składającego się z dwóch sypialni, pomiędzy którymi mieści się salon. Szybko mnie obszukuje dla pewności, że nie jestem uzbrojony, i rzuca:
– Siadaj.
Opadam na wiktoriańską kanapę, a ogr zajmuje miejsce w fotelu naprzeciwko mnie. Drugi ochroniarz opiera się o ścianę i krzyżuje ręce na piersi. Ten jest nieco szczuplejszy niż jego kumpel, długie włosy związał w kitkę przy karku. Chciałbym wytknąć, że taka fryzura wyszła z mody wraz z ostatnim filmem Stevena Seagala. Zanim jednak mam okazję to zrobić, Dukuly wychodzi z sypialni, paląc cygaro.
Włożył smoking, który rozciąga się na jego wydatnym brzuchu. Jest jednym z tych facetów, którzy wyglądają, jakby byli w ciąży, bo ich tłuszcz zbiera się jedynie w pasie, a nogi i ręce pozostają szczupłe. Na krótko przyciętej brodzie widać siwiznę, a gęste brwi tworzą ciężką półkę nad oczami.
– Dante – wita się ze mną.
– Edwin. – Kiwam głową.
– Poczęstujesz się? – Podsuwa mi kubańskie cygara wysokiej jakości, grube i aromatyczne.
– Dzięki. – Wstaję, aby wziąć jedno.
– Podejdź do okna – poleca. – Recepcja dzwoniła ze skargą. Podobno już w żadnym z pokojów nie wolno palić. Do czego zmierza ten kraj?
Kiwam głową w stronę gościa z kucykiem, który pospiesznie otwiera okno, co nie jest łatwym zadaniem, bo wszystko tu jest stare i sztywne, więc nie działa, jak należy. Nie ma moskitiery, jedynie trzy kondygnacje przestrzeni do markizy nad ulicą.
Widzę podjeżdżające limuzyny, z których wysiadają goście gali – kobiety z błyszczącymi klejnotami i w kolorowych sukniach, mężczyźni w czerniach, szarościach lub granatach.
Dalej dostrzegam ludzi jeżdżących na rowerach po nabrzeżu jeziora i błękitną taflę usianą białymi żaglami.
– Ładny widok – mówię, gdy Dukuly odpala mi cygaro.
– Na jezioro? – Krzywi się. – Zatrzymałem się kiedyś w apartamencie królewskim w Burdż al-Arab. To tutaj to nic takiego.
Wypuszczam dym, żeby ukryć uśmiech. Wiedziałem, że będzie marudził na temat tego pokoju.
Edwin Dukuly to minister gruntów, kopalń i energii w Liberii, ale to za krwawe diamenty nabył zegarek Vacheron, a także te grube cygara. Jak jakiś współczesny Marco Polo wszędzie nosi ze sobą niewielkie sakiewki z diamentami, aby w razie zachcianek wymieniać je na luksusowe dobra.
A tak się składa, że takowe mu przywiozłem. Znajdują się pod piętnastoma centymetrami lodu w skrzyni na owoce morza.
– Usiądziemy? – Edwin wskazuje na kanapę.
Gaszę cygaro na parapecie i idę za nim.
Wyglądamy komicznie – czterech dużych facetów siedzących na meblach obitych materiałem w biało-różowe pasy.
Kładę swoją skrzynkę na stoliku kawowym i otwieram wieko. Wyjmuję worki z lodem, usuwam maskującą warstwę krewetek, by odsłonić ukrytą pod spodem broń.
Przywiozłem mu wszystko, co zamówił: trzy Kałasznikowy, cztery Glocki, Rugera i granatnik RPG-7, którym zazwyczaj rozwala się czołgi. Nie mam pojęcia, co on zamierza z tym zrobić, podejrzewam, że widział taką akcję w telewizji i stwierdził, że to całkiem spoko.
Jest tam też spakowany na kształt cegły kilogram kokainy – czystej, kolumbijskiej. Oczy Dukuly’ego zaczynają błyszczeć, gdy ją zauważa. Wyjmuje z kieszeni niewielki srebrny nóż i rozcina opakowanie. Nabiera białego proszku na koniuszek, podsuwa sobie pod nos i głośno wciąga. Resztę wciera w język i dziąsła.
– Ach! – wzdycha, odkładając nóż na stolik. – Na ciebie zawsze mogę liczyć, Dante. – Zwraca się do swoich ludzi: – Schowajcie to gdzieś, gdzie nie znajdą tego sprzątaczki.
Odchrząkuję, przypominając mu o drobnostce, jaką jest zapłata.
Z tej samej kieszeni wyjmuje małą aksamitną sakiewkę i mi ją podaje. Wysypuję diamenty na dłoń.
Mam przy sobie lupę jubilerską, ale nie muszę jej nawet używać, by stwierdzić, że Dukuly najwyraźniej ma mnie za idiotę.
Kamienie są małe, mętne, a ich rozmiar i liczba wskazują, że mogą stanowić połowę ceny, na jaką się umówiliśmy.
– Co to jest? – pytam.
– Co niby? – Mężczyzna udaje ignorancję. Nie jest jednak zbyt dobrym aktorem.
– To gówno – wytykam mu.
Dukuly się rumieni. Ściąga gęste brwi tak mocno, że ledwie dostrzegam pod nimi jego błyszczące oczy.
– Lepiej uważaj na słowa, Dante.
– Masz rację. – Pochylam się, nadal siedząc. – Pozwól, że powiem to w najgrzeczniejszy możliwy sposób. Zapłać mi tyle, ile jesteś winien, ty jebany kutafonie.
Umięśniony ochroniarz bierze jeden z Glocków i celuje w moją twarz. Olewam go.
– Poważnie? – pytam Dukuly’ego. – Zastrzelicie mnie pośrodku pieprzonego Hotelu Drake?
Mężczyzna się śmieje.
– Mam immunitet dyplomatyczny, przyjacielu. Mógłbym zastrzelić cię na schodach posterunku policji.
– Ale nie masz immunitetu na szantaż. Ojciec jest donem w Chicago. A może zapomniałeś?
– O tak, Enzo Gallo. – Kiwa głową i powoli się uśmiecha. – Potężny człowiek. A przynajmniej kiedyś… Słyszałem, że po śmierci żony stracił jaja. To była twoja matka czy zrobił cię z jakąś inną dziwką?
Matka nie żyje od pięciu lat, ale nie ma godziny, bym o niej nie myślał.
Ogarnia mnie wściekłość.
Płynnym ruchem zgarniam srebrny nóż z blatu i wbijam go w szyję Dukuly’ego. Dźgam go tak mocno, że w jego ciele znika nie tylko ostrze, lecz i połowa rękojeści.
Mężczyzna chwyta się za ranę, wybałuszając oczy, otwierając i zamykając usta, jak wyjęta z wody ryba.
Słyszę trzy kliknięcia, bo najwyraźniej mięśniak próbuje strzelić mi w plecy. Glock nie wypala. Nie jestem na tyle tępy, żeby na handel przynosić naładowaną broń.
Niemniej nie mam wątpliwości, że w marynarkach ochroniarzy znajduje się całkiem sporo kul.
Odwracam Dukuly’ego, by zasłonić się jego ciałem jak tarczą. Muszę się pochylić, bo nie jest tak wysoki jak ja.
Zgodnie z przewidywaniami ten z kucykiem już wyjmuje pistolet. Oddaje sześć pospiesznych strzałów i trafia szefa w klatkę piersiową oraz brzuch.
Wie, że Dukuly już nie żyje – kieruje nim zemsta.
Cóż, mną również.
Skurwiele próbowali mnie okraść. Obrazili moją rodzinę.
Podobnie jak szef odpowiada za swoich żołnierzy, tak teraz żołnierze zapłacą za zachowanie szefa. Oderwę im łby przy samych dupach.
Nie podoba mi się jednak, jak nierówne mam teraz szanse – dwóch na jednego, a tylko ja nie mam broni.
Biegnę zatem do okna, ciągnąc za sobą ciało, którym nadal się osłaniam. Ze skulonymi ramionami, żeby się zmieścić, wskakuję na parapet i daję susa dalej przez uchyloną szparę. Jest ciasno – ledwie się przeciskam dzięki sile rozpędu.
Spadam z trzeciego piętra i widzę tylko, jak niebo z ziemią zamieniają się miejscami.
Chwilę później ląduję na markizie.
Nie zaprojektowano jej do utrzymania stu kilogramów spadającego ciężaru. Materiał się rozrywa, a podpory pękają i zamykają mnie w kokonie ze szczątków.
Mocno uderzam o ziemię. Tak, że powietrze ulatuje mi z płuc, ale nie jest źle jak na lot z dużej wysokości.
Mimo to jestem oszołomiony. Potrzebuję chwili, by się pozbierać. Wymachuję rękami, żeby się wydostać z materiału.
Kiedy patrzę na okno, widzę, że mięśniak się na mnie gapi. Na pewno chciałby mnie zastrzelić. Wstrzymuje się tylko dlatego, że immunitet dyplomatyczny wygasł wraz z życiem jego szefa. Chwilę później widzę, że ten z kucykiem wyskakuje zza rogu budynku. Zbiegł z trzeciego piętra w tempie olimpijczyka. Patrzę, jak pędzi ku mnie, i zastanawiam się, czy lepiej udusić go gołymi rękami, czy może uderzyć jego czaszką o beton. Następnie dostrzegam, że kilku pracowników hotelu oraz gości gali spieszy w moją stronę, i przypominam sobie, że upadając, narobiłem nie lada rumoru. Ktoś na pewno zadzwonił po policję.
Rozglądam się za najbliższym pojazdem z włączonym silnikiem. Nieopodal dostrzegam eleganckiego czarnego Mercedesa. Nikt nie siedzi za kierownicą, ale nadal świecą się reflektory.
Otwieram drzwi, wskakuję do środka.
Wrzucam bieg, przez szybę pasażera zauważam wściekłego ochroniarza z kucykiem. Jest tak wkurwiony, że ma gdzieś ewentualnych świadków – wyjmuje broń.
Salutuję mu i wciskam gaz do dechy.
Silnik ryczy, samochodem szarpie, gdy ruszam na ulicę jak na koniu wypuszczonym z boksu na torze wyścigowym. Mercedes może i wygląda jak łódź, ale pod maską ma niezłą jednostkę napędową.
Nero byłby zachwycony. Kręcą go wszystkie auta. Cieszyłby się, siedząc w tym wygodnym, skórzanym fotelu, który dopasowuje się do ciała kierowcy.
Wnętrze pachnie skórzaną tapicerką, whisky i czymś jeszcze… słodkim i ciepłym, jak drzewo sandałowe i szafran.
Zmierzam Oak Street, gdy w lusterku wstecznym pojawia się twarz. Zaskakuje mnie tak bardzo, że szarpię kierownicą w lewo i niemal zderzam się z autobusem, który jedzie z naprzeciwka. Odbijam w prawo, kontrując, więc tyłem limuzyny zarzuca kilkakrotnie, nim udaje mi się wyprostować pojazd.
Chyba z mojego gardła wymyka się krzyk, a osoba z tyłu piszczy – co zdradza, że to dziewczyna.
Chciałbym się zatrzymać, ale najpierw muszę mieć pewność, że nikt za mną nie jedzie. Podążam na zachód, w stronę rzeki, raz jeszcze próbując dostrzec w lusterku swoją nieoczekiwaną pasażerkę, która kuli się na tylnym siedzeniu, wyraźnie wystraszona.
– Wszystko dobrze – mówię. – Nie zrobię ci krzywdy.
Staram się używać łagodnego głosu, ale jak zwykle z moich ust wydobywa się ochrypły pomruk. Nie potrafię być czarujący wobec kobiet nawet w swoich najlepszych momentach, a co dopiero, gdy przypadkowo jakąś porywam.
Na moment zapada cisza, a potem dziewczyna piszczy:
– Przepraszam, czy mógłbyś… mnie wysadzić?
– Jasne – odpowiadam. – Za chwilę.
Słyszę, że przełyka ślinę. Chwilę później coś szeleści.
– Co to za dźwięk? – warczę.
– To tylko… moja sukienka – szepcze.
– Dlaczego jest tak głośna?
– Bo jest trochę… bufiasta.
No jasne. Dziewczyna zapewne wybierała się na galę.
Nie mam za to pojęcia, dlaczego jej limuzyna stała z boku bez szofera.
– A gdzie się podział twój kierowca?
Waha się, jakby bała się odpowiedzieć na moje pytanie. Jednak bardziej obawia się milczeć.
– Poprosiłam, żeby na moment wysiadł – rzuca. – Byłam… zdenerwowana.
Nieco wyprostowała plecy, więc znów widzę jej twarz. Prostokątne lusterko niemal idealnie ją ujmuje. To najpiękniejsze oblicze, jakie w życiu widziałem. Powinno istnieć jakieś lepsze słowo, aby ją opisać. Może nawet już takie wymyślono, ale nie jestem dostatecznie wykształcony, aby je znać.
Jak nazwać chwilę, w której człowiek nie jest w stanie oderwać wzroku od czyjejś twarzy? Kiedy myśli, że patrzy pod najlepszym kątem, a potem dostrzega uniesienie brwi czy wydech, przy którym usta zmieniają kształt, i znów jest oszołomiony?
Jak nazwać moment, gdy serce przyspiesza tak samo, jak kiedy ktoś celuje ci z pistoletu w twarz? Gdy pocisz się i zasycha ci w ustach? I myślisz tylko: Co się ze mną, kurwa, dzieje? Walnąłem głową mocniej, niż mi się wydawało?
Dziewczyna ma kwadratową twarz z ostrym podbródkiem, szeroko rozstawione oczy o kształcie migdałów i złotobrązowe tęczówki, jak u tygrysicy. Kości policzkowe i linia żuchwy są wydatne, szerokie, pełne usta wyglądają na tak miękkie jak płatki róż. Włosy upięła w gładki kok, więc widzę smukłą szyję i nagie ramiona. Skórę ma jak polerowany brąz – najgładszą, jaką w życiu widziałem.
Obecność takiej laski na tylnej kanapie samochodu jest nieco niepokojąca. To jak wrzucenie drobniaka do maszyny z gumą do żucia, z której wypada największy niebieski diament, jaki kiedykolwiek odkryto – Diament Hope.
To nie może się dobrze skończyć.
– Kim jesteś? – pytam.
– Simone Solomon. Mój ojciec to Yafeu Solomon.
Wypowiada to na jednym wydechu, jakby zwykła się przedstawiać przez rodzica, co oznacza, że ten gość musi być kimś ważnym, chociaż nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, jednak w tej chwili mam go w dupie. Chcę za to wiedzieć, dlaczego płakała sama w limuzynie, podczas gdy powinna popijać szampana w towarzystwie grubych ryb.
– Dlaczego się zdenerwowałaś? – dociekam.
– Och. Cóż…
Widzę, że się rumieni – jej brązowe policzki są jak u zmieniającego barwy kameleona. Nie mogę oderwać od niej wzroku w lusterku, więc ledwie patrzę na drogę.
– Dostałam się do szkoły projektowania, ale ojciec… Mam uczęszczać na inną uczelnię.
– Co to jest szkoła projektowania?
– Chodzi o modę… – Czerwieni się jeszcze mocniej. – No wiesz, ubrania, dodatki i takie tam…
– Uszyłaś tę suknię?
Orientuję się, że to głupie pytanie, już kiedy wychodzi z moich ust. Przecież bogacze nie szyją własnoręcznie swoich strojów.
Simone jednak się nie śmieje. Wygładza różowy tiul i rzuca:
– Chciałabym! Ale to Elie Saab Couture… podobna do tej, którą nosiła Fan Bingbing na Festiwalu Filmowym w Cannes w dwa tysiące dwunastym roku. Tamta jej miała pelerynę, a tiul i cekiny w botanicznym wzorze…
Milknie. Może się orientuje, że równie dobrze mogłaby nawijać po mandaryńsku, bo właśnie tyle z tego zrozumiałem. Zupełnie nie znam się na modzie. Mam kilkanaście białych T-shirtów i tyle samo czarnych.
Wolałbym jednak, żeby mówiła dalej. Podoba mi się jej miękki, elegancki, kulturalny głos… Stanowi całkowite przeciwieństwo mojego tonu. Poza tym ludzie zdają się o wiele bardziej intrygujący, gdy opowiadają o czymś, co kochają.
– Nie interesują cię stroje. – Śmieje się cicho.
– Niespecjalnie. Ale podoba mi się słuchanie ciebie.
– Mnie? – Ponownie parska śmiechem. Kiedy opowiadała o sukience, zapomniała o strachu.
– A to dziwne?
– Nooo… – bąka. – Wszystko w tej sytuacji jest niezwykłe.
Upewniam się, że nikt za mną nie jedzie, po czym skręcam na północ i przemierzam ulice bez celu. Powinienem porzucić to auto – zapewne już zgłoszono jego kradzież. Z podobnych względów muszę pozostawić gdzieś dziewczynę. Mógłbym wysadzić ją na najbliższym skrzyżowaniu. A jednak tego nie robię.
– Masz akcent? – Wydaje mi się, że tak, ale nie potrafię go umiejscowić.
– Nie wiem – odpowiada. – Mieszkałam w wielu miejscach.
– Gdzie?
– Cóż, urodziłam się w Paryżu, tam mieszka rodzina mojej matki. Potem przenieśliśmy się do Hamburga, następnie do Accary… później to chyba były Wiedeń, Barcelona, na chwilę Montreal… Boże, ależ tam było zimno. Następnie Waszyngton, w którym czułam się o wiele lepiej. Potem uczyłam się w szkole z internatem w Maisons-Laffitte.
– Dlaczego tak często się przeprowadzaliście?
– Ojciec jest ambasadorem. I biznesmenem.
– A mama?
– Dziedziczką imperium czekolady. – Uśmiecha się z dumą. – Jej nazwisko panieńskie brzmi Le Roux. Znasz trufle Le Roux?
Kręcę głową. Czuję się przy Simone jak nieokrzesany ignorant.
Chociaż wydaje się bardzo młoda, była już chyba wszędzie na świecie.
– Ile masz lat? – pytam.
– Osiemnaście.
– Och. Wyglądasz na mniej.
– A ty ile masz lat?
– Dwadzieścia jeden.
Parska śmiechem.
– A wydajesz się starszy.
– Wiem.
Patrzymy na siebie w lusterku wstecznym i uśmiechamy. Szczerzę się bardziej niż zwykle. Nie mam pojęcia, co nas tak bawi. Buzuje między nami energia, dzięki której rozmawiamy swobodnie, a nic, co wychodzi z naszych ust, nie wydaje się dziwne.
Nawet jeśli jesteśmy sobie obcy w tej pokręconej sytuacji.
– Mieszkasz w Hotelu Drake? – pytam.
– Nie… Wynajęliśmy na lato dom w Chicago.
– Gdzie?
– W Lincoln Park.
– Ja mieszkam w Old Town.
Dzielnice ze sobą sąsiadują.
Nie powinienem jej o tym mówić – jeśli przesłucha ją policja, poda mój opis, a gliny nie będą miały problemu z tym, żeby mnie znaleźć. W Old Town nie mieszka wielu Włochów wielkości konia pociągowego. W dodatku chicagowska policja dość dobrze zna ród Gallów.
– Chyba muszę się już zająć swoimi sprawami – mówię.
Usta wypowiadają te słowa, chociaż ciało nie do końca się z nimi zgadza. Zatrzymuję się na najbliższym parkingu, ale nie wysiadam.
Nadal widzę w lusterku, że dziewczyna obserwuje mnie brązowymi oczami. Mruga powoli jak kotka. Hipnotyzuje mnie.
– Zostawię cię przy muzeum historycznym – informuję ją. – Masz telefon?
– Tak – odpowiada.
To również niechlujstwo z mojej strony. Przecież podczas jazdy mogłaby zadzwonić na policję, czego nawet bym nie zauważył.
Co ja, do chuja, wyprawiam? Nigdy nie cechowała mnie taka lekkomyślność.
Połą koszuli pospiesznie wycieram kierownicę, drążek zmiany biegów, aby nie pozostawić żadnych odcisków palców. Czyszczę też klamkę.
– Wysiadam – mówię. – Wyświadcz mi przysługę i posiedź tu jeszcze przez kilka minut, nim do kogoś zadzwonisz.
– Czekaj! – woła.
Odwracam się i po raz pierwszy znajduję się z nią twarzą w twarz.
A ten widok nie tylko sprawia, że oddech więźnie mi w gardle, lecz dosłownie odbiera mi możliwość oddychania.
Simone przesuwa się między siedzenia i mnie całuje.
Zaraz potem się odsuwa i wygląda niemal na równie zaskoczoną jak ja.
– Żegnaj – mówi.
Wysiadam i spieszę do parku.