Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Krwawy Księżyc - ebook

Tłumacz:
Data wydania:
23 listopada 2022
Ebook
39,90 zł
Audiobook
44,90 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
39,90

Krwawy Księżyc - ebook

Życie Harry’ego Hole się rozpadło. W akcie rozpaczy ekspolicjant leci do Los Angeles, by tam zapić się na śmierć. Nieubłaganie stacza się na dno, przesiadując w barze. Tutaj poznaje podstarzałą aktorkę Lucille. Kobieta jest zadłużona na niemal milion dolarów, co może mieć śmiertelne konsekwencje. Harry wyrywa się z alkoholowego ciągu, żeby ratować nową znajomą z rąk kartelu narkotykowego.

W tym czasie w Oslo zostają zamordowane dwie dziewczyny. Główny podejrzany – potentat na rynku nieruchomości – wynajmuje Harry’ego, by udowodnił jego niewinność. Jeśli w ciągu dziesięciu dni uda się doprowadzić do wykrycia zabójcy, detektyw zdobędzie pieniądze, którymi spłaci dług Lucille.

Hole tworzy zespół złożony z taksówkarza handlującego narkotykami, skorumpowanego policjanta i chorego na raka psychologa. Zegar tyka bezlitośnie, Harry popełnia błędy, morderca bawi się ze wszystkimi w kotka i myszkę. A nad Oslo niebawem wzejdzie Krwawy Księżyc…

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-271-6361-5
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

– Oslo – po­wie­dział mężczy­zna, pod­no­sząc do ust szklan­kę z whi­sky.

– To jest miej­sce, któ­re ko­chasz naj­bar­dziej? – spy­ta­ła Lu­cil­le.

Za­pa­trzył się przed sie­bie, jak­by mu­siał prze­my­śleć od­po­wie­dź, za­nim kiw­nął gło­wą. Ob­ser­wo­wa­ła go, pod­czas gdy pił. Był wy­so­ki, gó­ro­wał nad nią, na­wet kie­dy sie­dział obok niej przy ba­rze. Mu­siał mieć co naj­mniej dzie­si­ęć albo na­wet dwa­dzie­ścia lat mniej niż ona, sie­dem­dzie­si­ęcio­dwu­lat­ka, cho­ciaż u al­ko­ho­li­ków trud­no okre­ślić wiek. Twarz i cia­ło miał jak­by wy­rze­źbio­ne w drew­nie, chu­de, pro­por­cjo­nal­ne i sil­ne, skó­rę bla­dą, a na no­sie ry­so­wa­ła się de­li­kat­na sia­tecz­ka nie­bie­skich ży­łek, co wraz z prze­krwio­ny­mi ocza­mi o tęczów­kach w ko­lo­rze spra­ne­go dżin­su świad­czy­ło o tym, że żył moc­no. Pił moc­no. Upa­dał moc­no. I może rów­nie moc­no ko­chał, bo w ci­ągu tego mie­si­ąca, kie­dy stał się no­wym sta­łym go­ściem w Cre­atu­res, chwi­la­mi do­strze­ga­ła ból w jego spoj­rze­niu. Był ni­czym zbi­ty pies, wy­ko­pa­ny ze sta­da, za­wsze sam, na ko­ńcu baru. Obok Bron­co, me­cha­nicz­ne­go byka, któ­re­go Ben, wła­ści­ciel baru, zwi­nął z pla­nu fil­mu Miej­ski kow­boj, gdzie wcze­śniej pra­co­wał jako re­kwi­zy­tor. Film oka­zał się gi­gan­tycz­ną kla­pą, a byk przy­po­mi­nał, że Los An­ge­les nie jest zbu­do­wa­ne na suk­ce­sach fil­mo­wych, lecz na śmiet­ni­sku, na któ­re tra­fia­ją fi­nan­so­we i ludz­kie plaj­ty. Po­nad osiem­dzie­si­ąt pro­cent fil­mów kom­plet­nie nie wy­pa­la­ło i przy­no­si­ło tyl­ko stra­ty, a mia­sto mia­ło naj­wi­ęk­szą licz­bę bez­dom­nych w ca­łych Sta­nach, i to w ta­kim za­gęsz­cze­niu, że aby zna­le­źć po­dob­ne, trze­ba by je­chać do ta­kich me­tro­po­lii jak Bom­baj. Du­sił je rów­nież ruch sa­mo­cho­do­wy; po­zo­sta­wa­ło je­dy­nie py­ta­nie, czy prze­stęp­czo­ść, prze­moc i nar­ko­ty­ki nie uprze­dzą przy­pad­kiem spa­lin. Ale sło­ńce świe­ci­ło. Tak, prze­klęta ka­li­for­nij­ska lam­pa, roz­ja­rzo­na jak ta nad fo­te­lem den­ty­stycz­nym, ni­g­dy nie ga­sła, tyl­ko świe­ci­ła bez­li­to­śnie, a w jej bla­sku cała sztucz­na bi­żu­te­ria w tym pod­ra­bia­nym mie­ście lśni­ła ni­czym praw­dzi­we dia­men­ty, ni­czym rze­czy­wi­ste hi­sto­rie o suk­ce­sie. Gdy­by lu­dzie wie­dzie­li. Tak jak wie­dzia­ła ona, Lu­cil­le, któ­ra była na ekra­nie. I poza ekra­nem.

Mężczy­zna sie­dzący obok niej zde­cy­do­wa­nie ni­g­dy nie był na ekra­nie, bo ta­kich roz­po­zna­wa­ła na­tych­miast. Ale nie wy­glądał też na jed­ne­go z tych, któ­rzy ga­pią się na ekran z po­dzi­wem, na­dzie­ją lub za­zdro­ścią. Wy­glądał ra­czej na ta­kie­go, któ­ry wszyst­ko ole­wa. Ma wła­sne spra­wy. Może mu­zyk? Ktoś w ty­pie Fran­ka Zap­py, kto gdzieś tu, w Lau­rel Ca­ny­on, two­rzy w piw­ni­cy nie­do­stęp­ne dla pu­blicz­no­ści dzie­ła i ni­g­dy nie zo­stał – ani nie zo­sta­nie – od­kry­ty?

Po pew­nym cza­sie, od­kąd ten nowy się tu po­ja­wił, za­częli z Lu­cil­le wy­mie­niać ski­nie­nia gło­wą i krót­kie po­wi­ta­nia, tak jak to ro­bią przed­po­łu­dnio­wi go­ście w ba­rze dla za­awan­so­wa­nych pi­ja­ków, ale dziś po raz pierw­szy przy­sia­dła się do nie­go i po­sta­wi­ła mu drin­ka. To zna­czy za­pła­ci­ła za drin­ka, któ­re­go już zdążył za­mó­wić, gdy zo­ba­czy­ła, że Ben od­da­je mu kar­tę kre­dy­to­wą z miną mó­wi­ącą ja­sno, że kon­to jest pu­ste.

– Ale czy Oslo ko­cha cię z wza­jem­no­ścią? – rzu­ci­ła. – Oto jest py­ta­nie.

– Ra­czej nie – od­pa­rł.

Kie­dy prze­su­nął dło­nią po szczot­ce krót­kich wło­sów bar­wy si­wie­jące­go brud­ne­go blon­du, za­uwa­ży­ła, że za­miast środ­ko­we­go pal­ca ma me­ta­lo­wą pro­te­zę. Nie był pi­ęk­nym mężczy­zną, a bli­zna ko­lo­ru wątro­by, ci­ągnąca się w kszta­łcie li­te­ry J od kąci­ka ust w stro­nę ucha, jak­by był rybą zła­pa­ną na ha­czyk, w ni­czym nie po­lep­sza­ła spra­wy. Ale miał coś w so­bie, coś brzyd­ko-ład­ne­go i tro­chę nie­bez­piecz­ne­go, coś ta­kie­go, co mie­li jej ko­le­dzy po fa­chu z tego mia­sta. Chri­sto­pher Wal­ken. Nick Nol­te. No i te sze­ro­kie bary. Cho­ciaż może tak się tyl­ko wy­da­wa­ło, bo był taki chu­dy.

– No wła­śnie, a nam aku­rat na nich naj­bar­dziej za­le­ży – stwier­dzi­ła Lu­cil­le. – Na tych, któ­rzy nie od­wza­jem­nia­ją na­szej mi­ło­ści. Wy­da­je nam się, że nas po­ko­cha­ją, je­śli tyl­ko trosz­kę bar­dziej się wy­si­li­my.

– Czym się zaj­mu­jesz? – spy­tał.

– Pi­ciem. – Wska­za­ła na wła­sną szklan­kę whi­sky. – I kar­mie­niem ko­tów.

– Mhm.

– Ale ra­czej chcia­łeś spy­tać o to, kim je­stem. A je­stem... – Wy­pi­ła łyk, za­sta­na­wia­jąc się, któ­rą wer­sję mu przed­sta­wić: tę na uży­tek to­wa­rzy­ski czy tę praw­dzi­wą. Od­sta­wi­ła szklan­kę i zde­cy­do­wa­ła się na to ostat­nie. Niech to szlag. – ...ak­tor­ką, któ­ra za­gra­ła jed­ną dużą rolę: Ju­lii. W ci­ągle naj­lep­szej fil­mo­wej wer­sji Ro­mea i Ju­lii, któ­rej nie­ste­ty już nikt nie pa­mi­ęta. Może jed­na duża rola nie brzmi zbyt im­po­nu­jąco, ale to i tak wi­ęcej niż to, na co może li­czyć wi­ęk­szo­ść ak­to­rek w tym mie­ście. Mia­łam trzech mężów, dwóch było bo­ga­ty­mi pro­du­cen­ta­mi fil­mo­wy­mi, a roz­sta­łam się z nimi po wy­ne­go­cjo­wa­niu ko­rzyst­nych wa­run­ków roz­wo­du, czy­li rów­nież osi­ągnęłam wi­ęcej niż to, na co może li­czyć wi­ęk­szo­ść ak­to­rek. Trze­cie­go, jako je­dy­ne­go z nich, ko­cha­łam. Ak­tor, ado­nis bez gro­sza przy du­szy, bez dys­cy­pli­ny i bez su­mie­nia. Wy­dał wszyst­kie moje pie­ni­ądze, a po­tem mnie zo­sta­wił. Na­dal go ko­cham, oby się sma­żył w pie­kle.

Do­pi­ła resz­tę drin­ka, od­sta­wi­ła szklan­kę na bar i za­sy­gna­li­zo­wa­ła Be­no­wi, że chce jesz­cze jed­ne­go.

– No a po­nie­waż za­wsze tra­cę gło­wę dla tego, cze­go nie mogę do­stać, to po­sta­wi­łam pie­ni­ądze, któ­rych nie mam, na pro­jekt fil­mo­wy, ku­szący wiel­ką rolą dla star­szej pani. Pro­jekt z in­te­li­gent­nym sce­na­riu­szem, ak­to­ra­mi, któ­rzy na­praw­dę po­tra­fią grać, i re­ży­se­rem, któ­ry chce dać wi­dzom coś do re­flek­sji. Krót­ko mó­wi­ąc, na pro­jekt z góry ska­za­ny na nie­po­wo­dze­nie, co ro­zu­mie­ją wszy­scy roz­sąd­ni lu­dzie. Taka więc je­stem, prze­gra­na ma­rzy­ciel­ka, ty­po­wa An­ge­le­no.

Mężczy­zna z bli­zną w kszta­łcie li­te­ry J lek­ko się uśmiech­nął.

– Okej, na tym moja au­to­iro­nia się wy­czer­pa­ła – po­wie­dzia­ła Lu­cil­le. – Jak ci na imię?

– Har­ry.

– Mało mó­wisz, Har­ry.

– Mhm.

– Szwed?

– Nor­weg.

– Ucie­kasz przed czy­mś?

– A tak wy­glądam?

– Ow­szem. Wi­dzę, że no­sisz ob­rącz­kę. Je­steś żo­na­ty?

– Żona nie żyje.

– Aha. Ucie­kasz od ża­ło­by. – Lu­cil­le unio­sła szklan­kę do to­a­stu. – A chcesz wie­dzieć, któ­re miej­sce ja ko­cham naj­moc­niej? Wła­śnie to, Lau­rel Ca­ny­on, ale nie z cza­sów obec­nych, tyl­ko z ko­ńców­ki lat sze­śćdzie­si­ątych. Szko­da, że cię tu wte­dy nie było, Har­ry. Je­śli już się uro­dzi­łeś.

– Tak, tyle zro­zu­mia­łem.

Wska­za­ła na opra­wio­ne w ram­ki fo­to­gra­fie na ścia­nie za ple­ca­mi Bena.

– Wszy­scy ci mu­zy­cy, któ­rzy się tu wte­dy kręci­li: Cros­by, Stills, Nash i... Jak się na­zy­wał ten ostat­ni?

Har­ry znów się uśmiech­nął.

– The Ma­mas and the Pa­pas – ci­ągnęła. – Ca­ro­le King. Ja­mes Tay­lor. Joni Mit­chell. – Skrzy­wi­ła się. – Wy­gląda­ła i śpie­wa­ła jak dziew­czyn­ka ze szkó­łki nie­dziel­nej, ale za­da­wa­ła się z wi­ęk­szo­ścią tych, któ­rych wy­mie­ni­łam. Na­wet Le­onar­da zła­pa­ła w swo­je szpo­ny. Miesz­kał tu z nią przez ja­kiś mie­si­ąc. Wy­po­ży­czy­ła mi go na jed­ną noc.

– Le­onar­da Co­he­na?

– We wła­snej oso­bie. Świet­ny, ko­cha­ny fa­cet. Na­uczył mnie cze­goś o pi­sa­niu ry­mo­wa­nych stro­fek. Mó­wił, że wi­ęk­szo­ść lu­dzi robi głu­pio, za­czy­na­jąc od jed­ne­go do­bre­go zda­nia, a w na­stęp­nym do­pi­su­jąc coś śred­nie­go z awa­ryj­nym ry­mem. Tym­cza­sem cała sztu­ka po­le­ga na umiesz­cze­niu rymu awa­ryj­ne­go wła­śnie w pierw­szym zda­niu, bo wte­dy nikt nie zwró­ci na to uwa­gi. Je­śli wpad­nie ci do gło­wy ta­kie pi­ęk­ne zda­nie: Your hair on the pil­low like a sle­epy gol­den storm, a po­tem – żeby się ry­mo­wa­ło – do­pi­su­jesz ba­nal­ne: We made love in the mor­ning, our kis­ses deep and warm, to wszyst­ko po­psu­łeś. Ale je­śli zmie­nisz ko­lej­no­ść i na­pi­szesz: We made love in the mor­ning, our kis­ses deep and warm, your hair on the pil­low like a sle­epy gol­den storm, to wte­dy oba te zda­nia zy­sku­ją na­tu­ral­ną ele­gan­cję. Tak to sły­szy­my, bo wy­da­je nam się, że au­tor my­śli w tej sa­mej ko­lej­no­ści, co pi­sze. Nic dziw­ne­go, bo jako lu­dzie je­ste­śmy prze­cież prze­ko­na­ni, że to, co się dzie­je, jest kon­se­kwen­cją tego, co wy­da­rzy­ło się wcze­śniej, a nie od­wrot­nie.

– Mhm. Czy­li że to, co się dzie­je, jest kon­se­kwen­cją tego, co do­pie­ro się wy­da­rzy.

– No wła­śnie, Har­ry! Ro­zu­miesz?

– Nie je­stem pe­wien. Masz ja­kieś przy­kła­dy?

– Ja­sne. – Do­pi­ła drin­ka.

Mu­siał wy­chwy­cić coś w jej to­nie, bo za­uwa­ży­ła, że unió­sł brew i szyb­ko prze­ska­no­wał wzro­kiem lo­kal.

– Te­raz, w tej chwi­li, mó­wię ci, że za­dłu­ży­łam się na pro­jekt fil­mo­wy – po­wie­dzia­ła, spo­gląda­jąc na za­ku­rzo­ny par­king przed ba­rem, wi­docz­ny przez brud­ne okno z opusz­czo­ny­mi do po­ło­wy ro­le­ta­mi. – To nie przy­pa­dek, tyl­ko kon­se­kwen­cja tego, co się wy­da­rzy. Bo obok mo­je­go sa­mo­cho­du stoi za­par­ko­wa­ny bia­ły ca­ma­ro.

– Z dwo­ma fa­ce­ta­mi w środ­ku – uzu­pe­łnił Har­ry. – Stoi tak już od dwu­dzie­stu mi­nut.

Po­ki­wa­ła gło­wą. Wła­śnie po­twier­dził, że nie po­my­li­ła się co do jego pro­fe­sji.

– Dziś rano za­uwa­ży­łam ten wóz przed swo­im do­mem na gó­rze w Ca­ny­on. To nie był ża­den szok. Już mnie ostrze­ga­li, za­po­wie­dzie­li, że wy­ślą win­dy­ka­to­rów. Oczy­wi­ście nie ta­kich z cer­ty­fi­ka­tem. Bo ta po­życz­ka nie zo­sta­ła wzi­ęta w ban­ku, że się tak wy­ra­żę. Kie­dy te­raz wyj­dę do sa­mo­cho­du, któ­ryś z nich praw­do­po­dob­nie będzie miał mi coś do po­wie­dze­nia. Przy­pusz­czam, że na tym po­prze­sta­ną. To zna­czy na ostrze­że­niach i gro­źbach.

– Mhm. Dla­cze­go mi o tym mó­wisz?

– Bo je­steś po­li­cjan­tem.

Znów ta unie­sio­na brew.

– Tak?

– Mój oj­ciec był po­li­cjan­tem, a was naj­wy­ra­źniej da się roz­po­znać na ca­łym świe­cie. Cho­dzi o to, że chcę cię pro­sić, że­byś mnie stąd ob­ser­wo­wał. A gdy­by ten gość za­czął krzy­czeć i gro­zić, to chcę, że­byś wy­sze­dł na ze­wnątrz i... no wła­śnie, wy­glądał jak po­li­cjant, wte­dy się od­cze­pią. Cho­ciaż je­stem prze­ko­na­na, że do ni­cze­go nie doj­dzie, to jed­nak po­czu­ję się tro­chę bez­piecz­niej, je­śli będziesz miał na mnie oko.

Har­ry ob­rzu­cił ją ba­daw­czym spoj­rze­niem.

– Okej – po­wie­dział po pro­stu.

Lu­cil­le była za­sko­czo­na. Czy nie za ła­two dał się prze­ko­nać? Przy tym miał jed­nak w oczach coś so­lid­ne­go, co spra­wia­ło, że mu ufa­ła. No ale z dru­giej stro­ny za­ufa­ła też ado­ni­so­wi. Jak rów­nież re­ży­se­ro­wi i pro­du­cen­to­wi. No i w ogó­le.

– Wo­bec tego idę – oświad­czy­ła.

***

Har­ry Hole trzy­mał szklan­kę w ręku. Wsłu­chi­wał się w le­d­wie sły­szal­ny syk top­nie­jących ko­stek lodu. Nie pił. Był spłu­ka­ny, do­ta­rł do kre­su dro­gi i za­mie­rzał dłu­go cie­szyć się tym drin­kiem. Za­wie­sił wzrok na zdjęciu za ba­rem. Przed­sta­wia­ło Char­le­sa Bu­kow­skie­go, jed­ne­go z jego ulu­bio­nych pi­sa­rzy z lat mło­dzie­ńczych, na pla­cy­ku przed Cre­atu­res. Ben mó­wił, że fo­to­gra­fię zro­bio­no w la­tach sie­dem­dzie­si­ątych. Bu­kow­ski stał, obej­mu­jąc kum­pla ra­mie­niem, chy­ba o wscho­dzie sło­ńca; obaj mie­li ha­waj­skie ko­szu­le, roz­my­te spoj­rze­nia, źre­ni­ce jak punk­ci­ki i trium­fal­ne uśmie­chy, jak­by wła­śnie do­tar­li do bie­gu­na pó­łnoc­ne­go po wy­jąt­ko­wo męczącej prze­pra­wie.

Har­ry opu­ścił oczy na kar­tę kre­dy­to­wą, któ­rą Ben rzu­cił przed nim na kon­tu­ar.

Pu­sta. Opró­żnio­na. Nic wi­ęcej nie zo­sta­ło. Mis­sion ac­com­pli­shed. A mi­sja po­le­ga­ła wła­śnie na tym, na pi­ciu do cza­su, aż nie zo­sta­nie już nic wi­ęcej. Nie będzie żad­nych pie­ni­ędzy, żad­nych dni, żad­nej przy­szło­ści. Po­zo­sta­wa­ło je­dy­nie spraw­dzić, czy jest dość od­wa­żny – albo dość tchórz­li­wy – aże­by to wszyst­ko za­ko­ńczyć. W jego po­ko­ju w pen­sjo­na­cie le­żał pod ma­te­ra­cem sta­ry pi­sto­let Be­ret­ta. Ku­pił go za dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów od bez­dom­nych miesz­ka­jących w nie­bie­skich na­mio­tach w dziel­ni­cy Skid Row. W środ­ku były trzy kule. Uło­żył kar­tę pła­sko w dło­ni i za­gi­ął wo­kół niej pal­ce. Od­wró­cił się i wyj­rzał przez okno. Pa­trzył na star­szą pa­nią, gdy wy­szła na par­king. Była taka drob­na. De­li­kat­na, kru­cha i sil­na jak wró­bel. W be­żo­wych spodniach i pa­su­jącym do nich ko­lo­rem krót­kim ża­kie­cie. Jej ar­cha­icz­ny, ale gu­stow­ny styl miał w so­bie coś z lat osiem­dzie­si­ątych. Tak ubra­na wpa­da­ła do baru co­dzien­nie przed po­łud­niem. Ro­bi­ła en­tré. Przed pu­blicz­no­ścią li­czącą od dwóch do ośmiu osób.

„Lu­cil­le is here!” – ob­wiesz­czał zwy­kle Ben i nie­pro­szo­ny za­czy­nał szy­ko­wać jej sta­łą tru­ci­znę, whi­sky sour.

Ale to nie spo­sób, w jaki Lu­cil­le sztur­mem zdo­by­wa­ła prze­strzeń, ko­ja­rzył się Har­ry’emu z mat­ką, któ­ra zma­rła w Szpi­ta­lu Ra­do­wym, gdy miał pi­ęt­na­ście lat, po­zo­sta­wia­jąc w jego ser­cu pierw­szą dziu­rę po kuli. Z mat­ką ko­ja­rzy­ło mu się ła­god­ne, śmie­jące się, a jed­no­cze­śnie smut­ne spoj­rze­nie Lu­cil­le, ta­kie jak u do­brej, ale zre­zy­gno­wa­nej du­szy. Tro­ska oka­zy­wa­na in­nym, gdy py­ta­ła o najświe­ższe wie­ści do­ty­czące do­le­gli­wo­ści zdro­wot­nych, ży­cia uczu­cio­we­go i naj­bli­ższych. A ta­kże to, że po­zwo­li­ła Har­ry’emu w spo­ko­ju sie­dzieć przy ba­rze w dru­gim ko­ńcu lo­ka­lu. Wła­śnie to ko­ja­rzy­ło mu się z mat­ką, ma­ło­mów­ną ko­bie­tą będącą wie­żą kon­tro­l­ną ro­dzi­ny, jej ośrod­kiem ner­wo­wym, po­ci­ąga­jącą za sznur­ki tak dys­kret­nie, że ła­two było uwie­rzyć, iż to oj­ciec o wszyst­kim de­cy­du­je. Z mat­ką, któ­ra mia­ła ta­kie bez­piecz­ne ob­jęcia, któ­ra za­wsze ro­zu­mia­ła, któ­rą za­wsze ko­chał po­nad wszyst­ko, przez co sta­ła się rów­nież jego sła­bo­ścią. Tak jak wte­dy, w dru­giej kla­sie, kie­dy roz­le­gło się ostro­żne pu­ka­nie do drzwi i w pro­gu sta­nęła mat­ka z dru­gim śnia­da­niem, któ­re Har­ry za­po­mniał za­brać z domu. Od­ru­cho­wo roz­pro­mie­nił się na jej wi­dok, ale za­raz usły­szał śmie­chy ko­le­gów, wy­ma­sze­ro­wał więc do niej na ko­ry­tarz i z wście­kło­ścią oznaj­mił, że przy­no­si mu wstyd i żeby za­raz stąd szła, a on nie musi jeść. Po­sła­ła mu tyl­ko smut­ny uśmiech, wręczy­ła ka­nap­ki, po­gła­dzi­ła go po po­licz­ku i ode­szła. Pó­źniej już ni­g­dy do tego nie wra­ca­ła. Oczy­wi­ście zro­zu­mia­ła, tak jak za­wsze. A on, kie­dy po­ło­żył się wie­czo­rem, ta­kże zro­zu­miał. Że to nie przez nią czuł się nie­przy­jem­nie, tyl­ko dla­te­go, że wszy­scy to wi­dzie­li. Jego mi­ło­ść. Jego wra­żli­wo­ść. W na­stęp­nych la­tach wie­le razy chciał ją za to prze­pro­sić, ale chy­ba wy­szło­by głu­pio.

Na wy­sy­pa­nym żwi­rem pla­cy­ku pod­nio­sła się chmu­ra ku­rzu, któ­ra na mo­ment oto­czy­ła Lu­cil­le przy­trzy­mu­jącą oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Drzwicz­ki po stro­nie pa­sa­że­ra się otwo­rzy­ły, z bia­łe­go ca­ma­ro wy­sia­dł mężczy­zna w ciem­nych oku­la­rach i czer­wo­nej ko­szul­ce polo. Sta­nął przed sa­mo­cho­dem, za­gra­dza­jąc Lu­cil­le dro­gę do jej auta.

Har­ry spo­dzie­wał się, że będzie ob­ser­wo­wał roz­mo­wę tych dwoj­ga. Mężczy­zna jed­nak zro­bił krok do przo­du, chwy­cił Lu­cil­le za ra­mię i za­czął ją ci­ągnąć w stro­nę ca­ma­ro. Har­ry zo­ba­czył, że pi­ęty bu­tów Lu­cil­le za­pa­da­ją się w żwir. A te­raz za­uwa­żył też, że ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne ca­ma­ro nie są ame­ry­ka­ńskie. W jed­nej chwi­li po­de­rwał się ze sto­łka. Pod­bie­gł do drzwi, otwo­rzył je łok­ciem i ośle­pio­ny bla­skiem sło­ńca o mało nie spa­dł z dwóch stop­ni. Uświa­do­mił so­bie, że da­le­ko mu do trze­źwo­ści. Ob­ró­cił się w stro­nę tam­tych sa­mo­cho­dów. Oczy stop­nio­wo przy­wy­ka­ły do świa­tła. Za par­kin­giem, po dru­giej stro­nie dro­gi wi­jącej się przez zie­lo­ne zbo­cze wzgó­rza, znaj­do­wał się sen­ny pod­miej­ski sklep, Har­ry nie do­strze­gł jed­nak ni­ko­go oprócz tego mężczy­zny i ci­ągni­ętej w stro­nę ca­ma­ro Lu­cil­le.

– Po­li­ce! – za­wo­łał. – Let her go!

– Ple­ase stay out of this, sir! – od­krzyk­nął mężczy­zna.

Har­ry do­sze­dł do wnio­sku, że ten czło­wiek musi mieć taką samą prze­szło­ść jak on, bo je­dy­nie po­li­cjan­ci w po­dob­nych sy­tu­acjach wy­ra­ża­ją się rów­nie uprzej­mie. Wie­dział ta­kże, że fi­zycz­na in­ter­wen­cja jest nie­unik­nio­na, a w wy­pad­ku wal­ki wręcz re­gu­ła nu­mer je­den jest pro­sta: „Nie cze­kaj. Ten, kto ata­ku­je jako pierw­szy i z mak­sy­mal­ną agre­sją, wy­gry­wa”. Dla­te­go się nie za­trzy­mał, a tam­ten dru­gi mu­siał po­jąć jego za­mia­ry, bo pu­ścił Lu­cil­le, jed­no­cze­śnie si­ęga­jąc za ple­cy. Kie­dy znów wy­su­nął rękę, za­ci­skał dłoń na błysz­czącym pi­sto­le­cie, któ­ry Har­ry na­tych­miast roz­po­znał. Glock 17. Wy­ce­lo­wa­ny te­raz pro­sto w nie­go.

Har­ry zwol­nił, ale da­lej sze­dł w kie­run­ku mężczy­zny. Zza pi­sto­le­tu wi­dział jego ce­lu­jące oko, a mimo war­ko­tu prze­je­żdża­jące­go dro­gą pick-upa usły­szał sło­wa:

– Niech pan wra­ca tam, skąd pan przy­sze­dł. Na­tych­miast!

Ale Har­ry wci­ąż kie­ro­wał się w jego stro­nę. Zo­rien­to­wał się, że w pra­wej ręce ci­ągle trzy­ma kar­tę kre­dy­to­wą. Czy wła­śnie tak miał sko­ńczyć? W pa­lącym sło­ńcu na za­ku­rzo­nym par­kin­gu w ob­cym kra­ju, jako lek­ko wsta­wio­ny ban­krut? Usi­łu­jący zro­bić to, cze­go nie uda­ło mu się zro­bić dla mat­ki ani dla ni­ko­go spo­śród tych, na któ­rych kie­dy­kol­wiek mu za­le­ża­ło?

Przy­mknął oczy i za­ci­snął pal­ce wo­kół kar­ty, for­mu­jąc z dło­ni dłu­to.

Na­gle roz­brzmiał mu w gło­wie ty­tuł pio­sen­ki Le­onar­da Co­he­na, któ­rej frag­ment błęd­nie za­cy­to­wa­ła Lu­cil­le: Hey, That’s No Way To Say Go­od­bye.

Cho­le­ra, rze­czy­wi­ście.1

Pi­ątek

Była ósma wie­czór, a od chwi­li gdy wrze­śnio­we sło­ńce za­szło nad Oslo, mi­nęło pół go­dzi­ny. Mi­nęła też pora kła­dze­nia się spać dla trzy­lat­ków.

Ka­tri­ne Bratt wes­tchnęła i szep­nęła do te­le­fo­nu:

– Nie mo­żesz za­snąć, skar­bie?

– Bab­cia bzyd­ko śpie­wa – od­po­wie­dział jej dzie­cin­ny gło­sik, któ­re­mu to­wa­rzy­szy­ło po­ci­ąga­nie no­sem. – Dzie je­steś?

– Skar­bie, mu­sia­łam iść do pra­cy, ale nie­dłu­go wró­cę do domu. Chcesz, żeby mama ci za­śpie­wa­ła?

– Tak.

– Ale mu­sisz za­mknąć oczka.

– Do­bze.

– Ko­zio­łecz­ka?

– Tak.

Ka­tri­ne ni­skim, głębo­kim gło­sem za­częła śpie­wać me­lan­cho­lij­ną pio­sen­kę: Ko­zio­łecz­ku czar­ny mój, szu­ka cię pa­stu­szek twój.

Nie mia­ła po­jęcia, dla­cze­go dzie­ci od po­nad stu lat chcą być lu­la­ne do snu hi­sto­ryj­ką o wy­stra­szo­nym chłop­cu, któ­ry się za­sta­na­wia, dla­cze­go jego ulu­bio­ny czar­ny ko­zio­łek nie wra­ca do domu z pa­stwi­ska, i boi się, że po­rwał go nie­dźwie­dź, a te­raz roz­szar­pa­ny ulu­bie­niec leży mar­twy gdzieś w gó­rach.

A jed­nak już po jed­nej zwrot­ce usły­sza­ła, że Gert od­dy­cha rów­niej i głębiej, po na­stęp­nej zaś w te­le­fo­nie roz­le­gł się szept te­ścio­wej:

– Za­snął.

– Dzi­ęku­ję. – Ka­tri­ne ku­ca­ła tak dłu­go, że te­raz mu­sia­ła po­de­przeć się ręką. – Wró­cę naj­szyb­ciej, jak będę mo­gła.

– Nie spiesz się, moja dro­ga. I to ja po­win­nam dzi­ęko­wać za to, że chcesz nas tu­taj. Wiesz, kie­dy śpi, jest taki po­dob­ny do Bjør­na.

Ka­tri­ne prze­łk­nęła śli­nę. Jak zwy­kle nie zdo­ła­ła od­po­wie­dzieć na ta­kie stwier­dze­nie. Nie dla­te­go, że nie tęsk­ni­ła za Bjør­nem, nie dla­te­go, że nie cie­szy­ła się, że ro­dzi­ce Bjør­na wi­dzą go w Ger­cie. To po pro­stu była nie­praw­da.

Sku­pi­ła się na tym, co mia­ła przed sobą.

– Nie­zła ko­ły­san­ka – stwier­dził Sung-min Lar­sen, któ­ry pod­sze­dł i kuc­nął obok niej. – „Może mar­twy le­żysz gdzieś”.

– Wiem, ale on nie chce nic in­ne­go – od­pa­rła Ka­tri­ne.

– No to mu­sisz ją śpie­wać – rze­kł z uśmie­chem Sung-min.

Ka­tri­ne po­ki­wa­ła gło­wą.

– Za­sta­na­wia­łeś się kie­dyś nad tym, że jako dzie­ci ocze­ku­je­my od ro­dzi­ców bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści, nie da­jąc im nic w za­mian? Wła­ści­wie je­ste­śmy pa­so­ży­ta­mi. Po­tem do­ra­sta­my i wszyst­ko to­tal­nie się zmie­nia. Jak sądzisz, w któ­rym do­kład­nie mo­men­cie tra­ci­my wia­rę w to, że mo­że­my być ko­cha­ni bez­wa­run­ko­wo, tyl­ko za to, że je­ste­śmy tacy, jacy je­ste­śmy?

– Kie­dy ona tę wia­rę stra­ci­ła? O to py­tasz?

– Tak.

Spo­gląda­li na zwło­ki mło­dej ko­bie­ty le­żące na le­śnym po­szy­ciu. Spodnie i majt­ki mia­ła ści­ągni­ęte aż do ko­stek, ale su­wak cien­kiej pu­cho­wej kurt­ki był za­su­ni­ęty. W bla­sku usta­wio­nych mi­ędzy drze­wa­mi re­flek­to­rów gru­py pra­cu­jącej na miej­scu zda­rze­nia jej twarz, zwró­co­na ku gwia­ździ­ste­mu nie­bu, wy­da­wa­ła się kre­do­wo­bia­ła. Ma­ki­jaż – któ­ry wy­glądał tak, jak­by kil­ka­krot­nie się roz­pły­wał i znów za­sty­gał – uło­żył się w smu­gi. Zbom­bar­do­wa­ne środ­ka­mi che­micz­ny­mi blond wło­sy le­pi­ły się do jed­nej stro­ny twa­rzy. War­gi były wy­pcha­ne si­li­ko­nem, a sztucz­ne rzęsy ster­cza­ły jak okap nad jed­nym okiem, któ­re się za­pa­dło i mar­two pa­trzy­ło gdzieś poza nich. Zwie­sza­ły się też nad dru­gim okiem, któ­re­go jed­nak nie było – zo­stał po nim tyl­ko pu­sty oczo­dół. Może wła­śnie dzi­ęki wszyst­kim tym pra­wie nie­roz­kła­dal­nym sztucz­nym sub­stan­cjom zwło­ki zdo­ła­ły się za­cho­wać w mia­rę do­brze.

– Za­kła­dam, że to Su­san­ne An­der­sen – po­wie­dział Sung-min.

– Ja też – po­twier­dzi­ła Ka­tri­ne.

Tych dwo­je śled­czych pra­co­wa­ło w ró­żnych wy­dzia­łach po­li­cji: ona w Wy­dzia­le Za­bójstw w Ko­men­dzie Okręgo­wej Po­li­cji w Oslo, on w KRI­POS. Za­gi­ni­ęcie dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej Su­san­ne An­der­sen zgło­szo­no sie­dem­na­ście dni wcze­śniej. Ostat­ni raz uchwy­ci­ła ją ka­me­ra mo­ni­to­rin­gu na sta­cji ko­lej­ki Skul­le­rud w od­le­gło­ści oko­ło dwu­dzie­stu mi­nut mar­szu od miej­sca, w któ­rym znaj­do­wa­li się te­raz. Je­dy­nym śla­dem po dru­giej z za­gi­nio­nych ko­biet, dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niej Ber­ti­ne Ber­til­sen, był jej sa­mo­chód, któ­ry zna­le­zio­no po­zo­sta­wio­ny na par­kin­gu przy Gre­fsen­kol­len na te­re­nie spa­ce­ro­wym w zu­pe­łnie in­nej części mia­sta. Le­żąca przed nimi ko­bie­ta mia­ła ja­sne wło­sy, co zga­dza­ło się z za­re­je­stro­wa­nym przez ka­me­rę wi­ze­run­kiem Su­san­ne, pod­czas gdy Ber­ti­ne – we­dług krew­nych i przy­ja­ciół – ostat­nio była bru­net­ką. Po­nad­to de­nat­ka nie mia­ła żad­nych ta­tu­aży na od­sło­ni­ętych częściach cia­ła, na­to­miast Ber­ti­ne po­win­na mieć wy­ta­tu­owa­ne na ko­st­ce logo Lo­uisa Vu­it­to­na.

Wrze­sień był do tej pory sto­sun­ko­wo chłod­ny i su­chy, a prze­bar­wie­nia skó­ry – nie­bie­skie, fio­le­to­we, żó­łte, brązo­we – pa­so­wa­ły do przy­pusz­cze­nia, że cia­ło leży tu już od bli­sko trzech ty­go­dni. Świad­czył o tym odór ga­zów two­rzących się w zwło­kach i po pew­nym cza­sie wy­do­by­wa­jących się ze wszyst­kich otwo­rów cia­ła. Ka­tri­ne zwró­ci­ła rów­nież uwa­gę na bia­ły ob­szar cie­niut­kich wło­sków pod noz­drza­mi: ple­śń. W du­żej ra­nie na szyi ro­iły się żó­łto­bia­łe śle­pe lar­wy much. Ka­tri­ne wi­dy­wa­ła taki ob­ra­zek już na tyle często, że nie re­ago­wa­ła na to ja­koś spe­cjal­nie. Mu­chy pluj­ki są mimo wszyst­ko – cy­tu­jąc Har­ry’ego – rów­nie wier­ne jak ki­bi­ce Li­ver­po­olu. Po­ja­wia­ją się bez względu na porę dnia, miej­sce i po­go­dę już w ci­ągu go­dzi­ny, przy­ci­ąga­ne za­pa­chem tri­siarcz­ku di­me­ty­lu, któ­ry cia­ło za­czy­na wy­dzie­lać w mo­men­cie śmier­ci. Sa­mi­ce skła­da­ją jaja, a wy­klu­te z nich kil­ka dni pó­źniej lar­wy że­ru­ją na gni­jącym mi­ęsie. Prze­po­czwa­rza­ją się, po­czwar­ki prze­obra­ża­ją się w mu­chy, któ­re znów szu­ka­ją zwłok, gdzie będą mo­gły zło­żyć jaja, a po mie­si­ącu umie­ra­ją. Tak wy­gląda cykl ich ży­cia. Nie­wie­le się ró­żni­ący od na­sze­go, po­my­śla­ła Ka­tri­ne. A ra­czej od mo­je­go.

Ro­zej­rza­ła się. Ubra­ni na bia­ło tech­ni­cy kry­mi­na­li­stycz­ni po­ru­sza­li się wśród drzew ni­czym bez­sze­lest­ne du­chy, wy­wo­łu­jąc strasz­ne cie­nie za ka­żdym ra­zem, gdy roz­bły­ska­ły lam­py ich apa­ra­tów. Las był duży. W za­sa­dzie lasy Øst­mar­ka ci­ągnęły się ca­ły­mi ki­lo­me­tra­mi aż do Szwe­cji. Na cia­ło na­tknął się bie­gacz, czy może ra­czej jego pies, któ­ry po spusz­cze­niu ze smy­czy skręcił z wąskiej ście­żki mi­ędzy drze­wa. Było już ciem­no, więc mężczy­zna, któ­ry bie­gał z czo­łów­ką, ru­szył za psem, na­wo­łu­jąc, aż w ko­ńcu go zna­la­zł, mer­da­jące­go ogo­nem przy zwło­kach. O tym mer­da­niu co praw­da nie wspo­mnia­no, ale Ka­tri­ne wła­śnie tak to so­bie wy­obra­ża­ła.

– Su­san­ne An­der­sen – szep­nęła, choć nie bar­dzo wie­dzia­ła do kogo. Może do zma­rłej, w ra­mach po­cie­chy i za­pew­nie­nia, że wresz­cie zo­sta­ła zna­le­zio­na i zi­den­ty­fi­ko­wa­na.

Przy­czy­na śmier­ci wy­da­wa­ła się oczy­wi­sta. Ci­ęcie, któ­rym ko­bie­cie po­de­rżni­ęto gar­dło, bie­gło przez smu­kłą szy­ję ni­czym uśmiech. Z wi­ęk­szo­ścią krwi roz­pra­wi­ły się lar­wy, owa­dy, a może i inne zwie­rzęta, lecz mimo to Ka­tri­ne do­strze­gła śla­dy roz­bry­zgu na krze­win­kach i pniu drze­wa.

– Za­bi­to ją w tym miej­scu – stwier­dzi­ła.

– Na to wy­gląda – przy­znał Sung-min. – My­ślisz, że zo­sta­ła zgwa­łco­na? Czy wy­ko­rzy­sta­na już po śmier­ci?

– Wy­ko­rzy­sta­na pó­źniej. – Ka­tri­ne oświe­tli­ła la­tar­ką dło­nie Su­san­ne. – Nie ma po­ła­ma­nych pa­znok­ci, żad­nych śla­dów wal­ki. Ale spró­bu­ję na­mó­wić pa­to­lo­gów, żeby prze­pro­wa­dzi­li w week­end przy­naj­mniej oględzi­ny ze­wnętrz­ne, zo­ba­czy­my, co o tym my­ślą.

– Sek­cja?

– Ra­czej nie wcze­śniej niż w po­nie­dzia­łek, na nic in­ne­go nie mo­żna li­czyć.

Sung-min wes­tchnął.

– No tak. A od­na­le­zie­nie gdzieś na Gre­fsen­kol­len Ber­ti­ne Ber­til­sen, zgwa­łco­nej i z po­de­rżni­ętym gar­dłem, po­zo­sta­je za­pew­ne kwe­stią cza­su.

Ka­tri­ne po­ki­wa­ła gło­wą. Z Sung-mi­nem po­zna­li się le­piej w ci­ągu ostat­nie­go roku. Po­twier­dzi­ła się jego sła­wa jed­ne­go z naj­lep­szych śled­czych z KRI­POS. Wie­le osób uwa­ża­ło, że Sung-min przej­mie funk­cję sze­fa Wy­dzia­łu Śled­cze­go KRI­POS w dniu, gdy ze sta­no­wi­ska ustąpi Ole Win­ter, i że będzie to zmia­na na lep­sze. Nie dało się tego wy­klu­czyć, lecz zna­le­źli się rów­nież tacy, któ­rzy wy­ra­ża­li po­wąt­pie­wa­nie w słusz­no­ść tego, by naj­lep­szą jed­nost­ką śled­czą w kra­ju kie­ro­wał ad­op­to­wa­ny w dzie­ci­ństwie z Ko­rei Po­łu­dnio­wej gej, któ­ry w do­dat­ku nosi się jak An­glik z wy­ższych sfer. Jego kla­sycz­na my­śliw­ska twe­edo­wa kurt­ka i za­mszo­we buty po­zo­sta­wa­ły w sil­nym kon­tra­ście z lek­ką pu­chów­ką mar­ki Pa­ta­go­nia i spor­to­wy­mi bu­ta­mi z go­re­tek­sem Ka­tri­ne. Bjørn mó­wił nie­raz o tren­dzie gorp­co­re – mi­ędzy­na­ro­do­wym, jak zro­zu­mia­ła Ka­tri­ne, i po­le­ga­jącym na cho­dze­niu do pubu w ubra­niu od­po­wied­nim na wy­pra­wę w wy­so­kie góry. Sama okre­śla­ła to jako do­sto­so­wa­nie się do ży­cia w roli mat­ki ma­łe­go dziec­ka. Mu­sia­ła jed­nak przy­znać, że jej bar­dziej sto­no­wa­ny i prak­tycz­ny styl ubie­ra­nia się wy­ni­kał ta­kże stąd, iż nie była już mło­dą, zbun­to­wa­ną, uta­len­to­wa­ną śled­czą, tyl­ko sze­fo­wą Wy­dzia­łu Za­bójstw.

– Jak sądzisz, co to jest? – spy­tał Sung-min.

Wie­dzia­ła, że Lar­sen my­śli tak samo jak ona. I że żad­ne z nich nie ma od­wa­gi wy­mó­wić tych słów na głos. Jesz­cze nie.

Ka­tri­ne od­chrząk­nęła.

– Naj­pierw mu­si­my od­nie­ść się do tego, co tu mamy, i zro­zu­mieć, co się wy­da­rzy­ło.

– Zga­dzam się.

Mia­ła na­dzie­ję, że te sło­wa, „zga­dzam się”, będzie w nad­cho­dzącym cza­sie często sły­sza­ła od KRI­POS. Oczy­wi­ście cie­szy­ła się z wszel­kiej po­mo­cy, jaką mo­gli otrzy­mać. KRI­POS zgło­si­ła swo­ją go­to­wo­ść już od mo­men­tu, gdy rów­no ty­dzień po za­gi­ni­ęciu Su­san­ne wpły­nęło za­wia­do­mie­nie o za­gi­ni­ęciu Ber­ti­ne Ber­til­sen, i to w za­ska­ku­jąco po­dob­nych oko­licz­no­ściach. Obie ko­bie­ty wy­pra­wi­ły się gdzieś we wtor­ko­wy wie­czór, nie mó­wi­ąc żad­nej z osób, z któ­ry­mi roz­ma­wia­ła po­li­cja, do­kąd ani po co się wy­bie­ra­ją, i ni­g­dy wi­ęcej się nie po­ja­wi­ły. Poza tym łączy­ło je też coś in­ne­go. Gdy wy­szło to na jaw, po­li­cja po­rzu­ci­ła swo­ją głów­ną teo­rię mó­wi­ącą, że Su­san­ne ule­gła ja­kie­muś wy­pad­ko­wi albo ode­bra­ła so­bie ży­cie.

– Świet­nie, wo­bec tego tak ro­bi­my – zde­cy­do­wa­ła Ka­tri­ne, wsta­jąc. – Za­raz za­mel­du­ję sze­fo­wej.

Mu­sia­ła chwi­lę po­stać, za­nim od­zy­ska­ła czu­cie w no­gach. Mu­sia­ła też przy­świe­cać so­bie la­tar­ką, aby wra­cać po śla­dach, któ­re zo­sta­wi­li na dro­dze, idąc do miej­sca zna­le­zie­nia zwłok. Kie­dy już zna­la­zła się poza ta­śma­mi od­gra­dza­jący­mi, któ­re roz­pi­ęto mi­ędzy drze­wa­mi, wstu­ka­ła pierw­sze li­te­ry imie­nia sze­fo­wej Biu­ra Kry­mi­nal­ne­go. Bo­dil Mel­ling ode­bra­ła po trze­cim dzwon­ku.

– Mówi Bratt. Prze­pra­szam, że dzwo­nię tak pó­źno, ale wy­gląda na to, że zna­le­źli­śmy jed­ną z tych dwóch za­gi­nio­nych ko­biet. Za­mor­do­wa­na. Ma po­de­rżni­ęte gar­dło. Roz­bryzg krwi jak po prze­ci­ęciu tęt­ni­cy. Praw­do­po­dob­nie zgwa­łco­na lub wy­ko­rzy­sta­na w inny spo­sób. To z du­żym praw­do­po­do­bie­ństwem Su­san­ne An­der­sen.

– Przy­kra spra­wa – po­wie­dzia­ła Bo­dil Mel­ling to­nem tak obo­jęt­nym, że Ka­tri­ne w tej sa­mej chwi­li wy­obra­zi­ła so­bie jej po­zba­wio­ną wy­ra­zu twarz, strój po­zba­wio­ny ko­lo­rów, po­zba­wio­ną tem­pe­ra­men­tu mowę cia­ła, z całą pew­no­ścią po­zba­wio­ne kon­flik­tów ży­cie ro­dzin­ne oraz po­zba­wio­ne na­pi­ęcia ży­cie sek­su­al­ne.

Jak do­tąd uda­ło jej się stwier­dzić, że je­dy­ną rze­czą, któ­ra po­tra­fi wy­zwo­lić w świe­żo mia­no­wa­nej sze­fo­wej Biu­ra Kry­mi­nal­ne­go ja­kieś emo­cje, jest ma­jący się wkrót­ce zwol­nić ga­bi­net ko­men­dan­ta okręgo­we­go po­li­cji. Ka­tri­ne wca­le nie uwa­ża­ła, że Mel­ling nie ma od­po­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji na to sta­no­wi­sko – sze­fo­wa była tyl­ko po pro­stu nie­zno­śnie nud­na. De­fen­syw­na. Tchórz­li­wa.

– Zwo­łasz kon­fe­ren­cję pra­so­wą? – spy­ta­ła Mel­ling.

– Tak. Czy ty...

– Nie. Do­pó­ki to zwło­ki, któ­rych iden­ty­fi­ka­cja nie zo­sta­ła osta­tecz­nie po­twier­dzo­na, ty się tym zaj­miesz.

– Ra­zem z KRI­POS, do­brze? Przy­sła­li swo­ich lu­dzi na miej­sce zda­rze­nia.

– Zgo­da. Je­śli to już wszyst­ko, ko­ńcz­my, bo mam go­ści.

Pod­czas chwi­li mil­cze­nia Ka­tri­ne usły­sza­ła w tle ści­szo­ną roz­mo­wę. Brzmia­ło to jak do­bro­dusz­na wy­mia­na opi­nii, taka przy pe­łnym kon­sen­su­sie, w któ­rej dru­ga stro­na je­dy­nie po­twier­dza i roz­wi­ja to, co po­wie­dzia­ła pierw­sza. Bu­do­wa­nie wi­ęzi spo­łecz­nych – Bo­dil Mel­ling wła­śnie tego so­bie ży­czy­ła. Z całą pew­no­ścią by się zi­ry­to­wa­ła, gdy­by Ka­tri­ne znów po­ru­szy­ła ten te­mat, pro­po­zy­cję, któ­rą pod­su­nęła za­raz po za­gi­ni­ęciu Ber­ti­ne Ber­til­sen, kie­dy po­ja­wi­ło się po­dej­rze­nie, że te dwie ko­bie­ty mo­gły paść ofia­rą tego sa­me­go spraw­cy. Wie­dzia­ła, że i tak nic nie osi­ągnie: Mel­ling wy­ra­zi­ła się ja­sno, a w za­sa­dzie uci­ęła dys­ku­sję. Ka­tri­ne nie po­win­na wi­ęcej do tego wra­cać.

– Jesz­cze tyl­ko jed­no – ode­zwa­ła się mimo wszyst­ko. Po­zwo­li­ła tym sło­wom za­wi­snąć na chwi­lę i ode­tchnęła głębiej.

Sze­fo­wa ją uprze­dzi­ła:

– Bratt, od­po­wie­dź brzmi: nie.

– Ale on jest je­dy­nym spe­cja­li­stą w tej dzie­dzi­nie, ja­kie­go mamy. Naj­lep­szym.

– I naj­gor­szym. Poza tym już go nie mamy. Na szczęście.

– Pra­sa będzie go po­szu­ki­wać. Py­tać, dla­cze­go nie...

– Wte­dy od­po­wiesz zgod­nie z praw­dą, że nie wie­my, gdzie jest. Zwa­żyw­szy na to, co się sta­ło z jego żoną, w po­wi­ąza­niu z jego chwiej­ną na­tu­rą i ze skłon­no­ścią do roz­ma­itych uży­wek, nie wy­obra­żam so­bie, że by­łby zdol­ny funk­cjo­no­wać w tak po­wa­żnym śledz­twie.

– Wy­da­je mi się, że wiem, gdzie go zna­le­źć.

– Daj spo­kój, Bratt. Je­śli za­czy­nasz się zwra­cać ku prze­brzmia­łym bo­ha­te­rom, kie­dy tyl­ko sy­tu­acja robi się nie­co na­pi­ęta, może to po­śred­nio świad­czyć o two­jej fa­tal­nej oce­nie lu­dzi, któ­ry­mi dys­po­nu­jesz w Wy­dzia­le Za­bójstw. Jak by to wpły­nęło na ich pew­no­ść sie­bie i mo­ty­wa­cję, gdy­byś im po­wie­dzia­ła, że za­mie­rzasz ści­ągnąć do po­mo­cy ze­zło­mo­wa­ny wrak? Jak my­ślisz? Bratt, to się na­zy­wa złe za­rządza­nie.

– W po­rząd­ku. – Ka­tri­ne z wy­si­łkiem prze­łk­nęła śli­nę.

– Do­ce­niam, że tak uwa­żasz. No? Coś jesz­cze?

Za­sta­no­wi­ła się. A więc Mel­ling mimo wszyst­ko dała się spro­wo­ko­wać i po­ka­za­ła zęby. To do­brze. Po­pa­trzy­ła na sierp ksi­ęży­ca wi­szący nad ko­ro­na­mi drzew. Wczo­raj wie­czo­rem Arne, mło­dy czło­wiek, z któ­rym spo­ty­ka­ła się już od bli­sko mie­si­ąca, po­wie­dział, że za dwa ty­go­dnie ma na­stąpić za­ćmie­nie Ksi­ęży­ca w pe­łni, tak zwa­ny Krwa­wy Ksi­ężyc, i że po­win­ni to uczcić. Ka­tri­ne nie mia­ła po­jęcia, czym jest Krwa­wy Ksi­ężyc. Naj­wy­ra­źniej zja­wi­sko to wy­stępo­wa­ło je­dy­nie co dwa–trzy lata, a Arne był tym bar­dzo prze­jęty, więc nie mia­ła ser­ca mu po­wie­dzieć, że może ra­czej nie po­win­ni nic pla­no­wać na przy­szło­ść tak od­le­głą, jak dwa ty­go­dnie, bo prze­cież le­d­wie się zna­ją. Ni­g­dy nie bała się kon­flik­tów ani mó­wie­nia wprost, co być może odzie­dzi­czy­ła po ojcu, po­li­cjan­cie z Ber­gen, któ­ry miał wi­ęcej wro­gów niż mia­sto desz­czo­wych dni, ale na­uczy­ła się wy­bie­rać swo­je bi­twy i czas, w ja­kim mia­ły się ro­ze­grać. Te­raz jed­nak po za­sta­no­wie­niu zro­zu­mia­ła, że o ile może od­wlec kon­fron­ta­cję z mężczy­zną, z któ­rym jej przy­szło­ść była bar­dzo nie­pew­na, o tyle tę bi­twę musi sto­czyć. Ra­czej te­raz niż pó­źniej.

– Jesz­cze tyl­ko jed­no – od­pa­rła. – Czy mogę w ta­kim ra­zie po­wie­dzieć o tym na kon­fe­ren­cji pra­so­wej, je­śli ktoś spy­ta? Albo ro­dzi­com na­stęp­nej dziew­czy­ny, któ­ra zo­sta­nie za­mor­do­wa­na?

– Po­wie­dzieć o czym?

– Że Ko­men­da Okręgo­wa Po­li­cji w Oslo od­rzu­ca po­moc czło­wie­ka, któ­ry schwy­tał trzech se­ryj­nych mor­der­ców w Oslo, po­nie­waż uwa­ża­my, że może to źle wpły­nąć na sa­mo­po­czu­cie nie­któ­rych ko­le­gów.

Za­pa­dła dłu­ższa ci­sza, a te­raz Ka­tri­ne nie sły­sza­ła już na­wet roz­mów w tle. Wresz­cie Bo­dil Mel­ling chrząk­nęła.

– Wiesz co, Ka­tri­ne? Już dłu­go i dużo pra­cu­jesz przy tej spra­wie. Zor­ga­ni­zuj kon­fe­ren­cję pra­so­wą, a w week­end się wy­śpij. Po­roz­ma­wia­my w po­nie­dzia­łek.

Roz­łączy­ły się i Ka­tri­ne za­dzwo­ni­ła do In­sty­tu­tu Me­dy­cy­ny Sądo­wej. Za­miast iść dro­gą słu­żbo­wą, wo­la­ła za­ła­twić rzecz, te­le­fo­nu­jąc bez­po­śred­nio do Ale­xan­dry Stur­dzy, mło­dej tech­nicz­ki, któ­ra nie mia­ła na­rze­czo­ne­go czy dziec­ka ani też nie prze­strze­ga­ła pil­nie go­dzin pra­cy. I rze­czy­wi­ście, Stur­dza po­twier­dzi­ła, że ra­zem z ko­le­gą prze­pro­wa­dzi wstęp­ne oględzi­ny zwłok już na­stęp­ne­go dnia.

Pó­źniej Ka­tri­ne na­dal sta­ła, przy­gląda­jąc się de­nat­ce. Fak­tem było, że ona sama w świe­cie mężczyzn do­szła tam, gdzie się te­raz znaj­do­wa­ła, bez ni­czy­jej po­mo­cy, i może dla­te­go ni­g­dy nie po­tra­fi­ła ode­pchnąć od sie­bie po­gar­dy dla ko­biet, któ­re chęt­nie uza­le­żnia­ły się od mężczyzn. Oko­licz­no­ścią wi­ążącą Su­san­ne i Ber­ti­ne było nie tyl­ko to, że obie żyły z mężczyzn. Dzie­li­ły się ta­kże jed­nym z nich, ba­ro­nem nie­ru­cho­mo­ści Mar­ku­sem Røe­dem, po­nad trzy­dzie­ści lat star­szym od obu dziew­czyn. Ich ży­cie opie­ra­ło się na tym, że inni lu­dzie – mężczy­źni ma­jący pra­cę i pie­ni­ądze, któ­rych te ko­bie­ty nie mia­ły – po pro­stu je utrzy­my­wa­li. One w za­mian od­da­wa­ły im swo­je cia­ła, mło­do­ść i uro­dę. Po­nad­to wy­bra­ny przez nie ży­wi­ciel mógł – przy­naj­mniej na tyle, na ile taki zwi­ązek był eks­po­no­wa­ny – na­pa­wać się za­zdro­ścią in­nych mężczyzn. Ale w prze­ci­wie­ństwie do dziec­ka ta­kie ko­bie­ty jak Su­san­ne i Ber­ti­ne mu­sia­ły żyć ze świa­do­mo­ścią, że ta mi­ło­ść nie jest bez­wa­run­ko­wa. Prędzej czy pó­źniej ży­wi­ciel je po­rzu­cał, zmu­sza­jąc do po­szu­ki­wa­nia ko­lej­ne­go ży­wi­cie­la, na któ­rym mo­gły­by pa­so­ży­to­wać. Lub któ­re­mu mo­gły­by po­zwo­lić pa­so­ży­to­wać na so­bie, w za­le­żno­ści od punk­tu wi­dze­nia. Czy to była mi­ło­ść? A ra­czej czy to rów­nież była mi­ło­ść? Cze­mu nie? Tyl­ko dla­te­go, że my­śle­nie o tym tak przy­gnębia­ło?

Mi­ędzy drze­wa­mi od stro­ny ście­żki Ka­tri­ne do­strze­gła nie­bie­skie bły­ski ka­ret­ki, któ­ra nad­je­cha­ła bez­gło­śnie. Po­my­śla­ła o Har­rym Hole. Ow­szem, w kwiet­niu do­sta­ła od nie­go znak ży­cia, ze wszyst­kich mo­żli­wych rze­czy wi­do­ków­kę ze zdjęciem Ve­ni­ce Be­ach, nada­ną w Los An­ge­les. To było jak pik­ni­ęcie so­na­ru z ło­dzi pod­wod­nej w głębi­nie. Tekst był krót­ki: „Przy­ślij pie­ni­ądze”. Żart, co do któ­re­go nie mia­ła pew­no­ści, czy jest tyl­ko żar­tem. Od tam­tej pory pa­no­wa­ła ci­sza.

Zu­pe­łna ci­sza.

W uszach roz­brzmia­ła jej ostat­nia zwrot­ka pio­sen­ki, ta, do któ­rej nie do­ta­rła:

Ko­zio­łecz­ku, niech wśród drzew

znów dzwo­necz­ka za­brzmi śpiew.

Ko­zio­łecz­ku, znak mi daj,

jesz­cze mi nie umie­raj.

------------------------------------------------------------------------

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: